Atakuje was "Piorun" - ebook
ORP „Piorun” był jednym z najbardziej zasłużonych okrętów Polskiej Marynarki Wojennej w czasie II wojny światowej. Pod polską banderą przepłynął 218 tysięcy mil morskich, eskortując konwoje na Atlantyku, Morzu Północnym i Śródziemnym. Brał udział w walkach artyleryjskich, niszczył jednostki wroga, ratował rozbitków i pilotów, a załoga nie poniosła strat.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18676-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czołga się ciągle uparcie, na samych tylko łokciach, poprzez straszliwe rumowiska, które przed chwilą było jeszcze ciepłym, zwyczajnym pomieszczeniem „F”. w rufowej części okrętu. „Byle do trapu… Wyjść stąd, wyjść!”. Oto, gdzieś nieskończenie wysoko, nad głową, zbawczy otwór włazu. Dźwiga się po poskręcanym żelastwie, które było trapem, cal po calu ciągnie za sobą bezwładne nogi. Trwa to wieki. Jeszcze ostatni, nadludzki wysiłek; ktoś chwyta go za ramię, chlust lodowatej wody…
– Za godzinę będziemy w Glasgow, sir…
Mat Karol Wizner otrząsa się z dręczącego, sennego koszmaru. Odruchowo burczy coś w odpowiedzi. Siwowłosy konduktor wycofuje się na korytarz i Wizner zostaje w przedziale sam.
Jest bardzo zmęczony. Od chwili, kiedy w dalekim Plymouth, na samym skraju południowej Anglii, wsiadł do pociągu, minęło już kilkanaście godzin. Przesiadki w Bristolu i Liverpoolu, małe stacyjki po drodze z zamalowanymi na czarno nazwami – to w obawie przed inwazją: „Jeśli Hunowie tu wylądują, nie będą po prostu wiedzieli, gdzie są…”. Wieczorem wokół ani jednego światła. Obowiązuje nadal szczelne zaciemnienie, pełny _black out_. To przed nalotami. Na przedmieściach Liverpoolu widział ich ślady: hałdy gruzów, wypalone mury z niebem prześwitującym przez puste oczodoły okien.
Słowa: „Bitwa o Anglię”, usłyszał po raz pierwszy z radia w którymś kolejnym szpitalu szkockim, bodaj w Edynburgu. Było to przed kilkoma miesiącami, chyba na początku sierpnia 1940 roku. Już mógł wtedy chodzić dość swobodnie. Zrosły się połamane, żebra i ręka, lekarze wylatali jakoś zgruchotane kolano, tylko uszkodzony kręgosłup wciąż dawał się we znaki. Trzy miesiące kuracji, od maja, zrobiło swoje, ale pierwsze zejście do szpitalnego schronu było trudne. Potem przywykł. Naloty były niemal co noc, poprzedzane wyciem syren. Schron trząsł się od głuchych detonacji, a Wiznerowi wydawało się nieraz, że poprzez dudnienie przeciwlotniczych dział słyszy basowy pomruk bombowców.
Co mogą samoloty, wiedział doskonale. Poznał to najdokładniej tamtego ranka, 4 maja 1940 roku, na wodach norweskiego Rombakkenfjordu. Tam, wysoko, był podobno tylko jeden samolot: tak mówili potem sygnaliści i artylerzyści z pokładu. ORP „Grom” tonął trzy minuty. Do dziś jeszcze tamte chwile wracają w przerażających sennych majakach.
Podnieśli ich wtedy z lodowatej wody angielscy koledzy po czterdziestu prawie minutach, cały czas pod ogniem niemieckiej broni maszynowej, bijącej z brzegu, spod Narwiku. Brytyjski niszczyciel HMS „Bedouin” odwiózł ich na pokład pancernika HMS „Resolution”, gdzie opatrzono rannych, stamtąd zabrał ich ORP „Burza” i przetransportował na okręt szpitalny „Atlantis”. Przez następne czterdzieści osiem godzin niemieckie samoloty dokonały na ten okręt, biały i ozdobiony wielkimi, czerwonymi krzyżami, aż dziesięciu nalotów. W czasie ich trwania zmarł z ran leżący tuż obok marynarz Zygmunt Muchar. Odetchnęli dopiero na pokładzie wielkiego, trójkominowego „pasażera” „Monarch of Bermuda”, który dowiózł ich szczęśliwie do leżącej w szkockiej miejscowości Greenock dużej bazy Royal Navy.
Teraz właśnie mat Karol Wizner powracał znów do Greenock. Niewiele, co prawda, zapamiętał z tego miasta, bo wtedy, wprost z nabrzeża, zabrano ich do różnych szpitali. Wracał jednak na własną prośbę i do służby, choć wcześniej, jeszcze w czasie szpitalnych, ciężkich zabiegów, nieraz postanawiał sobie: już nigdy więcej na morze…
Zadecydowały przeżycia kilku ostatnich tygodni. Na samo ich wspomnienie powracała złość: że dziś mogą być jeszcze tacy ludzie…
Po wypisaniu ze szpitala zaordynowali mu lekarze krótką rekonwalescencję w prywatnym szkockim domu: taki wytworzył się obyczaj. Gospodarze, mili starsi ludzie, dbali o swego gościa, ale w przyjaznej atmosferze tego domostwa powróciły ze zdwojoną siłą wspomnienia własne.
Jak żyją w okupowanym kraju żona i siedmioletnia już córka, Irena, jak sobie radzą? Nie wiedział o nich nic od chwili, kiedy z kartą mobilizacyjną w kieszeni wyszedł ze swego gdyńskiego mieszkania przy ulicy Śląskiej w dniu 24 sierpnia 1939 roku. Minął już rok. To, co wydarzyło się w tym czasie, przechodziło wszelkie pojęcie. Padła Norwegia, potem Dania, Holandia i Belgia. Kiedy jeszcze w szpitalu dowiedział się o błyskawicznym przemarszu Niemców przez Francję i o jej niesławnym upadku, odczuł jakąś bezsensowną, mściwą radość: Taka potęga, a wytrzymała niewiele dłużej niż my! Trzeba to było tak się puszyć? Jednocześnie i on, i inni zdali sobie wówczas sprawę, że cały ogrom niemieckiej, wojennej machiny obróci się teraz wyłącznie przeciw Anglii i że sprawa ich powrotu do kraju ma szanse tylko wówczas, jeśli Anglia zdoła się tej potędze oprzeć. A w to trudno było uwierzyć…
Mijały jednak tygodnie, a samotna wyspa wciąż trwała mimo zmasowanych, o niespotykanej sile ataków niemieckiej Luftwaffe na cały kraj. Komunikaty radiowe i gazety wciąż donosiły o ciężkich walkach powietrznych z przeważającymi siłami wroga – niejednokrotnie padały w tych komunikatach polskie nazwiska walczących pilotów. Wytworzyła się wtedy wokół nich, rannych marynarzy polskich, jakaś szczególna atmosfera życzliwości i podziwu, tak różna przecież od tej wyniosłej oschłości, z jaką spotykali się u Anglików jeszcze w wiele miesięcy po przybyciu do tego kraju. Najlapidarniej ujął to jeden ze szpitalnych towarzyszy niedoli:
– Tacy lordowie muszą dopiero mocno dostać w tyłek, żeby zmądrzeli…
Była ich z początku dość liczna, polska grupka, ale wreszcie Wizner, jeden z najciężej rannych podczas zatopienia „Groma”, i stąd przerzucany z jednego szpitala specjalistycznego do drugiego, pozostał sam. Zwolnienie przyjął jak wybawienie. Bez większego też żalu pożegnał swych szkockich gospodarzy: chciał znów po prostu być wśród swoich.
Wyruszył więc z Edynburga do Plymouth pełen nadziei: wreszcie w tej wielkiej, polskiej bazie znajdą chyba dla niego jakieś miejsce, póki w pełni nie powróci do zdrowia…
Baza mieściła się na przedwojennym, pasażerskim transatlantyku „Kościuszko”, przemianowanym z powodu wojny na ORP „Gdynia”. Zakotwiczona na redzie w pobliżu Devonport stanowiła swoistą „polską wyspę”, o czym Wizner miał się rychło przekonać.
Sporo czasu zajęło mu w początkach rozeznanie się w całej tej „wieży Babel”, jaką stanowił ORP „Gdynia”. Mieściła się tu bowiem Szkoła Podchorążych Marynarki Wojennej ze wszystkimi trzema wydziałami: pokładowym, mechanicznym i administracyjno-gospodarczym (a na każdym po trzy roczniki podchorążych), Szkoła Specjalistów Morskich, przygotowująca podoficerów, Kadra Marynarki Wojennej, prowadząca podstawowe przeszkolenie ochotników, i wreszcie Kancelaria Ewidencyjna, zajmująca się zaciągiem i wymianą załóg, oraz Rezerwowa Grupa Oficerów, oczekujących tu na swe przydziały. Wraz ze stałą załogą kłębiło się w przepastnych wnętrzach starego „Kościuszki” blisko 800 ludzi. Dość, żeby się zagubić…
Wizner niezbyt dokładnie wiedział, co tam lekarze napisali mu w papierach, toteż przydział do Kadry Marynarki Wojennej przyjął ze zdziwieniem: był przecież wykwalifikowanym specjalistą okrętowym, artylerzystą. Dowódca kadry, kmdr por. Tadeusz Mindak, wyłożył mu rzecz jasno:
– Potrzeba instruktorów – będziesz szkolił.
Już po paru dniach miał dość. Kadra Marynarki Wojennej była wyjątkowo specyficznym tworem. Zorganizowana w obozie Coëtquidan w Bretanii, gdzie było najwięcej młodych ochotników do służby na morzu, zarówno spośród przedwojennej, jak i wojennej emigracji polskiej, przeniesiona została na ORP „Gdynia” dopiero pod koniec kwietnia roku 1940. Ze zdumieniem słuchał więc Wizner niezrozumiałej francuszczyzny swoich podwładnych, polskich marynarzy: okazało się, że wielu niemal zupełnie nie umie mówić po polsku. Byli to jednak chłopcy chętni i pełni zapału, choć absolutnie nieprzywykli do „polskiej dyscypliny”, ale nie to w końcu było najgorsze. Do Kadry zbiegło się także trochę „niebieskich ptaków” ze wszystkich stron świata, marynarzy ze statków handlowych i rozmaitych poszukiwaczy przygód, ludzi obeznanych już z morzem i okrętami, jak i zupełnych nowicjuszy.
Jaki taki porządek zrobił dopiero komandor Zajączkowski, były dowódca Flotylli Pińskiej, kiedy objął dowództwo ORP „Gdynia”. Kazał usunąć ścianki działowe kabin, tworząc wielkie, łatwe do skontrolowania pomieszczenia, rozdać hamaki, a przy okazji przetrzebić tych najgorszych.
Nie wszystkich. Napotykał ich Wizner jeszcze dość często i brało go obrzydzenie: ci tutaj „dekowali się” wtedy, kiedy oni ginęli na „Gromie” i „Orle”. Nie umiał znaleźć z nimi wspólnego języka. Poprosił o przeniesienie na prawdziwy okręt. Poszła akurat wieść, że w Clydebank przekazują Anglicy Polskiej Marynarce Wojennej nowy niszczyciel, ORP „Piorun”.
Więc tam.
Było mnóstwo korowodów, głównie z lekarzami. Twierdzili, że nie nadaje się do służby na okręcie. On się jednak uparł i teraz dojeżdżał właśnie do Glasgow. Za oknami wagonu migały już domy przedmieść, spowite listopadową mgłą: z Glasgow do bazy w Greenock bliziutko.
Ściągnął z półki swój marynarski worek i aż pociemniało mu w oczach od dojmującego bólu w kręgosłupie. Zarzucił go jednak na ramię. Przed drzwiami wagonu siwy konduktor pożegnał go, salutując „po polsku” – dwoma palcami do daszka.
– Rany boskie! „Grom”?!
Wizner wie, że to niemożliwe, ale to pierwsze wrażenie, kiedy spośród innych, cumujących u nabrzeży okrętów wyłuskał wzrokiem właśnie ten pod biało-czerwoną banderą. Wrosły mu tamte kształty w pamięć. Ten zresztą okręt, nowiutki, lśniący od świeżej farby, ma bardzo podobną sylwetkę. Wprawne oko natychmiast jednak wychwytuje różnice: inny, węższy komin, inny pomost, mniej wyniosły i groźny (to dzięki niemu brano nieraz „Groma” za lekki krążownik), brak drugiej wieży artyleryjskiej na rufie, inne rozmieszczenie broni „plot”. W ogóle inny, ale niebrzydki: tylko czy zdoła mu zastąpić „Groma”?
U szczytu trapu nowe zaskoczenie. Chwytają go silne ramiona, ściskają, poklepują:
– Karol! Toś ty się, bracie, wylizał?
I nagle wokół same serdecznie znajome twarze – artylerzyści: Paweł Górski, Bolek Kempiński i Kazik Goliński, dalmierzysta Norbert Grosicki, motorzysta Władek Iwanicki, sygnalista Edek Dolecki…
Całują się po polsku, „z dubeltówki”.
– Dobrze, że jesteś! My tutaj prawie wszyscy z „Groma”…
Następna niespodzianka w kabinie pierwszego oficera artylerii: toż to ten sam Kazimierz Hess, pod którego dowództwem ładowali wtedy, pod Narvikiem, prawie 500 pocisków w niemieckie pozycje na brzegu, zanim… Tyle że dziś już nosi na rękawach trzy kapitańskie galony. I drugi oficer artylerii, podporucznik Wiktor Grochowicz: razem byli na szpitalnym okręcie „Atlantis”, razem z początku w szkockim szpitalu. Był jedynym rannym oficerem spośród kadry „Groma”.
– No to znów witamy w rodzinie! Roboty nie zabraknie.
Późnym wieczorem w pomieszczeniu podoficerskim „Pioruna” walne, towarzyskie zebranie. Okazuje się, że wśród 220 ludzi załogi większość stanowią oni, właśnie z „Groma”. Jest jeszcze drugi oficer broni podwodnej, porucznik Stanisław Kincer, tu już „pierwszy”. Są jeszcze swoi w maszynie, w artylerii…
– Uratowało się nas wtedy stu trzydziestu – wylicza ktoś – w tym dwudziestu czterech rannych. Pięćdziesięciu dziewięciu pozostało tam na zawsze…
Milkną. Każdy z nich ma teraz wyraźnie przed oczami twarze tych, z którymi żyli najbliżej, dzielili pomieszczenie, stanowiska bojowe.
– Eh! Przydałoby się wypić za nich po kropelce…
– A i Józek Drąg też już do nas nie wróci – wtrąca Wizner. – Amputowali mu w szpitalu tę oderwaną nogę do końca, a i z drugą było źle.
Kiwają głowami: ciężka sprawa. Zostać kaleką tu, na obczyźnie? Chyba że zajmie się nim Marynarka, ale co to za życie?
Nimi, uratowanymi z „Groma”, i zdrowymi, zajęto się szybko. Owszem, były jakieś urlopy. Potem oczekiwanie w bazie w Plymouth i wreszcie, gdzieś w połowie lipca, podniesienie polskiej bandery na nowym okręcie, ORP „Ouragan”.
– Przyjęliśmy go, rozumiesz, od Francuzów. Czasowo. Chłopie, co to był za trup! Zbudowany w tej samej, francuskiej stoczni, co nasza „Burza”, ale o całe pięć lat starszy. Kalosz. Wszystko się na nim już sypało, a i Francuzi zostawili go nam w takim stanie, że tylko siąść i płakać…
– Natyraliśmy się jak dzikie osły!
– Pojęcia nie masz, ledwo na próbę odbiliśmy od nabrzeża, a już trzeba było wracać, bo awaria!
– I jeszcze „żabojady” życzyły sobie, żeby obok naszej bandery nosić ich…
– W dzień, bracie, roboty było po uszy, a w nocy służba przy „pelotkach”. Na Plymouth były wtedy naloty co noc…
– I odetchnęliśmy nareszcie, kiedy przyszła wiadomość, że tu, w Clydebank, Anglicy zwodowali nowy okręt i oddadzą go nam w zamian za „Groma”…
– Zmykaliśmy z tego „Ouragana”, aż się kurzyło!
– Bo, uważasz, po ichniemu „Thunderbolt” to tyle samo, co u nas „grom” albo „piorun”…
– E, tam! Nasz „Piorun” miał się najpierw nazywać „Nerissa”…
– Ale zostało po naszemu: „Piorun”. Nie tak, jak z „Garlandem”. Tam pozostała angielska nazwa…
– Bo „Garland” był pierwszym okrętem, co go nam oddali, jeszcze trzeciego maja tego roku, na Malcie. Akurat na dzień przed zatopieniem „Groma”…
– A poza tym to już stary okręt, z trzydziestego piątego roku. Nie to, co nasz! Prosto ze stoczni John Brown, wodowany siódmego maja…
– A banderę podnieśliśmy dopiero co, piątego listopada. Ale była pompa!
– Tylko że gdzie mu tam do naszego „Groma”…
Wizner mógł się tylko przysłuchiwać ożywionej dyskusji, jaka wybuchła wokół wad i zalet nowego okrętu. Dowiedział się z niej, że wprawdzie „Piorun” jest o dwa metry krótszy od liczącego sobie 114 m długości „Groma” i nieco węższy, ale ma za to większą wyporność – 2320 BRT. „Grom” przy tym był szybszy o całe 3 węzły, bo „Piorun” mógł wyciągnąć ich najwyżej 36.
– Ale za to – perorował któryś z obrońców nowego okrętu – „Piorun” ma większy zasięg pływania!
Zabrano się i do uzbrojenia. „Piorun” nosił 6 dział artylerii głównej kalibru 120 milimetrów, a jego broń przeciwlotnicza składała się z jednego działa 102 milimetry, 4 dział czterdziestomilimetrowych oraz 4 działek dwudziestomilimetrowych. Miał ponadto jedną pięciorurową wyrzutnię torpedową kalibru 533 milimetry oraz sześć wyrzutni bomb głębinowych, dwie na rufie i cztery burtowe. W porównaniu z utraconym „Gromem” jego uzbrojenie przeciwlotnicze było znacznie silniejsze; tamten miał tylko dwa podwójne działa czterdziestomilimetrowe i dwa „enkaemy”. Artylerzyści przypominali jednak, że „Grom” miał o jedną lufę artylerii głównej więcej: siedem.
– Ale nasz „Piorun” ma za to „ar-di-ef”!
Ten argument jakby przeważył szalę. Nikt z nich jeszcze dotąd, co prawda, nie doświadczył, na czym praktycznie polega działanie radaru i jaka jest jego przydatność na morskich wojennych szlakach, ale wokół tej najnowszej i ściśle tajnej broni narosła już cała legenda. Móc dostrzec wroga z dużej odległości w powietrzu i na morzu, w dzień i w nocy…
Kilka następnych dni upłynęło Karolowi na gorączkowej krzątaninie, która zresztą wrzała na całym okręcie. Uzupełniono wyposażenie i zapasy, przybywali ostatni członkowie załogi, kręcili się jeszcze stoczniowcy, usuwając drobne usterki. Okręt miał lada dzień przejść do bazy w Scapa Flow, by odbyć tam bojowo-morską zaprawę, podstawowy i twardy egzamin zgrania wszystkich okrętowych mechanizmów, a w szczególności załogi. Dlatego też we wszystkich działach bojowych mocno „podkręcano śrubę”, aby wypaść tam jak najlepiej. Oceny z Scapa Flow decydowały bowiem, czy okręt może już, czy też jeszcze nie, wejść do służby.
W tym czasie Wizner widział dowódcę okrętu, komandora porucznika Eugeniusza Pławskiego, zaledwie kilka razy i to przelotnie. Zresztą nawet i ci, którzy przesłużyli pod jego komendą tamte kilka miesięcy na ORP „Ouragan”, też nie umieli o nim nic konkretnego powiedzieć. On sam nie spotykał go nigdy przedtem, ale też i nie kwapił się, aby go bliżej poznać. Dowódca to zawsze dowódca, a w takim gorącym okresie najłatwiej trafić na jego zły humor. Miał zresztą dość zajęć przy działach: obaj oficerowie artylerii „Pioruna” wyciskali ze swych podwładnych siódme poty.
Po półrocznej przerwie, spędzonej na tułaczce po szpitalach i zakończonej przykrymi doświadczeniami na ORP „Gdynia”, powrót na okręt i między przyjaciół mocno podreperował Wiznera na duchu. Poczuł się znów potrzebny, przydatny. Rzucił się zresztą od razu i z pasją w przyspieszony rytm okrętowej służby, jakby chciał nadrobić wszystkie te utracone miesiące. Szybko jednak spostrzegł, że choć wróciła natychmiast dawna, pełna znajomość morskiego, artyleryjskiego rzemiosła, to nie wróciła dawna sprawność. Wiele razy dziennie ostry, przeszywający ból w krzyżu dawał mu znać, że znów wykonał zbyt gwałtowny ruch. Szczególnie dotkliwie cierpiał przy działoczynach, gdzie zwijać się trzeba było jak w ukropie.
Dostrzegli to przełożeni. Już po kilku dniach wezwał go do siebie kapitan Hess i palnął bez ogródek:
– Z tym kręgosłupem to nie przelewki. Postanowiliśmy więc tak: mamy tu, na pokładzie, „ar-di-ef” i na razie angielskich operatorów. Potrzebujemy własnych. Trzeba iść na kurs. Po kursie oczekujemy z powrotem i to jak najszybciej…ROZDZIAŁ II
Dwudziestego drugiego marca 1941 roku wielki admirał Trzeciej Rzeszy Erich Hans Albert Raeder przeżywał swój kolejny wielki dzień. Oto do portu w Breście weszły tego dnia pancerniki „Scharnhorst” i „Gneisenau”, po dwumiesięcznej, zwycięskiej kampanii na Atlantyku.
Zresztą w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy naczelny dowódca Kriegsmarine miał wiele takich radosnych dni i mnóstwo powodów do zadowolenia. Tych zupełnie zaś szczególnych było kilka: dzień, w którym zakończyła się kampania na Bałtyku przeciw Polsce, kiedy zespoły okrętów Kriegsmarine wykonały błyskawicznie i precyzyjnie ogromną operację „Weserübung Nord” – wysadzenia desantu w Norwegii – oraz wtedy, kiedy Naczelne Dowództwo w Berlinie musiało uznać, że operacja rozgromienia Anglii z powietrza siłami Luftwaffe skończyła się w zasadzie niepowodzeniem.
Rzecz jasna, że swą radość z tej ostatniej okazji ukrywał nadzwyczaj starannie, ale przeżywał ją bardzo głęboko: fiasko planów marszałka lotnictwa Rzeszy potwierdzało przecież słuszność jego własnych koncepcji strategicznych. Twierdził bowiem zawsze, że Anglią można zawładnąć jedynie drogą wielkich operacji morskich, dusząc ją w kleszczach blokady, odcinającej wszelkie morskie drogi zaopatrzenia. W ten sposób ostateczne zajęcie wygłodzonej i pozbawionej podstawowych surowców wyspy będzie tylko formalnością. Forsowaną zaś przez Göringa i samego Hitlera koncepcję powalenia Anglii zmasowanymi nalotami bombowymi uważał za zwykłe awanturnictwo i chęć przypodobania się Führerowi, który tak przecież lubił „wojny błyskawiczne”…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki