-
nowość
-
promocja
Bad Boys. Co za drań. Tom 3,7 - ebook
Bad Boys. Co za drań. Tom 3,7 - ebook
Zapowiadała się spokojna niedziela… Jednak sprawy przybrały całkiem nieoczekiwany obrót.
Podczas nieobecności swojej żony, Cassie, Thatch zajmuje się ich synkiem. Kiedy wydaje mu się, że opieka nad jednym brzdącem to dużo, wpada do niego przyjaciel, Kline, który pilnie musi iść do pracy i zostawia mu swoją gromadkę. Thatch ma więc na głowie troje dzieci poniżej piątego roku życia świnię, doga niemieckiego i kota.
Co może pójść nie tak?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-679-4 |
| Rozmiar pliku: | 5,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dedykujemy ją również naszym cudownym mamom: Gorącej Mamuśce i Słodkiej Pszczółce. To dzięki Waszemu wsparciu nieustannie nabieramy wiatru w żagle. Dziękujemy, że zawsze przy nas jesteście. To Wy sprawiacie, że czujemy się największymi szczęściarami na świecie. Kochamy Was całym sercem.
A Thatcha prosimy, żeby dał nam chwilę spokoju.Zastrzeżenie
Max i Monroe nie popierają wykręcania tego typu numerów w prawdziwym życiu. Poważnie – nie róbcie tego w domu. Wspomniałyśmy już, żebyście tego nie robiły? Ani niczego, co choć trochę by to przypominało? Nawet nie próbujcie. Naprawdę. Nigdy. Przenigdy. Pod żadnym pozorem.
Zastrzeżenie do zastrzeżenia
Choć Max i Monroe nie popierają wykręcania tego typu numerów w prawdziwym życiu, gorąco zachęcają, by zaopatrzyć się w miskę popcornu i kieliszek wina oraz… przygotować się na mnóstwo śmiechu. Proszą jednak o zachowanie szczególnej ostrożności podczas jedzenia i/lub picia w trakcie lektury tej zabawnej historii, która rozegra się wkrótce na Waszych oczach.
Bawcie się dobrze!ROZDZIAŁ PIERWSZY
Thatch
Czy niedziele nie powinny być przypadkiem dniem wolnym od pracy? Dniem odpoczynku, dniem rodzinnym… dniem bzykanka?
_Dniem Boga, powiadacie? No cóż, to prawie to samo_.
Tak mi się przynajmniej wydawało. Ale – jak się okazało – dość często się myliłem. I to nawet wtedy, gdy miałem rację. Tak głosił aneks do prawa Murphy’ego. A właściwie jego małżeńskiej wersji. Bo jako mężczyzna zawsze – jeśli istniał choćby cień szansy, że byłem w błędzie – się myliłem.
– Musisz iść dziś do pracy? – jęknąłem.
I tak, w rzeczywistości brzmiało to równie żałośnie jak teraz w waszej głowie, ale działało, bo byłem cholernie uroczy.
Cassie lekko zmarszczyła brwi ze współczuciem, po czym złapała mnie za sutek i go wykręciła. Wrzasnąłem z bólu.
No dobra, może nie działało to tak, jak bym sobie tego życzył, bo choć byłem cholernie uroczy, byłem też strasznym utrapieniem.
Przynajmniej według mojej żony i niemal wszystkich moich znajomych. Ale szczerze? Moja upierdliwość odpowiadała mojej osobowości. Nie można być tak czarującym bez równie imponującego zestawu przywar. Chociaż część rzeczy, które inni uznawali za wady, tak naprawdę uważałem za zalety.
– Muszę – westchnęła, kończąc wypowiedź swoim ulubionym przewróceniem oczami.
Moja żona miała niezły charakterek i potrafiła doprowadzić mnie nim do szewskiej pasji.
– Musisz? Wydaje mi się, że jedyne, co musisz, to zostać dziś ze mną i pozwolić mi pobawić się twoimi cycuszkami – zaryzykowałem, choć wiedziałem, że to nie przejdzie.
– Muszę iść do pracy. Oczekujesz, że będę całymi dniami krzątać się boso po kuchni tylko dlatego, że jestem w ciąży?
Parsknąłem śmiechem, ale wysoko uniesiona brew Cassie sprawiła, że niemal natychmiast tego pożałowałem. Moja żona była w siódmym miesiącu ciąży z naszym drugim dzieckiem – według badania USG kolejnym chłopcem – i nie była ani trochę mniej wymagająca niż zwykle. Nazwanie jej „kobietą z piekła rodem” byłoby grubym niedopowiedzeniem. Do tego szalejące hormony, odpowiedzialne za tworzenie nowego człowieka, wzmacniały jej naturalne cechy. Nie byłaby sobą, gdyby nie droczyła się ze mną i nie wprawiała społeczeństwa w lekki dyskomfort. A ja nie byłbym sobą, gdybym nie przekraczał jej granic i nie drażnił niedźwiedzicy, już i tak rozjuszonej.
_A tak przy okazji… nie mówcie jej, że porównałem ją do niedźwiedzicy. Jestem bardzo przywiązany do moich klejnotów i naprawdę chciałbym dożyć czterdziestki. Więc, no, dzięki_.
– Daj spokój, szajbusko. Praktycznie nigdy nie krzątasz się po kuchni.
Prychnęła.
– Mówisz tak, jakbyś nie miał sobie nic do zarzucenia.
Roześmiałem się na tę absurdalną odpowiedź. Mój rejestr przewinień nie miał absolutnie nic wspólnego z tym, ile czasu spędzała – a raczej _nie_ spędzała – w kuchni.
– Nic takiego nie powiedziałem.
– No widzisz! Bo masz. A dodatkowo jesteś totalnym idiotą, bo gadasz o jakichś pierdołach, zamiast skupiać się na moich cyckach i cipce. Pamiętasz w ogóle, że nadal we mnie tkwisz?
Oczywiście, że pamiętałem. Jak mogłem nie pamiętać, skoro nasza pseudokłótnia podkręcała atmosferę i sprawiała, że mój superfiut twardniał z każdą minutą.
– To nie ja zapominam i zasypiam podczas seksu.
– No błagam. To zdarzyło mi się tylko raz!
Pokręciłem głową ze śmiechem, a ten ruch jeszcze bardziej pobudził mojego kutasa i sprawił, że przyjemność rozlała mi się wzdłuż kręgosłupa. Uwielbiałem się z nią sprzeczać w trakcie seksu. Coś w połączeniu tych dwóch czynności przypominało mi, jak kochałem miejsce, w którym byłem, i to, jak bardzo do siebie pasowaliśmy.
– O nie, kociaku – zaprzeczyłem. – Nie raz. Co najmniej dwa razy. A od tamtej pory nauczyłaś się już chyba udawać, że nie śpisz.
Zawstydzona, próbowała wyglądać na skruszoną.
– Zamknij się i zacznij mnie wreszcie pieprzyć.
Jak zwykle jej przeprosiny wyglądały nieco inaczej niż przeprosiny normalnych ludzi.
– Przecież właśnie to robię – przypomniałem jej ze śmiechem. – Nie czujesz?
– Ups. Chyba nie. Pewnie dlatego, że masz mikrofiutka.
Nie mogłem się pohamować i dosłownie ryknąłem śmiechem. Zakryła mi dłonią usta.
– Przymknij się, bęcwale! Ace śpi!
– Sorki – wymamrotałem spod jej dłoni. – No ale serio? Mikrofiutek? Tracisz formę w naszych łóżkowych kłótniach, kociaku.