Bagienne forty - ebook
Po 17 września 1939 r. oddziały KOP, rozproszone wzdłuż granicy i słabo uzbrojone, podjęły walkę z nacierającą Armią Czerwoną. Strażnice stawiały opór atakom pancernym, często walcząc do wyczerpania amunicji. W wielu miejscach – zwłaszcza w rejonie Sarn – załogi punktów oporu trwały do całkowitego zniszczenia. Mimo przewagi przeciwnika KOP przez kilkanaście dni opóźniał marsz Armii Czerwonej, prowadząc uporządkowany opór aż do początku października.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18673-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cichą monotonię spokojnego nurtu Horynia zakłócała jedynie praca parowego napędu starego holownika ,,Wilno” z Flotylli Pińskiej. Jego mozolnie obracające się w płytkiej wodzie koła łopatkowe sprawiały, że ciągnięta przez niego barka, obładowana wozami taborowymi i skrzyniami pełnymi dokumentów, mogła w żółwim tempie przesuwać się w górę rzeki ku majaczącym w oddali zabudowaniom Dawidgródka. Na jej pokładzie, nieco znużony już tą stukilometrową podróżą pośród dziewiczych poleskich ostępów, stał oparty o barierkę, wpatrując się w nurt, pułkownik Ludwik Bittner. Wczesnopopołudniowe słońce 16 dnia września prażyło równie mocno jak w poprzednich tygodniach. Zastępca dowódcy Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP) myślami odleciał chwilowo od powierzonej jego pieczy kancelarii w przeszłość.
19 lat wcześniej, tyle że 3 sierpnia, dowodzony przez niego 34 pułk piechoty pod Jabłonką w pobliżu Łomży został otoczony i doszczętnie rozbity przez dwie bolszewickie dywizje. Oddział stracił 70% stanu osobowego, a on sam na czele 400 ludzi ledwo uniknął niewoli lub śmierci, gdzieś pod Wyszkowem dołączając szczęśliwie do odchodzących w nieopisanym nieładzie kolumn taborowych. Ówczesny major Bittner został następnie skierowany na odtworzenie jednostki do Pabianic – na głębokich tyłach przyglądał się więc bezsilnie decydującym zmaganiom pod Warszawą, trapiony obawą, czy stolica wytrzyma. W pamięci wróciło to cudowne uczucie, gdy najpierw przyszły pierwsze, wyglądające na fantasmagoryczne plotki, pogłoski o genialnym manewrze znad Wieprza i pogromie czerwonych hord, a następnie sytuację rozjaśniły już triumfalne komunikaty Naczelnego Dowództwa, a za nim gazety. Jak błyskawica na intensywnej pracy organizacyjnej upłynął kolejny miesiąc i na początku października major Bittner znów prowadził 34 pułk piechoty w polu, tym razem w składzie 4 Armii pod generałem Jungiem, jednak w całkiem innych okolicznościach niż poprzednio – wśród brawurowych działań pościgowych przez lasy nad Szczawą i dalej na miasteczko Mir, zagarniając do niewoli bolszewików całymi setkami.
Odtwarzając w myślach przeżyte przed prawie dwiema już dekadami, zmienne niczym w kalejdoskopie, koleje tamtej wojny, płk Bittner zadawał sobie uporczywe pytanie, czy i tym razem, po paśmie błyskawicznych klęsk zadawanych przez Wehrmacht, wydarzy się coś, co gwałtownie odmieni kaprysy Bellony i pozwoli odwrócić koleje tej tak niefortunnie zaczętej kampanii.
Nagle przeciągły dźwięk sygnalizatora na holowniku wrócił go gwałtownie do rzeczywistości. Kapitan barki zameldował, że dochodzą do celu podróży – portu rzecznego w Dawidgródku. Wydano serię zarządzeń regulujących rozładunek przewożonej kancelarii dowództwa KOP-u. W niewielkiej przystani zawrzała praca. Pułkownik natychmiast po zejściu na ląd pospieszył zameldować się swemu zwierzchnikowi – generałowi brygady Wilhelmowi Orlikowi-Rückemannowi. Dowódca KOP już od wczoraj z niecierpliwością oczekiwał przybycia swojego zastępcy, którego wysłał z przepełnionego ewakuowanymi instytucjami wojskowymi i cywilnymi Pińska, drogą wodną, ponieważ całego dowództwa Korpusu nie można było pomieścić w pociągu i na nielicznych ciężarówkach, tym bardziej że oficerom od 5 września, to jest momentu ewakuacji z Warszawy, towarzyszyły też ich rodziny.
Orlika łączyła z Bittnerem więź przyjaźni od lat nastoletnich. Byli niemal rówieśnikami, pierwszy był lwowiakiem, zaś drugi pochodził ze Stanisławowa. Obaj działali przed I wojną światową w ruchu zarzewiackim oraz w Związku Walki Czynnej, cementowały ich nadto wspólne przeżycia ze szlaku bojowego Legionów Polskich, gdzie obaj się wyróżniali bitnością i talentem taktyczno-organizacyjnym. Toteż kiedy Bittner zjawił się w drzwiach improwizowanej kwatery Rückemanna, ten drugi nie dał mu nawet dokończyć formalnego meldunku o przybyciu drugiego rzutu sztabu KOP, wyszedł zza biurka i, ściskając dłoń, zapytał kolegę:
– Czy kancelaria już rozładowana z barki?
– Tak jest, chłopcy uwinęli się z tym sprawnie.
– No cóż – zamyślił się, podchodząc do okna generał – skoro ani Naczelne Dowództwo, ani ministerstwo nie przydzieliły dowództwu KOP dotąd żadnych konkretnych zadań odnośnie tego, co wypada nam robić w przypadku wojny z Niemcami, musimy sami sobie narzucić pewne działania, jakie w obecnych okolicznościach pomogą, być może, innym.
– Wilhelm, a biorąc rzecz bardziej ogólnie – ostrożnie zagaił pułkownik o niewygodny, acz uporczywie narzucający się temat, na który obaj odczuwali jakąś potrzebę choć krótkiej wymiany myśli – sądzisz, że zdołamy się utrzymać do przełamania przez Francuzów Linii Zygfryda? W radio podawali, że wkroczyli do Zagłębia Saary i toczą się tam, jakoby, jakieś walki…
– Szczerze mówiąc, o Francuzach wiem tyle co i ty. Może tam potoczyć się różnie, słyszałem na przykład, że nad Renem od miesiąca panuje pogoda odwrotna niż u nas. Ma tam ciągle padać, co, ma się rozumieć, utrudnia działania alianckiego lotnictwa i możliwości przeprawowe wojsk lądowych.
– Niemniej nikt nie zaprzeczy, że wojnę prowadzimy w składzie koalicji z dwiema potęgami, które wystąpiły w naszej obronie wraz z całymi swymi potencjałami imperiów kolonialnych.
– Jak wiesz, osiem lat służby poświęciłem czołgom. Niemiecka doktryna ich użycia biegunowo odbiega od tej przyjętej przez sojuszników. Cokolwiek nastąpi, ze strony Francuzów nie możemy spodziewać się czegokolwiek lepszego niż bitwy metodycznej.
– Masz jakieś świeże wiadomości, jak idzie naszym wojskom? – zmienił temat Bittner. – Prasa miejscowa to ostatnio moje główne źródło informacji, a z niej wynika, jakobyśmy byli o krok od zwycięstwa. Czytałem niedawno w jakiejś gazecie nawet historyjkę o tym, jak niemiecki lotnik, lecąc tuż nad ziemią, podmuchem śmigła rozwalił kopiec siana, a stojący na polu chłop tak się rozsierdził, że cisnął w niego widłami niczym trójzębem, przebijając kokpit i samego pilota.
– W gazetach zawsze wypisują brednie – parsknął generał, reagując na anegdotę szczerym śmiechem. Była to bodaj pierwsza chwila wesołości na jego twarzy od początku miesiąca, lecz zaraz potem spochmurniał. Wzrok zatrzymał mu się na zawieszonej na ścianie prowizorycznego gabinetu mapie Polski. – Taaak… wszystko to maluje się w bardzo nieciekawych barwach – dodał przyciszonym, ponurym tonem. – Wczoraj, zanim ewakuowałem się z Pińska, spotkałem się jeszcze z Kleebergiem, który, jak wiesz, przyjechał tam z dowództwa okręgu korpusu w Brześciu. On ma wprawdzie słaby, ale mimo wszystko nieporównanie lepszy kontakt z resztą wojsk niż my. Całość nosi znamiona katastrofy całego państwa.
– Słyszałem wiele podobnych relacji od rozbitków z różnych formacji, które ściągnęły do Pińska. Przypomnij sobie dwudziesty rok – przed manewrem znad Wieprza nastroje były niemal identyczne, a jednak jakoś wyszliśmy z tego obronną ręką.
– Ludek, tylko że wtedy ani uzbrojeniem, ani liczebnością nie ustępowaliśmy bolszewikom. Poza tym nie od dziś wiadomo, że wojsko niemieckie jest przeciwnikiem znacznie trudniejszym niż rosyjskie. U nich wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Nikomu innemu bym tego w takich okolicznościach nie powiedział, ale między przyjaciółmi nie powinno być zasłaniania się hurapatriotycznymi frazesami. Z informacji, które przekazał mi Kleeberg, i z komunikatów wroga wychwytywanych przez radio, wyłania się obraz wyjątkowo ponury. – Podchodząc do mapy, generał na chwilę umilkł, po czym podjął: – Położenie strategiczno-operacyjne należy uznać za skrajnie ciężkie. Twierdza w Brześciu, choć przed wojną przez długie lata pozostawiona sama sobie, wciąż się trzyma i tylko temu zawdzięczamy, że na tych błotach nie musimy jeszcze mierzyć się bezpośrednio z nieprzyjacielem. Jak długo zdoła wytrwać, tego Kleeberg nie potrafił określić, był jednak wyraźnie pesymistycznie nastawiony do możliwości dalszego oporu w nadchodzących dniach.
– Brześciem dowodzi Plisowski, więc tanio skóry nie sprzeda, znam go dobrze – wciął się zadziornie Bittner, jakby w swoim umyśle życzeniowo stawiając czynniki moralne ponad chłodną militarną arytmetykę. – Zresztą – ożywił się wyraźnie zastępca dowódcy KOP – oprócz tego, co pod osłoną twierdzy formuje Kleeberg, istnieją i inne, silniejsze zgrupowania. Linia Narwi wprawdzie przepadła, lecz wojska, które jej broniły, nie zostały przecież okrążone, a zatem muszą spłynąć gdzieś na południe i tam połączyć się z tym, co po pogromie w Kieleckiem zdołało przeprawić się przez Wisłę, jak również z cofającą się ze Śląska Armią „Kraków”, która w celu zawiązania nowego frontu w centrum kraju odbiła znad Sanu na północ, by scalić się z jednymi i drugimi. To wynika z samej geografii.
– Przeciwnik już dwunastego szturmował Lwów, a więc i bariera Sanu musi być stracona. Całe szczęście moje rodzinne miasto to nie Kraków, który wróg zajął bez wystrzału, i twardo się ono broni – zripostował generał. – Niestety, Przemyśl prawdopodobnie padł wczoraj.
– Na Lwów przeprowadzono rajd zmotoryzowany z terytorium Słowacji. Z natury rzeczy nie mogły to być zbyt duże siły. Poza tym Kutrzeba z Bortnowskim pod Kutnem gniotą szwabów jak się patrzy! Tam pułki wielkopolskie potrafią Niemca bić. Obaj wiemy, że przy wszystkich wadach charakteru poznaniak już w dwudziestym roku pokazał, co znaczy połączenie ducha bojowego z dyscypliną.
– Tak, Kutrzeba to umysł absolutnie wybitny. Oby tylko pogłoski, jakoby Niemcy nad Bzurą już okrzepli, ściągnęli odwody i lotnictwo bombowe, przechodząc do kontrofensywy, nie okazały się prawdziwe. O tym Kleeberg, rzecz jasna, miał wiedzę jedynie ogólnikową, opartą raczej na domysłach. Wróg ewidentnie dąży do odcięcia Warszawy i Modlina od połączeń z resztą kraju – tego możemy być pewni… Na godzinę dziewiętnastą zwołałem odprawę sztabu u mnie w gabinecie; omówimy sprawy bezpośrednio dotyczące naszych zadań – dodał Rückemann.
– Czy mogę się już odmeldować?
– Tak. Zajmij się przygotowaniem spalenia części przywiezionych akt. Zamierzałem zrobić to jeszcze w Pińsku, lecz w tym ścisku nie było jak, a papierów mamy zbyt wiele. Trzeba zwłaszcza dokończyć niszczenie akt mobilizacyjnych, którego nie zdążyliśmy przeprowadzić w Warszawie. Zaraz wydam stosowny rozkaz na piśmie. Nie będziemy taszczyć przez te błota całej biblioteki, a czuję, że jeszcze przyjdzie nam powojować…
Krótka przyjacielska pogawędka była chwilą wytchnienia, jakiej obaj wyżsi oficerowie potrzebowali w natłoku piętrzących się problemów organizacyjno-administracyjnych. Pozwoliła im choć na kilka minut oderwać się od tej koniecznej, lecz nużącej pracy i powrócić do rozważań stricte operacyjnych – owego _crème de la crème_ wojskowości. W chwili wybuchu wojny dowództwo KOP w istocie pozostało niejako osierocone, gdyż władze zwierzchnie, pochłonięte innymi sprawami, całkowicie zignorowały istnienie tego organu. Podjęte przez Orlika jeszcze w stolicy, 5 września, osobiste próby uzyskania decyzji, bądź chociaż ogólnych wytycznych co do charakteru użycia KOP-u w wojnie z Niemcami nie przyniosły żadnych rezultatów ani w Naczelnym Dowództwie, ani w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Jedynie od szefa resortu spraw wewnętrznych, gen. Sławoja-Składkowskiego, udało się uzyskać zgodę na ewakuację dowództwa KOP z Warszawy do Pińska. Było to konieczne wobec stale szwankującej łączności i groźby okrążenia miasta. Pozostanie w stolicy całkowicie pozbawiłoby ten organ wpływu na podległe mu jednostki rozmieszczone wzdłuż granicy wschodniej.
Generał Rückemann, próbując złożyć ze strzępków informacji obraz ogólnego położenia na froncie, niestety się nie mylił. Szesnastego września działania Wehrmachtu ogniskowały się już zasadniczo w dwóch obszarach, gdzie Wojsko Polskie nadal stawiało zorganizowany, zażarty opór: w centrum kraju – w pasie od Łowicza po warszawsko-modliński węzeł obrony – oraz na południu, od Wieprza przez Zamość i Lwów po rubież górnego Dniestru. Tam, pod wpływem trzeźwych uwag gen. Sosnkowskiego, Naczelne Dowództwo przyjęło koncepcję obrony na tzw. przedmościu rumuńskim i od pewnego czasu przekierowywało linie odwrotowe wielkich jednostek, by nie odchodziły wprost na wschód ku ZSRR, lecz na południowy wschód, gdzie – mając zabezpieczone tyły terytorium dwóch zaprzyjaźnionych państw – spodziewano się doczekać poważniejszych dostaw uzbrojenia od sojuszników.
Pancerno-zmotoryzowane czołówki Wehrmachtu parły szybko naprzód, najczęściej omijając bądź rozpraszając improwizowane punkty oporu napotykane w głębi kraju. Z tego powodu do 17 września niemieckie straże przednie osiągnęły rubież Sokółka – Kobryń – przedpola Włodzimierza Wołyńskiego – Lwów – rejon Stryja. Zwrot zaczepny Armii „Poznań” i „Pomorze” odciągnął jednak większość związków taktycznych oraz Luftwaffe od działań na Lubelszczyźnie i w Małopolsce, gdzie również toczyły się boje. W ugrupowaniu najeźdźcy powstały luki, a napór głównych sił w kierunku Kresów Wschodnich wyraźnie osłabł. Obszar kraju na wschód od linii wysuniętych niemieckich placówek, aż po granicę sowiecką – przeciętnie na głębokości około dwustu kilometrów – zyskał chwilę względnego spokoju i czas na lepsze przygotowanie obrony.
Coraz wyraźniej rysująca się koncepcja zniwelowania niekorzystnego stosunku sił własnych do nieprzyjacielskich poprzez radykalne skrócenie frontu pozostawiała w istocie ziemie północno-wschodnie Rzeczpospolitej własnemu losowi, niemal całkowicie ogołocone z wojska. Tymczasem Polesiu, od początku drugiej dekady wojny, zaczęła przypadać rola dotąd zupełnie nieprzewidywana: stworzenia bariery przeciw wrogowi nie tylko od strony środkowego Bugu, lecz przede wszystkim frontem ku północy – od Brześcia i Kobrynia, wzdłuż Prypeci i jej licznych dopływów, równoleżnikowo aż po granicę ZSRR. Zadanie obrony tego dwustupięćdziesięciokilometrowego odcinka powierzono gen. Kleebergowi.
Aby móc wykonać rozkaz zamknięcia wszystkich przejść przez bagna Polesia, przy zachowaniu taktycznych norm szerokości pasów obrony, potrzebował on co najmniej tuzina pułków piechoty, i to pod warunkiem, że manewr nieprzyjaciela na południowy wschód będzie miał jedynie charakter pomocniczo-wiążący. Guderian, korzystając z upalnego lata i niskich stanów wód, z pewnością spróbuje przebić się tędy na Wołyń, głęboko oskrzydlając wojska gorączkowo organizujące opór w południowo-wschodniej części kraju.
Grupa Operacyjna „Polesie” nie była jeszcze wówczas tak rozbudowana jak podczas październikowej bitwy pod Kockiem. Jej trzon stanowiły zaledwie cztery pułki piechoty, niemal całkowicie pozbawione kawalerii, a zapas broni przekazanej z Głównej Składnicy Uzbrojenia w Stawach okazał się alarmująco skromny: 5350 karabinów powtarzalnych, 550 karabinków kawaleryjskich, 121 erkaemów i 36 cekaemów. Arsenał ten tylko w niewielkim stopniu powiększały opustoszałe magazyny rezerwowych dywizji 50 i 60, mobilizowanych już po wybuchu wojny.
W tej sytuacji, pozbawiony jakichkolwiek wytycznych z góry, gen. Rückemann zaproponował Kleebergowi swoją pomoc w realizacji zadania obrony na linii Muchawca, Prypeci i Piny. Dowódca GO „Polesie” zamierzał nie dopuścić Niemców poza barierę dwóch ostatnich rzek, przygotowując pozycje na północ od nich, a na południe od szosy Brześć – Słuck, leżący już na terytorium ZSRR. Kopiści objęli najdalszy odcinek tego niedoszłego frontu, rozciągający się na przestrzeni osiemdziesięciu kilometrów – od Jeziora Wyganowskiego na wschód aż po granicę sowiecką. Do obsadzenia tej rubieży wygospodarowano zaledwie cztery kompanie, dysponujące bardzo skromną liczbą cekaemów, które w dniach 13–14 września zajęły pozycje przy dwóch głównych traktach przebiegających przez ten rejon, możliwych do wykorzystania przez oddziały zmotoryzowane przeciwnika. Odpowiedzialność za ten odcinek powierzono Brygadzie KOP „Polesie”.
Na zegarze zbliżała się godzina dziewiętnasta. W kwaterze generała Orlika stopniowo meldowali się członkowie sztabu KOP oraz dowódcy oddziałów granicznych. Pułkownik Bittner zreferował krótko ponure położenie ogólne, kończąc jednak nutą umiarkowanego optymizmu: dla Polesia kluczowe jest to, że Brześć wciąż się broni. To daje nam czas na lepsze przygotowanie. Poza tym wkrótce nadejdą jesienne słoty, a te – jak wszyscy doskonale wiecie – co najmniej potroją walory taktyczne tutejszego terenu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki