-
nowość
Badi. Głos, który nie umilkł. - ebook
Badi. Głos, który nie umilkł. - ebook
Czy miłość może przetrwać śmierć? Alicja nigdy nie przypuszczała, że pewnego dnia będzie musiała nauczyć się żyć bez psa, który przez lata był jej najwierniejszym przyjacielem, powiernikiem i częścią codzienności. Badi nie był „tylko psem”. Był rodziną. Towarzyszem najpiękniejszych chwil i cichym świadkiem tych najtrudniejszych. Kiedy los wystawia ich relację na najcięższą próbę, Alicja musi zmierzyć się z bólem, którego nie rozumie większość otaczających ją ludzi. W świecie, który oczekuje, że szybko zapomni i pójdzie dalej, ona próbuje odnaleźć własną drogę przez żałobę, poczucie winy, tęsknotę i miłość, która nie potrafi zniknąć. To książka dla każdego, kto kiedykolwiek kochał zwierzę całym sercem. Pełna ciepła, nadziei i wzruszeń historia przypomina, że miłość nie kończy się w chwili pożegnania. Czasem zmienia jedynie swoją postać. Bo są głosy, które nie milkną nigdy. Trzeba tylko nauczyć się słuchać ich sercem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398178808 |
| Rozmiar pliku: | 132 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są historie, które rodzą się z wyobraźni. I są takie, które rodzą się z uczuć. Ta książka należy do tej drugiej kategorii.
Powstała z obserwacji, rozmów i doświadczeń ludzi, którzy kochali całym sercem, a później musieli zmierzyć się z ciszą pozostawioną po odejściu swojego czworonożnego przyjaciela. Jest opowieścią o więzi, która nie potrzebuje słów, aby być najważniejszą relacją w czyimś życiu. O miłości, która wyraża się w codziennych rytuałach, wspólnych spacerach, spojrzeniach pełnych zaufania i obecności, która z czasem staje się czymś tak naturalnym jak oddech.
Żyjemy w świecie, który potrafi zrozumieć wiele rodzajów straty, a jednocześnie wciąż zbyt często umniejsza ból związany z odejściem zwierzęcia. Tymczasem dla wielu osób pies nie jest „tylko psem”. Jest przyjacielem, powiernikiem tajemnic, świadkiem najważniejszych momentów życia i cichym towarzyszem codzienności. Jest kimś, kto kocha bezwarunkowo i pozostaje obok nawet wtedy, gdy cały świat wydaje się odwracać wzrok.
Dlatego ta książka nie jest wyłącznie historią o stracie. Jest przede wszystkim opowieścią o miłości.
O tej niezwykłej więzi, która potrafi połączyć dwa światy – ludzki i zwierzęcy – w sposób tak głęboki, że granice między nimi przestają mieć znaczenie. O oddaniu, cierpliwości, nadziei i odwadze potrzebnej do tego, by każdego dnia wybierać troskę, nawet wtedy, gdy droga staje się trudna.
Być może podczas lektury odnajdziesz w tych stronach własne wspomnienia. Może przypomnisz sobie miękki dotyk sierści pod dłonią, odgłos pazurków na podłodze, ulubione miejsce spacerów albo spojrzenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów. A może po prostu znajdziesz tutaj chwilę zatrzymania w świecie, który zbyt często każe nam biec dalej, zanim zdążymy poczuć to, co naprawdę ważne.
Nie musisz czytać tej książki w pośpiechu. Pozwól sobie zatrzymać się przy tych fragmentach, które poruszą Cię najmocniej. Uśmiechnąć się do wspomnienia. Uruchomić wyobraźnię. Pomyśleć o tych, których kochamy, i o tym, jak bardzo zmieniają nasze życie – czasem nawet wtedy, gdy są z nami tylko przez część naszej drogi.
Jeśli po przeczytaniu tej historii zamkniesz książkę z poczuciem, że zostałeś zrozumiany, jeśli poczujesz choć odrobinę ciepła, nadziei albo wdzięczności za wspólnie przeżyte chwile ze swoim zwierzęcym przyjacielem, to znaczy, że spełniła ona swoje zadanie.
Zapraszam Cię do świata, w którym najważniejsze rzeczy nie zawsze są wypowiedziane na głos. Bo niektóre głosy nie milkną nigdy. Trzeba tylko nauczyć się słuchać ich sercem.ROZDZIAŁ I – CISZA PRZED POCZĄTKIEM (OCZAMI BADIEGO)
Byłem zmęczony. Zimno przenikało do szpiku kości – tych samych, które kiedyś były silne, a teraz bolały nawet wtedy, gdy leżałem bez ruchu. Nocą słyszałem swoje serce głośniej niż odgłosy miasta. Biło wolno i nierówno, jakby sprawdzało, czy warto jeszcze się starać.
Leżałem skulony pod krzewem, który pachniał jesienią i kurzem. Od kilku dni nie jadłem niczego, poza tym, co wiatr wywiewał spod śmietników. Nie czekałem na cud – czekałem na koniec. Wtedy pojawiła się ona.
Szła jak ktoś, kto się spieszy, ale nosi w sobie czułość. Pachniała cynamonem i wanilią. Taki otulający zapach, który pamięta się z dzieciństwa, choć nie wie się dlaczego. Spojrzała na mnie przelotnie. W jej oczach ujrzałem ciepło i troskę. Przeszła dalej. Jej stopy stukały rytmicznie o bruk. Ale coś w niej się zawahało. Poczułem to – jakby jej myśl zawróciła do mnie, choć ciało poszło naprzód. Nie miałem siły szczekać. Nawet ogonem nie machnąłem. Tylko patrzyłem. Moje oczy to było wszystko, co mi pozostało.
Następnego dnia ponownie przeszła obok. Kolejnego też, lecz tym razem zatrzymała się przy mnie. Niosła puszkę – zapach mięsa był jak błysk słońca przez gęstą mgłę. Dotkliwy głód przesłonił strach, jadłem łapczywie, wstydząc się tej desperacji. A ona... mówiła do mnie spokojnie i cicho, z miękkością, jakiej nie znałem od dawna. Nie bałem się jej, ale nie wierzyłem jej jeszcze.
Mijały dni. Przychodziła. Codziennie. Rozwieszała papierowe ślady nadziei, jakby szukała dla mnie kogoś, kogo ja już dawno przestałem szukać. A ja... czekałem pod furtką jakiegoś budynku, w którym codziennie znikała na parę godzin. Nie z nadzieją. Z przywiązaniem. Człowiek, który daje jedzenie, to jedno, ale człowiek, który wraca – to coś więcej. To dom. A ja tak bardzo chciałem jeszcze raz spróbować być czyimś domem.
Pewnego ranka podeszła do mnie grupka dzieci. Obcych, nie tych, które często widywałem przy budynku. Nie mieli w oczach ani krzty ciepła. Naśmiewali się. Mówili na mnie „przybłęda”. Zaczęli szturchać mnie kijem, a później rzucać kamieniami. Bałem się, że zrobią mi krzywdę. Bałem się, że ja im ją mogę zrobić. Uciekłem w panice, pobiegłem co sił w nogach przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd biegnę i kiedy się zatrzymać. Kiedy w końcu to zrobiłem, nie wiedziałem, gdzie jestem. A przede wszystkim jak wrócić do dziewczyny o ciepłych oczach, pachnącej cynamonem. Błąkałem się przez kilka dni, aż w końcu trafiłem w to miejsce, z którego uciekłem. A ona też wróciła.
Zabrała mnie do środka budynku i wpuściła do małego pomieszczenia – pachniało tam wilgocią i detergentami, ale też czymś ciepłym, przypominającym koc, który ktoś trzymał w szafie tylko na wyjątkowe okazje. Nie szczekałem. Nie uciekałem. Spałem spokojnie, jak pies, który zrozumiał, że być może jeszcze nie wszystko stracone.
Potem była jej dłoń. Jej głos. Jej mieszkanie i kolejny człowiek o ciepłych oczach, patrzący na nią z miłością. I imię.
Badi – jakby to słowo czekało na mnie od zawsze, zanim przyszedłem na ten świat.
Położyłem się na dywanie. Oparłem głowę na mojej białej łapce i westchnąłem. Nie dlatego, że było mi dobrze. Westchnąłem, bo po raz pierwszy od dawna nie musiałem już udawać, że nie boli.