-
nowość
-
promocja
Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - ebook
Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - ebook
Szmaragdowa chorągiew Gościa wisiała coraz niżej na zachodnim niebie, niczym zwiastun nadchodzącej zagłady.
Na kontynencie Jacuruku taumaturdzy wysłali kolejną ekspedycję, mającą podbić sąsiadującą z nimi dziką dżunglę. Nie był to jednak zwyczajny las. Zwano go Himatanem i ponoć jego połowa znajdowała się w świecie ludzi, a druga w królestwie duchów. Powiadano, że włada nim potężna istota. Jedni nazywali ją Królową Czarownic, inni zaś pradawną boginią Ardatą.
Saeng dorastała pod rządami władających magią taumaturgów, lecz od dzieciństwa wsłuchiwała się także w głosy zapomnianej przeszłości swojej krainy. Gdy jej władcy rozpoczęli inwazję na sąsiednią dżunglę, owe głosy powierzyły jej oraz jej bratu skrajnie niebezpieczną misję.
Na południu pustynne plemiona zjednoczył przybysz z obcych stron – stary żołnierz odziany w sfatygowaną zbroję barwy popiołu. Jego ludzie nazywali go Szarym Duchem. Cudzoziemiec poprowadził ich na wyprawę łupieżczą, jakiej dotąd nie widziano – prosto w serce krain taumaturgów.
Tymczasem do K’azza i jego kompanii najemników dotarła propozycja kontraktu w Jacuruku. Złożyła ją nie kto inny, jak sama Ardata.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-78-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na wdzięczność zasługują moi czytelnicy pierwszej wersji – Sharon Sasaki i A.P. Canavan. Wasze uwagi i komentarze pomogły mi bardziej, niż Wam się zdaje.
Przekazuję wyrazy miłości mojej żonie, Gerri Brightwell. Bez jej wsparcia i zrozumienia ta powieść nie mogłaby powstać, podobnie jak wszystkie poprzednie.
Dedykuję ją również Wam, czytelnicy Malazu. Szansa zapoznania Was z tymi opowieściami była dla mnie przywilejem. Mam nadzieję, że sprawiły Wam równie wiele przyjemności, co mnie.DRAMATIS PERSONAE
_Szczęście Pani_
KYLE: prawdziwe imię Kylarral-ten, pochodzi z Baelu na południe od Assail
TULAN ORBED: kapitan _Szczęścia Pani_
REUTH: nawigator statku, bratanek Tulana
STORVAL: pierwszy oficer
GREN: sternik
Na północy
ORMAN: syn Ormana Bregina
STARY NIEDŹWIEDŹ: legendarny człowiek z gór
KETH I KASSON: bracia Reddinowie
GERRUN: znany też jako Krótka Goleń
KRÓL RONAL: znany też jako król Ronal Bękart
LOTJI BAIN: bratanek Jorgana Baina
Z Włości Krwi Lodu
Mówiący
BURI: legendarny starzec z klanu
JAOCHIM: pan klanu
YRAIN: pani klanu
VALA: siostra Yrain
JASS: syn Vali
BERNAL CIĘŻKA RĘKA: sługa klanu albo strażnik ogniska domowego
Piętowie
CULL PIĘTA: znany też jako Cull Dobry
YULLVEIG: żona Culla, znana też jako Yullveig Wojownicza
ERTA: córka Culla i Yullveig
BARAN: syn Culla i Yullveig
Poszukiwacze złota nadciągający drogą lądową
MARSZAŁEK CYRANECZKA: letheryjski arystokrata
ENGUF SZEROKI: genabackański pirat
MALLE Z GRIS: malazańska arystokratka
HOLDEN Z CAWN: użytkownik magii władający Serc
ALCA Z KOTA: użytkowniczka magii władająca Telas
