Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 października 2026
4599 pkt
punktów Virtualo

Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - ebook

Szmaragdowa chorągiew Gościa wisiała coraz niżej na zachodnim niebie, niczym zwiastun nadchodzącej zagłady.

Na kontynencie Jacuruku taumaturdzy wysłali kolejną ekspedycję, mającą podbić sąsiadującą z nimi dziką dżunglę. Nie był to jednak zwyczajny las. Zwano go Himatanem i ponoć jego połowa znajdowała się w świecie ludzi, a druga w królestwie duchów. Powiadano, że włada nim potężna istota. Jedni nazywali ją Królową Czarownic, inni zaś pradawną boginią Ardatą.

Saeng dorastała pod rządami władających magią taumaturgów, lecz od dzieciństwa wsłuchiwała się także w głosy zapomnianej przeszłości swojej krainy. Gdy jej władcy rozpoczęli inwazję na sąsiednią dżunglę, owe głosy powierzyły jej oraz jej bratu skrajnie niebezpieczną misję.

Na południu pustynne plemiona zjednoczył przybysz z obcych stron – stary żołnierz odziany w sfatygowaną zbroję barwy popiołu. Jego ludzie nazywali go Szarym Duchem. Cudzoziemiec poprowadził ich na wyprawę łupieżczą, jakiej dotąd nie widziano – prosto w serce krain taumaturgów.

Tymczasem do K’azza i jego kompanii najemników dotarła propozycja kontraktu w Jacuruku. Złożyła ją nie kto inny, jak sama Ardata.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-78-3
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Na wdzięcz­ność zasłu­gują moi czy­tel­nicy pierw­szej wer­sji – Sha­ron Sasaki i A.P. Cana­van. Wasze uwagi i komen­ta­rze pomo­gły mi bar­dziej, niż Wam się zdaje.

Prze­ka­zuję wyrazy miło­ści mojej żonie, Gerri Bri­gh­twell. Bez jej wspar­cia i zro­zu­mie­nia ta powieść nie mogłaby powstać, podob­nie jak wszyst­kie poprzed­nie.

Dedy­kuję ją rów­nież Wam, czy­tel­nicy Malazu. Szansa zapo­zna­nia Was z tymi opo­wie­ściami była dla mnie przy­wi­le­jem. Mam nadzieję, że spra­wiły Wam rów­nie wiele przy­jem­no­ści, co mnie.DRAMATIS PERSONAE

_Szczęście Pani_

KYLE: praw­dziwe imię Kylar­ral-ten, pocho­dzi z Baelu na połu­dnie od Assail

TULAN ORBED: kapi­tan _Szczę­ścia Pani_

REUTH: nawi­ga­tor statku, bra­ta­nek Tulana

STO­RVAL: pierw­szy ofi­cer

GREN: ster­nik

Na północy

ORMAN: syn Ormana Bre­gina

STARY NIEDŹ­WIEDŹ: legen­darny czło­wiek z gór

KETH I KAS­SON: bra­cia Red­di­no­wie

GER­RUN: znany też jako Krótka Goleń

KRÓL RONAL: znany też jako król Ronal Bękart

LOTJI BAIN: bra­ta­nek Jor­gana Baina

Z Włości Krwi Lodu

Mówiący

BURI: legen­darny sta­rzec z klanu

JAOCHIM: pan klanu

YRAIN: pani klanu

VALA: sio­stra Yrain

JASS: syn Vali

BER­NAL CIĘŻKA RĘKA: sługa klanu albo straż­nik ogni­ska domo­wego

Piętowie

CULL PIĘTA: znany też jako Cull Dobry

YUL­LVEIG: żona Culla, znana też jako Yul­lveig Wojow­ni­cza

ERTA: córka Culla i Yul­lveig

BARAN: syn Culla i Yul­lveig

Poszukiwacze złota nadciągający drogą lądową

MAR­SZA­ŁEK CYRA­NECZKA: lethe­ryj­ski ary­sto­krata

ENGUF SZE­ROKI: gena­bac­kań­ski pirat

MALLE Z GRIS: mala­zań­ska ary­sto­kratka

HOL­DEN Z CAWN: użyt­kow­nik magii wła­da­jący Serc

ALCA Z KOTA: użyt­kow­niczka magii wła­da­jąca Telas

Poszukiwacze złota nadciągający drogą morską

_Morski Atak_

BURL TAR­DIN: kapi­tan

WHEL­LEN: pierw­szy ofi­cer

GAFF: drugi ofi­cer

_Srebrny Świt_

JUTE HER­NAN: kapi­tan

IELEEN: nawi­ga­torka, żona Jute’a

LUR­JEN: ster­nik

BUEN: pierw­szy ofi­cer

LETITA: zbroj­mi­strzyni

DULAT: mary­narz

_Nieustępliwy_

TYVAR GEN­DA­RIAN: dowódca Nie­bie­skich Tarcz i Śmier­telny Miecz Togga

HAAGEN VAN­TALL: zarządca Nie­bie­skich Tarcz

_Utkany Szmatami_

CAR­THE­RON CRUST: kapi­tan

ORO­THOS: pierw­szy ofi­cer

_Błagalnik_

TIM­MEL ORO­SENN: znana też jako pro­to­plastka, wład­czyni wyspy Umryg

VEL­MAR: kapłan i sługa pani Oro­senn

T’lan Imassowie

Kerluhma

UT’EL ANAG

LANAS TOG: rzu­ca­jąca kości

Ifayle’a

TOLB BELL’AL: rzu­ca­jący kości

Krona

PRAN CHOLE: rzu­ca­jący kości

Karmazynowa Gwardia

K’AZZ D’AVORE: dowódca

BLASK: prawa ręka dowódcy

BLUES: nowy kapi­tan Dru­giej Kom­pa­nii

KRATA: znany też jako Żela­zna Krata, daw­niej z Czwar­tej Kom­pa­nii

CZE­PIEC: wielki mag i mistrz skry­to­bójca

GWYNN: mag

PŁA­TEK: mag

CZARNY STAR­SZY

CZARNY MNIEJ­SZY

SEPT

COLE

AMATT

CHUDA

STĘPKA

TUR­GAL

Czwarta Kompania Karmazynowej Gwardii

CAL-BRINN: kapi­tan i mag

JUP ALAT: porucz­nik

WAW­RZYN

LEENA

Z _Pozdrowień Maela_

GHE­LATH KEER: kapi­tan

HAVVIN: pilot statku

LEVIN: uczeń pilota

Inni

SREBRNA LISICA: „Wzy­wa­jąca”, stwo­rzona, by poło­żyć kres woj­nom T’lan Imas­sów

LUTHAL CANAR: przed­sta­wi­ciel domu han­dlo­wego Canar z Letheru

LYAN: tar­czow­niczka z pół­noc­nej Gena­bac­kis

DOR­RIN: wygnany król Anklos, pod­opieczny Lyan

RYBAK KEL TATH: bard, który wiele podró­żo­wał

JETHISS: roz­bi­tek Tiste Andii

KILAVA: sta­ro­żytna żyjąca rzu­ca­jąca kości Imas­sów

MGŁA: cza­ro­dziejka

GNIEW I SZAŁ: syno­wie Mgły

SHAR­RO­WIE: rodzina magów

SHE­ERO­WIE: rodzina magów

GIANA JALAZ: była porucz­nik w armii mala­zań­skiejPROLOG

_Północne terytoria nowej krainy Ogarniętej jaghuckimi wojnami Siódme stulecie Dwunastej Kampanii Lamatathańskiej 33421 lat przed snem Pożogi_

Kobieta bie­gła mia­ro­wym, nie­śpiesz­nym kro­kiem. Oddy­chała powoli, wcią­ga­jąc powie­trze przez usta i wypusz­cza­jąc je przez sze­ro­kie noz­drza. Przód i tył jej koszuli z koź­lej skóry pociem­niały od potu, a moka­syny ude­rzały bez­gło­śnie o kamie­nie oraz poła­cie odsło­nię­tej, piasz­czy­stej gleby. Pra­wie cały dzień bie­gła w górę sze­ro­kiego ska­li­stego stoku, co świad­czyło o jej nad­zwy­czaj­nej sile i wytrzy­ma­ło­ści. Omi­jała wysmu­kłe młode sosny, świerki białe oraz brzozy. Prze­ska­ki­wała nad gła­zami i wdra­py­wała się z wysił­kiem na strome żwi­rowe osy­pi­ska. Wie­działa, że może być szyb­sza od ści­ga­ją­cych, ale ni­gdy się od nich nie uwolni. Mimo to bie­gła dalej.

Zda­wała też sobie sprawę, że dopadną ją, gdy już znużą się pości­giem. Dostrze­gała iro­nię w fak­cie, że to samo roz­pacz­liwe pra­gnie­nie prze­trwa­nia, które nią kie­ro­wało, rów­nież ich skła­niało do nie­ubła­ga­nego pościgu, mimo że już dawno wyrze­kli się życia.

Na­dal jed­nak pięła się w górę. Została jej jesz­cze jedna, roz­pacz­liwa nadzieja. Nie na prze­ży­cie. Wie­działa, że nie ma na nie szans od chwili, gdy ujrzała nie­sa­mo­wite, pra­dawne syl­wetki ści­ga­ją­cych. Pozo­stała jed­nak nie­wielka szansa na zemstę.

Ostre jak noże kra­wę­dzie spę­ka­nych skał kale­czyły jej palce, gdy szu­kała uchwytu, i prze­ci­nały moka­syny. Na ota­cza­ją­cym ją stro­mym osy­pi­sku zima skoń­czyła się nie­dawno. Resztki lodu na­dal utrzy­my­wały się mię­dzy żwi­rem i kamie­niami oraz w cie­niu wyso­kich gła­zów. Widziała też zaspy brud­nego śniegu, nie­mal nie­odróż­nial­nego od żwiru. Chłód wyso­kich gór doda­wał jej wigoru. Wie­działa, że jest cał­ko­wi­cie natu­ralny i nie ma nic wspól­nego z przy­wo­ła­nymi przez magię lodow­cami. Skryła się w sosno­wym gaju i odwa­żyła spoj­rzeć za sie­bie. Na stoku poni­żej nie poru­szało się nic poza małym sta­dem wapiti, kie­ru­ją­cych się ze stu­ko­tem kopyt w dół. Z pew­no­ścią to ona je spło­szyła.

Wie­działa jed­nak, że nie jest tu sama. Ści­ga­jący nie musieli się poka­zy­wać, by ją dogo­nić. Miała jed­nak nadzieję, że pozwolą jej przy­naj­mniej na ten mały gest.

Zza moreny wyło­niła się samotna postać, jakby to ucie­ki­nierka przy­wo­łała ją aktem wła­snej woli. Na nie­wia­ry­god­nie chu­dej syl­wetce łopo­tały wystrzę­pione resztki skó­rza­nego stroju. Ciemne, wysu­szone obli­cze skie­ro­wało się ku niej. Skóra bia­łego niedź­wie­dzia, którą miał na gło­wie i na ramio­nach, była tak samo wysu­szona od wia­tru i upływu lat, jak jej wła­ści­ciel. Oboje patrzyli sobie w oczy przez dzie­lące ich kilka mil, a także przez znacz­nie szer­szą prze­paść mię­dzy nimi.

Tak daleko za mną? – zadała sobie pyta­nie. Potem zro­zu­miała i natych­miast padła na zie­mię.

Coś ude­rzyło z trza­skiem o skały tuż obok. Krze­mienne odpry­ski, cień­sze niż ostrza noży, prze­biły koźlą skórę i wnik­nęły w ciało pod spodem.

Zerwała się na nogi i znowu popę­dziła w górę. Dotarła do grani odcho­dzą­cej od stoku znacz­nie wyż­szej, wyszczer­bio­nej turni, pię­trzą­cej się ku niebu. Tam zatrzy­mała się zmę­czona. Jej płuca pra­co­wały ciężko, wcią­ga­jąc lodo­wate powie­trze.

Krzyk­nęła, gdy włócz­nia prze­biła nagle jej udo, przy­szpi­la­jąc ją do nagiej kamien­nej powierzchni. Osu­nęła się na skałę i zła­pała za ciemne, gła­dzone drzewce, by je wycią­gnąć. Szkie­le­towa dłoń odtrą­ciła jej rękę.

Zawi­sła nad nią ta sama zmu­mi­fi­ko­wana twarz, która przed­tem przy­cią­gnęła jej wzrok. Spod gni­ją­cego łba bia­łego tun­dro­wego niedź­wie­dzia kie­ro­wały na nią spoj­rze­nie puste, ciemne oczo­doły. Na szyi postaci wisiały naszyj­niki z pożół­kłych pazu­rów – zapewne pocho­dzą­cych od tego samego zwie­rzę­cia, co futro, a podra­pana skóra zdarta z przed­nich koń­czyn bestii zakry­wała ramiona syl­wetki aż po łapy przy­tro­czone do dłoni wła­ści­ciela. Spod wyschnię­tej skóry tuło­wia ster­czały pociem­niałe od wieku żebra stwo­rze­nia. Pod niedź­wie­dzim futrem były widoczne kawałki koź­lej skóry, powią­zane ze sobą licz­nymi rze­mie­niami. U pasa istoty zwi­sał długi, kre­mo­wo­brą­zowy nóż z łupa­nego krze­mie­nia, o ostrzu owi­nię­tym w skórę.

– Dla­czego wybra­łaś to miej­sce, Jaghutko? – zapy­tał Imass.

– Ucie­kam przed znisz­cze­niem – odpo­wie­działa gło­sem wysi­lo­nym z tłu­mio­nego bólu.

Po grani zbli­żała się reszta Imas­sów. Kości ich stóp stu­kały o skałę niczym kamie­nie.

– Jaski­nie na górze, Ut’el – ode­zwał się jeden z nich, uno­sząc krze­mienny szty­let.

Imass znowu spoj­rzał na nią.

– Chcia­łaś nas zwa­bić w pułapkę – oznaj­mił.

– Skoro tak mówisz.

– Jestem roz­cza­ro­wany. Ścią­gnę­łaś zgubę rów­nież na swych pobra­tym­ców. – Spoj­rzał na jed­nego z człon­ków grupy. – Wyślij zwia­dow­ców. Czy jaski­nie są zamiesz­kane?

Imass pochy­lił czaszkę, z któ­rej odpa­dły już spore kawałki ciała i wło­sów.

– Tak, rzu­ca­jący kości.

Rzu­ca­jący kości! – zdu­miała się kobieta. Mag albo sza­man ich rasy! Dopro­wa­dze­nie go do zguby z pew­no­ścią byłoby warte wysiłku.

Ut’el ponow­nie spoj­rzał na nią. Wyczu­wała w nim roz­cza­ro­wa­nie.

– Myśla­łem, że oka­żesz się cen­niej­szym łupem – wyszep­tał z nie­za­do­wo­le­niem.

– Podob­nie jak my liczy­li­śmy na war­to­ściow­szych następ­ców.

– Jedyną miarą war­to­ści jest zwy­cię­stwo, Jaghutko.

– Jak zawsze zapew­niają sie­bie zwy­cięzcy.

Mar­twiak wzru­szył wymow­nie ramio­nami.

– Cho­dzi o to, kto będzie ist­niał. My albo wy.

Osu­nęła się na skałę, jakby czuła się cał­ko­wi­cie poko­nana.

– Masz na myśli eli­mi­na­cję wszyst­kich, któ­rzy nie są wami. To wła­śnie naj­gor­sza wada waszej rasy. Może­cie pozwo­lić żyć wyłącz­nie waszej rodzi­nie, a w naj­lep­szym razie ple­mie­niu.

– To samo można powie­dzieć o wszyst­kich.

– Nie­prawda. Po pro­stu nie jeste­ście w sta­nie tego dostrzec.

– Posłu­chaj, Jaghutko. Surowe prawa natury uczą nas…

Szept Ut’ela umilkł nagle. Imass uniósł twarz, spo­glą­da­jąc w górę stoku.

– Jak się mają twoi zwia­dowcy, rzu­ca­jący kości? – zapy­tała, nie potra­fiąc ukryć trium­fal­nego uśmie­chu.

– Znik­nęli – odparł i znowu spoj­rzał na nią. – Tam są inni. – Potrzą­snął szkie­le­tową głową z podzi­wem, a wyda­wało się jej, że nawet z prze­ra­że­niem. – Wybacz, Jaghutko – rzekł. – Ni­gdy nie przy­szłoby mi na myśl, że jakie­kol­wiek jeste­stwo odwa­ży­łoby się… – Wycią­gnął krze­mienny nóż. – Despe­ra­cja ode­brała ci rozum. Dopro­wa­dzi­łaś do zguby nas wszyst­kich, a nawet wię­cej.

– Tylko odpła­cam wam pięk­nym za nadobne.

Zebrani wojow­nicy Imas­sów wzdry­gnęli się jak uką­szeni i wycią­gnęli cien­kie niczym brzy­twy mie­cze z krze­mie­nia.

– Kup­cie nam tyle czasu, ile tylko zdo­ła­cie – rzekł im bez ogró­dek Ut’el, nie odwra­ca­jąc od niej pociem­nia­łej od taniny twa­rzy.

Wojow­nicy pochy­lili głowy.

– Żegnaj – odpo­wie­dział jeden z nich. Potem wszy­scy znik­nęli w obło­kach pyłu.

Z wylo­tów jaskiń na górze wypa­dały szare jak kamień syl­wetki, poru­sza­jące się na nogach wypo­sa­żo­nych w stawy w dziw­nych miej­scach, a cza­sami nawet na czte­rech koń­czy­nach.

– Kusi mnie, żeby zosta­wić cię na ich pastwę, ale Imas­so­wie nie są okrutni – oznaj­mił Ut’el.

– Tak wła­śnie tłu­ma­czy­cie się już od stu­leci. Szczę­śli­wie się składa, że Jaghuci nie są skłonni do osą­dów.

Szarp­nęła się do tyłu, jed­nym ruchem wyszarp­nęła grot i spa­dła ze skal­nej półki z włócz­nią w dłoni.

Ude­rzył mie­czem, ale chy­bił. Zle­ciała z wąskiej półki i runęła w głę­boką na tysiąc stóp prze­paść.

– Zosta­wiam cię… – zawo­łała jesz­cze, nim znik­nęła mu z oczu.

– Na ich pastwę, Ut’elu Anag, rzu­ca­jący kości T’lan Imas­sów Ker­luhma – dokoń­czył za nią, po czym odwró­cił się ku wyso­kiemu sto­kowi.

Szara fala istot pochło­nęła już jego wojow­ni­ków i teraz zmie­rzała ku niemu.

W tej wła­śnie chwili, którą uwa­żał za swą ostat­nią, uniósł miecz ku twa­rzy. Przy­glą­dał się chmu­rom, odbi­ja­ją­cym się w faset­kach łupa­nego krze­mie­nia niczym zmarszczki na gład­kiej tafli jeziora.

Nie. To jesz­cze nie koniec. Przy­się­gam.

Wkro­czył do kró­le­stwa Tel­lann w tej samej chwili, w któ­rej pierw­sze chciwe dło­nie zaci­snęły się w miej­scu, gdzie nie­dawno się znaj­do­wał.

_Hel’eth Jal Im (Pogrom Białego Rogacza) Pięćdziesiąta Pierwsza Wojna Jaghucka 6031 lat przed snem Pożogi_

Stoki opa­da­jące ku brze­gowi morza pokry­wał wiecz­nie zie­lony las. Przy­brzeżne ptaki polo­wały na kraby i chrząsz­cze w base­nach pły­wo­wych i na pokry­tych czar­nym pia­skiem pla­żach. Więk­sze ptaki dra­pieżne sie­działy na gałę­ziach i na skal­nych wypię­trze­niach, obser­wu­jąc uważ­nie swych mniej­szych pobra­tym­ców, a także małe rybki pły­wa­jące na pły­ci­znach.

Nad zatoką wisiała poranna mgła. Powie­trze było nie­ru­chome i dźwięki nio­sły się mię­dzy brze­gami po obu stro­nach. Postać, która wyło­niła się spomię­dzy pokry­tych wodo­ro­stami gła­zów, paso­wała do tej sce­ne­rii. Z wyschnię­tych, zmu­mi­fi­ko­wa­nych bar­ków i bio­der opa­dały strzępy skó­rza­nego stroju. Ciem­no­brą­zowy krze­mienny miecz zwi­sał ze sple­cio­nego nie­zgrab­nie z krę­co­nych wło­sów pasa ota­cza­ją­cego pozba­wioną ciała talię. Na gło­wie, na któ­rej odsło­nięta, zbrą­zo­wiała powierzch­nia czaszki mie­szała się z kępami strą­ko­wa­tych wło­sów, tkwiła czapka z sza­rej, gar­bo­wa­nej skóry stwo­rze­nia pasu­ją­cego raczej do ską­pa­nej w bla­sku słońca sawanny niż do pół­noc­nego lasu o umiar­ko­wa­nym kli­ma­cie.

Przy brzegu poja­wiały się jedna po dru­giej podobne posta­cie. Zebrały się wokół pierw­szego przy­by­sza. Choć zmu­mi­fi­ko­wane ciała, wła­ści­wie same kości pokryte cienką jak papier powłoką wyschnię­tych tka­nek, utrud­niały okre­śle­nie płci, ta pierw­sza istota była kobietą. Nazy­wała się Shalt Li’gar z T’lan Imas­sów Ifayle’a.

– Co to za kra­ina? – zapy­tał jeden z człon­ków grupy, J’arl. W odpo­wie­dzi unio­sła głowę, jakby chciała poczuć zapach ziemi przez odsło­nięte dziury noz­drzy.

– Nie mam poję­cia – przy­znała. – Nie podzie­lono się ze mną żadną rela­cją z tego miej­sca. Ani z tymi, z któ­rymi ja wymie­nia­łam infor­ma­cje.

– Z pew­no­ścią inni zna­leźli ją przed nami – stwier­dził kolejny jej towa­rzysz, Guth.

– I co się z nimi stało? – zapy­tała w odpo­wie­dzi Shalt, przy­glą­da­jąc się z namy­słem dru­giemu brze­gowi osło­nię­tej zatoki.

Pozo­stałe zmu­mi­fi­ko­wane twa­rze rów­nież zwró­ciły się w tam­tym kie­runku. Wszy­scy umil­kli i zapa­dli w bez­ruch tak głę­boki, że w pew­nej chwili orzeł prze­le­ciał nad ich gło­wami i opadł na wodę, muska­jąc powierzch­nię szpo­nami. Gdy wzbił się w górę, trzy­mał w nich sza­mo­czącą się rybę. Usiadł na gałęzi pobli­skiej, na wpół uschnię­tej jodły i zaczął roz­szar­py­wać posi­łek.

Imas­so­wie obra­cali głowy, śle­dząc trasę lotu ptaka.

– Dobra wróżba czy zła? – zapy­tał J’arl, prze­ry­wa­jąc prze­cią­ga­jącą się ciszę.

– Jeste­śmy pta­kiem czy rybą? – dodał ktoś inny.

Shalt wska­zała uschniętą ręką na zatokę.

– Nie tylko ptaki łowią – oznaj­miła.

Naj­pierw z mgły wyło­niły się dzioby skó­rza­nych czó­łen, wycią­gnię­tych na pas czar­nej żwi­ro­wej plaży, szybko prze­cho­dzą­cej w strome, ska­li­ste zbo­cze pokryte lasem. Spo­mię­dzy drzew wzno­siły się smugi dymu. Shalt obrzu­ciła spoj­rze­niem solidną, zbu­do­waną z kłód budowlę wysoko na stoku. Pro­wa­dzącą w dół ścieżką zbie­gały jakieś posta­cie, uzbro­jone we włócz­nie o kamien­nych gro­tach oraz kamienne maczugi przy­wią­zane do drew­nia­nych uchwy­tów. Miały na sobie brudne, wyszy­wane pacior­kami stroje oraz płasz­cze z nie­wy­pra­wio­nych skór.

– Ludzie – zauwa­żył z roz­cza­ro­wa­niem Guth. – Musimy wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia w głąb lądu.

– Szkoda, że nie chcą roz­ma­wiać – zauwa­żył Shalt. – Poszu­kamy z dala od brzegu.

J’arl wycią­gnął uschniętą rękę, zło­żoną tylko ze ścię­gien i kości.

– Zacze­kajmy chwilę. Jest tu coś…

Spoj­rzała na niego, prze­chy­la­jąc nad­gry­zioną zębem czasu głowę.

– Obec­ność?

– Coś – powtó­rzył ostroż­nie, jakby nie chciał powie­dzieć wię­cej.

Tubylcy usta­wili się w sze­reg, zagra­dza­jąc im drogę w głąb lądu. Krzy­czeli i potrzą­sali bro­nią. Shalt przyj­rzała się im. Byli znacz­nie żywsi niż ona i jej Imas­so­wie. Mieli wydatne żuchwy i wiel­kie zęby. Wszy­scy wyglą­dali podob­nie, być może wywo­dzili się z niewiel­kiej popu­la­cji wyj­ścio­wej. W daw­nych cza­sach to czę­sto zda­rzało się wśród jej pobra­tym­ców.

Człon­ko­wie jej grupy zaczęli zni­kać jeden po dru­gim, gdy nagle któ­ryś z tubyl­ców wydał okrzyk, który zro­zu­miała.

– Odejdź­cie stąd, demony z dale­kich stron!

Wszy­scy Imas­so­wie, któ­rzy jesz­cze zostali na miej­scu, odru­chowo wycią­gnęli mie­cze. Tuby­lec krzy­czał w języku Jaghu­tów. Shalt pode­szła bli­żej.

– Skąd zna­cie ten język? – zapy­tała w tej samej mowie.

– Jest nam znany od dawna, demo­nie – odpo­wie­dział z szy­der­czym uśmie­chem stary męż­czy­zna.

Znany? – pomy­ślała ze zdzi­wie­niem. Jak to moż­liwe?

– Ostrze­gano nas przed takimi jak wy – kon­ty­nu­ował. – Zabie­raj­cie się stąd. Nie jeste­ście tu mile widziani.

Shalt unio­sła pod­bró­dek. Z jed­nej strony jej żuchwy ciało dawno już odpa­dło. Znowu powę­szyła. Zachwiała się, czu­jąc uno­szącą się w powie­trzu woń. Gdyby nie była z Imas­sów, mogłaby zemdleć, wstrzą­śnięta wyzwa­niem, jakie rzu­cono samemu sednu jej jaźni.

– Plu­ga­stwo… – wydy­szał J’arl, wypusz­cza­jąc zimny podmuch.

Nie! – zawo­łała w myślach Shalt. To ludzie! Nie możemy wkro­czyć na tę ścieżkę! Ona powie­dzie nas ku zagła­dzie!

J’arl ruszył naprzód i Shalt zadzia­łała bez namy­słu. Jej miecz prze­szył krę­go­słup w miej­scu, gdzie szyja łączy się z bar­kami. J’arl osu­nął się na zie­mię, choć wie­działa, że nie skoń­czyła z nim cał­ko­wi­cie.

Wśród zebra­nych na plaży Imas­sów zapa­no­wał chaos. Wszy­scy wal­czyli ze sobą. Krze­mienne mie­czy ude­rzały o sie­bie z gło­śnym trza­skiem. Prze­ra­żone ptaki zerwały się do lotu. Część grupy zgro­ma­dziła się wokół Shalt. Usta­wiła ich w sze­reg, naka­zu­jąc im bro­nić kłę­bią­cych się bez­ład­nie tubyl­ców.

– Ucie­kaj­cie z plaży! – zawo­łała do nich, paru­jąc jed­no­cze­śnie ude­rze­nie Gutha. – Ucie­kaj­cie!

– Nie zdo­łają się ukryć – zapew­nił Guth, nie prze­sta­jąc jej ata­ko­wać. – Jeśli my ich nie znaj­dziemy, zro­bią to inni.

Jego rów­nież powa­liła. Łkała, ale nie zaprze­stała walki. Towa­rzy­szył jej od wielu lat.

Przyj­rzała się uważ­niej walce i ogar­nęła ją roz­pacz. Napast­nicy znacz­nie prze­wyż­szali liczeb­no­ścią obroń­ców. Nie bez powodu jed­nak uczy­niono ją pierw­szą grupy i wal­czyła dalej, nawet gdy wszy­scy sojusz­nicy padali wokół niej. Wkrótce została sama. Cofała się zasy­py­wana cio­sami, odci­na­ją­cymi kawałki wyschnię­tego ciała z jej koń­czyn i prze­ci­na­ją­cymi zbu­twiałą, nie­wy­pra­wioną skórę okry­wa­jącą ramiona. Znacz­nie prze­ra­stała umie­jęt­no­ściami prze­ciw­ni­ków, pada­ją­cych jeden po dru­gim pod cio­sami jej dwu­ręcz­nego mie­cza o klin­dze tak cien­kiej, że była pół­prze­zro­czy­sta. Obra­cała się i robiła uniki. Zgrab­nie jak zie­lona gałązka.

Wresz­cie otrzy­mała cios w głowę. Ostrze prze­biło poty­licę po pra­wej stro­nie. Choć jej czaszka została roz­trza­skana, Shalt zdo­łała powa­lić ostat­niego z ata­ku­ją­cych, zawo­dząc gło­śno z roz­pa­czy, albo­wiem był to Bruj’el, silny jak byk wojow­nik i kuzyn jej part­nera, któ­rego stra­ciła przed wielu stu­le­ciami.

Zwró­ciła się w stronę ludzi. Czuła, że oży­wia­jący ją duch opusz­cza uszko­dzoną powłokę cie­le­sną. Tra­ciła daną przez Tel­lann zdol­ność widze­nia i stop­niowo ota­czała ją ciem­ność. Wypu­ściła miecz, by wes­przeć się na jed­nej ręce, i wydy­szała swe ostat­nie słowa do przy­glą­da­ją­cych się jej z bojaź­nią ludzi.

– Ukryj­cie się…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij