Balsamistka - ebook
„Zmarli nie mogą cię skrzywdzić. Tylko żywi mogą.”
Effie Jones, była niewolnica, przygarnięta przez wojskowego chirurga i jego żonę podczas wojny, nauczyła się czytać i pisać, znosić widok krwi i połamanych ciał. Teraz wróciła na południe do Nowego Orleanu i zarabia na życie jako balsamistka.
Effie trzyma się z daleka od innych dziewcząt w swoim pensjonacie, kurczowo trzymając się satysfakcji, jaką czerpie z pracy. Jednak pomimo swojej powściągliwości, dwa spotkania – z charyzmatycznym legislatorem stanowym Samsonem Greene’em i piękną młodą Kreolką, Adeline – wprowadzają ją w nowy świat protestów i aktywizmu, wieczorów towarzyskich i społecznych ambicji.
Effie postanawia odnaleźć przeszłość, którą wymazała z pamięci, i spróbować odnaleźć swoją rodzinę. Podczas gdy jej nadzieje zostają wystawione na próbę przez zdradę, a Nowy Orlean zmaga się z przemocą i narastającymi konfliktami rasowymi, Effie mierzy się ze stratą i bólem serca, ale także z szansą, by w końcu odnaleźć swoje miejsce…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384302545 |
| Rozmiar pliku: | 730 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_1875_
Geo. Whitmark, przedsiębiorca pogrzebowy. Taki właśnie napis widniał na wiszącej nad drzwiami wyblakłej tabliczce. Poniżej ktoś wydrapał nożem nierówne litery układające się w słowa: miłośnik jankesów.
Effie się wzdrygnęła, ale i tak zdecydowała się zapukać. Nikt nie odpowiedział. Obróciła klamkę. Zamknięte. Szyba w oknie od frontu była pęknięta. Kobieta przetarła zakurzone szkło chusteczką i zajrzała do środka. Godzina pierwsza po południu, a lampy wewnątrz były już przygaszone. W cieniu stało kilka pokazowych trumien. Starsze modele, bez żadnych zdobień.
Effie przeszła kilka kroków wzdłuż ściany i natrafiła na uchyloną bramę dla powozów. Wślizgnęła się przez nią i znalazła się na tylnym podwórzu z kilkoma budynkami gospodarczymi. Pochyliła się, by przejść pod zwisającym smętnie, pozieleniałym od wilgoci sznurkiem do suszenia prania, i postawiła bagaże na ziemi.
– Pułkowniku Whitmark?
Usłyszała jakiś szelest z mieszkania nad zakładem i zawołała ponownie.
– Proszę zostawić zamówienie w magazynie i zabierać się stąd – odpowiedział donośny głos.
– Nie przyszłam z dostawą, tylko… – Wyszła spod przerośniętego figowca, uniosła wzrok i dostrzegła wychylającego się przez balustradę galeryjki mężczyznę o pokaźnym nieprzystrzyżonym wąsie i przekrwionych oczach. – Pułkownik Whitmark?
– Kim pani jest?
– Euphemia Jones, proszę pana. Przybyłam zaoferować swoje usługi jako…
– Nie, dziękuję. Nie potrzebuję służącej.
Effie wydęła usta. Pokryty kurzem bruk, zaniedbany ogród i brudne okna świadczyły o czymś zgoła przeciwnym.
– Nie jestem służącą. Jestem…
– Jak pani tu weszła?
– Brama była otwarta, proszę pana. Jak mniemam, czekał pan na dostawę.
– Czyżby? – Pokręcił głową i pociągnął łyk z brązowej butelki. – To będzie pani taka miła i zamknie ją za sobą po wyjściu? – Odepchnął się od balustrady i oddalił chwiejnym krokiem.
Effie spojrzała na zacienione podwórze. Przyszła tu prosto ze statku, przedzierała się przez strumień wozów i powozów, ciągnąc za sobą skrzynię podróżną i skrzynkę z przyrządami do balsamowania. Postąpiłaby zgodnie z jego sugestią, gdyby mogła znaleźć pracę gdziekolwiek indziej. Ale kto w Nowym Orleanie by ją zatrudnił – Jankeskę, kobietę, Czarną? Ukryty w kieszeni halki cienki plik banknotów nie starczyłby na bilet powrotny do Indiany. Nawet gdyby chciała tam wracać. Nie zrobiłaby tego za wszystkie pieniądze Południa.
– Jak mniemam… – Zawahała się. Bardzo nie chciała wspominać o tej znajomości. – Znał pan mojego poprzedniego pracodawcę. Z czasów wojny. Kapitana Kinyona.
Szuranie na piętrze ustało.
– Powiedziała pani: Kinyona? – Dłuższa chwila ciszy. – Johna Kinyona? Z Indiany?
– Właśnie tak, proszę pana. Pracowałam jako jego asystentka już dziewiąty rok.
Były wojskowy wyjrzał ponownie przez balustradę. Przez chwilę przyglądał się kobiecie, po czym zachichotał.
– Kiedy pani mówi „asystentka”, ma pani na myśli służącą?
Effie wsunęła dłoń do kieszeni spódnicy i zacisnęła palce na zimnym mosiężnym guziku.
– Nie, proszę pana. Jako balsamistka. Nawet sama przygotowuję środek konserwujący, zdecydowanie lepszy niż ta gotowa breja, którą ma pan w magazynku.
– Ha! A to tam to aligator. – Wskazał brodą niewielką zieloną jaszczurkę wspinającą się pośpiesznie po otynkowanej ścianie budynku gospodarczego.
– Nie, proszę pana. To jaszczurka. _Anolis carolinensis_, jeśli się nie mylę.
– To takie wyrażenie, panno…
– Jones.
– Oznacza… Mniejsza z tym.
Pociągnął kolejny łyk z trzymanej butelki. Nawet stojąca dużo niżej Effie czuła ostrą woń zawartości.
– A na jakiej podstawie uważa pani, że potrzebuję asystentki, skoro nie trzeba mi nawet służącej?
Ponownie ścisnęła guzik, po czym puściła go, by się odtoczył w róg kieszeni.
– Pułkowniku Whitmark…
– Nikt już nie zwraca się do mnie per „pułkowniku” – przerwał jej nieco ostrzejszym głosem niż dotąd. – Wystarczy „panie Whitmark”. Albo jeszcze lepiej w ogóle nic.
Chłodny wiatr poruszył na chwilę liśćmi. Effie obejrzała się na wysłużoną skrzynię podróżną. Pokonała tysiąc trzysta pięćdziesiąt mil – i na co? Żeby została odprawiona jak jakaś żebraczka?
– Pułk… panie Whitmark, na wystawie ma pan przestarzałe i zakurzone modele. Pańskie biurko jest zarzucone rachunkami. Pióra i krepinę trzyma pan w stosach, jakby prowadził pan sklep z rupieciami, a nie zakład pogrzebowy… A to tylko to, co zdołałam dojrzeć przez frontowe okno. – Energicznymi krokami przemierzyła podwórze i otworzyła drzwi do magazynku na oścież. Poczuła przykry, kwaśny zapach. – Te puste słoje rozpaczliwie domagają się wypłukania. Tak samo jak pańskie przyrządy, których nie chciało się panu nawet odłożyć na miejsce. I kiedy ostatni raz naoliwił pan zawiasy swojego stołu roboczego albo wyprał baldachim? – Obróciła się ponownie twarzą w stronę mężczyzny. – Jakiekolwiek ma pan obiekcje względem zatrudnienia mnie, panie Whitmark, widać wyraźnie, że potrzebuje pan asystentki.
Pułkownik zacisnął mocno usta i rozdął nozdrza, ale Effie nie zwracała na to uwagi. Nie miała zamiaru stąd odchodzić, zanim nie zrzuci wszystkiego, co jej leżało na wątrobie.
– Jeśli to moja płeć panu przeszkadza, śpieszę pana zapewnić, że strzykawką potrafię się posługiwać równie dobrze jak każdy mężczyzna. Jeśli zaś chodzi o kolor mojej skóry, pozostaje mi tylko zachodzić w głowę, o co pan walczył, jeśli nie o uwolnienie i emancypację mojej rasy.
Przez dłuższy czas milczał. Po drugiej stronie ulicy pucybut nagabywał potencjalnych klientów. Na pobliskim podwórzu zamiauczał kot. Wiatr zastukał niezabezpieczonymi okiennicami. Kiedy pan Whitmark w końcu się odezwał, mówił głosem bezbarwnym i zmęczonym:
– Walczyłem o ocalenie Unii, panno Jones. Ni mniej, ni więcej.
– Rozumiem. – Patrzyła mu w oczy, dopóki nie odwrócił wzroku i nie pociągnął kolejnego łyka z butelki. Powolnym krokiem przemierzyła podwórze z powrotem, włożyła sobie skrzynkę z przyrządami do balsamowania pod pachę i sięgnęła do uchwytu skrzyni podróżnej.
– John naprawdę nauczył panią, jak wydobyć tętnicę i wstrzyknąć płyn konserwujący?
Obróciła się na pięcie.
– Zabalsamuję dowolne zwłoki, które pan przede mną położy, panie Whitmark. Od początku do końca.
W szarych tęczówkach mężczyzny pojawił się błysk.
– Chciałbym to zobaczyć.
Zimowy chłód podążał za nimi od progu zakładu aż do budynku kostnicy. Wiszące pod sufitem lampy naftowe rzucały rozedrgany blask na rzędy zwłok wyłożonych w celu rozpoznania. Pod karki wsunięto im kawałki drewna, tak by twarze były dobrze widoczne. Ubrania z dnia śmierci zwisały smętnie z haków na pobliskiej ścianie.
Pomimo panującej tu wilgoci Effie zdjęła płaszcz. Ani pułkownik Whitmark, ani koroner z okularami na nosie nie zaoferowali, że jej w tym pomogą. Niemądrze z jej strony było spodziewać się takich manier na Południu. Swoje okrycie powiesiła na wbitym w tynk zardzewiałym gwoździu, z dala od ubrań denatów, po czym podążyła za mężczyznami do dalszej części pomieszczenia. Zatrzymali się przy zwłokach leżących na końcu długiego rzędu. Zasinione ramię zsunęło się z brzegu stołu. Niekształtne nogi przykrywała brudna płachta.
– Ma pan fartuch? – spytała Effie.
Koroner wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym przyniósł zwinięty materiał w kratę. Poplamiony, ale zdawało się, że prany. Effie roztrzepała fartuch. Ostry dźwięk odbił się echem od ścian, aż poczuła występującą na ramiona gęsią skórkę. Z pewnością jednak było to jedynie spowodowane zimnem.
Zawiązała troczki za plecami i podwinęła rękawy sukienki. Nad ciałem unosił się słodkawy smród, wybijający się ponad woń płonącej nafty i dobiegający od pułkownika Whitmarka odór whisky.
Nie pułkownika. Pana.
Obserwował ją przekrwionymi oczami. Choć kołysał się na nogach, spojrzenie miał osobliwie pewne. Bez wątpienia czekał tylko, aż Effie zemdleje albo wpadnie w histerię. Wtedy mógłby ją odprawić i wrócić do domu do swojej butelki.
Przyglądający się jej pracy inni ludzie rzadko jej przeszkadzali. Dość już czasu spędziła w sypialniach i salonach pełnych żywych – zdruzgotanych wdów, ciekawskich dzieci, wścibskich powinowatych – żeby ignorowanie ich weszło jej w nawyk. Kiedy tylko zdawali sobie sprawę z tego, że nie zamierza rozcinać całego ciała, lecz jedynie wykonać nieznaczne nacięcie w celu wydobycia tętnicy, zostawiali ją w spokoju. Ale pan Whitmark bacznie się jej przyglądał. Poruszał nerwowo dłońmi. Obserwował. Czekał.
Wyjęła z kasztanowych włosów zmarłego kilka kawałków oślizgłej roślinności i nacisnęła lekko skórę. Nie żył od dwóch dni, być może dłużej, zależnie od temperatury wody.
– Utopił się.
Nie było to pytanie, ale pan Whitmark i koroner skinęli głowami.
– Czy odciągnął pan wodę z płuc i żołądka? – zapytała.
– _Bien sûr_. Oczywiście.
Dbając o odpowiednie uniesienie głowy, obróciła zwłoki na bok i nacisnęła je kolanem tuż poniżej mostka. Ciemna woda chlusnęła spomiędzy warg zmarłego prosto na pokrywające podłogę spękane płytki i ochlapała buty oraz rąbek spódnicy Effie.
Pan Whitmark zaśmiał się krótko.
– Chyba jednak nie całą, Lafitte.
Kobieta przysunęła sobie chwiejny stolik pomocniczy, wytarła go z zaschniętej krwi, po czym otworzyła swój przybornik. Wewnątrz leżały gruszka medyczna, starannie zwinięta długa gumowa rurka i szpulka jedwabnej nici. Pozostałe narzędzia – pęseta, nożyczki, trójgraniec, igły, cewniki i skalpel – czekały wsunięte za elastyczne gumki przymocowane do spodniej części wieka. Po długiej podróży nożyczki i jeden z cewników były lekko przekrzywione. Poprawiła je, po czym wyjęła długi metalowy trójgraniec.
– Najpierw nakłuję brzuch, by odprowadzić gazy. Potem wstrzykiwanie. Dwie kwarty powinny starczyć.
Pan Whitmark zmrużył szare oczy. Dotąd przyglądał się jej z tą jowialną obojętnością charakterystyczną dla pijaków, jakby była jedynie pocieszną, choć nieco uciążliwą zjawą.
– Chcą panowie, bym kontynuowała? – upewniła się.
Potarł drżącą dłonią nalane policzki. Sztywne wąsy zachrzęściły pod dotykiem palców.
– Przyniosę z wozu słoiki z płynem – rzucił, po czym oddalił się, powłócząc nogami.
Koroner podążył za nim, dzięki czemu mogła się w końcu w pełni skoncentrować na pracy.
Na zagraconym stole roboczym znalazła kubeł czystej wody i kilka kawałków płótna. Ręce jej zadrżały, kiedy zamoczyła materiał i wyżęła wodę. Uważając, by nie uszkodzić wrażliwej, odbarwionej skóry, poczęła wycierać zwłoki z błota. Po paru chwilach dłonie jej się uspokoiły. W tym była dobra – w pracy wśród zmarłych.
Zapaliła jeszcze jedną lampę, żeby mieć lepsze światło, a potem nakłuła wzdęty brzuch denata tuż nad pępkiem. Gaz uszedł ze świstem przez trójgraniec i napięta skóra zaczęła opadać. Effie nie wzdrygnęła się na odrażający smród. Wkrótce pan Whitmark powrócił z płynem do balsamowania. Postawił słoje obok kobiety, nim osunął się na stołek w kącie pomieszczenia. Starała się go ignorować, choć wkrótce zaczął chrapać.
Ręce wykonywały wyuczone ruchy niemal bezwiednie. Myśli odpłynęły od mechanicznej części stojącego przed nią zadania, od dobrze znanej mapy naczyń krwionośnych i organów pod skórą, ku leżącemu przed nią zmarłemu.
Czy skoczył do rzeki, w pełni świadom porywistego nurtu i zdradliwych wirów pod powierzchnią wody? Czy też może się poślizgnął bądź upadł? Czy ktoś go wepchnął i przyglądał się, jak tonie?
Z pewnością w domu czekała na niego żona, zmartwiona długą nieobecnością. Matka albo wuj, albo kuzyn wyglądający jego powrotu. A jednak oto leżał tutaj i nikt się o niego nie upominał.
Być może on również był sam. Sierota, włóczęga. Bezimienny i anonimowy w tym przeludnionym mieście. Effie przesunęła skalpelem po szyi, by odsłonić tętnicę, po czym przygotowała cewnik i gruszkę. Lepiej tak, samotnie. Brak osób pogrążonych w żałobie po czyjejś śmierci oznaczał brak osób, które mogłyby człowieka skrzywdzić za życia.
Gdy skończyła wstrzykiwać płyn do balsamowania i nacierać skórę nasączonym nim materiałem, zasinienie praktycznie już zniknęło. Jak na kogoś, kto przed dwoma dniami się utopił, denat wyglądał wręcz przystojnie.
Kiedy głośno oznajmiła zakończenie pracy, pan Whitmark wybudził się i podszedł chwiejnym krokiem. Nacisnął na próbę naprężoną teraz skórę. Wciągnął nosem pachnące mydłem powietrze. Przyjrzał się jej wzorowym szwom. Effie czekała ze ściągniętymi ramionami, uniesioną wysoko brodą i palcami zaciśniętymi na mosiężnym guziku.
– Byłbym skończonym wariatem, gdybym przyjął Murzynkę z Północy na asystentkę – stwierdził były wojskowy, kręcąc głową. Dźgnął zwłoki jeszcze kilka razy, po czym spojrzał na nią. Rozluźnił pokrytą szorstkim zarostem szczękę. – Proszę przyjść jutro.ROZDZIAŁ 2
Kiedy Effie dotarła do zakładu, nad miastem właśnie zaczął zapadać zmrok. W chłodnym powietrzu unosił się zapach pieczonej kaczki. W oddali słychać było wybuchające petardy, a po ulicach niósł się delikatny świst blaszanych gwizdków. W Indianie Wigilia Bożego Narodzenia była bardziej poważnym świętem. Sposób obchodzenia tego dnia tutaj, w Nowym Orleanie, mocno ją irytował. Zwłaszcza hałas.
Przez trzy tygodnie, które minęły, odkąd pan Whitmark przyjął ją do pracy, zdążyła dobrze poznać amerykańską część miasta. Rząd budynków redakcji gazet na Camp Street. Dzielnicę bawełnianą, wciąż stawiającą niepewne kroki po wojnie i niedawnej recesji. Maleńką chińską dzielnicę na północnym zachodzie, zaraz za tętniącymi życiem ulicami handlowymi.
Wokół dzielnicy biznesowej tłoczyli się imigranci – Irlandczycy, Niemcy, Włosi – zajmujący zaniedbane chaty lub lokale wydzielone w domach zamieszkanych niegdyś przez Amerykanów, którzy w międzyczasie uciekli na przedmieścia. Tacy jak ona, wyzwoleńcy, mieszkali pod miastem, gdzie zabudowania stopniowo ustępowały trzęsawiskom.
Dzielnica francuska była inna. Tam zgromadzili się Kreole wszystkich kolorów skóry. Pan Whitmark miał jednak niewielu klientów wywodzących się z tamtej części miasta, a sama Effie tylko raz zapuściła się poza Canal Street – by nabyć od miejscowego aptekarza środki balsamujące.
Praca była nierówna: w niektóre dni przychodziło wielu klientów, a w inne nie było żadnego. Pierwsze zwłoki, do których ich wezwano, pan Whitmark zabalsamował w całości osobiście, cały czas tłumacząc jej wszystkie kroki, tak jakby nigdy wcześniej nie widziała na oczy pompki czy nie zmieszała kwarty środka do balsamowania. Technikę miał porządną, choć nieco przestarzałą, zdecydowanie gorzej za to było ze stroną praktyczną. Nacięcia robił zbyt duże, a szwy wychodziły mu nierówne. Ręce mu chodziły przy pracy. Bez wątpienia z powodu alkoholu.
Drugie wezwanie – mężczyzna zmarły na apopleksję – zaczęło się tak samo. Pan Whitmark poprosił, by stanęła z boku i obserwowała, jak należy nakłuć serce, jednakże został zawołany przez krewnych denata, zanim zdołał choćby wyjąć z torby trójgraniec. Kiedy wrócił, Effie zdążyła już opróżnić prawą komorę serca, wstrzyknąć do niej płyn, a także wprowadzić kaniulę do tętnicy ramiennej. Od tego czasu balsamowanie zostawiał jej.
W te dni, gdy nie było pracy, spał do południa, a na spoczynek udawał się, zanim dzwony pobliskiego Świętego Patryka wybiły szóstą. Szybciej, jeśli odkrył, że butelka jest już pusta. W czasie, kiedy spał, ona ścierała kurz, polerowała i zamiatała. Naoliwiła skrzypiące zawiasy we wszystkich drzwiach, uporządkowała magazynek, doprowadziła do ładu księgi rachunkowe. Odmalowała szyld i zeszlifowała słowa miłośnik jankesów. Przyniosła nowe katalogi wytwórców trumien. Po wywietrzeniu pomarszczonych, przeżartych przez mole zasłon ze składziku zamocowała je wokół elementów wystawy, żeby prezentowały się nieco lepiej przez świeżo wyszorowane okna.
Jeśli pan Whitmark w ogóle zauważył coś z jej wysiłków, nie zdradził tego ani słowem. Niemniej na koniec każdego dnia wręczał jej dolara i oznajmiał, że równie dobrze może przyjść także nazajutrz. Mężczyzna o jej umiejętnościach zarabiałby więcej niż dwukrotność tej kwoty. Jednak jako że jej sytuacja była wciąż niepewna, Effie nie odważyła się wyrazić sprzeciwu. Poza tym to i tak było więcej niż jakiekolwiek jej wcześniejsze zarobki. Kapitan Kinyon nie płacił jej w ogóle, uznając, że prowadzi interes rodzinny. Wtedy jej to nie przeszkadzało, lecz dawało złudne przekonanie, że jest dla byłego wojskowego kimś więcej niż tylko praktykantką czy asystentką.
Teraz, kiedy od wigilijnego zgiełku oddzielały ją gęsta roślinność i wysoki mur podwórza, odstawiła torbę z przyrządami, potrząsnęła zmęczonymi rękami i zabrała się do sprzątania. Wyszorowała i wypolerowała narzędzia. Przepłukała gumową rurkę. Wrzuciła do balii fartuch i brudną płachtę do przykrywania podłogi.
Z otwartego okna kilka budynków dalej dobiegały dźwięki kolęd. Osoba akompaniująca na pianinie trochę fałszowała, ale kolędnikom zdawało się to nie przeszkadzać, śpiewali bowiem wesoło i każdą pieśń okraszali śmiechem i oklaskami. Effie szorowała materiałem o tarkę aż do zdrętwienia palców. Przestała dopiero po ustąpieniu ostatniej plamy. Następnie przepuściła płachtę przez wyżymaczkę i rozwiesiła ją na sznurku.
– To ty, Effie? – zapytał pan Whitmark, który wyszedł na balkon ubrany tylko w koszulę i wymięte spodnie. – Jest Wigilia. Co ty tu jeszcze robisz?
Zmarszczyła brwi. Czy to nie było oczywiste?
– Zajmuję się przyborami.
Zszedł niepewnym krokiem po schodach.
– Mogą zaczekać. Wracaj do domu. Świętuj.
Słowo „dom” zdawało się zbyt sentymentalne jak na określenie pensjonatu, w którym mieszkała. Dach nie przeciekał, podłoga była solidna, w łóżku nie było pcheł, a jedzenie dawało się zjeść. Nie potrzebowała wiele więcej. Z pewnością nie świętowania.
Wylała wodę z mydlinami do płynącego ulicą rynsztoka.
– Już prawie skończyłam.
– Jeśli upierasz się wszystko uporządkować, to przynajmniej się ze mną napij. – Pan Whitmark podreptał do kuchni i począł przetrząsać szafki.
– Nie piję alkoholu! – zawołała za nim, on jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i po chwili wrócił z butelką brandy i cynowym kubkiem.
Podał jej kubek, napełnił go do połowy, po czym stuknął o niego butelką w ramach toastu.
– Wesołych Świąt, Effie.
Upiła ostrożnie mały łyk. Płyn smakował jak końskie szczyny – a przynajmniej tak, jak sobie wyobrażała, że te by smakowały – wypluła go więc na kamienie bruku.
Pan Whitmark się zaśmiał i pociągnął mocno z butelki.
– Jak mniemam, John i jego małżonka nie pili.
– Byli abstynentami – odparła.
Postanowiła nie wspominać o whisky, którą kapitan trzymał ukrytą w gabinecie.
– Nie dziwi mnie to.
Na sąsiednim podwórzu huknęła petarda. Pan Whitmark się wzdrygnął.
– Przeklęte zabawki.
– Kapitan też ich nie znosił.
– Tak do niego mówiłaś? Kapitanie? – Opadł na skrzypiący fotel bujany. – Nawet jako jego podopieczna?
Effie zamyśliła się na moment, nim zajęła się pakowaniem rozłożonych wcześniej do wyschnięcia przyrządów.
– A jak inaczej miałam się do niego zwracać?
– No, nie wiem… tato, ojcze. Byłaś małą dziewczynką, prawda? Kiedy cię przygarnął.
Effie nie wiedziała, ile wtedy miała lat. Siedem? Osiem? Zbyt mało, by pamiętać wiele z tego, co było wcześniej. I chociaż spośród wszystkich znanych jej osób oficer był dla niej kimś najbliższym ojca, nigdy nie powiedział, że może się do niego zwracać per tato.
– Czasem mówiłam do niego „proszę pana”.
Whitmark ponownie się roześmiał.
– Był trochę marudny, prawda. Cały czas taki poważny. Co takiego zrobił, że uciekłaś?
Ścisnęło ją w żołądku.
– Nic, ja…
– W tych czasach większość Murzynów z odrobiną pieniędzy i choć śladowym rozsądkiem zabiera się i rusza na Północ.
– Ja jedynie… – Upiła kolejny łyk brandy. Kiedy kwaśny trunek zetknął się z jej językiem, natychmiast tego pożałowała. – Chciałam zobaczyć kraj, w którym przyszłam na świat.
Ale nie tylko. Chciała też znaleźć miejsce, w którym mogłaby się wtopić w tłum. Zniknąć. Poczuć się częścią społeczności. W którym ludzie, o dobrych czy złych intencjach, nie traktowaliby jej jak okazu.
Jej odpowiedź zdała się jednak zadowolić pana Whitmarka, opadł bowiem na oparcie i pokiwał głową. Wiklina zaskrzypiała pod jego ciężarem, jakby już całe dziesięciolecia nikt na fotelu nie siadał i nikt się na nim nie bujał.
– Tu cię znalazł?
– Nieopodal, jeśli się nie mylę.
– A twoi bliscy?
Effie wbiła wzrok w bursztynowy płyn w kubku. Nie miała bliskich, żadnych krewnych, żadnej prawdziwej rodziny. Nie potrafiła sobie przypomnieć żadnego imienia, żadnej twarzy.
– Niewiele pamiętam z czasów przed wojną, psze pana.
– Tylko nie zacznij się teraz do mnie zwracać „psze pana”. – Pociągnął z butelki kolejny łyk i wstał. Przez chwilę chwiał się na nogach, aż w końcu złapał równowagę. – Mam coś dla ciebie. – Pogrzebał w kieszeni spodni, po czym rzucił jej niewielkie kartonowe pudełko. – Wesołych Świąt.
Effie obróciła pudełko w dłoni i przyjrzała mu się uważnie. Było lekkie, niemal nie odczuwała jego wagi. Jeden z rogów był zgnieciony i zaokrąglony. Pakunek obwiązano sznurkiem z niedbałą kokardką. Przeniosła wzrok z powrotem na mężczyznę. Pod opadającymi grubymi powiekami dostrzegła błysk dobroci w oczach, którego dotąd nie widziała.
– To… dziękuję.
Machnął niedbale dłonią, a na policzki wystąpił mu silniejszy niż zwykle rumieniec.
– To tylko drobiazg.
Odstawiła naczynie i rozsupłała sznurek. W pudełku znajdował się duży mosiężny guzik z wytłoczonym na środku orłem. W szponach jednej nogi ściskał trzy ostre strzały, a w szponach drugiej – gałązkę oliwną.
– Widziałem guziki, które trzymasz w kieszeni, i pomyślałem… no, że może ten też ci się spodoba.
– Nie odpruł go pan od swojego munduru, prawda?
– Nic, tylko zbiera kurz. Niech mnie diabli, aż się zdziwiłem, że wciąż go mam.
Effie obróciła guzik. Przysunęła go do światła. Przez lata zdążył się trochę wytrzeć, ale poza tym był bez skazy. Zacisnęła palce i przeturlała go we wnętrzu dłoni.
– Jest piękny.
– Jak mówiłem, dla mnie już nic nie znaczy – rzucił darczyńca i jednym haustem wypił połowę pozostałej zawartości butelki.
Skrzywiła się, kiedy przed oczami stanęły jej wszystkie wzdęte, zażółcone zwłoki, którymi zajmowała się przez tyle lat.
– Powinien pan przeczytać pracę doktora Bennera na temat chorób wątroby. Stwierdza, że gorący klimat i nadmierne spożycie alkoholu znajdują się wśród głównych…
– Wiem, co wywołuje marskość wątroby, Effie.
– To dlaczego pan tak dużo pije?
Westchnął, po czym uśmiechnął się do niej.
– Wszyscy robimy rzeczy, które nie leżą w naszym najlepiej pojętym interesie.
– To nielogiczne.
– Być może, ale tylko to oddziela nas od reszty bożych stworzeń.
Zmarszczyła brwi.
– Pan Darwin postulował, że różnimy się od zwierząt jedynie powierzchownie, a nie istotnie. W…
Pan Whitmark wyrzucił ramiona w górę. Resztki alkoholu zachlupotały w butelce.
– Poddaję się, poddaję! Daj mi już spokój. Na pewno masz w Wigilię lepsze rzeczy do roboty niż debatowanie o naturalizmie z takim grubianinem jak ja.
Wręcz przeciwnie, bardzo lubiła na ten temat rozmawiać, a nie miała żadnych innych zobowiązań. Postanowiła jednak o tym nie wspominać. Włożyła guzik z powrotem do pudełka, zamknęła walizeczkę roboczą na zatrzaski i wzięła z magazynku płaszcz.
– Zatem pojutrze?
Skinął głową.
– Dziwaczna z ciebie osóbka, panno Jones, ale diabelnie dobrze ci idzie z robotą. Niezależnie od powodu, dla którego tu przybyłaś, John był głupcem, że pozwolił ci odejść.
– Wesołych Świąt – powiedziała, zadowolona, że nie drążył tego tematu. – Wszystkiego najlepszego dla pana i… – „Pańskiej rodziny”, powinna dokończyć. On wszak, przynajmniej o ile było jej wiadomo, nie miał żony ani dzieci, ani też żadnych krewnych.
– Wzajemnie.
Wyszła przez bramę i podążyła Carondelet Street w kierunku przeciwnym niż jej pensjonat. Kolędnicy przestali co prawda śpiewać, ale z okna wciąż dobiegał okazjonalnie śmiech. Po chwili minęła ją w pełnym biegu grupka chłopców dmących w trąbki i gwizdki.
Dziwaczna osóbka. Czy kiedykolwiek uwolni się od takich określeń? Drogę wyznaczyło jej życie. Ona zwyczajnie nią podążyła i radziła sobie jak mogła. W czasie wojny pomaganie w namiocie zabiegowym kapitana Kinyona uratowało ją od pracy na plantacjach bawełny czy trafienia do obozu dla zbiegłych niewolników. Jej drobne, zwinne palce i chyży krok okazały się przydatne dla cierpiącego już na reumatyzm mężczyzny w średnim wieku. No i nie wzdrygała się na widok krwi. Że zostanie jego asystentką, kiedy po zakończeniu wojny zabrał ją ze sobą na Północ, rozumiało się samo przez się. Choć zamienił piłę chirurgiczną na strzykawkę balsamisty.
Być może była osobliwa. Ale przynajmniej była pewna pracy kolejnego dnia.
Większość sklepów i interesów była już zamknięta. W ciemnych oknach wisiały girlandy z gałązek ostrokrzewu i iglaków. Od zapachu pieczonego chleba i zupy żółwiowej pozostawionej na wolnym ogniu, by była ciepła, kiedy wrócą w środku nocy z mszy, zaburczało jej w brzuchu, nie chciała jednak zawracać. Pozostałe mieszkanki pensjonatu – co do jednej służące w rezydencjach stojących wzdłuż St. Charles Street – bez wątpienia siedziały razem i roztrząsały błahostki minionego dnia.
Nieustanna paplanina współlokatorek Effie konsternowała ją w równym stopniu co świąteczny zgiełk. W słowach Kinyonowie byli tak samo oszczędni jak we wszystkim innym, przez co zupełnie nie potrafiła prowadzić czczych pogawędek. Martwi też nie byli zbyt rozmowni.
Powędrowała Gravier Street w stronę rzeki. Co chwilę mijały ją powozy, a chodnikami podążały niewielkie grupki świętujących. Nie, nie chodnikami. Tutaj nazywali je z francuska _banquette_. W oddali przed nią rozległ się gwizd lokomotywy. Effie szła wciąż przed siebie, a słońce opadało coraz niżej. Teraz na ulicy mijała już mniej osób. Niebo zasnuł dym z licznych ognisk rozpalonych na nabrzeżu, by powitać _Père Noël_.
Bardzo lubiła ten krótki czas, kiedy noc zdołała zagarnąć dopiero niewielki skrawek nieba, kiedy rodziny zbierały się w domach przy stole, a ulicznicy wracali do swoich kryjówek, kiedy nikt jeszcze nie myślał o wkładaniu stroju wieczorowego czy opuszczaniu saloonu. Kiedy ulice należały w całości do niej. Lubowała się w rytmicznym stuku obcasów na bruku, chłodnym powietrzu wypełniającym płuca, dobiegającej z podwórzy woni kapryfolium czy zimokwiatu. W Indianie tylko wiosną mogła się cieszyć takimi przyjemnościami.
Skręciła w Common Street, by powoli zmierzać już do pensjonatu. Tej części miasta nie znała. Latarnicy jeszcze nie rozpoczęli obchodu, musiała więc radzić sobie przy nikłym blasku księżyca. Kawałek dalej wzrok jej przykuł wąski piętrowy budynek otoczony wysokim murem z cegły. Zmyliła krok. W powietrzu nie unosiła się już woń kapryfolium ani dymu, lecz smród kurzu i odchodów. Serce zabiło jej mocniej i załomotało o żebra niczym łopatki koła napędowego statku. Ciekawość pchnęła ją w stronę budynku, w poprzek ulicy, choć mięśnie napinały się w proteście.
Zza wysokiego muru dobiegł krzyk, wysoki i żałosny. Czy mogła go wydać kobieta? Po chwili krzyk rozległ się ponownie i Effie poczuła silny odruch wymiotny. Zatoczyła się i wsparła o mur. Szorstka bryła i kruszejąca zaprawa przywołały pewne wspomnienia. Te cegły i ta woń, i ten straszliwy dźwięk – była już tutaj. Przed oczami stanęła jej ciemna, zatłoczona zagroda. Krótki kościsty palec przesuwał się po liniach zaprawy, jakby stanowiły labirynt. Poczuła strużkę potu spływającą wzdłuż linii włosów, kiedy jednak uniosła dłoń do czoła, było suche i chłodne. Nozdrza wypełnił jej smród ludzkich odchodów i… smażonego boczku. Rozległ się nowy dźwięk, chrząkanie, a kiedy zamknęła powieki, na ich czarnym tle przeszły, powłócząc nogami, cieniste postacie.
Odjęła rękę od ceglanej ściany i spróbowała uregulować oddech. Kawałek dalej mur ustępował krótkiemu płotowi z gnijących desek, między którymi mogła zajrzeć na podwórze.
Zrobiła krok naprzód, zebrała w sobie odwagę i wykonała kolejny krok. Chrząkanie i piski były już głośniejsze. Przeszył ją zimny dreszcz. Duchy nie istnieją. Obcowała ze śmiercią dość długo, by to wiedzieć. Kiedy jednak zbliżała się do przerwy w murze i spoglądała w ciemność, nie była tego już taka pewna.
Tutaj smród był jeszcze silniejszy i ponownie poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Z mroku zaczęły się wyłaniać kształty. Cofnęła się od płotu i zamrugała.
Świnie.
To tylko świnie.
Zmusiła się do śmiechu i zawróciła. Szybki krok i śliskie od potu dłonie stały w opozycji do spokoju, który usiłowała sobie narzucić. Potwory, duchy – jakże głupio z jej strony! Opatuliła się szczelniej płaszczem i ruszyła w stronę pensjonatu, trzymając się dobrze oświetlonych, znajomych ulic.
Kiedy dotarła na miejsce, serce jeszcze nie zdążyło jej się uspokoić. Na werandzie na chwilę się zawahała, oparła o jedną z kolumn arkady i zrobiła kilka łagodzących stres wdechów i wydechów. W kościach wciąż czuła resztki przerażenia.
To niedorzeczne, mówiła sobie. Irracjonalne. Co strasznego mogło się stać w starej brudnej zagrodzie dla świń? Wyprostowała plecy i weszła do środka.
Zaraz po przekroczeniu progu uderzyła ją kakofonia paplaniny, muzyki i brzęku szkła. W powietrzu unosiła się woń pieczonych kolczochów, Effie nie była jednak pewna reakcji swojego żołądka. Przekradła się na palcach mimo drzwi do salonu, gdzie zebrały się pozostałe mieszkanki. Jedna z kobiet – Effie nie potrafiła sobie przypomnieć jej imienia, pamiętała jedynie, że głos ma piskliwy jak u papugi – siedziała przy rozklekotanym pianinie i z wielką uwagą wygrywała melodię świątecznej pieśni. Pozostałe śpiewały i zanosiły się chichotem, kiedy pomyliły nutę czy zapomniały słów.
Effie zwinnie wyminęła poluzowaną deskę w podłodze u stóp schodów i przeskoczyła trzeszczący trzeci stopień. Prawie dotarła już na piętro, kiedy ktoś zawołał ją po imieniu. Skrzywiła się i obróciła na pięcie.
Jedna z mieszkanek, Meg, stała na dole z szerokim uśmiechem na twarzy.
– Proszę do nas dołączyć, panienko. Neale właśnie przygotowała eggnog.
Kiedy Effie przybyła do pensjonatu, właścicielka, pani Neale, poprosiła Meg, by oprowadziła nową klientkę. Ta ochoczo chwyciła ją za ramię i zanim jeszcze opuściły hol, zdradziła, że nazywa się Margaret Louise Talbot, dorastała w parafii Livingston, pracuje dla Clarksonów na Fourth Street, a jej ulubiony kolor to niebieski… a może fioletowy. Na tym etapie Effie przestała już słuchać.
– Nie – odparła teraz, po czym dodała po krótkim namyśle: – Dziękuję.
– Nie musisz pić eggnogu. Chodź tylko z nami pośpiewać. Właśnie…
– Nie śpiewam.
– Nie musisz wcale mieć dobrego głosu. – Obejrzała się przez ramię, po czym dodała szeptem: – Maybelle go nie ma, to pewne.
– Nie, nie zwykłam uczestniczyć w śpiewach.
Meg spojrzała na nią skonsternowana, by po chwili przyklepać puszyste loki.
– Ach… No, później idziemy na mszę o północy, jeśli byś chciała się zabrać.
– Nie jestem katoliczką.
– Ach…
Effie obróciła się i pokonała ostatnie stopnie. Pomyśleć, że ledwie przed kilkoma godzinami współczuła panu Whitmarkowi samotności.
– Wesołych Świąt! – zawołała za nią Meg.
Effie się zawahała, ale nie odwróciła.
– Dobranoc – rzuciła tylko przez ramię.ROZDZIAŁ 3
Szare chmury dusiły popołudniowe słońce. W powietrzu czuć było zimowy chłód. W mieście wszyscy mówili o mających się odbyć następnego dnia paradzie i balu Dwunastej Nocy. Effie popełniła błąd i zapytała o to osobliwe wydarzenie Meg, przez co musiała ścierpieć cały kwadrans wyjaśnień, które meandrowały od Objawienia Pańskiego po coś o jakiejś złotej fasoli i początku karnawału. Gdyby jej nie przerwała w pół zdania i nie odeszła, zapewne wciąż tkwiłaby uwięziona w salonie, zmuszona słuchać niemającej końca opowieści o wszystkich możliwych _krewe_ w mieście.
Teraz Effie pośpieszyła w stronę dzielnicy handlowej. Już od ponad tygodnia nie miała dnia wolnego, a lista sprawunków była uciążliwie długa. Podczas gdy inni wypełniali okres bożonarodzeniowy i noworoczny wizytami towarzyskimi i przyjęciami, ona chodziła z jednego końca miasta na drugi ze stołem sekcyjnym i przyrządami do balsamowania.
Śmierć nie zna wytchnienia, jak powiedział jej wiele lat temu w Indianie kapitan Kinyon. Przekonała się, że na Południu jest tak samo. Szczękościsk, suchoty, gorączka połogowa, grypa – tyle różnych przypadków, że wszystko zlewało jej się w jedną bezkształtną masę. Dłużej zostawały z nią kose spojrzenia i aż nazbyt dobrze słyszalne szepty: murzyńska asystentka, czarnucha, zdzira. Nie żeby w Indianie takich słów nie słyszała. Tam wszak też uważano ją za – jak to ujął pan Whitmark? – dziwaczną. Był to kolejny powód, dla którego wolała towarzystwo zmarłych: zachowywali milczenie.
Niemniej cieszyła się na ożywienie w interesie. Przeszła na drugą stronę ulicy i przecięła Tivoli Circle. Pomimo szarzyzny i zimnego wiatru od rzeki panował tu wzmożony ruch. Effie wymijała kolejnych ludzi – Włochów rzucających na trawniku obciążone kule, bezzębną Kreolkę handlującą lnicą i bratkami, dzieci toczące obręcze – i postanowiła w duchu, że w przyszłości będzie omijać ten plac. W pobliżu wylotu St. Charles Avenue ludzka rzeka zwolniła i zafalowała. Effie prześlizgiwała się i przepychała przed siebie, aż jej uwagę przykuł czyjś głos, niski i głęboki. Przystanęła. Głos wybijał się ponad zgiełk tłumu na podobieństwo muzyki, i chociaż nie potrafiła wyłapać poszczególnych słów, tembr i melodia przemowy zdawały się w niej rezonować, przywoływać jakieś wspomnienie, które było tuż-tuż, prawie na wyciągnięcie ręki. Zaczęła się przedzierać w stronę mówcy.
– Republikański śmieć – rzucił starszy biały mężczyzna i popchnął ją w stronę St. Charles.
Dwie kobiety osłaniające bladą skórę parasolkami, choć słońce kryło się za chmurami, spojrzały ze ściągniętymi brwiami ku środkowi zebranego tłumu, po czym pośpiesznie się oddaliły. Wszyscy pozostali stali jednak jak zaczarowani. Większość zebranych stanowili Murzyni, głównie mężczyźni. Kiwali głowami i mruczeli co pewien czas „Tak jest” albo „Bóg nam świadkiem”. Effie wyciągnęła szyję, by spojrzeć ponad kapeluszami z odwiniętym rondem i melonikami. Zdołała dojrzeć na chwilę przemawiającego – stojącego na niewielkim podwyższeniu czarnego mężczyznę w koszuli i kamizelce z altembasu. Teraz wyłapywała też pojedyncze słowa: postęp, równość, okazja.
Przecisnęła się bliżej, żeby móc go wysłuchać w pełni.
– Nasi bracia w Missisipi już stracili te prawa obiecane im w czternastej i piętnastej poprawce do naszej wspaniałej konstytucji. Prawa, za które zapłaciliśmy krwią. Krwią wydartą z naszych ciał najpierw biczem, a potem szablą, jak powiedział nasz Wielki Emancypator.
Melodia jego głosu to wzbierała, to opadała jak dobrze skomponowana muzyka. Każde słowo wypowiadał czysto i wyraźnie, każda pauza pozwalała odczuć wagę tego, co właśnie padło z jego ust.
Effie nigdy zbytnio nie interesowała się polityką. Przeprowadzka do Nowego Orleanu tego nie zmieniła. Klienci szeptali za jej plecami i gapili się na nią. Mężczyźni uchylający kapeluszy przed białymi kobietami przepychali się obok niej, nie poświęciwszy jej nawet chwili uwagi. Parostatek, na którym tu przybyła, pozwalał kolorowym jeść dopiero po białych. Effie dostrzegała te afronty, rozpoznawała niesprawiedliwość, potem jednak, tak jak zawsze, utykała to wszystko gdzieś w kącie umysłu i koncentrowała się na pracy. Balsamowanie zwłok wymagało cierpliwości, uwagi i dbałości o szczegóły. Niewiele miejsca pozostawało na myśli na tematy tak błahe jak polityka.
Teraz jednak z niewyjaśnionych przyczyn stała urzeczona. Żywiołowość głosu przemawiającego, jego przekonanie, jego pasja sprawiły, że wytężała słuch i kiwała głową razem z pozostałymi. Podszedł do niej młody chłopak i wcisnął jej w dłoń druk ulotny. Uśmiechnął się, ukazując przy tym szachownicę braków w uzębieniu, po czym ruszył do kolejnej osoby. Effie spojrzała na papier.
_Klub Republikański Drugiej Dzielnicy_
_Cotygodniowe spotkania w czwartki o godz. 19:00_
_1010 Constance Street_
_Wszyscy mile widziani_
– Zaczekaj! – zawołała za chłopcem. – Nie chcę tego.
Dzieciak jednak brnął dalej przez tłum, wsuwał ulotki w zaskoczone dłonie i nie oglądał się za siebie.
Jej uwagę przyciągnął na powrót głos mężczyzny. Mówił teraz o prawach publicznych, o prawie każdego człowieka do zajęcia miejsca w teatrze, na torze wyścigowym, w restauracji, a także – gdyby poczuł nagłe pragnienie – w saloonie. Przez tłum przetoczyła się fala śmiechu.
– Dobrze gada! – zawołał ktoś.
Inna osoba zastukała laską w bruk.
Effie uzmysłowiła sobie, że też się mimowolnie uśmiecha, i szybko przywołała na powrót neutralny wyraz twarzy. Co ona tu robiła? Już i tak zmitrężyła zbyt wiele czasu. Wkrótce zaczną zamykać sklepy, a kolejną okazję przyjścia tutaj może mieć dopiero za wiele dni. Mydło zużyła już tak dalece, że zaczęło prześwitywać, a wczoraj skończyła jej się pasta do butów. Potrzebowała też proszku do zębów, nowych pończoch, sznurka do…
Stojący przed nią mężczyzna przesunął się w bok, by powiedzieć coś do swojej towarzyszki, i Effie po raz pierwszy mogła przyjrzeć się porządnie mówcy.
Przez długie lata balsamowania dobrze się zaznajomiła z różnymi postaciami ludzkimi – grubymi i chudymi, starymi i młodymi, muskularnymi i wychudzonymi, pokrzywionymi i prostymi. Nigdy jednak nie widziała doskonalszego egzemplarza, żywego czy martwego, niż ten człowiek. Aura pewności siebie, którą wokół siebie roztaczał, sugerowała mężczyznę po czterdziestce, aczkolwiek jego lśniąca ciemna skóra – wolna jeszcze od bruzd i zmarszczek – wskazywała na kogoś zdecydowanie młodszego. Trzydziesto-, a może nawet dwudziestoparolatka. Podczas przemowy poruszał się z wdziękiem i celowością, zwracał się sukcesywanie do kolejnych grup zebranych, unosił ramię, zaciskał dłoń w luźną pięść. Balsamistka nie rejestrowała już jego słów. Całą jej uwagę pochłonęły łagodna krzywizna szerokich ramion, zarys mięśni barków i bicepsów pod materiałem koszuli.
Wybijające godzinę dzwony w Świętym Patryku wyrwały Effie z otępienia. Słońce, ledwie smużka bieli przeświecająca przez chmury, wisiało już coraz niżej nad odległym horyzontem. Włosi skończyli grać i opuścili plac. Gwarny tłum na chodnikach nieco się przerzedził.
Ależ głupio postąpiła, że tak zamarudziła i wysłuchiwała tej politycznej paplaniny, kiedy czekał ją nawał o wiele istotniejszych spraw. O tej porze niewielką już miała nadzieję na załatwienie wszystkiego przed zamknięciem sklepów. Jeśli pójdzie teraz, może przynajmniej zdąży do aptekarza i pończosznika.
Wtedy właśnie mówca obrócił się w jej stronę i utkwił w niej spojrzenie osłoniętych gęstymi rzęsami oczu. Zapomniała o mydle, pończochach i paście do butów. Zapomniała nawet o oddychaniu. Żarliwy wzrok mężczyzny przeszywał ją na wskroś, wydobywał ją z tłumu, jakby była najbardziej fascynującą osobą spośród wszystkich zebranych. Jakby stała tu sama jedna. Ciemne tęczówki, o tej samej lśniącej barwie co jego skóra, unieruchomiły ją, przytwierdziły do bruku równie mocno jak żelazne gwoździe.
– A pani? Widzę, że nie jest pani ślepa na troski tego pięknego miasta, które wystawiają nasze dusze na tak bolesną próbę. Jaką kwestię poddałaby pani pod rozwagę?
Effie rozejrzała się wkoło. Z pewnością pytanie skierowane było do kogoś innego. Była jednak jedyną kobietą w promieniu kilkunastu kroków.
– Eee… no… zatłoczenie cmentarzy.
Kilka osób w tłumie parsknęło śmiechem, mówca jednak uciszył ich gestem dłoni.
– Nie, ta pani ma rację. – Zamilkł na chwilę i po raz pierwszy od początku swej żywiołowej agitacji zdawał się autentycznie szukać słów. – Nie uczyniliśmy dość, by władze stanowe pochyliły się nad niehigienicznością naszego miasta, to prawda. A działki na nowym cmentarzu w Metairie są niebywale drogie, tak że człowiek pracujący w zasadzie nie może sobie na nie pozwolić. Kolejny przykład tego, jak usiłują wypchnąć na margines Czarnych oraz imigrantów…
Perorował dalej na temat niesprawiedliwości okazywanej biednym, kolorowym, niedołężnym. Miał rację, ale nie o to Effie chodziło. Naprawdę powinna już pójść załatwiać swoje sprawunki, nie mogła jednak pozostawić takiego nieporozumienia bez sprostowania.
– Wszyscy muszą powstać – oznajmił mężczyzna. – Wszyscy muszą walczyć o nasz wspólny rozwój, żeby dopilnować, by prawa przyznane nam nie przez człowieka, lecz przez Boga Wszechmogącego były respektowane przez wszystkich.
Effie czekała, aż zrobi pauzę na tyle długą, by mogła się wtrącić i wyjaśnić, co miała na myśli. Z jego ust płynął jednak nieprzerwany potok zdań, a spojrzenie powędrowało dalej. Zapewne nie zrozumiał powagi tego problemu, nie zająknął się już bowiem ani słowem więcej na temat cmentarzy. Effie usiłowała przecisnąć się do przodu, prześlizgnąć między stłoczonymi ludźmi. Bez większych rezultatów. Wspięła się na palce i zaczęła machać ręką, aż stojący za nią jęli narzekać, że im zasłania.
Gdyby tylko zdołała sprostować sedno swojej uwagi na temat zatłoczenia, mogłaby już pójść zająć się swoimi sprawami. Ale wzrok mężczyzny uparcie ją omijał, prześlizgiwał się po zebranym tłumie, spoczywał to tu, to tam, kierował się czasem w jej okolice, ale nie zatrzymywał się już na niej tak jak wcześniej.
Jakiś czas później – Effie nie potrafiła określić, czy minęło minut dziesięć, czy pięćdziesiąt – zabrzmiały oklaski. Mężczyzna zszedł ze skrzynki po bananach, na której stał podczas przemowy. Momentalnie otoczyły go dziesiątki ludzi pragnących uścisnąć mu dłoń i wyrazić aprobatę. Effie również zaczęła się przeciskać, choć było to bardzo nieprzystające kobiecie, ale i tak musiała odczekać na swoją kolej.
Tłum stopniowo się rozchodził, a ciepło zgromadzonych w jednym miejscu ciał zaczęło ustępować zimnemu wieczornemu powietrzu. Kilku mężczyzn wciąż tkwiło przy mówcy i paplało o tym czy o tamtym. Młody chłopak, którego widziała wcześniej krążącego po placu, teraz zbierał porzucone ulotki. Gwizdał sobie pod nosem. Po słuchaniu głębokiego i dźwięcznego głosu przemawiającego mężczyzny wysoki, przenikliwy pisk był prawdziwą udręką. Nogi bolały ją od tak długiego stania na twardym kamieniu, a w brzuchu burczało jej z głodu. Wyciągnęła szyję, by dojrzeć nad nagimi drzewami wieżę zegarową Świętego Patryka. Już żałowała zmitrężenia tyle czasu tego popołudnia. Wiedziała też, że kiedy jutro skończy jej się mydło, będzie jeszcze bardziej pluła sobie w brodę.
Kiedy na powrót spojrzała przed siebie, mężczyzna stał tuż przed nią.
– Na chwilę zbiła mnie pani z tropu – przyznał. Z bliska tembr jego głosu tak samo mieszał jej myśli i powodował mętlik w głowie. Skóra mężczyzny pachniała rozmarynem z domieszką potu. – Byłem przekonany, że powie pani coś na temat szkół albo niedawnego skoku ceny mąki.
– Nie zrozumiał mnie pan – zdołała w końcu wykrztusić.
– Ach?
– Co zrobimy w czasie epidemii, skoro mamy za mało miejsc na cmentarzach i za mało grabarzy? Kiedy w pięćdziesiątym trzecim uderzyła żółta febra, posunęli się do zrzucania zwłok do rowów tylko po to, żeby po następnym deszczu wszystkie wypłynęły.
Mężczyzna przekrzywił głowę i odchrząknął.
– To… Na to nie wpadłem. Słuszna uwaga.
Effie się najeżyła. Teraz chciał ją tylko udobruchać.
– Kiedy pyta pan kobietę o opinię, nie powinien pan zakładać, że rzuci jakąś niezręczną uwagę o sprawach domowych.
– Jak widzę, istotnie nie powinienem.
– A co do pańskiego zdania na temat niehigienicznych warunków w mieście…
Uniósł otwartą dłoń i posłał jej zmęczony uśmiech. Zęby miał duże i białe, niemal całkowicie równe, poza niewielką szparą między górnymi siekaczami.
– Proszę przyjść na nasze spotkanie, wtedy będziemy mogli szerzej omówić ten temat.
– Jakie spotkanie?
Wskazał gestem tkwiący w jej dłoni druk ulotny, o którym zdążyła już zapomnieć.
– A… nie. Nie interesuje mnie polityka.
– Na mnie sprawiła pani wrażenie osoby nią zainteresowanej. A zdecydowanie przydałaby się nam taka żarliwa młoda kobieta jak pani.
– Dlaczego miałabym zajmować się polityką? Mój głos nie ma znaczenia w wyborach.
Mężczyzna ponownie się uśmiechnął. Jeden z kącików jego ust uniósł się nieznacznie wyżej niż drugi.
– Zrównanie naszej rasy w prawach z białymi zdecydowanie wykracza poza kwestie urn wyborczych. Proszę rozważyć integrację w szkołach albo prawo wykupienia biletu na miejsce w wagonie pierwszej klasy.
– Ledwie byłoby mnie stać na bilet do pierwszej klasy – odparła.
To, że zawsze miał gotową odpowiedź, w połączeniu z rozpraszającym kształtem jego ust zirytowało ją jeszcze mocniej.
– To kolejna sprawa, o którą walczymy: sprawiedliwe wynagrodzenie.
Effie pokręciła głową – w równym stopniu by uporządkować myśli i by wyrazić sprzeciw.
– Proszę to przemyśleć – powiedział, ponownie wskazawszy ulotkę.
I zanim zdołała zaznaczyć, że z całą pewnością nie będzie tego przemyśliwać, ukłonił jej się i odwrócił z powrotem do swojej wytartej skrzynki po bananach.
Otoczyła ją nowa grupa osób. Chłopak z ulotkami. Stateczna kobieta na oko dwa razy starsza od Effie. Wspierający się na kuli mężczyzna, któremu jedna z nóg kończyła się w kolanie. Mówca przyjął luźniejszą postawę i posłał im uśmiech bardziej promienny niż którykolwiek z tych, którymi wcześniej obdarzał publiczność. Kobieta podała mu chusteczkę. Przyjął ją i otarł czoło z potu. Kaleka pochylił się z zaskakującą zwinnością i wziął z ziemi skrzynkę. Chłopak rzucił coś i wszyscy się roześmiali. Potem irytujący mówca przyklęknął, by dzieciak mógł się mu wdrapać na ramiona.
Effie odprowadziła ich wzrokiem i nie ruszyła się z miejsca, póki nie zniknęli w oddali w coraz słabszym świetle dnia.