Ballada o pocałunku Śmierci - ebook
Śmierć nie przyszła po Ernesha. Ona otworzyła drzwi, które powinny pozostać zamknięte.
Mortum – kraina umarłych – zaczyna przenikać do świata żywych i szeptem wzywa kolejne dusze. Pogrążona w głębokiej żałobie Adaliah przyjmuje władzę, jednak korona jej ciąży, a obłęd powoli ją pożera.
Donovan wędruje po Ismore, zadręczając się zagadkami swojej przeszłości i tożsamości. Nie przeczuwa, że prawda, którą odkryje, może przesądzić o losie wszystkich istot. Żywych czy martwych.
Elfy i czarodzieje od wieków żyją we wzajemnej nienawiści. Zabójstwo Ernesha stało się pretekstem, którego obie strony potrzebowały, by uwolnić gniew.
Wojna jest nieunikniona. I pochłonie znacznie więcej niż jedną niewinną duszę.
Bo Śmierć się budzi.
A jej pocałunek nie zabija od razu. Najpierw zaprasza do tańca, którego nie można przerwać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68473-68-1 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ADALIAH
Zwą mnie Adaliah. Córka Mroku, Dziecko Księżyca.
I jestem martwa.
Chociaż serce bije, dusza zgniła wypełniona ciemnością. Ale nie stawiałam oporu.
Z jakiego powodu miałabym walczyć, kiedy moje myśli wypełniała żałoba głęboka jak Ocean Viaelly? A gniew… Gniew przypominał ogień. Ostry, gorący. Kierowany w szczególności do jednej osoby – Donotreda.
Pragnęłam zemsty. Być może nie przyniesie mi ukojenia, nie ostudzi ognia. Lecz uzbroiłam się w cierpliwość. To jeszcze nie czas na odwet. Najpierw musiałam skupić uwagę na bieżących, niecierpiących zwłoki sprawach.
Elsolis potrzebowało władcy.
– To wielki dzień, Ad. Elfy będą skandować twoje imię i padną przed tobą na kolana. Przywrócisz im nadzieję.
Zerknęłam w lustro na odbicie Deny, która poprawiała srebrne łańcuchy na moich odkrytych plecach. Milczałam jednak i tylko śledziłam wzrokiem pracę chimery oraz Sirony. Obie były już gotowe. Ubrane w piękne, zwiewne suknie wyglądały olśniewająco, a liczna biżuteria dodawała im blasku.
– Wiem, że nie jesteś w stanie cieszyć się koronacją, kiedy twojego brata nie ma obok, ale w końcu, po tak długim czasie, zyskasz władzę, o którą walczyłaś całe swoje życie – podjęła chimera. Stanęła przede mną i delikatnie ujęła moją dłoń. – Ernesh czułby dumę.
– Dość. – Zabrałam rękę z uścisku lisicy. – Doceniam twoje próby, Deno, jednak proszę, abyś nie przywoływała tego tematu. Nie dzisiaj.
– Gotowe, Mevi Kasiti1 – wtrąciła Sirona, robiąc krok w tył.
Zerknęłam w kryształowe lustro wiszące na ścianie. Blada skóra prześwitywała spod cienkiego materiału sukni. Paski z koronki, z wyszytymi księżycami i gwiazdami, stanowiły idealne dopełnienie kreacji. Na lewej ręce zawiązany miałam czarny bandaż, dekolt i plecy zdobiły srebrne łańcuchy. Przeniosłam wzrok na włosy. Pasma zaplecione w cienkie warkoczyki zostały spięte w koronę, a pozostałe falami opadały na plecy. W upięciu błyszczały srebrzyście spinki i łańcuszki.
Sirona podkreśliła mi oczy i usta czarnym barwnikiem, jednak makijaż nie zdołał ukryć zapadniętych policzków i sińców pod oczami, które przyciągały uwagę.
– Bogowie mogą zazdrościć twojej urody, moja pani – powiedziała z zachwytem służka. Jednak uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy spuściłam wzrok. – Jeśli chciałabyś coś zmienić…
– Jest idealnie. Jak zawsze, Sirono.
Elfka pokiwała głową. Rzuciła mi jeszcze ostatnie spojrzenie, po czym ruszyła do wyjścia. Kiedy zostałam sama z Deną, chimera znów ujęła moją dłoń.
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytała z troską.
– Baw się dzisiaj dobrze podczas biesiady.
Niech świętują, niech głośno śpiewają, usłyszałam w głowie. Zmarli… Niech tańczą, gdy inni w środku umierają!
Zacisnęłam szczęki. Dena od razu to dostrzegła i zastrzygła uszami, świadoma, że zmarli nie opuszczali mnie nawet na chwilę. Obecni również w dniu koronacji – drwili i wyśmiewali. Wiedzieli, że z każdym księżycem nosiłam w sobie coraz mniej światła i woli walki. Kiedy oni szydzili, ja tonęłam w żalu.
Mimo to, mimo moich błagań, Śmierć nie chciała ze mną zatańczyć.
Oddech ugrzązł mi w gardle, gdy chimera przyłożyła czoło do mojego. Zamknęłam odruchowo oczy, desperacko szukając pocieszenia w tym niewinnym geście. Ernesh robił to zawsze, kiedy targały mną negatywne emocje. A teraz ten zwyczaj przejęła Dena.
– Księżyc jest wysoko – powiedziała cicho. – Elfy czekają. Korona również.
– Ta korona jest przekleństwem.
– Może okaże się zbawieniem. Tak jak zawsze myśleliście. Ty i Ernesh.
– Nie… – Wykrzywiłam usta w bladym uśmiechu. – Ona mnie pogrzebie. Żywcem.
Dena spojrzała z niepokojem, jednak nim zdążyła znów coś powiedzieć, drzwi stanęły otworem. Do komnaty zajrzał Owen. Ocenił mój wygląd i skinął głową. Nadszedł czas.
Wyszliśmy na korytarz. Zamek opustoszał – wszystkie elfy podążyły do miasta, gdzie miałam być koronowana. Ceremonię oraz biesiadę po niej zorganizowano zgodnie z tradycjami: pod gołym niebem, w blasku księżyca, z ogniem, tańcem i pieśniami. Pierwszy raz od śmierci Erthrede’a elfy miały zasmakować zabawy, wolności.
Nawet jeśli ja nie miałam na to siły.
Na zewnątrz uniosłam wzrok na pełny księżyc. Idealna noc na koronację. I tego zdania byli wszyscy. Już z daleka słyszałam tłum zebrany w mieście. Na dziedzińcu, wokół drzewa będącego sercem miasta, płonął srebrny ogień. Elfy tańczyły ze śmiechem, ku nocnemu sklepieniu unosiły kielichy z winem.
Jak mogły tak szybko zapomnieć? Jak mogły świętować, kiedy śmierć Ernesha wisiała nad Elsolis jak gęsta mgła? Jeszcze trzy księżyce wcześniej opłakiwali jego stratę. Rzucali kwiaty pod zamek, na pogrzebie chwytali się za serca. A teraz ich oczy błyszczały radością. Mdliło mnie na sam widok…
Dlaczego ja nie mogłam znaleźć szczęścia? Dlaczego wciąż czułam ubytek w duszy?
Dłoń Owena, którą poczułam na ramieniu, przerwała moje rozmyślania. Zerknęłam na niego.
– Gotowa? – zapytał cicho.
Skinęłam głową, na co odpowiedział tym samym, po czym z Deną poprowadzili mnie przez tłum. Zgromadzeni przerwali tańce i patrzyli w ciszy, gdy szliśmy w stronę kręgu ognia. Stanęłam przodem do otaczających nas mieszkańców Elsolis. Splotłam ręce przed sobą, patrząc na nich.
W oczach każdego z zebranych błyszczały szacunek i nadzieja. Czekali na ten moment od dnia, gdy Erthan brutalnie przejął władzę. Teraz miałam szansę wyzwolić Elsolis, przełamać klątwę i pokojowo objąć tron – bez niesprawiedliwego morderstwa, bez rozlewu krwi.
– Dzisiejsza noc jest szansą – wygłosił Owen mocnym głosem słyszalnym na całym placu. – Szansą na zbawienie, na odzyskanie blasku. Śmierć Ernesha nas ugodziła, ale duch księcia czuwa nad nami. To nowy początek.
Chmury odsłoniły pełny księżyc. Westchnęłam, gdy srebrne, subtelne światło padło bezpośrednio na nas. Zupełnie jakby bogowie wysłuchali, jakby próbowali zapewnić, że mój brat nas obserwował i był obecny, mimo że nie wyczuwałam jego duszy.
– Adaliah. – Owen odwrócił się do mnie. – Możesz odmienić los. Księżyc wybrał ciebie i Ernesha, więc udowodnij, że to nie pomyłka. Nawet jeśli musisz zrobić to sama.
Królewski namiestnik wysunął sztylet z pochwy i głęboko rozciął swoją dłoń. Patrzyłam, jak pozwala spłynąć do kielicha szkarłatnej strużce.
Następnie podszedł do Adel oraz Herkurna. Zranił oboje, aby ich krew również spłynęła do naczynia.
Kiedy zostało napełnione do połowy, wrócił do mnie. Zanurzył palce i krwawymi liniami naznaczył moje czoło oraz usta, jako zaproszenie dla bogów. W ten sposób przekazywaliśmy, że pragniemy ich obecności i błogosławieństwa. Wzięłam kielich i wypiłam zawartość. Zacisnęłam powieki, gdy metaliczny posmak podrażnił moje kubki smakowe.
Elfy wstrzymały oddechy, patrząc, jak namiestnik sięga po koronę. Tę samą, którą tak niedawno nosił Erthan. Była piękna, zdobiona srebrnymi liśćmi i cierniami. Z obręczy zwisały łańcuszki z klejnotami, a boki wieńczyły odłamki jelenich rogów. Opadłam na kolano i spuściłam głowę. Liczyłam, że poczuję dumę, ekscytację, może chociaż ulgę, jednak to nie nastąpiło. Tlące się w duszy emocje pozostały niezmienne. Gniew, żal… Nic innego.
Zacisnęłam szczęki, gdy Owen ostrożnie włożył koronę na moje skronie. Jej ciężar przygniótł mnie momentalnie. Oddech ugrzązł mi w gardle, serce pominęło uderzenie.
Nagle ze ściany ognia wyskoczył płomień. Zatańczył wokół mojej głowy, z sykiem wirując w powietrzu. Po chwili dołączyły do niego kolejne. Krążyły wśród zachwyconych elfów. Dzieci wyciągały ręce, chcąc któryś złapać, lecz ogniki gnały przed siebie. Światło księżyca stało się silniejsze, jego energia była wyczuwalna w powietrzu. Zebrani kolejno zaczęli unosić wzrok, gdy pojedyncze smugi światła padły bezpośrednio na mnie.
Wtedy wiązka płomieni uderzyła w sam środek mojej klatki piersiowej. Zachwiałam się w tył i odetchnęłam z drżeniem. Patrzyłam, jak na rękach zalśniły mi srebrne znaki runiczne. Pozostałe ognie uderzyły w ziemię, co sprawiło, że pod całym Elsolis przebiegła energia księżyca. Szczeliny w ścieżkach i przestrzenie pomiędzy konarami drzew rozświetliło srebro.
Pierwszym, który uklęknął, był Owen. Uniósł rękę do serca i spuścił głowę, mrucząc pod nosem słowa oddania i lojalności. Zaraz za nim podążyli pozostali. Elfy opadały na kolana, usta rozciągały w uśmiechach. W królestwie rozbrzmiało wycie lupinów.
– Valla elvehiro2 Adaliah! – krzyknął Herkurn.
Wstał z kolan i wyciągnął miecz z pochwy. Uniósł go wysoko w dumnym geście, drugą rękę trzymając na piersi. Straż poszła w jego ślady, salutując nagą bronią.
– Valla elvehiro! Chwała Córce Mroku!
Poddani powstali i sięgnęli po kielichy. Wykrzykiwali moje imię, wiwatując radośnie. Spojrzałam na księżyc, szukając… czegokolwiek. Znaku, podmuchu wiatru, nagłego przypływu energii. Czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że władza da mi siłę, że będę w stanie przywrócić do życia bliźniaka, że zdołam dokonać zemsty na czarodziejach. Księżyc jednak milczał.
Słysząc klaskanie wyróżniające się spośród innych odgłosów, zmrużyłam oczy. Wśród elfów dostrzegłam wysoką sylwetkę zmarłego. Poszarpane ubrania, oszpecone ciało i szyderczy, pełen nienawiści i obłędu uśmiech. Doverth. Uderzał w dłonie, wbijając we mnie pełne kpiny spojrzenie.
Moje gratulacje, słodka elfko, zadrwił. Teraz poczujesz na własnej skórze, co znaczy władać. Zażyj dziś zabawy, póki jeszcze możesz.
Przeszedł przez tłum i stanął tuż przede mną. Uniósł rękę, jakby chciał dotknąć mojej twarzy, jednak zrezygnował. Zarechotał cicho, kręcąc głową. Poczułam dreszcz.
Szkoda, że tak piękna istota jak ty, gnije w środku…
– Wynoś się – wycedziłam, znosząc zimne spojrzenie czarodzieja.
Wedle życzenia królowej. Nie myśl jednak, że pozostawię cię na długo. Nie mogę pozwolić, abyś zdążyła zatęsknić.
Z drwiącym śmiechem zniknął w powietrzu.
Drgnęłam, czując na ramieniu czyjś dotyk. Spojrzałam na Adel, która stanęła obok. Zabrała rękę, nie naciskając, choć w jej oczach błysnął smutek.
– Zechcesz podpalić stos? – zapytała z nadzieją, wskazując na stertę gałęzi i kwiatów. – Ofiara złożona bogom wpuszcza ich do naszych serc. Dzięki temu królestwo odzyska blask.
– Nie odzyska, jeśli o to nie zawalczymy.
– Elfy pójdą za tobą po zemstę. I na śmierć. Ale tradycje zawsze podnosiły ich na duchu. Potrzebują nadziei, nim wpadniemy w wir bitew i politycznych rozgrywek.
Spojrzałam matce w oczy, słysząc w jej głosie gniew. Kierowany nie do mnie, lecz do czarodziejów. Minęło zaledwie kilkanaście księżyców od napaści magów na Elsolis, jednak zniknięcie Erthana i śmierć Ernesha obudziły w niej coś, czego nie widziałam wcześniej. Ogień.
– Adel ma rację – oznajmiła Dena, podchodząc bliżej. – Zrób to nie tylko dla elfów, ale dla siebie. Dla Ernesha. Wpuść nadzieję do serca i pozwól sobie uwierzyć, że dostaniesz głowę Donotreda. I że odzyskasz brata.
Na te słowa poczułam mocniejsze uderzenia w piersi. Zmarli nieustannie szeptali, że jest sposób, abym przywróciła bliźniaka do życia, jednak nie bez konsekwencji. Nigdy nie sądziłam, że znajdę możliwość, żeby na stałe wszczepić psyche do ciała, przywracając tym umarłego do życia, jednak z Erneshem to zupełnie inna sytuacja. Nasze byty były złączone. Śmierć rozerwała je brutalnie, ale póki ja żyłam, połowa duszy księcia nie przepadła bezpowrotnie. A to oznaczało, że owszem, nadzieja, choć marna, istniała.
Niepewnie stawiając kolejne kroki, szłam w kierunku stosu. Mierzył około czterech metrów wysokości, bogaty kolorami kwiatów i gałęzi zebranych przez elfy przed koronacją.
Zaryzykuj własną duszę, podpal stos, słyszałam w głowie kuszące słowa zmarłych. Czułam, jak zacierali ręce. Odzyskasz brata i oszukasz los.
Musiałam odzyskać Ernesha… Musiałam.
Jego dusza tkwiła uwięziona gdzieś głęboko w Mortum – zagubiona, przerażona. Pragnęłam wyrwać ją z łapsk mroku, nawet jeśli tworzyło to ryzyko zaburzenia balansu między światem żywych i umarłych.
Odzyskaj go, odzyskaj siły. Wasze dusze nie będą już błądziły.
Król czarodziejów i jego syn śmieją się do rozpuku. Wiemy, jak pragniesz ich martwych serc! Ich krwi! Krew, krew, KREW! Śmierci niech poczują powiew!
Zmarli zarechotali. Oddech mi przyspieszył, mocniej zacisnęłam palce na uchwycie pochodni. Jedne elfy chyliły głowy, gdy przechodziłam obok, inne prezentowały szerokie uśmiechy. Ja jednak patrzyłam tylko na stos, do którego zmierzałam.
Stanąwszy przed nim, wzięłam głęboki wdech. Rzuciłam pochodnię i pozwoliłam, by zaklęty ogień zajął gałęzie i kwiaty złożone w ofierze. Elfy zaczęły wiwatować, chwytać się za ręce i tańczyć. Ogień szedł coraz wyżej i wyżej, oświetlał cały dziedziniec, gromiąc mrok pełzający w zakamarkach, gotowy wypłynąć i pochwycić nas wszystkich.
Na mojej twarzy panował jednak zimny spokój. Patrzyłam w płomienie, słuchając odgłosów zabawy i elfickich pieśni oraz rechotu zmarłych, którzy również sprawiali wrażenie radosnych, choć z innego powodu. Wirowali wokół, zamykając mnie w kręgu gniewu, od którego nie byłam w stanie uciec.
Ogień… Gorący, niebezpieczny.
Wypełniał moją duszę za każdym razem, gdy tylko myślałam o czarodziejach. O Donotredzie. I Donovanie. Zagłuszał wszystko inne, przejmował myśli i wpełzał do najcichszych zakamarków umysłu. Płomienie lizały zszargane serce, szepcząc tylko jedno:
Zabij.
1.
1 Mevi Kasiti (z elsoltańskiego, dalej: z els.) – Moja Pani
2.
2 Valla elvehiro (z els.) – Chwała królowejROZDZIAŁ 2
ADALIAH
Wszyscy wstali, gdy weszłam do Sali Narad. Skinęłam głową na znak, że mogą usiąść. Nie brakowało nikogo: Owen, Herkurn, Adel i Dena czekali gotowi do działania.
Spoczęłam na miejscu przeznaczonym dla władcy i skupionym wzrokiem omiotłam trójwymiarową mapę na stole. Członkowie rady milczeli, dając mi czas na zebranie myśli. Spotkanie miało oczywisty cel – podjęcie kolejnych kroków w związku z trwającą wojną. Atak czarodziejów na Elsolis był brutalny. Dopuścili się nieczystego zagrania, czym pogwałcili wszystkie zasady rycerskie. Wojna przybrała teraz osobisty obrót. Śmierć Ernesha pozbawiła mnie skrupułów i przywróciła instynkty bliskie zwierzęcym. Pragnęłam krwi. Nieważne, ile zasad złamię, ilu niewinnych polegnie. Dokonam zemsty.
– Jakieś ślady Erthana? – zapytałam, spoglądając na Herkurna.
Namiestnik pokręcił głową. Oczy pociemniały mu na dźwięk imienia zaginionego i bezradnie wzruszył ramionami.
– Rozesłałem zwiadowców we wszystkie strony. Nikt o nim nie słyszał. Elfy zauważyły jednak zmiany zachodzące w kniei. Coś dzieje się z ziemią, jest zatruta. Vighirty zniknęły, zwierzęta opuszczają siedliska.
– Jakieś podejrzenia, gdzie leży przyczyna zgnilizny? – Adel ściągnęła brwi.
– Jeśli Las Cieni umiera, możliwe, że starożytna magia ziem wyspy jest wysysana – przypuściła Dena.
Wszyscy przenieśli na nią wzrok. Mieliśmy świadomość, że mieszkając przez lata w kniei, zyskała ogromną, rzetelną wiedzę.
– To wymaga potężnej siły. Nie sądzę, by Erthan taką dysponował.
– Nie możemy tego wykluczać – zaoponował Owen. – Nie wiemy, do czego tak naprawdę jest zdolny.
Skinęłam głową, przetwarzając informacje, po czym poleciłam dowódcy:
– Herkurnie, wyznacz patrole, które będą obserwować okolicę. Chcę raportów na bieżąco. Jeśli sprawy przybiorą gwałtowny obrót, nie wahaj się zwołać radę.
Ponownie spojrzałam na mapę, skupiając uwagę na Carminie, od której dzielił nas Las Cieni.
Czarodzieje stanowili problem nie mniejszy niż Erthan. Musieliśmy mieć oczy dookoła głowy, działać rozważnie. Najmniejszy błąd mógł rozpocząć łańcuch porażek, który doprowadziłby do upadku królestwa.
– Deno – zwróciłam się do chimery, na co ta zastrzygła uszami. – Za dwa księżyce Rada Rithy ma przysłać do nas szpiegów. Chciałabym, abyś objęła nad nimi opiekę. Niech obserwują Carminę z każdej strony, ale nie chcę, by ktokolwiek ryzykował wejście do środka. To zadanie dla kruków. Przypatrujcie się z drzew, nic więcej.
W oczach Deny błysnęła determinacja.
– Potrzebujemy sojuszników, Ad – westchnął Owen. – Las Cieni to za mało.
– Alisy z pewnością staną po naszej stronie – zauważył Herkurn.
– Nie mamy pewności – mruknął namiestnik. – Harit stanie u boku Ad, ale priorytetem jego ojca jest bezpieczeństwo swoich. Nigdy nie wda się w wojnę, która go nie dotyczy.
Dowódca straży spuścił wzrok.
– Wciąż nie wiedzą o śmierci Ernesha.
W sali zapadła cisza. Adel przymknęła powieki, powstrzymując łzy. Przetarłam oczy, uświadamiając sobie, że rzeczywiście Harit, nasz najbliższy przyjaciel, nie ma o tym pojęcia. Kruki nie mogły dostarczyć mu informacji, ponieważ noszenie wieści o śmierci było przekleństwem. A wiatr nie docierał do Alatusa.
– Mogę pojechać do królestwa alisów i… – zaczął Owen, jednak weszłam mu w słowo.
– Valie3. Udam się tam osobiście.
– Pojadę z tobą – zapowiedział namiestnik.
– Mi lerre4 – dodał Herkurn.
Obaj wymienili spojrzenia. Nie zamierzali zostawiać mnie samej, co doceniałam. Choć nie mówiłam tego głośno, moja dusza wręcz pożądała ich obecności w tej małej, ale trudnej emocjonalnie wyprawie. Nie miałam pewności, czy wydusiłabym z siebie, co zaszło. Nie, kiedy tak palił świeży ból.
Wzięłam głęboki wdech, odsuwając żałobę. Musiałam być silna. Zostałam królową, a to oznaczało, że jednocześnie skałą, oparciem dla elfów. Słabość to coś niedopuszczalnego. Szczególnie okazana na oczach innych.
Nawet jeśli w środku umarłam, nosiłam maskę władczyni, która wiedziała, co robi i do czego dąży. Musiałam iść dalej, mimo że zostawiałam za sobą ścieżkę szkarłatu. Każdy krok, każdy oddech uderzały jak ciosy w serce, ale póki biło, brnęłam dalej.
– Wyruszę w podróż polityczną – przerwałam ciszę, czując, że im dłużej milczeliśmy, tym gorzej znosiłam ból. – Odwiedzę królestwa, najmniejsze obozy i wioski. Zyskam sojuszników dla Elsolis. Jeśli nasze podejrzenia są słuszne i olbrzymy połączą siły z czarodziejami, będziemy potrzebować każdej pary rąk dzierżących broń.
– Spojrzę w gwiazdy i zapytam, do kogo warto wyciągnąć rękę, a za kim snuje się cień zdrady – zapowiedziała Adel, na co z wdzięcznością skinęłam głową.
– Nim wyruszę, czeka nas jeszcze biesiada dla upamiętnienia Ernesha i chciałabym, aby wypadła idealnie. Jeśli Owen i Herkurn pojadą ze mną do Alatusa, pieczę nad przygotowaniami muszę powierzyć wam. – Zerknęłam na matkę i Denę. – Jesteście w stanie wszystkiego dopilnować?
– Oczywiście – odparły zgodnie.
– Dobrze – przytaknęłam.
Znów zapadła cisza. Zabrakło kogoś, kto rozjaśniłby niebo zabawnymi docinkami lub żartami, na które wszyscy przewróciliby oczami. Kogoś, kto zarzuciłby nogi na stół i westchnął ze znudzeniem, woląc działać niż planować.
Brakowało jego. I odczuwali to wszyscy.
Zacisnęłam szczęki, kiedy Adel wstała od stołu. Położyła mi rękę na ramieniu, po czym bez słowa opuściła salę. Herkurn drżąco wciągnął powietrze, łzy błyszczały mu w oczach. I on wstał, zaraz za nim Dena. Wymruczeli przeprosiny i wyszli.
Zostałam tylko z Owenem.
Gula w moim gardle rosła, oczy piekły boleśnie, gdy łzy zbierały się pod powiekami.
– Musimy ustalić, dokąd pojedziemy – zauważył. – Przeanalizuję dostępne możliwości i sporządzę listę. Skonsultuję to z Adel i krukami, abyśmy mieli pewność, że ta podróż nie będzie daremna. Czas jest cenny. Teraz, kiedy jesteś królową…
Chwyciłam koronę i cisnęłam ją na stół. Pragnęłam, aby pękła, jednak uparcie pozostała nienaruszona. Schowałam twarz w dłoniach, ale po chwili znów wyprostowałam plecy, walcząc ze sobą. Desperacko próbowałam zamaskować ból.
Ledwo oddychałam.
Tonęłam coraz głębiej.
Spadałam wciąż niżej.
– Ad… – Głos namiestnika zabrzmiał niewiele głośniej od szeptu.
– Zebrałeś księgi, które mogą mi pomóc? – zmieniłam temat.
– Talien5. Kazałem zanieść je do twoich komnat, byś mogła przestudiować je w skupieniu.
– Zacznę jeszcze dzisiaj.
Namiestnik okrążył stół. Stanął przy mnie, po czym spojrzał na leżącą koronę. Delikatnie ujął moją dłoń. Odruchowo chciałam wyrwać ją z uścisku, lecz tego nie zrobiłam. Przełknęłam ślinę, szukając w tym dotyku odrobiny pociechy. Owen trwał obok. Trzymał moją rękę i po prostu był.
Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, ile znaczyła jego obecność, próba zrozumienia. Kiedy inni wyszli, on został. Bez względu na wszystko wciąż podpierał resztki murów wokół mnie. Nie murów. Ruin.
Pragnęłam opuścić Salę Narad i dać sobie czas na odpoczynek, ułożenie wszystkich spraw, opłakanie straty, ale nie mogłam. Jeśli wycofałabym się w cień, pociągnęłabym królestwo za sobą.
– Kiedy ostatni raz spałaś? – zapytał nagle namiestnik, mocniej ściskając moją dłoń.
– Valie isal6. Nie mogę zasnąć. Za każdym razem zmarli pokazują mi śmierć Ernesha. W dodatku czuję, jak rosną w siłę. Ich dusze są… wyraźniejsze.
– Te rany na twoim ciele…
– To oni. – Skinęłam głową. – Mam problemy z wyjściem ze snu. Ich łapska są jak sidła. Trzymają, szarpią… – Zacisnęłam powieki, próbując odepchnąć wspomnienia, jakie zbierałam nocami. – Kiedy otwieram oczy, wciąż czuję ich dotyk. A te rany to tylko dowód na to, że coś ewoluuje. Zmarli się zmieniają.
– Czerpią energię z twojego bólu – powiedział cicho elf. Uniósł moją rękę, uważnie oglądając fioletowe ślady i delikatne cięcia. – A żałoba dodatkowo ich napędza.
Czułam w tym dużo prawdy. Nie rozumiałam jednak, dlaczego zmarli nakłaniali mnie do próby przywrócenia Ernesha, skoro czerpali energię z mojego cierpienia. Zbyt wiele niewiadomych, musiałam zachować ostrożność. Wszystkie próby, które podejmowałam, mogły zawieść, a każdy błąd mieć nieodwracalny skutek.
Co, jeśli uwolniłabym dusze? Co, jeśli całkowicie straciłabym nad nimi kontrolę?
Zamrugałam, gdy Owen ruszył w stronę drzwi. Mówił coś, jednak natłok myśli zagłuszył jego słowa. Zostałam sama. Spojrzałam na koronę, szukając sposobu na pogodzenie się z władzą, którą przejęłam. Musiała być moim atutem. Moją siłą. Nie słabością czy przekleństwem.
Pamiętasz, co ci powiedziałem, słodka elfko?, usłyszałam. Czułam zimno bijące zza pleców i wiedziałam, że tuż za mną stoi Doverth. Korona to symbol krwi i zdrady…
Zamarłam z pobladłą twarzą.
Krwi, ponieważ każdy, kto wkłada koronę na skronie, zostawia za sobą jej rzekę. Zdrady, ponieważ wiele istot może się zwrócić przeciwko tobie. A nawet twoje serce. Ono jest najbardziej zwodnicze, prawda?
– Nic o mnie nie wiesz.
Zabawne, że te słowa usłyszał również Donovan.
Doverth się nachylił. Szpetna ręka zmarłego wisiała w powietrzu tuż przy moim policzku, przez co czułam zimny powiew na skórze. Dlaczego budził takie przerażenie? Gdy czułam go obok, nagle byłam bezbronna. A on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wiem o tobie więcej, niż myślisz, słodka elfko, zapewnił. Wiem, jak pragnęłaś władzy. Teraz jednak żyjesz w strachu, że jeśli jej posmakujesz, podążysz śladami Erthana, gdyż żałoba okalająca twoje biedne, małe serduszko jest zbyt głęboka. Ale pozwól, że coś ci powiem.
Zwróciłam wzrok na czarodzieja, zaciskając szczęki. Jak na martwą istotę, miał nienaturalnie intensywne spojrzenie. Wykrzywił usta w uśmiechu, lecz milczał przez dłuższą chwilę, chłonąc mój wizerunek. Podjął próbę, aby złapać mnie za policzek, jednak palce Dovertha przeniknęły przez skórę. Zachłysnęłam się powietrzem. Dotyk zmarłego był jak powiew zimnego wiatru uderzającego prosto w duszę. Paraliżujący, mroźny. Westchnął z zawodem, jeszcze bliżej pochylając do mnie głowę.
Władza da ci należną siłę, jednak musisz przyjąć fakt, że jesteś królową, słodka elfko. Noś koronę z dumą.
– Dlaczego mi to mówisz? – Potrząsnęłam głową.
Mam w tym swój cel, to oczywiste. Ale ciekaw jestem też, ile możesz osiągnąć.
– Myślisz, że ci zaufam?
Byłabyś wtedy naprawdę naiwna, parsknął śmiechem. Wyprostował sylwetkę i skierował wzrok na jedno z regaliów. Nie ciekawi cię, skąd taka symbolika korony? Zostałem zamordowany, nieoczekiwanie zawiodły mnie własne ambicje. Spójrz jednak na to inaczej: niech szkarłatem spłyną twoje ofiary. A zdradę ogranicz do przechytrzenia Losu.
Sięgnęłam po koronę i uważnie na nią patrzyłam. Symbol siły i władzy. Bogowie wybrali mnie i Ernesha nie bez powodu, mieli dla nas plan. Nie mogła go zakończyć śmierć bliźniaka, ponieważ to byłoby zbyt proste. Los o tym wiedział.
Powiodłam opuszką kciuka po obręczy.
Tak jest… Poczuj władzę. Nie jesteś owcą w stadzie wilków, słodka elfko. Jesteś wilczycą pragnącą zemsty. Bądź nią, stań się Śmiercią.
1.
3 Valie (z els.) – Nie
2.
4 Mi lerre (z els.) – Ja również
3.
5 Talien (z els.) – Tak
4.
6 Valie isal (z els.) – Nie wiemROZDZIAŁ 3
DONOVAN
Nie odróżniałem dnia od nocy. Nie wiedziałem, czy dostaję kolację, czy śniadanie. Jedynym czynnikiem pozwalającym zorientować się w czasie był obchód strażników, regularnie trzy razy w ciągu dnia: o wschodzie słońca, w południe oraz o zachodzie. Chodzili parami, zaglądając do każdej z cel, aby sprawdzić, czy żaden z więźniów nie planował niczego w mrokach lochów.
W szczególności pilnowali mnie.
Za każdym razem stawali przy wejściu i kpili, wytykając palcami. Przynoszone jedzenie rzucali na posadzkę przed kratami tak, abym nie mógł go dosięgnąć. Głodzony, nie mogłem również z nikim się kontaktować. Nie potrafiłem zasnąć, czując nieustanną obserwację. Gdybym zmrużył oczy, wpadliby do celi i… Nawet nie chciałem o tym myśleć. Czekali na moment, aż osłabnę i stracę przytomność. Wtedy stanowiłbym łatwy cel.
Keverthy.
To imię nie opuszczało moich myśli. Próbowałem połączyć fakty, zrozumieć, co dokładnie Donotred chciał w ten sposób powiedzieć.
„Właśnie tu jest miejsce dla brudnej krwi”.
Mam brudną krew? Jak to możliwe? Jestem bękartem? O to chodziło?
Czułem się oszukany. Dziura w sercu rosła, gdy powtarzałem słowa króla. Tworzyła coraz większą wyrwę. Los z szyderczym śmiechem popychał sztylet głębiej i głębiej w moją pierś, a ja przyjmowałem każdy cios bez sił na obronę.
Może byłem wyklęty. Niegodny prawdy o samym sobie.
Liria przez te wszystkie lata miała rację. Nie wiedziałem nic na swój temat. Ten wypełniający duszę gniew, ból osadzony głęboko w sercu… Nikt nigdy nie rozumiał mnie w pełni. Donotred nie chciał, abym wstąpił po nim na tron, straż unikała styczności ze mną, mieszkańcy odwracali wzrok, gdy ich mijałem. I teraz wiedziałem dlaczego – brudna krew.
Wszystko, co uważałem za swoje, było kłamstwem. Iluzją tak realną, że naiwnie w nią wierzyłem i próbowałem się w niej odnaleźć. Wszystko na nic. Nie pasowałem do układanki – pionek, który nigdy nie powinien trafić do gry.
Czułem zmęczenie.
Lata walki teraz widziałem jako daremne. Walcząc za Carminę, nie wojowałem w swojej sprawie. Nie miałem nawet pewności, czy to królestwo mogło być moim domem. Co, jeśli wszyscy od samego początku wiedzieli? Może stąd cały ten niesmak czarodziejów? Przez sto pięćdziesiąt lat wytykano mnie palcami, patrzono krzywo. Czasem z lękiem, obrzydzeniem. Nigdy nie dostąpiłem uśmiechów, słów pocieszenia czy dumy.
Myślałem, że zostanę królem. A teraz? Siedziałem pod ścianą, zamknięty w najgłębiej osadzonej celi. Ściskałem w dłoni swój artefakt, jednak nie mogłem go użyć. Loch zabezpieczono zaklęciami, które niwelowały wszelką magię i osłabiały moją moc.
Nie miałem nic.
Nawet nadziei.
Mogłem mieć koronę, tron, poddanych. I straciłem wszystko, nim zdążyłem wyciągnąć po to rękę.
Zostałem całkiem sam. Czarodzieje, których uważałem za przyjaciół, przestali się mną interesować, kiedy nadeszły problemy. Podczas ostatniej biesiady razem ze mną żartowali, pili do upadłego, uwodzili młode czarodziejki. Gdzie byli teraz, gdy konflikt z elfami zaczął przybierać na mocy? Ani razu nie zapytali o moje samopoczucie, czy potrzebuję pomocy. Choćby towarzystwa! Kiedy zniknęło wino, zniknęli również oni. To mówiło wszystko.
Uniosłem wzrok, gdy usłyszałem… trzepot skrzydeł? Zmrużyłem oczy, widząc cień przemykający przed celą. W pierwszej chwili myślałem, że wyobraźnia płata mi figle, jednak po chwili znów go ujrzałem. Kruk. Latał jeszcze przez moment, po czym wylądował tuż przed kratami. Dopadłem do prętów i przed nimi klęknąłem.
– Spionie… – wydusiłem z desperacją.
Kruk podjął próbę przejścia przez kraty, ale uderzył w niewidoczną barierę. Odskoczył w tył jak oparzony, nerwowo machając skrzydłami. Pokręcił łebkiem i w końcu zerknął na mnie. Zaczął krakać, jakby usiłował powiedzieć dużo rzeczy w zbyt krótkim czasie. Lecz nie rozumiałem jego mowy. Nie miałem pojęcia, co usiłował przekazać.
– Nie rozumiem… Spionie, carran7. Nie wiem, co mówisz.
Krakanie jednak nie ustało. Ptak był pod wpływem silnych emocji i desperacko próbował przekazać coś ważnego. Lub ostrzec. Tylko przed czym?
Wyciągnąłem do niego rękę, jednak gdy tylko zbliżyłem palce do krat, energia uderzyła we mnie jak prąd. Gwałtownie cofnąłem dłoń i zagryzłem zęby. Przekląłem pod nosem, zaciskając rękę w pięść. Spion skakał z boku na bok, jego krakanie przybierało na sile. Aż usłyszałem kroki.
– Strażnicy – sapnąłem. – Uciekaj. Uciekaj!
Ptak zakwilił cienko ze strachem. Zerwał się do lotu i nim wartownicy zdążyli go nakryć, odleciał. Stanąłem na nogi, gdy dwóch gwardzistów dobiegło do mojej celi. Rzucili mi wymowne spojrzenia, sięgając do rękojeści mieczy.
Nawet jeśli nie dostrzegli kruka, wiedzieli, że tu był. Musieli go usłyszeć.
Zrobiłem krok w tył, kiedy jeden z nich przyłożył rękę do zamka i otworzył go zaklęciem. Wszedł do środka, za nim jego towarzysz. Zatrzasnęli kraty, by mieć pewność, że nie ucieknę, i zaczęli krążyć wokół mnie. Jak drapieżniki nad znacznie słabszą ofiarą. Znajomy odgłos metalu trącego o wnętrza pochew uświadomił mi, że przysporzyłem sobie problemów. Nie miałem broni ani możliwości użycia magii. Mogłem liczyć wyłącznie na swoją – teraz znikomą – siłę i umiejętności walki wręcz.
– Czy jesteś świadomy konsekwencji próby kontaktu z kimkolwiek, bękarcie krwi? – zagadnął jeden ze strażników. – Dzisiejszą noc mogłeś spędzić w spokoju i samotności, jednak prosisz się o kłopoty.
– A przecież nie możemy odmawiać księciu, nieprawdaż? – zakpił jego kolega.
Doskoczył do mnie. Uniknąłem ciosu i chwyciłem go za nadgarstek, usiłując wytrącić mu miecz z dłoni, jednak drugi zaatakował od tyłu. Dostałem w głowę, wskutek czego straciłem równowagę. Silne kopnięcie w plecy rzuciło mną o ścianę. Ciężko dysząc, nie chciałem dać za wygraną, ale czarodzieje już czekali.
Zgiąłem się wpół, gdy ostrze rozcięło mi brzuch. Opadłem na kolana, a chwilę później poczułem kolejny cios. Krzyknąłem z bólu. Zwinięty na boku zacisnąłem szczęki, na co strażnicy zareagowali śmiechem.
Próbowałem wstać, by bronić honoru, lecz gwardziści dopadli do mnie i zaczęli okładać kopnięciami. Zasłoniłem głowę, ale obrali za cel brzuch. Przy każdym kopnięciu w moim gardle rozbrzmiewał jęk. A oni nie przestawali. Ból w ciele narastał, przysłaniając umysł jak gęsta mgła.
Splunąłem krwią, gdy dali mi chwilę wytchnienia. Przekręciłem się na plecy, dławiąc powietrzem. Wbiłem tępy wzrok w sufit, nie zauważając nawet, że jeden ze strażników przykucnął obok. Dopiero kiedy chwycił moją twarz, zmuszając, bym na niego spojrzał, dostrzegłem, że wargi wykrzywione miał w szyderczym uśmieszku. Mocno wbijał mi palce w policzki. Obrzucił spojrzeniem obrażenia. Przyjął nóż, który zaoferował mu drugi gwardzista.
– Obrzydliwy widok – skomentował.
Rozciął policzek i wolną ręką chwycił za gardło, dociskając mnie kolanem do podłoża. Ostrze przyłożył do szyi, zaznaczając, że jeden zły ruch z mojej strony zakończy zabawę. Ale ja tylko patrzyłem. Z ust nie wyszła żadna obelga czy inna sarkastyczna odzywka. Nie miałem na to siły. I to bawiło go jeszcze bardziej.
– Nie masz nic do powiedzenia? – zapytał prowokacyjnie.
Milczałem.
Był na tyle blisko, że czułem jego ciepły oddech. Zamknąłem oczy, godząc się z losem, i czekałem, aż przeciągnie ostrzem. On jednak odpuścił.
– Żałuję, że nie jest dane mi cię zabić – wycedził, wraz z towarzyszem idąc do wyjścia. Opuścili celę i zamknęli kraty, dbając, by ochronne zaklęcia pozostały aktywne. – Przyniosłoby mi to wiele szczęścia.
Ku zdziwieniu strażników parsknąłem śmiechem. Zamarli w pół kroku, patrząc z niemałym zdziwieniem, a ja – leżąc bezwładnie – śmiałem się dalej. Coraz głośniej, jak szaleniec tracący zmysły, tonący w obłędzie. Powinienem krzyczeć, płakać, błagać o litość, ale bawiła mnie świadomość, że moja sytuacja nie mogła być gorsza.
Z powodu utraty krwi słabłem coraz bardziej. Zamilkłem w końcu, a głowa opadła mi bezwładnie na bok. Zamknąłem oczy, wypuszczając cichy, drżący oddech.
Pragnąłem nienawidzić Donotreda, Lirię, Los – może nawet bogów, o ile istnieli. Lecz zamiast tego nienawidziłem samego siebie. Zbyt długo ślepy, sam sprowadziłem to wszystko na swoją głowę.
Jesteś głupcem, Donovanie, powtarzałem w myślach.
A może powinienem powiedzieć: Keverthy…
1.
7 Carran (z carminarskiego, dalej: z carm.) – zwolnijROZDZIAŁ 4
ADALIAH
Towarzyszyło nam milczenie, gdy kłusem konno przemierzaliśmy Las Cieni. Wokół panowała cisza. Nie wyczuwałam żadnej żywej duszy, nawet vighirtów. Knieja sprawiała wrażenie opuszczonej, powietrze ciążyło bardziej niż zwykle. Owen rozglądał się podejrzliwie, wypatrując zasadzki, jednak nie to stanowiło nasze zmartwienie.
Pogłoski były prawdziwe – las chorował. I nikt nie znał przyczyny tak nagłego stanu.
Zerknęłam pod kopyta Silvery’ego, zauważając, że ciemną trawę znaczyła krew. Niemal czarna, skażona mrokiem zatruwającym knieję. Herkurn skinął głową w kierunku nienaturalnego zjawiska przykuwającego uwagę. Zmrużyłam oczy, patrząc przez welon zasłaniający twarz na szkielet jelenia splątany w pnączach.
To nie robota vighirtów. One nie zostawiały śladów.
– Choroba postępuje – zauważył dowódca. Bok jego konia przywarł do Silvery’ego w ochronnym geście. – Wiatr śpiewa pieśni pełne żalu. I strachu…
– Zmarli mówią, że zwierzęta uciekły na zachód – powiedziałam.
Bawiło ich to i demonstracyjnie się z tym obnosili. Znali prawdę, wiedzieli wszystko, a mimo to przemawiali zagadkami, igrając ze mną.
Wkrótce stanęliśmy przed wejściem do Alatusa. Owen cicho wypowiedział zaklęcie otwierające, po czym odgarnął bluszcz i ruszył przodem. Nacisk na płuca zelżał, gdy do nozdrzy dotarło lekkie powietrze, charakterystyczne dla królestwa alisów. Uniosłam wzrok na dwóch strażników, którzy już na nas czekali, zawiadomieni, że przybędziemy z prośbą o audiencję u króla.
– Sir Owen, sir Herkurn. – Jeden z nich skinął głową do elfów, następnie przeniósł spojrzenie na mnie. – Księżni… – przerwał, zauważywszy koronę na mojej głowie. Wytrzeszczył oczy i wykonał niski ukłon, pojmując wagę sytuacji. – Królowo Adaliah.
Milczałam, nawet nie drgnęłam. Namiestnik, widząc to, odchrząknął, zwracając uwagę z powrotem na siebie.
Nie miałam siły dyskutować, a co dopiero przyjmować gratulacje związane z przejęciem władzy. Nie, kiedy moje gardło było zaciśnięte na samą myśl o czekającej nas rozmowie z Haritem. Jak miałam mu powiedzieć, że Ernesh nie żyje? Na samą myśl czułam, jakby ktoś brutalnie wyrwał mi serce z piersi i rozrywał na moich oczach, uśmiechając się jak Śmierć do swojego wybranka przed pocałunkiem.
Zamrugałam, kiedy słowa Herkurna wyrwały mnie z wiru emocji. Zerknęłam na niego spod welonu, na co westchnął.
– Nie możemy tego odwlekać, Ad – powiedział cicho, jakby czytał mi myślach.
– Chodźmy – przytaknęłam i ponagliłam Silvery’ego.
Przemierzając miasto, czułam na sobie spojrzenia alisów. Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wizyty – przynajmniej od tej, o której wiedział każdy. Nie miałam odwagi podnieść na nich wzroku. Wszyscy kompletnie nieświadomi tragedii, która złamała elfy. A teraz miała złamać również ich.
Chatki alisów usytuowano wysoko na drzewach, podobnie jak zamek. Galopując przy brzegu jeziora, w sercu królestwa, zerknęłam na największe z drzew, podstawę zamku. Pień miało szerszy niż inne, a korona stanowiła najwyższy punkt Alatusa.
Zeskoczyliśmy z koni i podążyliśmy za strażnikami do schodów. Wymienili kilka słów z Owenem, po czym rozpostarli skrzydła i wzlecieli. Nas czekała wspinaczka krętymi schodami oplatającymi pień.
Lada chwila biedny kochanek pozna bolesną prawdę, zmarli drwili do rozpuku. Będzie powtarzał: nie, nie, nie! Zapewnisz nam dziś frajdę.
Nie chciałam tego słuchać. Nie mogłam. Świadomość, że wieść, którą nieśliśmy, złamie Haritowi serce, bolała jak kolejny cios. Owen i Herkurn omawiali cicho, jak poprowadzić rozmowę, od czego zacząć, ale ja, mimo że powinnam stanąć przed Hartretem jako nowa królowa Elsolis i siostra pogrążona w głębokiej żałobie, dusiłam się w środku.
Mój oddech zadrżał, co zwróciło uwagę elfów. Od razu na mnie spojrzeli, zapewne pragnąc udzielić wsparcia, jednak pokręciłam głową, nim zdołali cokolwiek powiedzieć.
– Idziemy – poleciłam głosem napiętym z emocji.
Po chwili wahania kontynuowali wspinaczkę.
Będąc w połowie drogi, zerknęłam w kierunku miasta. Z tej wysokości przed oczami rozciągała się baśniowa panorama. Słońce wisiało wysoko na niebie, rzucając radosne promienie na królestwo – nieświadome lub obojętne na mrok w duszy. W powietrzu polatywał błyszczący w świetle pyłek, kwiaty wydzielały słodkie zapachy, a powiew wiatru muskał skórę jak pocałunek ukojenia.
Dotarłszy na szczyt schodów, skupiłam uwagę z powrotem na tym, co nas czekało. Otwarto przed nami drewniane, zdobione pnączami drzwi. Przekroczyliśmy próg, a z każdym krokiem ciężar nadchodzącej rozmowy przygniatał nas coraz bardziej. Szliśmy jednak dalej, wiedząc, że król i książę już czekali.
Na całej długości drewnianych ścian wyrzeźbiono kwiaty i inne wzory. Z wysokich sufitów zwisały pnącza, porastające również filary. Kryształowe okna przepuszczały promienie słoneczne w różnych kolorach, co sprawiało, że korytarze zostały zalane ciepłymi odcieniami. Kraina była odporna na mrok, dzięki czemu dusze alisów pozostawały czyste.
Skręciliśmy w kierunku drzwi, które strażnicy natychmiast otworzyli przed nami, chyląc głowy.
Wstrzymałam oddech, gdy weszliśmy do Sali Tronowej, gdzie czekała nas audiencja. Owen i Herkurn przepuścili mnie przodem, jakby rzucali na pożarcie. Serce waliło mi w piersi jak młot, kiedy zbliżałam się do tronu z zaklętych, ciasno ze sobą związanych pnączy. Uniosłam pusty wzrok na Hartreta, który wstał, gdy tylko nas zobaczył. Żółte oczy króla kontrastowały z długimi włosami w odcieniu purpury. Był wysoki, dość umięśniony. Wykrzywił usta w białym uśmiechu, tak podobnym do uśmiechu syna.
– Adaliah, drogie dziecko – wygłosił na powitanie.
Przez otwarte na oścież okno wleciał Harit.
– Ad!
Machnął skrzydłami, po czym je schował. Rozłożył ręce, gotowy porwać mnie w ramiona, jednak zwolnił, widząc moją zasłoniętą twarz i pełne żalu spojrzenia towarzyszy. Uśmiech księcia zbladł, ustępując lękowi. Zerknął na ojca, który teraz wyglądał na równie zaniepokojonego.
Herkurn zrobił krok w przód, zwracając na siebie uwagę.
Nerwowo zacisnął palce na rękojeści miecza, próbując panować nad sytuacją. Nie chciał, by emocje wzięły górę, ale czułam fale bólu płynące z jego duszy. Ledwo kontrolował oddech, a serce szybko biło mu w piersi. Spuścił oczy, nie mając siły utrzymać kontaktu wzrokowego z księciem Alatusa.
– Kilkanaście księżyców temu zostaliśmy napadnięci przez czarodziejów prowadzonych przez samego Donotreda – zaczął. Harit wstrzymał powietrze. – Wtargnęli do miasta i… zalali je krwią niewinnych mieszkańców. Nasz król zniknął bez śladu… porzucając nas w potrzebie i… – Herkurn mówił łamiącym się głosem, przez co przerywał co chwilę, ale kontynuował w poczuciu obowiązku przekazania tragicznych wieści. – I… książę Ernesh… stanął do walki… Oddał życie… broniąc poddanych, przez co… – urwał.
Elf wydał zdławiony szloch. Spuścił głowę, ramiona drżały mu z emocji.
Hartret opadł z powrotem na tron i przymknął powieki, przytłoczony informacją, natomiast Harit stał jak wryty, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Pokręcił głową, wypierając prawdę, jednak fakt pozostawał faktem: Ernesh, jego najlepszy przyjaciel, był martwy.
Owen położył rękę na ramieniu Herkurna, drugą musnął plecy dowódcy, gotowy złapać go, gdyby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Widok zalanego łzami elfa, który zawsze promieniał jak słońce, jeszcze bardziej pogłębił żal. Nerwowo wbiłam paznokcie w skórę.
Czy moje serce nie mogło się po prostu zatrzymać? O tak wiele prosiłam?
– Nie… Nie, nie… – Głos Harita zadrżał. – To… jakiś podstęp. Żart, który ostatecznie rozbawi nas wszystkich… Prawda?
– Ernesh nie żyje, chłopcze – powiedział Owen, rozwiewając wszelkie wątpliwości. – Donotred zabił go w walce. Przebił serce księcia Elsolis.
– Och, bogowie… – wyszeptał Hartret.
Stałam ze spuszczoną głową, w obawie, że gdybym otworzyła oczy i spojrzała na podchodzącego bliżej Harita, pękłaby z trudem utrzymywana maska.
Książę wsunął palce pod moją brodę i delikatnie ją uniósł. Ostrożnie odchylił welon, tę nikłą barierę przed światem, co zmusiło mnie do spojrzenia na niego. Oddech ugrzązł mu w gardle, krew odpłynęła z twarzy. Mogłabym przysiąc, że słyszałam pękające serce alisa. Drżącymi palcami musnął mój policzek.
Pragnęłam zapewnić, że przywrócę Ernesha do żywych, że odzyskamy najbliższą nam osobę, ale to byłaby obietnica, która brzmiałaby zbyt niepewnie w moich ustach. Dlatego milczałam. I ku mojemu zdziwieniu, nie uroniłam nawet łzy. Ból, jaki odczuwali wszyscy w pomieszczeniu, uderzył we mnie z taką siłą, że nagle przestałam czuć cokolwiek.
Została… pustka.
– Przyjęłam koronę. – Mój głos brzmiał nienaturalnie płasko jak na to, co działo się ze mną w środku. – Teraz to ja jestem królową.
Harit odruchowo zerknął na moje skronie. Skinął słabo głową, przyjmując to do wiadomości, choć w jego oczach rósł bunt przeciw Losowi. Delikatnie gładził kciukiem moją skórę, ale coś było nie w porządku. Dotyk księcia, mimo że tak znajomy, przynoszący ulgę w ciężkich chwilach, teraz wydawał się obcy, nienaturalny.
Przeniosłam wzrok na króla, który słysząc, że zostałam koronowana, odetchnął głęboko. Odrobinę rozluźnił palce zaciśnięte na podłokietnikach tronu. W oczach władcy alisów, mimo wieści o tragedii, zobaczyłam ulgę. Ale i nieufność.
– Erthan nie żyje? – zapytał cicho.
– Nie. – Owen pokręcił głową. – Ślad jednak po nim zaginął. Miejsce jego pobytu pozostaje dla nas nieznane. Prowadzimy poszukiwania, lecz wygląda na to, że nie chce zostać znaleziony. Na pewno nie w najbliższym czasie.
– Skąd możemy mieć pewność, że to nie podstęp? Kolejna gra, którą podejmuje Erthan? Już raz zaufałem, a w konsekwencji mój syn niemal zginął.
– Ojcze… – wtrącił Harit, jednak król nie dał mu dojść do słowa.
– Nie mogę ryzykować. Mam zbyt wiele do stracenia.
– Ernesh nie żyje. Przybyliśmy, aby przekazać tragiczne wieści i zaprosić was na biesiadę ku czci księcia. Nie ma tu miejsca na podstęp. Na tę chwilę nie myślimy o polityce. Przyjechaliśmy jako przyjaciele, nie potencjalni sojusznicy czy wrogowie.
– W politycznej grze rozgrywanej na Ismore zawsze jest na to miejsce.
– Ernesh nie żyje! – wykrzyczał Herkurn. – Straciliśmy nie tylko księcia, ale też przyjaciela! Brata… Kochanka. Jedną z ważniejszych osób. Dla niektórych z nas najważniejszą… Wy również. W obliczu tej tragedii polityka schodzi na drugi plan.
Harit opuścił rękę na moją talię, jakby prosząc o pozwolenie. Nie zareagowałam, kompletnie ślepa na wszystko, co działo się wokół. Czułam, jak ciemne łapska ciągnęły duszę w dół, a ja nie mogłam im stawić oporu.
Może zostanę zabrana do Śmierci. Może wysłuchają moich błagań.
Łzy błyszczały w oczach Harita, dłonie mu drżały. Powoli, uważnie badając, jak zareaguję, objął mnie i delikatnie przyciągnął do siebie. Gdy się nie poruszyłam, schował twarz na moim ramieniu i w końcu pozwolił, aby szloch opuścił jego gardło.
Cierpienie przyjaciela przerwało trans, w jakim trwałam.
Zamrugałam nieprzytomnie i dopiero wtedy pojęłam, że byliśmy naprawdę blisko. W strachu napięłam mięśnie, lecz szybko odzyskałam kontrolę, gdy zobaczyłam, jak desperacko potrzebuje tego Harit. Jakbym została jedynym, co miał… Bezradnie oparłam czoło o ramię księcia i drżąco wypuściłam oddech. Zerknęłam na Herkurna, a wtedy podszedł i objął nas ramionami, również szukając pocieszenia. Owen, obserwujący tę scenę z boku, zbliżył się o krok i płasko położył dłoń na moich plecach, dając znak, że jest w tym obecny.
Dla nas. Dla mnie.
– Przybędę na biesiadę – wyszeptał Harit, drżącymi palcami gładząc moje włosy. – Będę przy tobie… Na każdym kroku tej drogi. Nie zostawię cię samej, kochana.