-
nowość
Bajki do snu Tom II Terapeutyczne - ebook
Bajki do snu Tom II Terapeutyczne - ebook
W serii „Bajki do snu” pomaga najmłodszym oswajać lęki, wyciszać napięcia i spokojnie zasypiać. Jej historie wspierają dzieci i rodziców w budowaniu bliskości oraz poczucia bezpieczeństwa. Opis książki: „Bajki do snu. Tom II” to zbiór 37 terapeutycznych opowieści, które pomagają dzieciom wyciszyć emocje, oswoić trudności i spokojnie zasnąć. Każda historia porusza ważny temat w prosty, bezpieczny sposób, dając dziecku poczucie zrozumienia i bliskości.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla dzieci |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384407721 |
| Rozmiar pliku: | 5,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_(zamartwianie się, myśli „co jeśli…”, napięcie)_
W Słonecznym Miasteczku, gdzie trawa pachniała jak świeżo skoszona mięta, a poranki zaczynały się od świergotu ptaków, mieszkał piesek o imieniu Burek.
Był wesołym, energicznym szczeniakiem, który uwielbiał biegać za piłką, tarzać się w liściach i szczekać na motyle.
Lubił słońce, spacery i zapachy, które zostawiały po sobie inne psy.
Ale Burek miał też coś, czego nikt inny nie widział.
Tuż za jego uszami, na miękkiej sierści, mieszkał mały, niewidzialny stworek zwany Panem Zamartwiaczem.
Pan Zamartwiacz był bardzo pracowity.
Budził się razem z Burkiem, a czasem nawet wcześniej.
Zanim piesek zdążył przeciągnąć się po śnie, stworek już szeptał:
— A co jeśli dziś wydarzy się coś złego?
Cały dzień siedział na grzbiecie Burka i podrzucał mu do plecaka ciężkie kamienie z napisem „A co jeśli…”.
Każdy kamień był inny, ale wszystkie miały ten sam ciężar — ciężar niepokoju.
Kiedy świeciło słońce, Pan Zamartwiacz szeptał:
— A co jeśli zaraz zacznie padać i zmokniesz?
Gdy Burek szedł na spacer, stworek dorzucał kolejny kamień: — A co jeśli zgubisz swoją ulubioną obrożę?
A kiedy bawił się z innymi szczeniakami, Pan Zamartwiacz mruczał:
— A co jeśli ktoś się na ciebie obrazi?
— A co jeśli coś pójdzie nie tak?
Z dnia na dzień plecak Burka stawał się coraz cięższy.
Pod koniec dnia piesek nie miał już siły biegać za piłką.
Jego łapki drżały ze zmęczenia, brzuszek był spięty jak ciasny supełek, a oddech czasem robił się krótki i szybki.
Serce biło mu mocniej, choć nie wiedział dlaczego.
Myśli krążyły w głowie jak ciemne chmurki, a radość gdzieś znikała.
Czuł się tak, jakby dźwigał na grzbiecie cały las.
Pewnego popołudnia, gdy słońce zaczynało chować się za wzgórzem, Burek spotkał mądrą, starą bernardynkę o imieniu Luna.
Luna miała spokojne oczy i miękkie futro, które pachniało jak ciepłe mleko.
Jej obecność sprawiała, że świat zwalniał.
Zauważyła, że Burek idzie zgarbiony, a jego ogon smętnie zwisa.
— Dlaczego niesiesz taki ciężki ładunek, maluchu? — zapytała łagodnie.
Burek westchnął tak głęboko, że aż poruszyły się liście na krzakach.
— To moje zmartwienia… — powiedział cicho.
— Boję się, że stanie się coś złego, choć jeszcze się nie stało.
A Pan Zamartwiacz mówi, że muszę być gotowy na wszystko.
Luna usiadła obok niego i położyła wielką łapę na jego plecaku.
— Wiesz, Burku — zaczęła spokojnie — Pan Zamartwiacz myśli, że cię chroni.
Ale często myli przyszłość z teraźniejszością.
Zobaczmy razem, ile z tych kamieni naprawdę jest potrzebnych.
Wyjęła pierwszy kamień. — „A co jeśli zacznie padać?” — przeczytała.
— Czy teraz pada?
Burek spojrzał w niebo.
Było czyste i błękitne.
— Nie…
— To odłóżmy ten kamień — powiedziała Luna.
Wyjęła drugi.
— „A co jeśli zgubię obrożę?”
— Mam ją na szyi — odpowiedział Burek, dotykając jej nosem.
— Czyli ten kamień też może odpocząć.
Potem Luna nauczyła Burka trzech prostych pytań:
— Co jest teraz?
— Co widzisz wokół?
— Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w myślach?
Burek spróbował sam.
Wyjmował kamień po kamieniu.
Z każdym odłożonym ciężarem jego plecak robił się lżejszy, łapki mocniejsze, a oddech spokojniejszy.
W końcu podskoczył lekko, jakby przypomniał sobie, jak to jest być szczeniakiem.
— Luna… — powiedział z uśmiechem — teraz, w tej minucie, wszystko jest w porządku.
— Właśnie tak — odparła bernardynka.
— A Pan Zamartwiacz może jeszcze czasem wracać.
Ale ty już wiesz, że nie musisz wierzyć każdemu jego kamieniowi.
Możesz sprawdzić, zanim go poniesiesz.
Wieczorem Burek wrócił do domu z lekkim plecakiem.
A gdy następnego dnia Pan Zamartwiacz znów spróbował coś dorzucić, piesek uśmiechnął się pod nosem i zapytał: — Czy to dzieje się teraz?
I choć niepokój czasem jeszcze się pojawiał, Burek wiedział już, że nie musi nosić przyszłości na swoich plecach.
Cień, który chciał się bawić
_(lęk przed nieznanym, wyobraźnia)_
W małym domku pod wielkim, rozłożystym kasztanem mieszkał zajączek o imieniu Tuliś.
Za dnia był odważny jak bohater leśnych opowieści.
Skakał najwyżej ze wszystkich zajączków, biegał szybciej niż wiatr i nie bał się nawet szeleszczących liści, które czasem udawały, że ktoś się w nich ukrył.
Światło dnia było dla Tulisia jak ciepły koc — wszystko było wyraźne, znajome i bezpieczne.
Drzewa wyglądały jak drzewa, krzesło jak krzesło, a kasztan przed domem jak stary przyjaciel, który pamięta wszystkie jego zabawy.
Ale kiedy słońce kładło się spać, a niebo robiło się granatowe jak atrament, odwaga Tulisia topniała jak śnieg na wiosnę.
Cienie wydłużały się, a świat stawał się cichszy, jakby wstrzymywał oddech.
Mama gasiła małą lampkę przy jego łóżku, poprawiała kołderkę, całowała go w czoło i szeptała:
— Dobranoc, kochanie.
Jestem tuż obok.
Tuliś kiwał głową, ale gdy drzwi cicho się zamykały, pokój zmieniał się w krainę cieni.
Wieszak na ubrania wyglądał jak wielki potwór z garbem.
Cień drzewa na ścianie przypominał długie, chwytne palce.
Nawet koszyk z zabawkami zdawał się poruszać własnym życiem.
Ciemność była dla Tulisia jak ogromna, czarna dziura, w której mogło ukryć się wszystko, co straszne.
Zajączek naciągał kołdrę aż pod nos i próbował oddychać jak najciszej.
Serduszko biło mu szybciej, a w brzuszku pojawiał się mały, zimny kamyczek strachu.
Pewnej nocy, gdy Tuliś drżał pod kocykiem, usłyszał cichutkie westchnienie.
Tak delikatne, że mógłby je pomylić z oddechem wiatru.
Dochodziło… z podłogi.
— K-kto tu jest? — szepnął zajączek, a jego serduszko biło jak mały bębenek.
— To tylko ja… twój Cień — odpowiedział głos miękki jak nocny powiew.
— Jestem smutny.
— Smutny? — zdziwił się Tuliś, chowając nos pod kołdrę.
— Tak — westchnął Cień.
— Bo kiedy gasisz światło, zaczynasz się mnie bać.
A przecież za dnia jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Biegamy razem, skaczemy, bawimy się w berka.
A w nocy… w nocy pilnuję twoich snów.
Tuliś wystawił jedno oko spod kołdry i spojrzał na ścianę.
Cień nie był potworem.
Nie miał zębów ani pazurów.
Siedział spokojnie, trochę skulony… jakby naprawdę było mu przykro.
— Ciemność to nie brak światła — powiedział Cień łagodnie.
— To czas, kiedy kolory idą spać, żeby rano mieć siłę pięknie wyglądać.
A ja wtedy pilnuję ciszy, żebyś mógł odpocząć.
Cień poruszył się lekko na ścianie.
— Zobacz — powiedział.
— Ten „potwór” to tylko twój ulubiony sweter.
Czeka, żeby jutro cię ogrzać.
A te „palce”?
To gałązka kasztana.
Macham nią do ciebie na dobranoc.
Tuliś spojrzał uważniej.
Serce biło już trochę wolniej.
Oddech zrobił się głębszy.
Rzeczywiście — sweter wisiał dokładnie tam, gdzie zawsze.
A gałązka poruszała się lekko na wietrze, jakby szeptała: „Śpij spokojnie”.
Strach zaczął odpływać jak fale na jeziorze, kiedy wiatr je uspokaja.
W jego miejsce pojawiła się ciekawość.
Tuliś wyciągnął łapkę spod kołdry.
Cień zrobił to samo — większy, dłuższy, trochę zabawny.
Tuliś poruszył uszkiem.
Cień poruszył uszkiem.
Podskoczył lekko.
Cień podskoczył razem z nim.
— Ojej… — uśmiechnął się zajączek.
— Ty naprawdę mnie naśladujesz!
— Bo jestem częścią ciebie — zaśmiał się Cień.
— Gdzie ty, tam ja.
Nawet w najciemniejszą noc.
Tuliś usiadł na łóżku.
Pokój był ten sam… tylko w nocnej wersji.
Cichszej.
Spokojniejszej.
Miękkiej.
Nagle zauważył, że ciemność nie jest już wielką, czarną dziurą.
Jest jak koc, który otula świat, żeby mógł odpocząć.
A cienie?
To tylko znajome rzeczy w nocnych piżamach.
— To co… pobawimy się? — zapytał.
— Zawsze — odpowiedział Cień i zatańczył na ścianie, wyginając się w zabawnych kształtach.
Tuliś chichotał, próbując robić coraz dziwniejsze miny i ruchy.
Cień powtarzał wszystko z lekkim opóźnieniem, jakby tańczył w rytmie własnej melodii.
W końcu zajączek położył się z powrotem, zmęczony, ale spokojny.
— Będziesz tu? — zapytał sennie.
— Zawsze — odpowiedział Cień.
— Pilnuję twoich snów.
Tej nocy Tuliś zasnął spokojnie.
A Cień siedział obok, cichy i wierny, przypominając, że nawet w ciemności nie jest sam.
Góra, której nie było
_(katastrofizacja, lęk przed wyzwaniami)_
W cieniu wielkiego łopianu, gdzie szerokie liście tworzyły zielony dach chroniący przed słońcem i światem, mieszkał mały żółwik o imieniu Tuptuś.
Uwielbiał swój bezpieczny kącik — miękką ziemię pod brzuszkiem, znajome zapachy i ciszę, która otulała go jak ciepły kocyk.
Tuptuś lubił rzeczy, które znał.
Lubił, kiedy wszystko było takie samo jak wczoraj.
Przewidywalne.
Spokojne.
Nowości go nie cieszyły.
Nowości go… bały.
Kiedy coś się zmieniało, Tuptuś czuł, jak jego skorupka robi się cięższa, a w środku pojawia się niepokój.
Serce biło szybciej, a myśli zaczynały krążyć w kółko, szukając wszystkiego, co mogłoby pójść nie tak.
Pewnego dnia w lesie ogłoszono wielki konkurs budowania mostów z patyczków.
Wiadomość niosła się między drzewami jak echo radości.
Wiewiórki skakały po gałęziach, zbierając proste patyki. Jeżyki turlały je w małych stosikach.
Ptaki znosiły cienkie gałązki z koron drzew.
Wszyscy byli podekscytowani.
Tuptuś też podszedł, żeby zobaczyć, o co tyle hałasu.
Chciał tylko popatrzeć.
Tylko na chwilę.
Ale gdy tylko spojrzał na stertę patyków… coś się stało.
W miejscu zwykłej kupki gałązek zobaczył coś zupełnie innego — ogromną, stromą Górę Porażki, tak wysoką, że jej szczyt ginął w chmurach.
Im dłużej patrzył, tym większa się robiła.
„A co, jeśli mój most się zawali?”
„A co, jeśli inne zwierzęta zrobią lepszy?”
„A jeśli wszyscy będą się ze mnie śmiać?”
Myśli krążyły w jego głowie jak natrętne muchy. Łapki zrobiły się miękkie jak galaretka.
W brzuchu pojawił się twardy supełek.
Serce biło zbyt szybko, jakby chciało uciec.
Tuptuś schował głowę do skorupy.
Dla niego ten mały konkurs urósł do czegoś ogromnego i strasznego.
Postanowił, że nie spróbuje wcale.
Bo jeśli nie spróbujesz… to przecież nie możesz przegrać. Prawda?
Wtedy obok niego pojawiła się gąsienica Grażynka — zielona, puchata i zawsze uśmiechnięta.
— Hej, Tuptusiu — powiedziała łagodnie, zaglądając do skorupy.
— Dlaczego chowasz się w domku?
— Bo ta góra patyków jest za wielka… — wyszeptał żółwik.
— Nie dam rady.
Na pewno coś zepsuję.
Grażynka spojrzała na stertę patyków, potem na Tuptusia… i uśmiechnęła się jeszcze cieplej.
— Tuptusiu, to nie góra.
To tylko dużo małych patyczków.