Barwy pienińskich szczytów - ebook
Piękno pienińskiej przyrody urzeka Agnieszkę o każdej porze roku i kobieta ma wrażenie, że nigdy jej nie spowszednieje. Co dzień bardziej utwierdza się w przekonaniu, że przeprowadzka z Krakowa do Sromowiec była najlepszą decyzją w jej życiu. Pieniny stanowią dla niej niewyczerpane źródło inspiracji i jej kolekcja obrazów powiększa się, a ona sama czuje, że nareszcie znalazła swoje miejsce w świecie.
Czy tak jest rzeczywiście? A może pienińska wioska ma być tylko przystankiem w drodze do kariery?
Czy udział w ministerialnym plebiscycie sprawi, że talent Agnieszki rozkwitnie i jej prace staną się sławne? Czy związek z Michałem przetrwa próbę czasu?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-488-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na początku stycznia Pieniny nareszcie odwiedziła zima. Do tej pory tylko kilka razy w grudniu oprószyła szczyty śniegiem, który topniał natychmiast w promieniach słońca, ale teraz wyglądało na to, że zamierza nadrobić zaległości. Najpierw przypuściła rankiem szturm na góry, przykrywając je grubym, puszystym kilimem ze śniegu, potem zmroziła ziemię i skuła lodem potok Grajcarek i brzegi Dunajca, po czym znów dorzuciła kolejną warstwę białego puchu.
„Jak pięknie” – pomyślała Agnieszka, gdy stanęła rankiem w oknie swej sypialni i spojrzała na ogród, który pod śnieżnym nakryciem wyglądał jak puchaty, biały obłok. Na tej wszechobecnej bieli odznaczały się szarością pnie drzew, ale ich korony także skrywała gruba, śniegowa czapa. To była sobota, kiedy Agnieszka nie pracowała, więc postanowiła nacieszyć się leniwym porankiem. Zjadła śniadanie i wypiła kawę w łóżku, patrząc przez okno na zimowy krajobraz, a potem dopiero ubrała się i wyszła na zewnątrz, żeby spojrzeć na góry. Przeszła przez Sromowce, brodząc po kolana w śniegu, bo jeszcze nikt nie wyściubił z domu nosa, i dotarła na most, skąd rozpościerał się widok na Trzy Korony, a po przeciwnej stronie – na Tatry. Tego dnia Tatr nie było jednak widać, bo skrywały je szare chmury, za to najsłynniejsze pienińskie pasmo prezentowało się przepięknie.
– Bajka – szepnęła kobieta, patrząc na pokryte bielą szczyty, odcinające się wyraźnie na tle szarego nieba, z którego właśnie znowu zaczął prószyć śnieg. – Moja bajka…
Często przychodziła tutaj ze sztalugami, wczesnym rankiem, gdy jeszcze nikogo nie było, i malowała to piękno, jednak dziś zrobiła tylko kilka zdjęć, które miały jej posłużyć do stworzenia pejzażu, bo było za zimno na kilkugodzinne stanie. Na dodatek wzmógł się wiatr, który rzucił jej w twarz zmrożone kuleczki śnieżnej krupy, więc Agnieszka raz jeszcze objęła spojrzeniem góry, a potem poszła prosto do swojej pracowni.
„Dalszy ciąg mojej bajki” – pomyślała, patrząc na przestronne i jasne wnętrze, bo pracownię malarską urządziła w starej szklarni. Dzięki temu cieszyła się idealnym oświetleniem, a przy tym siedząc tutaj, nie miała poczucia, że odcina się od świata, bo widziała zarówno dom, którego połowę wynajmowała od Krystyny, jak i ogród, który urządziły wspólnymi siłami, przy wydatnej pomocy Michała.
Michał to był kolejny element jej pienińskiej bajki, zupełnie nieoczekiwany. Gdy go poznała, nie wierzyła, że taki lokalny Casanova, na dodatek dużo od niej młodszy, może stać się dla niej kimś ważnym, a tymczasem, gdy już opadła maska Piotrusia Pana, za którą chował się przed światem, okazało się, że krył się pod nią bardzo wrażliwy mężczyzna o dobrym sercu. Agnieszka bała się głębszej relacji z nim, bo miała wrażenie, że on skacze z kwiatka na kwiatek, a jednak wspólne wędrówki po pienińskich ścieżkach zbliżyły ich do siebie tak bardzo, że nawet się nie zorientowała, kiedy oddała mu swoje serce.
– I wbrew obawom, wcale mi go nie złamał – powiedziała do siebie, rozglądając się po pracowni.
Przez chwilę napawała się widokiem tego wnętrza, z którego była tak bardzo dumna, i przypomniały jej się jeszcze dwie osoby, które stały się ważną częścią jej nowego życia w Pieninach: Łucja i Paweł. Łucja była właścicielką księgarni w Szczawnicy, w której Agnieszka pracowała. Ta posada stanowiła istotny element procesu zapuszczania korzeni w regionie, a szefowa okazała się miłą i życzliwą kobietą, z którą szybko znalazły wspólny język. Nieco inaczej wyglądało to z Pawłem, który na pierwszy rzut oka wydawał się kimś kompletnie nie z jej bajki: napakowany dresiarz, mówiący dość osobliwym językiem. A jednak okazał się dla niej wsparciem i inspiracją, bo to dzięki niemu wróciła do dawnej pasji.
Pogrążona we wspomnieniach Agnieszka usiadła przy sztalugach i zaczęła malować, póki miała świeżo przed oczami te śniegowe czary, jakie się jej ukazały.
„Tak mało jest okazji, by namalować je w zimowej scenerii” – myślała, patrząc na Trzy Korony z jej fotografii, które teraz przenosiła na płótno. Od połowy grudnia, gdy wreszcie spadło odrobinę śniegu, namalowała ten pejzaż w sześciu wersjach, a każda z nich była inna. Na jednym obrazie pasmo górskie aż błyszczało w słońcu, a biel śniegu zdawała się oślepiać. Na drugim ta biel kontrastowała z kobaltowym niebem, na trzecim góry wydawały się tylko lekko oprószone, a na jeszcze innym białe płatki unoszące się w powietrzu niemal je zasłaniały. Na tym, które powstawało teraz, szczyty były całkiem białe, wyglądały na miękkie i delikatne.
– Zawsze potrafisz ukazać ich nastrój i duszę. – Krystyna, właścicielka domu, którego połowę wynajmowała Agnieszka, stanęła w progu jej pracowni z dwoma kubkami kawy i popatrzyła na powstający obraz. – Większość ludzi widzi po prostu Trzy Korony, a ty widzisz ich emocje.
– Dziękuję. – Agnieszka była zbyt wzruszona, by dodać coś więcej. Krystyna nie szafowała pochwałami, ale gdy już to robiła, zawsze był to komplement z duszą.
– Niby nie powinnam pić drugiej kawy, ale w moim wieku szkodzi nawet oddychanie, więc co tam – oznajmiła kobieta z typowym dla siebie czarnym humorem. Miała za sobą długie i trudne życie: zsyłkę na Sybir, śmierć bliskich osób, ale nie uczyniło jej to zgorzkniałą. Patrzyła na świat trzeźwo i rzeczowo i nie robiła dramatów z byle czego, bo – jak mawiała – dramatów w życiu nie brakuje i nie ma sensu tworzyć ich jeszcze samemu. Agnieszka bardzo sobie ceniła jej zdanie i próbowała uczyć się od niej dystansu do wielu spraw.
– Chyba mi czytasz w myślach, bo właśnie miałam zrobić przerwę – stwierdziła Agnieszka, odkładając pędzel. Nawet się nie zorientowała, kiedy minęły trzy godziny. Często jej się zdarzało tak zasiedzieć przy sztalugach i całkowicie dać się pochłonąć pracy, że traciła poczucie czasu. Malowanie było jej wielką pasją, którą przed laty porzuciła, i to także Pieninom zawdzięczała, że odważyła się do niej wrócić, bo poruszyły w niej strunę, o której istnieniu starała się zapomnieć.
„Może po prostu, kiedy na co dzień człowieka otacza tyle piękna, musi zbudzić się artystyczna część jego duszy?” – pomyślała.ROZDZIAŁ 2
Agnieszka i Krystyna usiadły przy niedużym stoliku ustawionym w najbardziej zacienionej części pracowni i przez chwilę w milczeniu delektowały się kawą. Jej zapach rozchodził się po całym pomieszczeniu. Ciszę przerwała Krystyna, która utkwiła spojrzenie w obrazie stojącym na sztalugach i westchnęła.
– Ech, chciałabym móc wejść tam wysoko, na sam szczyt, popatrzeć na nitkę Dunajca u stóp, zobaczyć z góry Czerwony Klasztor i Tatry… – powiedziała cicho.
– Myślę, że dałoby się to zorganizować, tylko jak już śnieg stopnieje – odezwał się miły, niski głos i po chwili do pracowni wkroczył Michał. Jak zwykle ubrany z nonszalancką sportową elegancją, przystojny, uśmiechnięty, z nastroszonymi jasnymi włosami. Dla Agnieszki był zawsze kwintesencją lata, nawet teraz, w środku mroźnej zimy.
– Czyżby? – Krystyna uniosła brwi. – Zaniesiesz mnie?
– Bez najmniejszego problemu – odrzekł, mrugając do niej. – Ale ewentualnie można by było podwieźć panią na rowerze, a ostatnich kilkaset metrów dałaby pani radę przejść.
– Ech… – Krystyna znów westchnęła i machnęła ręką. – Tak naprawdę nie chodzi mi o to, żeby tam wleźć – powiedziała. – Chociaż jak sobie przypomnę, ile razy za młodu rezygnowałam z pójścia, bo wolałam iść do kina czy choćby w domu posiedzieć, to mnie aż nosi! Pamiętam jeszcze całkiem dobrze zarówno to uczucie, jak i ten widok, bo tego chyba nie da się zapomnieć, i w gruncie rzeczy to nie za nimi aż tak tęsknię…
– A za czym?
– Za czasami, gdy miałam wybór! I siłę, by tak po prostu pójść sobie w góry, zjeść byle co w schronisku, posiedzieć na trawie… Doceniajcie to, że możecie wybrać nie tylko między pójściem do sklepu na rogu a wyjściem do ogródka. – Trochę przesadzała, bo mimo wieku była sprawna i świetnie sobie radziła, ale rozumieli, co próbuje im przekazać, i pokiwali głowami. Krystyna dopiła kawę i wstała. – No, zostawiam was i idę obiad szykować – powiedziała.
– Niech pani zaczeka! – poprosił Michał. – Bo ja mam ciekawą propozycję i pewnie będzie trzeba Agnieszkę przekonać, by wzięła udział w jednym przedsięwzięciu.
– Coś nielegalnego? – zainteresowała się.
– Nie, no skąd! To związane z ministerstwem!
– Co wcale nie znaczy, że jest legalne.
Michał przewrócił oczami i nie skomentował.
– Wiecie, że powołali ostatnio nowe ministerstwo – powiedział. – W samiuśkiej Warszawie! – dodał tonem starego górala. – Ma się zajmować rozwojem regionów i ich promocją. No i to ministerstwo ogłosiło plebiscyt na niebanalną pamiątkę z różnych rejonów Polski. My też jesteśmy! – Podsunął Agnieszce pod nos swój telefon z otwartą stroną internetową ministerstwa.
– Aha! I uważasz, że Agnieszka powinna się zgłosić! – Krystyna pokiwała głową. – Pomysł niegłupi. Obraz to na pewno niebanalna pamiątka.
– Też tak uważam – zgodził się Michał.
– Tylko jaki wybrać? – dumała Krystyna. – Niezbyt duży, żeby się w bagażu zmieścił… A z jakim widokiem? No i jak to zorganizować? Bo przecież nie będzie chyba malować jednego w setkach egzemplarzy?
– Myślałem o moim portrecie, gdy stoję na tratwie flisackiej, a w tle mam Trzy Korony – rzekł skromnie Michał. – Wtedy wygraną miałaby w kieszeni! Ale po głębszym namyśle uznałem, że nie jestem gotowy poświęcić mojej prywatności i stać się gwiazdą.
– A to coś nowego! Przecież ty już jesteś gwiazdą!
Agnieszka słuchała tego ich przekomarzania się jednym uchem, bo skoncentrowała się na czytaniu warunków plebiscytu. Michał i Krystyna zorientowali się w pewnym momencie, że odpłynęła myślami, i przycichli obydwoje, dając jej szansę na skupienie się. Chłopak nie był jednak wzorem cierpliwości i gdy zamyślenie Agnieszki się przedłużało, nie wytrzymał.
– Mów, co tam wymyśliłaś! Bo przecież widzę, że aż ci się dymi z uszu! – zawołał, machając jej dłonią przed oczami.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
– Album! – odparła. – A w nim reprodukcje moich obrazów, pogrupowane na różne części Pienin o każdej porze roku. Plus może krótkie opisy tych miejsc.
– Super! – Michał uniósł w górę kciuk.
– Tak, dobry pomysł – zgodziła się Krystyna. – A te opisy… Hmm… Może by spisać miejscowe legendy? Opowiadane przez mieszkańców regionu?
– Och! – Agnieszka aż klasnęła w ręce.
– To ja zbiorę te historie, bo w końcu znam tu wszystkich – zaoferowała kobieta. – No i sama też wiem co nieco o okolicy. Pospisuję ci to na komputerze!
– Dziękuję!
Agnieszka uściskała Krystynę, a potem zwróciła się ku Michałowi, który stał, uśmiechając się szeroko i nadstawiając policzek do pocałunku.
– Powiedz sama, gdzie znajdziesz drugiego takiego muza, jak ja! – oznajmił, gdy już i jemu podziękowała za inspirację.
– Muza?
– No. Artyści mają muzy, więc artystki chyba muzów.
– No to chodź, mój muzie, bo tak się zasiedziałam, że muszę rozprostować kości i nacieszyć się tym śniegiem!
Już po chwili obydwoje wyszli na zewnątrz i ruszyli przez śnieg, a Krystyna patrzyła na nich, jak wskakują w zaspy w ogrodzie, a potem zatrzymują się, by ulepić bałwana. Myślała o tym, jak bardzo zmieniła się Agnieszka, odkąd tutaj zamieszkała. Gdy pierwszy raz się spotkały, kiedy przyszła z przyjaciółką Weroniką do domu Krystyny, by wynająć połówkę budynku, wydała się kobiecie egzaltowaną i zbyt poważną paniusią z miasta. A jednak dostrzegła w niej także coś, co sprawiło, że zdecydowała się przyjąć ją jako najemczynię.
„Widać było, że ona kocha te góry i okolice, a kto kocha przyrodę, nie może być złym człowiekiem” – pomyślała. „I miałam rację, bo trafiła mi się wrażliwa artystyczna dusza, dzięki której nie muszę się już martwić o to, co od dawna spędzało mi sen z powiek”.
Raz jeszcze rzuciła okiem na parę, która teraz stała obok bałwana i całowała się. „Dobrze, że dała szansę temu chłopakowi, bo on też, tak jak ona, ma zielono w głowie i w sercu” – uznała i wróciła do siebie.ROZDZIAŁ 3
Przez kolejne trzy tygodnie Agnieszka pracowała nad projektem albumu. Zdjęć swoich obrazów miała pod dostatkiem, bo zawsze fotografowała ukończone dzieła, żeby zamieścić na stronie internetowej, którą prowadziła, ale musiała je przejrzeć i pogrupować według planu, jaki sobie założyła.
„Zacznę od Trzech Koron, a skończę na Wąwozie Homole” – postanowiła. „W ten sposób będę miała zamkniętą kompozycję z dwoma wąwozami, bo szlak na Trzy Korony wiedzie przez Wąwóz Szopczański”.
Krystyna regularnie dostarczała jej opowieści od mieszkańców, a ona dopasowywała je do swoich pejzaży, tworząc naprawdę piękną pamiątkę z regionu i coraz bardziej ekscytując się tym projektem.
– Przegapisz nadejście wiosny! – narzekał Michał, gdy przez pół soboty siedziała przed komputerem.
– Bez obaw! Śledzę zmiany zachodzące w przyrodzie każdego dnia, gdy idę do pracy! – Agnieszka pracowała w szczawnickiej księgarni i prawie co dzień przemierzała piechotą długą trasę ze Sromowiec, bo kochała te widoki i czerpała z nich inspirację. – Ale masz rację, muszę wyznaczyć termin, w którym wyślę tę pracę, bo inaczej będę ją bez końca poprawiać i dopieszczać.
– Zaniedbując przy tym najprzystojniejszego faceta w Szczawnicy – zauważył Michał naburmuszonym tonem, więc postarała się wynagrodzić mu poczucie bycia zaniedbywanym.
Projekt zamieściła na stronie ministerstwa piętnastego lutego, mimo że termin zgłoszeń upływał ostatniego dnia marca. Uznała jednak, że nie może wciąż dodawać nowych treści i poprawiać tekstów, bo nigdy tej pracy nie skończy. W procesie składania zgłoszenia asystowali jej Krystyna i Michał. Ten ostatni czytał instrukcje ze strony, a Agnieszka wykonywała je, krok po kroku, bo wysłanie zgłoszenia okazało się bardzo skomplikowaną operacją. Potem wszyscy troje patrzyli na ekran, na którym trwało przetwarzanie projektu, aż wreszcie, kiedy już pomyśleli, że system się zawiesił, ukazała się plansza z napisem: „Twoje zgłoszenie zostało przyjęte”.
– Ufff – odetchnęła Krystyna. – Podejrzewam, że to jest obmyślone tak, żeby odsiać na wstępie jak najwięcej osób. Ciekawe, kto opracował tę procedurę i ilu się poddaje po szóstym kroku tego całego procesu.
– Może pani mieć rację – przyznał Michał. – Im mniej zgłoszeń, tym mniej będą mieli pracy podczas oceniania, a jak zauważyłem, wielu urzędników osiąga mistrzowski poziom w unikaniu przepracowywania się.
– No to teraz tylko czekać do piętnastego kwietnia na ogłoszenie wyników – stwierdziła Agnieszka i zamknęła pokrywę laptopa. Ręka jej lekko drżała, a serce biło szybkim rytmem.
– Minie, zanim się obejrzysz – pocieszyła ją Krystyna. – I mam nadzieję, że wydadzą ten twój album, bo to naprawdę świetny pomysł!
Agnieszka uśmiechnęła się i wraz z Michałem wyszła do ogrodu, żeby popatrzeć, czy nie pojawiły się już przebiśniegi, które sadzili tutaj w ubiegłym roku. Pokrywa śnieżna była jednak wciąż dość gruba i nie było szans, żeby choć jedna roślinka zdołała wyjrzeć na powierzchnię.
– Chodźmy uczcić twoje wysłanie zgłoszenia – zaproponował Michał i poszli obydwoje przez śniegi do Czerwonego Klasztoru, który leżał po drugiej, słowackiej stronie Dunajca.
Agnieszka uwielbiała atmosferę tego miejsca i niezwykły, cedrowy zapach, który unosił się w salach, a zarazem było tutaj coś, co ją niepokoiło, a czasem nawet wzbudzało lęk. Nie była pewna, skąd biorą się te emocje, ale Michał przyznał kiedyś, że i on czuje się tutaj nieswojo. Tego dnia jednak oboje byli zrelaksowani, a widok dawnych klasztornych ogrodów skrytych pod grubą warstwą śniegu wyciszył ich. Agnieszka zrobiła szybkie szkice i kilka fotografii, żeby namalować ten widok, bo wydał jej się niezwykle nastrojowy i kojący.
„Może i to miejsce powinnam była umieścić w tym albumie” – pomyślała. „Niby to słowacka atrakcja, ale ona też dodaje kolorytu regionowi… Ech, nieważne, już wysłałam zgłoszenie, więc nie ma o czym mówić”.
Potem usiedli w karczmie Pod Lipami, zjedli miodownik i wypili pieczoną herbatę, obok której Agnieszka nie potrafiła przejść obojętnie, odkąd pierwszy raz jej spróbowała. Starali się nawet razem z Michałem zrobić podobną i podpytywali panią obsługującą w karczmie o przepis, ale ich dzieło nie smakowało aż tak dobrze. Może dlatego, że pili ją w domu, bez tej oprawy w postaci klimatycznego wnętrza, masywnych drewnianych stołów i trzaskającego kominka? Tutaj miało się wrażenie, że za moment otworzą się ciężkie drzwi i wkroczy giermek, informując, że księżna pani ze swym orszakiem pragnie zatrzymać się na krótki odpoczynek.
– Wypijmy za powodzenie w plebiscycie! – Michał stuknął kubkiem z herbatą w kubek Agnieszki i uśmiechnął się. – Niech się sława o twoim talencie poniesie hen, w świat daleki! No, albo chociaż do Krakowa.ROZDZIAŁ 4
Końcówka lutego przyniosła jeszcze jeden solidny atak zimy, który bardzo ucieszył miłośników narciarstwa. Potem z każdym dniem zaczęło robić się cieplej i czuć było w powietrzu zbliżającą się wiosnę.
„Ale dzisiaj świeci! Jakby lato było” – pomyślał Paweł, dobry znajomy Agnieszki, potężnie zbudowany dresiarz pracujący w szczawnickiej siłowni, mrużąc oczy od wpadających przez okno promieni słońca. Szedł właśnie do sali ze swoją grupą, z którą prowadził ćwiczenia wytrzymałościowe, gdy zaczepił go właściciel siłowni, zwany przez wszystkich Bossem.
– Jak skończysz z nimi, to możesz iść do domu – powiedział. – Ten spec od prądu zapowiedział się na dzisiaj, więc i tak muszę czekać. Tomasz posprząta, a ja zamknę.
– Dzięki! – ucieszył się Paweł.
Godzinę później wyszedł z budynku i zatrzymał się, patrząc na widoczny z tego miejsca szczyt Palenicy. Ośnieżony, błyszczał w promieniach słońca.
„Może pójdę do chaty i nadrobię zaległości w sprzątaniu, bo niedługo zawali się na mnie stos betów do prania” – pomyślał Paweł, ale zaraz zganił się w duchu. „Jasne, mam czas, to pranie zrobię, ale czad! Kiedy ja tak zdziadziałem?! Chyba jednak stać mnie na mniej emerycki pomysł? Może wdrapać się tam, na szczyt, i popatrzeć na Tatry? W taki dzień na pewno widać je jak na dłoni…” – rozważał, jednak po chwili uznał, że na dzisiaj ma już dość wysiłku fizycznego. „O, już wiem”.
Kiwnął głową i ruszył ulicą w stronę restauracji, skąd wyszedł po paru minutach z pudełkiem wypełnionym smakołykami, którymi zamierzał podzielić się ze swoją dziewczyną Wiolą. Ona skończyła dziś pracę znacznie wcześniej niż on i spodziewał się, że będzie w domu, bo mówiła, że też ma sporo zaległości w sprzątaniu. Obydwoje pracowali na siłowni, on jako instruktor, Wiola w recepcji, i od kilku miesięcy byli parą, w co Pawłowi nadal trudno było uwierzyć, ponieważ przez długi czas dziewczyna traktowała go z zimną obojętnością. To się zmieniło, kiedy odkrył przed nią swoją pasję, jaką był taniec nowoczesny – wówczas recepcjonistka wyraziła chęć wspólnych treningów.
– I tak wytańczyłem sobie miłość – szepnął do siebie i uśmiechnął się. Próbowali zgrać swoje dyżury w pracy tak, żeby kończyć o tej samej porze, ale nie udało się tego zorganizować w każdy dzień tygodnia, bo trzeba by było zmieniać grafiki wszystkich pracowników.
– Trochę tęsknoty za sobą nam nie zaszkodzi – uznali.
Paweł minął cukiernię i lodziarnię, a potem zwolnił, żeby popatrzeć na pamiątki wyeksponowane na wystawie małego sklepiku. Z dumą zauważył dwa obrazy autorstwa Agnieszki, bo to on namówił kilku lokalnych sprzedawców, by dodali jej dzieła do swego asortymentu.
„Powinna mieć wystawy w dużych miastach” – pomyślał. „Szkoda, że utalentowanym ludziom tak trudno jest zaistnieć”.
Nagle dostrzegł Wiolę i już chciał ją zawołać, gdy dziewczyna skręciła do domu na samym skraju ulicy. Paweł sam nie wiedział, co nim kierowało, ale zamiast dogonić ją i się przywitać, zatrzymał się i schował za drzewem, skąd patrzył, jak Wiola dzwoni do drzwi i poprawia włosy. Po chwili otworzył jej wysoki szatyn ubrany w modną bluzę z kapturem. Uśmiechnął się szeroko i odsunął, by przepuścić gościa. Drzwi się zamknęły, a Paweł został pod drzewem z zaciętą miną i zaciśniętymi pięściami. Znał tego gogusia! To był student krakowskiej AGH, który w tym roku miał otrzymać dyplom, ale już wiedział, że zostanie asystentem na uczelni, i przechwalał się tym w całym mieście, jakby co najmniej tytuł profesorski otrzymał.
– Co tak stoisz? – Michał, który właśnie wyszedł ze sklepu, poklepał Pawła po ramieniu, a ten rzucił mu tak gniewne spojrzenie, że ktoś inny zapewne by się przestraszył. Michał jednak rzadko tracił opanowanie: jak twierdził, dlatego, że kiedy pracuje się w szkole, niewiele rzeczy jest w stanie wyprowadzić człowieka z równowagi. – Śledzisz kogoś? – dodał swobodnym tonem.
– Wiolka się spotyka z padalcem, któremu chyba zaraz powybijam te białe zęby! – warknął Paweł.
– Padalce nie mają zębów… – zaczął Michał, ale ujrzawszy minę Pawła, zaniechał pouczeń z zakresu biologii. – Kiepska sprawa – przyznał. – Od kiedy to trwa? I skąd wiesz? Śledzisz ją?
– Nie, przypadkiem zobaczyłem, jak wchodzi do jego domu. – Wskazał brodą domek z ogródkiem i zgrzytnął zębami.
Michał zmarszczył brwi.
– Ale że raz? – zapytał.
– A skąd mam wiedzieć?! Raz zauważyłem!
– I co? Pocałował ją na powitanie? Otworzył nagi? Rzuciła się na niego od razu w progu?
– Nie, nie i nie, ale sam fakt, że są tam teraz razem…
– Wyluzuj trochę. – Michał ponownie poklepał Pawła po ramieniu. – I podsumujmy. Żyjemy w środku Europy, w dwudziestym pierwszym wieku. Wiolka skończyła osiemnastkę jakiś czas temu. Jest popołudnie. Nie czaiła się, przyszła jawnie, przywitali się bez wylewności i obydwoje byli w kompletnych strojach, tak?
– Tak – mruknął Paweł. – Ale…
– To trochę za mało, żeby kogoś oskarżać o zdradę.
– Czyli co, panie mądralo? Mam olać to, że moja dziewczyna spędza popołudnie, kiedy ja byłbym w pracy, z padalcem, który studiuje w Krakowie?
Michał przez chwilę analizował to zdanie, a potem pokręcił głową.
– Chcesz wiedzieć, co ja bym zrobił na twoim miejscu?
– No?
– Zagadnąłbym ją jutro tak od niechcenia, że ją widziałem. I zobaczył, jak zareaguje. Bo może przedstawi całkiem dobre wytłumaczenie, po co tutaj przyszła, i nie masz powodów, żeby się tak wściekać?
– Nie wściekam się!
– Nie? A to pudło zgniotłeś na miazgę z miłości? Yyyy… – dodał, gdy uważniej przyjrzał się pakunkowi. – Mam nadzieję, że nie było w tym żywego stworzenia? Bo kapie z tego coś czerwonego.
– Keczup. – Paweł zerknął ponuro na pudło i klepnął Michała w plecy tak mocno, że ten ledwie utrzymał równowagę. – Dzięki, tak zrobię. Ale nie jutro, tylko dziś, bo do jutra chyba bym świra dostał z tej niepewności. Zaczekam tu i niby przypadkiem na siebie wpadniemy.
– Okej, to ja uciekam – odparł Michał i szybko się oddalił w obawie, że Paweł będzie chciał go wciągnąć w to „przypadkowe” spotkanie.
Paweł pomyślał chwilę, po czym wszedł do marketu po przeciwnej stronie ulicy i zrobił zakupy, żeby wyglądać bardziej wiarygodnie w oczach Wioli. Wzbudził czujność obsługi, bo raz po raz zerkał w okno, a gdy już zapłacił, nie opuścił sklepu, lecz stanął w przedsionku i patrzył na ulicę. Klienci wymijali go, niektórzy mruczeli coś z niezadowoleniem, że tak tarasuje przejście, ale nikt nie odważył się zwrócić głośno uwagi komuś o gabarytach King Konga. Pół godziny później Paweł wreszcie się doczekał, bo drzwi domu z przeciwka otworzyły się i pojawiła się w nich Wiola, a tuż za nią przystojny student.
„Czy ona właśnie poprawiła bluzkę?!” – pomyślał, ruszając szybko do wyjścia.
Zanim zamknęły się drzwi, zdążył jeszcze przyjrzeć się studentowi i odnotował, że jego garderoba wydaje się nienaruszona, za to włosy z pewnością były bardziej zmierzwione niż przed spotkaniem.
– Pieprzony padalec – mruczał Paweł, przechodząc na drugą stronę ulicy i starając się uspokoić, żeby Wiola nie dostrzegła jego wzburzenia. Nie całkiem mu się to udało, bo kiedy przeciął jej drogę, policzki mu płonęły z emocji, a głos drżał, choć próbował nadać mu radosne brzmienie.
– O, cześć! – zawołał, patrząc badawczo w jej twarz. Czy tylko mu się wydawało, czy Wiola się przestraszyła? Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale ubiegł ją, pytając, co tutaj robi, i znów bacznie śledził jej reakcję. A ta była najgorsza, jaką mógł sobie wyobrazić, bo dziewczyna poczerwieniała, rzuciła spłoszone spojrzenie na dom, z którego dopiero co wyszła, a potem uśmiechnęła się nieszczerze.
– Yyyyy… – zaczęła niepewnie. – Ja… Ja byłam u znajomego. Książkę mu oddałam!
„Taaak. I oddawałaś mu ją przez godzinę” – pomyślał zjadliwie i nagle poczuł, że nie ma siły dłużej tak stać i słuchać jej kłamstw. Bo tego, że kłamie, był pewien: zdradziły to jej rumieńce, fałszywy ton i fakt, że nie patrzyła mu w oczy. Pożałował tego, że nie zaczekał do jutra, gdyż miał wrażenie, że opuściły go wszystkie siły. Poczuł się kompletnie bezradny. Bo niby co mógłby zrobić, jeśli ona zakochała się w tym studencie? „Mogłem jeszcze przez jedną noc łudzić się, że między nami wszystko jest dobrze” – pomyślał z żalem.
– Muszę lecieć. Spieszę się – rzucił zdawkowo, po czym przeszedł na drugą stronę ulicy i wsiadł do busa, który właśnie zatrzymał się na przystanku. Potem musiał wracać na piechotę z Krościenka, bo powrotny autobus był dopiero za godzinę, ale dobrze mu zrobił ten marsz, ponieważ Paweł czuł, że musi ochłonąć.
– Nie poddam się bez walki – powiedział do siebie, maszerując nad Dunajcem. Usiadł na ławce i zjadł to, co kupił w restauracji, choć jedzenie było zgniecione na miazgę. Smakowało jednak nienajgorzej. Pokrzepiony posiłkiem, ruszył w dalszą drogę. – Może on i jest przystojny, może i robi karierę w Krakowie, ale ja też nie wypadłem sroce spod ogona. I przede wszystkim: ja Wiolkę kocham, a on? Przekonamy się!
Paweł kopnął kamień, który leżał na ścieżce. Ten potoczył się prosto pod nogi siedzącego na ławce mężczyzny i uderzył o jego laskę. Starszy pan uniósł głowę i aż się skurczył, widząc zbliżającego się dresiarza, który wyglądał, jakby roznosiła go wściekłość. Mamrotał coś pod nosem, ręce trzymał w kieszeniach i raz po raz rzucał spojrzenia spode łba, a gdy spotkali się wzrokiem, założył na głowę kaptur i mężczyzna pomyślał, że za moment go zaatakuje.
„Pewnie boi się, że nagra go kamera, dlatego zakrył twarz” – uznał i zaczął gorączkowo szukać telefonu, żeby wezwać pomoc, ale w tym momencie padł na niego cień. Dresiarz przeszedł obok niego, mrucząc coś, co brzmiało jak: „Jeszcze zobaczymy, padalcu!”, po czym oddalił się w kierunku Szczawnicy. Starszy pan odetchnął z ulgą i przymknął oczy, starając się uspokoić zbyt szybko bijące serce.ROZDZIAŁ 5
W pierwszym tygodniu marca w pienińskie doliny wkroczyła wiosna. A może raczej: wsunęła się dyskretnie za grubą zasłonę śniegu i zaczęła ciepłym oddechem roztapiać lód, strząsać szron, budzić pąki drzew. Jednymi z pierwszych roślin, które zdecydowały się ją powitać, były przebiśniegi. Wychyliły białe, na pozór tylko kruche i delikatne główki spod śniegowych płacht, które jeszcze tu i ówdzie się utrzymały, a zielone łodyżki wyprężyły się do słońca, jakby dumne ze swej odwagi. Powoli ożywały też drzewa, a wśród nagich jeszcze gałęzi ptaki rozpoczęły nieśmiałe trele.
– Jak pięknie! – cieszyli się zarówno miejscowi, jak i kuracjusze, którzy przyjechali do Szczawnicy leczyć się z rozmaitych schorzeń, a w wolnych chwilach wyruszali na spacery, by szukać pierwszych śladów wiosny.
Na pienińskich szczytach śnieg jednak nadal leżał grubą warstwą i wydawało się, że tutaj zima nie zamierza jeszcze odpuścić. Wielu było z tego zadowolonych, bo naśnieżone stoki przyciągały miłośników szusowania na nartach, więc mieszkańcy żyjący z turystyki nieźle zarabiali. Agnieszka także była jedną z tych osób, które cieszył widok białych szczytów, ale powodem nie było narciarstwo, lecz fakt, że nadal mogła wzbogacać swą kolekcję obrazów o zimowe pejzaże.
– Korzystaj, bo to już długo nie potrwa – skomentowała Krystyna, widząc kolejną odsłonę najsłynniejszego pienińskiego pasma. – Jeszcze parę dni i śnieg zniknie całkowicie również tam, na górze.
W ogrodzie otaczającym dom Krystyny każdego dnia rozkwitały nowe kwiaty: po przebiśniegach wyłoniły się krokusy, następnie przyszła pora na kokorycz, cebulice i śnieżyce, potem zapachniało od fiołków. Ostatnim akordem były hiacynty, których zapach docierał nawet do wnętrza domu i pracowni Agnieszki, wypełniając je swą słodyczą. Wyjątkowo ciepłe marcowe dni sprawiły, że przyroda bardzo szybko budziła się do życia po zimowym śnie.
„Może podczas Wielkanocy uda się trochę posiedzieć w ogrodzie” – pomyślała Agnieszka, patrząc na coraz bardziej zielony teren, gdy wychodziła do pracy. Wcześniej, zaraz po przebudzeniu, zajrzała na pocztę mailową i na stronę ministerialnego plebiscytu, bo choć organizator napisał, że wyniki poda do piętnastego kwietnia, nie mogła się powstrzymać przed sprawdzeniem, czy nie podjął decyzji wcześniej. To stało się jej rutyną właściwie od dnia, gdy wysłała zgłoszenie.
– Tak naprawdę nie bardzo wierzę w to, że mój projekt zostanie przyjęty – przyznała Krystynie, gdy ta kiedyś wspomniała o konkursie. – Ale kto wie?
– Nagrody nie są jakieś strasznie atrakcyjne – odrzekła Krystyna. – Więc jest nadzieja, że konkurs nie jest ustawiony, a wtedy, moim zdaniem, masz duże szanse, bo twoje prace są oryginalne i z duszą.
Agnieszka nie sądziła, aby jej szanse rzeczywiście były duże, ponieważ zdawała sobie sprawę z tego, że koszt wydrukowania takiego albumu byłby bardzo wysoki, a jednak gdzieś w głębi jej duszy tliła się nadzieja, że ktoś dostrzeże jej potencjał i zdecyduje się zainwestować.
„To byłaby niesamowita promocja mojej twórczości” – myślała. „Może nawet album trafiłby w ręce tego…” – urwała i odrzuciła tę myśl, a jednak od razu przed oczami stanęła jej postać profesora, który przed laty swą ostrą krytyką jej prac malarskich sprawił, że niepewna siebie nastolatka zrezygnowała z marzeń o studiach na Akademii Sztuk Pięknych. „To już nie ma znaczenia” – stwierdziła teraz. „Nic mi nie umknęło, po prostu spełnienie moich marzeń odsunęło się w czasie”.
Przed laty Agnieszka, będąc jeszcze uczennicą liceum plastycznego, wyobrażała sobie wielokrotnie, że zostaje malarką (oczywiście: słynną). Wprawdzie w swoich marzeniach miała pracownię na krakowskim Kazimierzu, na dachu jednej z kamienic, i wystawiała obrazy w galeriach sztuki na całym świecie, ale teraz nie zamieniłaby skromnej pracowni w Sromowcach na tamtą naiwną wizję. Pokochała tę oryginalną przestrzeń, w której wspaniale jej się malowało, stary dom Krystyny, nieco zapuszczony ogród, któremu przywróciła świetność, a także wszystkie te miejsca, które już nazywała „swoimi”. Jednym z takich miejsc była Droga Pienińska, którą przemierzała każdego prawie dnia, idąc do pracy i wracając z niej.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_