Poszukiwacze złota nadciągający drogą morską
_Morski Atak_
BURL TARDIN: kapitan
WHELLEN: pierwszy oficer
GAFF: drugi oficer
_Srebrny Świt_
JUTE HERNAN: kapitan
IELEEN: nawigatorka, żona Jute’a
LURJEN: sternik
BUEN: pierwszy oficer
LETITA: zbrojmistrzyni
DULAT: marynarz
_Nieustępliwy_
TYVAR GENDARIAN: dowódca Niebieskich Tarcz i Śmiertelny Miecz Togga
HAAGEN VANTALL: zarządca Niebieskich Tarcz
_Utkany Szmatami_
CARTHERON CRUST: kapitan
OROTHOS: pierwszy oficer
_Błagalnik_
TIMMEL OROSENN: znana też jako protoplastka, władczyni wyspy Umryg
VELMAR: kapłan i sługa pani Orosenn
T’lan Imassowie
Kerluhma
UT’EL ANAG
LANAS TOG: rzucająca kości
Ifayle’a
TOLB BELL’AL: rzucający kości
Krona
PRAN CHOLE: rzucający kości
Karmazynowa Gwardia
K’AZZ D’AVORE: dowódca
BLASK: prawa ręka dowódcy
BLUES: nowy kapitan Drugiej Kompanii
KRATA: znany też jako Żelazna Krata, dawniej z Czwartej Kompanii
CZEPIEC: wielki mag i mistrz skrytobójca
GWYNN: mag
PŁATEK: mag
CZARNY STARSZY
CZARNY MNIEJSZY
SEPT
COLE
AMATT
CHUDA
STĘPKA
TURGAL
Czwarta Kompania Karmazynowej Gwardii
CAL-BRINN: kapitan i mag
JUP ALAT: porucznik
WAWRZYN
LEENA
Z _Pozdrowień Maela_
GHELATH KEER: kapitan
HAVVIN: pilot statku
LEVIN: uczeń pilota
Inni
SREBRNA LISICA: „Wzywająca”, stworzona, by położyć kres wojnom T’lan Imassów
LUTHAL CANAR: przedstawiciel domu handlowego Canar z Letheru
LYAN: tarczowniczka z północnej Genabackis
DORRIN: wygnany król Anklos, podopieczny Lyan
RYBAK KEL TATH: bard, który wiele podróżował
JETHISS: rozbitek Tiste Andii
KILAVA: starożytna żyjąca rzucająca kości Imassów
MGŁA: czarodziejka
GNIEW I SZAŁ: synowie Mgły
SHARROWIE: rodzina magów
SHEEROWIE: rodzina magów
GIANA JALAZ: była porucznik w armii malazańskiejPROLOG
_Północne terytoria nowej krainy Ogarniętej jaghuckimi wojnami Siódme stulecie Dwunastej Kampanii Lamatathańskiej 33421 lat przed snem Pożogi_
Kobieta biegła miarowym, nieśpiesznym krokiem. Oddychała powoli, wciągając powietrze przez usta i wypuszczając je przez szerokie nozdrza. Przód i tył jej koszuli z koźlej skóry pociemniały od potu, a mokasyny uderzały bezgłośnie o kamienie oraz połacie odsłoniętej, piaszczystej gleby. Prawie cały dzień biegła w górę szerokiego skalistego stoku, co świadczyło o jej nadzwyczajnej sile i wytrzymałości. Omijała wysmukłe młode sosny, świerki białe oraz brzozy. Przeskakiwała nad głazami i wdrapywała się z wysiłkiem na strome żwirowe osypiska. Wiedziała, że może być szybsza od ścigających, ale nigdy się od nich nie uwolni. Mimo to biegła dalej.
Zdawała też sobie sprawę, że dopadną ją, gdy już znużą się pościgiem. Dostrzegała ironię w fakcie, że to samo rozpaczliwe pragnienie przetrwania, które nią kierowało, również ich skłaniało do nieubłaganego pościgu, mimo że już dawno wyrzekli się życia.
Nadal jednak pięła się w górę. Została jej jeszcze jedna, rozpaczliwa nadzieja. Nie na przeżycie. Wiedziała, że nie ma na nie szans od chwili, gdy ujrzała niesamowite, pradawne sylwetki ścigających. Pozostała jednak niewielka szansa na zemstę.
Ostre jak noże krawędzie spękanych skał kaleczyły jej palce, gdy szukała uchwytu, i przecinały mokasyny. Na otaczającym ją stromym osypisku zima skończyła się niedawno. Resztki lodu nadal utrzymywały się między żwirem i kamieniami oraz w cieniu wysokich głazów. Widziała też zaspy brudnego śniegu, niemal nieodróżnialnego od żwiru. Chłód wysokich gór dodawał jej wigoru. Wiedziała, że jest całkowicie naturalny i nie ma nic wspólnego z przywołanymi przez magię lodowcami. Skryła się w sosnowym gaju i odważyła spojrzeć za siebie. Na stoku poniżej nie poruszało się nic poza małym stadem wapiti, kierujących się ze stukotem kopyt w dół. Z pewnością to ona je spłoszyła.
Wiedziała jednak, że nie jest tu sama. Ścigający nie musieli się pokazywać, by ją dogonić. Miała jednak nadzieję, że pozwolą jej przynajmniej na ten mały gest.
Zza moreny wyłoniła się samotna postać, jakby to uciekinierka przywołała ją aktem własnej woli. Na niewiarygodnie chudej sylwetce łopotały wystrzępione resztki skórzanego stroju. Ciemne, wysuszone oblicze skierowało się ku niej. Skóra białego niedźwiedzia, którą miał na głowie i na ramionach, była tak samo wysuszona od wiatru i upływu lat, jak jej właściciel. Oboje patrzyli sobie w oczy przez dzielące ich kilka mil, a także przez znacznie szerszą przepaść między nimi.
Tak daleko za mną? – zadała sobie pytanie. Potem zrozumiała i natychmiast padła na ziemię.
Coś uderzyło z trzaskiem o skały tuż obok. Krzemienne odpryski, cieńsze niż ostrza noży, przebiły koźlą skórę i wniknęły w ciało pod spodem.
Zerwała się na nogi i znowu popędziła w górę. Dotarła do grani odchodzącej od stoku znacznie wyższej, wyszczerbionej turni, piętrzącej się ku niebu. Tam zatrzymała się zmęczona. Jej płuca pracowały ciężko, wciągając lodowate powietrze.
Krzyknęła, gdy włócznia przebiła nagle jej udo, przyszpilając ją do nagiej kamiennej powierzchni. Osunęła się na skałę i złapała za ciemne, gładzone drzewce, by je wyciągnąć. Szkieletowa dłoń odtrąciła jej rękę.
Zawisła nad nią ta sama zmumifikowana twarz, która przedtem przyciągnęła jej wzrok. Spod gnijącego łba białego tundrowego niedźwiedzia kierowały na nią spojrzenie puste, ciemne oczodoły. Na szyi postaci wisiały naszyjniki z pożółkłych pazurów – zapewne pochodzących od tego samego zwierzęcia, co futro, a podrapana skóra zdarta z przednich kończyn bestii zakrywała ramiona sylwetki aż po łapy przytroczone do dłoni właściciela. Spod wyschniętej skóry tułowia sterczały pociemniałe od wieku żebra stworzenia. Pod niedźwiedzim futrem były widoczne kawałki koźlej skóry, powiązane ze sobą licznymi rzemieniami. U pasa istoty zwisał długi, kremowobrązowy nóż z łupanego krzemienia, o ostrzu owiniętym w skórę.
– Dlaczego wybrałaś to miejsce, Jaghutko? – zapytał Imass.
– Uciekam przed zniszczeniem – odpowiedziała głosem wysilonym z tłumionego bólu.
Po grani zbliżała się reszta Imassów. Kości ich stóp stukały o skałę niczym kamienie.
– Jaskinie na górze, Ut’el – odezwał się jeden z nich, unosząc krzemienny sztylet.
Imass znowu spojrzał na nią.
– Chciałaś nas zwabić w pułapkę – oznajmił.
– Skoro tak mówisz.
– Jestem rozczarowany. Ściągnęłaś zgubę również na swych pobratymców. – Spojrzał na jednego z członków grupy. – Wyślij zwiadowców. Czy jaskinie są zamieszkane?
Imass pochylił czaszkę, z której odpadły już spore kawałki ciała i włosów.
– Tak, rzucający kości.
Rzucający kości! – zdumiała się kobieta. Mag albo szaman ich rasy! Doprowadzenie go do zguby z pewnością byłoby warte wysiłku.
Ut’el ponownie spojrzał na nią. Wyczuwała w nim rozczarowanie.
– Myślałem, że okażesz się cenniejszym łupem – wyszeptał z niezadowoleniem.
– Podobnie jak my liczyliśmy na wartościowszych następców.
– Jedyną miarą wartości jest zwycięstwo, Jaghutko.
– Jak zawsze zapewniają siebie zwycięzcy.
Martwiak wzruszył wymownie ramionami.
– Chodzi o to, kto będzie istniał. My albo wy.
Osunęła się na skałę, jakby czuła się całkowicie pokonana.
– Masz na myśli eliminację wszystkich, którzy nie są wami. To właśnie najgorsza wada waszej rasy. Możecie pozwolić żyć wyłącznie waszej rodzinie, a w najlepszym razie plemieniu.
– To samo można powiedzieć o wszystkich.
– Nieprawda. Po prostu nie jesteście w stanie tego dostrzec.
– Posłuchaj, Jaghutko. Surowe prawa natury uczą nas…
Szept Ut’ela umilkł nagle. Imass uniósł twarz, spoglądając w górę stoku.
– Jak się mają twoi zwiadowcy, rzucający kości? – zapytała, nie potrafiąc ukryć triumfalnego uśmiechu.
– Zniknęli – odparł i znowu spojrzał na nią. – Tam są inni. – Potrząsnął szkieletową głową z podziwem, a wydawało się jej, że nawet z przerażeniem. – Wybacz, Jaghutko – rzekł. – Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że jakiekolwiek jestestwo odważyłoby się… – Wyciągnął krzemienny nóż. – Desperacja odebrała ci rozum. Doprowadziłaś do zguby nas wszystkich, a nawet więcej.
– Tylko odpłacam wam pięknym za nadobne.
Zebrani wojownicy Imassów wzdrygnęli się jak ukąszeni i wyciągnęli cienkie niczym brzytwy miecze z krzemienia.
– Kupcie nam tyle czasu, ile tylko zdołacie – rzekł im bez ogródek Ut’el, nie odwracając od niej pociemniałej od taniny twarzy.
Wojownicy pochylili głowy.
– Żegnaj – odpowiedział jeden z nich. Potem wszyscy zniknęli w obłokach pyłu.
Z wylotów jaskiń na górze wypadały szare jak kamień sylwetki, poruszające się na nogach wyposażonych w stawy w dziwnych miejscach, a czasami nawet na czterech kończynach.
– Kusi mnie, żeby zostawić cię na ich pastwę, ale Imassowie nie są okrutni – oznajmił Ut’el.
– Tak właśnie tłumaczycie się już od stuleci. Szczęśliwie się składa, że Jaghuci nie są skłonni do osądów.
Szarpnęła się do tyłu, jednym ruchem wyszarpnęła grot i spadła ze skalnej półki z włócznią w dłoni.
Uderzył mieczem, ale chybił. Zleciała z wąskiej półki i runęła w głęboką na tysiąc stóp przepaść.
– Zostawiam cię… – zawołała jeszcze, nim zniknęła mu z oczu.
– Na ich pastwę, Ut’elu Anag, rzucający kości T’lan Imassów Kerluhma – dokończył za nią, po czym odwrócił się ku wysokiemu stokowi.
Szara fala istot pochłonęła już jego wojowników i teraz zmierzała ku niemu.
W tej właśnie chwili, którą uważał za swą ostatnią, uniósł miecz ku twarzy. Przyglądał się chmurom, odbijającym się w fasetkach łupanego krzemienia niczym zmarszczki na gładkiej tafli jeziora.
Nie. To jeszcze nie koniec. Przysięgam.
Wkroczył do królestwa Tellann w tej samej chwili, w której pierwsze chciwe dłonie zacisnęły się w miejscu, gdzie niedawno się znajdował.
_Hel’eth Jal Im (Pogrom Białego Rogacza) Pięćdziesiąta Pierwsza Wojna Jaghucka 6031 lat przed snem Pożogi_
Stoki opadające ku brzegowi morza pokrywał wiecznie zielony las. Przybrzeżne ptaki polowały na kraby i chrząszcze w basenach pływowych i na pokrytych czarnym piaskiem plażach. Większe ptaki drapieżne siedziały na gałęziach i na skalnych wypiętrzeniach, obserwując uważnie swych mniejszych pobratymców, a także małe rybki pływające na płyciznach.
Nad zatoką wisiała poranna mgła. Powietrze było nieruchome i dźwięki niosły się między brzegami po obu stronach. Postać, która wyłoniła się spomiędzy pokrytych wodorostami głazów, pasowała do tej scenerii. Z wyschniętych, zmumifikowanych barków i bioder opadały strzępy skórzanego stroju. Ciemnobrązowy krzemienny miecz zwisał ze splecionego niezgrabnie z kręconych włosów pasa otaczającego pozbawioną ciała talię. Na głowie, na której odsłonięta, zbrązowiała powierzchnia czaszki mieszała się z kępami strąkowatych włosów, tkwiła czapka z szarej, garbowanej skóry stworzenia pasującego raczej do skąpanej w blasku słońca sawanny niż do północnego lasu o umiarkowanym klimacie.
Przy brzegu pojawiały się jedna po drugiej podobne postacie. Zebrały się wokół pierwszego przybysza. Choć zmumifikowane ciała, właściwie same kości pokryte cienką jak papier powłoką wyschniętych tkanek, utrudniały określenie płci, ta pierwsza istota była kobietą. Nazywała się Shalt Li’gar z T’lan Imassów Ifayle’a.
– Co to za kraina? – zapytał jeden z członków grupy, J’arl. W odpowiedzi uniosła głowę, jakby chciała poczuć zapach ziemi przez odsłonięte dziury nozdrzy.
– Nie mam pojęcia – przyznała. – Nie podzielono się ze mną żadną relacją z tego miejsca. Ani z tymi, z którymi ja wymieniałam informacje.
– Z pewnością inni znaleźli ją przed nami – stwierdził kolejny jej towarzysz, Guth.
– I co się z nimi stało? – zapytała w odpowiedzi Shalt, przyglądając się z namysłem drugiemu brzegowi osłoniętej zatoki.
Pozostałe zmumifikowane twarze również zwróciły się w tamtym kierunku. Wszyscy umilkli i zapadli w bezruch tak głęboki, że w pewnej chwili orzeł przeleciał nad ich głowami i opadł na wodę, muskając powierzchnię szponami. Gdy wzbił się w górę, trzymał w nich szamoczącą się rybę. Usiadł na gałęzi pobliskiej, na wpół uschniętej jodły i zaczął rozszarpywać posiłek.
Imassowie obracali głowy, śledząc trasę lotu ptaka.
– Dobra wróżba czy zła? – zapytał J’arl, przerywając przeciągającą się ciszę.
– Jesteśmy ptakiem czy rybą? – dodał ktoś inny.
Shalt wskazała uschniętą ręką na zatokę.
– Nie tylko ptaki łowią – oznajmiła.
Najpierw z mgły wyłoniły się dzioby skórzanych czółen, wyciągniętych na pas czarnej żwirowej plaży, szybko przechodzącej w strome, skaliste zbocze pokryte lasem. Spomiędzy drzew wznosiły się smugi dymu. Shalt obrzuciła spojrzeniem solidną, zbudowaną z kłód budowlę wysoko na stoku. Prowadzącą w dół ścieżką zbiegały jakieś postacie, uzbrojone we włócznie o kamiennych grotach oraz kamienne maczugi przywiązane do drewnianych uchwytów. Miały na sobie brudne, wyszywane paciorkami stroje oraz płaszcze z niewyprawionych skór.
– Ludzie – zauważył z rozczarowaniem Guth. – Musimy wyruszyć na poszukiwania w głąb lądu.
– Szkoda, że nie chcą rozmawiać – zauważył Shalt. – Poszukamy z dala od brzegu.
J’arl wyciągnął uschniętą rękę, złożoną tylko ze ścięgien i kości.
– Zaczekajmy chwilę. Jest tu coś…
Spojrzała na niego, przechylając nadgryzioną zębem czasu głowę.
– Obecność?
– Coś – powtórzył ostrożnie, jakby nie chciał powiedzieć więcej.
Tubylcy ustawili się w szereg, zagradzając im drogę w głąb lądu. Krzyczeli i potrząsali bronią. Shalt przyjrzała się im. Byli znacznie żywsi niż ona i jej Imassowie. Mieli wydatne żuchwy i wielkie zęby. Wszyscy wyglądali podobnie, być może wywodzili się z niewielkiej populacji wyjściowej. W dawnych czasach to często zdarzało się wśród jej pobratymców.
Członkowie jej grupy zaczęli znikać jeden po drugim, gdy nagle któryś z tubylców wydał okrzyk, który zrozumiała.
– Odejdźcie stąd, demony z dalekich stron!
Wszyscy Imassowie, którzy jeszcze zostali na miejscu, odruchowo wyciągnęli miecze. Tubylec krzyczał w języku Jaghutów. Shalt podeszła bliżej.
– Skąd znacie ten język? – zapytała w tej samej mowie.
– Jest nam znany od dawna, demonie – odpowiedział z szyderczym uśmiechem stary mężczyzna.
Znany? – pomyślała ze zdziwieniem. Jak to możliwe?
– Ostrzegano nas przed takimi jak wy – kontynuował. – Zabierajcie się stąd. Nie jesteście tu mile widziani.
Shalt uniosła podbródek. Z jednej strony jej żuchwy ciało dawno już odpadło. Znowu powęszyła. Zachwiała się, czując unoszącą się w powietrzu woń. Gdyby nie była z Imassów, mogłaby zemdleć, wstrząśnięta wyzwaniem, jakie rzucono samemu sednu jej jaźni.
– Plugastwo… – wydyszał J’arl, wypuszczając zimny podmuch.
Nie! – zawołała w myślach Shalt. To ludzie! Nie możemy wkroczyć na tę ścieżkę! Ona powiedzie nas ku zagładzie!
J’arl ruszył naprzód i Shalt zadziałała bez namysłu. Jej miecz przeszył kręgosłup w miejscu, gdzie szyja łączy się z barkami. J’arl osunął się na ziemię, choć wiedziała, że nie skończyła z nim całkowicie.
Wśród zebranych na plaży Imassów zapanował chaos. Wszyscy walczyli ze sobą. Krzemienne mieczy uderzały o siebie z głośnym trzaskiem. Przerażone ptaki zerwały się do lotu. Część grupy zgromadziła się wokół Shalt. Ustawiła ich w szereg, nakazując im bronić kłębiących się bezładnie tubylców.
– Uciekajcie z plaży! – zawołała do nich, parując jednocześnie uderzenie Gutha. – Uciekajcie!
– Nie zdołają się ukryć – zapewnił Guth, nie przestając jej atakować. – Jeśli my ich nie znajdziemy, zrobią to inni.
Jego również powaliła. Łkała, ale nie zaprzestała walki. Towarzyszył jej od wielu lat.
Przyjrzała się uważniej walce i ogarnęła ją rozpacz. Napastnicy znacznie przewyższali liczebnością obrońców. Nie bez powodu jednak uczyniono ją pierwszą grupy i walczyła dalej, nawet gdy wszyscy sojusznicy padali wokół niej. Wkrótce została sama. Cofała się zasypywana ciosami, odcinającymi kawałki wyschniętego ciała z jej kończyn i przecinającymi zbutwiałą, niewyprawioną skórę okrywającą ramiona. Znacznie przerastała umiejętnościami przeciwników, padających jeden po drugim pod ciosami jej dwuręcznego miecza o klindze tak cienkiej, że była półprzezroczysta. Obracała się i robiła uniki. Zgrabnie jak zielona gałązka.
Wreszcie otrzymała cios w głowę. Ostrze przebiło potylicę po prawej stronie. Choć jej czaszka została roztrzaskana, Shalt zdołała powalić ostatniego z atakujących, zawodząc głośno z rozpaczy, albowiem był to Bruj’el, silny jak byk wojownik i kuzyn jej partnera, którego straciła przed wielu stuleciami.
Zwróciła się w stronę ludzi. Czuła, że ożywiający ją duch opuszcza uszkodzoną powłokę cielesną. Traciła daną przez Tellann zdolność widzenia i stopniowo otaczała ją ciemność. Wypuściła miecz, by wesprzeć się na jednej ręce, i wydyszała swe ostatnie słowa do przyglądających się jej z bojaźnią ludzi.
– Ukryjcie się…