Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Atlas - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 czerwca 2026
9,99
999 pkt
punktów Virtualo

Atlas - ebook

Atlas to mroczna, filozoficzna książka alegoryczna złożona z dziewiętnastu terytoriów ludzkich złudzeń, lęków i mechanizmów przetrwania. Każdy rozdział opisuje osobną krainę, w której abstrakcyjne doświadczenia — samotność, miłość, grzeczność, wstyd, pragnienie, sens, czas i śmierć — przybierają fizyczny, brutalny kształt. To nie jest klasyczna powieść. To mapa miejsc, które człowiek nosi w sobie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-981808-0-1
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROWINCJA BIAŁYCH ŚCIAN

Biel w tym miejscu nie jest kolorem. To kategoria ontologiczna, agresywny rodzaj ciszy, który działa metodycznie i bez cienia pośpiechu — milimetr po milimetrze pożera wszystko, co kiedykolwiek definiowało czyjeś istnienie. Inne kolory przynajmniej mają w sobie jakiś zamiar, jakiś ukryty ładunek emocjonalny: czerwień pragnie i krwawi, czerń zapomina, szarość nieustannie negocjuje warunki kapitulacji. Biel nie pragnie, nie zapomina, nie negocjuje. Biel po prostu pochłania. Wystarczy spojrzeć na te ściany o czwartej rano, kiedy korytarz jest jeszcze martwy, a za oknem niebo próbuje niezdarnie obudzić się do jakiegoś odcienia — i rozumiesz, że biel jest tutaj nie tłem, lecz substancją. To gęsta, wiskozowa materia, plazma, która szczelnie wypełnia przestrzeń między meblami, między wypowiadanymi szeptem słowami, między płytkimi oddechami. Gdybyś ją dotknął, zostawiłaby tłusty, zimny ślad na opuszkach palców. Gdybyś ją powąchał, pachniałaby chlorem, zjełczałym plastikiem i poddaniem — tym specyficznym, cierpkim aromatem miejsc, w których ludzkie ciało przestało być nośnikiem ducha, a stało się wyłącznie problemem logistycznym do rozwiązania.

Filozofowie, bezpieczni w swoich gabinetach, zapytaliby: co czyni biel białą, jeśli nie kontrast z tym, co nie jest bielą? Odpowiedź przychodzi z samego środka terytorium, gdzie nie ma żadnego kontrastu, gdzie nawet cienie są tylko nieco chłodniejszymi, bladszymi odmianami tej samej nieskończonej pustyni. Biel staje się absolutna właśnie wtedy, gdy pochłonie wszystko inne. To jest biel dokonana.

Biel doskonała w swojej łagodnej tyranii. Biel jako projekt architektoniczny, wyrysowany przez kogoś, kto dawno temu zrozumiał, że najskuteczniejszą formą kontroli umysłu nie są żelazne kraty ani skomplikowane zamki w drzwiach, lecz całkowita eliminacja punktów odniesienia. Nie możesz przecież uciec od miejsca, którego fizyczne granice zlewają się z niebem.

Ta biel trawi biografię jak kwas solny. Nie dosłownie — ale trawi metaforycznie, a metafory w Prowincji mają tę osobliwą, groźną właściwość, że z czasem stają się obiektywnymi faktami. Stanowiska pracy, dyplomy, numery referencyjne, z trudem budowane siatki kontaktów — wszystko to rozpuszcza się w tutejszej bieli jak kostka cukru we wrzątku. Był ktoś, kto posiadał nienaganną historię kredytową. Był ktoś, kto z powagą podpisywał wiążące umowy i odpowiadał na maile, nie przekraczając regulaminowych dwudziestu czterech godzin. Był ktoś, kto potrafił dobrać właściwy krawat na właściwe spotkanie, traktując ten akt jak zbrojenie się do bitwy.

Prowincja Białych Ścian nie uznaje jednak żadnej z tych powierzchownych tożsamości. Na granicy tego terytorium następuje konfiskata społecznego ego. Każdy przybywa tutaj jako numer przypisany do stalowej ramy łóżka, zbiór kodów z międzynarodowej klasyfikacji chorób, zestaw niepożądanych objawów do rygorystycznego monitorowania. Staje się nagim, biologicznym faktem. Jednostką węglową, którą instytucja musi utrzymać przy życiu. Nie dlatego, że to życie ma jakąś immanentną, humanistyczną wartość, lecz dlatego, że domaga się tego algorytm procedury. Śmierć w Prowincji to nie dramat filozoficzny; to błąd w papierach.

Prowincja Białych Ścian to terytorium ściśle graniczne. Nie znajdziesz jej na żadnej komercyjnej mapie świata, choć posiada swój kod pocztowy, adres i numer telefonu. To ten sam numer, pod który dzwonią bliscy w niedzielne popołudnia, żeby z udawaną swobodą zapytać, jak się czujesz, by po chwili z ulgą wysłuchać wyuczonej odpowiedzi: że dobrze, że piszą nowe tabletki, że zobaczymy, czas pokaże. Prowincja to zawieszenie w sterylnej próżni między życiem a śmiercią, ale odarte z jakiegokolwiek dramatyzmu, który mógłby nadać tej egzystencji tragiczną głębię rodem z greckiego antyku. Tu nie ma tragedii. Tragedia wymaga światła reflektorów, wymaga widowni łaknącej katharsis, wymaga chóru, który zapłacze, gdy opadnie ciężka, welurowa kurtyna. Prowincja jest miejscem z innej epoki teatru — tutaj kurtyna nigdy nie opada, ponieważ spektakl formalnie nigdy się nie rozpoczął.

Przez lata każdy z tych, którzy tu docierają, był aktorem na pełny etat. Grał w sztuce, której scenariusza nie rozumiał, ale nadrabiał to żarliwą dykcją. Grał osobę, która ma w sobie pasję do spraw z perspektywy kosmosu pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia.

Osobę, która z entuzjazmem odpowiada na trywialne pytania rekruterów o pięcioletnie plany zawodowe. Kogoś, kto potrafi z pełnym przekonaniem wpleść słowo „synergia” w środek zdania i nie poczuć przy tym, że jego dusza właśnie dławi się własną krwią. Wcielał się w bystrzaka zainteresowanego kursem obcych walut, fluktuacją rynkowych trendów, wynikami geopolitycznych wyborów w krajach, których nigdy w życiu nie odwiedzi. Odgrywał rolę widza cudzych życiorysów — kogoś, kto hojnie rozdaje wirtualne serca pod zdjęciami z cudzych wakacji i składa mechaniczne życzenia urodzinowe znajomym, z którymi od dekady nie zamienił nawet jednego prawdziwego słowa, traktując rozmowy o pogodzie jako bezpieczny substytut relacji. Teatrzyk codzienności był jego molochem. Przychodził na scenę punktualnie, schodził długo po oklaskach, nigdy nie prosząc o dublera. Był wzorowym, niezawodnym aktorem drugoplanowym we własnym, rzekomo jedynym życiu.

Pewnego poranka spektakl zostaje odwołany. Obywa się bez szumu. Nie ma dramatycznego zerwania kontraktu z rzucaniem scenariuszem o ścianę, trzaskiem rzeźbionych drzwi i dźwiękiem tłuczonych talerzy. Nie. Po prostu otwierasz oczy i czujesz w kościach, że mięśnie twarzy odmawiają współpracy. Nie masz już fizycznej siły, by założyć maskę. Wysuwa ci się z dłoni i ląduje na zimnej podłodze. Patrzysz na nią z odległości kilku metrów jak na upiorny, znaleziony na ulicy przedmiot, skorupę, która musiała kiedyś należeć do kogoś zupełnie innego. I w tej samej mikrosekundzie, w której dociera do ciebie absurdalność tej gumowej twarzy, w której ostatecznie rozumiesz, że nie możesz już dłużej grać — pojmujesz coś jeszcze. Rozumiesz, że ta paraliżująca niemożność jest pierwszą, kryształowo czystą i autentyczną rzeczą, jaka przydarzyła ci się od bardzo, bardzo dawna.

Brak roli staje się jedyną rolą, której nie da się zasymulować.

Nikt nie chce tu być. To twardy aksjomat, fundamentalna i niepodważalna prawda założycielska Prowincji. A jednocześnie — i w tym punkcie rodzi się najbardziej przewrotna filozofia tego miejsca — nikt nie ma w sobie siły, by stąd wyjechać.

Ten paraliż nie wynika z faktu, że zamki w drzwiach są wybitnie solidne, a strażnicy wyposażeni w czujne oko. Nie. Nie wyjeżdżasz, ponieważ przekroczenie tej granicy w drugą stronę oznaczałoby powrót do obowiązku bycia „kimś”. A bycie „kimś” wymaga gigantycznych zasobów energetycznych, których całkowite, do cna wypalone wyczerpanie jest przecież jedynym powodem, dla którego w ogóle się tu znalazłeś. Jesteśmy uchodźcami z rzeczywistości, która nie potrafiła wcisnąć nas w ramy swojej jaskrawej układanki. Jesteśmy wybrakowanymi elementami z innych zestawów — tymi tekturowymi puzzlami, które na pierwszy rzut oka wyglądają, jakby idealnie pasowały do uśmiechniętego obrazka na pudełku. Jednak po złączeniu brzegów okazuje się, że nie pasujemy nigdzie. Że obraz na pudełku był kłamstwem, a może – co bardziej prawdopodobne – że żadnego obrazu na dnie w ogóle nie ma.

Obywatele Prowincji rzadko angażują się w słowne interakcje. Obowiązuje tu wprawdzie oficjalny język urzędowy — gęsty od wielosylabowych, łacińskich nazw, hermetycznych kodów i technicznej nowomowy stosowanej z lubością przez Bogów w kitlach — ale dla mieszkańców jest to język całkowicie martwy. Język obcy, wtłoczony w usta tych, którzy go nie wybierali i nie rozumieją. Tu komunikują się zgoła inaczej. Jedynym dialektem jest cisza. I jest to jedyny dialekt pod tą szerokością geograficzną, który nigdy nie kłamie. Nie kłamie, bo jest pozbawiony ambicji — nie próbuje niczego tłumaczyć światu, nie stara się żałośnie upchnąć gigantycznego, bezkształtnego cierpienia w ramy zdania ułożonego zgodnie z zasadami poprawnej gramatyki.

Ten dialekt widać codziennie przy stole w jadalni. W oczach mężczyzny z numerem na drzwiach. Nikt nigdy nie zamienił z nim nawet sylaby, ale kiedy po obiedzie on wychodzi z pogniecionym papierosem na dozwolony, rygorystycznie wymierzony spacer po spacerniaku i przystaje bez ruchu przy wysokiej, ceglastej ścianie, odwracając twarz od wszystkiego, co żyje — rozumiesz go z przerażającą ostrością. Rozumiesz też tę drobną kobietę o siwych włosach, która przez dwanaście godzin na dobę przemierza korytarz w tym samym niezmiennym, obsesyjnym rytmie.

Ten obsesyjny ruch jest dla niej ostatnią z możliwych form sprawowania jakiejkolwiek kontroli nad przestrzenią, która systemowo pozbawiła ją wszelkiej innej władzy. Rozumiecie się bezgłośnie, bo w trzewiach każdego zagnieździła się dokładnie ta sama pustka. Ale uwaga: to nie jest pustka nihilistyczna w modnym, popkulturowym wydaniu. To nie jest pustka noszona z dumą jako intelektualny projekt obracający się wokół rozpaczy. To pustka pierwotna, manifestująca się jako dojmujący, fizyczny wręcz brak smaku świata. Nic w ustach nie smakuje. Nic nie pachnie tak głęboko, jak jeszcze wczoraj powinno. Wszystkie kolory stały się o dwa tony za blade. Nawet dochodzące z ulicy dźwięki syren wydają się spóźnione, jakby świat rzeczywisty nadawał z przesunięciem czasowym.

Ale ta cisza z każdym kolejnym dniem pobytu staje się coraz głośniejsza, coraz bardziej gęsta. Zaczyna pulsować w skroniach jak histeryczny krzyk, jak chory utwór zagrany wyłącznie na odwróconych, piskliwych częstotliwościach. Po kilku tygodniach zaczynasz słyszeć rzeczy, na które w tamtym, głośnym świecie byłeś całkowicie głuchy. Słyszysz skrzypienie drewnianego stropu, pracującego gdzieś za dwiema ścianami nośnymi. Wyłapujesz świszczący oddech śpiącego, obcego sąsiada, przenikający przez tanio postawioną, gipsową przegrodę. Słyszysz wreszcie własne serce bijące w klatce piersiowej o czwartej rano — to głuche, rytmiczne, mechaniczne uderzanie mięśnia o kość, uderzanie absolutnie i do bólu obojętne na twoje wewnętrzne dramaty. Pompa, która pracuje w najlepsze bez pytania cię o zgodę na przydział krwi, całkowicie niezainteresowana faktem, że ty sam właśnie wystawiłeś negatywną ocenę własnej egzystencji.

Wielu ludzi stąd ostatecznie wychodzi, by nigdy już nie wrócić. Ale mylą się ci, którzy wierzą, że dzieje się tak dlatego, że zostali oni pomyślnie „naprawieni”.

Owo niefortunne słowo — „naprawiony” — stosowane z biurokratyczną swobodą wobec skomplikowanego, ludzkiego bytu, uchodzi za jedno z najbardziej wyrafinowanych i osobliwych okrucieństw słownika psychiatrycznego. Implikuje ono bowiem absurdalne założenie, że gdzieś w archiwach wszechświata istnieje jakiś mityczny oryginał, idealny, wzorcowy model człowieka, względem którego można by linijką odmierzyć stopień twojego odchylenia. Ci ludzie nie wychodzą z Prowincji naprawieni. Wychodzą, ponieważ farmakologia perfekcyjnie wykonała powierzone jej zadanie. Coś w ich głowach — chemia, o której Bogowie w kitlach rozprawiają z nabożną precyzją, jakby rozumieli jej działanie lepiej niż ona sama — z bezwzględną siłą wyłączyło ostatni pulsujący bezpiecznik, jaki utrzymywał ich przy starym porządku rzeczy. Tym bezpiecznikiem był strach przed śmiercią.

Należy zrozumieć jedno: strach przed śmiercią jest betonowym fundamentem, na którym opiera się cała nasza cywilizacyjna nadbudowa. Na nim wyrosła kultura, kapitalistyczna ekonomia, religijna moralność i cała skomplikowana architektura społeczna. To on zmusza do brania kredytów, rodzenia dzieci i budowania zamków w drzwiach. Kiedy zaś ten rdzenny lęk zostaje sztucznie wycięty — i to wcale nie w wyniku jakiegoś mistycznego olśnienia, nagłego wybuchu odwagi czy starożytnej mądrości, lecz z powodu systematycznego podawania psychotropów o ściśle wyznaczonych porach — człowiek zostaje sam na sam z czystym, wypreparowanym, obezwładniającym pytaniem: „Co teraz?”. Przestrzeń wyłaniająca się z tego pytania jest tak przepastna, tak kosmicznie pozbawiona jakichkolwiek barier ochronnych, że większość nie jest w stanie w niej oddychać nawet przez sekundę.

Obywatele Prowincji — wbrew temu głośnemu, powszechnemu dogmatowi, w jaki święcie wierzy upupiony świat za oknem — wcale nie pragną umierać. To chyba najpodlejsze z kłamstw, jakie Prowincja przez dekady zdołała wytworzyć jako zasłonę dymną, jako obronną mgłę chroniącą ją przed wzrokiem gapiów. Świat myśli, że za tymi murami snują się zjawy, dla których jedynym marzeniem jest niebyt. Że to swoisty azyl dla zblazowanych i zmęczonych wstawaniem z łóżka.

Bzdura. Obywatele zdeponowani w tym miejscu pragną żyć, i to pragną tego rozpaczliwie, pazurami drapiąc po ścianach. Rzecz w tym, że trafili do jedynego miejsca na mapie, w którym brutalnie uzmysławiają sobie, że życie jest jedyną profesją, której nie da się nauczyć z żadnego podręcznika z instrukcjami. Nie da się napisać urzędowej procedury regulującej „bycie żywym”. Nie istnieje wskaźnik KPI potrafiący zmierzyć wielkość tęsknoty za sensem. Bogowie w kitlach nie wynaleźli jeszcze takiego kodu choroby, pod który mogliby wpisać ten pożerający głód autentyczności. A to przecież ten właśnie potworny, wilczy głód prawdy sprowadził na ten korytarz każdego z nich.

Wróćmy do bieli. Do tej konkretnej, fizycznej, obezwładniającej bieli ściany, w którą wpatruje się wędrowiec przez wąskie okno na korytarzu. Jest świt. Niebo przecina coraz więcej rozcieńczonych odcieni szarości, a bezlitosna biel muru przez ułamek sekundy staje się brudnożółta, niemal ludzka.

Ta biel nie jest przypadkiem. Jest potężną architekturą zamysłu. Jakiś bezimienny twórca Systemu z pełną premedytacją zdecydował kiedyś, że to miejsce musi ociekać bielą. Nie podyktowały tego prawa estetyki. Nie wymusił tego banalny wymóg utrzymania sterylnej czystości.

Zaprojektowano to w ten sposób dlatego, że tylko absolutna biel potrafi być tak doskonale neutralna i obojętna wobec każdej tożsamości z zewnątrz. Biel nie faworyzuje młodych, bogatych czy wykształconych. Biel nigdy nie osądza twoich grzechów ani życiowych potknięć. Biel z nieskończoną obojętnością, bez zmrużenia oka przyjmuje dokładnie każdą formę wrzuconego w nią cierpienia. Kryje się w tym jej niepojęte okrucieństwo, a zarazem — największa i niespodziewana łaska.

Po kilku tygodniach bycia powoli przeżuwanym przez te mury, zaczyna się tej bieli ufać. Ufać, ponieważ biel, w przeciwieństwie do ludzi z tamtego świata, nie krzyczy, że trzeba być bardziej produktywnym. Biel nie wywiera presji, nie wymaga odpowiedzi na pytania o plany na kolejny kwartał. Biel w ogóle nie wyraża rozczarowania brakiem postępów w „leczeniu”. Biel po prostu i nieodwołalnie tutaj jest. Dokładnie tak samo jak każdy, kto tu trafił — po prostu tutaj jest.

I dociera do niego, że to banalne „po prostu” — to zredukowane do atomów minimum, ta ogołocona z kłamstw, niczym nieusprawiedliwiona przed światem obecność w tym konkretnym punkcie we wszechświecie — w jakiś chory, niezrozumiały sposób zaczyna wystarczać. Nie jest to olśnienie. Nie jest to nawet ulga. To raczej ciche zdumienie ciała, które odkrywa, że wciąż oddycha. Gdy ten koślawy, blady prostokąt porannego światła pełznie po podłodze, przekształcając na moment agresywną białą ścianę w coś niemal oddychającego, pojawia się ukłucie. Coś, co być może nie zasługuje jeszcze na pompatyczne i wielkie słowo z poezji, ale co nie ulega najmniejszej wątpliwości: cichy, niesamowicie zdumiony fakt, że po prostu jest.

I może — powtarzane cicho, jak zaklęcie, powoli, absolutnie bez pośpiechu i bez śladu tego fałszywego entuzjazmu, jakiego każdego dnia wymagał teatrzyk codzienności — może to wystarczy. Może to ogołocone, brudne i przerażone „jestem” to jest właśnie to, od czego wszystko można zacząć.DOLINA OŚLEPIONYCH

Kartografia ludzkich złudzeń posiada swój ściśle określony, ostateczny brzeg.

Większość map — niezależnie od tego, przez jak wybitnych nawigatorów życia zostały wykreślone i jakimi ideologiami podszyte — kończy się właśnie tutaj. Na terytorium, które ludzkość z uporem, dziedziczonym z pokolenia na pokolenie niczym oporny defekt genetyczny, ogłasza swoim absolutnym, bezdyskusyjnym domem.

Nazywają to miejscem docelowym. Ja, kreśląc te słowa, nazywam to Doliną Oślepionych.

Dolina leży w głębokiej, egzystencjalnej depresji, całkowicie odcięta od mroźnych, otrzeźwiających wiatrów autentycznego życia. Jest nieustannie skąpana w wiecznym, sztucznym, drażniącym siatkówkę różowym świetle. To nie jest miękki, obiecujący blask wschodzącego słońca, w którym można wziąć głęboki oddech. To natrętne, jarzeniowe promieniowanie. Gdybyś stanął w centrum Doliny i zamknął oczy, usłyszałbyś ciche, elektryczne buczenie tego światła — niską, wibrującą częstotliwość przypominającą pracę starych transformatorów albo chłodni w całodobowych rzeźniach. Z tą różnicą, że to konkretne światło zostało zabarwione na kolor taniej, popkulturowej obietnicy i pachnie jak rozgrzany plastik mieszający się z watą cukrową. Światło to ma jedną, zabójczą właściwość: nie rzuca cieni. W Dolinie Oślepionych cienie uchodzą za herezję. Każda rysa na twarzy, każdy mrok zalegający pod oczami po nieprzespanej nocy i każda niewypowiedziana wątpliwość muszą zostać natychmiast wyprasowane, zneutralizowane przez bezlitosną jasność wymuszonego szczęścia.

Kraina ta jest zamieszkana przez miliony wędrowców, którzy desperacko i z własnej, nieprzymuszonej woli uwierzyli, że odnaleźli wreszcie uniwersalny klucz do zagadki wszechświata. Że ostatecznym, uświęconym celem ludzkiej podróży jest po prostu przestać wędrować, o ile znajdzie się kogoś, z kim można w tym bezruchu skamienieć. Zastygają więc obok siebie, w kadrach paraliżującej codzienności. Patrzę na nich w moich wspomnieniach: siedzą w dusznych restauracjach o ósmej wieczorem, a jedynym dźwiękiem, jaki między nimi krąży, jest rytmiczne, metaliczne stukanie widelców o porcelanę. Przypominają idealnie odlane woskowe figury uwięzione w gorączkowym, panicznym uścisku. Trzymają się za ręce w miejskich parkach, z siłą, która bieli im knykcie, jedzą naprzeciwko siebie milczące, wtorkowe kolacje składające się z odgrzewanego makaronu, kupują ubezpieczenia na życie na dwóch właścicieli, składając podpisy na sztywnych umowach jednakowymi długopisami. Ale jeśli zrobisz krok w przód, jeśli podejdziesz na odległość niesłyszalnego szeptu i spojrzysz im prosto w źrenice, dostrzeżesz, że ich szeroki, lśniący uśmiech to w rzeczywistości precyzyjnie wymodelowany skurcz. Skorupa, pod którą tętni cichy, dławiący terror. Terror wynikający z pulsującego w skroniach przeczucia, że to wszystko, ten cały monumentalny, rozpisany na lata wysiłek bycia „razem”, w gruncie rzeczy niczego nie załatwia. Odkurzacz nadal buczy tak samo smutno, a noc nadal jest czarna i obojętna.

W Dolinie panuje brutalna, choć nigdy nieprzepisana na żaden formalny dokument umowa społeczna, której złamanie grozi natychmiastowym ostracyzmem. Jej treść jest prosta: musisz bezwarunkowo wierzyć, że bycie kochanym uleczy twoją strukturę. Wątpliwość jest tu zbrodnią o najwyższym ciężarze gatunkowym. Skoro znalazłeś drugą osobę, skoro sypiacie pod jedną kołdrą z pierza i dzielicie rachunki za prąd, nie masz już najmniejszego prawa odczuwać pierwotnej pustki.

Jeśli pustka wraca — a wraca zawsze, czołgając się po podłodze sypialni nad ranem — system mówi ci, że jesteś zepsuty, niewdzięczny, albo że niewłaściwie kochasz.

Ja również tam byłem. Zszedłem w ten lepki, różowy neon z własnej woli, porzucając po drodze na poboczu wszelkie narzędzia krytycznego myślenia, jak wyrzuca się niepotrzebny balast z tonącego balonu. Niosłem w sobie pustkę — potężny, stary ubytek w samej architekturze duszy, pionowe pęknięcie w fundamentach mojego własnego „ja”, przez które od lat, kropla po kropli, uciekało ze mnie życie, zostawiając tylko posmak żelaza na języku. I naiwnie, z obrzydliwą prostotą godną średniowiecznego chłopa płacącego za odpusty, założyłem, że to wielkie, mityczne uczucie wreszcie ten ubytek zaszpachluje.

Pragnąłem alchemii. Chciałem na własnej skórze dowiedzieć się, jak to jest być dla kogoś fizycznym powodem, dla którego rano w ogóle otwiera się oczy i stawia bose stopy na zimnych panelach. Chciałem, by cudze spojrzenie zadziałało jak dłuto rzeźbiarza — by nadało mi kształt, gęstość i kontur, których sam od dawna nie potrafiłem sobie ulepić przed lustrem w łazience. Miłość jawiła mi się nie jako dojrzała relacja dwóch wolnych podmiotów, lecz jako darmowy azyl. Jako sanatorium z pełnym wyżywieniem, w którym wreszcie ktoś zdejmie z moich pleców ten miażdżący kręgi obowiązek nadawania sensu własnemu istnieniu.

Szybko jednak, z precyzją rzeźnickiego noża tnącego martwą tkankę, odkryłem wielkie, założycielskie kłamstwo tego miejsca. Fundamentalnym błędem poznawczym Doliny jest kulturowe przekonanie, że jej obywatele w ogóle patrzą na drugiego człowieka. To czysta, optyczna iluzja, majstersztyk samozachowawczej neurozy. W rzeczywistości obiektywnego bytu niezwykle rzadko widzimy partnera. Zdecydowanie częściej, z porażającą konsekwencją, traktujemy jego mokre od łez oczy i ciepłe dłonie wyłącznie jako wypolerowane lustro.

Pomyśl o tym, opierając czoło o szybę. Szukamy w drugim człowieku nie jego unikalnej odrębności, nie jego własnych, ukrytych w trzewiach lęków czy koślawych snów, lecz idealnie gładkiej powierzchni, w której możemy przejrzeć się sami, z fascynacją i drżeniem rąk. Zaglądamy w jego źrenice nie po to, by dostrzec dno jego zmęczonej duszy, lecz by odnaleźć w nich własne odbicie, tylko w znacznie korzystniejszym oświetleniu. Łakniemy twardego, fizycznego dowodu na naszą upragnioną, zatajoną przed światem wyjątkowość. Chcemy, by ta druga osoba była dożywotnim notariuszem naszej wartości. By jej płytki oddech na naszej szyi, jej zachwyt i jej oddanie stanowiły woskową pieczęć potwierdzającą, że nasz ból ma jakiekolwiek znaczenie, że nasze często grafomańskie słowa są mądre, że wbrew temu, co sami o sobie myślimy podczas bezsennych, przepoconych nocy — jesteśmy jednak godni ocalenia przed ostatecznym rozkładem. Owo legendarne „kocham cię”, wypowiadane przez kogoś w półmroku pokoju, to w istocie zaszyfrowany komunikat, który nasz chory układ nerwowy dekoduje jako: „widzę cię, a to oznacza, że naprawdę istniejesz i masz prawo zajmować tu miejsce”.

Zjawisko zakochania ujawnia się w tym ostrym świetle jako akt głęboko, rdzennie narcystyczny, przebrany jedynie w uszyte na miarę, eleganckie szaty altruizmu i poświęcenia. Wszyscy ci mieszkańcy Doliny, wiecznie podtruwani przez żółć zazdrości, podejrzliwości i niepewności, sprawdzający ukradkiem telefony swoich partnerów o trzeciej nad ranem, tak naprawdę wcale nie boją się fizycznej utraty drugiego człowieka. Odszedł, to odszedł — statystyka zna miliony takich przypadków, to tylko przetasowanie ciał w przestrzeni. Gdyby jednak zdobyli się na intelektualną uczciwość, stojąc nad zlewem pełnym brudnych naczyń, przyznaliby, że boją się czegoś znacznie mroczniejszego i bardziej druzgoczącego. Boją się utraty tego wyidealizowanego, nasyconego barwami obrazu samych siebie, który partner tak uprzejmie, choć nieświadomie, podtrzymywał swoją fizyczną obecnością w przedpokoju. Cierpią na obsesyjny, chroniczny lęk przed dźwiękiem tłuczonego szkła. Udają dożywotnie szczęście, pieczołowicie kurcząc się w klatkach własnych mieszkań i spłacając wspólne raty, ponieważ ostateczne przyznanie się do rozczarowania relacją oznaczałoby głośne wyznanie, że lustro pękło. A gdy lustro pęka, zostajesz odarty ze świetlistego hologramu i znowu lądujesz sam w pustym pokoju, sam na sam ze swoją własną, nieznośnie obiektywną przeciętnością.

Przed zejściem do Doliny żyłem w matematycznym micie. Święcie i niewzruszenie wierzyłem, że wielkie uczucie to zawsze proces dodawania. Że miłość to uświęcona arytmetyka obfitości. W moim wyobrażeniu dwa niekompletne, wyszczerbione byty łączyły się, by stworzyć strukturę wznioślejszą, większą i potężniejszą niż suma jej wybrakowanych elementów. Że 1+1 da nam co najmniej tętniącą tlenem trójkę.

Jakże ślepy musi być człowiek zmarznięty do kości, w swojej zwierzęcej potrzebie ogrzania się o cudzy puls. Szybko pojąłem, że matematyka w tym dusznym ekosystemie funkcjonuje na zgoła odmiennych, rzeźnickich zasadach. Kiedy dwie niekompletne, okaleczone przez świat jednostki, posiadające gigantyczne, ziejące chłodem braki w systemie własnej wartości, próbują za wszelką cenę stopić się w jedno, wynik takiego równania nigdy nie jest dodatni. Celem tego stopienia nie jest bowiem radosna eksploracja, twórczość ani rozwój. Celem jest paniczna ucieczka przed chłodem wolności. Ucieczka przed przerażającą świadomością, że w tym rozszerzającym się, czarnym kosmosie nie ma dla nas żadnego odgórnego planu.

Wynik tego równania — miłości zbiegów z własnego życia — brzmi okrutnie, chłodno i ostatecznie: 1+1=0.

Przez krótką, euforyczną chwilę u progu mojej relacji wydawało mi się, że odnalazłem uniwersalną, świetlistą odpowiedź na każde dręczące pytanie, jakie zadawałem sobie we wczesnych dekadach życia. Ale to nie była odpowiedź. To była systematyczna, przeprowadzana za obopólną zgodą, cicha anihilacja. Stopniowo, niezauważalnie, zniknąłem „ja”. Zniknęła granica mojej skóry, zniknął ostry kontur mojego gustu, zatarł się mój niezależny rytm oddychania. Moje książki na półce zaczęły ustępować miejsca obcym przedmiotom. Wszystko to zostało zepchnięte w kąt, by zrobić miejsce na to monstrualne, żarłoczne zjawisko o nazwie „My”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij