Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Atakuje was "Piorun" - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
Audiobook
12,99 zł
944 pkt
punktów Virtualo

Atakuje was "Piorun" - ebook

ORP „Piorun” był jednym z najbardziej zasłużonych okrętów Polskiej Marynarki Wojennej w czasie II wojny światowej. Pod polską banderą przepłynął 218 tysięcy mil morskich, eskortując konwoje na Atlantyku, Morzu Północnym i Śródziemnym. Brał udział w walkach artyleryjskich, niszczył jednostki wroga, ratował rozbitków i pilotów, a załoga nie poniosła strat.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18676-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Czołga się cią­gle upar­cie, na samych tylko łok­ciach, poprzez strasz­liwe rumo­wi­ska, które przed chwilą było jesz­cze cie­płym, zwy­czaj­nym pomiesz­cze­niem „F”. w rufo­wej czę­ści okrętu. „Byle do trapu… Wyjść stąd, wyjść!”. Oto, gdzieś nie­skoń­cze­nie wysoko, nad głową, zbaw­czy otwór włazu. Dźwiga się po poskrę­ca­nym żela­stwie, które było tra­pem, cal po calu cią­gnie za sobą bez­władne nogi. Trwa to wieki. Jesz­cze ostatni, nad­ludzki wysi­łek; ktoś chwyta go za ramię, chlust lodo­wa­tej wody…

– Za godzinę będziemy w Glas­gow, sir…

Mat Karol Wizner otrząsa się z drę­czą­cego, sen­nego kosz­maru. Odru­chowo bur­czy coś w odpo­wie­dzi. Siwo­włosy kon­duk­tor wyco­fuje się na kory­tarz i Wizner zostaje w prze­dziale sam.

Jest bar­dzo zmę­czony. Od chwili, kiedy w dale­kim Ply­mo­uth, na samym skraju połu­dnio­wej Anglii, wsiadł do pociągu, minęło już kil­ka­na­ście godzin. Prze­siadki w Bri­stolu i Liver­po­olu, małe sta­cyjki po dro­dze z zama­lo­wa­nymi na czarno nazwami – to w oba­wie przed inwa­zją: „Jeśli Huno­wie tu wylą­dują, nie będą po pro­stu wie­dzieli, gdzie są…”. Wie­czo­rem wokół ani jed­nego świa­tła. Obo­wią­zuje na­dal szczelne zaciem­nie­nie, pełny _black out_. To przed nalo­tami. Na przed­mie­ściach Liver­po­olu widział ich ślady: hałdy gru­zów, wypa­lone mury z nie­bem prze­świ­tu­ją­cym przez puste oczo­doły okien.

Słowa: „Bitwa o Anglię”, usły­szał po raz pierw­szy z radia w któ­rymś kolej­nym szpi­talu szkoc­kim, bodaj w Edyn­burgu. Było to przed kil­koma mie­sią­cami, chyba na początku sierp­nia 1940 roku. Już mógł wtedy cho­dzić dość swo­bod­nie. Zro­sły się poła­mane, żebra i ręka, leka­rze wyla­tali jakoś zgru­cho­tane kolano, tylko uszko­dzony krę­go­słup wciąż dawał się we znaki. Trzy mie­siące kura­cji, od maja, zro­biło swoje, ale pierw­sze zej­ście do szpi­tal­nego schronu było trudne. Potem przy­wykł. Naloty były nie­mal co noc, poprze­dzane wyciem syren. Schron trząsł się od głu­chych deto­na­cji, a Wizne­rowi wyda­wało się nie­raz, że poprzez dud­nie­nie prze­ciw­lot­ni­czych dział sły­szy basowy pomruk bom­bow­ców.

Co mogą samo­loty, wie­dział dosko­nale. Poznał to naj­do­kład­niej tam­tego ranka, 4 maja 1940 roku, na wodach nor­we­skiego Rom­bak­ken­fjordu. Tam, wysoko, był podobno tylko jeden samo­lot: tak mówili potem sygna­li­ści i arty­le­rzy­ści z pokładu. ORP „Grom” tonął trzy minuty. Do dziś jesz­cze tamte chwile wra­cają w prze­ra­ża­ją­cych sen­nych maja­kach.

Pod­nie­śli ich wtedy z lodo­wa­tej wody angiel­scy kole­dzy po czter­dzie­stu pra­wie minu­tach, cały czas pod ogniem nie­miec­kiej broni maszy­no­wej, biją­cej z brzegu, spod Narwiku. Bry­tyj­ski nisz­czy­ciel HMS „Bedo­uin” odwiózł ich na pokład pan­cer­nika HMS „Reso­lu­tion”, gdzie opa­trzono ran­nych, stam­tąd zabrał ich ORP „Burza” i prze­trans­por­to­wał na okręt szpi­talny „Atlan­tis”. Przez następne czter­dzie­ści osiem godzin nie­miec­kie samo­loty doko­nały na ten okręt, biały i ozdo­biony wiel­kimi, czer­wo­nymi krzy­żami, aż dzie­się­ciu nalo­tów. W cza­sie ich trwa­nia zmarł z ran leżący tuż obok mary­narz Zyg­munt Muchar. Ode­tchnęli dopiero na pokła­dzie wiel­kiego, trój­ko­mi­no­wego „pasa­żera” „Monarch of Ber­muda”, który dowiózł ich szczę­śli­wie do leżą­cej w szkoc­kiej miej­sco­wo­ści Gre­enock dużej bazy Royal Navy.

Teraz wła­śnie mat Karol Wizner powra­cał znów do Gre­enock. Nie­wiele, co prawda, zapa­mię­tał z tego mia­sta, bo wtedy, wprost z nabrzeża, zabrano ich do róż­nych szpi­tali. Wra­cał jed­nak na wła­sną prośbę i do służby, choć wcze­śniej, jesz­cze w cza­sie szpi­tal­nych, cięż­kich zabie­gów, nie­raz posta­na­wiał sobie: już ni­gdy wię­cej na morze…

Zade­cy­do­wały prze­ży­cia kilku ostat­nich tygo­dni. Na samo ich wspo­mnie­nie powra­cała złość: że dziś mogą być jesz­cze tacy ludzie…

Po wypi­sa­niu ze szpi­tala zaor­dy­no­wali mu leka­rze krótką rekon­wa­le­scen­cję w pry­wat­nym szkoc­kim domu: taki wytwo­rzył się oby­czaj. Gospo­da­rze, mili starsi ludzie, dbali o swego gościa, ale w przy­ja­znej atmos­fe­rze tego domo­stwa powró­ciły ze zdwo­joną siłą wspo­mnie­nia wła­sne.

Jak żyją w oku­po­wa­nym kraju żona i sied­mio­let­nia już córka, Irena, jak sobie radzą? Nie wie­dział o nich nic od chwili, kiedy z kartą mobi­li­za­cyjną w kie­szeni wyszedł ze swego gdyń­skiego miesz­ka­nia przy ulicy Ślą­skiej w dniu 24 sierp­nia 1939 roku. Minął już rok. To, co wyda­rzyło się w tym cza­sie, prze­cho­dziło wszel­kie poję­cie. Padła Nor­we­gia, potem Dania, Holan­dia i Bel­gia. Kiedy jesz­cze w szpi­talu dowie­dział się o bły­ska­wicz­nym prze­mar­szu Niem­ców przez Fran­cję i o jej nie­sław­nym upadku, odczuł jakąś bez­sen­sowną, mściwą radość: Taka potęga, a wytrzy­mała nie­wiele dłu­żej niż my! Trzeba to było tak się puszyć? Jed­no­cze­śnie i on, i inni zdali sobie wów­czas sprawę, że cały ogrom nie­miec­kiej, wojen­nej machiny obróci się teraz wyłącz­nie prze­ciw Anglii i że sprawa ich powrotu do kraju ma szanse tylko wów­czas, jeśli Anglia zdoła się tej potę­dze oprzeć. A w to trudno było uwie­rzyć…

Mijały jed­nak tygo­dnie, a samotna wyspa wciąż trwała mimo zma­so­wa­nych, o nie­spo­ty­ka­nej sile ata­ków nie­miec­kiej Luft­waffe na cały kraj. Komu­ni­katy radiowe i gazety wciąż dono­siły o cięż­kich wal­kach powietrz­nych z prze­wa­ża­ją­cymi siłami wroga – nie­jed­no­krot­nie padały w tych komu­ni­ka­tach pol­skie nazwi­ska wal­czą­cych pilo­tów. Wytwo­rzyła się wtedy wokół nich, ran­nych mary­na­rzy pol­skich, jakaś szcze­gólna atmos­fera życz­li­wo­ści i podziwu, tak różna prze­cież od tej wynio­słej oschło­ści, z jaką spo­ty­kali się u Angli­ków jesz­cze w wiele mie­sięcy po przy­by­ciu do tego kraju. Naj­la­pi­dar­niej ujął to jeden ze szpi­tal­nych towa­rzy­szy nie­doli:

– Tacy lor­do­wie muszą dopiero mocno dostać w tyłek, żeby zmą­drzeli…

Była ich z początku dość liczna, pol­ska grupka, ale wresz­cie Wizner, jeden z naj­cię­żej ran­nych pod­czas zato­pie­nia „Groma”, i stąd prze­rzu­cany z jed­nego szpi­tala spe­cja­li­stycz­nego do dru­giego, pozo­stał sam. Zwol­nie­nie przy­jął jak wyba­wie­nie. Bez więk­szego też żalu poże­gnał swych szkoc­kich gospo­da­rzy: chciał znów po pro­stu być wśród swo­ich.

Wyru­szył więc z Edyn­burga do Ply­mo­uth pełen nadziei: wresz­cie w tej wiel­kiej, pol­skiej bazie znajdą chyba dla niego jakieś miej­sce, póki w pełni nie powróci do zdro­wia…

Baza mie­ściła się na przed­wo­jen­nym, pasa­żer­skim trans­atlan­tyku „Kościuszko”, prze­mia­no­wa­nym z powodu wojny na ORP „Gdy­nia”. Zako­twi­czona na redzie w pobliżu Devon­port sta­no­wiła swo­istą „pol­ską wyspę”, o czym Wizner miał się rychło prze­ko­nać.

Sporo czasu zajęło mu w począt­kach roze­zna­nie się w całej tej „wieży Babel”, jaką sta­no­wił ORP „Gdy­nia”. Mie­ściła się tu bowiem Szkoła Pod­cho­rą­żych Mary­narki Wojen­nej ze wszyst­kimi trzema wydzia­łami: pokła­do­wym, mecha­nicz­nym i admi­ni­stra­cyjno-gospo­dar­czym (a na każ­dym po trzy rocz­niki pod­cho­rą­żych), Szkoła Spe­cja­li­stów Mor­skich, przy­go­to­wu­jąca pod­ofi­ce­rów, Kadra Mary­narki Wojen­nej, pro­wa­dząca pod­sta­wowe prze­szko­le­nie ochot­ni­ków, i wresz­cie Kan­ce­la­ria Ewi­den­cyjna, zaj­mu­jąca się zacią­giem i wymianą załóg, oraz Rezer­wowa Grupa Ofi­ce­rów, ocze­ku­ją­cych tu na swe przy­działy. Wraz ze stałą załogą kłę­biło się w prze­past­nych wnę­trzach sta­rego „Kościuszki” bli­sko 800 ludzi. Dość, żeby się zagu­bić…

Wizner nie­zbyt dokład­nie wie­dział, co tam leka­rze napi­sali mu w papie­rach, toteż przy­dział do Kadry Mary­narki Wojen­nej przy­jął ze zdzi­wie­niem: był prze­cież wykwa­li­fi­ko­wa­nym spe­cja­li­stą okrę­to­wym, arty­le­rzy­stą. Dowódca kadry, kmdr por. Tade­usz Min­dak, wyło­żył mu rzecz jasno:

– Potrzeba instruk­to­rów – będziesz szko­lił.

Już po paru dniach miał dość. Kadra Mary­narki Wojen­nej była wyjąt­kowo spe­cy­ficz­nym two­rem. Zor­ga­ni­zo­wana w obo­zie Coëtquidan w Bre­ta­nii, gdzie było naj­wię­cej mło­dych ochot­ni­ków do służby na morzu, zarówno spo­śród przed­wo­jen­nej, jak i wojen­nej emi­gra­cji pol­skiej, prze­nie­siona została na ORP „Gdy­nia” dopiero pod koniec kwiet­nia roku 1940. Ze zdu­mie­niem słu­chał więc Wizner nie­zro­zu­mia­łej fran­cusz­czy­zny swo­ich pod­wład­nych, pol­skich mary­na­rzy: oka­zało się, że wielu nie­mal zupeł­nie nie umie mówić po pol­sku. Byli to jed­nak chłopcy chętni i pełni zapału, choć abso­lut­nie nie­przy­wy­kli do „pol­skiej dys­cy­pliny”, ale nie to w końcu było naj­gor­sze. Do Kadry zbie­gło się także tro­chę „nie­bie­skich pta­ków” ze wszyst­kich stron świata, mary­na­rzy ze stat­ków han­dlo­wych i roz­ma­itych poszu­ki­wa­czy przy­gód, ludzi obe­zna­nych już z morzem i okrę­tami, jak i zupeł­nych nowi­cju­szy.

Jaki taki porzą­dek zro­bił dopiero koman­dor Zającz­kow­ski, były dowódca Flo­tylli Piń­skiej, kiedy objął dowódz­two ORP „Gdy­nia”. Kazał usu­nąć ścianki dzia­łowe kabin, two­rząc wiel­kie, łatwe do skon­tro­lo­wa­nia pomiesz­cze­nia, roz­dać hamaki, a przy oka­zji prze­trze­bić tych naj­gor­szych.

Nie wszyst­kich. Napo­ty­kał ich Wizner jesz­cze dość czę­sto i brało go obrzy­dze­nie: ci tutaj „deko­wali się” wtedy, kiedy oni ginęli na „Gro­mie” i „Orle”. Nie umiał zna­leźć z nimi wspól­nego języka. Popro­sił o prze­nie­sie­nie na praw­dziwy okręt. Poszła aku­rat wieść, że w Cly­de­bank prze­ka­zują Anglicy Pol­skiej Mary­narce Wojen­nej nowy nisz­czy­ciel, ORP „Pio­run”.

Więc tam.

Było mnó­stwo koro­wo­dów, głów­nie z leka­rzami. Twier­dzili, że nie nadaje się do służby na okrę­cie. On się jed­nak uparł i teraz dojeż­dżał wła­śnie do Glas­gow. Za oknami wagonu migały już domy przed­mieść, spo­wite listo­pa­dową mgłą: z Glas­gow do bazy w Gre­enock bli­ziutko.

Ścią­gnął z półki swój mary­nar­ski worek i aż pociem­niało mu w oczach od doj­mu­ją­cego bólu w krę­go­słu­pie. Zarzu­cił go jed­nak na ramię. Przed drzwiami wagonu siwy kon­duk­tor poże­gnał go, salu­tu­jąc „po pol­sku” – dwoma pal­cami do daszka.

– Rany boskie! „Grom”?!

Wizner wie, że to nie­moż­liwe, ale to pierw­sze wra­że­nie, kiedy spo­śród innych, cumu­ją­cych u nabrzeży okrę­tów wyłu­skał wzro­kiem wła­śnie ten pod biało-czer­woną ban­derą. Wro­sły mu tamte kształty w pamięć. Ten zresztą okręt, nowiutki, lśniący od świe­żej farby, ma bar­dzo podobną syl­wetkę. Wprawne oko natych­miast jed­nak wychwy­tuje róż­nice: inny, węż­szy komin, inny pomost, mniej wynio­sły i groźny (to dzięki niemu brano nie­raz „Groma” za lekki krą­żow­nik), brak dru­giej wieży arty­le­ryj­skiej na rufie, inne roz­miesz­cze­nie broni „plot”. W ogóle inny, ale nie­brzydki: tylko czy zdoła mu zastą­pić „Groma”?

U szczytu trapu nowe zasko­cze­nie. Chwy­tają go silne ramiona, ści­skają, pokle­pują:

– Karol! Toś ty się, bra­cie, wyli­zał?

I nagle wokół same ser­decz­nie zna­jome twa­rze – arty­le­rzy­ści: Paweł Gór­ski, Bolek Kem­piń­ski i Kazik Goliń­ski, dal­mie­rzy­sta Nor­bert Gro­sicki, moto­rzy­sta Wła­dek Iwa­nicki, sygna­li­sta Edek Dolecki…

Całują się po pol­sku, „z dubel­tówki”.

– Dobrze, że jesteś! My tutaj pra­wie wszy­scy z „Groma”…

Następna nie­spo­dzianka w kabi­nie pierw­szego ofi­cera arty­le­rii: toż to ten sam Kazi­mierz Hess, pod któ­rego dowódz­twem łado­wali wtedy, pod Nar­vi­kiem, pra­wie 500 poci­sków w nie­miec­kie pozy­cje na brzegu, zanim… Tyle że dziś już nosi na ręka­wach trzy kapi­tań­skie galony. I drugi ofi­cer arty­le­rii, pod­po­rucz­nik Wik­tor Gro­cho­wicz: razem byli na szpi­tal­nym okrę­cie „Atlan­tis”, razem z początku w szkoc­kim szpi­talu. Był jedy­nym ran­nym ofi­cerem spo­śród kadry „Groma”.

– No to znów witamy w rodzi­nie! Roboty nie zabrak­nie.

Póź­nym wie­czo­rem w pomiesz­cze­niu pod­ofi­cer­skim „Pio­runa” walne, towa­rzy­skie zebra­nie. Oka­zuje się, że wśród 220 ludzi załogi więk­szość sta­no­wią oni, wła­śnie z „Groma”. Jest jesz­cze drugi ofi­cer broni pod­wod­nej, porucz­nik Sta­ni­sław Kin­cer, tu już „pierw­szy”. Są jesz­cze swoi w maszy­nie, w arty­le­rii…

– Ura­to­wało się nas wtedy stu trzy­dzie­stu – wyli­cza ktoś – w tym dwu­dzie­stu czte­rech ran­nych. Pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu pozo­stało tam na zawsze…

Milkną. Każdy z nich ma teraz wyraź­nie przed oczami twa­rze tych, z któ­rymi żyli naj­bli­żej, dzie­lili pomiesz­cze­nie, sta­no­wi­ska bojowe.

– Eh! Przy­da­łoby się wypić za nich po kro­pelce…

– A i Józek Drąg też już do nas nie wróci – wtrąca Wizner. – Ampu­to­wali mu w szpi­talu tę ode­rwaną nogę do końca, a i z drugą było źle.

Kiwają gło­wami: ciężka sprawa. Zostać kaleką tu, na obczyź­nie? Chyba że zaj­mie się nim Mary­narka, ale co to za życie?

Nimi, ura­to­wa­nymi z „Groma”, i zdro­wymi, zajęto się szybko. Ow­szem, były jakieś urlopy. Potem ocze­ki­wa­nie w bazie w Ply­mo­uth i wresz­cie, gdzieś w poło­wie lipca, pod­nie­sie­nie pol­skiej ban­dery na nowym okrę­cie, ORP „Oura­gan”.

– Przy­ję­li­śmy go, rozu­miesz, od Fran­cu­zów. Cza­sowo. Chło­pie, co to był za trup! Zbu­do­wany w tej samej, fran­cu­skiej stoczni, co nasza „Burza”, ale o całe pięć lat star­szy. Kalosz. Wszystko się na nim już sypało, a i Fran­cuzi zosta­wili go nam w takim sta­nie, że tylko siąść i pła­kać…

– Naty­ra­li­śmy się jak dzi­kie osły!

– Poję­cia nie masz, ledwo na próbę odbi­li­śmy od nabrzeża, a już trzeba było wra­cać, bo awa­ria!

– I jesz­cze „żabo­jady” życzyły sobie, żeby obok naszej ban­dery nosić ich…

– W dzień, bra­cie, roboty było po uszy, a w nocy służba przy „pelot­kach”. Na Ply­mo­uth były wtedy naloty co noc…

– I ode­tchnę­li­śmy naresz­cie, kiedy przy­szła wia­do­mość, że tu, w Cly­de­bank, Anglicy zwo­do­wali nowy okręt i odda­dzą go nam w zamian za „Groma”…

– Zmy­ka­li­śmy z tego „Oura­gana”, aż się kurzyło!

– Bo, uwa­żasz, po ich­niemu „Thun­der­bolt” to tyle samo, co u nas „grom” albo „pio­run”…

– E, tam! Nasz „Pio­run” miał się naj­pierw nazy­wać „Nerissa”…

– Ale zostało po naszemu: „Pio­run”. Nie tak, jak z „Gar­lan­dem”. Tam pozo­stała angiel­ska nazwa…

– Bo „Gar­land” był pierw­szym okrę­tem, co go nam oddali, jesz­cze trze­ciego maja tego roku, na Mal­cie. Aku­rat na dzień przed zato­pie­niem „Groma”…

– A poza tym to już stary okręt, z trzy­dzie­stego pią­tego roku. Nie to, co nasz! Pro­sto ze stoczni John Brown, wodo­wany siód­mego maja…

– A ban­derę pod­nie­śli­śmy dopiero co, pią­tego listo­pada. Ale była pompa!

– Tylko że gdzie mu tam do naszego „Groma”…

Wizner mógł się tylko przy­słu­chi­wać oży­wio­nej dys­ku­sji, jaka wybu­chła wokół wad i zalet nowego okrętu. Dowie­dział się z niej, że wpraw­dzie „Pio­run” jest o dwa metry krót­szy od liczą­cego sobie 114 m dłu­go­ści „Groma” i nieco węż­szy, ale ma za to więk­szą wypor­ność – 2320 BRT. „Grom” przy tym był szyb­szy o całe 3 węzły, bo „Pio­run” mógł wycią­gnąć ich naj­wy­żej 36.

– Ale za to – pero­ro­wał któ­ryś z obroń­ców nowego okrętu – „Pio­run” ma więk­szy zasięg pły­wa­nia!

Zabrano się i do uzbro­je­nia. „Pio­run” nosił 6 dział arty­le­rii głów­nej kali­bru 120 mili­me­trów, a jego broń prze­ciw­lot­ni­cza skła­dała się z jed­nego działa 102 mili­me­try, 4 dział czter­dzie­sto­mi­li­me­tro­wych oraz 4 dzia­łek dwu­dzie­sto­mi­li­me­tro­wych. Miał ponadto jedną pię­cio­ru­rową wyrzut­nię tor­pe­dową kali­bru 533 mili­me­try oraz sześć wyrzutni bomb głę­bi­no­wych, dwie na rufie i cztery bur­towe. W porów­na­niu z utra­co­nym „Gro­mem” jego uzbro­je­nie prze­ciw­lot­ni­cze było znacz­nie sil­niej­sze; tam­ten miał tylko dwa podwójne działa czter­dzie­sto­mi­li­me­trowe i dwa „enka­emy”. Arty­le­rzy­ści przy­po­mi­nali jed­nak, że „Grom” miał o jedną lufę arty­le­rii głów­nej wię­cej: sie­dem.

– Ale nasz „Pio­run” ma za to „ar-di-ef”!

Ten argu­ment jakby prze­wa­żył szalę. Nikt z nich jesz­cze dotąd, co prawda, nie doświad­czył, na czym prak­tycz­nie polega dzia­ła­nie radaru i jaka jest jego przy­dat­ność na mor­skich wojen­nych szla­kach, ale wokół tej naj­now­szej i ści­śle taj­nej broni naro­sła już cała legenda. Móc dostrzec wroga z dużej odle­gło­ści w powie­trzu i na morzu, w dzień i w nocy…

Kilka następ­nych dni upły­nęło Karo­lowi na gorącz­ko­wej krzą­ta­ni­nie, która zresztą wrzała na całym okrę­cie. Uzu­peł­niono wypo­sa­że­nie i zapasy, przy­by­wali ostatni człon­ko­wie załogi, krę­cili się jesz­cze stocz­niowcy, usu­wa­jąc drobne usterki. Okręt miał lada dzień przejść do bazy w Scapa Flow, by odbyć tam bojowo-mor­ską zaprawę, pod­sta­wowy i twardy egza­min zgra­nia wszyst­kich okrę­to­wych mecha­ni­zmów, a w szcze­gól­no­ści załogi. Dla­tego też we wszyst­kich dzia­łach bojo­wych mocno „pod­krę­cano śrubę”, aby wypaść tam jak naj­le­piej. Oceny z Scapa Flow decy­do­wały bowiem, czy okręt może już, czy też jesz­cze nie, wejść do służby.

W tym cza­sie Wizner widział dowódcę okrętu, koman­dora porucz­nika Euge­niu­sza Pław­skiego, zale­d­wie kilka razy i to prze­lot­nie. Zresztą nawet i ci, któ­rzy prze­słu­żyli pod jego komendą tamte kilka mie­sięcy na ORP „Oura­gan”, też nie umieli o nim nic kon­kret­nego powie­dzieć. On sam nie spo­ty­kał go ni­gdy przed­tem, ale też i nie kwa­pił się, aby go bli­żej poznać. Dowódca to zawsze dowódca, a w takim gorą­cym okre­sie naj­ła­twiej tra­fić na jego zły humor. Miał zresztą dość zajęć przy dzia­łach: obaj ofi­ce­ro­wie arty­le­rii „Pio­runa” wyci­skali ze swych pod­wład­nych siódme poty.

Po pół­rocz­nej prze­rwie, spę­dzo­nej na tułaczce po szpi­ta­lach i zakoń­czo­nej przy­krymi doświad­cze­niami na ORP „Gdy­nia”, powrót na okręt i mię­dzy przy­ja­ciół mocno pod­re­pe­ro­wał Wiznera na duchu. Poczuł się znów potrzebny, przy­datny. Rzu­cił się zresztą od razu i z pasją w przy­spie­szony rytm okrę­to­wej służby, jakby chciał nad­ro­bić wszyst­kie te utra­cone mie­siące. Szybko jed­nak spo­strzegł, że choć wró­ciła natych­miast dawna, pełna zna­jo­mość mor­skiego, arty­le­ryj­skiego rze­mio­sła, to nie wró­ciła dawna spraw­ność. Wiele razy dzien­nie ostry, prze­szy­wa­jący ból w krzyżu dawał mu znać, że znów wyko­nał zbyt gwał­towny ruch. Szcze­gól­nie dotkli­wie cier­piał przy dzia­ło­czy­nach, gdzie zwi­jać się trzeba było jak w ukro­pie.

Dostrze­gli to prze­ło­żeni. Już po kilku dniach wezwał go do sie­bie kapi­tan Hess i pal­nął bez ogró­dek:

– Z tym krę­go­słu­pem to nie prze­lewki. Posta­no­wi­li­śmy więc tak: mamy tu, na pokła­dzie, „ar-di-ef” i na razie angiel­skich ope­ra­to­rów. Potrze­bu­jemy wła­snych. Trzeba iść na kurs. Po kur­sie ocze­ku­jemy z powro­tem i to jak naj­szyb­ciej…ROZDZIAŁ II

Dwu­dzie­stego dru­giego marca 1941 roku wielki admi­rał Trze­ciej Rze­szy Erich Hans Albert Raeder prze­ży­wał swój kolejny wielki dzień. Oto do portu w Bre­ście weszły tego dnia pan­cer­niki „Scharn­horst” i „Gne­ise­nau”, po dwu­mie­sięcz­nej, zwy­cię­skiej kam­pa­nii na Atlan­tyku.

Zresztą w ciągu ostat­nich kil­ku­na­stu mie­sięcy naczelny dowódca Krieg­sma­rine miał wiele takich rado­snych dni i mnó­stwo powo­dów do zado­wo­le­nia. Tych zupeł­nie zaś szcze­gól­nych było kilka: dzień, w któ­rym zakoń­czyła się kam­pa­nia na Bał­tyku prze­ciw Pol­sce, kiedy zespoły okrę­tów Krieg­sma­rine wyko­nały bły­ska­wicz­nie i pre­cy­zyj­nie ogromną ope­ra­cję „Weserübung Nord” – wysa­dze­nia desantu w Nor­we­gii – oraz wtedy, kiedy Naczelne Dowódz­two w Ber­li­nie musiało uznać, że ope­ra­cja roz­gro­mie­nia Anglii z powie­trza siłami Luft­waffe skoń­czyła się w zasa­dzie nie­po­wo­dze­niem.

Rzecz jasna, że swą radość z tej ostat­niej oka­zji ukry­wał nad­zwy­czaj sta­ran­nie, ale prze­ży­wał ją bar­dzo głę­boko: fia­sko pla­nów mar­szałka lot­nic­twa Rze­szy potwier­dzało prze­cież słusz­ność jego wła­snych kon­cep­cji stra­te­gicz­nych. Twier­dził bowiem zawsze, że Anglią można zawład­nąć jedy­nie drogą wiel­kich ope­ra­cji mor­skich, dusząc ją w klesz­czach blo­kady, odci­na­ją­cej wszel­kie mor­skie drogi zaopa­trze­nia. W ten spo­sób osta­teczne zaję­cie wygło­dzo­nej i pozba­wio­nej pod­sta­wo­wych surow­ców wyspy będzie tylko for­mal­no­ścią. For­so­waną zaś przez Göringa i samego Hitlera kon­cep­cję powa­le­nia Anglii zma­so­wa­nymi nalo­tami bom­bo­wymi uwa­żał za zwy­kłe awan­tur­nic­two i chęć przy­po­do­ba­nia się Führerowi, który tak prze­cież lubił „wojny bły­ska­wiczne”…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij