Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Atomowi. Testy nuklearne na ludziach - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Atomowi. Testy nuklearne na ludziach - ebook

Reportaż o tych, którzy poczuli moc broni atomowej na własnej skórze.

Hiroszima. Nagasaki. Bikini. Nevada. Kiribati. Miejsca, które zmieniły bieg historii. Miejsca, gdzie człowiek przekroczył granicę między życiem a śmiercią.

Tamci chłopcy mieli po 20 lat, kiedy otrzymali rozkaz: „Idź prosto w stronę grzyba atomowego”. Ta książka to opowieść o weteranach atomowych, którzy w latach 1945–1962 uczestniczyli w testach broni nuklearnej. Szli przez radioaktywny pył. Widzieli własne kości prześwitujące przez skórę w blasku bomb. Przez dekady milczeli – tajemnica państwowa. A gdy mogli mówić, nikt im nie wierzył i nikt ich nigdy nie przeprosił. To historia mieszkańców terenów, nad którymi przechodziły radioaktywne chmury. Pasterzy, których owce rodziły się bez nóg. Dzieci bawiących się radioaktywnym „gorącym śniegiem”. Rodzin, w których rak zbierał żniwo pokolenie po pokoleniu.

Łukasz Dynowski dotarł do ostatnich żyjących świadków – Amerykanów i Brytyjczyków, którzy przerwali milczenie. Ich relacje przeplatają się z wielką historią: od listu Einsteina do prezydenta Roosevelta, przez projekt Manhattan i bombardowanie Hiroszimy, po kryzys kubański, który niemal doprowadził do III wojny światowej.

Ta reporterska opowieść to lektura dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, czym naprawdę jest broń atomowa. Nie z podręczników, ale z ust weteranów, którzy – dosłownie – poczuli jej moc na własnej skórze. Gdy Rosja grozi bronią nuklearną, a eksperci ostrzegają, że ryzyko użycia bomby atomowej jest największe od lat, te głosy nabierają niepokojącej aktualności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-838-0480-4
Rozmiar pliku: 712 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

/

Spis treści

0. BHP

1. POJEDZIECIE NA TEST

2. PIOSENKA NA TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

3. SZLAK MARTWEGO CZŁOWIEKA

4. HIROSZIMA

5. GDYBY WZROK MÓGŁ ZABIĆ

6. NAGASAKI

7. PUDEŁKO Z PAMIĄTKAMI

8. SŁABEUSZE

9. GORĄCZKA NUKLEARNA

10. AMERYKAŃSKI SEN

11. KIEDY OWCE PRZESTAŁY MILCZEĆ

12. TO SIĘ NIGDY NIE WYDARZYŁO

13. KRĘGI ŚMIERCI

14. ODMIENIĆ OBLICZE ZIEMI

15. GODZILLA

16. NAJSMUTNIEJSZE BYŁY PTAKI

17. ŻÓŁW BERT

18. ZOBACZYŁEM WŁASNE KOŚCI

19. DZIŚ BYŁ MOŻE OSTATNI WSCHÓD SŁOŃCA

20. AŻ WSZYSCY UMRĄ

21. JEŻELI ZECHCĄ ZNISZCZYĆ ŚWIAT

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY/ zero

BHP

– Odzież ochronna? – Keith się śmieje. – Jaka odzież ochronna? Mogę ci pokazać zdjęcia, zobaczysz, co mieliśmy na sobie. Buty wojskowe, skarpetki, szorty, ewentualnie T-shirt. Czasem jeszcze maska przeciwpyłowa, taka jak do malowania ścian.

Kombinezony ochronne pojawiały się, owszem, ale tylko wtedy, kiedy robili nam zdjęcia.

/ jeden

POJEDZIECIE NA TEST

– Liczniki Geigera szaleją bez opamiętania. Jeszcze przed chwilą siedziałem w okopie. Przede mną stoi porucznik. Patrzę na niego, a on się modli. Nie wie, tak samo jak my, co się dokładnie wydarzy. Powiedziano nam tylko, że będą odliczać od dziesięciu do jednego. I że kiedy usłyszymy „jeden”, to żebyśmy oparli się o ścianę okopu znajdującą się bliżej wybuchu. No więc liczą. Dziesięć, dziewięć... Jeden – opieramy się. Zero – słyszę trzy krótkie kliknięcia, klik, klik, klik. I wtedy to światło. Tak jasne... Nie da się tego opisać. Oślepiające. Mieliśmy siedzieć w okopie, dopóki fala uderzeniowa nie przejdzie nad nami i nie wróci. Kiedy już wyszliśmy, to go zobaczyliśmy. Grzyba atomowego. I wielką kulę ognia. Liczniki Geigera mają dowódcy. Ciągle klik, klik – szybko, coraz szybciej – klik, klik, klik, klik! – opowiada Alex Partezana. – Nagle dźwięk gwizdka – sygnał, że nadeszła pora. Czas ruszać. Wielka, ciemna chmura i gigantyczne płomienie. I my mamy tam iść – właśnie tam, do strefy zero. Do grzyba. Co zrobić, to wojsko. Pada rozkaz, trzeba wykonać, więc idziemy. 10 metrów, 20, 30... Kula ognia rośnie i rośnie, jesteśmy coraz bliżej. Klik, klik, klik, klik, klik! Po 90 metrach liczniki Geigera już kompletnie wariują, nagle znowu gwizdek. Stop!

Alex Partezana miał wtedy 22 lata. Słów dowódcy, które padły kilka miesięcy wcześniej, nigdy nie zapomni. „Udacie się na test”.

Partezana i jego koledzy popatrzyli po sobie. Oczywiste pytanie – co za test? I odpowiedź, która runęła na nich jak grom z jasnego nieba: test bomby atomowej.

Alexowi nie bardzo się to widziało. Nie wiedział co prawda za wiele o bombie atomowej. Nikt wtedy nie wiedział. Ale wszyscy słyszeli o tym, co się stało w Hiroszimie i Nagasaki.

O czym dokładnie?

Może o napromieniowanych ludziach wymiotujących na ulicy.

Może o tych, z których skóra schodziła płatami i zwisała z rąk i nóg, odsłaniając kości, a potem opadała na ziemię i na skutek kurczenia się włókien kolagenowych i elastynowych zwijała się w upiornie wyglądające rulony.

O tych, którym jelita wychodziły na zewnątrz.

O ludziach „już nie z tego świata” – którzy będą żyć jeszcze godziny, może minuty, a spędzą je, leżąc w agonii, poparzeni, z trudem łapiąc oddech.

O jęku, który wydobywał się z ich ust – „wody, wody”.

Albo o setkach zwęglonych ciał, całkowicie czarnych „z wyjątkiem szczerzących się białych zębów”.

Możliwe, że wiedzieli tylko o statystyce: 90 tysięcy ofiar śmiertelnych w Hiroszimie, może 166 tysięcy, a może coś pomiędzy – 100, 120 albo i 150 tysięcy. A także 60 tysięcy ofiar śmiertelnych w Nagasaki, może 80 tysięcy, może 72, może 78.

Rozbieżność w szacunkach jest duża, ale czy zginęło 150 tysięcy, czy 246 tysięcy ludzi, czy nawet więcej – co za różnica? Niemiecki pisarz Kurt Tucholsky zajrzał kiedyś w głąb ludzkiej duszy i wydobył z jej mroków myśl jak ulał pasującą i do niepohamowanej grozy bomby, i do grozy wszystkich wojen, które budzą przerażenie, ale już po kilku tygodniach, kiedy oczy przyzwyczają się do ciemności tego świata, zaczynają męczyć i nużyć, przynajmniej dalekich odbiorców, którzy wypatrują już czegoś nowego i gdzie indziej, jakichś innych dramatów. Napisał: „Śmierć jednego człowieka to katastrofa. Śmierć 100 tysięcy: to statystyka!”.

Nie.

Chłopcy tacy jak Alex, bo zawsze na testach atomowych byli to chłopcy, którzy dopiero co weszli w dorosłość i próbowali się odnaleźć w tym nowym świecie, gdzie nie są już dziećmi, ale to świat odnajdywał ich i wypluwał gdzieś na Pacyfiku albo na poligonie w Nevadzie, w każdym razie pod jakąś chmurą nuklearną, najpewniej wiedzieli jeszcze mniej: że bomby spadły na dwa miasta w Japonii i zrównały je z ziemią. Bez danych, ilu ludzi zginęło. Bez szczegółów, co się działo z ich ciałami, gdy przenikało je promieniowanie gamma, beta i alfa. Bez opisów agonii, bez grozy śmierci.

Zresztą, gdyby nawet mieli większą świadomość tego, co się stało, gdyby zdawali sobie sprawę z zagrożenia, to kim są, żeby stawiać się dowódcom, ba, stawiać się fladze Stanów Zjednoczonych i występować przeciwko wielkiemu postępowi armii USA, który dzieje się na ich oczach, z ich udziałem?

Jak więc im powiedziano, tak zrobili: schowali się w okopach, a gdy nieopodal wybuchła bomba atomowa, wyprostowali się, wyszli z nich i z wypiętą piersią kroczyli przed siebie, w stronę grzyba nuklearnego, pośród krążących wokół rakotwórczych izotopów, nie mając na sobie żadnej odzieży ochronnej, tylko zwykłe mundury wojskowe.

Klik, klik, klik, klik, klik, klik!

Ciągle, bezustannie, klik, klik, klik, klik, klik, klik!

Potem cisza.

Kiedy grzyb atomowy zniknął, Alex i jego koledzy wrócili do obozu. Dostali polecenie: wziąć prysznic i zmienić ubrania. Zebrano ich w jednym miejscu, żeby przekazać ważny komunikat: „To, co tutaj dzisiaj i przez ostatnich 10 dni widzieliście, nigdy się nie wydarzyło”.

/ dwa

PIOSENKA NA TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

Zmiażdż moje serce, Boże, jak zmurszałą ścianę,

Którąś tchem, blaskiem dotąd muskał potajemnie,

Naprawiał; niech mnie Twoja moc złamie i zemnie,

Spali, odnowi; zwal mnie z nóg – dopiero wstanę.

John Donne, Sonet XIV

Leó Szilárd, urodzony w Budapeszcie węgiersko-amerykański fizyk, był pod krawatem, w białej koszuli. Starannie uczesany. Albert Einstein przeciwnie – siwe włosy rozwiane na wszystkie strony. Koszula z krótkim rękawem, ostatni guzik niezapięty. I fajka. Nie miał pewnie skarpet, bo jak stwierdził w którymś z listów, już w młodości zauważył, że duży palec u stopy zawsze robi w nich dziurę, więc po prostu przestał je nosić. Poza tym było ciepło, środek lata. Rok 1939.

Siedzieli na werandzie w domu letniskowym Einsteina na Long Island i pisali list do prezydenta Stanów Zjednoczonych. List, który zmieni bieg historii. Sami nie wiedzieli jeszcze, jak bardzo.

Sześć lat później spotkają się ponownie. To będzie już po tym, jak bomby atomowe spadną na Hiroszimę i Nagasaki.

Einstein zwrócił się wtedy, po latach, do swojego kolegi: „Starożytni Chińczycy mieli rację. Nie można przewidzieć wyników tego, co zrobisz. Jedyną mądrą rzeczą do zrobienia jest niepodejmowanie żadnego działania – absolutnie żadnego”.

Jakby chciał powiedzieć: tylko kiwnąłem palcem, a zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, dzieci, ich matki i ojcowie, bracia i siostry, ciała obrócone w węgiel, rodziny, które w jednej chwili były, śmiały się, kochały, a sekundę później nagle ich nie ma.

A „palcem by nie kiwnął” – i to już prawdziwy cytat z Einsteina – gdyby wiedział, że Niemcom nie uda się skonstruować bomby atomowej.

To tam – w Niemczech – wszystko się zaczęło. W 1938 roku w Berlinie Otto Hahn i Fritz Strassmann przeprowadzili eksperyment polegający na bombardowaniu uranu neutronami. W efekcie jądro tego pierwiastka uległo rozszczepieniu i zostało podzielone na mniejsze fragmenty, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Odkrycie, które potem, na początku 1939 roku, wyjaśnili teoretycznie Lise Meitner i jej siostrzeniec Otto Robert Frisch, w świecie nauki wywołało sensację. Miało zmienić przyszłość energetyki, technologii i w ogóle życia na Ziemi.

W parze z ekscytacją szedł jednak niepokój. W wyniku rozszczepienia jądra atomu uwalniane były ogromne ilości energii. Gdyby udało się przeprowadzić ten proces w sposób kontrolowany, możliwe stałoby się zbudowanie bomby, jakiej świat nie widział. Ponieważ odkrycia dokonano w Niemczech, a druga wojna światowa zbliżała się wielkimi krokami, istniały obawy, że bomba powstanie właśnie tam i że znajdzie się w rękach Adolfa Hitlera.

Czy to w ogóle możliwe? Skonstruować bombę nad bomby? Superbroń zdolną zniszczyć Bóg wie co – port, dzielnicę, dwie dzielnice, pół miasta, całe miasto?

* * *

Długą drogę przeszła ludzkość, zanim stało się to osiągalne.

Pierwsze „prawdziwe” bomby pojawiły się w Chinach, gdzie w IX wieku wynaleziono proch. W XII wieku w tym samym kraju opracowano pierwszy opis techniczny takiego rodzaju broni, przedstawiający bombę wypełnioną ponad 30 odłamkami porcelany, które były rozrzucane podczas eksplozji.

Jednak wojny nie zaczęły się przecież w XII ani IX wieku. W starożytności jako bomby służyły ceramiczne naczynia z węglem, smołą lub rozżarzonymi kamieniami, które z murów rzucano na wrogów. Były też dzbany z żywymi skorpionami i pszczele gniazda używane jako amunicja do katapult – zresztą greckie słowo bombos, od którego wzięła się nazwa „bomba”, oznacza m.in. „bzyczenie”. Proch wszystko zmienił, a przez kolejne setki lat doskonalono technologie, które go wykorzystywały, opracowując m.in. bomby artyleryjskie w XVI wieku. Potem był jeszcze dynamit, opatentowany przez Alfreda Nobla w 1867 roku, aż przyszedł złoty wiek XX, który przyniósł światu pierwsze bomby lotnicze i spełnił fantazje o bombie, wydawałoby się, niemożliwej – o bombie atomowej.

Fantazje o bombie? O zniszczeniu i wojnie?

Zdjęcia zwłok cywilów na ulicach, historie tortur i gwałtów – kiedy przywołamy to znane każdemu imaginarium, wniosek będzie jeden: wojny są barbarzyńskie i nieludzkie. A jednocześnie, choć trudno się z tym pogodzić – są ludzkie jak mało co.

Już starożytni Grecy i Rzymianie postrzegali je nie jako wynaturzenie, lecz przeciwnie – jako naturalny porządek rzeczy. Cel był zazwyczaj szczytny – wojna miała być sposobem na osiągnięcie pokoju. Długo po starożytnych, w XVII wieku, Thomas Hobbes dostrzegł szansę na progres w czymś, co określił mianem umowy społecznej, ale jeśli chodzi o nasz stan natury, o stosunki międzyludzkie, w ocenie był dość surowy. Bellum omnium contra omnes, mawiał, czyli to, co jest pod powierzchnią, co tkwi w ludziach głęboko, to po prostu wojna każdego z każdym. Głosi wszak łacińskie porzekadło: homo homini lupus – człowiek człowiekowi wilkiem.

Nie ma więc świata bez broni i wojen, choć tego rodzaju wizje roztaczały największe umysły. W 1795 roku Immanuel Kant skończył pisać rozprawę O wiecznym pokoju. Jej echa do dzisiaj pobrzmiewają w ruchach pacyfistycznych, bo niemiecki filozof stwierdził np., że „wojska regularne winny być z czasem zupełnie zniesione”. Wpływów myśli Kanta można się też doszukiwać w fundamentach takich organizacji jak ONZ czy Unia Europejska, bo to myśliciel z Królewca prawił o foedus pacificum – lidze państw, które dążą do pokoju i zakończenia wszystkich wojen.

Projekt pokojowy się nie udał i nie wygląda na to, aby miał się kiedykolwiek udać. Jeszcze jedna, ostatnia już łacińska mądrość, która zdobyła dużą popularność w Polsce po tym, jak Rosja zaatakowała Ukrainę w 2022 roku, głosi przecież: si vis pacem, para bellum. Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny.

„Jesteś zdumiony – pisał Freud do Einsteina kilka lat przed tym, jak Einstein sporządził wspomniany, zmieniający historię list do prezydenta USA – że tak łatwo jest zarazić człowieka gorączką wojenną, i zakładasz, że ludzie mają w sobie aktywny instynkt nienawiści i zniszczenia, podatny na tego typu bodźce. Całkowicie się z tobą zgadzam. Wierzę w istnienie takiego instynktu i ostatnio starałem się zbadać jego przejawy”.

Dalej Freud przedstawił fizykowi główne założenia popędu śmierci. Kiedy mieszkał w Wiedniu, napatrzył się na cierpienia i zniszczenia w trakcie wojny, co pomogło mu w dojściu do wniosku, że ludźmi kieruje nie tylko pragnienie przyjemności, unikania bólu i podtrzymania egzystencji. Oprócz popędu życia, czyli tego wszystkiego, czego pragniemy ot tak, na zdrowy rozum, zauważył też istnienie skłonności do działań agresywnych. Często są one skierowane do wewnątrz, a więc przeciwko jednostce, która je odczuwa. Jednak chroniąc samego siebie przed tym popędem, człowiek przenosi go na zewnątrz – na innych ludzi czy obiekty.

Skomplikowanych teorii psychoanalitycznych, tłumaczących meandry ludzkiego umysłu, jest mnóstwo, ale można też po prostu przytoczyć słowa Toma Lehrera, popularnego w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w USA piosenkarza.

Lehrer pisał humorystyczne piosenki, często o zabarwieniu politycznym. Jeden z jego hitów to So Long, Mom (A Song for World War III), czyli utwór do śpiewania podczas trzeciej wojny światowej. W obawie przed tym, że będzie to wojna nuklearna, co sygnalizuje w tekście słowem „armagedon”, autor uznał, że lepiej napisać ją już teraz, bo nie ma pewności, czy jakiekolwiek piosenki zdążą powstać w trakcie takiej wojny. Potrwa ona przecież nie cztery czy sześć lat, jak poprzednie wielkie konflikty, tylko minuty, może godziny, bo tyle wystarczy, by za pomocą ładunków atomowych i termojądrowych wysadzić ludzkość w powietrze.

We wrześniu 1967 roku Lehrer zaśpiewał ten utwór w amerykańskiej telewizji. Zanim zaczął, wygłosił krótkie wprowadzenie, które półżartem, półserio zbiera wszystkie traktaty filozoficzne i teorie psychologiczne oraz w prostych słowach mówi coś o tym, kim jesteśmy.

Piosenkarz, jak zwykle pod krawatem, w czarnym garniturze, w okularach i z włosami starannie zaczesanymi do tyłu, stwierdził więc, patrząc w kamerę: „Każda wielka wojna przynosi wielkie piosenki. I po każdej wojnie lubimy się gromadzić przy pianinie czy gitarze i je śpiewać”.

Po czym spokojnym głosem, siedząc sobie wygodnie z łokciem opartym o pianino, dodał: „Lubimy te piosenki, bo przypominają nam o tym, jak bardzo lubimy wojnę”.

* * *

W 1903 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki przyznano Henriemu Becquerelowi za odkrycie naturalnej promieniotwórczości oraz Marii Skłodowskiej-Curie i Piotrowi Curie za badania nad promieniotwórczością. W tym samym roku brytyjski chemik Frederick Soddy wygłosił wykład dla Korpusu Królewskich Inżynierów, w którym jako jeden z pierwszych naukowców zasugerował możliwość wykorzystania energii jądrowej w produkcji superbroni.

Temat potężnej, niszczącej miasta broni zaczął błyskawicznie pojawiać się w książkach fabularnych. Popularna stała się wizja pokojowego wpływu, jaki superbroń miałaby mieć na świat, co może i brzmi jak oksymoron, ale przecież, jak już wspomniano, bomby i wojny zawsze prowadzą do pokoju. Potem co prawda przychodzi kolejna wojna, ale też, a jakże, kolejny pokój, i tak historia płynie od tysiącleci.

Ale bomba pokoju? Jedna bomba tak straszna, że kładzie kres wszystkim wojnom? To była nowość.

W powieści The Vanishing Fleets (Znikające floty) z 1908 roku amerykański autor Roy Norton pisze o nagłym ataku, jaki na USA przeprowadzają Japończycy i Chińczycy. Nie wiedzieli jednak, że Amerykanie dysponują superbronią, która umożliwia „nie tylko podbój całego świata, ale również unicestwienie ludności w innych krajach”.

„Za sprawą cudu w nasze ręce trafia najbardziej śmiercionośna broń, jaką kiedykolwiek skonstruowano. Sprzeniewierzylibyśmy się naszemu obowiązkowi, gdybyśmy nie użyli jej jako środka do uzyskania przewagi i zakończenia, raz na zawsze, wszystkich wojen” – mówi prezydent USA w powieści Nortona.

Ostatecznie nikt nie ginie. Japończycy, wiedząc, że nie mają w tej sytuacji szans, podejmują decyzję o kapitulacji. Wkrótce USA i Wielka Brytania zakazują prowadzenia wszelkich konfliktów zbrojnych, a nad światem zaczynają krążyć napędzane radioaktywnością statki powietrzne – „peacemakery” – które pilnują, by panował pokój.

Robert W. Wood i Arthur C. Train w powieści The Man Who Rocked the Earth (Człowiek, który wstrząsnął ziemią) z 1915 roku także piszą o superbroni, którą stanowi wiązka radioaktywnych promieni tak silna, że jest w stanie zniszczyć całe miasto. Broń zostaje demonstracyjnie użyta w Afryce. Zabija wszystkich w pobliżu, a u tych, którzy są trochę dalej, wywołuje chorobę popromienną. Po kilku dniach „w ich trzewiach powstawały palące poparzenia, skóra schodziła z ich głów i ciał, a po tygodniu nadchodziła bolesna śmierć”. W Europie w efekcie zapanowuje pokój. Mocarstwa wycofują armie, niszczą broń i amunicję, dobrobyt osiąga niespotykane rozmiary. W tych i podobnych im książkach superbroń zostaje użyta przeciwko ludziom należącym do innych ras. Najgorsze zawsze spotykało Azjatów, co można uznać za dość mroczną zapowiedź tego, co wydarzyło się w 1945 roku w Hiroszimie i Nagasaki.

Apogeum rasistowskich uprzedzeń wobec Azjatów przychodzi z terminem „efekt Ledbettera”, które pojawia się w Sixth Column (Szósta kolumna) – powieści Amerykanina Roberta A. Heinleina z 1941 roku. Autor pisze o Azjatach zalewających Amerykę i zastanawia się, jak zabić 400 milionów „żółtych małp” i nie zaszkodzić przy tym „prawdziwym ludziom”. Naukowcy opracowują w końcu broń unicestwiającą „mongolską krew”, ale każdą inną pozostawiającą nietkniętą. Wygląda ona jak pistolet na wodę, po naciśnięciu spustu wysyłany jest z niej promień. Nie skrzywdzi nawet muchy, lecz Chińczyków i Japończyków zabije. To właśnie „efekt Ledbettera”.

* * *

Podczas gdy powieściopisarze roztaczali nowe wizje użycia i wpływu superbroni na świat, naukowcy, nagleni doniesieniami z Niemiec, rzucili się w wir pracy.

Koniec fantazji. Superbroń musi naprawdę powstać.

W styczniu 1939 roku duński fizyk Niels Bohr przybył do USA na kilkumiesięczne wykłady na Uniwersytecie Princeton i poinformował swoich kolegów za oceanem o tym, że w Niemczech rozszczepiono jądro atomu. Wkrótce wieść dotarła do Leó Szilárda, który, zaalarmowany, postanowił zasięgnąć rady u kogoś z większym doświadczeniem. 12 lipca 1939 roku razem z Eugene’em P. Wignerem, innym urodzonym w Budapeszcie fizykiem, udał się na Long Island. Szukali Einsteina.

Sześćdziesięcioletni noblista miał na wyspie dom letniskowy. Ruszyli z Manhattanu, do pokonania było jakieś 80 kilometrów. Szilárd nie miał prawa jazdy, dlatego za kierownicą usiadł Wigner. Długo nie mogli znaleźć właściwego adresu. Krążyli, pytali, ale nikt nie był w stanie im pomóc. Szilárd miał już tego dość, chciał wracać. Wtedy Wigner pomyślał, żeby nie pytać ludzi o adres, tylko zapytać wprost: gdzie mieszka Einstein? Szilárd zwrócił się do pierwszej napotkanej osoby, kilkuletniego chłopca, a ten bez trudu wskazał drogę. W końcu. Zmęczeni, spoceni i zniecierpliwieni dotarli do domu noblisty, który właśnie wracał z porannego rejsu łódką.

Zasiedli na werandzie, Einstein podjął ich herbatą. Znali się jeszcze z Berlina, gdzie był ich profesorem. Opowiedzieli swojemu mentorowi, co się dzieje.

Że Niemcy mogą opanować belgijską kolonię Konga, która była największym na świecie źródłem uranu.

Że pozyskany stamtąd uran mogliby wykorzystać do stworzenia bomby atomowej.

Że jej budowa, kiedyś niemożliwa, teraz jest realna.

Że to efekt odkrycia w Niemczech.

Opowiedzieli o nim – o tym, jak dochodzi do rozszczepienia jąder atomów. „Nigdy o tym nie pomyślałem” – skwitował noblista, gdy wysłuchał ich wyjaśnień.

Szilárd i Wigner pytali, czy należy ostrzec Belgów. Einstein znał osobiście belgijską monarchinię. Po wysłuchaniu wszystkiego, co mu przekazali, nie miał wątpliwości. Trzeba ostrzec, i to jak najszybciej.

Najpierw chcieli wysłać list do belgijskiego ambasadora w Waszyngtonie. Potem do Departamentu Stanu USA. Szilárd nie miał jednak pewności, czy to odpowiednie kierunki. Obawiał się, że żaden ze wspomnianych adresatów nie zrozumie, jak poważna jest sytuacja. Postanowił się poradzić doktora Alexandra Sachsa, wiceprezydenta banku Lehman Brothers i prywatnego doradcy ekonomicznego prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Sachs wiedział już o niemieckim zagrożeniu. Stwierdził, że wysyłanie listów do belgijskiego rządu i Departamentu Stanu nie ma sensu. Zaproponował, że jeśli Einstein podpisze list, to on osobiście dostarczy go amerykańskiemu prezydentowi.

Szilárd ponownie pojechał do domu Einsteina na Long Island 2 sierpnia, tym razem z innym kierowcą – węgierskim fizykiem Edwardem Tellerem.

Einstein zaczął dyktować treść listu do prezydenta Stanów Zjednoczonych:

W ciągu ostatnich czterech miesięcy stało się prawdopodobne, że dzięki pracom Joliota we Francji, a także Fermiego i Szilárda w Ameryce, uda się doprowadzić do łańcuchowej reakcji jądrowej w dużej masie uranu, w wyniku której powstałyby ogromne ilości energii i duże ilości nowych pierwiastków podobnych do radu. Teraz wydaje się niemal pewne, że można to osiągnąć w najbliższej przyszłości.

To nowe zjawisko doprowadziłoby również do budowy bomb i można sobie wyobrazić – choć nie jest to pewne – że w ten sposób możliwe będzie skonstruowanie niezwykle potężnej bomby nowego typu. Pojedyncza bomba tego rodzaju, przewożona na statku i zdetonowana w porcie, mogłaby zniszczyć cały port wraz z częścią otaczającego go terytorium. Jednak takie bomby mogą okazać się zbyt ciężkie do transportu drogą powietrzną.

Wskazywał też, że USA „mają bardzo słabe rudy uranu w umiarkowanych ilościach”, a najważniejszym źródłem uranu jest belgijskie Kongo. I zasugerował, że w Niemczech mogą już trwać prace nad bombą.

Sachs otrzymał list w połowie sierpnia. Chciał go przekazać prezydentowi jak najszybciej, ale wkrótce wojska Hitlera zaatakowały Polskę i wszyscy mieli na głowie inne zmartwienia. Spotkanie Sachsa z Rooseveltem odbyło się w efekcie dopiero 11 października, a po nim prezydent zwrócił się do Lymana Jamesa Briggsa, dyrektora Państwowego Biura Standardów, by zorganizował Doradczy Komitet ds. Uranu.

Był to de facto początek amerykańskich prac nad bombą atomową. Początek dość wolny, co martwiło część fizyków. Niemiecki fizyk Rudolf Ladenburg pisał w kwietniu 1941 roku do Briggsa, że może zainteresuje go „wiadomość kolegi z Berlina”, który stwierdził, że „wielu niemieckich fizyków pod kierownictwem Heisenberga intensywnie pracuje nad problemem bomby uranowej”. „Kolega radzi nam się spieszyć, aby dla Stanów Zjednoczonych nie było za późno” – pisał Ladenburg.

Na tym etapie nie było jeszcze pewności, czy budowa nowego rodzaju bomby jest możliwa. Coraz większe grono naukowców uważało jednak, że tak. James Chadwick, kierownik angielskiego programu naukowego, laureat Nagrody Nobla za odkrycie neutronu w 1935 roku, już latem 1940 roku pisał w raporcie do rządu brytyjskiego: „Jesteśmy przekonani, że skonstruowanie bomby atomowej jest rzeczą realną i może odegrać decydującą rolę w wojnie”.

Później wspominał, że „miał wiele nieprzespanych nocy” i „musiał brać pigułki nasenne”, gdy uświadomił sobie, że stworzenie takiej bomby jest „nie tylko możliwe, lecz także nieuniknione”.

Pewność Chadwicka była owocem badań Ottona Frischa i Rudolfa Peierlsa. Obaj pracowali na Uniwersytecie w Birmingham i obliczyli, że do budowy bomby wystarczy tylko ok. 10 kilogramów dostatecznie czystego uranu U-235, w którym rozwinie się reakcja na neutronach prędkich, czyli takich, które mają wysoką energię. Wcześniej uważano, że potrzeba będzie wielu ton tego pierwiastka, co właściwie przekreślało możliwość zbudowania bomby i zastosowania jej w celach militarnych.

Obliczenia naukowców z Uniwersytetu w Birmingham stanowiły przełom. Autorzy opracowali ściśle tajny dokument, znany pod nazwą memorandum Frisch-Peierls. Stwierdzili w nim, że:

– jest rzeczą zupełnie wyobrażalną, iż Niemcy nad taką bronią pracują;

– jeśli ktoś zakłada, że Niemcy są lub mogą być w posiadaniu takiej broni, musi zdawać sobie sprawę, iż nie ma takich schronów, które stanowiłyby skuteczną ochronę; najskuteczniejszym przeciwdziałaniem byłoby zagrożenie podobną bombą;

– dlatego sądzimy, iż jest rzeczą ważną rozpocząć produkcję tak szybko, jak tylko jest to możliwe, nawet gdyby nie było zamiaru użycia bomby w celu zaatakowania przeciwnika.

Autorzy przestrzegali, że nawet w najbardziej sprzyjających warunkach potrzeba będzie wielu miesięcy, aby uzyskać ilości uranu U-235 umożliwiające konstrukcję broni. Dlatego trzeba działać natychmiast. Gdy bomba znajdzie się w rękach Niemców, będzie za późno. Hitler na nikogo ani na nic nie poczeka.

Następstwem powstania dokumentu było powołanie w Wielkiej Brytanii komitetu pod kryptonimem MAUD, który miał na celu stworzenie bomby atomowej.

Kilka kopii raportu Frischa i Peierlsa trafiło do USA, gdzie po zapoznaniu się z nim przyspieszono prace nad bombą.

19 stycznia 1942 roku prezydent Franklin D. Roosevelt podjął historyczną decyzję. Tego dnia na podstawie rekomendacji Narodowej Akademii Nauk oficjalnie zaaprobował produkcję bomby atomowej. W czerwcu odpowiedzialność za program przejęło wojsko i tak narodził się projekt Manhattan – największe przedsięwzięcie naukowe tamtych czasów.

Dyrektorem naukowym projektu został Robert J. Oppenheimer – wybitny fizyk o szerokich horyzontach, który władał wieloma językami, w tym sanskrytem, i z pamięci cytował dzieła światowej literatury. Gdy szukano miejsca na budowę centrum badawczego, Oppenheimer zaproponował lokalizację w północnej części Nowego Meksyku, tj. w regionie, który znał z czasów szkolnych wakacji.

W 1942 roku mieściła się tam szkoła dla chłopców z internatów. W grudniu sekretarz wojny Henry Stimson wydał rozporządzenie, na mocy którego placówka została wywłaszczona. W piśmie do dyrektora Stimson stwierdził, że „wymaga się, by powstrzymał się pan od przekazywania do publicznej wiadomości powodu zamknięcia szkoły”.

Niebawem na pustyni powstał ośrodek naukowo-badawczy pod nazwą Los Alamos National Laboratory (Narodowe Laboratorium Los Alamos). W szczytowym momencie w trzech znajdujących się tam zakładach – chemiczno-metalurgicznym, fizyki doświadczalnej i fizyki teoretycznej – zatrudnionych było 4–6 tysięcy pracowników.

Oppenheimer ściągnął na pustynię najwybitniejszych fizyków tamtych czasów, m.in. Enrica Fermiego, Hansa Bethego czy Richarda Feynmana.

Byli też „Marsjanie”, jak mówiono na grupę naukowców z Węgier. Leó Szilárd, Eugene P. Wigner, Edward Teller, John von Neumann, Miklós Kürti i Paul Erdős rzeczywiście mogli brzmieć dla Amerykanów jak przybysze z innej planety, kiedy rozmawiali między sobą po węgiersku. Do tego każdy z nich odznaczał się wybitnym, „pozaziemskim” intelektem. Von Neumann zresztą, zmęczony nieustającą koniecznością tłumaczenia, gdzie leżą Węgry, sam mawiał żartobliwie, że on i jego koledzy pochodzą z Marsa.

W listopadzie 1942 roku przedsiębiorstwo Westinghouse dostarczyło na potrzeby projektu Manhattan trzy tony czystego uranu, a Szilárd i Fermi zaczęli budowę reaktora. 2 grudnia przeprowadzili w nim pierwszą reakcję łańcuchową. Szilárd powiedział później: „Uścisnąłem rękę Fermiemu i oznajmiłem, że ten dzień przejdzie do historii ludzkości jako jeden z najczarniejszych”.

W Los Alamos panował entuzjazm napędzany patriotyzmem i poczuciem misji wobec niepokojących informacji o pracach nad bombą w hitlerowskich Niemczech. Polski matematyk Stanisław Ulam, który potem przyczyni się do budowy bomby termojądrowej, wspominał: „Społeczność w Los Alamos była zupełnie inna od tej, wśród której żyłem i pracowałem. Nawet w ludowym Lwowie, gdzie matematycy i wykładowcy byli w codziennym kontakcie oraz spędzali wiele wspólnego czasu w restauracjach i kawiarniach, nie było takiego stopnia jedności jak w Los Alamos”.

Naukowcy pracowali nad dwiema bombami – uranową i plutonową. W tej pierwszej potrzebny był specjalny izotop: U-235. Sęk w tym, że jest go bardzo mało w naturalnym uranie, którego większość to U-238.

U-238 prawie nie reaguje, więc nie nadaje się do wywołania wybuchu jądrowego. U-235 działa tak, jak trzeba, ale ponieważ jest go tak mało, to trzeba było wzbogacić uran, czyli oddzielić U-235 od U-238. To trudny proces i potrzeba było czasu, zanim udało się zebrać wystarczająco dużo U-235 (ok. 64 kilogramów), by zbudować bombę.

Ułatwieniem przy U-235 było to, że kiedy jądro się rozpada, uwalnia cząstki, które mogą wywołać kolejne rozszczepienia. Jeśli materiału jest odpowiednio dużo i jest on dostatecznie zagęszczony, reakcja zaczyna błyskawicznie narastać. Naukowcy wykorzystali tę właśnie cechę przy budowie bomby. Zamiast kombinować z bardziej skomplikowanymi rozwiązaniami, po prostu połączyli dwie części materiału tak, żeby w ułamku sekundy stworzyły jedną, większą masę. Dopiero wtedy reakcja mogła ruszyć z pełną siłą i wytworzyć ogromne ilości energii potrzebne do eksplozji.

Uczeni byli tak pewni, że bomba uranowa, którą nazwali Little Boy, nie zawiedzie, że postanowiono nie robić nawet testu. Zamiast na poligon Małego Chłopca zabrano od razu do Japonii.

Dużo bardziej skomplikowana była budowa bomby plutonowej. Potrzebny był do niej pluton-239, którego w naturze prawie nie ma, więc trzeba go wytwarzać w reaktorach z U-238.

Z tym wiązał się jednak poważny problem. W tego typu materiale znajduje się domieszka innego izotopu, Pu-240, który potrafi niespodziewanie emitować neutrony. Gdyby ładunek składano powoli, taka przypadkowa emisja mogłaby uruchomić reakcję za wcześnie. W efekcie wybuch byłby słaby.

Naukowcy wiedzieli, że metoda scalania mas użyta w bombie uranowej tym razem nie zadziała. Potrzebowali sposobu, który doprowadzi cały materiał do odpowiedniego stanu w jednej, bardzo krótkiej chwili.

Tym rozwiązaniem była metoda implozyjna. Materiał plutonowy otoczono specjalnie przygotowanymi ładunkami, które po zadziałaniu jednocześnie ściskały go ze wszystkich stron. Dzięki temu w ułamku sekundy osiągał warunki potrzebne do gwałtownej reakcji.

Ponieważ skonstruowanie bomby plutonowej było trudniejsze, zbudowano dwie.

Drugiej, nazwanej Fat Man (Grubas), użyto w amoku wojny. Tam, gdzie były dziesiątki tysięcy ludzi, którzy umierali od razu, rozerwani na strzępy bądź spaleni żywcem przez bombę plutonową. Albo umierali niedługo potem, po kilku minutach agonii, które wydawały się pewnie godzinami. Umierali po kilku dniach, tygodniach, dotknięci chorobą popromienną; umierali po miesiącach i latach na nowotwory, które rozwijały się w wyniku ekspozycji na promieniowanie.

Jednak to było potem, po pierwszej bombie, użytej nie w szale wojny, tylko w absolutnej ciszy pustyni.

/

PRZYPISY

/ 1. POJEDZIECIE NA TEST

I. Hayasaki, Testimony, https://www.1945project.com/portfolio-item/inosuke-hayasaki/#1498206302968-41dc96a7-7877, dostęp do stron internetowych (jeśli nie zaznaczono inaczej): 17.12.2025.

H. Shimizu, The Atomic Bomb – The Impression of the Doomed Day – Aug. 6th, at Hiroshima, https://www.loc.gov/item/mm2020086356/.

K. Tucholsky, Französischer Witz, „Vossische Zeitung”, 23.08.1925. Podobny cytat jest przypisywany Józefowi Stalinowi, który miał powiedzieć: „Jeśli jeden człowiek umrze z głodu, to tragedia. Jeśli umrze milion, to statystyka”. Wszystko wskazuje jednak na to, że Tucholsky był pierwszy z tą myślą. Najwcześniejsza wzmianka o Stalinie wypowiadającym wspomniane słowa pojawia się w 1947 roku w amerykańskiej prasie, a więc ponad dwie dekady po tekście Tucholsky’ego.

/ 2. PIOSENKA NA TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

J. Donne, Sonet XIV, tłum. S. Barańczak, https://literatura.wywrota.pl/wiersz-klasyka/43206-john-donne-sonet-xiv.html. W oryginale poeta bezpośrednio pisze o Bogu w trzech osobach, co będzie ważne w kontekście pierwszego testu atomowego w historii, a do czego autor przekładu nie nawiązywał. Donne otwiera wiersz słowami: „Batter my heart, three-person’d God”, co można przetłumaczyć jako: „Zmiażdż moje serce, Boże w trzech osobach”.

J. Kubowski, Historia bomby atomowej, Brzezia Łąka 2014, s. 50.

Albert Einstein, Leó Szilárd and the letter that led to Manhattan Project, „Bulletin of the Atomic Scientists”, https://thebulletin.org/virtual-tour/albert-einstein-leo-szilard-and-the-letter-that-led-to-the-manhattan-project/.

S. Lindqvist, Już nie żyjesz. Historia bombardowań, tłum. E. Wojciechowska, Warszawa 2023, s. 24.

K. Marulewska, Idea „wiecznego pokoju” Kanta a współczesny porządek międzynarodowy, „Dialogi Polityczne”, nr 5–6, 2005.

Einstein napisał do Freuda, którego miał za „eksperta w dziedzinie ludzkich instynktów”, 30 lipca 1932 roku, kiedy Hitler nie był jeszcze u władzy w Niemczech, ale nazizm już się szerzył i działało m.in. Sturmabteilung, czyli paramilitarna bojówka NSDAP. W liście pytał m.in., czy istnieje sposób na uwolnienie ludzkości od zagrożenia wojną. Freud odpowiedział dwa miesiące później. Why War? A Letter from Freud to Einstein, https://courier.unesco.org/en/articles/why-war-letter-freud-einstein, dostęp: 23.02.2025.

T. Lehrer, So Long, Mom (A Song for World War III) with intro, The Tom Lehrer Wisdom Channel, https://www.youtube.com/watch?v=yrbv40ENU_o&list=RDyrbv40ENU_o&start_radio=1.

S. Lindqvist, Już nie żyjesz..., op. cit., s. 61.

Ibid., s. 76.

Ibid., s. 159.

J. Kubowski, Historia bomby..., op. cit., s. 47.

Ibid., s. 51.

Ibid., s. 52.

B. Lindell, The Sword of Damocles: The History of Radiation, Radioactivity, and Radiological Protection. Part II. The 1940s, NSFS 2019, s. 67.

Ibid.

Ibid.

J. Kubowski, Historia bomby..., op. cit., s. 58.

Ibid., s. 59.

Ibid., s. 60.

Ibid., s. 85.

S. Lindqvist, Już nie żyjesz..., op. cit., s. 171.

Ibid., s. 89.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij