Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Arnold. Edukacja kulturysty - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Rok wydania:
2010
Czytaj fragment
Pobierz fragment
34,90
Cena w punktach Virtualo:
3490 pkt.

Arnold. Edukacja kulturysty - ebook

Wypróbuj trening z jednym z najsławniejszych kulturystów świata, Arnoldem Schwarzeneggerem. Poznaj jego drogę do sukcesu i wskazówki do osiągania własnych celów. Zastosuj program treningowy oparty na doświadczeniu mistrza, by zyskać siłę, pewność siebie i świadomość ciała.

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o życiu Schwarzeneggera - o jego pochodzeniu i drodze do osiągnięcia celów, które mogą wydawać się niemożliwe. Biografia najsłynniejszego kulturysty świata potrafi dodać otuchy, zmotywować do dalszego treningu. Pokazuje, że każde sportowe marzenie można zrealizować mimo przeciwności.

Druga część książki poświęcona jest treningowi. Prezentuje metodykę ćwiczeń i dietę Schwarzeneggera. Znajdziesz tu zarówno treningi z obciążeniem własnego ciała, które możesz wykonywać w domu, jak i zestawy ćwiczeń na siłowni - z wolnymi ciężarami i na maszynach. Zawarte w książce programy treningowe pomogą ci osiągnąć wymarzony cel.

Książka Arnold. Edukacja kulturysty to pozycja kultowa, polecana przez trenerów i użytkowników for internetowych o tematyce sportowej.

Kategoria: Sport i zabawa
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-64131-21-9
Rozmiar pliku: 33 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zdobyte tytuły

1965 Mr. Europe Junior (Niemcy)

1966 Best Built Man of Europe (Niemcy)

1966 Mr. Europe (Niemcy)

1966 International Powerlifting Championship (Niemcy)

1967 NABBA Mr. Universe Amateur (Londyn, Anglia)

1968 NABBA Mr. Universe Professional (Londyn, Anglia)

1968 German Powerlifting Championship (Niemcy)

1968 IFBB Mr. International (Meksyk)

1969 IFBB Mr. Universe Amateur (Nowy Jork, Stany Zjednoczone)

1969 NABBA Mr. Universe Professional (Londyn, Anglia)

1970 NABBA Mr. Universe Professional (Londyn, Anglia)

1970 Mr. World (Columbus, Stany Zjednoczone)

1970 IFBB Mr. Olympia (Nowy Jork, Stany Zjednoczone)

1971 IFBB Mr. Olympia (Paryż, Francja)

1972 IFBB Mr. Olympia (Essen, Niemcy)

1973 IFBB Mr. Olympia (Nowy Jork, Stany Zjednoczone)

1974 IFBB Mr. Olympia (Nowy Jork, Stany Zjednoczone)

1975 IFBB Mr. Olympia (Pretoria, Afryka Południowa)

1980 IFBB Mr. Olympia (Australia)Rozdział 1

– Arnold! Arnold!

Nadal ich słyszę. Głosy moich przyjaciół – ratowników wodnych, kulturystów, ciężarowców – dochodzące znad jeziora, gdzie trenowaliśmy wśród drzew i traw.

– Dalej, Arnold! – krzyczał Karl, młody lekarz, z którym zaprzyjaźniłem się na sali gimnastycznej.

To było latem, kiedy skończyłem 15 lat. Czas dla mnie magiczny, bo wtedy właśnie odkryłem, co dokładnie chcę robić w życiu. To było coś więcej niż tylko marzenie małego chłopca o mglistej i odległej przyszłości – niejasne marzenie o karierze strażaka, detektywa, żeglarza, pilota oblatywacza albo szpiega. Ja wiedziałem, że zostanę kulturystą. I nie chodziło mi jedynie o bycie kulturystą. Chciałem być najlepszym kulturystą na świecie. Najlepiej zbudowanym człowiekiem na ziemi.

Nie jestem do końca pewien, dlaczego wybrałem kulturystykę. Wiem tylko, że uwielbiam ten sport. Pokochałem go w chwili, gdy po raz pierwszy moje palce zacisnęły się na hantlach. Rozpierała mnie radość, gdy dźwigałem ciężkie, metalowe sztangi nad głową.

Zawsze byłem związany ze sportem, przez mojego ojca – wysokiego, krzepkiego mężczyznę, który sam zdobył mistrzostwo w curlingu na lodzie. Byliśmy sportową rodziną, gdzie najważniejsze były: trening, dobre odżywianie oraz utrzymywanie ciała w zdrowiu i dobrej kondycji. Zachęcany przez ojca, najpierw zaangażowałem się w sporty zespołowe. Miałem wtedy 10 lat. Zapisałem się do drużyny piłkarskiej, która miała nawet własne stroje i regularny program treningowy – ćwiczyliśmy trzy razy w tygodniu. Sport całkowicie mnie pochłonął i z pasją grałem w piłkę nożną przez niemal pięć lat.

Jednak kiedy miałem 13 lat, sporty zespołowe przestały mnie satysfakcjonować. Już przeczuwałem, że wybiorę indywidualną ścieżkę rozwoju. Nie lubiłem, gdy po wygranym meczu nie byłem doceniany. Naprawdę wyróżniony czułem się tylko raz, kiedy zostałem uznany za najlepszego zawodnika na boisku. Postanowiłem spróbować sił w sportach indywidualnych. Biegałem, pływałem, boksowałem. Brałem udział w zawodach w rzucie oszczepem i pchnięciu kulą. Radziłem sobie całkiem nieźle, ale żadna z tych dyscyplin mi nie pasowała. W tym czasie nasz trener z drużyny piłkarskiej zdecydował, że na naszą kondycję dobrze wpłynie podnoszenie ciężarów raz w tygodniu przez godzinę.

Do dziś pamiętam pierwszą wizytę na siłowni. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo podnoszącego ciężary. Goście na siłowni byli olbrzymi i brutalni. W pewnym momencie zorientowałem się, że chodzę między nimi i gapię się na mięśnie, których nazw nawet nie znam. Mięśnie, których nigdy wcześniej nie widziałem. Kulturyści lśnili od potu. Wyglądali mocarnie jak Herkulesi. I wtedy zrozumiałem, że temu właśnie poświęcę życie. Czułem się tak, jakbym nagle odnalazł coś, czego od dawna szukałem. Jakbym stąpał po niepewnej kładce i nagle wkroczył na stały ląd.

Zacząłem podnosić ciężary z myślą o rozwinięciu nóg – tego głównie potrzebowaliśmy do gry w piłkę nożną. Jak na mój wiek – 15 lat, robiłem przysiady z dość dużym obciążeniem. Goście z siłowni od razu zauważyli, że ciężko pracuję. Zaczęli mnie zachęcać, bym zajął się kulturystyką. Byłem wysoki i szczupły. Miałem 180 cm wzrostu, ważyłem zaledwie 68 kg, ale miałem zgrabną, atletyczną figurę, a moje mięśnie zadziwiająco szybko reagowały na trening. Sądzę, że obserwujący mnie kulturyści dostrzegli to. Z powodu mojej budowy sport był dla mnie zawsze łatwiejszy niż dla większości moich rówieśników. Ale jednocześnie zawsze chciałem czegoś więcej, więc utrudniałem sobie zadanie w porównaniu do kolegów z drużyny.

Latem kulturyści przyjęli mnie do swego grona. Poddali mnie serii ćwiczeń. Wykonywaliśmy je razem nad jeziorem koło miasta Graz – mojej rodzinnej miejscowości w Austrii. Był to program treningowy, który stosowano, by zachować zwinność. Ćwiczyliśmy bez ciężarów. Podciągaliśmy się na gałęziach drzew. Wykonywaliśmy pompki trzymając się nawzajem za nogi, podnoszenie nóg, skłony, skręty i przysiady – wszystko to składało się na prosty trening, który miał nas rozgrzać i przygotować do ćwiczeń na siłowni.

Dopiero pod koniec lata zająłem się prawdziwym treningiem siłowym. Od razu mnie to wzięło. Po dwóch czy trzech miesiącach spędzonych z kulturystami byłem dosłownie uzależniony. Koledzy, z którymi się zadawałem, byli ode mnie dużo starsi. Karl Gerstl – lekarz, miał 28 lat. Kurt Manul – 32, a Helmut Knaur – 50. Każdy z nich stał się dla mnie wzorem. Mniej słuchałem własnego ojca niż ich. Ci kulturyści stali się moimi nowymi bohaterami. Podziwiałem ich wielkość i to, jak panowali nad swoim ciałem.

Właściwy trening siłowy poznałem dzięki bardzo trudnemu programowi podstawowemu, ułożonemu przez tych właśnie kulturystów. Godzina tygodniowo, którą spędzaliśmy na siłowni z drużyną piłkarską, nie zaspokajała już mojej ochoty na trening. Zapisałem się na siłownię i chodziłem tam trzy razy w tygodniu. Uwielbiałem chłód stali rozgrzewanej moim dotykiem. Uwielbiałem odgłosy i zapach siłowni. Nadal to kocham. Nie ma dla mnie przyjemniejszego dźwięku niż pobrzękiwanie stalowych ciężarów, gdy zakładasz je na gryf lub odkładasz sztangę na stojak.

Swój pierwszy prawdziwy trening pamiętam tak dobrze, jakbym odbył go wczoraj. Na siłownię pojechałem rowerem. Ze wsi, w której mieszkałem, musiałem przebyć 12 km. Ćwicząc używałem sztang, hantli i maszyn. Koledzy ostrzegali mnie, żebym nie przesadzał z wysiłkiem, bo później będzie bolało, ale mi się wydawało, że ćwiczenia nie wywołają u mnie takiego efektu. Sądziłem, że jestem ponad to. Jadąc do domu po treningu spadłem z roweru. Byłem taki osłabiony, że nie mogłem utrzymać kierownicy. Straciłem czucie w nogach – były jak z waty. Cały zdrętwiałem i trząsłem się. Zacząłem pchać rower opierając się o niego. Kilometr dalej znów spróbowałem jechać i znów spadłem. Resztę drogi przeszedłem. Takie było moje pierwsze doświadczenie z treningiem siłowym. Pokochałem to.

Następnego ranka nie byłem w stanie nawet podnieść ręki, by przygładzić włosy. Za każdym razem, kiedy próbowałem to zrobić, ból przeszywał każdy mięsień w ręce i ramieniu. Nie mogłem utrzymać grzebienia. Chciałem się napić kawy, ale rozlałem ją po całym stole. Byłem w okropnym stanie.

– Co się dzieje, Arnold? – zapytała mama. Odwróciła się od piekarnika i spojrzała na mnie.

– Co się stało? – pochyliła się, żeby przyjrzeć mi się lepiej i wytarła rozlaną kawę.

– Wszystko mnie boli – powiedziałem. – Mam sztywne mięśnie.

– Spójrz na niego! – krzyknęła do ojca. – Zobacz, co sobie zrobił.

Ojciec wszedł do kuchni wiążąc krawat. Zawsze był elegancki. Włosy gładko zaczesane do tyłu, wąsy równiutko przystrzyżone. Roześmiał się i powiedział, że dojdę do siebie. Jednak mama nie dawała za wygraną:

– Arnoldzie, dlaczego tak się krzywdzisz?

Jednak to, jak reagowała mama, nie martwiło mnie. Dostrzegałem zmiany, jakie zachodziły w moim ciele. To mnie podniecało. Pierwszy raz w życiu czułem każdy mięsień. Pierwszy raz mój umysł świadomie rozpoznawał uda, łydki i przedramiona jako coś więcej niż tylko części kończyn. Czułem ból mięśnia trójgłowego i rozumiałem, dlaczego tak się nazywa – bo składa się z trzech mięśni. Mój umysł zarejestrował każdy z nich. Zostały wyryte w mojej pamięci ostrymi ukłuciami bólu. Uświadomiłem sobie również, że ten ból oznacza postęp. Za każdym razem, kiedy po treningu bolały mnie mięśnie, wiedziałem, że się rozwijają.

Wybrałem chyba najmniej popularny sport. Koledzy ze szkoły stwierdzili, że zwariowałem. Nie przejmowałem się tym. Myślałem tylko o tym, by iść naprzód. Rozbudowywać coraz więcej mięśni. Prawie nie miałem czasu, by odpocząć i spojrzeć na kulturystykę z innej perspektywy. Pamiętam, że niektórzy starali się zaszczepić we mnie negatywne myśli w odniesieniu do tego sportu. Próbowali mnie namówić, bym zwolnił. Ale ja odnalazłem wreszcie coś, czemu chciałem poświęcić całą energię i nikt nie mógł mnie powstrzymać. Byłem niezwykle ambitny. Mówiłem i myślałem o sporcie inaczej niż moi koledzy. Zależało mi na odniesieniu sukcesu bardziej niż którejkolwiek ze znanych mi osób.

W wieku lat szesnastu

Moje życie zaczęło się kręcić wokół siłowni. Operowałem nowym językiem: powtórzenia, serie, wymuszone powtórzenia, wyciskanie. Wcześniej w szkole nie mogłem przyswoić sobie anatomii. Teraz pragnąłem ją poznać. W siłowni moi nowi znajomi rozmawiali o bicepsie, tricepsie, mięśniu najszerszym grzbietu, mięśniu czworogłowym, mięśniach skośnych brzucha. Całe godziny spędzałem na przeglądaniu amerykańskich czasopism „Muscle Builder” oraz „Mr. America”. Doktor Karl znał angielski i tłumaczył mi artykuły, kiedy tylko miał czas. Wtedy po raz pierwszy oglądałem zdjęcia „Muscle Beach”. Byli na nich Larry Scott, Ray Routledge i Serge Nubret. Magazyny pełne były opowieści o sukcesach. Zalety posiadania dobrze rozwiniętego ciała były nieocenione. Kulturyści, tacy jak Doug Stroll i Steve Reeves, występowali w filmach, ponieważ ćwiczyli i byli wspaniale zbudowani.

W jednej z tych gazet zobaczyłem po raz pierwszy Rega Parka. Na zdjęciu stał naprzeciwko Jacka Delingera. Od razu uderzył mnie toporny i potężny wygląd Rega. Ten człowiek wyglądał jak zwierzę. Taki właśnie chciałem się stać: wielki. Chciałem być wielkim facetem, a nie – jak dotychczas – delikatnym. Marzyłem o wielkich mięśniach naramiennych, piersiowych, udach, łydkach. Chciałem, żeby każdy mięsień urósł i stał się olbrzymi. Marzyłem o tym, by stać się gigantem. Reg Park uosabiał te marzenia. Największy i najsilniejszy kulturysta.

Od tej chwili jako nastolatek ładowałem baterie oglądając filmy przygodowe ze Stevem Reevesem, Markiem Forrestem, Bradem Harrisem, Gordonem Mitchellem i Regiem Parkiem. Rega Parka podziwiałem najbardziej ze wszystkich. Był brutalny. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem go na ekranie. Film nosił tytuł „Hercules and the Vampires”. Bohater filmu musiał ocalić Ziemię przed inwazją tysięcy żądnych krwi wampirów. Reg Park w roli Herkulesa wyglądał wspaniale. Aż zaniemówiłem. Siedziałem w kinie i wiedziałem, że ja też taki będę – będę wyglądał jak Reg Park. Uważnie śledziłem każdy jego ruch i gest. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że dawno już zapalono światła i wszyscy wyszli z kina.

Od tej chwili Reg Park zdominował moje życie. Był dla mnie ideałem. W pamięci ciągle nosiłem jego niezatarty obraz. Wszystkim moim znajomym bardziej imponował Steve Reeves, ale nie mnie. Reg Park wyglądał bardziej surowo, emanowała z niego siła. Steve Reeves wydawał się wymuskanym i gładziutkim elegancikiem. Nasi idole różnili się od siebie jak woda kolońska od potu.

Czytałem wszystko, co mogłem znaleźć o Regu. Kupowałem wszystkie czasopisma, które publikowały jego programy treningowe. Dowiedziałem się, jak zaczął trenować, co jadł, jak żył i jak ćwiczył. Miałem obsesję na jego punkcie. Im bardziej skupiałem się na tym wyobrażeniu, pracowałem i rozwijałem się, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że jest realne i możliwe, by stać się takim człowiekiem jak on. Nawet Karl i Kurt to wiedzieli. Przewidywali, że osiągnę cel w ciągu pięciu lat.

Ja jednak nie chciałem czekać tak długo. Trawił mnie niezaspokojony głód. Musiałem to osiągnąć szybciej. Podczas gdy większość osób zadowalała się treningiem dwa, trzy razy w tygodniu, ja szybko zwiększyłem liczbę sesji treningowych do sześciu tygodniowo.

Mój ojciec czuł się niepewnie wobec mojego zdecydowania.

– Nie rób tego, Arnold – powiedział. – Przetrenujesz się, przemęczysz.

– Nic mi nie będzie – odparłem. – Trenuję stopniowo.

– No tak, ale co poczniesz z tymi wszystkimi mięśniami, kiedy już będziesz je miał?

– Chcę być najlepiej zbudowanym człowiekiem na świecie – powiedziałem prosto z mostu.

Ojciec westchnął i pokręcił głową.

– A potem chcę pojechać do Ameryki i występować w filmach. Chcę być aktorem.

– Ameryka?

– Tak, Ameryka.

– Mój Boże! – krzyknął. Podbiegł do kuchni i powiedział do mamy: – Sądzę, że powinniśmy z nim pójść do lekarza. On nie jest normalny.

Martwił się o mnie naprawdę. Sądził, że zwariowałem. I oczywiście miał rację. Moje dążenie i pożądanie sukcesu nie były normalne. Normalni ludzie zadowalają się zwykłym życiem. Ja byłem inny. Czułem, że życie to coś więcej niż tylko zwykła, codzienna egzystencja. Zawsze imponowały mi opowieści o wielkości i władzy. Cezar, Karol Wielki, Napoleon – to były postacie, które dobrze znałem i pamiętałem. Chciałem osiągnąć coś niezwykłego. Być w czymś najlepszym. Postrzegałem kulturystykę jako wózek, na którym zajadę na sam szczyt. Włożyłem w nią całą energię.

Trenowałem sześć dni w tygodniu. Ciągle pracowałem nad tym, by zwiększać obciążenia, jakie jestem w stanie udźwignąć i wydłużyć czas pobytu na siłowni. Miałem plan, by wyglądać jak Reg Park. Model miałem cały czas przed oczami. Musiałem tylko rozwinąć się na tyle, by doścignąć ideał. Jednak marzeniami sięgałem dalej. Kiedy już stworzę wspaniałe ciało, pragnąłem je wykorzystać. Chciałem grać w filmach i budować siłownie na całym świecie. Chciałem stworzyć imperium.

Reg Park był dla mnie wzorem. W mojej sypialni na każdej ścianie powiesiłem jego zdjęcia. Czytałem o nim wszystko, co mogłem znaleźć po niemiecku. Karl tłumaczył mi również angielskie teksty. Dokładnie studiowałem każde zdjęcie, jakie wpadło mi w ręce. Zapamiętywałem obwód jego klatki piersiowej, ramion, ud, wygląd jego pleców i mięśni brzucha. Tak mobilizowałem się, by pracować jeszcze intensywniej. Uczucie, gdy płuca wrą, jakby miały zaraz eksplodować, a żyły pęcznieją od buzującej krwi, stało się moim ulubionym. Wiedziałem wtedy, że się rozwijam, robię jeszcze jeden krok na drodze do stania się takim jak Reg Park. Pragnąłem mieć takie ciało jak on i nie obchodziło mnie przez co muszę przejść, by osiągnąć swój cel.

Tej zimy ojciec powiedział, że mogę chodzić na siłownię tylko trzy razy w tygodniu. Nie chciał, żebym wychodził z domu każdego wieczoru. Aby jakoś pokonać ten szlaban, skompletowałem sobie siłownię w domu.

Mieszkaliśmy w 300-letnim budynku. Został on wybudowany przez kogoś z rodziny królewskiej. Kiedy pierwszy właściciel wyprowadzał się z domu, przeznaczył go na mieszkanie dla dwóch osób: szefa policji Grazu i okolic (tę funkcję piastował mój ojciec) oraz dla leśniczego opiekującego się wszystkimi lasami w okolicy. Od stu lat osoby na tych stanowiskach zwyczajowo mieszkały w tym budynku. Nasza rodzina zajmowała piętro, a leśniczy parter.

Dom był zbudowany jak zamek. Podłogi były twarde, a ściany miały niemal 2 m grubości. Doskonałe miejsce na urządzenie siłowni. Ściany i podłogi mogły wytrzymać spore obciążenia. Dysponowałem podstawowym sprzętem: ławeczkami oraz prostymi maszynami zaprojektowanymi i złożonymi specjalnie dla mnie. Moja siłownia nie była ogrzewana, a co za tym idzie, zimą było tam lodowato. Nie przejmowałem się tym. Trenowałem bez ogrzewania nawet w te dni, gdy temperatura spadała poniżej zera.

Trzy razy w tygodniu chodziłem na siłownię w mieście. Musiałem potem pokonać na rowerze lub pieszo 12-km dystans do domu, a zwykle wracałem po godz. 22. Wiedziałem, że dzięki temu również rozwijam mięśnie nóg i objętość płuc.

Jedynym kłopotem związanym z trenowaniem w domu było znalezienie partnera do ćwiczeń. Już wtedy, po doświadczeniach, jakich dostarczyły mi treningi nad jeziorem, byłem zdecydowanym zwolennikiem ćwiczeń z partnerem. Potrzebowałem kogoś, kto nie tylko mógłby mnie uczyć, ale również zachęcać. Trenowałem lepiej i bardziej intensywnie w towarzystwie osoby, której entuzjazm był równie silny jak mój i której imponował mój zapał. Tej pierwszej zimy trenowałem z Karlem Gerstlem – lekarzem, który pomógł mi ułożyć pierwszy program treningowy. Pomagał mi nie tylko jako tłumacz amerykańskich magazynów. Wiedział wszystko o ludzkim ciele. Podchodził do sprawy poważnie i ciężko pracował. Trenowaliśmy w podobny sposób, chociaż nasze cele i diety różniły się od siebie: ja chciałem przybrać na wadze i rozwinąć mięśnie, Karl – zrzucić zbędne kilogramy. Jednak to właśnie on dawał mi kopa, jakiego potrzebowałem.

Zdarzały się dni, kiedy coś mnie hamowało i nie ćwiczyłem tak intensywnie jak zwykle. Było to dla mnie niewytłumaczalne. Czasami nic nie mogło mnie powstrzymać, a innym razem nie miałem zapału. W te gorsze dni nie radziłem sobie z normalnie stosowanymi obciążeniami. Zastanawiało mnie to. Rozmawiałem na ten temat z Karlem. Czytał sporo na temat psychologii (ja w wieku 15 lat tylko znałem to słowo, ale argumenty Karla brzmiały sensownie i stały się podstawą mojego późniejszego sposobu myślenia). – Kłopotem nie jest twoje ciało, Arnold. Ciało nie może się zmienić w znaczący sposób z dnia na dzień. Problemem jest twój umysł. W niektóre dni po prostu jaśniej uświadamiasz sobie swoje cele. W gorsze dni potrzebujesz kogoś, kto cię wesprze i zachęci do dalszej pracy. To tak, jak w czasie jazdy na rowerze za autobusem. Jadąc za nim, wpadasz w strumień obniżonego ciśnienia. Rozrzedzone powietrze ciągnie cię za pojazdem. Potrzebujesz kogoś, kto cię pociągnie. Potrzebujesz wyzwania.

Karl miał rację. W każdym miesiącu przynajmniej przez tydzień nie miałem ochoty na trening. Zadawałem sobie wtedy pytanie: Dlaczego mam tak ciężko trenować, skoro nie mam na to ochoty? W niektóre dni Karl wyciągał mnie z tego marazmu. Mówił: – Stary, świetnie się dzisiaj czuję! Chcę powyciskać na ławce. Zróbmy serię 25, a nie 20 powtórzeń. Może małe zawody? Dziesięć szylingów dla tego, kto zrobi więcej powtórzeń.

To działało. Zmuszał mnie, żebym ruszył tyłek i wziął się do roboty. Stało się dla mnie bardzo ważne, by ktoś był przy mnie i powtarzał: „Jeszcze trochę, Arnold. Dawaj. Jeszcze jedna seria. Jeszcze jedno powtórzenie”.

Równie ważne było dla mnie pomaganie komuś innemu. Obserwowanie jego treningu i zachęcanie go – mnie samego w jakiś sposób zmuszało do wykonywania trudniejszych zestawów ćwiczeń.

W wieku lat szesnastu

Odkryłem, że sekret udanych treningów jest związany ze współzawodnictwem. Ja nigdy się nie oszukiwałem. Chciałem współzawodniczyć w kulturystyce. Domowe zawody z Karlem przyzwyczajały mnie do tego każdego dnia. Moim pierwszym celem było wygranie konkursu Mr. Austria (nigdy nie udało mi się nawet wziąć udziału w tych zawodach – różne okoliczności sprawiły, że zacząłem celować wyżej). Ten pierwszy cel, który sobie wyznaczyłem, zachęcał mnie do stopniowego rozszerzania programu treningowego i coraz cięższej pracy. Moje sesje treningowe wydłużyły się do dwóch godzin dziennie. Ciągle zwiększałem obciążenia i liczbę powtórzeń. Dawałem mięśniom prawdziwy wycisk.

Od samego początku byłem zwolennikiem najprostszych ćwiczeń, gdyż te właśnie ćwiczenia wykonywał Reg Park. Niekiedy przed najważniejszymi konkursami Reg nawet nie rozszerzał swoich treningów na inne ćwiczenia. Pozostawał przy podstawowych: wyciskaniu na ławce i zza głowy, podciągnięciach, przysiadach, wiosłowaniu, uginaniu ramion i nadgarstków ze sztangą, prostowaniu nóg w siadzie oraz wspięciach na palce. Właśnie te ćwiczenia w sposób najbardziej bezpośredni oddziałują na wszystkie części ciała. Dokładnie naśladowałem mojego mistrza i – jak się okazało – nie mogłem lepiej wybrać. Te podstawowe ćwiczenia pozwoliły mi stworzyć mocną bazę. Trzon mięśni, na którym później mogłem rozbudować mistrzowskie ciało. Teoria Rega Parka zakładała, że najpierw należy rozbudować masę mięśniową, a potem rzeźbić ją, aż osiągnie się doskonałość. Pracujesz nad swoim ciałem tak, jak rzeźbiarz nad kawałkiem gliny, drewna czy metalu. Kształtujesz je – im bardziej sumiennie i dokładnie, tym lepiej. Później zaczynasz pracować nad szczegółami. Stopniowo poprawiasz wszystko, aż wreszcie ciało jest gotowe na ostatnie szlify i polerowanie. I właśnie wtedy przekonujesz się, czy miałeś dobrą podstawę. Wszystkie błędy kiepskiego treningu na samym początku wychodzą na światło dzienne. Prawie nie da się ich naprawić.

Stawiałem na wzrost i rozwój masy mięśniowej. Moim celem było osiągnięcie wagi 115 kg. W tamtym czasie nie przejmowałem się swoją talią ani tym, czy jestem zbudowany symetrycznie. Chciałem tylko osiągnąć niesamowitą wagę. Rozwinąć ciało do 115 kg przez podnoszenie coraz większych ciężarów i rozrost mięśni. Skupiałem się tylko na tym, by wyglądać jak olbrzym. Być niesamowitym. Mocarnym. Z czasem spostrzegłem, że trening zaczyna działać. Mięśnie na całym ciele zaczęły się rozwijać. Wiedziałem, że jestem na właściwej drodze.Rozdział 2

Bardzo szybko ludzie zaczęli postrzegać mnie jako kogoś wyjątkowego. Częściowo wiązało się to ze wzrostem mojej samooceny. Rozwijałem się. Robiłem się coraz większy i coraz bardziej pewny siebie. Zyskiwałem zainteresowanie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczałem. Zupełnie jakbym był synem milionera. Kiedy wchodziłem do klasy, koledzy częstowali mnie jedzeniem albo pytali, czy nie potrzebuję pomocy przy odrabianiu lekcji. Nawet nauczyciele traktowali mnie inaczej. Zwłaszcza kiedy zacząłem startować w konkursach podnoszenia ciężarów i zdobywałem nagrody.

To, jak zaczęli traktować mnie ludzie, w zadziwiający sposób podziałało na moje ego. Zapewniło mi coś, czego pragnąłem. Nie wiem, dlaczego tak bardzo brakowało mi zainteresowania innych. Być może powodem był mój starszy brat, któremu ojciec zawsze poświęcał więcej uwagi. Niezależnie od przyczyny, bardzo chciałem być zauważany. Doceniany. Rozkoszowałem się tym przypływem zainteresowania. Nawet negatywny odbiór mojej osoby był dla mnie satysfakcjonujący.

Jestem pewien, że większość znanych mi osób w ogóle nie wiedziała, co właściwie robię. Patrzyli na mnie jak na ciekawostkę, dziwoląga. Prawdziwa akceptacja pojawiała się bardzo rzadko. Byli wokół mnie ludzie przerażeni kulturystyką, którzy sądzili, że muszą mnie do niej zniechęcić. Starali się wykazać, jakie wady ma uprawianie tego sportu i argumentowali, dlaczego nie powinienem być kulturystą. Przez całe życie borykałem się z tego typu sytuacjami. Istnieje specyficzny rodzaj ludzi, którzy zawsze mówią: „Mój lekarz powiedział, że podnoszenie ciężarów jest niezdrowe”.

Początkowo radziłem sobie z tym z trudem. Byłem młody i łatwo dawałem się przekonać, ale wiedziałem jedno: pragnę trenować tak bardzo, że nikt nie jest w stanie odwieść mnie od tego zamiaru, a już na pewno nie ludzie, których nawet nie nazwałbym swoimi przyjaciółmi. Jednak wiele razy dopadały mnie wątpliwości. Zastanawiałem się, dlaczego tak różnię się od innych. Dlaczego chcę robić coś, co tak wielu osobom nie tylko się nie podoba, ale niekiedy bywa nawet powodem do żartów. Jeśli grałeś w piłkę nożną, wszyscy cię uwielbiali, daliby ci wszystko. Stawałeś się bohaterem.

Ludzie dostrzegali we mnie sportowy talent, jednak wybór dyscypliny był dla niech niezrozumiały. Kręcili głowami: – Dlaczego wybrałeś najmniej popularny sport w Austrii?

Często słyszałem to pytanie i rzeczywiście tak było. W całym kraju mieliśmy zaledwie 20 albo 30 kulturystów.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć w żaden sposób. Nie wiedziałem, dlaczego wybór padł na kulturystykę. Działałem instynktownie. Po prostu zakochałem się w tym sporcie. Uwielbiałem uczucia, jakie towarzyszyły mi na siłowni, w czasie treningu i kiedy obserwowałem własne mięśnie.

Teraz, po latach, lepiej to rozumiem. Moje całkowite zaangażowanie wiązało się w znacznym stopniu ze zdyscyplinowaniem, indywidualizmem i czystością, jakie oferuje kulturystyka. Uprawianie tego sportu wynagradzało wysiłek, choć w tamtym czasie w niezbyt wymierny sposób. Wtedy jeszcze nie startowałem w zawodach, dlatego satysfakcja musiała pochodzić z innych źródeł. W lecie nad jeziorem mogłem zaskoczyć wszystkich prezentując zupełnie nowe ciało. Mówili wtedy:

– Jezu, Arnold, znowu urosłeś. Kiedy wreszcie przestaniesz?

– Nigdy – odpowiadałem i śmialiśmy się. Dla nich było to zabawne, ale ja mówiłem poważnie.

Pod wrażeniem byli nie tylko koledzy ze szkoły i znad jeziora. Sąsiedzi również zaczęli zwracać na mnie uwagę.

– Gdybyś potrzebował świeżego mleka, daj znać! – mówił jeden z nich. – Wiem, że jak się podnosi ciężary, to trzeba pić mleko!

Pozowanie w studio

Inni proponowali jajka albo warzywa. Nagle wszyscy wokół zaczęli odnosić się do mnie w inny sposób. Nieważne, czy im się to podobało, czy nie – nie mogli nie zauważyć zmian we mnie.

Najdziwniejsze było jednak to, jak moje nowe ciało działało na dziewczyny. Wiele z nich mój wygląd wręcz powalał, ale dla drugiej połowy byłem odpychający. Żadna nie reagowała obojętnie. Wóz albo przewóz. Słyszałem ich komentarze na korytarzu w szkole w czasie przerwy obiadowej, na ulicach albo nad jeziorem.

– Nie podoba mi się. Wygląda dziwnie. Jak widzę te wszystkie mięśnie, to mam dreszcze.

Albo: – Strasznie mi się podoba wygląd Arnolda. Jest taki wielki i mocny. Wygląda jak rzeźba. Tak właśnie powinien wyglądać facet.

Te reakcje zapewniały mi dodatkową motywację do dalszej pracy nad własnym ciałem. Chciałem być jeszcze większy, aby tym bardziej imponować dziewczynom, którym się to podobało i tym bardziej denerwować całą resztę. Nie chcę wcale powiedzieć, że dziewczyny były dla mnie głównym powodem do trenowania. Zupełnie nie. Jednak była to dodatkowa zachęta. Stwierdziłem, że skoro tak bardzo zwracają na mnie uwagę, mogę to wykorzystać. Nieźle się bawiłem. Potrafiłem poznać, czy dziewczynę odpychają moje rozmiary. Kiedy udawało mi się podchwycić jej spojrzenie, niby od niechcenia unosiłem rękę i napinałem biceps. Widziałem wtedy, jak dziewczyna kuli się ze strachu. Można było nieźle się pośmiać.

Pamiętam, jak chciałem umówić się z jedną z tych negatywnie nastawionych. Miała na imię Herta i słyszałem o jej deklaracjach, że moje ciało jej nie podnieca. Postanowiłem spróbować zmienić jej zdanie. Nie dawałem jej spokoju i stopniowo zaprzyjaźniliśmy się. Wreszcie któregoś dnia zebrałem się na odwagę i zaprosiłem ją na randkę.

– Nie umówię się z tobą za nic na świecie! – odparła. – Ty kochasz tylko siebie. Kochasz własne ciało. Cały czas przyglądasz się tylko sobie. Pozujesz przed lustrem.

Te słowa były dla mnie niczym policzek. Najpierw byłem zły. Dlaczego nie chciała mnie zrozumieć? Dlaczego tak na mnie napadła? Jednak było to do przewidzenia i jakoś sobie z tym poradziłem. Nie sądzę natomiast, aby ona zapomniała o tamtej przygodzie. Ostatni raz, kiedy odwiedzałem Graz, dzwoniła do mnie kilka razy. Mówiła, że jest po rozwodzie i że bardzo chciałaby spotkać się ze mną.

Nikt nie rozumiał, z czym wiązało się uprawianie kulturystyki. Rzeczywiście, oglądasz swoje ciało w lustrze, ale nie dlatego, że jesteś narcyzem, lecz po to, by sprawdzić postępy. Nie ma to nic wspólnego z miłością do samego siebie. Herta nigdy nie posądziłaby o narcyzm jednego z mistrzów wyścigów samochodowych tylko dlatego, że sprawdza swoją szybkość ze stoperem. Tak się składa, że lustro, waga i centymetr to jedyne narzędzia, za pomocą których kulturysta może ocenić swoje postępy.

Herta nie była typową dziewczyną. Zdobywanie ich przychodziło mi bez kłopotów. Seks poznałem nie doznając żadnego zawodu. Starsi kulturyści z naszej siłowni zaczęli mnie zapraszać na swoje imprezy. Szedłem na nie bez zahamowań, a kolesie zawsze dbali o to, żebym miał dziewczynę. – Arnold, ta jest dla ciebie!

Dziewczyny stały się dla mnie obiektem seksualnego pożądania. Widziałem, jak inni kulturyści wykorzystują je w ten sposób i sądziłem, że jest to w porządku. Rozmawiali o zasadzkach i trudnościach, jakie wiążą się z miłością. Miłość mogła odciągnąć od treningu. Oczywiście przyznawałem rację starszym kolegom. Byli moimi idolami.

Moje podejście do całej tej sprawy z czasem zmieniło się diametralnie. Kiedyś uważałem, że kobiety istnieją tylko w jednym celu. Seks był tylko kolejnym ćwiczeniem. Jeszcze jedną czynnością. Byłem przekonany, że nie potrafię dogadać się z dziewczyną, gdyż ona nie jest w stanie zrozumieć tego, co robię. Nie miałem czasu, by regularnie umawiać się z którąś z nich. Przeżyć prawdziwy romans w szkole średniej, z tymi wszystkimi telefonami, liścikami i sprzeczkami. Zajmowało to zbyt dużo czasu. Ja musiałem iść na siłownię. Dla mnie wszystko sprowadzało się do podrywu nad jeziorem, potem żadnych spotkań więcej. Dopiero po czterech latach od czasu, gdy zacząłem trenować, udało mi się poznać dziewczynę, z którą potrafiłem się porozumieć i która coś dla mnie znaczyła.

Towarzystwo dziewczyn nie mogło mi przeszkadzać. Moje myślenie było nastawione całkowicie na trening i byłem zły, jeśli cokolwiek mnie od tego odciągało. Bez podejmowania świadomej decyzji całkowicie odciąłem się od tego aspektu dojrzewania. Nie chciałem być podatny na zranienia i zacząłem bardzo uważnie strzec swoich uczuć. Nie pozwalałem sobie na zaangażowanie – koniec, kropka. Nie był to wybór z rozsądku; dokonał się z konieczności.

Tę postawę przyjąłem na początku mojej kariery i utrzymałem ją dopóty, dopóki pozwalała mi zachować koncentrację i zdążać prosto do wyznaczonego celu. Nie oznacza to, że się nie bawiłem. Byłem jedynie samolubny i ostrożny wobec tej części mojego ja, którą inni zawsze chcieli zdominować pozostając ze mną w związku. W dodatku im większe sukcesy odnosiłem, tym pilniej strzegłem swojej prywatności. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by ktoś zranił moje uczucia w czasie ciężkiego treningu albo tuż przed zawodami. Moje emocje musiały być stabilne. Potrzebowałem całkowitej dyscypliny. Musiałem trenować dwie godziny rano i dwie wieczorem. Musiałem się skupiać tylko i wyłącznie na doskonaleniu własnego ciała oraz rozwijaniu go do granic możliwości.

Unikałem wszystkiego, co moim zdaniem mogło mi przeszkodzić. Wykreśliłem dziewczyny z listy dostępnych możliwości – z wyjątkiem zaspokajania potrzeb seksualnych. Rodziców również wyeliminowałem. Miałem wrażenie, że ciągle chcą się ze mną widywać, a kiedy już się z nimi spotykałem – nie mieli nic do powiedzenia. Przyzwyczaiłem się do tego, że zadawali ciągle te same pytania:

– Co się z tobą dzieje, Arnold? Czy ty niczego nie czujesz? Nie masz żadnych uczuć?

Jak można odpowiedzieć na coś takiego? Zawsze zbywałem te pytania wzruszeniem ramion. Wiedziałem, że to, co robię, jest nie tylko słuszne, ale też bardzo ważne. Poza tym sądzę, że nawet jeśli coś straciłem z powodu odcięcia się od życia uczuciowego, to moje poświęcenie i oddanie sprawiło, że wynagrodziłem sobie wszystko w inny sposób. W końcowym rozrachunku wszystko się wyrównało. Jedną z cech, jaka na tym zyskała, była moja pewność siebie. Rosła w miarę jak uświadamiałem sobie, jaką kontrolę mam nad własnym ciałem. W ciągu dwóch czy trzech lat udało mi się dosłownie całkowicie zmienić swoje ciało. To dawało mi do myślenia. Skoro potrafiłem zmienić swoje ciało, to dzięki tej samej dyscyplinie i determinacji jestem w stanie zmienić wszystko, co tylko zechcę. Mogę zmienić swoje zwyczaje i podejście do życia.

W wieku lat siedemnastu

W tych pierwszych latach nie obchodziły mnie właściwie własne uczucia, oprócz tych związanych z kulturystyką. Sport zajmował każdą chwilę. Wkładałem w niego cały wysiłek. Teraz trenuję tylko półtorej godziny dziennie, by zachować wygląd. Mam czas, by popracować nad rzeczami, które dotąd zaniedbywałem. Mogę teraz pozwolić ujawnić się uczuciom, których musiałem wyrzec się wiele lat temu i ponownie znaleźć dla nich miejsce w moim życiu. Potrafię wykorzystać wiedzę i dyscyplinę, które zdobyłem dzięki kulturystyce i wykorzystać je w celu doskonalenia innych aspektów mojego życia. Teraz, kiedy przyłapię się na tym, że ukrywam jakieś uczucie tak, jak robiłem to kiedyś, staram się je wydobyć z siebie. Staram się być bardziej czułym. Kiedy zauważam, że podchodzę do czegoś w sposób negatywny, odnajduję lepsze strony i pracuję nad tym, by moje podejście stało się bardziej realistyczne. Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy stwierdzą, że nie jest to właściwy sposób postępowania. Zapewne są to te same osoby, które zawsze powtarzały, że kulturystyka jest niezdrowa. Udowodniłem, że nie jest to prawdą. Wiem, że jeśli potrafisz zmienić swoją dietę i program treningowy tak, by zapewnić sobie inne ciało, możesz zastosować te same zasady w odniesieniu do wszystkich innych aspektów życia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: