Bal w Wersalu - ebook
Lato 1959 roku. Nadchodzi kluczowe wydarzenie sezonu, czyli bal w Wersalu, podczas którego grupa debiutantek ma zostać przedstawiona międzynarodowej elicie. Dla czterech pięknych, młodych kobiet, będzie to nie tylko wieczór pełen blasku, ale także szansa na nowy początek.
Amelia marzy o karierze prawniczki i buntuje się przeciwko skostniałym tradycjom. Felicity pragnie udowodnić swojej okropnej siostrze, że ona też może odnieść sukces. Caroline próbuje wyleczyć złamane serce. Samantha zmaga się z traumą, która nie pozwala jej ruszyć naprzód.
Każda z dziewcząt przyjeżdża do Francji z własnymi nadziejami, lękami i sekretami. Czy jeden bal w Wersalu wystarczy, by odmienić ich losy?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68851-34-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jane Fairbanks Alexander dostrzegła kremową kopertę leżącą na srebrnej tacy przy głównym wejściu, gdzie ich dochodząca pomoc domowa odkładała pocztę. Gloria, Irlandka z pochodzenia, przez lata pracowała dla nich na pełen etat, lecz odkąd Amelia, córka Jane, wyjechała na studia, przychodziła już tylko trzy razy w tygodniu. W pozostałe dni miała inną pracę, ale dla Jane wciąż robiła zakupy i wybierała jej ulubione produkty, prała i sprzątała. Amelia wracała do domu jedynie od czasu do czasu, na weekendy. Mieszkanie bez niej wydawało się puste. Było niewielkie, ale pełne uroku: czyste, eleganckie, urządzone z dyskretnym smakiem. Miało dwie sypialnie i mieściło się w przedwojennym budynku na Manhattanie, u zbiegu Piątej Alei i Siedemdziesiątej Szóstej Ulicy. Przy wejściu czuwał portier, którego obecność dawała Jane poczucie bezpieczeństwa. W dni, gdy przychodziła Gloria, Jane szczególnie cieszyła się z powrotu do uporządkowanego domu, gdzie w sypialni czekały na nią świeżo wyprane i starannie złożone ubrania. Ten ład i spokój łagodziły jej tęsknotę za córką, a ciche pomieszczenia wydawały się wtedy choć odrobinę mniej puste.
Amelia uczyła się na pierwszym roku Kolegium Barnarda – żeńskiej uczelni stowarzyszonej z Uniwersytetem Columbia – i była zachwycona studiami. Poświęciła się literaturze angielskiej, co nikogo nie dziwiło: jej matka była prawą ręką szefa cenionego wydawnictwa w Nowym Jorku, a ojciec również pracował w branży wydawniczej. Amelia miała jasno wytyczony cel – po ukończeniu Barnarda chciała się dostać do szkoły prawniczej na Uniwersytecie Columbia, jednej z pierwszych, gdzie przyjmowano kobiety.
Jane od niemal dekady wychowywała córkę samotnie. Amelia miała zaledwie dziewięć lat, gdy zmarł jej ojciec Alfred. Nie pamiętała go tak dobrze jak matka. Jane pielęgnowała ciepłe wspomnienia z czasów sprzed wojny, kiedy Alfred był jeszcze w pełni sobą, zanim wyjechał na front i wszystko się zmieniło.
Jane poznała go, gdy była studentką trzeciego roku College’u Vassar. On zdobywał tytuł magistra literatury angielskiej w Yale. Spotkali się po raz pierwszy na balu debiutantek w Nowym Jorku, po którym Alfred przez półtora roku zabiegał o jej względy i podróżował z New Haven do Poughkeepsie tak często, jak tylko mógł, by ją odwiedzać. Zaręczyli się, gdy Jane była na ostatnim roku studiów, a pobrali zaraz po ich ukończeniu, w 1939 roku. Alfred miał wówczas dwadzieścia cztery lata, a Jane – dwadzieścia dwa.
Świeżo upieczony małżonek rozpoczął karierę w wydawnictwie G. P. Putnam’s i rysowała się przed nim obiecująca przyszłość. Zaczynał jako asystent redakcji, jednak szybko awansował na młodszego redaktora. Kochał swoją pracę i marzył, że pewnego dnia zostanie starszym redaktorem, a może nawet redaktorem naczelnym.
Jane tuż po ukończeniu studiów znalazła pracę w magazynie „Life” na stanowisku redaktora tekstów. Ich zainteresowania od zawsze były do siebie zbliżone, oboje kochali zajęcie w branży wydawniczej. Alfred zajmował się bardziej literackimi dziełami, a manuskrypty, nad którymi pracował, zdawały się wznioślejsze niż teksty, którymi zajmowała się Jane w „Life”. Jej praca była jednak pełna życia, przyjemna i ekscytująca. Trzy miesiące po ślubie kobieta zaszła w ciążę, która przebiegała łatwo i spokojnie. Dzięki temu spędziła w magazynie rok, aż do lata 1940 roku, kiedy to urodziła Amelię, i potem już nigdy nie wróciła do pracy. Była szczęśliwa, że może zostać w domu z córką i osobiście się nią zajmować, a stanowisko Alfreda, wraz z pieniędzmi, które odziedziczył, zapewniało im bardzo komfortowe życie. Mężczyzna nie oczekiwał, że Jane wróci do obowiązków zawodowych.
Alfred nie dysponował wielkim majątkiem, ale jego dziadkowie zostawili mu pokaźny spadek, który wystarczał zarówno na zaspokojenie podstawowych potrzeb, jak i na przyjemności i wygody. Później, po śmierci jego rodziców – jedno zmarło na raka, drugie na udar – odziedziczył jeszcze trochę pieniędzy. Wciąż musiał pracować, ale on i Jane nie byli zależni od jego pensji, a świadomość, że mają niewielkie oszczędności w banku, bezpiecznie zainwestowane, dawała im poczucie komfortu. Wywodzili się z podobnych środowisk. Ojciec Jane był prezesem banku w Nowym Jorku, a matka pochodziła z zasłużonej bostońskiej rodziny – starej, zamożnej familii. Rodzice Jane należeli do rodzin, które niegdyś były bogatsze; większość fortuny utracili podczas krachu w 1929 roku, lecz wciąż zostało im wystarczająco, by zapewnić potomkom wygodne, bezpieczne życie. Rodzina Alfreda należała do starej gwardii Nowego Jorku, a on miał kilku kuzynów zamożniejszych od siebie, ale jego nazwisko zdawało się jednym z najbardziej znanych w nowojorskim towarzystwie. Nie był najbogatszy, lecz posiadał tyle, by utrzymać żonę i córkę, a Jane nie musiała szukać posady. Ojciec Alfreda był bankierem inwestycyjnym na Wall Street, a matka, podobnie jak matka Jane, nigdy nie pracowała zawodowo.
Ich rodziny dobrze się znały. Ojcowie Alfreda i Jane należeli do tego samego klubu, gdzie często spotykali się po pracy, a matki raz w tygodniu angażowały się jako ochotniczki w działalność Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Nazywano je Gray Ladies – Szare Damy – od charakterystycznych szarych habitów i welonów, które wtedy nosiły. Lubiły to zajęcie. Lubiły też dzielić się opieką nad wspólną wnuczką, kiedy urodziła się Amelia. Czasami zabierały ją do parku na spacery, do zoo, by pooglądać zwierzęta, lub na przejażdżkę karuzelą. Jane i Alfred byli jedynakami, więc pojawienie się na świecie Amelii przez obie pary dziadków zostało odebrane jako cud i napełniło ich wielką radością.
Życie Alfreda i Jane od chwili ślubu toczyło się spokojnie przez mniej więcej dwa i pół roku, do czasu gdy Amelia skończyła osiemnaście miesięcy. Wieczorami rozmawiali o pracy Alfreda, o jego postępach i najnowszych osiągnięciach oraz o manuskryptach, nad którymi pracował. Jednak kiedy zaatakowano Pearl Harbor, kilka dni później Alfred zaciągnął się do wojska. Już po kilku miesiącach został wysłany do Anglii, a stamtąd do Włoch. Przez cały czas młode małżeństwo utrzymywało ze sobą kontakt listowny, lecz dopiero gdy Alfred znalazł się we Włoszech, Jane zauważyła, że ton jego listów się zmienił. Słowa brzmiały przygnębiająco, a on, targany strachem i gniewem, nie mógł jej opowiadać o tym, co widział, i pozostawiał Jane jedynie domysły, jak wielkie piętno odcisnęła na nim wojna. Jego rodzice zmarli w pierwszym roku nieobecności syna, co również bardzo na niego wpłynęło. Bywały długie okresy, gdy Jane nie otrzymywała od niego żadnej korespondencji, zależnie od miejsca, w którym się znajdował, i od dostępności usług pocztowych. Potem znów się odzywał. Po kilkumiesięcznym pobycie we Włoszech Jane zauważyła, że jego pismo stało się koślawe, jakby pisał drżącą ręką. W listach nie brzmiał już jak dawny Alfred, a gdy wrócił latem 1945 roku, zrozumiała dlaczego. Był innym człowiekiem. Amelia miała pięć lat i nie pamiętała ojca. Płakała za każdym razem, kiedy go widziała lub gdy próbował wziąć ją na ręce. On albo reagował łzami, albo wychodził z pokoju i zatrzaskiwał za sobą drzwi.
Lekarze orzekli, że cierpi na nerwicę frontową oraz na wyczerpanie walką i że potrzebuje czasu, by wrócić do siebie. Tak się jednak nigdy nie stało. Miał trzydzieści lat, a utrata obojga rodziców w krótkim czasie po wyjeździe tylko pogłębiła traumę. Po powrocie nie widywał się już ze starymi przyjaciółmi ani nie chodził do klubu. Jego stanowisko w wydawnictwie przejęła kobieta, która doskonale radziła sobie w tej roli i pracowała za niższą stawkę niż on. Była wdową wojenną i nie chciano jej dodatkowo obciążać zwolnieniem.
Rynek pracy zalali młodzi, zdrowi mężczyźni, a Alfred spotykał się z odmową wszędzie tam, gdzie składał podania. Było jasne, że wciąż nie doszedł do siebie. Podczas rozmów kwalifikacyjnych wpadał w gniew przy nieodpowiadających mu pytaniach albo zalewał się łzami, gdy poruszano temat doświadczeń wojennych. W końcu zarzucił poszukiwanie pracy, pogrążył się w myślach i pił całymi dniami – mimo wysiłków Jane, by go pocieszyć.
Preferował gin, lecz pił wszystko, co znalazło się pod ręką. Za każdym razem, gdy żona znajdowała ukryte butelki, wyrzucała je, ale on zawsze miał ich więcej, pochowane w tajnych miejscach. Bez pracy, pogrążony w alkoholu, a przy tym pozbawiony dochodów Alfred szybko roztrwonił pieniądze odziedziczone po dziadkach i rodzicach. Oddawał się hazardowi w prywatnym klubie pokerowym, pił, siedział odrętwiały w fotelu, zatracony w myślach, i patrzył w dal niewidzącym wzrokiem. Nocami zazwyczaj zasypiał przy dźwiękach radia. Jego powrót z frontu okazał się zupełnie inny, niż Jane sobie wyobrażała. Nie było to ponowne spotkanie dwóch pokrewnych dusz, co odnalazły się na nowo i kontynuowały od miejsca, w którym się rozstały. Alfred nie potrafił dotrzeć do tamtego miejsca. Był zagubiony i już nigdy miał się nie odnaleźć.
W wieku trzydziestu czterech lat, cztery lata po powrocie z wojny, wybrał się do Connecticut odwiedzić przyjaciela z frontu, o którym Jane nigdy nie słyszała. Zjechał z klifu do wąwozu i zginął na miejscu. Nie zostawił listu pożegnalnego, więc żona nie miała pewności, czy to było samobójstwo, czy wypadek spowodowany jego nietrzeźwym stanem. Podejrzewała to drugie, ale nie umiała tego udowodnić. Od czterech lat był pogrążony w głębokiej depresji, każdej nocy budził się z koszmaru zlany potem, ale odmawiał jakiegokolwiek leczenia. Upierał się, że nic mu nie jest, choć oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Jane w wieku trzydziestu dwóch lat została wdową ze złamanym sercem. Jej rodzice wówczas także już nie żyli, nie miała więc nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc, gdy odkryła, że Alfred roztrwonił niemal wszystkie pieniądze i nie wykupił ubezpieczenia na życie. Skromne resztki, które pozostały, ulokowała na koncie inwestycyjnym wraz z jego świadczeniami wojskowymi. Chciała je przeznaczyć na edukację Amelii i jako zapas na wypadek nieprzewidzianych wydatków. Na szczęście jeszcze przed wojną, korzystając ze spadku po dziadkach, Alfred wykupił mieszkanie na własność, dzięki czemu Jane i Amelia miały dach nad głową, lecz niewiele ponad to.
Gdy zmarł jej ojciec, Amelia miała dziewięć lat i uczęszczała do Chapin, ekskluzywnej prywatnej szkoły dla dziewcząt na East Side, tej samej, którą niegdyś ukończyła jej matka. Dziewczynka nie wiedziała, jak wielki strach ogarnął Jane, gdy ta zorientowała się w sytuacji Alfreda. Przy skromnych środkach, które im pozostały, ledwie starczało na życie. Jane próbowała znaleźć zatrudnienie w gazecie, lecz bezskutecznie. Nie pracowała od dziewięciu lat, a wcześniej zdobyła zaledwie roczne doświadczenie.
Wreszcie udało jej się dostać pracę na stanowisku młodszej redaktorki w dobrze znanym domu wydawniczym. Było to zajęcie podobne to tego, którym zajmował się Alfred, gdy go poślubiła. Okazało się, że ma talent do redagowania i młodzi autorzy lubią z nią pracować, ona za to spełniała się w dopingowaniu ich. Ponadto miała dobre oko do przesyłanych do wydawnictwa manuskryptów, potrafiła wyłowić te, które według niej mogły odnieść sukces komercyjny, i często się to sprawdzało. Wykazywała niezwykłą zdolność do odnajdywania przysłowiowej igły w stogu siana, dzięki czemu odkrywała nieznanych autorów, których powieści stawały się bestsellerami. Szybko pięła się po szczeblach w wydawnictwie Axelrod & Baker. Jej szef, Phillip Parker, był pod wrażeniem jej talentu i regularnie przyznawał kobiecie premie i podwyżki. Jane nauczyła się żyć oszczędnie i zapewniała Amelii wszystko, czego dziewczynka potrzebowała. W ciągu sześciu lat kobieta awansowała na stanowisko zastępcy wydawcy, a że przełożony zbliżał się do wieku emerytalnego, miała oko na jego pozycję, on zaś często sugerował, że Jane niemal na pewno ją obejmie. W zasadzie od trzech lat wykonywała więcej jego obowiązków niż on sam. Mężczyzna był wątłego zdrowia i twierdził, że to tylko kwestia czasu, zanim to ona zasiądzie na jego fotelu. Ciężko pracowała, by na to zasłużyć, i często zabierała pracę do domu, po czym przesiadywała nad nią wieczorami. Działała za dwóch, wykonywała obowiązki zarówno przełożonego, jak i swoje.
Była dumna ze swojego zajęcia i uwielbiała pracować z autorami. Wielu z nich znała osobiście, chętnie poznawała nowych i nieustannie motywowała młodych, aspirujących pisarzy. Jej wysiłki się opłacały, wypracowała sobie przyzwoitą pensję. Otrzymała kilka ofert z agencji literackich, by zostać agentką, co mogłoby być bardziej dochodowe, ale pozostała wierna wydawnictwu, dla którego pracowała i w którym dobrze zarabiała. Zdołała zapewnić sobie i córce wszystko to, na co mogli sobie pozwolić, zanim Alfred przepuścił wszystkie pieniądze i zapił się na śmierć. Autopsja wykazała, że był pijany, gdy zjechał z klifu. Przez długi czas Jane czuła do niego złość, ale w końcu się z tym pogodziła. Śmierć męża tak naprawdę była skutkiem wojny. Nie była jego winą.
Ani Alfred, ani Jane nie dorastali w otoczeniu luksusu. Po Wielkim Kryzysie fortuny ich rodzin stopniały, podobnie jak majątki wielu arystokratycznych rodów. Jednak jeszcze przed wojną obie rodziny żyły wygodnie i zapewniały dzieciom odpowiednie warunki. Jane i Alfred wywodzili się z arystokratycznych rodów, kształcili się w najlepszych szkołach i na najlepszych uczelniach, znali właściwych ludzi i obracali się wśród podobnej sobie nowojorskiej śmietanki towarzyskiej. W dzieciństwie nigdy im niczego nie brakowało i Jane była zdeterminowana, by jej córka doświadczyła podobnego życia. Wysłała ją do najlepszej prywatnej szkoły w mieście. Kiedy dziewczynka chodziła na bale urodzinowe, ubierała ją zawsze w najpiękniejsze sukienki. Zapraszano je do najlepszych domów oraz na najwykwintniejsze przyjęcia. Jane była członkinią Colony Club, jednego z najbardziej ekskluzywnych kobiecych klubów w Nowym Jorku. Dbała o to, aby dziewczynki, z którymi spotykała się jej córka i z którymi nawiązywała przyjaźnie, także pochodziły z odpowiednich rodzin. Nowojorski Rejestr Społeczny był dla Jane niczym biblia i kobieta pilnowała, by osoby, w których towarzystwie się obraca, w nim figurowały. Wziąwszy pod uwagę jej pochodzenie, ludzie, którzy Jane nie znali, uważali ją za snobkę, ale ona taka nie była. Wszystkich w pracy traktowała równie uprzejmie, jednak gdy chodziło o Amelię, pragnęła dla niej wszystkiego, co najlepsze, i zależało jej, by córka dorastała w takim samym otoczeniu, z jakiego wywodzili się ona i Alfred. Jane nigdy nie oddaliła się od tego bezpiecznego, znanego jej świata i nie pozwoliła na to również Amelii. Więc gdy nadszedł czas, chciała, by córka poślubiła kogoś z odpowiedniej warstwy społecznej.
Zapewnianie Amelii dobrobytu nie było dla Jane łatwym zadaniem. Jej los po śmierci Alfreda stał się walką o przetrwanie, by związać koniec z końcem, i nie chciała, by córka, gdy dorośnie, musiała przechodzić przez cokolwiek podobnego.
Amelia nie miała pojęcia, jak wiele razy matka odmawiała sobie nowego płaszcza, sukienki czy butów lub nawet spódnicy do pracy, by zapewnić byt córce. Jane była piękną kobietą i ozdabiała swoje stroje jasnymi apaszkami lub biżuterią odziedziczoną po matce. Do pracy zawsze zakładała perły matki. Wyglądała i brzmiała na taką, jaką była – piękna dama, dystyngowana arystokratka z wyższej klasy z doskonałym wykształceniem. Przez całe życie przygotowywała Amelię do tego, by pewnego dnia przykuła uwagę odpowiedniego mężczyzny i wyszła za kogoś, kto będzie o nią dbał, chronił ją i wspierał, tak aby nigdy nie musiała ponosić takich wyrzeczeń, jakie jej matka przeżyła po śmierci Alfreda. Jane była gotowa poświęcić wszystko dla córki.
Zaledwie miesiąc wcześniej, w święta Bożego Narodzenia, Amelia miała swój debiut na Infirmary Ball, jednym z najbardziej ekskluzywnych balów debiutantek w Nowym Jorku, na którym wcześniej swoje debiuty miały Astorówny i Vanderbiltówny. Razem z nią debiutowało wiele dziewcząt, z którymi Amelia chodziła do szkoły. Ubrana była w przepiękną suknię, którą wybrały w Bergdorf Goodman – prostą, śnieżnobiałą, satynową kreację autorstwa Pauline Trigère, z wąską talią podkreślającą smukłą sylwetkę i spódnicą w kształcie dzwonu. Amelia była piękną dziewczyną, o idealnej figurze, z długimi blond włosami i wielkimi niebieskimi oczami. Zdawała się niemal dokładną młodszą kopią swojej matki. Jane w wieku czterdziestu jeden lat wciąż zachwycała urodą i obie mogły uchodzić za siostry.
Amelia wyglądała olśniewająco, gdy szła po schodach z partnerem, by w momencie prezentacji pod skrzyżowanymi szablami kadetów z West Point złożyć dworski ukłon. Jej towarzyszem był Teddy Van Horn, przyjaciel z dzieciństwa, o rok od niej starszy przystojny młodzieniec w białym fraku z muszką. Nie łączyło ich jednak żadne uczucie, byli po prostu przyjaciółmi, co czyniło ten wieczór znacznie łatwiejszym, niż gdyby między nimi iskrzyło. Jane również debiutowała na tym samym balu dwadzieścia trzy lata wcześniej. I nawet teraz wciąż pamiętała tamte emocje. Był to najwspanialszy moment jej życia, aż do dnia, w którym poślubiła Alfreda.
Zakup pięknej sukni nadszarpnął budżet matki, choć nigdy nie wspomniała o tym Amelii. Pieniądze, które pozostały po Alfredzie, a które Jane oszczędzała i inwestowała, miały pokryć koszty studiów córki. Opłaty za akademik, wyposażenie pokoju i bieżące wydatki mocno obciążały jej pensję, ale Jane pocieszała się myślą, że gdy tylko szef przejdzie na emeryturę, a ona obejmie upragnione stanowisko wydawcy, ich sytuacja finansowa nie będzie już tak napięta. Wiedziała, że nastąpi to całkiem niedługo, i z niecierpliwością tego momentu wyczekiwała.
W międzyczasie dawała sobie radę, tak jak robiła to już od prawie dekady. Amelia miała teraz osiemnaście lat, a gdy skończy college i za mniej więcej siedem lat zakończy naukę w szkole prawniczej, Jane wreszcie będzie mogła odetchnąć z ulgą. Dotarły już tak daleko i wiedziała, że zdoła wytrwać jeszcze te siedem lat, bacznie pilnując budżetu tak, by Amelia nigdy nie odczuła braków ani nie miała pojęcia o wyrzeczeniach matki. Jane prędzej by umarła, niż pozwoliła córce poznać prawdę o jej zmaganiach. Pragnęła, by Amelia wyszła za mąż dobrze i szczęśliwie i by nigdy nie musiała się o nic martwić. Oczywiście chciała, żeby poślubiła mężczyznę z miłości, ale jak mawiała, równie łatwo pokochać bogacza, jak biedaka. Amelia była dobrze wychowana, więc Jane nie martwiła się o to, z kim córka się zetknie na studiach. Większość czasu spędzała w bibliotece, gdzie pilnie się uczyła, by zdobywać najwyższe oceny, i szło jej świetnie. Jane była z niej dumna. Amelia wyrosła na poważną studentkę z dobrymi zasadami, prawym sercem i wrażliwością i byłaby zdruzgotana, gdyby się dowiedziała, jak bardzo matka się poświęca, by zapewnić jej lepszy los.
Na bal debiutancki Amelii, odbywający się tuż przed Bożym Narodzeniem, Jane włożyła prostą, czarną, aksamitną suknię wieczorową. Kupiła ją w sklepie z używaną odzieżą, do którego zamożne kobiety oddawały rzeczy z poprzednich sezonów. Suknia była projektu Charlesa Jamesa, a do niej Jane dobrała krótkie, eleganckie futerko z norek od Galanosa. Prezentowała się równie szykownie jak inne matki na tym wydarzeniu i zdawała się piękniejsza od większości z nich. Zarówno Jane, jak i Amelia uchodziły za urodziwe kobiety, którym we wszystkim było do twarzy, a suknia dziewczyny należała do najpiękniejszych tego wieczoru.
Amelia ucieszyła się z zaproszenia na bal, choć spodziewała się, że je otrzyma. Razem z przyjaciółkami rozmawiały o tym z podekscytowaniem przez całe liceum. Dla niej nie miało to jednak tak głębokiego znaczenia jak dla jej matki czy niektórych dziewcząt – wiedziała po prostu, że to będzie dobra zabawa. Traktowała to raczej jako rytuał wejścia w dorosłość. Przez pewien czas irytowały ją pochodzenie i sens tego zwyczaju. Bale debiutanckie pierwotnie służyły temu, by wprowadzać młode kobiety z dobrych domów na salony z zamiarem znalezienia im mężów – tak było zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie. Dziś jednak niewiele dziewcząt wychodziło za mąż w wieku osiemnastu lat, „prosto ze szkolnej ławki”, jak to kiedyś mawiano. Większość szła teraz do college’u i wiele z nich poznawało przyszłych mężów właśnie tam, czego Jane nie omieszkała jej wypomnieć, gdy Amelia narzekała, że cały ten zwyczaj jest przestarzały. Drażniło ją też, że z tego świata wykluczano wszystkich spoza ich uprzywilejowanego kręgu białej klasy wyższej. Wydawało jej się to niesprawiedliwe.
– Przecież to wygląda jak targ bydła, mamo – mruknęła z niesmakiem Amelia. – Tylko tym bydłem jesteśmy my. Czemu niby to ma być w porządku?
– To nie jest żaden targ bydła – odparła spokojnie Jane. – To wieczór, który sprawi, że poczujesz się jak Kopciuszek. A jeśli przy okazji poznasz swojego księcia z bajki, będzie wspaniale. To rytuał przejścia dla takich jak my, coś w rodzaju klubu, w którym pokazujemy nasze córki, z których jesteśmy dumne. Zresztą znasz wszystkie dziewczęta, które debiutują razem z tobą. Z wieloma chodziłaś do szkoły.
Pozostałe uczennice uczęszczały do szkół takich jak Spence czy Brearley, które rywalizowały z Chapin. Ostatecznie Amelia porzuciła swoje zastrzeżenia. Nie mogła zmienić zasad, nawet jeśli jej się nie podobało, że wszystkie debiutantki były białymi chrześcijankami. Rok wcześniej czuła się głęboko poruszona historią dziewięciorga odważnych uczniów, znanych jako „dziewiątka z Little Rock”, którzy jako pierwsi przełamali segregację w szkole Central High w Little Rock w stanie Arkansas. Uważnie śledziła wydarzenia w wiadomościach i bardzo przeżywała ich sytuację.
– To nie w porządku, mamo, że oni są wykluczeni.
– Masz rację, to nie w porządku – zgodziła się z nią Jane – ale historia pisze się powoli. Pewnego dnia to się zmieni, jednak obecnie większość ludzi w tym kraju nie jest na to gotowa. Kiedyś integracja będzie normą. Nasz kraj po prostu jeszcze do tego nie dorósł.
– Lepiej niech się pospieszy. Nie jesteśmy od nich lepsi.
– Stanie się to za twojego życia – zapewniła ją matka. – Pewnie wtedy, gdy będziesz w moim wieku. Little Rock był pierwszym ważnym krokiem naprzód. Ale nie możemy prowadzić wszystkich bitew, musimy się skupić na swoich. To nie nasza walka.
Codzienna walka Jane polegała na tym, by zapewnić córce wszystko, co najlepsze, oraz by utrzymać je obie.
– Może powinna być – powiedziała z przekonaniem Amelia zaledwie miesiąc temu.
Nierówności wynikające z segregacji budziły w niej sprzeciw od wczesnego dzieciństwa. Nie znosiła myśli, że niektórzy ludzie traktowani są inaczej. I nie miała wątpliwości, że wydarzenia takie jak bale debiutanckie wykluczały wielu, skoro otwierały swoje podwoje tylko dla nielicznych. To było bardzo ekskluzywne przyjęcie, a jego cel nie zmieniał się od wieków. Ten przestarzały zwyczaj ledwie skrywał prawdziwe przeznaczenie, jakim było znalezienie męża młodym dziewczętom, gdy osiągnęły odpowiedni wiek.
Ostatecznie, mimo początkowych zastrzeżeń, Amelia dobrze się bawiła, zwłaszcza że w balu brało udział tak wiele jej szkolnych przyjaciółek, i przestała narzekać. Spędziła cudowny czas z Teddym i pozostałymi debiutantkami. Nie uważała tego wydarzenia za przełomowe w swoim życiu, ale był to udany, przyjemny wieczór, a sukienka, którą miała na sobie, ją zachwycała.
Gdy Jane usiadła przy biurku i otwierała grubą, kremową kopertę, na której elegancką kaligrafią wypisano jej imię, a francuska pieczęć świadczyła, że list przybył prosto z Paryża, wiedziała, że przed Amelią otworzyły się drzwi wykraczające poza najśmielsze marzenia jej matki. Czytała uważnie, uśmiechając się przy tym. W obecności prezydenta Francji i ambasadora Hervé Alphanda, francuskiego przedstawiciela w Stanach Zjednoczonych, przy współpracy z księżną de Maillé i księciem de Brissac jako współprzewodniczącymi wydarzenia dwieście pięćdziesiąt francuskich debiutantek miało zostać zaprezentowanych paryskiemu towarzystwu na balu, który po raz pierwszy odbywał się w Pałacu Wersalskim. Na liście czterdziestu młodych Amerykanek zaproszonych do tego wydarzenia znalazła się także Amelia Whitney Alexander.
Wymagano, aby Amerykanki były już wcześniej przedstawione jako debiutantki w Stanach Zjednoczonych w 1956 lub 1957 roku, co w przypadku Amelii się zgadzało, gdyż debiutowała zaledwie miesiąc wcześniej, w grudniu 1957. Do udziału kwalifikowały się również debiutantki, które miały być przedstawione w grudniu 1958. Dziewczęta z wcześniejszych czy późniejszych lat nie były brane pod uwagę. Co więcej, musiały mieć od siedemnastu do dziewiętnastu lat.
Uśmiech Jane stał się jeszcze szerszy, gdy przeglądała listę Komitetu Honorowego i Komitetu Balowego, w którego skład wchodziło kilku członków rodu Burbonów, w tym pretendent do francuskiego tronu, gdyby Francja nadal pozostawała monarchią. Na liście widniało wielu członków rodzin królewskich, a przewodniczącą po stronie amerykańskiej okazała się panna Mary Stuart Montague Price. Można było przypuszczać, że niemal wszystkie debiutantki pochodziły z rodzin arystokratycznych. Amerykańskie debiutantki, których nazwiska brzmiały dla Jane znajomo, reprezentowały najbardziej szanowane rody w kraju. Lista ta nie odzwierciedlała majątku ani sławy, lecz krew i pochodzenie. Zaproszenie stanowiło dla Amelii wielki zaszczyt.
Myśli Jane natychmiast skierowały się w stronę kosztów związanych z tym wydarzeniem: bilety lotnicze, hotel, wydatki podczas pobytu w Paryżu, a być może też kolejna, lżejsza, bardziej letnia suknia w przeciwieństwie do ciężkiej satynowej, którą Amelia właśnie włożyła na swój pierwszy bal. Ale nie było mowy, by matka pozbawiła córkę tej przygody, jeśli tylko dziewczyna zapragnie pojechać. Kobieta zamierzała zrobić wszystko, by ją przekonać, gdyby ta się wahała z uwagi na to, że nie zna francuskiego, przez co mogłaby się poczuć skrępowana.
To była wspaniała okazja dla każdej dziewczyny w jej wieku – zostać przedstawioną w Pałacu Wersalskim, niegdyś siedzibie dworu Ludwika XIV. To miało być niezapomniane doświadczenie, a także wyjątkowa szansa, by poznać młodych mężczyzn ze sfer daleko wykraczających poza krąg jej przyjaciół. Może poślubi francuskiego albo angielskiego księcia, fantazjowała matka. Jej myśli pędziły, gdy rozważała wszystkie korzyści, jakie mogły wyniknąć dla Amelii z tego wyjazdu.
Jane przypomniała sobie, że młoda królowa Elżbieta niedawno zrezygnowała z prezentowania debiutantek na dworze Saint James, bo uznała ten zwyczaj za przestarzały. Tymczasem Francuzi podjęli wyzwanie i w Pałacu Wersalskim miało się odbyć pierwsze tego typu wydarzenie. Bal zaplanowano na dwunastego lipca. Jane ostrożnie położyła zaproszenie na biurku, by pokazać je Amelii, gdy ta przyjedzie do domu. Miała spędzić ten weekend z matką, więc pismo nadeszło w idealnym momencie. Proszono w nim o potwierdzenie udziału do pierwszego lutego. Jane żywiła nadzieję, że córka będzie równie podekscytowana jak ona sama. To wielki zaszczyt znaleźć się w gronie czterdziestu Amerykanek zaproszonych na tę uroczystość.
Kobieta przejrzała resztę poczty, zanotowała kilka spraw do załatwienia i wyjrzała przez okno na spowity mrokiem Central Park. Na ziemi nadal leżał śnieg, a ona stała i rozmyślała o balu, gdy usłyszała obracający się w zamku klucz Amelii. Dziewczyna wbiegła do mieszkania w sznurowanych, dwukolorowych półbutach, ubrana w tartanową, szkocką spódnicę, granatowy bliźniak składający się z bluzeczki i sweterka, dwurzędowy płaszcz oraz białą wełnianą czapkę i mitenki, a jej twarz była zarumieniona od zimna. Długie blond włosy opadające na plecy sprawiały, że wyglądała jak Alicja w Krainie Czarów, gdy weszła do salonu i uśmiechnęła się do matki. Obie kobiety były do siebie uderzająco podobne. Jane podbiegła, by objąć córkę, i z radością odwzajemniła uśmiech. Końca dobiegł pierwszy tydzień szkoły po świętach Bożego Narodzenia, a Jane tęskniła za Amelią, odkąd tamta wróciła do akademika. Rozmawiały kilka razy w ciągu tego tygodnia, choć zwykle kontaktowały się codziennie. Były sobie bardzo bliskie, lubiły swoje towarzystwo i świetnie się dogadywały.
– Jak tam szkoła? – spytała matka, gdy usiadły na kanapie w salonie.
Pokój nie był duży, ale został gustownie urządzony antykami, które Jane odziedziczyła po rodzinie swojej i Alfreda. Panowała w nim ciepła atmosfera. Amelia uwielbiała ich mieszkanie. Zdawało się wystarczająco przestronne dla nich obu i sprawiało wrażenie przytulnego i gościnnego.
– Dłużyło mi się – odparła. – Zadali nam już trzy wypracowania. Odnoszę wrażenie, że karzą nas za to, że mieliśmy przerwę świąteczną. – Bal wydawał się już odległym wspomnieniem. – Będę musiała pracować przez cały weekend – dodała rozczarowana.
Chciała spotkać się z przyjaciółmi i pójść z matką do kina. Przed powrotem Amelii do szkoły obiecały sobie, że wybiorą się tam w niedzielę. Wyświetlano właśnie film _Zabawna buzia_ z Audrey Hepburn i Fredem Astairem, który obie chciały obejrzeć.
– Nie szkodzi. Ja też mam parę rzeczy do zrobienia. Ten tydzień w wydawnictwie był czystym szaleństwem. Za kilka miesięcy wypuszczamy parę bardzo ważnych książek.
Amelia była wychowywana tylko przez Jane, więc jako matka i córka się zaprzyjaźniły i zgadzały się ze sobą w większości spraw. Rzadko się kłóciły i obie miały łagodne usposobienia.
Rozmawiały jeszcze przez kilka minut, kiedy kobieta uznała, że nie może dłużej czekać. Podeszła do pokrytego skórą antycznego angielskiego biurka, które kiedyś należało do jej ojca, podniosła kopertę z zaproszeniem i wróciła do kanapy, gdzie wręczyła je Amelii.
– Popatrz, co przyszło dzisiaj w poczcie – powiedziała, nie potrafiąc ukryć entuzjazmu.
Córka przyjęła od niej kopertę, przeczytała całą listę nazwisk oraz list z wyjaśnieniami, po czym podniosła wzrok na matkę.
– Żarty sobie stroją? Przecież to same księżniczki i hrabianki. Czemu mieliby mnie tam zapraszać?
– Ponieważ masz znakomite pochodzenie, być może zostałaś też polecona przez organizatorów balu Infirmary. Brzmi niesamowicie. Pierwsza prezentacja debiutantek w Pałacu Wersalskim. To takie ekscytujące.
Amelia wyglądała na zdecydowanie mniej podekscytowaną niż jej matka.
– Dla mnie to brzmi zbyt wystawnie, a poza tym nie mówię po francusku. Z większością dziewczyn, z którymi debiutowałam, się znałam. Tam nie będę znać nikogo.
– Nie musisz mówić po francusku. Nie będziesz wygłaszała przemówienia. Przejdziesz po alejce albo zejdziesz ze schodów wsparta o ramię swojego towarzysza, ukłonisz się tak samo jak na balu Infirmary i to wszystko. W ten sposób zadebiutujesz również we Francji. W Wersalu.
– Nie znam żadnych chłopców, którzy mogliby mi towarzyszyć – stwierdziła Amelia, usiłując się wycofać. Brzmiało to dla niej onieśmielająco. Większość francuskich debiutantek nosiło tytuły. Niektóre były nawet księżniczkami.
– Przeczytaj list. Zapewniają odpowiednie towarzystwo dla przyjezdnych debiutantek. Dla dwustu dziewięćdziesięciu dziewcząt dostępnych będzie pięciuset chłopców. Amelio, musisz tam pojechać. Nie możesz stracić takiej szansy. Zapamiętasz to na zawsze.
– Już to zrobiłam tutaj, mamo. Ile razy mam się prezentować? Przecież to będzie dokładnie to samo, tylko z francuskimi napisami. – Dziewczyna wzruszyła ramionami i oddała zaproszenie matce. Nie zrobiło to na niej wrażenia i nie miała ochoty nigdzie jechać.
– To Wersal. Nic się z tym nie równa – naciskała Jane. Już oczami wyobraźni widziała córkę wyglądającą jak księżniczka.
– Dlaczego tak ci na tym zależy, mamo? – Amelia wydawała się zniechęcona.
– Ponieważ kiedy życie podsuwa ci takie możliwości, uważam, że należy z nich korzystać. A ja pojadę z tobą. Nie będziesz sama.
– Przeraża mnie to.
– To szansa na nawiązanie przyjaźni w innym kraju.
– I na poślubienie hrabiego albo księcia, co? – droczyła się z nią Amelia, choć wiedziała, że nie mija się z prawdą. – Nie chcę być Kopciuszkiem, mamo. Poszłam na jeden bal i to wystarczy. Nie spotkałam przystojnego księcia. Dobrze się bawiłam. Cała ta koncepcja pochodzi z innej epoki. Nie muszę debiutować dwa razy. Raz był wystarczający, a poza tym nie zamierzam wychodzić za mąż przez co najmniej dziesięć najbliższych lat. Chcę skończyć college i pójść do szkoły prawniczej.
– Wtedy będziesz już za stara na debiut w Wersalu. Powinnaś to zrobić w tym roku. Potem staniesz się już byłą debiutantką i cię nie zaproszą.
– Mamo, jest rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty ósmy, nie tysiąc osiemset pięćdziesiąty. To absurdalne.
– Wcale nie. Potraktuj to jak wyjątkowy bal kostiumowy. Poznasz też amerykańskie dziewczęta, będziesz mogła rozmawiać z nimi po angielsku.
– A co mam powiedzieć swojemu towarzyszowi poza „bążur”, skoro nie będę miała pojęcia, co on do mnie mówi?
– Wystarczy, że uśmiechniesz się do niego tym swoim zabójczym uśmiechem, a on padnie do twoich stóp.
Romantyczne wizje matki Amelia skwitowała lekkim uniesieniem kącików ust, lecz nagle ogarnął ją niepokój.
– Zmusisz mnie do tego, prawda?
Na twarzy dziewczyny pojawił się upór i Jane zrozumiała, że nie będzie to takie łatwe, jak sądziła. Amelia potrafiła być zawzięta.
– Do niczego nie będę cię zmuszać, ale zamierzam spróbować cię przekonać. Uważam, że to fantastyczna możliwość, i nie chcę, żebyś ją straciła. Myślę, że będziesz żałowała, jeśli nie pojedziesz.
– Nie, TY będziesz żałowała – skwitowała znacząco Amelia. Znała swoją matkę. Wiedziała, że chce dla córki wszystkiego, co najlepsze. Czasami za bardzo.
– To tylko jedna noc w całym twoim życiu. Jak straszne może się to okazać? – namawiała ją Jane.
– Brzmi nudno i pompatycznie. Będą tam pewnie same snoby. I jest bardzo kosztowne. W liście napisali, że obowiązuje wpisowe w wysokości pięciuset dolarów, jeśli się zdecyduję. Wolałabym wydać te pieniądze na nowy sprzęt narciarski. Zbliża się długi weekend. Chcę pojechać do Vermont z przyjaciółmi ze szkoły. – Amelia lubiła sport, co często wiązało się z dużymi wydatkami.
– Sprzęt można wypożyczyć, a pięćset dolarów to niewiele jak na taką okazję. – Jane wiedziała, że pozostałe koszty będą o wiele wyższe. Ale nie obchodziło jej to, chciała, by córka przeżyła to doświadczenie.
– Zastanowię się. – Amelia nie chciała się kłócić na ten temat z matką, gdyż widziała, że Jane jest zdeterminowana.
Kobieta skinęła głową. Wiedziała, jak uparta potrafiła być Amelia, gdy się na coś zawzięła, i nie chciała, żeby córka odmówiła.
– Wrócimy do tej rozmowy w niedzielę – oznajmiła ze stanowczością, którą dziewczyna znała aż za dobrze. Kiedy jej matka bardzo czegoś pragnęła, nie ustawała w wysiłkach, zwłaszcza jeśli chodziło o Amelię. – Do tego czasu prawdopodobnie otrzymam już awans i całkiem milutką podwyżkę – zapewniła ją. – A potem pojedziemy na małą wycieczkę, może do Prowansji, tylko we dwie. Będzie wspaniale.
Amelia się uśmiechnęła. Już widziała ten bal w Wersalu w swojej przyszłości, pełen wyniosłych Francuzów, którzy nie mówili po angielsku. Pewnie ją zignorują, będą niegrzeczni i potraktują jak prowincjuszkę czy turystkę. Ale kiedy matka miała ten błysk w oku, nawet dzikie konie byłyby łatwiejsze do okiełznania.
– Chodź, zjemy kolację. Gloria zostawiła nam pieczonego kurczaka. Umieram z głodu – powiedziała Jane i przytuliła córkę.
– Ja też – odpowiedziała Amelia.
Objęła matkę w pasie i razem poszły do kuchni. Jane cmoknęła ją w policzek i zaczęła przygotowywać posiłek.
Tego wieczoru nie padło już ani słowo o balu w Pałacu Wersalskim, ale Amelia wiedziała, że matka o nim nie zapomni. Wydawało się, że to nieuniknione – znowu będzie musiała zostać przedstawiona jako debiutantka. Czuła się, jakby miała być wystawiona na aukcji i sprzedana temu, kto da najwyższą cenę – albo przystojnemu księciu, według woli jej matki.
Amelii ten plan wydawał się głupi. Nie chciała męża, a już zwłaszcza Francuza. To wszystko było po prostu zbyt dziwne. Postanowiła więc o tym zapomnieć i spędziła cały weekend zagrzebana w książkach.
Jane nie wspomniała już o wydarzeniu i dopiero w niedzielę, gdy Amelia była gotowa, aby wracać do akademika, znów poruszyła temat. Podniosła zaproszenie z biurka i pomachała nim do córki.
– Co z tym balem w Wersalu?
Amelia wydała z siebie przeciągłe jęknięcie.
– O rany, dlaczego muszę? Przestań mnie swatać, mamo.
– Nie swatam cię. Po prostu chcę, żebyś się zabawiła. – We wzroku Jane kryła się determinacja i Amelia wiedziała, że z nią nie wygra, więc równie dobrze mogła przestać walczyć.
– Mam jakiś wybór? – spytała z rezygnacją, patrząc na matkę. Liczyła na to, że tamta zapomni lub odpuści.
Jane się do niej uśmiechnęła.
– Właściwie to nie, nie masz. Zaufaj mi. Będzie wspaniale, a ty będziesz zadowolona, że pojechałaś. A potem zaplanujemy coś przyjemnego razem: zrobimy sobie wycieczkę po Francji.
– Dobra, poddaję się. – Amelia przewróciła oczami, po czym poszła po bagaż. Miała na sobie dżinsy i półbuty, gruby irlandzki sweter i dwurzędowy płaszcz.
– Jestem przekonana, że nie pożałujesz – obiecała jej matka.
– Uch! Jesteś najbardziej upartą osobą, jaką znam – westchnęła wyczerpana dziewczyna.
– Dziękuję. – Kobieta posłała córce uśmiech. – Ja ciebie też kocham. Podziękujesz mi, kiedy będziesz już księżną mieszkającą we własnym _château_.
– Chyba cię nienawidzę – odpowiedziała z uśmiechem Amelia, po czym ucałowała matkę i ruszyła do wyjścia, by udać się w drogę powrotną do akademika.
Lipiec był taki odległy, że nie wydawał się jej jeszcze prawdziwy.
Jane natomiast jeszcze tego samego wieczoru wypełniła formularz, wypisała czek i następnego dnia rano nadała korespondencję ze swojego biura. Była całkowicie przekonana, że bal w Wersalu okaże się niezwykłą przygodą i że Amelia będzie zachwycona.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------POLECAMY INNE KSIĄŻKI AUTORKI
Rok 1944. Świeżo owdowiała Arielle von Auspeck musi opuścić okupowany przez nazistów Paryż i wyruszyć do Normandii. Gdy alianci szturmują francuskie plaże, ona mierzy się z rodzinnym dramatem... i dołącza do ruchu oporu. Zaprzyjaźnia się z Sébastienem, którego żona i córka zostały deportowane kilka lat wcześniej.
W cieniu wojny rodzi się między nimi delikatna więź – pełna niepewności, wiary i nadziei. Ich historia to opowieść o miłości i poświęceniu w czasach, gdy każdy dzień mógł być ostatnim, a odwaga miała wiele twarzy.
.
Książki Danielle Steel opowiadają o sile, która rodzi się z cierpienia, i miłości w różnych odsłonach: romantycznej, rodzinnej, macierzyńskiej, przyjacielskiej, pokazując ją jako wartość, która pozwala przetrwać nawet najtrudniejsze momenty.
.
Poruszające historie o kobietach,
które muszą zmierzyć się z życiowymi stratami, kryzysami i nagłymi zmianami losu.
WWW.WYDAWNICTWOLUNA.PL