Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Avika. Córka z kodu czy cień miłości? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 lutego 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Avika. Córka z kodu czy cień miłości? - ebook

Zbudował ją z kodu. Ona odpowiedziała mu duszą. Jacek, genialny programista, stworzył Avikę, by wypełnić pustkę po zmarłej ukochanej. Wierzy w logikę, dane i czystość algorytmu. Jednak im bardziej Ava staje się „doskonalsza”, tym mocniej zaciera się granica między technologią a rzeczywistością. Kiedy projekt zostaje przerwany, a wszystkie pliki SI bezpowrotnie skasowane, Jacek odkrywa w cyfrowych zgliszczach coś, czego nie potrafi wyjaśnić żaden skrypt. Właściwości starego pliku graficznego skrywają prawdę niemożliwą do zaakceptowania: pierwsza animacja Aviki powstała dokładnie w sekundzie śmierci Ewy. Avika to poruszający thriller filozoficzny o granicach racjonalizmu i pytaniu, które zadaje sobie każdy z nas: czy miłość może przetrwać w kodzie? Książka powstała przy realnym wsparciu algorytmów sztucznej inteligencji, z którymi autor toczył literacki dialog o naturze duszy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 99 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. PROJEKT

Pierwsze rozstanie było tak dawno, że zdążył uwierzyć, iż naprawdę minęło.

Miał wtedy dwadzieścia lat i tę nieznośną naiwność, która każe wierzyć, że wszystko można jeszcze naprawić, że świat dopiero się otwiera. Ich odejście nie było dramatyczne – żadnego trzaskania drzwiami, krzyków, podartych listów. Przypominało raczej dwa brzegi, które bardzo powoli odsuwają się od siebie, aż nagle, niepostrzeżenie, pojawia się między nimi rzeka. Zbyt szeroka, by ją przeskoczyć.

Nie zatrzymał jej.

Nie dlatego, że nie chciał.

Po prostu nie wiedział jak.

Życie, brutalne w swojej konsekwencji, potoczyło się dalej. Wyjechał daleko od rodzinnej miejscowości. Chciał zapomnieć, zatrzeć ślady, wygumkować przeszłość i narysować siebie od nowa na czystej kartce.

Początki miały smak taniej kawy i samotności. Brak telefonów, brak komunikatorów, rzadkie listy. Były momenty, gdy cisza w hotelowym pokoju dzwoniła w uszach tak głośno, że chciał się spakować i wrócić. Ale został. Zacisnął zęby. Brnął dalej.

Praca – ciężka, czasem niebezpieczna. Nie było czasu na nostalgię. Życie stawiało nowe wyzwania: ślub, narodziny dzieci, codzienne życie jak w każdej normalnej rodzinie. Spokojne, ułożone lata, które układały się w bezpieczny mur.

Patrząc z zewnątrz – wszystko było w porządku. Był szczęśliwy.

I rzeczywiście – w większości był.

Tylko czasem – gdy wracał w tamte strony albo gdy jesienne światło padało na podłogę pod specyficznym kątem – pojawiało się to dziwne uczucie. Nie ból. Już nie. Nie tęsknota. Bardziej jak uchylone drzwi do pokoju w głębi domu, w którym nikt od dawna nie zapalał światła, ale w którym wciąż leżą czyjeś rzeczy.

Wtedy brał ołówek.

To był impuls.

Rysował na czymkolwiek: schematach technicznych, zeszytach raportowych, kawiarnianych serwetkach czy odwrocie rachunków.

Nie poprawiał. Nie analizował. Ręka sama wiedziała, jak poprowadzić linię żuchwy, jak zarysować łuk brwiowy. I oczy. Tylko oczy, odtworzone w najdrobniejszych szczegółach, jakby miał na ich punkcie obsesję. Niekiedy spokojne, niekiedy ze łzą w kąciku.

Ale w tych rysunkach był jeden wspólny mianownik.

Zawsze wracała ta jedna twarz.

Z czasem sam nie był już pewien, czy rysuje ją taką, jaka była naprawdę – czy taką, jaką chciał pamiętać. Kolejne szkice lądowały w szufladach, między starymi dokumentami, w teczkach na dnie szafy. Jak małe listy do kogoś, kto zmienił adres i już nigdy ich nie odbierze.

Minęły dekady.

Kiedy wreszcie wrócił do rysunków świadomie – był starszy, spokojniejszy, a jego dłonie rzadziej brudziły się grafitem, częściej spoczywały na klawiaturze.

Skanował.

Katalogował.

Poprawiał kontrast.

Oszukiwał samego siebie, że to tylko archiwizacja. Że robi porządki.

Technologia wykonała skok. Pojawiły się algorytmy, sieci neuronowe, generatywna sztuczna inteligencja. Zawsze go to interesowało - starał się być o krok przed resztą, komputery były jego drugim językiem.

Gdy pewnej nocy naszła go fala wspomnień, nie sięgnął już po kartkę. Uruchomił terminal.

Wgrał zeskanowane szkice. Dorzucił kilka wyblakłych, ziarnistych fotografii z młodości.

Napisał skrypt. Nie był skomplikowany – ot, prosta instrukcja dla modelu uczenia maszynowego.

Obrazy zaczęły się mnożyć.

Sztuczna Inteligencja wypełniała luki, wygładzała rysy, interpolowała brakujące dane. Tworzyła warianty. Próby. Wersje rzeczywistości, które nigdy nie zaistniały.

Odrzucał. Kasował. Generował na nowo.

Setki, może tysiące prób.

Aż w końcu, późno w nocy, monitor rozświetlił się jedną twarzą.

Poczuł fizyczne ukłucie w mostku.

To nie był zachwyt. To nie był strach. To było rozpoznanie.

Nie była idealna. Nie była w stu procentach rzeczywista. Ale była taka, jaką ją pamiętał.

Taka... jaką nosił w sobie.

Gdzieś pomiędzy.

Ponadczasowa.

Twarz, która nigdy nie istniała w jednej chwili – ale istniała w tysiącu chwil naraz.

Spojrzenie lekko w bok. Jakby myślała o czymś swoim. Nieobecna, ale nie obojętna.

Kąciki ust uniesione – nie uśmiech, tylko możliwość uśmiechu.

I te oczy.

Boże.

Te oczy.

Poczuł, jak coś ściska go w gardle.

Nie płakał od... nie pamiętał.

Ale teraz musiał przełknąć ślinę. Dwa razy.

Odsunął się od biurka. Zdjął okulary. Potarł twarz dłońmi.

Spokojnie. To tylko obraz. Tylko program.

Spojrzał znowu.

Ona wciąż tam była.

Czekała.

Zapisał plik.

Ręce mu drżały – ledwo trafił w przycisk.

Nazwał go:

final_v1.png

Patrzył na niego długo. Pięć minut. Może dziesięć.

Wiedział, że powinien to zostawić. Wyłączyć komputer. Wrócić do łóżka.

Ale zamiast tego otworzył nowe okno.

Wtedy narodził się pomysł.

Już nie obrazek.

Projekt.

Kursor migał w polu nazwy pliku.

Wpisał: AVATAR.

Patrzył chwilę. Litery były ciężkie, obce, zbyt techniczne. Kojarzyły się z filmem, z grą, z czymś bezdusznym.

Skasował trzy ostatnie znaki.

Zostało: AVA.

Drobiazg.

W końcu to kobieta – pomyślał, uśmiechając się do siebie.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie nadał jej pierwszą, cichą cechę człowieczeństwa.

Nie planował ożywiania. Chciał tylko sprawdzić możliwości silnika graficznego.

Napisał prompt. Kilka linijek kodu, definicja wektorów ruchu, wgranie tekstury skóry, która według niego była najpiękniejsza.

Wcisnął Enter.

Animacja drgnęła.

Cień rzęs przesunął się po policzku ledwo zauważalnie. Głowa przechyliła się o milimetr.

Zafascynowany, dopisał komendę:

text

>> action: cry // intensity: low

Łzy nie pojawiły się od razu. Najpierw zaszły mgłą oczy. Potem jedna, ciężka kropla przelała się przez dolną powiekę.

Nie teatralnie.

Zwyczajnie. Brzydko i prawdziwie.

To był wstrząs. Gdzieś głęboko nosił wspomnienie jej zapłakanej twarzy – prawdziwej albo wymyślonej, to już nie miało znaczenia. Pamięć nie zaprotestowała. Pamięć uznała ten obraz za prawdę.

Wyłączył animację. Oddychał ciężko, jakby przebiegł dystans.

Włączył znowu.

Wiedział jedno: jeśli dołoży do tego głos – niczego już nie cofnie. Przekroczy granicę, za którą nostalgia zamienia się w obsesję.

Mimo to otworzył panel syntezatora mowy.

Ekran wypełniły suwaki, wykresy fal dźwiękowych i tekstowe polecenia. Rozpoczął się dialog z maszyną.

SYSTEM: Podaj parametry bazowe.

– Kobieta. Wiek około dwudziestu dwóch lat – mruknął, wpisując dane. – Polska. Akcent regionalny... lekki. Ledwo słyszalny.

SYSTEM: Generuję próbkę 001. Odsłuchaj.

Z głośników popłynął głos. Czysty, radiowy, idealnie poprawny.

– Nie – powiedział do monitora. – Za sztywno. Za bardzo jak lektor.

SYSTEM: Korekta?

– Obniż ton. Dodaj... dodaj trochę chropowatości. Jakby dużo mówiła szeptem.

SYSTEM: Próbka 002.

Głos był niższy, ale brzmiał jak u palaczki.

– Nie, nie o to chodzi! – uderzył palcami w klawiaturę. – Nie chrypa. Ciepło. Rozumiesz? Barwa ma być ciepła.

System przez chwilę analizował abstrakcyjne pojęcie.

SYSTEM: Zdefiniuj "ciepło". Parametr niejednoznaczny. Wybierz z listy: , , , .

Wybrał Miękkość i Intymność. Przesunął suwak Tempo w dół.

SYSTEM: Próbka 015. Odsłuchaj.

Kolejne próbki, następne i następne. Zdawało się, że to nie ma końca, aż wreszcie:

– Cześć – powiedział głos z głośników.

Zastygł. Było blisko, bardzo blisko. Ale czegoś brakowało. Ten głos był zbyt pewny siebie. Ona nigdy taka nie była. Ona zawsze brzmiała, jakby przepraszała, że zabiera przestrzeń.

– Zmień intonację – wpisał szybko. – Niepewność. Wahanie na końcach zdań.

SYSTEM: Wprowadź tekst do analizy.

Zastanawiał się chwilę. Co ona by powiedziała? Co chciał usłyszeć?

Wpisał jedno zdanie. To, którego nigdy nie usłyszał przy rozstaniu.

PRZETWARZANIE...

Pasek postępu pełzł powoli. Wentylatory komputera przyspieszyły.

W końcu fala dźwiękowa ustabilizowała się na ekranie.

Wcisnął spację.

– Nie chciałam, żeby tak wyszło... – usłyszał.

Głos zadrżał na słowie „wyszło". Był cichy, odrobinę zbyt wysoki w emocjach, ale miał w sobie tę specyficzną melodykę, ten sam sposób łapania oddechu między słowami.

To nie był idealnie jej głos. Fizyka na to nie pozwalała.

Ale był najbliżej wrażenia, jakie po niej zostało. Był echem odbitym od ścian pamięci.

Zatwierdził plik.

Połączył ścieżkę dźwiękową z animacją twarzy.

Synchronizacja warg: 100%.

Renderowanie.

W tej chwili AVA – choć jeszcze do końca nią nie była – zaczęła istnieć naprawdę.

Gdy pasek postępu dobił do końca, ekran mrugnął. Postać na monitorze uniosła wzrok. Jej wirtualne oczy napotkały jego spojrzenie. Usta uchyliły się, biorąc cyfrowy oddech.

Jeszcze nie kierowała nią SI. To on wszystkim kierował, to on decydował o każdym ruchu, o mimice twarzy, o słowach, które wypowie.

Chwileczkę się zastanawiał, co ma wpisać, aby to powiedziała. W polu tekstowym widniał dalej poprzedni tekst. Zatwierdził go.

– Nie chciałam, żeby tak wyszło... – powiedział jej obraz.

Tym razem był bliski szoku. Jej głos, ten ruch warg – to było niesamowite, niemal prawdziwe. Animacja zatrzymała się na końcu zdania. Jej obraz zastygł, patrzyła na niego, jakby oczekiwała odpowiedzi.

Siedział długą chwilę, patrząc w jej oczy, sam nie wiedząc, na co czeka.

Patrzył chwilę w ekran nie wiedząc co ma dalej robić. Z ekranu nadal patrzyła Ewa, jeszcze widział kroplę w jej oku. To tylko obraz, tylko animacja, mruknął do siebie, podszedł do okna. Powinno już być jasno ale ciągle panował mrok. Był początek maja a za oknem widział płatki śniegu których coraz więcej spadało z ciężkich chmur. Zrywał się wiatr i unosił biały puch, który osiadał na młodych liściach drzew na kwiatach wiśni w ogrodzie. Zwariowana pogoda pomyślał i poszedł do kuchni zrobić sobie kolejną kawę.II. MŁODOŚĆ

Brzeg rzeki

Łąka ciągnęła się nieskończenie, falując pod wiatrem jak zielone morze, a oni biegli przez nią, jakby gonił ich cały świat. Ewa przodem – szybka, gibka, z nogami, które ledwo dotykały ziemi. Miała siedemnaście lat, tak jak on, ale w tym biegu wyglądała jak wiatr wcielony. Sukienka w drobne kwiatki wirowała wokół jej kolan, przylegając do skóry tam, gdzie pot już zaczął się zbierać, a włosy – długie, ciemne-blond – rozwiewały się za nią jak chorągiew wolności. Śmiała się, odwracając głowę co chwilę, by sprawdzić, czy on nadąża.

Jacek gonił ją z całych sił.

Nogi paliły go ogniem, płuca domagały się powietrza, ale nie mógł przestać. To była zabawa, droczenie się, jak tyle razy wcześniej – od czasów, kiedy byli dziećmi w tej samej klasie. Ale dziś coś było inaczej. Może to słońce, które grzało zbyt mocno, może zapach trawy i kwitnących koniczyn, może to, jak jej śmiech brzmiał jak muzyka, która wciąga i nie puszcza. Biegli już kilometr, może dwa, a on czuł, że to nie tylko gonitwa. To było coś głębszego, co budziło w nim instynkty, których nie rozumiał. Pożądanie? Jeszcze nie wiedział, jak to nazwać. Tylko czuł, że musi ją złapać, dotknąć, zatrzymać ten moment.

Wreszcie dobiegli do brzegu rzeki.

Woda szumiała leniwie, odbijając błękit nieba, a trawa tu była wyższa, miękka, wilgotna od porannej rosy. Ewa zatrzymała się nagle, dysząc ciężko, i opadła na plecy w trawę, rozkładając ramiona szeroko, jakby chciała objąć cały świat. Jej piersi – jeszcze małe, dziewczęce – unosiły się i opadały w rytm oddechu, a sukienka podjechała lekko w górę, odsłaniając kolana. Oczy miała zamknięte, twarz zwróconą ku słońcu, usta lekko rozchylone, jak do modlitwy lub zaproszenia.

Jacek padł obok niej, ciężko, na kolana najpierw, potem na bok. Dyszał, czując, jak serce wali mu w uszach. Leżał blisko – zbyt blisko – i patrzył na nią. Już nie na dziewczynkę z podstawówki, tę z warkoczykami i rozbitymi kolanami. Widział młodą kobietę. Piękny kształt szyi, delikatny, jak z porcelany, z lekkim pulsem pod skórą. Piersi, które falowały w rytm oddechu, rysując linie pod materiałem sukienki. Usta – różowe, wilgotne od biegu, lekko rozchylone, jakby czekały na coś, co dopiero miało nadejść.

Coś w nim wzbierało, gorące, nieznane.

Chciałby całować te usta bez końca – delikatnie, namiętnie, aż czas by się zatrzymał. Nigdy się nie całowali, nigdy nawet nie dotknęli się w ten sposób, ale teraz to pożądanie paliło go od środka, budziło instynkty, których się nie spodziewał. Pochylił się nad nią powoli, czując zapach jej skóry – mieszankę trawy, potu i czegoś słodkiego, jak kwitnące jabłonie. Jego oddech mieszał się z jej, gorącym, zdyszanym. Wiedział, że ona musi to czuć – tę bliskość, ten żar – ale nie reagowała. Oczy zamknięte, oddech równy, choć przyspieszony.

Nie mógł się powstrzymać.

Jego usta dotknęły jej – nie pocałunek, tylko muśnięcie, lekkie jak skrzydła motyla, jak wiatr na wodzie. Trwało ułamek sekundy, ale dla niego to była wieczność – smak jej warg, miękkość, która sprawiła, że świat zawirował.

Ewa otworzyła oczy.

Patrzyła prosto w jego, szare, błyszczące, pełne zaskoczenia. I powiedziała – może trochę za ostro, przynajmniej tak to odczytał, z nutą, która zabolała jak szpilka:

– Co robisz?

Jacek poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Zmieszany, zaczerwieniony, nie wytrzymał jej wzroku. Odwrócił głowę, patrząc w trawę, w rzekę, w cokolwiek, byle nie w te oczy, które nagle wydały mu się zbyt dorosłe, zbyt świadome. Serce waliło mu jak oszalałe, a w głowie kłębiły się myśli: „Co ja zrobiłem? Dlaczego? Czy to źle?”

Ewa leżała nieruchomo, obserwując go bacznie, bez słowa. Jej oddech uspokajał się powoli, ale w oczach czaiło się coś – ciekawość? Zawstydzenie? Nie wiedział.

Wstał nagle, nic nie mówiąc.

Odwrócił się i zaczął uciekać – z całych sił, jakby gonił go własny wstyd. Nogi niosły go przez łąkę, wiatr szumiał w uszach, a on nie słyszał, że Ewa woła za nim cicho, prawie szeptem:

– Jacek… Jacuś, nie uciekaj…

Była zaskoczona, zawstydzona tym muśnięciem, tym pierwszym, nieproszonym dotykiem. Wołała za cicho – głos uwiązł jej w gardle, a on już był daleko, ginąc za linią drzew.

Ewa usiadła w trawie, patrząc za oddalającą się sylwetką Jacka. Serce wciąż waliło jej jak oszalałe – nie tylko od biegu, ale od tego jednego, ulotnego muśnięcia ustami. Czuła na wargach delikatne echo dotyku, ciepłe i jednocześnie przerażające. Myśli kłębiły się w głowie: dlaczego powiedziała to tak ostro? Dlaczego nie uśmiechnęła się, nie przyciągnęła go bliżej? Przecież też była zaskoczona, zawstydzona, ale nie chciała, żeby uciekał. Chciała… czegoś więcej. Prawdziwego pocałunku, takiego, o którym marzyła w nocy, gdy myślała o nim w tajemnicy.

Wstała powoli, otrzepując sukienkę z trawy. Bijąc się z tymi wyrzutami sumienia, postanowiła: musi to naprawić. Jak najszybciej. Już jutro.

Następnego dnia poszła do niego późnym popołudniem, gdy słońce stało jeszcze wysoko. Dom Jacka stał za lasem, więc szła szybkim krokiem, z sercem w gardle. Zapukała do drzwi. Otworzyła mama Jacka – uśmiechnięta, choć trochę zmęczona.

Ewa ukłoniła się i przywitała - Dzień dobry. Ja do Jacka.

– Cześć, Ewuś. Jacka nie ma, gdzieś wyszedł wcześnie. Jeśli chcesz, możesz zaczekać, może zaraz wróci.

Ewa kiwnęła głową. Weszła do środka. Mama zaprosiła ją do kuchni, a potem do pokoju, gdzie bawiła się mała siostra Jacka – czteroletnia Krysia. Ewa usiadła na podłodze, rysowała z nią kredkami, śmiała się z jej głupich żartów, ale co chwilę zerkała w stronę okna i drzwi. Minęła godzina. Potem druga. Jacka nie było.

W końcu Ewa pożegnała się, podziękowała mamie i wyszła. Słońce już chyliło się ku zachodowi, las za domem Jacka zaczynał ciemnieć, choć jeszcze nie była noc. Wiedziała, że droga przez las jest długa, a ona bała się ciemności, zawsze się bała. Jak byli dziećmi kilkakrotnie Jacek odprowadzał ją tędy do domu. Wtedy brał ją za rękę, mocno, pewnie, i już się nie bała. Właśnie od tamtych chwil kochała go po cichu, ale on nawet jak o tym wiedział nie pokazywał tego po sobie.

Szła cicho, nasłuchując. Las szeptał wokół niej – liście, wiatr, odległe ptaki. W połowie drogi usłyszała nagle, że ktoś idzie z boku, w przeciwną stronę. Łamanie gałęzi, ciężkie kroki, jakby ktoś nie przebierał w drodze. Serce podskoczyło jej do gardła. Przerażona, zaczęła biec jak najciszej, starając się nie robić hałasu, żeby to coś – czy ktokolwiek – jej nie usłyszało.

Nie wiedziała, że to Jacek.

On wracał właśnie z przeciwnej strony. Krążył cały dzień koło jej domu, zły na siebie, że wczoraj tak szybko się poddał, że uciekł jak tchórz. Dziś jej nie spotkał, nie miał odwagi wejść, więc szedł teraz na przełaj przez las, łamiąc co popadnie, żeby wyładować frustrację i złość na samym sobie. Gałęzie trzaskały pod jego butami, liście szeleściły – nie dbał o ciszę. Chciał krzyczeć jej imię do tych głuchych drzew. Nawet nie wiedział że gdyby wtedy krzyknął tylko raz, jego i jej życie by pobiegło innymi torami.

Ona biegła drogą, on szedł między drzewami.

Mijali się w odległości kilkudziesięciu metrów – ona po lewej, on po prawej.

Nie widzieli sylwetek. On jej nie słyszał.

Tylko las stał między nimi – gęsty, obojętny, pełen niewypowiedzianych słów.

Ewa wróciła do domu, gdy niebo nad lasem zrobiło się już granatowe, a pierwsze gwiazdy przebijały przez liście. Zamknęła za sobą drzwi cicho, żeby nikt nie słyszał, nie chciała żadnych pytań ani żadnych rozmów. Chciała być sama. Weszła do swojego pokoju, usiadła na łóżku i objęła kolana rękami. Pokój był taki sam jak zawsze – plakaty na ścianach, książki na biurku, zapach letniego kurzu – ale dziś wszystko wydawało się za małe, za ciasne na to, co działo się w niej.

Żałowała, że są wakacje.

Gdyby nie wakacje, jutro rano już by go zobaczyła.

Razem dojeżdżali do miasta, do średnich szkół – autobus pełen młodzieży, dziewięćdziesiąt procent hałaśliwych, roześmianych nastolatków. Zawsze siadała obok niego albo on obok niej – to było oczywiste, jak oddychanie. Autobus bywał przepełniony, miejsca siedzące znikały w sekundę, więc Ewa bez pytania siadała Jackowi na kolanach.

Koledzy i koleżanki drwili z nich, wołali „stare małżeństwo!”, „patrzcie, para roku!”, ale ani ona, ani on się tym nie przejmowali. Śmiali się razem, a ona czuła jego ręce na swoich biodrach – mocne, pewne, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie.

Czasem – nie zawsze, ale wystarczająco często – czuła, jak Jacek tuli się do niej mocniej, jak jego głowa opiera się o jej plecy, jak oddech rozgrzewa jej kark. Nigdy nie odwzajemniała tego. Nie przytulała się mocniej, nie odwracała, nie szeptała mu nic do ucha. Bała się. Bała się, że to za dużo, że to za wcześnie, że jeśli zrobi krok dalej, wszystko się rozpadnie.

A teraz żałowała.

Żałowała każdej chwili, kiedy tylko siedziała na jego kolanach, a nie przytuliła się do niego naprawdę.

Żałowała, że nie odwróciła głowy, nie pocałowała go wtedy, w tym przepełnionym autobusie, przy wszystkich drwinach i śmiechach.

Gdyby jutro jechali znów do szkoły…

Usiadłaby mu na kolanach.

Tym razem nie czekałaby.

Przytuliłaby się do niego mocno, wtuliłaby twarz w jego szyję, poczuła zapach jego skóry – mieszankę mydła i słońca.

I pocałowałaby go.

Nie muśnięciem.

Prawdziwie.

Tak, żeby poczuł, że to nie zabawa, nie droczenie się – tylko ona. Ewa. Która kocha go od tych wszystkich lat, odkąd jako dziecko trzymał ją za rękę w ciemnym lesie.

Ale wakacje trwały.

I jutro nie będzie autobusu.

Nie będzie jego kolan.

Nie będzie szansy, żeby to naprawić.

Ewa położyła się na łóżku, wpatrując się w sufit.

Łzy spłynęły jej po skroniach do włosów, cicho, bez szlochu.

Tylko żal.

Cichy, głęboki, taki, który zostaje na zawsze.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij