-
nowość
Arkadia. Stigma. Tom 2 - ebook
Arkadia. Stigma. Tom 2 - ebook
Powieść autorki bestsellerowego „Rzeźbiarza łez”.
Odkryj dalsze losy ANDRASA I MIREI.
W jej oczach był raj, w jej uśmiechu – piekło.
Mireya i Andras nie wierzą w szczęśliwe zakończenia. Zbyt wiele razy los udowodnił im, że miłość potrafi ranić równie dotkliwie jak strata. On – upadły anioł naznaczony traumami z przeszłości, przekonany, że nie zasługuje na nic więcej niż ból. Ona –dziewczyna walcząca o cud, który mógłby ocalić jej matkę i pozwolić jej samej jeszcze raz uwierzyć w jutro.
A jednak, wbrew przeznaczeniu, mimo dawnej miłości Andrasa, rodzi się między nimi uczucie, którego nie potrafią zatrzymać. Jak kwiat przebijający się przez spękaną ziemię wdziera się w szczeliny ich poranionych serc, zmuszając ich do konfrontacji z lękami, których nigdy nie chcieli nazwać.
Nadszedł czas, by przekonać się, czy miłość potrafi uleczyć rany…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-723-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Padał śnieg.
Miasto za szybą było rozmytą plamą, zimną i mokrą. Dziwnie było patrzeć na nie z podgrzewanego siedzenia samochodu.
– Powiedział, że zamierza kupić klub. Miejsce, w którym ludzie będą się dobrze bawić.
Zora wygładziła spódnicę szkolnego mundurka.
– Tata pozwolił mi wybrać nazwę.
– Tobie? Nazwę?
– A czemu nie? – spytała podejrzliwie.
– Swojemu pluszowemu kogutowi dałaś na imię Jajecznica.
Zmarszczyła usta i spojrzała na mnie z urazą.
– I co w związku z tym?
Nie odpowiedziałem, wiedząc, że tylko bardziej bym ją zdenerwował. Dalej patrzyła na mnie z tym samym grymasem co w szkole, podczas gdy inne dziewczyny zerkały w moją stronę z wypiekami na twarzy i wysyłały mi anonimowe liściki pełne okrągłych serduszek.
– Cóż, ciekawe, co ty byś lepszego wymyślił…
Czuła się dorosła tylko dlatego, że miała dwanaście lat – o dwa więcej ode mnie – i była ode mnie wyższa. Nie znosiłem jej, ale byłem zmuszony spędzać z nią większość czasu. Gdyby tylko nasi ojcowie nie byli tak dobrymi przyjaciółmi…
Nagle samochód przystanął.
Koła zapiszczały, a Zora zaskrzeczała jak kura. Gdyby nie pasy bezpieczeństwa, uderzyłbym się w głowę.
– Co, do cholery…! – Z wściekłością poprawiła fryzurę. – Jak hamujesz?
Nasz szofer, łysol o imieniu Siergiej, wyrzucił z siebie jedno z tych obcojęzycznych przekleństw, które rozumiał tylko on. Gwałtownie odpiął pas i otworzył drzwi.
– Wariatka! – warknął, wychylając się.
Wyjrzałem, żeby zobaczyć, co się stało.
Na ziemi, tuż obok naszego samochodu, coś się poruszyło.
To była kobieta.
Wyglądała na bardzo smutną. Wręcz przerażoną. Uniosła głowę i spojrzała na niego spomiędzy padających płatków śniegu. Oczy miała spuchnięte, zaczerwienione.
– Przepraszam. Nie zauważyłam pana… Moja córka… ona… – Schowała twarz w dłoniach i wybuchła płaczem.
– Lauren! – Do zrozpaczonej kobiety podbiegł jakiś mężczyzna, schylił się i pomógł jej wstać. Spojrzałem na schody za nim i zdałem sobie sprawę, że przyszedł z podziemnego zejścia.
– Zgubiłam ją – szlochała nieznajoma. – Straciłam ją z oczu i to moja wina…
Siergiej mruknął coś w odpowiedzi. Mężczyzna, tuląc kobietę, wyjaśnił, że jechali metrem, ale był taki tłok, że jadąca z nimi dziewczynka nie zdążyła wysiąść na przystanku.
Szukali jej na następnych. Ale nigdzie jej nie było.
Przyszło mi do głowy, że zjadły ją szczury.
Tata mawiał, że metro jest dla biedaków i służących. Było brudne i śmierdzące, bo mieszkali tam włóczędzy. Żeby akurat tam się zgubić… Głupia dziewucha…
– Przykro mi – skomentowała Zora, wzruszając ramieniem. – Ale to nie nasz problem.
Najwyraźniej czekała, aż Siergiej wróci do auta, podkręci ogrzewanie i odwiezie nas do domu, ale on tego nie zrobił. Wciąż rozmawiał z nieznajomymi, a przez otwarte drzwi wpadał ziąb.
– Jedziemy czy nie? – zrzędziła Zora. – Po co on tam stoi?
– Nie dojechała na przystanek końcowy – kontynuował mężczyzna. – Pytaliśmy ludzi, ale nikt nie widział żadnej dziewczynki. Myśleliśmy, że zostanie tam, gdzie była.
– Ma tylko sześć lat – załkała kobieta. – Wie, że jeśli się zgubi, to musi znaleźć policjanta…
Co za nonsens. Raczej powinni byli jej powiedzieć, żeby nie ruszała się z miejsca.
Siergiej słuchał ich w milczeniu. Na twarzy miał ten sam wyraz skupienia co wczoraj, gdy obserwował, jak jego mała córeczka bawi się w naszym ogrodzie.
– Posterunek policji. Spring Garden – mruknął po chwili.
Ciężko było go zrozumieć, zawsze miałem wrażenie, że mówi z pełnymi ustami, ale kobieta od razu się odwróciła.
– Spring Garden? Ma pan na myśli stację?
Siergiej skinął głową. Wyjaśnił, że tam zawsze kręcą się policjanci. Jeśli dziewczynka poprosiła ich o pomoc, to może zabrali ją właśnie tam.
– Zadzwonię po taksówkę. – Mężczyzna wyciągnął telefon i pośpiesznie wybrał numer, tymczasem kobieta patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem, zasłaniając palcami drżące wargi, a na jej włosach osiadało coraz więcej białych płatków. Z jej oczu wyzierały strach, ból i jak najgorsze przeczucia. Mrok tak gęsty i niespokojny jak woda w rzece zimą. Czekała, aż mężczyzna z kimś porozmawia, ale po dłuższym czasie bez odpowiedzi w końcu się rozłączył.
– Nic z tego, linie są zajęte. W taką pogodę pewnie szybciej dojedziemy metrem.
– Spring Garden jest dość daleko.
Pozwoliła mu wziąć się za rękę, ale ten gest nie stłumił jej niepokoju.
– Jest objazd, to nam zajmie mnóstwo czasu.
– Będę tamtędy przejeżdżał.
– Żarty sobie robi?
Zora spojrzała na Siergieja, jakby oszalał.
I miała rację. Co on wyprawiał?
Czy właśnie zaprosił ich do… naszego auta?
– Znam skrót.
– Mówi pan… mówi pan serio? – Nieznajoma spojrzała na niego z nadzieją, po czym odwróciła się do nas. Siergiej pokiwał wielką łysą glacą, a ja pomyślałem, że przypomina teraz brzydkiego robota. Spytali, czy jest pewien, czy to nie za duży kłopot, ale on tylko mruknął:
– Wsiadajcie.
Gdy wsiadali do Bentleya taty, Zora zachowywała się jeszcze bardziej antypatycznie niż zazwyczaj. Nie miała zwyczaju się uśmiechać, ale teraz naprężyła plecy i patrzyła na nich z odrazą, jakby mieli jakąś dziwną chorobę.
Mężczyzna usiadł z przodu, kobieta z tyłu, obok mnie.
– Dzień dobry – powiedziała, gdy na nią spojrzałem, po czym odwróciła się w stronę okna. Zora skrzyżowała ręce. Zirytowało ją to, ponieważ nie dość, że usiadła z nami z tyłu, to jeszcze miała czelność nas ignorować.
Dotarliśmy do Spring Garden w mgnieniu oka, unikając korków. Gdy tylko się zatrzymaliśmy przed budynkiem policji, kobieta otworzyła drzwi i wbiegła do środka.
Dziewczynka tam była.
Policjant zobaczył ją samą na przystanku i zabrał ze sobą. Nic jej się nie stało. Była cała i zdrowa.
Nieco później, spod parasola, który wielką łapą trzymał Siergiej, wpatrywaliśmy się z Zorą w kobietę stojącą przed naszym samochodem. Nie była już smutna ani przestraszona.
Patrzyła na nas z wdzięcznością.
Przyjrzawszy się jej, doszedłem do wniosku, że jest bardzo piękna.
– Dziękuję – powiedziała, a jej błyszczące oczy wypełniły się łzami. Kilka metrów dalej mężczyzna pochylał się nad małą dziewczynką i coś jej tłumaczył, ona zaś patrzyła na niego, jakby nie znała go zbyt dobrze.
– Dziękuję za wszystko, co dla nas zrobiliście. Mój ojciec powiedziałby, że byliście jego _milagro_.
– _Milagro_? – spytała Zora.
– Jego cudem.
Serce mi zadrżało, w piersiach poczułem nagły dreszcz. Przez jedną głupią, krótką chwilę zobaczyłem przed sobą mamę. Uśmiechała się, obejmując rękami duży brzuch.
Cofnąłem się, zdezorientowany, wpatrując się w kobietę podejrzliwie i oskarżycielsko. Co ona może wiedzieć o cudach?
– A ty w to wierzysz? – spytałem nieco niegrzecznie, przyciągając jej uwagę. Spojrzała mi prosto w oczy, potem zerknęła na mój szkolny mundurek, a na koniec się uśmiechnęła.
– Oczywiście. Te wierzenia są żywe w mojej rodzinie od pokoleń. Nawet moja córka nosi imię związane z naszą tradycją. Została nazwana na cześć legendarnej władczyni, starożytnej Królowej Cudów.
Królowa Cudów.
Odwróciłem się, żeby spojrzeć na dziewczynkę, a kobieta jeszcze raz nam podziękowała. Pożegnała się z nami i wśród wirujących płatków pobiegła do córeczki.
Mała nie miała ładnego płaszczyka, schludnie zaplecionych warkoczyków ani próżnej miny. Prawdę mówiąc, nie przypominała dziewczynek, do których byłem przyzwyczajony.
Miała pucołowatą twarzyczkę, gęste rzęsy i długie, czarne rozpuszczone włosy. Jej policzki były okrągłe, a intensywnie czerwone usta sprawiały, że wyglądała na bledszą niż w rzeczywistości. Wcale nie przypominała królowej z bajki, ale kiedy matka wzięła ją w ramiona i zaczęła nią obracać, nagle…
Roześmiała się.
Rozchyliła usta i jej spojrzenie uległo przemianie: oczy rozbłysły jasnym, niemalże magicznym blaskiem, a twarz rozświetlił szeroki uśmiech, tak piękny i promienny, że jej oczy zwęziły się w zachwycie, a ona sama jaśniała jak gwiazda.
Miała dołeczki w policzkach. Jej śmiech, tak jasny i szczery, dotknął mojego serca. Przeszył je jak strzała.
Stałem nieruchomo, a ona zmrużyła powieki i wtuliła się w matkę.
Nawet mnie nie zauważyła.
Nie podniosła głowy.
A potem odeszła, zabierając ze sobą tę ulotną magię.
– _Milagro_ – powtórzyła Zora. – Zobaczmy, czy wymyślisz coś lepszego.
Nie słuchałem jej. Nic nie odpowiedziałem.
Serce waliło mi jak oszalałe. Robiło taki raban, że zacząłem się bać, że coś się w nim zepsuło.
Tego dnia odkryłem istnienie starego wierzenia.
A może… może moja mama też je znała?
Może o nim słyszała?
I dlatego mnie uratowała.
Pewnego dnia będę mógł jej powiedzieć: ja ją widziałem, tę Królową Cudów.
Słyszałem, jak się śmieje.
I odtąd nie mogłem o niej zapomnieć.1
Bez zakończenia
_Moja panno, tak oszukują bajki:
wmawiają królowej, że jest tylko księżniczką._
Orson Welles twierdził, że szczęśliwe zakończenie zależy od tego, w jakim momencie przerwiemy historię.
A te zawsze kończą się w odpowiedniej chwili. Tej wiecznej, kiedy księżniczka i rycerz obiecują sobie miłość.
Mówią, że to kwestia przeznaczenia. Losu, predestynacji.
Może sobie istnieć tysiąc szczęśliwych zakończeń, lecz jeśli jeszcze raz przewrócisz stronę, zrozumiesz, że nie ma żadnego „I żyli długo i szczęśliwie”.
Widziałam już taką historię.
Przemknęła mi przed oczami jak zwodnicza bestia, omamiła mnie fałszywym zakończeniem, szepcząc: „Jesteś tylko tą drugą”.
„To jest jej bajka.
Tej dziewczyny, która tak bardzo cię przypomina.
I jest wszystkim, czym ty nigdy nie będziesz”.
– Czy ty w ogóle wiesz, co to jest miłość? Taka prawdziwa, która kruszy kości? Ja tak.
Wstrzymałam oddech, zdrętwiały mi nogi, serce rozpaczliwie obijało się o żebra. Świat odpłynął daleko, stał się niemy, jakby przytłumiony.
Cofnęłam się. Andras patrzył na mnie z progu swojego mieszkania, na ustach wciąż miał to jedno słowo: „miłość”.
Poczułam, jak wsącza mi się w żyły i chwyta mnie za duszę. Nachyla się nad nią jak kat i rozdziera mocnym szarpnięciem.
Odrzuciłam to uczucie ze wszystkich sił, każdą cząsteczką ciała i całym swoim rozumem.
Odrzuciłam je tak bardzo, że pulsowały mi skronie i łzy napłynęły mi do oczu.
Znienawidziłam go jeszcze bardziej za to, co mi zrobił, za tę toksynę, którą wstrzyknął mi w żyły swoimi słowami, uśmiechami, głębokimi spojrzeniami.
Złamał mi serce, zniszczył je, rozerwał na strzępy, zniewolił. Zgasił na nim pety i wytarł swoje brudne buciory o moją nadzieję. Pragnęłam ściągnąć z siebie jego duszę, zerwać ją i odrzucić gdzieś daleko. Tyle że jej nigdy przy mnie nie było.
Nie. Zawsze była z inną kobietą.
– Wydrążyła mnie w środku, zjadła kawałek po kawałku. Aż nic nie zostało.
Nie mogłam zrobić nic innego, jak po prostu odwrócić się i uciec.
Nigdy nie uciekałam – przed niczym ani przed nikim – ale w tamtej chwili nie byłam sobą.
Świat rozmazywał mi się przed oczami, zaciskałam zęby, nie mogąc znieść rozdzierającego bólu. Dopadłam do drzwi swojego mieszkania i zatrzasnęłam je za sobą. Chroniąc się w ciemności, przylgnęłam plecami do drewnianej powierzchni tak mocno, że zadrżały mi mięśnie i zakręciło mi się w głowie.
Próbowałam odciąć się od wszystkiego: od naszych wspólnych chwil, spojrzeń, zapachu jego skóry. Od pocałunków, westchnień, złamanych uśmiechów, od tego wymownego wzroku, który czułam na sobie od pierwszej chwili, gdy się spotkaliśmy. Wyrzuciłam na śmietnik swoje marzenia, pragnienia, wszystkie te momenty, w których rozmawialiśmy, odrzucaliśmy się i zarażaliśmy nawzajem.
On nie przeżywał tego wszystkiego tak bardzo jak ja.
Te chwile nic dla niego nie znaczyły. Dla niego były niczym.
I nic nie było takie jak wcześniej, kiedy zwykła piosenka potrafiła wprawić mój kręgosłup w wibracje, a dreszcz – doprowadzić do ekstazy.
Pełzła we mnie nieznośna pustka, niszcząc wszystko na swojej drodze.
Czy on widział ją we mnie?
Czy przypominałam mu Coraline?
– Nie – jęknęłam przez łzy. Jednak myśl, że tak właśnie było, wciąż rozdzierała mi serce. Nawet Olly pokochała mnie w przeświadczeniu, że jestem kimś innym.
Pomyślałam, że powinnam była to przewidzieć, sama do tego dojść. Życie zawsze łamało mi żebra, wyrywało skrzydła i rzucało mnie na kolana; głupie bajki nie były dla takich jak ja. Nigdy nie byłam tą słodką i delikatną osóbką, której los zapisano w gwiazdach.
Byłam tą, która przemierzała ulice, żebrząc o złudzenia, i w końcu umarła z wycieńczenia, jesienią, w jeżynowym zagajniku. Tą, która zakochała się w Bestii, ale on miał różę i misternie zdobioną szklaną szkatułkę – miłość tak niedostępną, że potrafiła łamać klątwy.
Zdezorientowana, z duszą pogrążoną w zamęcie, niemal instynktownie sięgnęłam po telefon. Szybko przeszukałam kontakty i mimo że było Boże Narodzenie i wszyscy spędzali czas z rodzinami, natychmiast wybrałam połączenie.
– Halo?
Ten głos wypełnił pustkę w moim mieszkaniu. Zacisnęłam zęby, gardło miałam wyschnięte, klatka piersiowa pulsowała jak otwarta rana.
– Mireya? Halo?
– Muszę… się z tobą zobaczyć – wyjąkałam łamiącym się głosem. Nie przywitałam się z nim, nie powiedziałam nawet „cześć”, tylko ścisnęłam telefon tak mocno, że zabolała mnie ręka. – Proszę.
– Co się stało? Wszystko w porządku?
Nie, miałam ochotę krzyknąć. Coś we mnie właśnie umierało z jeszcze bardziej ogłuszającym wrzaskiem. Przełknęłam gorzką grudę, cierpką i lepką.
Nie mogłam wprost uwierzyć, że płaczę.
Nigdy przez nic nie płakałam, jedynie przez mamę.
Jak mógł mnie doprowadzić do takiego stanu?
– Mireyo… odpowiedz. Wszystko dobrze? Mam przyjść?
– Nie – wyszeptałam z przerywanym świstem.
Musiałam stamtąd uciec, wyrwać się z tego budynku i gdzieś schronić, jak najdalej od niego. Nie mogłam znieść myśli, że jest tak blisko, praktycznie tuż za ścianą. Nie mogłam tam zostać, miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. Rozpaczliwa potrzeba ucieczki odbierała mi spokój, pustoszyła duszę i sprawiała, że brakowało mi słów.
– Ja… jestem w domu – powiedział z wahaniem, a chwyciłam się tego jak ostatniej deski ratunku. – Chcesz wpaść?
Zadzwoniłam dzwonkiem.
W drzwiach przywitały mnie jego orzechowe oczy.
– Hej… – powiedział James. Był w kapciach, miał na sobie dżinsy i niebieski sweter. Przyjrzał się mojej twarzy i mruknął z troską: – Wchodź.
Weszłam ze spuszczoną głową, unikając jego dotyku.
Znalazłam się w niewielkim mieszkanku, gdzie dominowały odcienie drewna, a miękkie, pomarańczowe światło lampy subtelnie otulało wnętrze. Skośne sufity i widoczne drewniane belki nadawały mu przytulny charakter. Na środku salonu leżał piękny okrągły biały dywan, który harmonijnie współgrał z rdzawą sofą i szklanym stolikiem kawowym, nad którym wisiał telewizor z płaskim ekranem. Nie wiedzieć czemu, ta niemal domowa atmosfera tylko dobitniej uwypukliła pustkę, która ściskała mnie za krtań.
Bez słowa zdjęłam wierzchnie ubrania i rzuciłam je na podłogę. Potem skuliłam się na sofie i oparłam głowę na rękach skrzyżowanych na kolanach.
James o nic nie pytał.
Spojrzał na porozrzucane na ziemi kurtkę, szalik i buty, które tworzyły krętą, chaotyczną ścieżkę prowadzącą prosto do mnie, a potem cichutko zamknął drzwi. Nie wydały żadnego dźwięku.
Nawet nie skrzypnęły.
Być może tak właśnie brzmi nicość – zapomniane serce przebite jeżynowym kolcem.
Kurtyna też nie opadła.
Nie czekało mnie żadne przeznaczenie.2
Sny o przeznaczeniu
_Koszmary to wszystko to,
o czym nie mamy odwagi śnić._
Andras
_Była przede mną._
_Rzeczywistość przypominała rozmazany szkic. Świat miał rozmyte kontury._
_Jedyną wyraźną rzeczą była ona._
_Miała białą sukienkę. Biegła, a jej czarne włosy falowały z każdym krokiem._
_Czekałem, aż się odwróci. Gdy to zrobiła, jej szlachetne rysy rozjaśniły się delikatnym światłem, a zielone oczy, miękkie jak pieszczota, odnalazły moje._
_Coraline podeszła i objęła mnie w pasie._
_Pulsowała jak kometa. Żywa, jasna i ciepła. Wpatrywała się we mnie takim wzrokiem, jakby czytała w mojej duszy, a moje ciało zareagowało mrowieniem._
_Przytuliłem ją, czując ten słodkawy zapach, którego nigdy nie lubiłem. Pocałowałem ją w szyję i w piersi, po czym gwałtownie chwyciłem ją za ramiona i przyciągnąłem do siebie._
_Lecz kiedy to zrobiłem…_
_Jej twarz zaczęła się zmieniać. Kości policzkowe stały się dumne i wyraziste, wargi – mięsiste i pełne. W kąciku ust pojawił się mały pieprzyk, oczy zamieniły w gwieździste czarne kałuże._
_Teraz miałem przed sobą brunetkę o twarzy anioła. Wpatrywała się we mnie głębokim spojrzeniem, obejmując mnie ciasno ramionami._
_A potem…_
_Uśmiechnęła się do mnie._
_Otworzyła szeroko oczy, jej policzki eksplodowały zachwytem._
_Ciemne tęczówki rozbłysły niczym galaktyki._
_Z włosami wokół twarzy i ustami rozświetlonymi cudownym blaskiem oparła swój podbródek na moim sercu i zaśmiała się cudownie._
_Pomyślałem, że świat mógłby się teraz skończyć._
_I przez jedną głupią, szaloną chwilę znów poczułem się jak dziecko…_
Otworzyłem oczy.
Sen odszedł, rzucając mnie z powrotem w mrok.
Byłem sam w swoim pokoju.
Zdenerwowany, podniosłem się i usiadłem. Koc zsunął mi się z nagiej klatki piersiowej. Wziąłem głęboki oddech i przyłożyłem dłoń do głowy.
Co to, kurwa, było?
Złapałem się za włosy. Zacisnąłem szczękę, nie mogąc uwierzyć, że to mi się przyśniło.
Znowu.
Od Bożego Narodzenia minęły zaledwie trzy doby, trzy pieprzone noce, podczas których myśl o niej tkwiła w szczelinach mojej czaszki jak jadowita drzazga.
Jej dziecięca twarz. Krwawa czerwień ust.
Spojrzenie zaraźliwe jak wirus i włosy tak czarne, że wtapiały się w moje koszmary.
I ten uśmiech…
Coś drgnęło mi w podbrzuszu, ale teraz nie mogłem go sobie przypomnieć.
Próbowałem na nowo przywołać to wspomnienie, ujrzeć je tak samo żywe jak we śnie.
Ale nie byłem w stanie.
Bo od pierwszego spotkania wrzeszczała, obrażała mnie, drapała pazurami, ale nigdy się do mnie nie uśmiechnęła.
Ani razu.
Nie wiedziałem nawet, jaki ma uśmiech, czy odbija się w jej oczach, czy ta intrygująca istotka potrafi robić z ustami cokolwiek poza gryzieniem i wzdychaniem.
Nerwowo położyłem dłoń na kroczu. Poranna erekcja pulsowała w spodniach od piżamy, ale wątpiłem, że to przypadek. Chwyciłem penisa w pięść i mocno zacisnąłem, próbując stłumić narastające podniecenie. Ścięgna mi się napięły, mięśnie miednicy zesztywniały od pępka do kości łonowej. Zaciskałem dłoń, dopóki nie zazgrzytałem zębami z bólu. Moja najbardziej chora strona odnalazła w tym cierpieniu ponurą satysfakcję.
Z niskim pomrukiem zrzuciłem z siebie koc i wstałem.
Carmen już wyszła, zabierając ze sobą Olly, więc byłem sam. Wziąłem lodowaty prysznic, wytarłem włosy i skierowałem się do salonu.
Drzewko wciąż tam było.
Choinka stała dumnie w świetle dnia. Ciemna, z pogaszonymi lampkami, wyglądała jak sen, który należy wyrzucić na złom.
Nigdy nie obchodziłem świąt ani niczego podobnego.
Nawet się z nimi nie identyfikowałem.
A jednak fakt, że drzewko wciąż tam było, świadczył o mojej głębokiej niespójności, o tym, że usilnie próbowałem przekonać samego siebie do pewnych rzeczy.
Dziecko, którym kiedyś byłem, podziwiałoby choinkę z bijącym sercem i szeroko otwartymi oczami.
Ale jako dorosły mężczyzna…
Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści. Frustracja oplatała mi nerwy jak zardzewiałe druty, gdy podniosłem rękę i ściągnąłem z czubka niewielką różę wiatrów. Pierścień wokół jej ramion lekko lśnił. Spojrzałem na tę małą czarną gwiazdę i w jej odbiciu znów ujrzałem ją.
Jej bose stopy, gęste włosy sięgające do krągłych bioder.
Zsunięta szelka ogrodniczek i ta żądza w jej dzikim spojrzeniu, która była jak modlitwa, a zarazem potępienie.
Musiałem się tego wszystkiego pozbyć.
Ścisnąwszy zawieszkę w dłoni, otworzyłem okno. Lodowate powietrze smagnęło moje nagie obojczyki i końcówki mokrych włosów. Bez wahania wystawiłem rękę, gotowy cisnąć przedmiot na ulicę, w kratkę ściekową lub pod koła samochodu.
Z dala od wszystkiego, co mnie dotyczy.
_„Mówiłeś, że u was w domu nie było takich rzeczy. Pomyślałam, że trzeba to nadrobić”._
Jeszcze mocniej zacisnąłem dłoń. Kolce wbiły się w skórę, knykcie mi pobielały. W głowie wciąż słyszałem jej słowa, odbijały się echem w mojej czaszce. Wpatrywałem się w zamkniętą dłoń zimnymi oczami i z okrutną obojętnością kogoś, kto nauczył się brutalnie wydrapywać sobie z duszy wszelkie szkodliwe przyzwyczajenia.
Otworzyłem palce i wypuściłem różę.
Wara od moich koszmarów, dziewczyno.
I od moich snów.
Tego wieczoru w lokalu wrzało jak w ulu.
Zbliżał się sylwester, a stopień histerii Zory był jak barometr znaczenia imprezy – im ważniejsze wydarzenie, w tym większy emocjonalny tajfun się zmieniała.
Skrzyżowałem ręce i nogi i z opuszczonym podbródkiem stanąłem przy ścianie w szatni. Zgromadzili się tam wszyscy ochroniarze; niektórzy siedzieli na krzesłach, inni stali wsparci o metalowy stół.
Jako szef ochrony miałem za zadanie koordynować wydarzenie i obowiązki każdego członka personelu, tak aby reputacja klubu nie została nadszarpnięta; każdy musiał znać schemat imprezy, swój obszar odpowiedzialności i procedury awaryjne.
– Ochroniarze przy wejściu zajmą się selekcją. Tu nie ma miejsca na jakiekolwiek wpadki.
Zadania zostały już przydzielone, więc ograniczyłem się do ostatecznych ustaleń.
– Ci w sali będą krążyć dwójkami. Macie trzymać gęby na kłódkę, monitorować sytuację z daleka i zawsze interweniować przed faktem. Fizyczna konfrontacja na terenie sali zostanie uznana za porażkę. Do tych na korytarzach: pilnujcie, żeby nikt się nie kręcił po strefach dla personelu. Pod żadnym pozorem. Czy to jasne? Pozostańcie na swoich miejscach i trzymajcie się programu. Kto porządnie wykona swoją robotę, w nagrodę nie zostanie zwolniony.
Niektórzy patrzyli na mnie z nienawiścią, ale nikt nie śmiał się odezwać. Byliśmy jednym z najbardziej elitarnych klubów w mieście, z oszałamiającymi obrotami i prestiżem równym tylko najlepszym lokalom nocnym ze sceną taneczną w Filadelfii. Jeśli komuś nie odpowiadały warunki, zawsze mógł odejść i stemplować dzieciakom nadgarstki w jakiejś dyskotece lub skończyć jako ochroniarz w markecie.
– A co z imprezą? – spytał jeden z siedzących, chłopak o imieniu Lowen. Zwykle nie zachowywał się jak kretyn, ale to pytanie mnie zaniepokoiło.
– Jaką imprezą? – spytał inny.
– No tą, którą organizują co roku. Tylko dla personelu. Odbędzie się pod koniec wieczoru?
Siedzący obok niego chłopak szturchnął go łokciem w żebra.
– A co, wpadła ci w oko któraś tancerka?
Lowen uśmiechnął się wymownie. Rozmasował miejsce, w które uderzył go ten drugi, po czym wymienili między sobą spojrzenia jak banda napalonych nastolatków na filmie dla dorosłych.
Niecierpliwie wypatrywali momentu, gdy wreszcie będą mogli podejść do tancerek, porozmawiać z nimi, poflirtować. Co noc kusiły ich ze sceny, błyszcząc świetle reflektorów jak cukrowe lalki, i zaliczenie którejś w klubowej toalecie najwidoczniej było szczytem ich aspiracji. Poza tym to było spotkanie po godzinach, na którym Zora wciskała te swoje bzdury o wielkiej rodzinie i takie tam.
Tam nie musieli się trzymać swojej roli.
Mężczyźni pogrążyli się w rozmowie, przekrzykując się nawzajem, a ja zerknąłem na zegar wiszący na ścianie.
Godzina jasno wskazywała, że zebranie dobiegło końca.
– Impreza jest dla pracowników. Po pracy możecie wziąć w niej udział. A teraz idźcie.
Ruszyłem przed siebie, jak zwykle bezkompromisowy, a oni ucichli i podnieśli na mnie wzrok.
Nie odwróciłem się, tylko otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz.
Wiedziałem, co o mnie myślą. Z tym czy z owym pozwalałem sobie na pewną zażyłość, ale żadnego nie dopuszczałem zbyt blisko. Istniała między nami bariera, której pod żadnym pozorem nie wolno im było przekroczyć, choć była w tym pewna ironia, ponieważ sam byłem osobą, dla której naruszanie granic to chleb powszedni.
Byłem tam najmniej lubianym pracownikiem, ale – wierzcie lub nie – pogarda to skuteczniejsze narzędzie niż podziw czy szacunek.
Wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i kciukiem przeliczyłem, ile sztuk zostało. Szedłem powoli korytarzem, włosy opadały mi na oczy; zastanawiałem się, czy w drodze powrotnej zatrzymać się przed sklepem i kupić sobie nową paczkę.
Gdy dotarłem do sali, było już prawie pusto.
Światła były przygaszone, w tle snuła się uwodzicielska nuta saksofonu; przy niewielkich stoliczkach ustawionych dyskretnie przy ścianie siedzieli już tylko najbardziej lojalni klienci.
Przez cały wieczór trzymałem się z daleka, ale gdy stanąłem w progu i podniosłem wzrok, jakaś niewidzialna dłoń chwyciła mnie za brodę i zmusiła do spojrzenia w bok.
W głębi ujrzałem ją.
Poruszała się w przyćmionym świetle, z włosami zaczesanymi w wysoki kucyk i tym spojrzeniem, które siało spustoszenie.
Gardło wypełniło mi dziwne uczucie, coś w połowie drogi między irytacją a rozleniwieniem. Poczułem potrzebę zabicia go czymś żrącym, palącym, rozerwania na strzępy i rozpuszczenia w alkoholu.
Cmoknąłem językiem, żeby się go pozbyć, ale po chwili doszedłem do wniosku, że tu pomoże tylko mocny shot, który spłynie mi ogniem po gardle i spopieli nawet myśli krążące w głowie. Do końca zmiany została jeszcze godzina. Rzadko piłem, ale w tym momencie myśl o pozostaniu trzeźwym była dla mnie nie do zniesienia. Wsunąłem ręce do kieszeni i z niechęcią ruszyłem w stronę baru.
Stanąłem przed kontuarem, a ten cały James, barman, natychmiast spojrzał na mnie pytająco.
– Zrób mi B-52.
Położyłem rękę na barze, on zaś skinął głową i zaczął szykować zamówienie. W ciszy zabębniłem palcami po blacie i przesunąłem wzrok na postać u jego boku.
Stała odwrócona do mnie plecami, miała na sobie czarną koszulkę. Mechanicznie wycierała szklankę szmatką i nawet nie raczyła na mnie spojrzeć.
Nachyliłem się, oparłem łokciami o blat i splotłem palce, żeby jeszcze bardziej zaznaczyć swoją obecność. Ale nawet wtedy się nie odwróciła.
– Proszę.
Przed oczami wyrósł mi mały kieliszek. Na podniebieniu czułem jakiś dziwny smak. Odwróciłem od niej wzrok i ująłem płonącego drinka – ogień uwięziony w krysztale.
Skąd ta nagła irytacja?
Zmarszczyłem brwi. James coś do niej mówił, a ona słuchała go, jakby mnie tam nie było. Zacisnąłem szczękę, zdmuchnąłem płomień i wlałem całą zawartość do ust.
– W każdym razie postaraj się nie zrujnować mi chaty…
Zacząłem się dławić. Gardło mi się zacisnęło i musiałem zmusić się do przełknięcia alkoholu, inaczej zacząłbym kaszleć jak jakiś imbecyl. Zabulgotało mi w przełyku i zesztywniałem, z wargami mokrymi od trunku spojrzałem w górę. Patrzyła na barmana rozgniewanym wzrokiem.
Zawsze miała taką minę. Tę cholerną nadąsaną minę, która sprawiała, że wyglądała jak krnąbrna dziewczynka. Spojrzenie eleganckiej dzikuski.
– Jeszcze nie skończyłem – syknąłem nienawistnie.
James zamarł, a ona dopiero wtedy podniosła na mnie wzrok.
Zatopiła w moich oczach swoje ciemne tęczówki.
Moje nerwy napięły się jak struny, serce zamiast krwi zaczęło tłoczyć w żyły coś bardziej trującego niż pogarda, co zastygało mi w sercu i paliło mnie od środka. Chwilę później odwróciła wzrok i wróciła do swoich zajęć.
Poczułem, że kiełkuje we mnie coś nieokreślonego. Fakt, że rozdzielał nas kontuar, sprawił, że moje dłonie w skórzanych rękawiczkach dziwnie się napięły, ale tak naprawdę nie rozumiałem, jaki – u licha – mam problem.
Wyszedłem, zanim zrobiłbym coś głupiego.
Wymaszerowałem z sali z zaciśniętą szczęką i skwierczącym w trzewiach zamętem. Minąłem inżyniera dźwięku, faceta z siwymi wąsami i tupecikiem, który spokojnie palił papierosa. Miał na imię Vin i pracował w tym miejscu długo przed tym, zanim się tu pojawiłem, ale i tak wyrwałem mu papierosa z ust, rzuciłem na ziemię i zgniotłem podeszwą.
– Tu nie wolno palić.
– Sam tu ciągle palisz!
– Robię, co mi się, kurwa, podoba – warknąłem, on zaś spojrzał na mnie z oburzeniem.
Oboje doskonale wiedzieliśmy, że to kompletna bzdura, że praktycznie nigdy nie paliłem w klubie, natomiast zawsze pozwalałem na to jemu. Po prostu byłem wściekły, dlatego zachowywałem się bardziej impulsywnie i złośliwie niż zazwyczaj. Vin pokręcił głową i poprawił beret. Odchodząc, kątem oka zauważyłem, że zapalił kolejnego papierosa.
Nie jestem humorzasty. Przynajmniej nie na co dzień. A jednak z jakiegoś powodu ta mała dzikuska zawsze wiedziała, jak pozbawić mnie resztek samokontroli.
Wlazła mi z buciorami do sypialni, włamała mi się do komputera. Siłą zabrała mi część prywatności, a potem rozsiadła się w najlepsze i z szeroko otwartymi oczami i źrenicami matowymi niczym brudne lustra jak zahipnotyzowana wsłuchiwała się w głos, który był dla mnie jednocześnie zaklęciem i wyrokiem.
Wstręt rozlał się po mnie jak ogień. Serce wpompowało w moje żyły kolejną porcję trucizny i nagle w pełni poczułem cały ten gniew, całą tę surową i wypaczoną nienawiść, jaką czułem do siebie samego. A zarazem do niej – tej małej, złamanej, wspaniałej istoty, bardziej niebezpiecznej niż całe to morze bólu. Dopadłem do niej jednym susem, a ona spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
To przez nią – oskarżycielsko syknął głos w mojej głowie. To przez nią. To był głos mojego ojca, pełen pogardy. Zdawało mi się, że widzę jego zimne oczy. A ja nie mogłem wyrazić nic innego niż to, czego mnie od zawsze uczono, co mi aplikowano i czym mnie karmiono, odkąd byłem małym dzieckiem.
– Andrasie…
Odwróciłem się.
Za mną stała bileterka. Miała złożone ręce i patrzyła na mnie intensywnie, nieśmiało, a zarazem drażniąco natarczywie. Była trochę dziwna. Pozowała na wielką nonkonformistkę, ale w rzeczywistości desperacko szukała aprobaty, zwłaszcza osób, które były od niej wyżej w hierarchii.
– Zora pyta, czy jutro możesz przyjść trochę wcześniej… Wydrukowałam też program imprezy dla każdego członka ochrony, pomyślałam, że może się przydać.
Wyciągnęła do mnie rękę z papierami; spojrzałem na nie, ale ich nie wziąłem. Przez ułamek sekundy zatrzymała wzrok na moich wargach.
– Zostaw je na biurku przy wejściu. Wezmą, gdy będą wychodzić.
Kristine zabrała rękę i skinęła głową. Przygryzła wargę, a ja zdałem sobie sprawę, że w myślach nieświadomie wypowiedziałem jej imię.
Dlaczego tak łatwo było mi zwracać się do innych po imieniu? Do wszystkich poza nią?
Jeśli chodzi o nią, wszystko zawsze było takie… problematyczne? Dlaczego?
Zacisnąłem szczękę. Musiałem coś przeżuć, zmiażdżyć zębami, aż rozbolą mnie dziąsła. Doskonale znałem odpowiedź, ale jednocześnie zbyt dobrze znałem siebie, by wiedzieć, że problemy zawsze witam z otwartymi ramionami i drwiącym uśmieszkiem na ustach.
Że nigdy nie lubiłem rzeczy czystych, łatwych, zrobionych, jak należy. Żywiłem się padliną, tym, co świat zdążył już zepsuć. I absolutnie nic nie stymulowało mnie mocniej niż świeżo odkryte piekło, w którym mogłem płonąć.
Oddaliłem się, nie czekając, aż Kristine cokolwiek doda. Zacząłem szukać papierosów; znalazłszy paczkę, wyjąłem jednego i zapaliłem. Kopniakiem otworzyłem drzwi dla personelu i zaciskając zęby, wyszedłem na dwór. Zaciągnąłem się mocno nikotyną, aż zapiekło mnie w przełyku, a potem zatrzymałem dym w płucach, tonąc we własnym szaleństwie. W końcu wypuściłem ciepły dym przez nos i zamknąłem oczy.
_„Imiona są ważne. Kiedy decydujesz się nazwać coś po imieniu, dajesz temu moc, by wkroczyło w twoje życie”._
Albo je zrujnowało…
Te słowa same do mnie przyszły. Stojąc przy ścianie z odchyloną głową, wciągnąłem je razem z nikotyną.
Paliłem powoli. Mocno się zaciągałem. Nie byłem uzależniony od nikotyny bardziej niż od innych złych przyzwyczajeń, ale papierosy łagodziły moje napięcie w ten najlepszy, brudny sposób. Doszedłem już do filtra, ale i tak połknąłem dym, chcąc w pełni poczuć palący ból. Wypełnione trującą chmurą płuca mocno zapiekły. Środkowym palcem zgniotłem niedopałek, po czym odrzuciłem go gniewnym gestem.
Nienawidziłem słabości.
Nienawidziłem własnych wrażliwych punktów.
Wszystko, co miałem do stracenia, to mały piegowaty wróbelek, który jeszcze nie umiał wymawiać mojego imienia. Dlatego trzymałem ją z dala od wszystkich i nie chciałem, żeby ktoś o niej wiedział…
A co z tym, co włożyłeś na szyję?
Z mojego gardła wydobył się poirytowany syk. Dotknąłem wewnętrznej kieszeni kurtki, jakby była czubkiem ostrza. Kwadratowy kształt nadal tam tkwił, przypominając mi, że byłem nie tylko hipokrytą, ale także pieprzonym kłamcą.
A najgorsze bzdury wmawiałem sam sobie.
Wróciłem do środka dopiero, gdy zgaszono światła, a goście już się rozeszli. Szukałem jej wszędzie, tak jak się szuka bolesnego siniaka.
Znalazłem ją w szatni dla personelu, odwróconą plecami i już przebraną. Właśnie wkładała do torby swój uniform baristy.
Z jakiegoś głupiego powodu zatrzymałem się, żeby na nią popatrzeć.
Jej biała szyja była odsłonięta, zza miękkiego konturu policzka wystawały końcówki czarnych rzęs. Nadal miała związane włosy, ale nie rozumiała, że ani wysoki kucyk, ani męski ubiór nie są w stanie ukryć jej dzikiego piękna.
Włożyłem rękę do kieszeni kurtki i zatrzymałem się kilka kroków od niej.
– Zapomniałaś o tym ostatnio.
Rzuciłem coś na stół. Jej dziennik. Zostawiła go, uciekając, i choć wciąż byłem na nią tak samo wkurzony, zatrzymanie go dla siebie byłoby przesadą, nawet dla mnie.
Czekałem, aż go weźmie i coś powie, ale nic.
Nie zareagowała.
Nawet się nie odwróciła.
Znów poczułem to niewytłumaczalne mrowienie w podbrzuszu. Szalone pragnienie, by wyciągnąć rękę, złapać ją za włosy, przyciągnąć i zmusić, żeby na mnie spojrzała. Zobaczyć, jak z jej czarnych oczu bucha gorączkowa furia i zalewa mnie wściekłością.
W tym momencie przypomniałem sobie, że o niej śniłem.
Zacisnąłem zęby i zrobiłem krok naprzód.
– Mówię do ciebie.
– Ani kroku dalej.
Prawie nie rozpoznałem jej głosu. Zamarłem, a ona w końcu się odwróciła: jej oczy krzyczały jaskrawą nienawiścią. Uderzyła we mnie całą sobą, całą chropowatą i nieprzejednaną mocą swoich dziewiętnastu lat. Chęć, by ją złapać i zanurzyć się w jej dzikim zapachu, stała się nie do zniesienia.
Chciało mi się pieprzyć.
Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, w mojej krwi budziło się pożądanie.
– Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj.
– Ty mówisz mnie… żebym się nie zbliżał?
To chyba jakiś żart. Zdecydowanie próbowała być zabawna, bo pomysł, że te słowa wyszły z jej ust, był dosłownie szokujący.
Ja mam się do niej nie zbliżać?
Ja?
To ona zainfekowała mi krew, sprawiła, że wszystko nasiąkło jej zapachem – ona, która z jakiegoś cholernego powodu uśmiechała się do mnie ze snów.
Spała moim snem, śniła moje sny i jeszcze miała czelność mówić mi, że mam trzymać się od niej z daleka?
– Dobrze słyszałeś – powtórzyła. – Muszę cię oglądać, pracować z tobą… może nawet serwować ci drinki, ale dla mnie nie istniejesz.
Rzuciła mi spojrzenie pełne złości, odrazy, bólu, wyrzutów za to wszystko, co jej zrobiłem.
– Dla mnie jesteś niczym. I nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
Wytrzymałem jej spojrzenie w milczeniu, mój wzrok był zimny, niewzruszony. Mogłem powiedzieć wiele rzeczy, ale z jakiegoś powodu tylko ta jedna opuściła moje usta.
– Wreszcie załapałaś.
Zacisnęła powieki. Wzięła swój dziennik z obrzydzeniem, jakbym go czymś zaraził, i zanim odwróciła się do mnie plecami i poderwała z miejsca, rzuciła na odchodne:
– Spadam. Timmy na mnie czeka.
– Timmy? A kto to niby jest?
– Nie twoja sprawa. Jest kolczasty i skryty, ogólnie straszny z niego dupek – syknęła z goryczą. – Szczerze mówiąc, jesteście całkiem podobni.
Zanim jej słowa w pełni do mnie dotarły, rzuciła mi spojrzenie, w którym malowała się czysta nienawiść, i przeszła obok, smagając mnie dumnym biczem włosów. Pomaszerowała do drzwi, jakby uciekała przed samą sobą, ale przed progiem przystanęła.
Zebrała się w sobie i mocno zacisnęła palce na rączkach torby. W tamtej długiej chwili słyszałem tylko jej niski, powolny głos, w którym pobrzmiewała ostateczność.
– Kazałeś mi zniknąć z twojego życia, więc pewnie się ucieszysz, bo ciebie już w moim nie ma.
Powiedziawszy to, odeszła. Nawet na mnie nie patrząc.
Zostałem sam.
Wpatrywałem się w puste drzwi, żyłka na mojej szyi pulsowała z napięcia, nozdrza drażnił jej nieokiełznany zapach, a w umyśle kotłowała się jedna przeklęta myśl.
Kim, u licha, jest Timmy?