Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Aurelia. Taniec stali. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
19,98 zł
1998 pkt
punktów Virtualo

Aurelia. Taniec stali. - ebook

"Aurelia. Taniec stali” to opowieść o młodej kobiecie zmuszonej do życia gladiatorki w potężnym Imperium, w którym prawo, niewolnictwo i arena są częścią codziennego porządku. Jej los splata się z losem senatora Marcusa oraz władcy, którego zbrodnie stoją w paradoksalnej sprzeczności z jego skutecznymi rządami. To historia przede wszystkim o wolności, władzy i moralnych wyborach — o ludziach poddanych naciskowi systemu i o tym, kim okazują się wtedy, kiedy muszą wybierać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398288200
Rozmiar pliku: 978 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG — NOC, KTÓRA ODEBRAŁA JEJ WSZYSTKO

Aurelia miała piętnaście lat, kiedy nauczyła się, że pałac może umrzeć w ciągu jednej nocy.

Nie było ostrzeżenia. Nie było trąb. Podniesionych głosów straży. Posłańców biegnących przez korytarze.

Zamach rozpoczął się wtedy, kiedy większość mieszkańców pałacu spała i kiedy nawet najbardziej czujny człowiek potrzebował kilku chwil, żeby zrozumieć, że cisza wokół niego nie jest zwyczajną ciszą.

Pierwszym dźwiękiem, który Aurelia zapamiętała, nie był krzyk.

Był nim tępy huk. Potem następny.

I jeszcze jeden.

Leżała przez moment nieruchomo, próbując zrozumieć, co słyszy. Dźwięk dochodził gdzieś z głębi pałacu. Głuchy. Regularny.

Jakby ktoś z ogromną cierpliwością otwierał kolejne drzwi.

Tyle że za tymi drzwiami ginęli ludzie. Aurelia usiadła.

W komnacie było ciemno. Przez wysokie okna wpadała blada poświata księżyca. Na korytarzu powinien stać strażnik.

Nie słyszała go. Odrzuciła przykrycie i postawiła bose stopy na zimnej posadzce.

Wtedy usłyszała krzyk.

Krótki.

Urwany niemal natychmiast. Nie pomyślała o sandałach ani o płaszczu. Otworzyła drzwi i wybiegła na korytarz.

Strażnik leżał kilka kroków dalej.

Na początku patrzyła na niego, nie rozumiejąc, dlaczego znajduje się na ziemi. Dopiero po chwili zobaczyła ciemną plamę rozlewającą się pod jego ciałem.

Nie ruszał się. Aurelia zatrzymała się.

Z przeciwnego końca korytarza wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn.

Nie biegli.

Nie krzyczeli. Nie wyglądali jak ludzie, którzy wtargnęli do pałacu i nie wiedzą, co zastaną za następnymi drzwiami.

Szli spokojnie. Jeden wskazał boczne przejście. Dwóch pozostałych natychmiast skręciło. Nie padło ani jedno zbędne słowo.

Aurelia cofnęła się w cień. Wtedy zrozumiała.

To nie był bunt. Nie był to również chaotyczny zamach ludzi liczących na szczęście.

To była egzekucja. Ktoś wiedział, gdzie rozmieszczono straże.

Kto spał w którym skrzydle. Które przejścia prowadziły do apartamentów rodziny cesarskiej.

Które drzwi można było zamknąć od zewnątrz. I ilu ludzi należało postawić przy każdej z bram.

Ktoś przygotował tę noc dużo wcześniej. Aurelia pomyślała o rodzicach.

Pobiegła.

Nie znała jeszcze rozmiaru tego, co się działo. Wiedziała tylko, że musi dostać się do głównego skrzydła.

Z każdym kolejnym korytarzem było gorzej. Jedne drzwi pozostawały zamknięte.

Inne stały otwarte.

Przy ścianie leżał człowiek ze służby. Dalej zobaczyła dwóch strażników. Jeden jeszcze żył. Próbował unieść głowę, ale opadła z powrotem na kamień.

Nie zatrzymała się.

Skręciła.

W głębi pałacu rozległ się kolejny krzyk. Potem kilka naraz.

Aurelia przyspieszyła. Kiedy dotarła do głównego skrzydła, wielkie drzwi były otwarte.

Za nimi zobaczyła coś, czego przez następne lata nie potrafiła wyrzucić z pamięci.

Jej stryj, Klaudiusz Valerius, leżał na marmurowej posadzce.

Cesarz.

Człowiek, którego przez całe życie widziała otoczonego strażą, senatorami, sekretarzami i generałami. Człowiek, przed którym pochylali głowy namiestnicy prowincji.

Teraz leżał sam. Krew spływała spod jego ciała cienką strużką i wypełniała szczeliny między jasnymi płytami.

Nad nim stał Cassius. Aurelia przestała oddychać.

Jej kuzyn nie wyglądał jak człowiek ogarnięty gniewem. To właśnie zapamiętała najlepiej.

Nie krzyczał. Nie drżały mu ręce.

Nie wyglądał nawet jak ktoś, kto przed chwilą patrzył na śmierć własnego ojca.

Był spokojny. Cassius odwrócił głowę w stronę jednego z oficerów.

— Skrzydło wschodnie. Nikt nie może stamtąd wyjść.

— Tak, panie.

Żołnierze ruszyli natychmiast. Cassius spojrzał jeszcze raz na ciało ojca.

W jego twarzy nie było żalu. Nie było również satysfakcji.

To przeraziło Aurelię bardziej. Patrzył na martwego cesarza jak na zakończoną część planu.

Cofnęła się.

Wtedy zobaczyła własnego ojca. Stał kilka kroków dalej.

Jeszcze żył.

Miał miecz, ale wokół niego znajdowało się zbyt wielu ludzi.

Jej ojciec był głównym generałem wojsk imperialnych. Przez całe dzieciństwo Aurelia widziała, jak żołnierze prostują plecy, kiedy przechodził. Słyszała opowieści o bitwach, które wygrał, i oblężeniach, które przeżył.

Jako dziecko uważała, że człowiek taki jak on nie może umrzeć.

Teraz po raz pierwszy zobaczyła, jak bardzo była dzieckiem.

Ojciec odwrócił głowę.

Zobaczył ją.

Ich spojrzenia spotkały się ponad ramionami żołnierzy. Aurelia zrobiła pół kroku w jego stronę.

Natychmiast pokręcił głową.

Jeden ruch.

Prawie niedostrzegalny. Nie wypowiedział jej imienia.

Nie musiał.

Uciekaj.

A potem Aurelia zobaczyła w jego twarzy coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziała.

Strach.

Nie o siebie.

O nią.

Jeden z żołnierzy ruszył. Ojciec Aurelii zaatakował pierwszy.

Nie próbował wygrać. Aurelia zrozumiała to dopiero później.

Próbował kupić jej czas.

Uderzył najbliższego przeciwnika, zepchnął drugiego na ścianę i przeszedł między nimi, zanim pozostali zdążyli zamknąć przestrzeń.

Przez kilka sekund wyglądało to niemal tak, jakby rzeczywiście mógł się przebić.

Nie mógł.

Było ich zbyt wielu. Pierwsze ostrze trafiło go w bok.

Drugie w ramię. Zachwiał się, ale nie upadł.

Jeszcze raz podniósł miecz. Cassius obserwował.

Bez ruchu.

Bez jednego słowa. Ojciec Aurelii uderzył ponownie.

Ktoś zaszedł go z boku. Kolejny cios.

Tym razem kolana ugięły się pod nim. Aurelia przycisnęła dłoń do ust.

Nie mogła krzyknąć. Nie mogła nawet nabrać powietrza.

Cassius spojrzał na generała leżącego na posadzce.

— Zakończyć.

Jeden z żołnierzy wykonał rozkaz. Ojciec Aurelii upadł niedaleko swojego brata.

I już się nie podniósł. Aurelia cofnęła się.

Raz.

Drugi.

Nikt jeszcze jej nie zauważył. Odwróciła się i pobiegła.

Nie pamiętała później wszystkich korytarzy. Pamiętała obrazy.

Krew na kamieniu. Otwarte drzwi.

Kobietę ze służby siedzącą pod ścianą i przyciskającą obie dłonie do brzucha.

Mężczyznę próbującego wyważyć zamknięte drzwi. Dziecko płaczące gdzieś w jednej z komnat.

Żołnierza, który minął ją na skrzyżowaniu korytarzy i nawet nie spojrzał w jej stronę.

Biegła.

Bose stopy ślizgały się po gładkiej posadzce. Nie wiedziała już, dokąd zmierza.

Chciała tylko znaleźć matkę. Znalazła ją na dziedzińcu.

Matka próbowała przedostać się do bocznej bramy.

Była sama.

Jeden z żołnierzy dogonił ją od tyłu. Aurelia zobaczyła go pierwsza.

— Mamo!

Kobieta odwróciła głowę. Żołnierz pchnął włócznię.

Nie było w tym nic widowiskowego. Krótki ruch obu rąk.

Grot wszedł w ciało. Matka Aurelii zatrzymała się.

Przez moment stała, jakby nie rozumiała, co się wydarzyło.

Potem spojrzała w dół. Żołnierz wyrwał włócznię.

Osunęła się na kamień. Aurelia krzyknęła.

Tym razem nie potrafiła tego zatrzymać. Żołnierz odwrócił się.

Zobaczył ją.

Ich spojrzenia spotkały się. Mężczyzna zawahał się tylko na ułamek sekundy.

Potem zacisnął dłonie na drzewcu. Aurelia wiedziała, co zrobi.

Była następna. Coś w niej pękło.

Nie odwaga.

Nie rozsądek. Po prostu ostatnia część umysłu, która jeszcze próbowała zrozumieć tę noc.

Odwróciła się.

Pobiegła.

Przez dziedziniec. Między drzewami ogrodu.

W stronę bocznej bramy. Usłyszała za sobą krzyk.

Nie wiedziała, czy żołnierz woła do niej, czy przyzywa innych.

Nie obejrzała się. Biegła dalej.

Kamień pod stopami zmienił się w ziemię. Gałęzie uderzały ją po twarzy. Nocna koszula zahaczyła o krzew i rozdarła się przy udzie.

Nie zatrzymała się. Boczna brama była otwarta.

Nie wiedziała dlaczego. Nie zastanawiała się.

Przebiegła przez nią. Dopiero za murem poczuła zimno.

I wtedy po raz pierwszy spojrzała za siebie. Pałac nie płonął.

Z daleka mógł wyglądać niemal tak samo jak każdego innego wieczoru.

Setki lamp rozświetlały okna. Kamienne ściany stały nieruchomo. Wieże rysowały się ciemno na tle nieba.

Tylko dobiegające ze środka krzyki mówiły prawdę. Aurelia patrzyła przez kilka sekund.

Tam został jej ojciec.

Matka.

Stryj.

Dom.

Nazwisko.

Całe życie, które jeszcze godzinę wcześniej uważała za coś trwałego.

Nie mogła po nich wrócić. Nie mogła nikogo uratować.

Mogła zrobić tylko jedną rzecz.

Zniknąć.

Odwróciła się od pałacu i ruszyła w ciemność. Miała piętnaście lat.

Nie wiedziała, dokąd pójdzie. Nie wiedziała, komu może zaufać.

Nie wiedziała nawet, czy przed świtem Cassius będzie już wiedział, że jednej osoby brakuje.

Wiedziała tylko, że jeśli chce przeżyć, od tej chwili nie może już być Aurelią.

Dziewięć lat później nadal nią nie była. A przynajmniej tak miało się wydawać wszystkim innym.ROZDZIAŁ I — DZIEWIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

Dziewięć lat wystarczyło, żeby człowiek nauczył się znikać.

Aurelia nauczyła się tego bardzo dobrze.

Nie od razu.

Przez pierwsze miesiące po ucieczce popełniała błędy. Oglądała się za często. Zbyt długo przyglądała się żołnierzom. Prostowała plecy, kiedy ktoś wydawał jej polecenie. Mówiła w sposób, którego nie używały dziewczęta wychowane na wsi. Raz odruchowo poprawiła człowieka starszego od siebie, kiedy źle wymówił nazwę jednej z południowych guberni.

Potem przestała. Człowiek uczył się szybko, kiedy ceną błędu było życie.

Najpierw pozbyła się rzeczy. Potem nawyków.

Na końcu imienia. Aurelia została w miejscu, z którego uciekła jako piętnastoletnia dziewczyna.

Dla świata była Arią. Bez nazwiska.

Bez rodziny.

Bez przeszłości, którą warto byłoby sprawdzać. Miała dwadzieścia lat.

Tak przynajmniej mówiła. Naprawdę była starsza o cztery.

Tego ranka nie myślała jednak ani o jednym, ani o drugim.

Myślała o mące.

— Jeszcze dwa.

Aria spojrzała na worki.

— Mówiłeś to trzy worki temu.

Młynarz nawet się nie odwrócił.

— Wtedy kłamałem.

— Teraz też.

— Teraz jestem właścicielem młyna. To nie kłamstwo. To zarządzanie.

Aria prychnęła cicho. Chwyciła worek.

Był ciężki. Za ciężki, żeby podnieść go wygodnie, więc nie próbowała. Przechyliła go, wsunęła pod spód biodro i dopiero wtedy zarzuciła na ramię.

Młynarz zerknął na nią.

— Kiedyś ci coś pęknie.

— Tobie wcześniej.

— Mnie już wszystko pękło.

To akurat mogło być prawdą.

Miał ponad sześćdziesiąt lat, lewe kolano sztywne od dawnego urazu i dłonie tak szerokie, jakby całe życie wyrabiał nimi kamień zamiast pracować przy ziarnie.

Aria znała go od kilku lat. Nie wiedziała dokładnie, dlaczego pozwolił jej zostać.

Kiedy pojawiła się we wsi, była wychudzoną dziewczyną z brudnymi włosami, podartą suknią i historią, która nie wytrzymywała więcej niż dwóch pytań.

Młynarz zadał jedno.

— Umiesz pracować?

Powiedziała, że tak.

Nie umiała.

Nauczyła się. Najpierw nosić wodę.

Potem czyścić ziarno. Rozpoznawać wilgoć po zapachu.

Wiedzieć, kiedy kamienie młyńskie wymagają regulacji, zanim ich zgrzyt usłyszą inni.

Naprawiać worki. Liczyć tak, żeby nikt nie zauważył, że liczy zbyt dobrze.

To ostatnie było trudniejsze, niż powinno. Młyn pracował od świtu.

Ciężkie koło obracało się jednostajnie. Drewniana konstrukcja skrzypiała przy każdym obrocie, a w powietrzu wisiał drobny pył. Osadzał się na włosach, ubraniach, skórze. Po kilku godzinach wszyscy wyglądali podobnie.

Aria to lubiła. Mąka była dobrym przebraniem.

Tego dnia miała na sobie prostą, spraną tunikę i stary pas. Włosy związała niedbale z tyłu. Kilka krótkich pasm przykleiło się do wilgotnego czoła.

Nikt, kto zobaczyłby ją teraz, nie szukałby w niej krewnej cesarza.

O to chodziło. Przez dziewięć lat zrozumiała jedną rzecz lepiej niż wszystkie nauki, które kiedyś próbowano jej wtłoczyć do głowy.

Nie trzeba wyglądać jak ktoś inny. Trzeba wyglądać jak nikt.

Na wsi było to łatwiejsze.

Leżała daleko od stolicy i jeszcze dalej od dróg, którymi zwykle przemieszczali się urzędnicy. Jedna z setek osad rozsianych po guberni, zbyt mała, żeby interesować kogokolwiek poza poborcą podatków, handlarzami zbożem i ludźmi odpowiedzialnymi za wojskowe dostawy.

Imperium miało dwadzieścia cztery gubernie.

Aria przez dziewięć lat nauczyła się, że można w nim przeżyć, nie mając pojęcia, kto zarządza dwudziestoma trzema pozostałymi.

Tutaj ludzi interesował deszcz.

Cena ziarna.

Stan drogi.

To, czy młyn będzie pracował. I ilu młodych mężczyzn zabierze kolejny pobór.

Cesarz istniał daleko. Wojsko znacznie bliżej.

Aria nauczyła się żyć właśnie w tej różnicy. Nie mówiła o polityce.

Nie pytała o stolicę. Kiedy docierały wieści, słuchała tyle samo co inni.

Nigdy więcej.

Czasami kupcy przywozili informacje o zmianie gubernatora, wojnie na granicy albo nowym podatku. Innym razem mówili o uroczystościach w większych miastach, szczególnie kiedy zbliżało się święto bogini łowów i handel na kilka dni ożywał.

Aria słuchała. Potem wracała do pracy.

Bogowie byli bezpieczniejszym tematem niż cesarz. Zresztą tutaj nawet o bogach mówiło się głównie wtedy, kiedy dawało to powód do dnia wolnego, uczty albo targu.

Jej to odpowiadało. Wszystko jej odpowiadało, jeśli pozwalało zostać niezauważoną.

Wieczorami było trudniej. Młynarz sądził, że chodzi nad rzekę.

Czasem rzeczywiście chodziła.

Najczęściej skręcała wcześniej, przechodziła między drzewami i docierała do niewielkiej polany, której z drogi nie było widać.

Tam ćwiczyła. Nie codziennie.

Regularność była ryzykiem. Nie z prawdziwą bronią.

Broń również była ryzykiem. Używała dwóch kijów o długości zbliżonej do mieczy, z którymi kiedyś uczono ją walczyć.

Powtarzała ruchy.

Pracę nóg.

Zmiany kierunku.

Uniki.

Ciosy.

Nie dlatego, że przygotowywała się do powrotu. Nie przygotowywała się do niczego.

Nie miała planu. Nie chciała odzyskiwać pałacu.

Nie układała w głowie zemsty. Nie czekała, aż nadejdzie właściwy moment.

Chciała przeżyć.

Tylko tyle.

Ćwiczyła, ponieważ dziewięć lat wcześniej nauczyła się, że między życiem a śmiercią czasami zostaje kilka sekund i to, co potrafi zrobić ciało.

Poza tym pamiętała ojca. Tego nie umiała z siebie usunąć.

Mogła zmienić imię. Mogła zmienić sposób mówienia.

Mogła nauczyć się nosić worki z mąką i spać na sienniku.

Nie potrafiła zapomnieć jego głosu. Dlatego ćwiczyła.

A potem wracała do młyna i następnego ranka znowu była Arią.

Tego dnia wszystko miało pozostać dokładnie takie samo. Do chwili, kiedy zaszczekały psy.

Pierwszy odezwał się pies młynarza. Potem drugi z gospodarstwa przy drodze.

Po chwili następny. Aria odstawiła pusty kosz.

Młynarz uniósł głowę. Skrzypienie koła nie ustawało.

— Ktoś jedzie — powiedział jeden z pomocników.

Aria już patrzyła. Na drodze pojawili się jeźdźcy.

Sześciu.

Nie.

Siedmiu.

Jeden prowadził dodatkowego konia. Aria nie ruszyła się.

To było pierwsze, czego nauczyła się po ucieczce. Kiedy się boisz, nie patrz jak ktoś przestraszony.

Jeźdźcy zbliżali się spokojnie. Nie wyglądali jak żołnierze.

To Aria rozpoznała od razu. Żołnierze nawet daleko od jednostki zachowywali pewne nawyki. Odległości między końmi. Sposób noszenia broni. Porządek.

Ci jechali luźno. Mieli miecze, pałki i noże. Dwóch nosiło skórzane pancerze. Jeden miał fragment kolczugi osłaniający barki.

Broń nie była jednak najważniejsza. Najważniejsze było to, jak patrzyli.

Na zabudowania.

Na ludzi.

Na konie.

Oceniali.

Młynarz zaklął pod nosem.

— Do środka — powiedział.

Nikt się nie poruszył.

— Słyszeliście?

Jego młodszy pomocnik pobladł.

— Kto to?

Młynarz patrzył już na jadących.

— Łowcy.

Jedno słowo wystarczyło. Aria poczuła ucisk w żołądku.

Handel niewolnikami był legalny. Porywanie wolnych ludzi nie.

Tyle mówiło prawo. Prawo działało jednak tylko tam, gdzie był ktoś gotowy je wyegzekwować.

Do najbliższego posterunku było kilka godzin drogi. Do następnej wsi mniej.

Jeśli ci ludzie znikną przed wieczorem, później wystarczy powiedzieć, że zabrani byli zbiegłymi niewolnikami.

Albo dłużnikami. Albo przestępcami.

Dokumenty można było kupić. Świadków zastraszyć.

Człowieka sprzedać. Imperium było dobrze zorganizowane.

To nie znaczyło, że było sprawiedliwe. Jeźdźcy zatrzymali się przed młynem.

Pierwszy zeskoczył z konia.

— Kontrola cesarska!

Aria prawie się uśmiechnęła. Prawdziwa kontrola przyjechałaby z oznaczeniami guberni, pisarzem i co najmniej kilkoma żołnierzami.

Ci mieli liny. Młynarz wiedział to samo.

— Dokumenty — powiedział.

Mężczyzna spojrzał na niego.

— Co?

— Skoro cesarska, pokaż dokumenty.

To był błąd.

Aria wiedziała o tym od razu. Mężczyzna podszedł i uderzył go pięścią w twarz.

Młynarz zachwiał się.

— Oto dokument.

Dwóch pozostałych zsiadło z koni. Jeden spojrzał na młodą kobietę stojącą przy studni.

Drugi na syna młynarza. Aria poczuła, że jej oddech zwalnia.

Nie ze spokoju.

Ze strachu.

Jej ciało zawsze robiło to samo. Im bardziej się bała, tym mniej było to po niej widać.

Jeden z pomocników rzucił się do ucieczki. Pobiegł w stronę zabudowań.

Nie zrobił nawet dziesięciu kroków. Łowca dopadł go od tyłu i uderzył pałką pod kolano.

Chłopak runął. Drugi cios dostał w plecy.

Młynarz ruszył.

— Zostaw go!

Aria wyciągnęła rękę.

Za późno.

Stary człowiek dostał pięścią w brzuch, potem w twarz. Upadł na kolana.

Aria zrobiła krok. Zatrzymała się.

Nie.

Nie mieszaj się.

Myśl.

Siedmiu.

Cztery konie blisko.

Trzy dalej.

Droga na północ otwarta. Las niecałe pół mili.

Jeżeli ruszy teraz—

— Ty.

Znieruchomiała. Jeden z mężczyzn patrzył na nią.

Nie był tym, który uderzył młynarza.

Młodszy.

Mocny.

Blizna nad prawym okiem.

— Podejdź.

Aria spuściła wzrok.

— No już.

Nie ruszyła się. Mężczyzna podszedł.

Poczuła zapach potu, skóry i kwaśnego wina.

— Głucha?

— Nie.

— To chodź.

Złapał ją za ramię.

Mocno.

Za mocno.

Odruch przyszedł wcześniej niż myśl. Aria obróciła przedramię w kierunku jego kciuka, wyrwała rękę z chwytu i jednocześnie przesunęła ciężar ciała.

Mężczyzna spróbował złapać ją ponownie. Łokieć Arii trafił go pod szczękę.

Krótko.

Bez zamachu.

Zachwiał się. Wtedy powinna była uciec.

Zamiast tego zobaczyła, że odzyskuje równowagę. Uderzyła drugi raz, tym razem w nos. Mężczyzna runął na plecy.

Cisza.

Aria patrzyła na niego. Młynarz również.

Młody pomocnik leżący przy ziemi przestał się ruszać. Wszyscy patrzyli.

Aria poczuła zimno. Nie dlatego, że powaliła człowieka.

Dlatego, że zrobiła to zbyt dobrze.

— Cholera — powiedział ktoś.

Aria cofnęła się. Drugi mężczyzna ruszył w jej stronę.

Był cięższy od niej o co najmniej połowę jej własnej wagi.

Nie zaatakowała.

Cofnęła się.

On przyspieszył. Spróbował ją chwycić.

Uniknęła rąk.

Jeszcze raz.

Nie walcz.

Uciekaj.

Obejrzała się. Droga do lasu nie była już otwarta.

Jeden z jeźdźców przesunął konia.

Zamknął ją.

Mężczyzna zaatakował ponownie. Tym razem pięścią.

Aria odchyliła głowę. Cios przeszedł przed twarzą.

Drugi szedł niżej. Zablokowała przedramieniem.

Bolało.

Dobrze.

Ból był prosty. Z bólem można było pracować.

Mężczyzna spróbował złapać ją w pasie. Aria przesunęła nogę za jego stopę i pchnęła bark.

Upadł.

Nie tak czysto jak pierwszy.

Ale upadł.

— Co to, do diabła, było?

Głos przyszedł z tyłu. Aria odwróciła się.

Przy koniach stał człowiek, który do tej pory nie zrobił nic.

Teraz zrozumiała dlaczego.

Nie musiał.

Był starszy od pozostałych, może po czterdziestce. Szeroki w barkach, ale nie ciężki. Krótkie włosy miał poprzecinane siwizną przy skroniach. Na twarzy żadnego zdziwienia.

Tylko zainteresowanie. To było gorsze.

— Jeszcze raz — powiedział.

Aria patrzyła na niego. Mężczyzna wskazał jednego ze swoich ludzi.

— Weź ją.

Tamten ruszył. Aria oceniła go odruchowo.

Wzrost.

Długość ramion. Ustawienie stóp.

Nóż po prawej stronie. Ciężar ciała bardziej na lewej nodze.

Nie.

Leworęczny.

Zorientowała się sekundę przed atakiem. I natychmiast pożałowała, że w ogóle to zauważyła.

Mężczyzna nie rzucił się na nią jak poprzedni.

Krążył.

Aria również. Nie patrz na stopy.

Wiejska dziewczyna nie patrzy na stopy.

Patrzyła.

Za późno, żeby udawać. Ruszył lewą ręką.

Aria zeszła z linii. Nie odpowiedziała.

Drugi atak.

Unik.

Trzeci.

Tym razem złapał ją za przedramię.

Szarpnęła.

Nie puścił.

Uderzyła go barkiem, skręciła rękę i wyszła z chwytu. Przez moment znalazła się za jego plecami.

Mogła uderzyć w kark. Mogła złamać kolano.

Mogła sięgnąć po jego nóż. Nie zrobiła niczego.

Odsunęła się. Mężczyzna odwrócił się powoli.

Na twarzy miał już nie złość.

Niepewność.

Przy koniach rozległ się cichy śmiech. Przywódca bandy patrzył tylko na Arię.

— Wystarczy.

Jego człowiek zatrzymał się. Aria również.

— Już wiem — powiedział.

Nie odpowiedziała. Mężczyzna ruszył w jej stronę.

— Nie jesteś dziewczyną od młynarza.

Serce uderzyło mocniej. Twarz pozostawiła nieruchomą.

— Jestem.

— Jasne.

Obszedł ją powoli. Aria nie lubiła, kiedy znajdował się za jej plecami.

Nie odwróciła się.

— Od ilu lat u niego pracujesz?

Milczała.

— Pytałem.

— Kilku.

— Ilu?

— Nie wiem.

Zaśmiał się.

— Nie wiesz?

— Nie liczę.

— Ale walczyć potrafisz.

Aria spojrzała na niego. To również było błędem.

Zobaczył w jej oczach coś, co go zainteresowało. Nie rozpoznanie.

Na szczęście. Chciwość. Jego, nie jej.

— Wiesz, ile płacą za ludzi, którzy potrafią coś takiego?

Aria milczała.

— Za dziewczynę jeszcze więcej.

Młynarz podniósł się z kolan. Krew spływała mu z nosa.

— Ona jest wolna.

Przywódca nawet na niego nie spojrzał.

— Teraz już nie.

Aria poczuła, że coś w niej twardnieje. Nie gniew. Gniew był luksusem. Myślała. Siedmiu. Dwóch już wie, że potrafi walczyć.

Jeden przy drodze. Jeden za nią.

Konie niespokojne, młynarz ranny. Pozostali bezbronni.

Jeżeli spróbuje teraz, może dotrze do lasu.

Może.

Jeżeli nie dotrze, zabiją ją tutaj. Albo kogoś innego, żeby ją zatrzymać.

Przywódca skinął na swoich ludzi.

— Związać.

Aria napięła mięśnie. Przez krótką chwilę naprawdę zamierzała walczyć.

Potem zobaczyła kuszę. Jeden z ludzi siedzących na koniu trzymał ją nisko, opartą o udo.

Nie celował. Jeszcze. Aria rozluźniła dłonie. Nie każdą walkę można było wygrać.

Nie każdą należało zaczynać. To również nauczyło ją dziewięć lat życia.

Pozwoliła związać sobie ręce. Lina była szorstka. Mężczyzna zacisnął ją mocniej, niż było trzeba.

Aria skrzywiła się. Tym razem nie musiała udawać.

Przywódca obserwował.

— Rozsądna.

Nie odpowiedziała.

— Myślałem, że spróbujesz.

Aria spojrzała na kuszę. Potem na niego.

Uśmiechnął się.

— Bardzo rozsądna.

Nie wiedział, że w jej głowie już zaczęło się liczenie. Kto ma klucze.

Kto pilnuje koni. Który z nich kuleje.

Który pije.

Kto zasypia pierwszy. Jak mocno związano linę.

Czy przy wozie jest nóż. Gdzie kończy się droga.

Gdzie zaczyna las. Nie wiedziała jeszcze, czy będzie okazja.

Wiedziała tylko, że musi ją zauważyć, jeśli się pojawi. Młynarz patrzył na nią.

Aria nie chciała na niego spojrzeć.

Spojrzała.

Przez kilka lat dawał jej jedzenie, dach i pracę. Nigdy nie zapytał, dlaczego dziewczyna ze wsi czyta lepiej od jego syna.

Nigdy nie zapytał, dlaczego nie chodzi na święta z innymi.

Nigdy nie zapytał, dlaczego czasem budzi się w nocy i przez długi czas siedzi bez ruchu.

Może wiedział, że kłamie. Prawdopodobnie wiedział. Po prostu nie interesowało go dlaczego.

To była jedna z największych przysług, jakie ktokolwiek wyświadczył jej przez te kilka ostatnich lat.

Teraz stał z zakrwawioną twarzą i nie mógł zrobić nic. Aria lekko pokręciła głową.

Nie próbuj.

Nie wiedziała, czy zrozumiał. Chyba tak. Opuścił ręce. Przywódca podszedł do niej przed odjazdem.

— Imię.

Aria spojrzała na niego. Przez dziewięć lat odpowiadała na to pytanie setki razy.

Nigdy nie przestało być niebezpieczne.

— Aria.

— Nazwisko?

— Nie mam.

— Każdy ma.

— Ja nie.

Przyglądał jej się chwilę.

— Rodzina?

— Nie żyje.

To była najlepsza część kłamstwa. Prawie cała była prawdą.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Aria wystarczy.

Odwrócił się.

— Zabieramy ją.

Jeden z jego ludzi splunął na ziemię.

— Na targ?

Przywódca spojrzał jeszcze raz na Arię. Na jej dłonie. Ramiona. Twarz. Oceniał ją tak samo, jak wcześniej oceniał konie.

Aria znała to spojrzenie.

— Nie.

— To gdzie?

Mężczyzna wskazał na nią brodą.

— Do szkoły.

Aria poczuła pierwsze ukłucie niepokoju.

— Jakiej?

Przywódca uśmiechnął się.

— Gladiatorów.

Przez moment wszystko ucichło. Koło młyna nadal się obracało. Pies szczekał gdzieś za zabudowaniami. Koń uderzył kopytem o ziemię. Ktoś przeklinał.

Aria nie słyszała niczego.

Arena.

Nie widziała tej, do której zamierzali ją zawieźć. Zobaczyła inną.

Kamień.

Krew na jasnej posadzce.

Włócznię.

Rękę ojca.

Twarz matki.

Ogień.

Piętnastoletnią dziewczynę biegnącą nocą tak długo, aż płuca zaczęły palić.

Zacisnęła szczękę.

Nie.

Tamto nie miało znaczenia.

Nie teraz.

Nie tutaj.

Aurelia była martwa. Aria miała przeżyć. Tylko to się liczyło.

Posadzili ją na wozie razem z dwoma innymi zabranymi ludźmi.

Młodego pomocnika młynarza zostawili. Miał złamaną nogę i dla handlarzy stał się przez to bezwartościowy.

Aria usiadła przy burcie. Nie patrzyła na swoich oprawców. Patrzyła na drogę. Zapamiętywała zakręty. Nachylenie terenu. Strumień, który przecięli po kilkunastu minutach. Położenie słońca. Robiła to odruchowo.

Jeszcze nie wiedziała, do czego te informacje mogą się przydać.

Nie musiała.

Przeżycie rzadko składało się z jednego wielkiego planu. Najczęściej było sumą drobnych rzeczy, które człowiek zauważył odpowiednio wcześnie.

Po pewnym czasie odwróciła głowę. Młyn stał jeszcze w oddali.

Mały.

Zwyczajny.

Koło nadal się obracało. Aria patrzyła, dopóki nie zasłoniły go drzewa.

Nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś go zobaczy. Nie pozwoliła sobie zastanawiać się nad tym dłużej.

Przeniosła wzrok na linę krępującą jej nadgarstki. Potem na nóż przy pasie człowieka siedzącego naprzeciwko.

Potem na drogę.

Była Arią.

Dla świata miała dwadzieścia lat. Nie miała nazwiska.

Nie miała rodziny. Nie miała niczego, czego warto byłoby szukać.

Przez dziewięć lat to wystarczało. Teraz musiało wystarczyć jeszcze raz.

Wóz jechał na południe.

Do miasta.

Do szkoły gladiatorów.

Do areny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij