Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja
Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2026
2639 pkt
punktów Virtualo

Aura - ebook

Dokąd uciec, gdy wali się świat? Opowieść o stracie, miłości i budowaniu życia na nowo…

Chcąc zostawić za sobą bolesne wspomnienia, Aura, młoda konserwatorka zabytków, przyjmuje zlecenie renowacji starych skrzyń wiannych w niewielkiej miejscowości na południu Polski. Pośród jesiennego krajobrazu, pracy z antykami i spotkań z ludźmi, którzy niosą własne historie, powoli odzyskuje spokój. Zaczyna wierzyć, że choć przeszłości nie da się zmienić, można nauczyć się z nią żyć.

Gdy na jej drodze staje tajemniczy Łukasz, na światło dzienne wychodzą sekrety, które zmieniają obraz małżeńskiego życia i zmuszają Aurę do ponownego zmierzenia się z przeszłością, o której próbowała zapomnieć…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68987-08-9
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

AURA

Czuje olbrzymią fizyczną ulgę.

Że to już koniec.

I niemal zgina się wpół, przygnieciona wyrzutami sumienia z powodu tej myśli.

Podczas ostatnich dwóch miesięcy setki razy uznała: „Dłużej już nie dam rady”. A potem dawała radę, wyciskając z siebie całą energię, aż się wyładowała do cna. Teraz było jej zero, może stąd ta ulga. Poziom dna, niżej nie ma już nic, chyba że któreś z następnych kręgów piekieł.

*

Ostatnie kilka metrów w stronę otwartej dwuskrzydłowej cmentarnej bramy Aura pokonuje już biegiem, niewysokie obcasy stukają o chodnikowe płyty. Boi się, że nie zdąży.

Wymiotuje gwałtownie, chowając się w ostatniej chwili za blaszanym kontenerem na odpady, stojącym na ulicy.

Jest zażenowana, chora z bólu, półprzytomna.

Przykłada dłoń do ust, a kwaśny posmak na języku sprawia, że czuje kolejne mdłości. Trochę się zataczając, przywiera plecami do ceglanego muru otaczającego teren cmentarza. Słońce pali jej twarz, więc zaciska powieki. Płacze bezgłośnie.

Jest bardzo gorące czerwcowe popołudnie. Rano padało, wszystko wokół paruje, w powietrzu tropiki. Aura jest cała mokra, jej ciało powleka cieniutka warstwa potu. Materiał granatowej, koktajlowej sukienki chłonie wilgoć, robi się ciężki. Ta sukienka z prostym dekoltem, pozbawiona ramiączek, odsłaniająca smukłe ramiona…

— Już szuka nowego. — Usłyszała podczas ceremonii gdzieś za plecami jadowitą uwagę.

A myślała, że będą tu dziś zgromadzeni tylko życzliwi jej ludzie. „To była ulubiona sukienka Michała, włożyłam ją dla niego, a wam wszystkim gówno do tego, w czym przyszłam na pogrzeb własnego męża”.

Próbuje unieść powieki, przezwyciężyć nawrót mdłości, słońce przypieka.

„Jestem wrakiem” — przelatuje jej przez myśl.

*

— Tak nie można… Są pewne zasady — zaprotestowali jej rodzice, kiedy oświadczyła, że nie będzie jej na stypie. — Nie może cię tam zabraknąć, to był twój mąż!

I właśnie dlatego że to był jej mąż, ukochany człowiek, którego dziś pochowała, wlecze się teraz przed siebie, przez senne, upalne, dyszące wilgocią miasto. Szuka chłodu, cienia, wytchnienia, miejsca, w którym mogłaby na chwilę zamknąć oczy i zapomnieć.

Nie ma pojęcia, jak dalej żyć. Owszem, pełna jest planów na daleką przyszłość — ale jak przetrwać dziś i jutro? Nie wie, jak wejść w kolejny dzień.

Skończyło się coś, co miało trwać i trwać. Teraz Aura stoi w ciemnym korytarzu egzystencji, jedne drzwi się za nią zatrzasnęły, drugie jeszcze się nie otworzyły. Ciemno tu, samotnie tu, wszystko boli.

*

„Jak to miasto śmierdzi” — kołacze jej się po głowie, kiedy przechodzi na ocienioną stronę ulicy i uderza w nią skondensowana fala zapachów. Intensywne, kobiece Black Opium i Good Girl mieszają się w stojącym upalnym powietrzu z męskim Fahrenheitem, Guilty Absolute i Invictusem. Jednocześnie czuć aromat świeżych owoców, porozkrawane arbuzy i aperol. Śmierdzą organicznie zgniłe warzywa. W mokrym powietrzu unosi się intensywna woń przywiędłej, skoszonej na miejskim skwerze trawy i ciężka, tłusta chmura smażonego fast foodu z budki; do tego mocny odór rozkładających się na słońcu śmieci i wyschniętego moczu.

Miasto latem — w takim słońcu i przy tak egzotycznej wilgotności betonowy organizm żyje, a jego fizjologia nabiera intensywności. Gęsty pot spływa po fasadach kamienic.

Najgorzej śmierdzą wąskie uliczki. Cały ten smród się tam kondensuje, zagęszcza w urbanistycznej betonozie.

Aura nie ma już czym wymiotować.

*

„Dobrze, że umieranie trwało miesiąc. Nie zniosłabym ani dnia dłużej”.

*

Takie wielkie miasto i ani jednego kątka, który mógłby przynieść ukojenie i ciszę, w który można by się schować, który stałby się małym, ciasnym azylem. Aura czuje się tak, jakby przeszła na autopilota. Coś każe jej iść przed siebie, coś ucięło gonitwę myśli, ogarnęła ją jakaś martwota. Idzie jak marionetka.

I to jest dobre.

Ma wrażenie, że jest sucha jak pustynia. Wypłakała wszystkie łzy, jej ciało to teraz puste naczynie.

Odsuwa od siebie myśli, że jej bliscy: przyjaciele, teściowie, siedzą teraz w kawiarni i pogrążeni w rozpaczy, wspominają. Może milczą, może ich gardła pozaciskane są od emocji. Puste krzesło, które było jej przeznaczone, stoi samotnie. Bardzo symbolicznie.

Słowo „wdowa” przywodziło jej zawsze pod powieki typowy obrazek: dostojna dama w dojrzałym wieku, cała spowita w czerń i kir, zalana łzami, otoczona wianuszkiem pełnych współczucia dzieci i wnuków. W tle przejmująca żałobna pieśń.

Dwudziestosiedmioletnia wdowa to niemal oksymoron. Dziewczyna pełna życia, zakochana, u progu wszystkiego, co najlepsze — tak było jeszcze pół roku temu. Potem diagnoza. Szok. Zaprzeczenie. Bunt. Błyskawiczne umieranie.

Czuje się najsamotniejszą osobą na świecie. Nikt nie jest w stanie unieść z nią jej bólu, z nikim nie może go dzielić, każdy ma własny, który wypala go od środka.

Poczucie pustki przynosi ulgę.

Jednocześnie czuje się zagubiona i bezradna.

Jest zmęczona. Dzień jest ciężki, trudno się oddycha takim wilgotnym powietrzem. Boli ją głowa, być może zaczyna się migrena; ból pojawia się w lewym oczodole i promieniuje w głąb czaszki.

Ma zaciśnięte gardło. Zaciśnięty żołądek. Czuje ciężar w klatce piersiowej. Czuje potrzebę płaczu, ale nie ma łez.

Idzie przed siebie, nie wiedząc, dokąd zmierza.

To i tak bez znaczenia.

*

Na śmierć nigdy nie jest się przygotowanym.

Michał chciał ją przygotować. Po swojemu, jak zwykle, czyniąc przy tym więcej szkody niż pożytku. Uparł się i przed pójściem do szpitala wyrzucił wszystkie swoje rzeczy. A ściślej — wszystkie, na które mu pozwoliła: ubrania, kosmetyki, cały ten codzienny nieistotny bajzel utrzymujący ciało w formie. Zatrzymała ich wspólne ukochane książki, dokumenty, żałowała, kiedy pozbywał się laptopa, drobnej elektroniki, kilogramów papierów. Chciał jej oszczędzić życia w mieszkaniu, w którym pełno jego rzeczy — a jego samego już nie ma.

Wiedziała, że wróci dziś do przestrzeni, która wygląda jak zamieszkana przez jedną osobę. Pamiątki zostały pochowane głęboko w szafach i szufladach.

Nie przewidział, że mimo pozbycia się wszelkiej fizycznej materii pozostał tam metafizycznie — we wspomnieniach, w zapachu, w jej sercu.

Aurze przechodzi przez myśl, że nie wróci dziś do domu. Nie zniesie tej pustki, tej samotności. Zastanawia się, czy nie pójść do rodziców, ale co to zmieni? Pomieszka z nimi kilka dni, a potem i tak będzie sama. To tylko odroczy w czasie samotność.

Nie potrafi z nikim dzielić tych emocji. Jest nadal w szoku. Poczucie niesprawiedliwości obezwładnia. Czuje się skrzywdzona.

Chciałaby krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć, ale głos uwiązł gdzieś w gardle, Aura się dusi.

Dwie obrączki, jedna obok drugiej, na serdecznym palcu. Michał chciał swoją zabrać, wrzucić do Motławy, ale mu na to nie pozwoliła. Zaciska pięść i przygląda się krążkom lśniącym w blasku słońca. Przy okazji zauważa, że trzęsą się jej dłonie.

Czuje telefon wibrujący w cienkiej kopertówce zawieszonej na ramieniu na długim złotym łańcuszku. Pierwsza myśl: „Michał…”.

Dławi się jękiem, zerkając na wyświetlacz. Jej ojciec. To trzecie nieodebrane połączenie. Dzwoniła też dwa razy Gośka.

Aura przystaje gwałtownie na chodniku, zrozpaczona szuka w pamięci smartfona ostatniego połączenia z Michałem. Kiedy to było? Nie ma śladu. Przeszukuje kontakty, miała go zapisanego jako MMM.

M jak Mój.

M jak Mąż.

M jak Michał.

Był każdym M w jej życiu: jej mężczyzną, miłością, marzeniem, mocą, myślą, mądrością, motywacją…

Nie ma go w kontaktach. Usunął swój numer, kasując przy okazji wszystkie SMS-y, które wymienili w ciągu trwania małżeństwa.

Aura oddycha głęboko, próbując się pozbierać, żeby zrobić kolejny krok w przód, żeby pójść dalej. Czuje w sobie coś nowego — palący gniew pojawia się nagle w trzewiach. „Jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś pozbawić mnie nawet tego?”

Ma wrażenie, że zaraz wybuchnie.

*

„Jestem wrakiem” — myśli kolejny raz, leżąc w eleganckiej sukience na plaży. Zeszła drewnianą rampą na plażę, ściągnęła czółenka, przymknęła oczy, gdy stopy zagłębiały się w rozgrzany piach. Kiedy dotarła nad morze, był późny wieczór, teraz jest już prawie noc.

Woda jest spokojna, jej tafla minimalnie marszczy się tuż przy brzegu, muskając plażę przezroczystą pianą. Dzień zgasł, miasto się rozświetliło. Nocą panuje tu półmrok i niemal zupełna pustka. Spacerowicze zniknęli po zachodzie słońca. Gdzie oni sobie poszli? Nigdy tego nie rozumiała. Czy może być coś piękniejszego niż plaża późnym wieczorem i nocą?

Aura czuje się tak, jakby cała zapadała się w piasek. Podłoże oddaje zmagazynowane w ciągu dnia ciepło, przebija się na powierzchnię ukryta w głębi wilgoć. Kobieta rozciera odruchowo między palcami dłoni drobne ziarenka. Ma piasek we włosach, pod materiałem sukienki, przykleja się jej do spoconego ciała.

Do ciała, które choruje, jest osłabione, cierpi. Nosi w sobie ogromną dawkę bólu straty, poczucia niesprawiedliwości, wyparcia i tęsknoty. Ciała, które zaznało miłości, dotykało, było dotykane, które kochało się z innym ciałem. Ciała, które drżało, budziło się, rozkwitało i odpoczywało w kochających ramionach. Ciała, które — jak ona już wie — potrafi zgasnąć w kilka tygodni. Poddać się. Nie podjąć walki, nie zareagować na terapię.

Pod półprzymkniętymi powiekami przewija się film z ich wspólnego życia. Zwykłe, codzienne chwile. „Nie bój się, jestem obok”. Spojrzenie szarych oczu. Sposób, w jaki się poruszał, pochylał, uśmiechał. Jego głos… Jego dotyk… Jego smak… Jego ulubiona biała bluza z kapturem, którą sama lubiła nosić. Wielka dłoń, z której musiał zdjąć obrączkę, bo leki wywołały opuchliznę. Wyraz twarzy, kiedy się zamyślał. Stukanie palcami w blat, czego nie znosiła. Brzmienie głosu.

Aura krztusi się szlochem, ale nie może płakać.

*

Nie wie, ile minęło godzin, odkąd tu leży. Jakiś czas temu pojawiła się roześmiana grupa młodych kobiet, przyszły od strony portu. Rozłożyły się na piasku niedaleko Aury, ale chyba jej nawet nie zauważyły.

Przechyla głowę, wtula policzek w piach i przez chwilę przygląda się ich sylwetkom odcinającym się na tle grafitowego nieba, zaczyna wychwytywać strzępki rozmów. Same kobiety: głośne, roześmiane, radosne. Włączyły muzykę, melodia z przenośnych głośników uderza decybelami w przestrzeń. Strzelają korki od butelek szampana.

Aura ma serce rozdarte na pół. Czuje się wysuszona, odwodniona, usta ma spierzchnięte, cała powoli zamienia się w piach. Nie myśli już o niczym i wpatruje się tylko w rozgwieżdżone niebo.

— Ktoś tam leży. — Słyszy po jakimś czasie.

W chwilę później dostrzega nad sobą dwie młode twarze. Pochylają się nad nią, wyglądają na zaniepokojone. Mają rozpuszczone, falujące włosy, trochę rozczochrane, pełne wiatru, a ich końcówki łaskoczą ją w obojczyki. Noszą białe, marszczone sukienki do kostek, a na włosach plecione, pewnie własnoręcznie, wianki z traw i kwiatów. W blasku księżyca wyglądają niemal nierealnie. Jak słowiańskie boginki. Są piękne.

— Wszystko w porządku? — pyta jedna z dziewczyn, widząc otwarte oczy Aury.

— Tak — mówi wbrew sobie, wkładając w to maksimum wysiłku.

— Potrzebujesz czegoś? Możemy ci jakoś pomóc?

— Po prostu leżę…

— Złamane serce? — Ta druga, dotąd milcząca, uśmiecha się łagodnie.

Aura zerka na nią ciężkim spojrzeniem, w którym jest samo cierpienie. „Nawet nie wiesz, jak bardzo trafiłaś”.

— Chodź do nas — proponują.

Ale Aura tylko kręci głową, zaciskając powieki. Ma nadzieję, że nie będą nalegać. Chciałaby im powiedzieć, żeby szły do przyjaciółek, dobrze się bawiły. I tak dają jej coś od siebie: Aura czuje się nieco podniesiona na duchu, wiedząc, że są obok. Słyszy po chwili, że odchodzą.

Obraca głowę i dostrzega kątem oka, jak wstają, otrzepują się z piasku i skaczą do melodii, śpiewając na całe gardło piosenkę, której ona nie zna. W Aurze wywracają się wszystkie wnętrzności. Łzy ciekną ciurkiem po policzkach, łaskoczą cienką skórę tuż przy uszach, moczą włosy. Nie ma pojęcia, co się z nią dzieje — nie jest w stanie opanować emocji.

Nawet nie słyszy, kiedy jedna z dziewczyn wraca. Po chwili podaje jej pełną butelkę białego wina.

— Wypij za nasze zdrowie, my pijemy za twoje. Wszystko się ułoży.

Butelka jest odkorkowana. Aura dźwiga się do góry i opiera na przedramieniu. Jest bardzo spragniona. Pije z gwinta, wino jest wytrawne, cierpkie i zimne. Idealnie gasi pragnienie w tę gorącą, letnią noc.

— To wieczór panieński mojej przyjaciółki Oliwii. Jeśli masz ochotę, dołącz do nas. Nie musisz z nami rozmawiać, zwierzać się, po prostu z nami bądź. Nie chcemy cię tu zostawić samej.

Aura czuje, jak wino ścieka jej cienką strużką po szyi, dekolcie, wsiąka w materiał sukienki. Odrywa się od butelki.

— Jesteście kochane. — Uśmiecha się, płacząc.

Siedzi później w kręgu ubranych na biało młodych dziewczyn, przysłuchuje się im, sama nie odzywając ani słowem. Opiera brodę o podsunięte do góry kolana, przysłaniając ciemną sukienką nogi i stopy. Czuje na sobie różne prądy powietrza, mieszające się na plaży: ciepłe jak kisiel podmuchy przesuwające się po jej zapiaszczonym ciele, a w chwilę później delikatna, przynosząca orzeźwienie bryza. Morze jest nadal ciche.

Wszystkie są w podobnym wieku, a w tak skrajnych momentach życia. Miłość, śmierć, uczucia, przemijanie, biel, czerń, radość, żałoba, wesele, pogrzeb.

Kończy im się wino. Aurze kręci się w głowie, dużo wypiła.

— Idziemy w miasto. Idziesz z nami?

— Nie… Ale jest mi lepiej, dziękuję, że mogłam tu z wami w milczeniu posiedzieć. — Uśmiecha się, walcząc z mdłościami.

Dziewczyny się podnoszą, szukają w ciemności torebek, wsuwają bose stopy w sandały, zbierają puste butelki.

— Jesteś pewna? Słuchaj, nie chcę, żebyś tu została sama. Zamówimy ci taksówkę do domu.

— Mieszkam przy plaży — kłamie gładko Aura. — Zaraz wracam do siebie.

— Odprowadzić cię?

— To dwa kroki stąd. Bawcie się dobrze.

Nieznajoma spontanicznie obejmuje zaskoczoną Aurę i przytulają się przez chwilę, połączone nagłym siostrzeńskim zrywem. Jest coś takiego w kobietach, że czują więź i wspólnotę: mając dwadzieścia lat — przy wejściach do klubów, mając trzydzieści lat — pod drzwiami przedszkoli, mając siedemdziesiąt — w poczekalniach przychodni.

— Wszystkiego dobrego.

— Wszystkiego dobrego.

Aura słyszy je jeszcze przez pewien czas, gdy opuszczają plażę. Przechyla się w tył i pada w piasek. Wszystko wiruje jej pod powiekami. Piła to wino jak wodę.

Gwiazdy gasną. Nawet nie wie, kiedy zasypia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij