Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Autyzm ma głos - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3306 pkt
punktów Virtualo

Autyzm ma głos - ebook

Trzy poruszające historie dzieci w spektrum autyzmu opowiedziane przez matki, które mają nadzieję, że ich doświadczenia okażą się wsparciem dla innych w podobnej sytuacji.

Kate Swenson, Adrian Wood i Carrie Cariello mieszkają w różnych rejonach Stanów Zjednoczonych i pochodzą z różnych środowisk, lecz łączy je jedno wyjątkowe doświadczenie – każda z nich wychowuje dziecko w spektrum. Autorki towarzyszą sobie w chwilach radości i zwątpienia, w codziennych zmaganiach i drobnych zwycięstwach, a przede wszystkim w bezwarunkowej miłości, która na zawsze odmieniła ich życie.

Choć ich dzieci znajdują się w bardzo zróżnicowanych poziomach funkcjonowania w spektrum autyzmu, przeżycia, wątpliwości, nadzieje i porażki matek są bardzo podobne. Autorki opisują swoje drogi od momentu diagnozy, przez wyzwania opieki i edukacji, aż po dorastanie. Każda z nich musiała oswoić się z myślą, że autyzm nigdy nie mija i zaakceptować żałobę po stracie marzeń, jak mogłoby wyglądać życie ich maluchów i nastolatków, a nigdy nie będzie wyglądało. Odmienne perspektywy i wnioski tworzą niezwykle cenny obraz tego, jak wymagające może być życie rodziców dzieci z autyzmem – i przypominają każdemu, że nikt nie musi iść tą drogą samotnie.

Szczere, pełne ciepła i nadziei opowieści pokazują, że nawet w samym środku życiowego chaosu można odnaleźć nadzieję i piękno. To hołd dla siły i miłości matek, a zarazem inspirująca książka o radościach, wyzwaniach i trudach codzienności w świecie neuroróżnorodności.

Bestseller „New York Timesa”

Książka miesiąca w kategorii non-fiction na Amazonie

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-736-1
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Wstęp

Co łączy dziew­czynę ze Środ­ko­wego Zachodu, panienkę z wyż­szych sfer z Połu­dnia i gospo­dy­nię domową z New Hamp­shire? Każda ma syna w spek­trum auty­zmu.

Jack ma dzie­więt­na­ście lat.

Cooper ma trzy­na­ście lat.

Amos – dzie­sięć.

Na stro­nach tej książki znaj­dzie­cie trzy cał­ko­wi­cie odmienne histo­rie dzieci ze zdia­gno­zo­wa­nym auty­zmem. Histo­rie pełne wzlo­tów i upad­ków, opo­wie­dziane przez trzy matki miesz­ka­jące w odle­głych od sie­bie czę­ściach Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Wszystko zaczęło się w 2020 roku od trans­mi­sji na żywo na Face­bo­oku. Nastał czas pan­de­mii i świat wła­śnie roz­padł się na kawałki. Wtedy to Kate zasu­ge­ro­wała, żeby­śmy poroz­ma­wiały online o jakimś bie­żą­cym wyda­rze­niu doty­czą­cym adop­cji i auty­zmu. Cie­kawe, że pod­czas trans­mi­sji Adrian cią­gle wspo­mi­nała o _cookie cake_, tor­cie cia­stecz­ko­wym. Naj­wy­raź­niej jest ono bar­dzo popu­larne w Karo­li­nie Pół­noc­nej.

Z tego wspól­nie spę­dzo­nego czasu nie pamię­tamy zbyt wielu szcze­gó­łów, ale wspo­mi­namy, że bar­dzo dużo się śmia­ły­śmy. Pamię­tamy rów­nież, że pomimo obec­no­ści tylko na ekra­nach poczu­ły­śmy więź, jakiej rzadko można doświad­czyć w realu. Za sprawą noc­nych SMS-ów oraz poran­nych roz­mów tele­fo­nicz­nych zaczę­ły­śmy odsła­niać przed sobą trud­niej­szą, czę­sto mniej przy­jemną stronę naszego życia rodzin­nego. Każda z nas wie­lo­krot­nie doświad­czyła doj­mu­ją­cej samot­no­ści, która towa­rzy­szy życiu z dziec­kiem ze zdia­gno­zo­wa­nym auty­zmem. A każda z nas takie dziecko miała.

Nasze dzieci otrzy­mały trzy bar­dzo różne dia­gnozy auty­zmu – jedno z nich jest wysoko funk­cjo­nu­jące, dru­gie w ogóle nie komu­ni­kuje się wer­bal­nie. Jako matki sta­jemy przed naj­waż­niej­szym wyzwa­niem – jak przy­go­to­wać świat na nasze dzieci i jak przy­go­to­wać nasze dzieci do życia w obec­nym świe­cie. Wraz z nimi zma­gamy się z cha­osem i rado­ścią, które jeden mały ele­ment – spek­trum auty­zmu – wniósł w ich życie.

Razem mamy trzy­na­ścioro dzieci. I choć w epi­cen­trum naszego rodzin­nego życia znaj­duje się autyzm, to godzimy go ze zwy­kłą codzien­no­ścią, tre­nin­gami hokeja, nauką korzy­sta­nia z noc­nika, balem matu­ral­nym i wizy­tami u orto­donty. Nie­jed­no­krot­nie robimy to jed­nak z cięż­kim ser­cem, ponie­waż nasze pozo­stałe dzieci roz­wi­jają się w innym ryt­mie – prze­ści­gają swoje auty­styczne rodzeń­stwo na wszyst­kich eta­pach roz­woju. Nie­które z tych eta­pów zawsze będą poza zasię­giem dzieci w spek­trum auty­zmu.

Czę­sto powta­rzamy, że nie ma pod­ręcz­nika wyja­śnia­ją­cego, jak wycho­wać dziecko z auty­zmem. Posta­no­wi­ły­śmy więc pod­jąć próbę napi­sa­nia wła­snego.

Jak nauczy­ły­śmy nasze dzieci zasy­piać? Jak wygląda okres doj­rze­wa­nia? Jak zna­leźć pro­gram naucza­nia odpo­wiedni dla neu­ro­aty­po­wego ucznia, który skoń­czył szkołę śred­nią? Czy żałoba kie­dy­kol­wiek się koń­czy? To tylko kilka z wielu pytań, jakie czę­sto nam zada­wano. W naszej książce odpo­wia­damy na te pyta­nia, ale nie tylko.

_Autyzm ma głos_ to połą­cze­nie wspo­mnień z porad­ni­kiem. Przed­sta­wiamy tu wgląd w nasze życie, w pro­ce­dury lecze­nia, w dyna­mikę rodzeń­stwa, w mał­żeń­stwo. Szcze­rze i bez­kom­pro­mi­sowo oma­wiamy zarówno nasze małe suk­cesy, jak i brak osią­gnięć. Dzie­limy się tym, co się u nas spraw­dziło, a co nie.

Pew­nego razu pod­czas wir­tu­al­nej burzy mózgów poszu­ki­wa­ły­śmy ide­al­nego tytułu dla naszej książki. Długo drep­ta­ły­śmy w miej­scu, potrzą­sa­ły­śmy gło­wami i robi­ły­śmy notatki.

_Autyzm ma głos_.

W końcu tra­fi­ły­śmy w sedno, a na naszym spo­tka­niu na Zoo­mie, gdy któ­raś z nas zapro­po­no­wała ten tytuł, zapa­dła cisza. Prze­cież, jeśli zapy­tasz kogo­kol­wiek, co mu przy­cho­dzi na myśl, gdy usły­szy o auty­zmie, to jest wła­śnie to słowo.

Głos.

Nie ma zna­cze­nia, czy cho­dzi o cał­ko­wity brak zaha­mo­wań w kwe­stii potrzeby bycia ubra­nym w kościele, czy nie, czy o wbie­ga­nie na boisko bejs­bo­lowe pod­czas meczu Lit­tle League, czy też o docie­kliwe pyta­nia zada­wane kobie­tom w ciąży – tę jedną rzecz z całą pew­no­ścią można powie­dzieć o naszych chłop­cach: mają głos.

My, dzięki nim, rów­nież. To piękny efekt uboczny dia­gnozy. Rze­czy­wi­stość z auty­zmem nauczyła nas akcep­to­wać trudne, wyczer­pu­jące momenty, które wciąż się poja­wiają. Porzu­ci­ły­śmy życie w zróż­ni­co­wa­nych odcie­niach sza­ro­ści i nauczy­ły­śmy się szu­kać kolo­ro­wych chwil. To wła­śnie pomię­dzy olśnie­wa­ją­cymi odcie­niami różu i poma­rań­czy, jak kwiat w słońcu, roz­kwita czy­sta radość.

Nie­za­leż­nie od tego, czy wła­śnie zma­gasz się z bez­sen­no­ścią, czy zała­ma­niem ner­wo­wym, czy jesteś dziad­kiem, sąsia­dem, nauczy­cie­lem, czy przy­ja­cie­lem osoby z auty­zmem, w naszych sło­wach znaj­dziesz coś dla sie­bie.

Ta książka to histo­ria wycho­wy­wa­nia nie­prze­wi­dy­wal­nych dzieci w nie­przy­chyl­nym świe­cie. Histo­ria odnaj­dy­wa­nia rado­ści w dro­bia­zgach. Histo­ria skle­ja­nia nowych marzeń z roz­bi­tych kawał­ków.

Opo­wiada o sile wspól­noty i o naj­waż­niej­szej kwe­stii – nie jeste­śmy sami.

Nie, nie jest to smutna opo­wieść. Każde z naszych dzieci cie­szy się peł­nią życia na tyle, na ile jest to moż­liwe. My, gdzieś po dro­dze, nauczy­ły­śmy się podą­żać za życiem, o które nie pro­si­ły­śmy, ale odkry­ły­śmy, że kochamy je takim, jakim jest. Ty też je poko­chasz.1. KIM JESTEŚMY

1

Kim jeste­śmy

KATE

Cześć, mam na imię Kate. Jestem czę­ścią naszego tria i pocho­dzę ze Środ­ko­wego Zachodu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Więk­szość ludzi zna mnie jako mamę Coopera lub Kate z _Cooper’s Voice_ (Głos Coopera). Jestem żoną, matką i akty­wistką, która otwar­cie dzieli się nie tylko rado­ściami, ale przede wszyst­kim wyzwa­niami zwią­za­nymi z życiem z auty­zmem. Mam nadzieję, że komuś to pomoże.

Więk­szość ludzi z góry zakłada, że jestem eks­tra­wer­tyczką. I że jestem pewna sie­bie. Są jed­nak w błę­dzie. Z natury jestem dość nie­śmiała, lecz musia­łam się zmie­nić i w pew­nym sen­sie musia­łam stać się kimś nowym. A to dla­tego, że moje życie wymaga odwagi i – co waż­niej­sze – mój syn na nią zasłu­guje.

Gdy miał trzy lata, zdia­gno­zo­wano u niego autyzm. W pierw­szej chwili chcia­łam zabrać go i całą naszą małą rodzinę i uciec gdzieś daleko. Byłam prze­ra­żona.

Od tam­tej pory nauczy­łam się, że dzie­le­nie się swoim doświad­cze­niem życio­wym i prze­ży­wa­nie emo­cji jest aktem odwagi, zwłasz­cza gdy robi się to publicz­nie. Nawet jeśli bywa to bar­dzo trudne.

Roz­dział ten to pierw­sza rzecz, którą kie­dy­kol­wiek wraz z Car­rie i Adrian wspól­nie napi­sa­ły­śmy. Wcze­śniej, już od jakie­goś czasu, co tydzień pro­wa­dzi­ły­śmy razem trans­mi­sje na żywo, ale to był nasz pierw­szy wspól­nie napi­sany tekst. Wyda­wało się, że żadna z nas nie wie­działa, od czego zacząć.

Pod­czas jed­nej z naszych coty­go­dnio­wych roz­mów orga­ni­za­cyj­nych Car­rie wal­czyła z prze­zię­bie­niem w swoim biu­rze w New Hamp­shire, Adrian była w Karo­li­nie Pół­noc­nej i przy­go­to­wy­wała się do wycieczki do aqu­aparku, a ja jecha­łam pięć i pół godziny do pół­noc­nej Min­ne­soty na pre­zen­ta­cję. Jak bar­dzo na pół­noc, może spy­ta­cie…? Dzie­sięć minut drogi od Kanady. Podróż była absur­dal­nie długa i w duchu dzię­ko­wa­łam za tę roz­mowę. Płyn­nie prze­sko­czy­ły­śmy z tematu książki do prozy życia.

Gdy poroz­ma­wia­ły­śmy już o pro­mo­cji, zabra­ły­śmy się do two­rze­nia kon­spektu. Adrian i Car­rie były za pisa­niem książki chro­no­lo­gicz­nie. Ja argu­men­to­wa­łam za tym, żeby zacząć od roz­działu o rodzeń­stwie. Zosta­łam prze­gło­so­wana. One uwa­żały, że w roz­dziale pierw­szym należy przed­sta­wić nas. Powie­dzieć kim jeste­śmy: akty­wist­kami i przy­ja­ciół­kami, które lubią opo­wia­dać histo­rie.

„To ma sens” – pomy­śla­łam. Tyle, że dla mnie to był naj­trud­niej­szy temat. Nie wie­dzia­łam, jak się do niego zabrać. Szcze­rze mówiąc, do dziś nie bar­dzo wiem, kim jestem. Czuję się tro­chę zagu­biona w cza­so­prze­strzeni. Jak­bym nie­ustan­nie dry­fo­wała od tre­ningu hokeja do pory pój­ścia spać, od spo­tka­nia w spra­wie indy­wi­du­al­nego pro­gramu edu­ka­cyj­nego (_Indi­vi­du­ali­zed Edu­ca­tion Pro­gram_ – IEP), gdzie wraz z zespo­łem szkol­nym Coopera oma­wiamy wła­śnie jego indy­wi­du­alny tryb naucza­nia, do spo­tkań autor­skich. Żon­gluję tym wszyst­kimi i mam wra­że­nie, że nie robię niczego jakoś szcze­gól­nie dobrze.

Macie­rzyń­stwo jest o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż sądzi­łam. I mówię to bez cie­nia kokie­te­rii czy prze­sady. Naprawdę uwa­żam, że jest o wiele trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łam. Podob­nie jak mał­żeń­stwo czy czter­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. I wciąż uczę się radzić sobie z wiel­kim żalem zwią­za­nym z auty­zmem.

Autyzm to bagaż, który noszę ze sobą w każ­dej chwili, każ­dego dnia. Przy­zwy­cza­jam się do niego, ale zauwa­żam, że jego waga szybko się zmie­nia. Godzę się rów­nież z tym, że pew­nego dnia będę zmu­szona go z sie­bie zdjąć. I oczy­wi­ście, zasta­na­wiam się, kto go przej­mie i ponie­sie dalej, przez resztę drogi.

Na szczę­ście dzie­ciaki mają się dobrze – _Kids Are All Right_ – był chyba taki film? Nawet lepiej niż dobrze. Mają trzy­na­ście, jede­na­ście, pięć i trzy lata.

Sawyer jest inte­li­gentny, wyspor­to­wany, powszech­nie lubiany i miły. Ze wszyst­kich moich dzieci to on ma naj­więk­sze serce. I cho­ciaż jest moim dru­gim dziec­kiem, to w zasa­dzie jest jakby pierw­szy. Widzia­łam, jak prze­ści­gnął Coopera nie­mal pod każ­dym wzglę­dem i wyrósł na star­szego „młod­szego” brata.

Har­bor jest naj­by­strzej­szy ze wszyst­kich moich dzieci i mar­twię się, żeby nie zła­mać w nim tego nie­złom­nego ducha. Naj­waż­niej­sze, że w ogóle udało mi się utrzy­mać go przy życiu. Przy tym jest zde­cy­do­wa­nie moim naj­ra­do­śniej­szym dziec­kiem, zawsze gotowy na wszystko, co przy­nie­sie los. W wizjach mgli­stej przy­szło­ści widzę go, jak odcho­dzi z domu w wieku osiem­na­stu lat i nie ogląda się za sie­bie. Prze­raża mnie to. Ale wiem, że go nie powstrzy­mam. Jest ponad­prze­ciętny.

I na koniec Wyn­nie, nasze naj­młod­sze i ostat­nie dziecko. Ni­gdy nie myśla­łam, że będę miała córkę. Po uro­dze­niu trzech synów sądzi­łam, że nasza rodzina jest już kom­pletna i posia­da­nie córki ni­gdy nie przy­szło mi do głowy. Podob­nie zresztą jak czwarte dziecko. A gdyby Jamie sie­dział teraz obok mnie, kazałby mi dodać zda­nie „czwórka dzieci to sta­now­czo za dużo!”. Tyle, że on ni­gdy nie potrafi się zde­cy­do­wać, z któ­rego mógłby zre­zy­gno­wać, gdy go o to pytam w żar­tach.

Wyn­nie, albo jak czule ją nazy­wamy Fred, zła­go­dziła nasze nasta­wie­nie do życia. Kiedy byłam z nią w ciąży i pró­bo­wa­łam zna­leźć dla niej imię, zako­cha­łam się wła­śnie w Wyn­nie. Ale pełna forma – Wini­fred – wyda­wała się zbyt poważna, więc zde­cy­do­wa­li­śmy się na Wyn­ter. A teraz nazy­wamy ją po pro­stu Fred. Pasuje do niej ide­al­nie. Życie bywa takie zabawne. Nasza córka jest ide­al­nym połą­cze­niem siły i deli­kat­no­ści. Moja przy­ja­ciółka Caro­line, matka czte­rech chłop­ców, zapy­tała mnie kie­dyś: „Wiesz, jaka jest róż­nica mię­dzy dziew­czyn­kami a chłop­cami? Praw­dziwa róż­nica? Cho­dzi o «skarby» zna­le­zione w suszarce do ubrań. U chłop­ców to liście, kamyki i gałązki. U dziew­czy­nek to bro­kat, kokardy i różowe spinki”. I taka wła­śnie jest moja Wyn­nie. Wypeł­nia nasz świat świe­ci­deł­kami.

Cooper to mój kum­pel i zara­zem mój naj­lep­szy nauczy­ciel. Dia­gnoza, którą usły­szał w wieku trzech lat, jest nie­zmienna – głę­boki, nie­wer­balny autyzm. Pogo­dził się z nią. Marzy o tym, żeby poje­chać pocią­giem Amtrak do Kali­for­nii i zoba­czyć wie­lo­ryby. Nie spo­sób zapo­mnieć, jak pisz­czał z rado­ści, gdy na trzy­na­ste uro­dziny dostał tele­fon komór­kowy. Dora­sta, a temat ten w świe­cie auty­zmu, nie­stety, rzadko jest poru­szany. Tak, Cooper dora­sta. A wraz z nim rośnie we mnie para­li­żu­jący strach przed przy­szło­ścią.

Mój mąż, Jamie, i ja jeste­śmy mał­żeń­stwem od szes­na­stu lat. Minus jeden rok. Tak, roz­wie­dli­śmy się i ponow­nie pobra­li­śmy. Byłam wtedy w ciąży z Har­bo­rem, a cere­mo­nia odbyła się w naszym salo­nie. To jedno z moich naj­pięk­niej­szych wspo­mnień. Dzi­siaj, kiedy się kłó­cimy, Jamie dro­czy się ze mną i mówi: „Prze­cież nie możesz się ze mną dwa razy roz­wieść”. Mał­żeń­stwo jest trudne, o wiele trud­niej­sze, niż myśla­łam. Ale mimo to jestem wdzięczna losowi, że posta­wił na mojej dro­dze męż­czy­znę, który wybrał mnie nie raz, a dwa razy na swoją part­nerkę.

Kolej na mnie. Kim ja jestem? Jestem mamą, która żyje w dwóch świa­tach: świe­cie osób o szcze­gól­nych potrze­bach i świe­cie neu­ro­ty­po­wym. A te dwa światy rzadko się prze­ni­kają. W niczym nie przy­po­mi­nam influ­en­ce­rów, któ­rych widzę w inter­ne­cie, gdy prze­glą­dam Insta­gram. Moja rodzina z pew­no­ścią nie jest ide­alna. Dzieci nie chcą pozo­wać w wymyśl­nych stro­jach. I nikt nie chce ze mną nagry­wać fil­mi­ków. Wraz z ich dora­sta­niem mam coraz więk­szy pro­blem z tym, czym powin­nam się dzie­lić ze świa­tem, a czym nie.

Kiedy wygła­szam moją naj­bar­dziej popu­larną pre­zen­ta­cję pod tytu­łem „Odnaj­du­jąc radość w sekret­nym świe­cie auty­zmu”, zaczy­nam od slajdu, na któ­rym się przed­sta­wiam.

Cześć, jestem Kate Swen­son. Miesz­kam wraz z moją rodziną w Min­ne­so­cie. Jestem żoną, matką, autorką publi­ka­cji, blo­gerką, influ­en­cerką, wła­ści­cielką firmy, opie­kunką i akty­wistką. Nie­które z tych okre­śleń są dla mnie oczy­wi­ste. Inne wręcz prze­ciw­nie.

Życie rzadko bywa pro­ste. Moje z pew­no­ścią nie jest. Jest dale­kie od dosko­na­ło­ści. A jed­nak odczu­wam dumę, gdy o nim opo­wia­dam. Uwiel­biam dzie­lić się nie­kon­wen­cjo­nal­nymi meto­dami, dzięki któ­rym sta­li­śmy się ludźmi, któ­rymi jeste­śmy dzi­siaj. Naprawdę jestem dumna ze swo­jej trans­for­ma­cji jako matka oraz z tego, że prze­sta­łam ucie­kać przed smut­kiem, bólem i bez­bron­no­ścią, a zamiast tego nauczy­łam się dzie­lić tymi uczu­ciami ze świa­tem.

Gdy pota­jem­nie, z kanapy w Duluth w Min­ne­so­cie, zakła­da­łam bloga _Fin­ding Cooper’s Voice_ (Odnaj­du­jąc głos Coopera), Cooper miał zale­d­wie dwa lata. Wyda­wało mi się, że jestem taka dow­cipna, bo wymy­śli­łam tak wspa­niałą nazwę. Posu­nę­łam się nawet do tego, że wręcz wyobra­zi­łam sobie, jak publi­kuję wpis z oka­zji fak­tycz­nego „odna­le­zie­nia” jego głosu. Wtedy słowo „autyzm” nie ist­niało jesz­cze w moim słow­niku, mimo że mój syn dia­me­tral­nie róż­nił się od innych chłop­ców w jego wieku. Dosko­nale pamię­tam, jak uśmie­cha­łam się pod nosem z pew­no­ścią sie­bie, gdy naci­ska­łam przy­cisk „Opu­bli­kuj”. Oznaj­mi­łam też Jamiemu: „Zało­ży­łam bloga. Jestem blo­gerką”. Pamię­tam, jak się śmiał, gdy nie chcia­łam zdra­dzić jego nazwy. Pla­no­wa­łam zacho­wać wszystko w tajem­nicy, żeby móc swo­bod­nie pisać o Coope­rze.

_Fin­ding Cooper’s Voice_ to moje życie. Dzie­le­nie się naszą histo­rią to dar, dzięki któ­remu mogę na wiele spo­so­bów poma­gać innym ludziom. Moja misja jest pro­sta: nie chcę, żeby jaka­kol­wiek matka czuła się tak bar­dzo samotna, jak ja czu­łam się na początku tej drogi.

Ni­gdy nie myśla­łam o tym, by zostać akty­wistką. I tak naprawdę jestem w tych kwe­stiach dość „oporna”. Kiedy zdia­gno­zo­wano Coopera, nie pla­no­wa­łam, że będę wal­czyć o prawa osób z auty­zmem. Chcia­łam jedy­nie pomóc mojemu synowi. Nasz sta­tek tonął i moim prio­ry­te­tem było zaty­ka­nie licz­nych dziur. Ale dość wcze­śnie uświa­do­mi­łam sobie, że wal­cząc o jed­nego czło­wieka, możesz odmie­nić życie wielu osób.

Czę­sto wspo­mi­nam nasze naj­trud­niej­sze lata. Przy­pa­dły one na okres mię­dzy czwar­tym a ósmym rokiem życia Coopera. Był jak mały ucie­ki­nier nie­ro­zu­mie­jący zasad bez­pie­czeń­stwa, zupeł­nie nie­świa­domy czy­ha­ją­cych wokół zagro­żeń. Wszyst­kie drzwi wej­ściowe miały po trzy zamki, w oknach i drzwiach poza­kła­da­li­śmy alarmy i żyli­śmy tak, jakby nie było podwórka przed domem. Gdyby tylko nada­rzyła się oka­zja, Cooper bez waha­nia pobiegłby w stronę samo­cho­dów. Wyda­wało się, że ruch uliczny wręcz go przy­ciąga. Gdy wra­ca­li­śmy do domu, trzeba było naj­pierw zamknąć drzwi do garażu, zanim mogli­śmy wypiąć go z fote­lika. Było to eks­tre­mal­nie prze­ra­ża­jące.

Poświę­ci­łam mnó­stwo czasu i ener­gii na zor­ga­ni­zo­wa­nie dwu­me­tro­wego drew­nia­nego ogro­dze­nia wokół naszego podwórka. Dowie­dzia­łam się, że ist­nieją pro­gramy wspar­cia dla rodzin takich jak moja, które poma­gają w mody­fi­ka­cjach domu zapew­nia­ją­cych bez­pie­czeń­stwo dzie­ciom. Finan­so­wane są z pro­gramu opieki socjal­nej Medi­caid. Nie­stety, odpra­wiano mnie z kwit­kiem. Zapro­po­no­wano metrowe ogro­dze­nie z siatki. Wyja­śni­łam im, że Cooper potra­fił i na­dal potrafi wspi­nać się na takie płoty niczym kozica gór­ska. Pro­ces ten trwał w nie­skoń­czo­ność, a urzęd­nicy zasy­py­wali mnie papier­kową robotą, tele­fo­nami i innymi pro­ble­mami. Mia­łam wra­że­nie, że liczą na to, że się pod­dam, i praw­do­po­dob­nie celowo utrud­niali mi życie. Ale nie dałam za wygraną i w końcu udało mi się dopiąć swego.

Po wszyst­kim zna­la­złam w sobie odwagę i zapy­ta­łam dyrek­torkę tego pro­gramu, dla­czego tak bar­dzo blo­ko­wała coś, co chro­ni­łoby życie mojego syna. Jej odpo­wiedź mnie zała­mała: „Nie chcie­li­śmy wydać pani zgody na dwu­me­trowy drew­niany płot, bo teraz będziemy musieli postą­pić tak samo w przy­padku każ­dej rodziny, która o taki poprosi”. Wyja­śniła mi, że stwo­rzy­łam pre­ce­dens.

Odpar­łam jej sfru­stro­wana: „Dla­czego pani nie pomy­śli o życiu i bez­pie­czeń­stwie dzieci?”. Nawet teraz, wiele lat póź­niej, różne rodziny zgła­szają się do mnie i dzię­kują za moje dzia­ła­nia, ponie­waż dzięki nim mają ogro­dze­nie zapew­nia­jące bez­pie­czeń­stwo ich dzie­ciom. Zwra­cam się więc do wszyst­kich matek i ojców, pamię­taj­cie, nikt nie będzie wal­czył o wasze dziecko bar­dziej zacie­kle niż wy. A kiedy sta­nie­cie w obro­nie wła­snego dziecka, to może się przy oka­zji oka­zać, że odmie­ni­cie życie wielu osób.

Posia­da­nie dziecka z nie­peł­no­spraw­no­ścią spo­wo­do­wało we mnie naj­głęb­sze prze­miany. Bez auty­zmu nie byłoby Kate, jaką teraz zna­cie. Wiele lat musiało upły­nąć, zanim przy­zna­łam się sama przed sobą, że dia­gnoza mojego syna cał­ko­wi­cie mnie odmie­niła, i widzę ten wielki kon­trast mię­dzy sta­nem przed dia­gnozą i po niej. Ni­gdy już nie będę tym samym czło­wie­kiem, jakim byłam, zanim w moim życiu poja­wił się autyzm, i mogę z całą pew­no­ścią powie­dzieć, że ta nowa wer­sja mnie jest dużo lep­sza. W tej sytu­acji walka byłaby cał­ko­wi­cie pozba­wiona sensu. Bar­dzo ważne jest też dostrze­ga­nie nega­ty­wów. Ich świa­do­mość rów­nież nie­sie ze sobą korzy­ści.

Kie­dyś czy­ta­łam, jak radzić sobie z żałobą. Autorka napi­sała, że w okre­sie żałoby bywa, że czu­jemy się tak, jak­by­śmy otrzy­mali pudło wypeł­nione mro­kiem, z któ­rym musimy sobie pora­dzić, czę­sto bez żad­nego wspar­cia. Cho­ciaż mój żal wtedy był nieco inny niż to, co opi­sy­wała, to dostrze­głam wiele ana­lo­gii do mojej sytu­acji.

Ni­gdy nie pisa­łam o takim żalu w odnie­sie­niu do Coopera, ponie­waż oba­wiam się, że ktoś mógłby pomy­śleć, że porów­nuję go do pudełka peł­nego ciem­no­ści. A byłoby to bar­dzo dale­kie od prawdy. Choć, oczy­wi­ście, jego codzienne zma­ga­nia, zwłasz­cza te, o któ­rych się naj­czę­ściej nie mówi, są mro­kiem. Okru­cień­stwo świata też jest mro­kiem. Brak zro­zu­mie­nia jest mro­kiem. Jego bez­bron­ność jest mro­kiem. Mój strach przed śmier­cią i pozo­sta­wie­nie go samego jest mro­kiem.

Ale on sam jest świa­tłem. Darem.

Dopiero po wielu latach zro­zu­mia­łam róż­nicę mię­dzy świa­tłem a ciem­no­ścią. I oba te zja­wi­ska dużo mnie nauczyły. Zro­zu­mia­łam rów­nież, że jedno nie ist­nieje bez dru­giego.

Co wię­cej, w tych naj­trud­niej­szych latach dowie­dzia­łam się o żało­bie i o sobie wię­cej, niż mogłam się spo­dzie­wać. A pudełko wypeł­nione mro­kiem przy­nio­sło wiele cudow­nych obja­wień.

Codzien­nie widzę, że dzie­le­nie się naszą histo­rią jest darem. Darem wspar­cia. I przy­jaźni.

Darem pozna­wa­nia dzieci takich jak Cooper. Darem pozna­wa­nia ich rodzeń­stwa, podob­nego do Sawy­era. Poznaję rodzi­ców, takich jak ja i Jamie.

Adrian. Car­rie. Amosa. Jacka.

We wspo­mnia­nej wcze­śniej przeze mnie pre­zen­ta­cji, którą wygła­sza­łam nie­zli­czoną ilość razy, jest też slajd ze zda­niem: „Zaczę­łam wie­rzyć, że szczę­ście nie jest mi pisane”.

Zajęło mi pra­wie trzy­na­ście lat, zanim pozwo­li­łam sobie na tyle otwar­to­ści, aby się tą myślą podzie­lić. Pamię­tam, że pierw­szy raz poja­wiła się ona w mojej gło­wie tuż po prze­pro­wadzce do nowej dziel­nicy. Do domu, który, jak myśle­li­śmy, miał być naszym domem na zawsze. Pod­pi­sa­li­śmy doku­menty i już dom ofi­cjal­nie nale­żał do nas. Następ­nego dnia rano zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi i dwóch małych chłop­ców przy­szło po Sawy­era, żeby się poba­wić na dwo­rze. Żar­tuję teraz, że prze­padł wtedy na rok. Chwilę potem Jamie poszedł wynieść śmieci i nie wró­cił. Odkrył, że w oko­licy miesz­kają inni ojco­wie.

Byłam w ciąży z Har­bo­rem, mój brzuch był na tyle duży, że nie dało się go nie zauwa­żyć. Sie­dzia­łam w salo­nie, a całe życie roz­gry­wało się gdzie indziej. Cooper, który wtedy zupeł­nie nie mówił, poru­szał się po naszym nowym domu po nie­wi­dzial­nej ścieżce, a jego nie­po­kój się­gał zenitu. Sie­dzia­łam sama, a cisza dud­niła mi w gło­wie. Może to hor­mony cią­żowe, a może to jakaś zdra­dziecka mat­czyna wizja, ale nagle zoba­czy­łam swoją przy­szłość. Byli­śmy w niej tylko ja i Cooper. Sami. Wszy­scy inni gdzieś ode­szli. Zazwy­czaj w naj­czar­niej­szych wyobra­że­niach mia­łam ten obraz, że wszy­scy w końcu odejdą i zosta­niemy tylko ja i Cooper. I bez­wied­nie to akcep­to­wa­łam. Mia­łam sobie sama ze wszyst­kim radzić.

Nagle roz­lega się zna­jomy dźwięk SMS-a. Gru­powa kon­wer­sa­cja z przy­ja­ciół­kami, mamami, które rozu­mieją mnie, jak nikt inny.

„Kate, jak się czuje Cooper? Co dziś wrzu­cił do wanny?”

I już nie jestem sama.

ADRIAN

Moje dzie­ciń­stwo było idyllą, jeśli w ogóle takowa ist­nieje. Tra­dy­cyjna, typowa ame­ry­kań­ska rodzina. Mama, zaj­mu­jąca się domem, tata – lekarz. Całe dni spę­dza­łam na świe­żym powie­trzu. Prze­mie­rza­łam oko­liczne zadbane podwórka na gokar­cie z sil­ni­kiem spa­li­no­wym, który dosta­łam od Świę­tego Miko­łaja. Mia­łam sie­dem lat.

Ach! Wschod­nia Karo­lina Pół­nocna to wspa­niałe miej­sce, gdzie można posza­leć, i to wła­śnie robi­łam. Uro­dzi­łam się na Połu­dniu, ale moi rodzice byli Jan­ke­sami – pocho­dzili z Ohio. Nie prze­strze­gali więc zasad, jakie przy­świe­cały wycho­wa­niu porząd­nej dziew­czynki z Połu­dnia. Stąd ta moja dzi­kość. Kiedy zamy­kam oczy, widzę małą dziew­czynkę zanu­rzoną w fale morza, opa­loną i szczu­płą, z tro­chę przy­dłu­gimi rękami i nogami. I prze­rwą mię­dzy zębami. Z krótko przy­ciętą blond czu­pryną – mama mówiła, że stro­ni­łam od kąpieli.

Być może moja histo­ria nie jest wyjąt­kowa, a być może jest. Choć byłam lubiana przez rówie­śni­ków, to nie da się zaprze­czyć, że róż­ni­łam się od nich, i nawet ja wtedy to dostrze­ga­łam. Byłam niczym pustynny bie­gacz wśród wierzb pła­czą­cych. Już wtedy wie­dzia­łam, że ścieżka mojego życia jest inna, ale nie potra­fi­łam jesz­cze powie­dzieć na ile i dla­czego. Nie mia­łam poję­cia, jakie zakręty napo­tkam na swo­jej dro­dze, nie mówiąc już o tym, że będę miała dziecko z auty­zmem. Amos jako mały chło­piec bar­dzo przy­po­mi­nał mnie w tym wieku – miał burzę blond wło­sów i przy­dłu­gie koń­czyny, ale jego dzie­ciń­stwo nie było wypeł­nione taką samą wol­no­ścią i nie­za­leż­no­ścią.

Tamta mała dziew­czynka o sil­nej oso­bo­wo­ści ni­gdy nie stra­ciła ostro­ści widze­nia, choć kształty się tro­chę roz­myły i zatarły, gdy mój star­szy brat nagle znik­nął z tego świata. Mia­łam czter­na­ście lat, gdy po raz pierw­szy prze­ży­łam żałobę zwią­zaną z dia­gnozą. Brzmiała ona – rak. Po roku mój brat był już tylko wspo­mnie­niem. Wej­ście w rolę jedy­naczki zajęło mi tro­chę czasu i dopiero w póź­nym okre­sie doj­rze­wa­nia sta­łam się wzo­rową córką. Ukoń­czy­łam Psy­cho­lo­gię Roz­woju Dziecka w Mere­dith Col­lege, uzy­ska­łam tytuł magi­stra peda­go­giki na Uni­wer­sy­te­cie Karo­liny Pół­noc­nej w Cha­pel Hill oraz zro­bi­łam dok­to­rat z roz­woju edu­ka­cji na Uni­wer­sy­te­cie Sta­no­wym Karo­liny Pół­noc­nej.

W mię­dzy­cza­sie wyszłam za mąż za chło­paka, któ­rego zna­łam od cza­sów stu­diów. W Tho­ma­sie Woodzie zako­cha­łam się po wielu latach przy­jaźni. On był opa­no­wany i spo­kojny, ja gło­śna i wesoła. Jed­nak coś nas do sie­bie przy­cią­gnęło i tak żyjemy razem przez wię­cej niż połowę mojego życia. Jeste­śmy mał­żeń­stwem od ponad dwu­dzie­stu lat i przez więk­szość tego czasu miesz­kamy w Eden­ton w Karo­li­nie Pół­noc­nej, gdzie czuję się jak w domu. Tho­mas odgrywa naj­waż­niej­szą rolę w moim życiu – nie tylko jako mąż i moja opoka, ale także jako ojciec czwórki naszych dzieci.

Gdy piszę ten tekst, mamy troje nasto­lat­ków i ucznia trze­ciej klasy szkoły pod­sta­wo­wej.

Tho­mas (ma tak samo na imię jak jego ojciec) to nasze naj­star­sze dziecko, ma osiem­na­ście lat i w tym roku koń­czy liceum. Jest wspa­nia­łym mło­dym czło­wie­kiem o wraż­li­wym uspo­so­bie­niu i sercu peł­nym empa­tii.

Następny w kolej­no­ści jest Rus­sell. Ma szes­na­ście lat i od zawsze zaj­mo­wał szcze­gólne miej­sce w moim sercu, ponie­waż otrzy­mał imię po moim star­szym bra­cie (Ada­mie Rus­sellu). Rus­sell jest skłonny do reflek­sji, cie­kaw­ski i uwiel­bia się uczyć. Od zawsze opie­ko­wał się Amo­sem.

Blair ma czter­na­ście lat i jest naszą jedyną córką. Od momentu naro­dzin śmieje się i pró­buje dotrzy­mać kroku swoim star­szym bra­ciom. Blair marzyła o tym, żeby mieć młod­szą sio­strzyczkę, a kiedy Amos się uro­dził, natych­miast zaak­cep­to­wała to, że ma brata.

I wresz­cie Amos.

Amos ma dzie­sięć lat i przy­szedł na świat kilka lat po tym, gdy byli­śmy pewni, że nasza rodzina jest już kom­pletna. Mie­li­śmy trójkę małych dzieci, a nasze życie było dobre i wypeł­nione pracą. I wtedy wła­śnie dowie­dzia­łam się, że jestem w dzie­wią­tym tygo­dniu ciąży. Byli­śmy w szoku. Kiedy wie­czo­rem z mężem podzie­li­li­śmy się tą nowiną z dziećmi, były bar­dzo pod­eks­cy­to­wane. Nawet przez chwilę nie pomy­śle­li­śmy, żeby Amos nie byłby chciany czy kochany.

Wyobra­ża­łam sobie, że to będzie ostatni roz­dział mojej opo­wie­ści – budo­wa­nie wła­snego małego ple­mie­nia. Mia­łam męża, gro­madkę dzieci i w myślach widzia­łam, jak pły­niemy naszym pięk­nym stat­kiem w stronę zacho­dzą­cego słońca. Ta ide­alna wer­sja życia była uro­cza i prze­my­ślana, i do pew­nego momentu nawet dobrze nam wycho­dziła. Kiedy zaś w naszej rodzi­nie poja­wił się Amos, pozna­łam inne obli­cza rze­czy­wi­sto­ści – cha­otyczne, prze­ra­ża­jące i zaska­ku­jące – bez żad­nych ozdób czy upięk­szeń. Nie byli­śmy już rodziną z moich wyobra­żeń.

Zapra­co­wany ojciec i matka, któ­rej daleko do dosko­na­ło­ści, trosz­cząca się o trójkę nasto­lat­ków i dzie­się­cio­latka z auty­zmem. Mam nadzieję, że dla naszych dzieci, podob­nie jak dla mnie, nasza rodzina jest schro­nie­niem przed nawał­ni­cami, jakie nie­sie ze sobą życie. Mam nadzieję, że wie­dzą, że per­fek­cja jest prze­re­kla­mo­wana, a rze­czy­wi­stość jest twarda. Ja na pewno się o tym prze­ko­na­łam. Trójka moich dzieci podą­żała ścieżką, jaką sobie wyobra­zi­łam – ścieżką, która przy­po­mi­nała moje dora­sta­nie. A wtedy poja­wił się Amos. Wie­dzia­łam, że jest inny, podob­nie jak ja w dzie­ciń­stwie czu­łam się inna, ale znów nie umia­łam spre­cy­zo­wać, na czym te róż­nice pole­gają. I cho­ciaż cią­gle szu­ka­łam odpo­wie­dzi i potwier­dze­nia moich obaw, to sta­ra­łam się jed­nak powstrzy­mać od docho­dze­nia do pochop­nych wnio­sków. Wie­dzia­łam jed­nak, że moje dziecko różni się od innych.

Dzięki Amo­sowi roz­po­częła się moja pisar­ska podróż i powstało kolejne wspa­niałe ple­mię. Wir­tu­alna spo­łecz­ność, zło­żona z obcych sobie ludzi, któ­rzy uczą się, że warto na sobie pole­gać i że można w takiej gru­pie zna­leźć siłę, wspar­cie, pomoc, radość i łzy. Wspól­nota ta jest nie­sa­mo­wita i otrzy­ma­łam od niej o wiele wię­cej, niż dałam. W oko­licy, w któ­rej miesz­kam, nie­wiele jest rodzin podob­nych do mojej, a ja bar­dzo potrze­buję wokół sie­bie ludzi, któ­rzy „wie­dzą, o co cho­dzi”. Jestem zależna od infor­ma­cji doty­czą­cych nie­ty­po­wych zacho­wań Amosa – histo­rii lecze­nia, nauki korzy­sta­nia z noc­nika, a przede wszyst­kim słyn­nej w świe­cie auty­zmu walki o sen, a wła­ści­wie z jego bra­kiem.

Dzi­siaj chcę opo­wie­dzieć wam o mikro­ko­smo­sie, który odmie­nił moje życie na lep­sze, a dokład­nie o przy­jaźni trzech kobiet mają­cych podobne doświad­cze­nia. Zanim pozna­łam Kate Swen­son i Car­rie Cariello, nie zda­wa­łam sobie sprawy, że poza apli­ka­cjami rand­ko­wymi ist­nieją rela­cje online. Całe życie spę­dzi­łam w Karo­li­nie Pół­noc­nej i od dzie­ciń­stwa obra­ca­łam się w tych samych krę­gach towa­rzy­skich. W nie­wiel­kim mia­steczku, w któ­rym miesz­kam, nie zna­łam nikogo, kto zma­gałby się z podob­nymi pro­ble­mami, i czu­łam się bar­dzo samotna. Nasza inter­ne­towa przy­jaźń uko­iła moje serce i tchnęła we mnie nadzieję.

Koniec koń­ców wszy­scy tęsk­nimy za auten­tycz­no­ścią i prze­strze­nią, w któ­rej czu­jemy się akcep­to­wani. Praw­dziwe życie zwy­kle bar­dzo odbiega od naszych wyobra­żeń i ni­gdy nie jest pro­ste i upo­rząd­ko­wane. Praw­dziwe życie to tu i teraz, codzienna rze­czy­wi­stość, chaos, radość i nie­prze­wi­dy­wal­ność, a my z tru­dem nadą­żamy za tym, kiedy sta­li­śmy się doro­śli.

Witaj­cie w domu.

CARRIE

Mam na imię Car­rie.

Imię otrzy­ma­łam po jed­nej z kuzy­nek mojej mamy. Druga kuzynka miała na imię Alve­ena. Z per­spek­tywy czasu muszę przy­znać, że Car­rie bar­dziej do mnie pasuje.

Mój mąż to Joseph, do któ­rego zwra­camy się Joe. Z nie­zna­nych mi powo­dów nie ma dru­giego imie­nia. Może Włosi nadają tylko jedno. A może po pro­stu to dla­tego, że jest naj­młod­szy z sze­ściorga rodzeń­stwa i rodzi­com skoń­czyły się już pomy­sły.

Jeste­śmy mał­żeń­stwem od dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Mamy pię­cioro dzieci. U naszego dru­giego dziecka, Jacka, zdia­gno­zo­wano autyzm. Nasz pier­wo­rodny syn, Joseph, ma dwa­dzie­ścia lat i jest na trze­cim roku stu­diów. Ma zie­lone oczy i burzę falo­wa­nych wło­sów, które spa­dają mu na oczy. Jest łagodny i uro­czy, ale potrafi wyjeść resztki jedze­nia bez pyta­nia, czy ktoś jesz­cze ma ochotę.

Jack ma dzie­więt­na­ście lat. Wła­śnie roz­po­czął kolejny rok edu­ka­cji w spe­cjal­nym ośrodku. Reali­zo­wany jest tam pro­gram wspar­cia ukie­run­ko­wany na jego potrzeby i poma­ga­jący mu się roz­wi­jać. Mie­rzy 195 cm i jest jak dotąd naj­wyż­szy w naszej rodzi­nie.

Char­lie ma osiem­na­ście lat, ciemne oczy i sza­lone serce. Jest naj­bar­dziej podobny do ojca. Uwiel­bia sport, a ja czę­sto porów­nuję go do szcze­niaczka albo latawca – otwie­rasz drzwi i tyle go widzieli. Jest nie­zwy­kle przy­ja­ciel­ski.

Nasza córka, Rose, ma szes­na­ście lat. Wła­śnie zro­biła prawo jazdy. Gdy patrzy­łam, jak pierw­szy raz sama wyjeż­dża z pod­jazdu, to łzy napły­nęły mi do oczu. Uświa­do­mi­łam sobie, że pew­nie już ni­gdy wię­cej nie odbiorę jej z tre­ningu czy z pracy – dora­bia sobie jako opie­kunka do dzieci. Zawsze lubi­łam nasze wspólne chwile w samo­cho­dzie, nawet jeśli czę­sto się spóź­nia­łam.

Henry, nasz naj­młod­szy syn, ma pięt­na­ście lat. I choć już mnie prze­rósł, to wciąż myślę o nim jak o małym chłopcu. Oczy­wi­ście nie­na­wi­dzi, gdy tak mówię.

Henry miał osiem­na­ście mie­sięcy, gdy u Jacka zdia­gno­zo­wano autyzm. Było to w chłodny listo­pa­dowy dzień. Wra­ca­li­śmy do samo­chodu i sły­sze­li­śmy, jak nasze kroki niosą się echem po par­kingu. Miał wtedy na sobie ogrod­niczki.

Miesz­ka­li­śmy w Buf­falo w sta­nie Nowy Jork. Poje­cha­łam auto­stradą wio­dącą z cen­trum do domu. Zje­cha­łam odpo­wied­nim zjaz­dem i prze­je­cha­łam przez naszą dziel­nicę. Byłam przy­bita, ale jed­no­cze­śnie spo­kojna. Kiedy dotar­li­śmy do domu, zadzwo­ni­łam do Joego. Był rok 2004, w tam­tych cza­sach tele­fony komór­kowe były wiel­kie, toporne i miało się wra­że­nie, że nosi się cegłę w torebce. Nie dało się zadzwo­nić z samo­chodu. Joe wysłu­chał w mil­cze­niu tego, czego dowie­dzia­łam się od leka­rza: Jack był w spek­trum auty­zmu. Wtedy dia­gnoza została skla­sy­fi­ko­wana jako cało­ściowe zabu­rze­nie roz­wo­jowe, nie­okre­ślone. Po upły­wie czasu i po prze­pro­wadzce do innego stanu osta­tecz­nie prze­kształ­ciła się po pro­stu w autyzm.

_Mój syn Jack ma autyzm._

Osta­tecz­nie te pięć powyż­szych słów ukształ­to­wało moją rodzinę, moje mał­żeń­stwo i moje życie.

Jed­nakże w 2004 roku nie zna­łam żad­nej osoby, u któ­rej zdia­gno­zo­wano by autyzm. Wła­ści­wie jedy­nym punk­tem odnie­sie­nia, jaki mia­łam, był film _Rain Man_ z Tomem Cru­ise’em i Dusti­nem Hof­f­ma­nem. Oglą­da­łam go z mamą, gdy jesz­cze cho­dzi­łam do liceum. Pamię­tam, że sie­dzia­ły­śmy w salo­nie i podzi­wia­ły­śmy Dustina Hof­f­mana, który wspa­niale spor­tre­to­wał czło­wieka prze­peł­nio­nego nie­po­ko­jem, z cha­rak­te­ry­styczną sztyw­no­ścią w zacho­wa­niu. Byłam jed­no­cze­śnie prze­ra­żona i zafa­scy­no­wana. Jed­nak z jakie­goś powodu, gdy film się skoń­czył, nie poświę­ci­łam mu wię­cej uwagi.

Moi przy­ja­ciele kiwali ze współ­czu­ciem gło­wami, gdy mówi­łam im o dia­gno­zie Jacka. Wszy­scy mie­li­śmy dzieci w podob­nym wieku. Zada­wali roz­sądne pyta­nia. Uśmie­chali się i mierz­wili Jac­kowi włosy, gdy się­gał do ich szaf po odku­rzacz zamiast do kosza z zabaw­kami, któ­rymi na pod­ło­dze bawiły się pozo­stałe dzieci. Jed­nak nikt tak naprawdę nie rozu­miał mojej nowej rze­czy­wi­sto­ści. Niby jak? Ja sama ledwo ją rozu­miałam.

Czu­łam się samotna. Pra­co­wa­łam na pół etatu, do tego zaj­mo­wa­łam się dwójką malu­chów, a pod ser­cem nosi­łam już kolejne dziecko. Czę­sto wyda­wało mi się, że Jack jest poza moim zasię­giem – jak­bym nie potra­fiła prze­nik­nąć do wnę­trza auty­zmu i dotrzeć do mojego małego synka. Wyda­wało się, że nawet nie wie, kim jestem. Zaczę­łam odczu­wać coraz więk­szy strach.

W listo­pa­dzie 2004 roku Face­book nie cie­szył się jesz­cze tak dużą popu­lar­no­ścią. Ow­szem, zawład­nął kam­pu­sami uni­wer­sy­tec­kimi i spo­łecz­no­ścią stu­dencką w całym kraju, ale musiało upły­nąć jesz­cze wiele lat, zanim prze­strzeń inter­ne­towa stała się miej­scem dla matek i blo­ge­rów.

Wio­sną 2007 roku prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do New Hamp­shire. Mia­łam już trzech syn­ków poni­żej czwar­tego roku życia i znów nosi­łam ubra­nia cią­żowe. Pamię­tam, że kupi­łam sobie koszulkę z wysa­dza­nym krysz­tał­kami napi­sem „baby” i ze strzałką wska­zu­jącą na brzuch. Żeby nikt nie miał wąt­pli­wo­ści co do mojego stanu.

Odkąd pamię­tam, uwiel­bia­łam czy­tać, a w ciągu kilku kolej­nych lat odkry­łam, że lubię rów­nież pisać. Zaczę­łam wysy­łać krót­kie eseje do lokal­nych wydaw­nictw, były to zazwy­czaj pełne humoru tek­sty z obser­wa­cjami na temat rze­czy­wi­sto­ści, na przy­kład, o tym, dla­czego kobiety wolą nosić za dużą bie­li­znę, lub o rosną­cej popu­lar­no­ści samo­opa­la­czy. Pew­nego popo­łu­dnia Joe czy­tał wła­śnie gazetę i zauwa­żył ogło­sze­nie wydawcy, do któ­rego można było wysłać tek­sty z gatunku lite­ra­tury faktu. „Hej, kocha­nie!” – zawo­łał do mnie sto­ją­cej aku­rat przy zle­wie. „Może powin­naś poroz­ma­wiać z tym face­tem. Może napi­szesz książkę!”

Książka. Chwilę roz­my­śla­łam nad tym pomy­słem, płu­cząc ostat­nie naczy­nia. Szybko go jed­nak zigno­ro­wa­łam. Książki mogli pisać inni, prze­cież nie ja. Dowie­dzia­łam się póź­niej, że taki brak pew­no­ści sie­bie nazy­wany jest syn­dro­mem oszu­sta – polega na tym, że wąt­pimy w swoje umie­jęt­no­ści i talent, ponie­waż boimy się, że zosta­niemy uznani za oszu­stów.

Ale Joe zosta­wił otwartą gazetę na bla­cie w kuchni. Scho­wa­łam więc dane kon­tak­towe do szu­flady w biurku na wypa­dek, gdy­bym kie­dyś zebrała się na odwagę, żeby zadzwo­nić. I zadzwo­ni­łam. Jakieś trzy mie­siące póź­niej. To była tram­po­lina do mojej pisar­skiej kariery.

Wydaw­nic­two było małe, wła­ści­wie jed­no­oso­bowe. Moją pierw­szą książkę reda­go­wa­li­śmy w kuchni wydawcy. Sie­dzie­li­śmy przy stole, jeden pies drze­mał u naszych stóp, a drugi czuj­nie krą­żył wokół. Udało nam się wybrać zdję­cie na okładkę i ponow­nie prze­czy­ta­li­śmy frag­menty, żeby spraw­dzić spój­ność tek­stu. Kiedy spo­tka­li­śmy się, aby przej­rzeć osta­teczną wer­sję do druku, wydawca zasu­ge­ro­wał, żebym zało­żyła bloga, to miało przy­cią­gnąć grono odbior­ców. Zgo­dzi­łam się bez prze­ko­na­nia.

Moim pierw­szym wpi­sem na blogu był list do Jacka z oka­zji jego ósmych uro­dzin. Sta­ra­łam się przed­sta­wić go czy­tel­ni­kom takim, jakim był w tym kon­kret­nym momen­cie: małym chłop­cem z nie­sa­mo­witą pamię­cią do dat, uwiel­bia­ją­cym cia­steczka.

Wkrótce odkry­łam, że pisa­nie bloga to świetny spo­sób na prze­pra­co­wa­nie moich doświad­czeń zwią­za­nych z dia­gnozą i macie­rzyń­stwem. Krok po kroku, za pomocą inter­netu, zaczę­łam dzie­lić się frag­men­tami naszego życia oraz trud­no­ściami wyni­ka­ją­cymi z auty­zmu. Porów­ny­wa­łam drobne ukłu­cia żalu, któ­rych doświad­cza­łam w ciągu dnia, do drob­nych ska­le­czeń kartką. Żal poja­wiał się na przy­kład wtedy, gdy widzia­łam jakie­goś chłopca w wieku Jacka bawią­cego się z przy­ja­ciółmi, pod­czas gdy on sie­dział na placu zabaw sam, z boku. Reak­cja na naszą histo­rię była wręcz osza­ła­mia­jąca. Oka­zało się, że wielu ludzi chce poznać świat dziecka ze zdia­gno­zo­wa­nym auty­zmem. Stop­niowo więc grupa moich odbior­ców zaczęła się powięk­szać.

Mia­łam też grono bli­skich przy­ja­ció­łek w praw­dzi­wym życiu – kobiety, które mnie wspie­rały i sta­rały się jak naj­le­piej zro­zu­mieć moją sytu­ację, czyli jak to jest mieć syna takiego jak Jack. Słu­chały, kiedy potrze­bo­wa­łam się wyga­dać, przy­no­siły moje ulu­bione prze­ką­ski, gdy mnie odwie­dzały, i ogól­nie zapew­niały mi bez­pieczną prze­strzeń, w któ­rej mogłam odpo­cząć i poroz­ma­wiać. Mimo wszystko jed­nak mia­łam wra­że­nie, że nikt tak naprawdę nie rozu­mie mojego świata.

Wtedy to wła­śnie na arenę wkro­czył Face­book i stał się plat­formą do kon­tak­tów spo­łecz­nych. Dołą­czy­łam do kilku grup dla rodzi­ców dzieci ze spe­cjal­nymi potrze­bami / z nie­peł­no­spraw­no­ściami. Pierw­sza z nich nazy­wała się Autism Magic Happy Fun Time i była spo­łecz­no­ścią zło­żoną z blo­ge­rów, któ­rzy dzielą się emo­cjo­nal­nymi zawi­ro­wa­niami będą­cymi czę­ścią życia z auty­zmem. To wła­śnie tam tra­fi­łam na histo­rię Kate.

Pamię­tam, jak prze­czy­ta­łam o tym, jak bar­dzo jej rodzina była odizo­lo­wana z powodu cięż­kiej postaci auty­zmu u Coopera – jak nie­wiele miejsc mogli odwie­dzić ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Bez chwili namy­słu wysła­łam jej wia­do­mość, zapew­nia­jąc, że zawsze jest mile widziana w New Hamp­shire. Był rok 2014. Jej syn, Cooper, miał cztery lata, a Jack dzie­sięć.

Z per­spek­tywy czasu wydaje mi się to zupeł­nie do mnie nie­po­dobne, ale wtedy naj­wy­raź­niej pokie­ro­wała mną jakaś siła. Być może nawet więź, a raczej nie­wi­dzialne poro­zu­mie­nie, zro­dzone z samot­no­ści, któ­rej cią­gle doświad­cza­łam. Nie spo­dzie­wa­łam się żad­nej odpo­wie­dzi. A jed­nak dzień póź­niej cze­kała na mnie wia­do­mość. Od tam­tej pory były­śmy w sta­łym kon­tak­cie. Wysy­ła­ły­śmy do sie­bie wia­do­mo­ści, e-maile, a w końcu SMS-y, wymie­nia­ły­śmy się żar­tami, zdję­ciami i dzie­li­ły­śmy zmar­twie­niami, które czę­sto nie dawały nam spać po nocach. Mimo tego, że miesz­ka­ły­śmy na dwóch odle­głych krań­cach kraju, to nawią­zała się mię­dzy nami przy­jaźń, może wir­tu­alna – ale jed­nak. Minęło pra­wie osiem lat, zanim spo­tka­ły­śmy się oso­bi­ście.

Poczu­łam, że ktoś poza mną naresz­cie rozu­mie, jak nie­prze­wi­dy­walne, twarde, bole­sne i nie­sa­mo­wite bywa życie. Jed­no­cze­śnie zafa­scy­no­wały mnie róż­nice mię­dzy naszymi synami i ich dia­gno­zami – mię­dzy tym, w jaki spo­sób Cooper usta­wiał krze­sła w rzę­dach i gro­ma­dził papier, a tym, jak Jack obse­syj­nie fascy­no­wał się tabli­cami reje­stra­cyj­nymi i zma­gał z nie­mal każdą formą inte­rak­cji spo­łecz­nej.

Kiedy wybu­chła pan­de­mia, Kate zaczęła wyko­rzy­sty­wać bar­dziej kre­atywne spo­soby na anga­żo­wa­nie swo­ich odbior­ców, czyli zaczęła pro­wa­dzić rela­cje na żywo na Face­bo­oku.

Pew­nego dnia zapro­siła mnie i dwie inne mamy, autorki ksią­żek o auty­zmie, żeby­śmy dołą­czyły do dys­ku­sji na temat, który aku­rat przed­sta­wiała. To wła­śnie wtedy pozna­łam Adrian. Po raz kolejny poczu­łam nie­mal natych­mia­stową więź zarówno z nią, jak i z histo­rią jej życia.

Cho­ciaż bar­dzo się od sie­bie róż­nimy jako matki, a nasi syno­wie mają bar­dzo różne dia­gnozy, to wiele nas łączy.

Teraz sie­dzę przy biurku znów gotowa do pisa­nia. Moja histo­ria nie jest jakąś nie­ty­pową histo­rią. Przez długi czas sądzi­łam, że jest opo­wie­ścią o chłopcu. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Ta histo­ria jest jak dziki kwiat, który wyła­nia się z pęk­nię­cia w chod­niku i roz­kwi­tła w coś deli­kat­nego, zaska­ku­ją­cego.

To histo­ria o mał­żeń­stwie, wyba­wie­niu, stra­cie i nadziei. To histo­ria o walce z wyob­co­wa­niem, jakie narzuca autyzm. Histo­ria o tym, że siła tkwi w ilo­ści – i jak ważne jest zna­le­zie­nie spo­łecz­no­ści, która cię wspiera.

Wraz z każ­dym sło­wem, które zapi­suję, uświa­da­miam sobie, że świat musi się jesz­cze dużo nauczyć. Podob­nie jak ów chło­piec, Jack. Czy tak się jed­nak sta­nie? Mój nie­po­kój jest tak wszech­ogar­nia­jący, że cza­sem mam wra­że­nie, jakby go w ogóle nie było. Myślę o Jacku, widzę go w jego pokoju przy­po­mi­na­ją­cym pokój w aka­de­miku, jak ciężko pra­cuje, by zbu­do­wać swoje życie wokół dia­gnozy – a może pomimo niej – i moje serce prze­peł­nia duma. Ponie­waż życie z auty­zmem to nie­koń­czący się wir sprzecz­no­ści, które zmie­niają się z minuty na minutę.

Wie­rzę w niego. Wie­rzę w świat. Wie­rzę w dru­gie szanse i uśmie­chy pły­nące z dobrej woli. Wie­rzę, bo muszę wie­rzyć. Nie mam innego wyj­ścia. Nie mam innego wyboru, bo pew­nego dnia umrę. I choć ta myśl mnie para­li­żuje, to prze­cież taka jest prawda. Oto ja, maleńka i wystra­szona.

Ale na razie żyję odważ­nie.

Nie mam wyboru. Gdy patrzę w niebo, sta­ram się widzieć słońce zamiast burzo­wych chmur. Sły­szę dźwięki muzyki i nasłu­chuję pta­ków, które odle­ciały. Czuję nad­cho­dzącą zimę. Liście żółkną, uno­szą się, dry­fują, opa­dają. Jed­nak z wio­sną przyj­dzie nowe życie i gałę­zie będą znów zie­lone. Nadej­dzie nowa nadzieja. Mocno się trzy­mam świa­tła. To wła­śnie ono utrzy­muje ptaki na nie­bie.

Liczę na to, że w zda­niach, które tu, w tej książce skre­śli­łam, znaj­dzie­cie coś dla sie­bie. Prze­ka­zuję je wam z głębi serca.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij