Facebook - konwersja
Bastion - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Bastion - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8125-441-0
Język:
Polski
Data wydania:
19 września 2018
Rozmiar pliku:
1,4 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
44,00
Cena w punktach Virtualo:
4400 pkt.

Bastion - opis ebooka

Supernowoczesna broń biologiczna przynosi całkowitą zagładę. Bez wybuchów, bez terrorystycznych ataków, bez zapowiedzi - ludzkość umiera. Zaczyna się niewinnie, od zwykłego przeziębienia. Ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia stała się masowym grobem.

Nieliczni, którzy przetrwali, zagubieni w nowym postapokaliptycznym świecie, zaczynają śnić. Wizje wskazują im drogę, zwiastują pojawienie się Wysłanników Dobra i Zła. Każdy musi dokonać wyboru, a kiedy to nastąpi, podążyć obraną ścieżką. Podzielona ludzkość formuje dwa obozy i wyrusza, by zbudować lub zniszczyć nową rzeczywistość. Epidemia obudziła w ludziach wszystko, co najgorsze, do głosu doszły najniższe, najbardziej prymitywne instynkty. Jednak wciąż jeszcze są tacy, którzy wierzą w miłość, dobroć i braterstwo.

FRAGMENT KSIĄŻKI

O książce

APOKALIPTYCZNY THRILLER MISTRZA GROZY.
PRZERAŻAJĄCA WIZJA ŚWIATA PO ZAGŁADZIE
BIOLOGICZNEJ.

Tak kończy się świat.

Wystarczy jeden błąd w komputerze laboratorium Ministerstwa Obrony.

Najpierw nadchodzi epidemia. Potem pojawiają się sny…

Zaczyna się niewinnie – od zwykłego przeziębienia. Ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia staje się masowym grobem.

Nieliczni, którzy przetrwali, zaczynają mieć wizje wskazujące im drogę.

Każdy musi dokonać wyboru i podążyć własną ścieżką.

Podzielona ludzkość formułuje dwa obozy – Wolną Strefę w Kolorado i dyktaturę w Las Vegas, rządzoną przez psychopatów i kryminalistów, w których epidemia obudziła to, co najgorsze. Ci, którzy wierzą w miłość i braterstwo, mają niewielkie szanse w starciu z nimi.

Tyle że konfrontacja między siłami dobra i zła staje się nieunikniona.STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiadania i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Dolores Claiborne, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, Cujo i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, na podstawie którego powstał film z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych. W 2017 r. miała swoją premierę ekranizacja jednej z kultowych książek Kinga, To.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Stephen King wciąż szuka nowych wyzwań – w ostatnich latach napisał trylogię kryminalną z detektywem Billem Hodgesem, do której należą książki: Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty.

stephenking.comTego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDER
DOLORES CLAIBORNE
GRA GERALDA
DESPERACJA
REGULATORZY
SKLEPIK Z MARZENIAMI
BEZSENNOŚĆ
ZIELONA MILA
MARZENIA I KOSZMARY
KOMÓRKA
CZTERY PO PÓŁNOCY
CHUDSZY
TO
BASTION
OCZY SMOKA
PO ZACHODZIE SŁOŃCA
CZTERY PORY ROKU
UCIEKINIER
CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
CUJO
PODPALACZKA
ROK WILKOŁAKA
MROCZNA POŁOWA
WOREK KOŚCI
DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA
TOMA GORDONA
NOCNA ZMIANA
ŁOWCA SNÓW
OSTATNI BASTION BARTA DAWESA
BLAZE
UNIESIENIE

Stephen King, Richard Chizmar
PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY

Trylogia PAN MERCEDES

PAN MERCEDES
ZNALEZIONE NIE KRADZIONE
KONIEC WARTY

MROCZNA WIEŻA

ROLAND
(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)
POWOŁANIE TRÓJKI
ZIEMIE JAŁOWE
CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ
WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA
WILKI Z CALLA
PIEŚŃ SUSANNAH
MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA
DŁUGA DROGA DO DOMU
ZDRADA
UPADEK GILEAD
BITWA O JERICHO HILL
POCZĄTEK PODRÓŻY
SIOSTRZYCZKI Z ELURII
BITWA O TULL
PRZYDROŻNY ZAJAZD
CZŁOWIEK W CZERNI

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill
W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan
TWARZ W TŁUMIENOTA OD AUTORA

Bastion jest fikcją literacką, ale wiele wydarzeń rozgrywa się w miejscach, które istnieją naprawdę, jak choćby Ogunquit w Maine, Las Vegas w Nevadzie czy Boulder w Kolorado. Pozwoliłem sobie jednak na wprowadzenie w ich opisie pewnych zmian niezbędnych dla przebiegu akcji powieści. Mam nadzieję, że mieszkańcy tych miast nie poczytają mi za złe mojej „potwornej impertynencji”, jak to zwykła określać Dorothy Sayers, która stosowała podobny wybieg w swoich powieściach.

Inne miasta, jak na przykład Arnette w Teksasie i Shoyo w Arkansas, zostały przeze mnie wymyślone, tak samo jak opisane w tej książce wydarzenia.

S.K.Na zewnątrz ulica płonie,

ogarnięta walcem śmierci

pomiędzy światem realnym a ułudą.

A poeci tu, na dole

nie piszą nic – zupełnie.

Po prostu czekają na uboczu

na dalszy ciąg wydarzeń.

I nagle gdzieś pośród nocy

odnajdują swą doniosłą chwilę.

Próbują wtedy stworzyć bastion uczciwości,

ale ranni skręcają się z bólu

nawet nie martwi

dziś wieczorem w Krainie Dżungli

Bruce Springsteen

To oczywiste, że nie mogła iść dalej!

Drzwi były otwarte i wdarł się wiatr,

zgasły świece, a potem znikły.

Zasłony uniosły się wysoko i wtedy pojawił się ON.

Powiedział: – Nie bój się.

Podejdź, Mary.

I strach ją opuścił,

i podbiegła do niego,

a potem wzbił się w powietrze…

Wzięła go za rękę…

– Chodź, Mary

Nie obawiaj się Żniwiarza!

Blue Öyster Cult

CO TO ZA CZAR?

CO TO ZA CZAR?

CO TO ZA CZAR?

Country Joe and the Fish– Sally…

Mruknięcie.

– Obudź się, Sally.

Głośniejsze mruknięcie:

– Zooostaw mnie!

Potrząsnął nią mocniej.

– Obudź się. Musisz się obudzić!

Charlie.

Głos Charliego. Wołał ją. Od jak dawna?

Wysunęła się z objęć snu.

Najpierw spojrzała na zegarek na stoliku nocnym: kwadrans po drugiej w nocy. Charliego nie powinno tu być – powinien być teraz w pracy, na nocnej zmianie. Potem przyjrzała mu się uważniej i coś w jego wyglądzie ją zaniepokoiło.

Jej mąż był śmiertelnie blady. Miał błędny wzrok. Oczy wychodziły mu z orbit. W jednej ręce trzymał kluczyki od samochodu, a drugą w dalszym ciągu ją tarmosił, mimo że miała otwarte oczy. Zupełnie jakby nie zauważył, że już się obudziła.

– Charlie, o co chodzi? Co się stało?

Sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Jego jabłko Adama przesuwało się w górę i w dół, ale jedynym odgłosem, jaki rozlegał się wewnątrz niewielkiego służbowego bungalowu, było tykanie zegara.

– Pali się? – spytała.

To była jedyna rzecz, jaka przyszła jej na myśl – jedyna, która mogłaby doprowadzić go do takiego stanu. Wiedziała, że jego rodzice zginęli podczas pożaru domu.

– W pewnym sensie – odparł. – Ale tak naprawdę to coś o wiele gorszego. Musisz się ubrać, kochanie. Zabierz małą LaVon. Musimy się stąd zrywać.

– Dlaczego? – spytała, wstając z łóżka. Ogarnął ją paniczny strach.

Coś było nie w porządku.

– Gdzie? Powinniśmy wyjść na podwórze na tyłach domu? – zapytała, chociaż nie przypuszczała, żeby Charliemu chodziło o wyjście na podwórze.

Jeszcze nigdy nie widziała swojego męża równie przerażonego. Wzięła głęboki oddech, jednak nie wyczuła dymu ani spalenizny.

– Sally, kochanie, o nic nie pytaj. Musimy się stąd wynieść. Wyjechać. Daleko stąd. Po prostu obudź małą i ubierz ją.

– Ale czy… czy mamy dostatecznie dużo czasu, żebym mogła spakować trochę rzeczy?

Jej słowa sprawiły, że znieruchomiał.

Po chwili przesunął drżącą dłonią po włosach i odparł:

– Nie wiem. Będę musiał sprawdzić kierunek wiatru.

Wyszedł, pozostawiając ją z tym dziwacznym stwierdzeniem, które nic dla niej nie znaczyło. Była zziębnięta, przerażona i zdezorientowana, do tego bosa, i miała na sobie jedynie krótką koszulkę nocną.

Co sprawdzanie kierunku wiatru mogło mieć wspólnego z tym, czy zdąży spakować parę potrzebnych rzeczy? I co oznaczało określenie: „daleko”? Reno? Vegas? Salt Lake City? I…

Przyłożyła dłoń do szyi i wtedy przyszła jej do głowy całkiem nowa myśl.

Dezercja. Wyjazd w środku nocy oznaczał, że Charlie zamierzał zdezerterować. Samowolne oddalenie się.

Weszła do pokoiku dziecinnego i przez chwilę stała nieruchomo, niezdecydowana, patrząc na śpiące dziecko otulone różowym kocykiem.

Wciąż jeszcze miała nadzieję, że to jedynie koszmarny sen, może tylko bardziej wyrazisty niż inne. Ale to minie, a ona obudzi się jak zwykle o siódmej rano, nakarmi małą i sama coś przekąsi, poogląda trochę program Today, a potem, kiedy Charlie wróci o ósmej z nocnej zmiany w północnej wieży Rezerwatu, usmaży mu jajecznicę. Za dwa tygodnie znów będzie chodził na dzienną zmianę i przestanie się dziwnie zachowywać, a kiedy ponownie zacznie spędzać noce u jej boku, nie będzie już miewała takich szalonych snów jak ten i…

– Pospiesz się! – syknął, pozbawiając ją resztek nadziei. – Mamy niewiele czasu. Tylko tyle, aby zabrać trochę najpotrzebniejszych rzeczy. Na miłość boską, kobieto, jeżeli ją kochasz – wskazał leżące w łóżeczku dziecko – ubierz ją szybko!

Kaszlnął nerwowo, zasłaniając usta dłonią, po czym zaczął wyrzucać rzeczy z szuflad komody i upychać je bezładnie w dwóch starych walizkach.

Sally obudziła trzyletnią LaVon. Dziewczynka była zdziwiona i zaskoczona, że obudzono ją w środku nocy, i zaczęła płakać.

Ten płacz przeraził Sally. Przypomniały się jej inne takie chwile, kiedy mała LaVon, zazwyczaj bardzo spokojna, bez przerwy płakała. Przyczyny były różne – wysypka, ząbkowanie, krup, kolka. Strach zamienił się w gniew, gdy zobaczyła, że Charlie wpada do pokoju, niosąc jej bieliznę. Ramiączka biustonoszy unosiły się za nim jak wstęgi noworocznych serpentyn.

Wrzucił wszystko do jednej z walizek i zatrzasnął wieko. Rąbek najlepszej halki Sally wystawał na zewnątrz i mogła się założyć, że materiał został rozerwany.

– O co chodzi? – zapytała, a jej podniesiony głos sprawił, że dziecko, które jeszcze przed chwilą pochlipywało tylko cichutko, znowu się rozpłakało. – Czyś ty oszalał? Charlie, wyślą za nami żołnierzy! Żołnierzy!

– Nie wyślą. Nie dzisiejszej nocy – odparł i pewność w jego głosie wprawiła ją w jeszcze większe zdenerwowanie. – Sęk w tym, kochanie, że jeśli szybko się stąd nie wyniesiemy, w ogóle nie wydostaniemy się z bazy. Właściwie nie mam pojęcia, jak to się stało, że zdołałem opuścić wieżę. Chyba coś się gdzieś popieprzyło… – dodał i wybuchnął obłąkańczym śmiechem, który przestraszył ją bardziej niż wszystko, co zrobił do tej pory. – Dziecko już ubrane? – zapytał po chwili. – To dobrze. Wrzuć parę jej ubranek do drugiej walizki, a resztę zapakuj do niebieskiej torby podróżnej, która jest w szafie. Zrób to i wynośmy się stąd. Wydaje mi się, że mamy szansę. Dzięki Bogu wiatr wieje ze wschodu na zachód.

Ponownie kaszlnął, zasłaniając usta dłonią.

– Tatusiu! – zawołała mała LaVon, unosząc do góry rączki. – Chcę na konika, tatusiu! Na konika!

– Nie teraz – burknął Charlie i zniknął w kuchni.

Po chwili Sally usłyszała brzęk naczyń. Wybierał jej oszczędności z niebieskiej wazy stojącej na górnej półce. Jakieś trzydzieści, czterdzieści dolarów, które zdołała odłożyć. Jej oszczędności. Oznaczało to, że sprawa była naprawdę poważna, cokolwiek to było. LaVon, której tatuś odmówił przejażdżki „na koniku” – choć przecież bardzo rzadko jej czegokolwiek odmawiał – ponownie zaczęła płakać.

Sally z trudem zdołała ją ubrać w cienką kurteczkę, a potem wrzuciła większość ciuszków małej do torby. Pomysł dokładania czegokolwiek do drugiej walizki wydawał się idiotyczny – prawdopodobnie po prostu by pękła. Musiała przydusić ją kolanem, aby zatrzasnąć zamki. Dziękowała Bogu, iż LaVon jest na tyle duża, że nie trzeba martwić się o pieluchy.

Charlie biegiem wrócił do sypialni. Po drodze wpychał pomięte banknoty jedno- i pięciodolarowe do przedniej kieszeni „suntanów”. Sally wzięła małą na ręce. LaVon była już na dobre obudzona i mogła iść sama, ale Sally chciała czuć ją w swoich ramionach. Pochyliła się i podniosła torbę podróżną.

– Dokąd idziemy, tatusiu? – spytała LaVon – Chce mi się spać…

– Będziesz mogła spać w samochodzie – odparł Charlie, biorąc bagaże.

Rąbek wystającej z walizki halki zatrzepotał gwałtownie. Oczy Charliego wciąż wydawały się mętne. W umyśle Sally zaczęła świtać pewna myśl, powoli przeradzająca się w pewność.

– Był jakiś wypadek? – wyszeptała. – Jezus Maria, Józefie święty! Zdarzył się wypadek, prawda? Tam.

– Układałem właśnie pasjansa – zaczął Charlie. – W pewnym momencie podniosłem głowę i zobaczyłem, że cyfry zegara zamieniły się na czerwone. Włączyłem monitor i okazało się, że oni wszyscy… – urwał i spojrzał na małą, której oczy, mimo iż zaczerwienione od łez, pełne były zaciekawienia – …że wszyscy tam na dole nie żyją – dodał ciszej. – Wszyscy oprócz jednego, może dwóch, ale do tej pory oni też już na pewno wyzionęli ducha.

– Co to znaczy „nie szyją”, tatusiu? – spytała LaVon.

– Nieważne, kochanie – powiedziała Sally. Miała wrażenie, jakby jej głos dochodził z głębi przepastnego kanionu.

Charlie nerwowo przełknął ślinę.

– Kiedy zapalają się czerwone cyfry, wszystko zostaje automatycznie zablokowane. Całym tym miejscem zarządza komputer, więc gdy tylko zobaczyłem, co jest na monitorze, natychmiast stamtąd wybiegłem. Bałem się, że drzwi przetną mnie na pół. Powinny zostać zamknięte w momencie, kiedy włączył się alarm… a nie wiem, w jakim momencie to nastąpiło. Ale zanim usłyszałem szczęk zamykanych automatycznie drzwi, byłem już na parkingu. Gdybym uniósł wzrok trzydzieści sekund później, prawdopodobnie siedziałbym teraz w pomieszczeniu kontrolnym wieży, uwięziony jak owad w butelce.

– Co to jest? Co się…

– Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wiem tylko tyle, że to coś ich zabiło. Jeżeli zamierzają mnie załatwić, będą musieli mnie złapać. Fakt, dostaję dodatek za ryzykowną pracę, ale nie dość duży, żebym miał tu zostawać. Wiatr wieje na zachód, więc pojedziemy na wschód. Chodź, czas ruszać w drogę.

Sally, w dalszym ciągu na wpół śpiąc i mając wrażenie, że tkwi w środku jakiegoś upiornego koszmaru, wyszła na podjazd, na którym stał ich piętnastoletni chevy, spokojnie rdzewiejąc pośród pustynnej kalifornijskiej nocy.

Charlie wrzucił walizki do bagażnika, a torbę podróżną położył na tylnym siedzeniu. Sally stała przez chwilę przy drzwiach od strony pasażera i trzymając dziecko w ramionach, spoglądała na bungalow, w którym spędzili ostatnie cztery lata.

Kiedy się tu wprowadzili, mała LaVon rosła wewnątrz jej ciała, a wszystkie przejażdżki „na koniku” były jeszcze przed nią.

– Chodź! – ponaglił ją Charlie. – Wsiadaj, kobieto!

Kiedy zrobiła, co kazał, wycofał wóz i snop światła z reflektorów chevy omiótł ścianę ich domku. Refleksy w szybach wyglądały jak ślepia ogromnej drapieżnej bestii.

Pochylił się nad kierownicą. W świetle bijącym z deski rozdzielczej jego twarz wydawała się bardzo spięta i zmęczona.

– Jeżeli brama bazy jest zamknięta, spróbuję się przez nią przebić.

Sally poczuła, że miękną jej kolana.

Okazało się jednak, że tak desperackie rozwiązanie nie jest konieczne. Brama bazy była otwarta. Jeden ze strażników czytał jakieś czasopismo, a drugiego w ogóle nie było. Być może siedział w głównej kwaterze. Była to zewnętrzna część bazy – magazyn pojazdów wojskowych. Najwyraźniej żadnego z tych mężczyzn nie interesowało, co dzieje się w sercu kompleksu.

„Podniosłem głowę i zobaczyłem, że cyfry zegara zrobiły się czerwone”.

Zadrżała i położyła dłoń na nodze Charliego. Poklepał ją lekko po ręce i powiedział:

– Będzie dobrze, kochanie.

O świcie, przemierzając Nevadę, nadal podążali na wschód, a Charliego wciąż męczył silny kaszel.ROZDZIAŁ 1

Należąca do Texaco stacja Hapscomba mieściła się przy drodze numer 93 na północ od Arnette, mieściny, w której „diabeł mówi dobranoc”, leżącej niecałe sto mil od Houston. Dziś wieczorem byli tam sami stali bywalcy, którzy popijali piwo, prowadzili leniwe pogawędki i patrzyli na muchy wlatujące do ogromnego neonu firmy.

Ponieważ była to stacja Billa Hapscomba wszyscy odnosili się do niego z szacunkiem, mimo iż był kretynem. Oczekiwaliby takiego samego poważania, gdyby chodziło o ich miejsce pracy. Ale wszyscy byli bezrobotni. W Arnette nastały ciężkie czasy. W 1980 roku miasto miało dwa zakłady przemysłowe – fabrykę produkującą wyroby papierowe i wytwórnię kalkulatorów. Teraz jednak fabrykę wyrobów papierowych zamknięto, a wytwórni kalkulatorów też nie wiodło się zbyt dobrze – okazało się, że dużo tańsze kalkulatory produkowano na Tajwanie, podobnie jak przenośne telewizory i radia tranzystorowe.

Norman Bruett i Tommy Wannamaker pracowali kiedyś w zakładzie wyrobów papierowych, ale teraz żyli z pomocy opieki społecznej, bo już od dawna nie przysługiwał im zasiłek dla bezrobotnych. Henry Carmichael i Stu Redman pracowali w wytwórni kalkulatorów, jednak rzadko przepracowywali więcej niż trzydzieści godzin tygodniowo. Victor Palfrey był na emeryturze i palił cuchnące skręty – tylko na nie mógł sobie teraz pozwolić.

Hap oparł dłonie na kolanach i pochylił się do przodu.

– Mówię wam, powinni olać całą tę inflację – oświadczył. – Pal licho dług narodowy. Mamy prasy i papier. Wydrukowałoby się pięćdziesiąt milionów banknotów tysiącdolarowych i puściło je w obieg.

Palfrey, który do 1984 roku był maszynistą, jako jedyny spośród obecnych miał dość ikry i szacunku wobec siebie, by wyrazić sprzeciw wobec tych idiotycznych stwierdzeń. Rolując w palcach kolejnego cuchnącego jak stare skarpety skręta, oznajmił:

– Tym sposobem nigdzie nie zajdziemy. Byłoby wtedy zupełnie jak w Richmond w dwóch ostatnich latach wojny secesyjnej. Kiedy miałeś ochotę na piernik, płaciłeś piekarzowi konfederackiego dolara, a on wycinał ci kawałek wielkości dolarówki. Forsa to tylko papier.

– Cóż, pewnie masz rację – mruknął z goryczą Hap. – Ale ja mam dług do spłacenia, a moi wierzyciele zaczynają być coraz bardziej drażliwi.

Stuart Redman, który prawdopodobnie był najbardziej cichym mężczyzną w Arnette, siedział na popękanym plastikowym krześle z puszką pabsta w dłoni i wyglądał przez ogromne okno budynku stacji benzynowej.

Dobrze znał smak biedy. Dorastał w tym mieście. Był synem dentysty, ale jego ojciec zmarł, kiedy Stu miał siedem lat, pozostawiając żonę i troje dzieci.

Wkrótce matka dostała pracę w Red Ball Truck Stop na przedmieściach Arnette – Stu mógłby z tego miejsca zobaczyć budynek jej firmy, gdyby Red Ball nie spłonął w 1979 roku. Zarabiała dostatecznie dużo, by cała czwórka miała co jeść, ale nic poza tym. Mając dziewięć lat, Stu poszedł do pracy – najpierw do Roga Tuckera, właściciela Red Ball, gdzie po zajęciach szkolnych pomagał rozładowywać ciężarówki za trzydzieści pięć centów na godzinę, a potem do pobliskiego Braintree, gdzie musiał zawyżyć swój wiek, aby móc harować po dwadzieścia godzin tygodniowo.

Kiedy teraz słuchał, jak Hap i Vic Palfrey spierają się na temat pieniędzy i tajemniczego sposobu, w jaki wyparowały, przypomniał sobie pierwszy okres swojej pracy w rzeźni i dłonie krwawiące od niekończącego się przeciągania ciężkich wózków załadowanych skórami i wnętrznościami. Próbował zataić to przed matką, ale szybko się wszystkiego domyśliła. Popłakała trochę nad ich losem, choć nie należała do kobiet, które łatwo roniły łzy. Nie poprosiła go, aby rzucił pracę. Wiedziała, jak wygląda ich sytuacja. Była realistką.

Nigdy nie miał przyjaciół albo nie miał dla nich czasu. Dla niego istniały tylko szkoła i praca. Jego najmłodszy brat Dev zmarł na zapalenie płuc w tym samym roku, w którym Stu zaczął pracować w rzeźni. Nie otrząsnął się z tego do dziś. Bardzo kochał Deva, ale jego śmierć oznaczała, że będzie o jedną gębę mniej do wykarmienia.

W liceum odkrył futbol i to dodało jego matce otuchy, mimo że musiał zmniejszyć liczbę godzin pracy.

– Graj – powiedziała. – Jeżeli możesz w jakiś sposób się stąd wydostać, to właśnie dzięki futbolowi, Stuart. Graj! Pamiętaj o Eddiem Warfieldzie.

Eddie Warfield był lokalnym bohaterem. Pochodził z jeszcze biedniejszej rodziny niż Stu, ale okrył się chwałą, grając jako quarterback w okręgowej licealnej drużynie futbolowej, po czym wyjechał do Teksasu na stypendium sportowe. Przez dziesięć lat grał w drużynie Green Bay Packers, głównie jako quarterback, ale kilkakrotnie stawał też na pozycji rozgrywającego. Teraz był właścicielem sieci barów szybkiej obsługi na zachodzie i południowym zachodzie, a w miasteczku stał się niemal legendą. W Arnette, kiedy ktoś mówił o sukcesie, miał na myśli Eddiego Warfielda.

Stu nie grał jako quarterback i nie był Warfieldem. Mimo to już w liceum doszedł do wniosku, że warto byłoby wywalczyć sportowe stypendium, a potem pojawiły się różne uczelniane programy i opiekun wydziałowy opowiedział mu o NDEA.

Później jego matka zachorowała i nie mogła już pracować. Rak. Dwa miesiące przed ukończeniem przez Stu liceum umarła, powierzając Stuartowi opiekę nad jego młodszym bratem Bryce’em.

Stu zrezygnował ze sportowego stypendium i podjął pracę w wytwórni kalkulatorów. Ale Bryce’owi się udało – odniósł sukces. Mieszkał teraz w Minnesocie, gdzie pracował dla IBM jako analityk systemów komputerowych. Nie pisywał często do brata, a ostatni raz widzieli się na pogrzebie żony Stu, która zmarła na tę samą chorobę, co jego matka – na raka.

Pomyślał, że być może Bryce również nosi jakiś krzyż… i że może przepełnia go poczucie winy wynikające z faktu, iż jego brat dalej żyje w dogorywającym teksaskim miasteczku, spędzając dni w fabryce kalkulatorów, a wieczory u Hapa albo w Indian Head, przy kuflu piwa marki Lone Star.

Małżeństwo było dla Stu najlepszym okresem, ale trwało jedynie osiemnaście miesięcy, a potem jego młoda żona zachorowała i umarła. Było to cztery lata temu. Od tej pory często myślał o opuszczeniu Arnette w poszukiwaniu czegoś lepszego, nie pozwalało mu na to jednak jego małomiasteczkowe myślenie, znajome miejsca i twarze.

Był powszechnie lubiany w Arnette, a Vic Palfrey nazwał go kiedyś nawet Starym Twardzielem.

Kiedy Vic i Hap zakończyli swoją dyskusję, jeszcze nie zapadł zmrok, jednak okolica tonęła już w głębokich cieniach. Teraz na szosie numer 93 nie było zbyt dużego ruchu, ale zobaczyli, że do stacji zbliża się jakiś samochód.

Pierwszy zauważył go Stu.

Auto wciąż jeszcze było dość daleko, ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały słabe refleksy na jego chromowane części.

Stu miał doskonały wzrok, więc natychmiast rozpoznał markę – był to stary chevrolet, rocznik 75. Chevy, bez włączonych świateł, jadący z prędkością nie większą niż piętnaście mil na godzinę, sunął ostrym zygzakiem. Nikt oprócz Stu jeszcze go nie zauważył.

– Powiedzmy, że masz zastaw hipoteczny na tę stację – zaczął znowu Vic – i powiedzmy, że spłacasz go po pięćdziesiąt dolarów miesięcznie…

– Dużo więcej, stary. Dużo więcej.

– No dobra, ale załóżmy, że spłacasz miesięcznie po pięć dych. A teraz powiedzmy, że rząd poszedł ci na rękę i wydrukował dla ciebie całą ciężarówkę szmalu. Gdyby tak się stało, jestem pewny, że ci z banku natychmiast wyczuliby pismo nosem i zażądaliby od ciebie półtorej paczki. Oskubaliby cię jak amen w pacierzu. I wszystko byłoby po staremu.

– To fakt – przyznał Henry Carmichael.

Hap spojrzał na niego wyraźnie poirytowany. Tak się składało, że wiedział, iż Hank ma zwyczaj bez płacenia wyciągać z automatu puszki z colą, i co więcej, Hank wiedział, że on o tym wie. Toteż jeśli miał się opowiedzieć po którejkolwiek ze stron, powinien poprzeć właśnie jego.

– Niekoniecznie musi tak być – mruknął, czerpiąc ze skarbnicy swego dziewięcioklasowego wykształcenia, po czym zaczął wyjaśniać swój punkt widzenia.

Stu, który jako jedyny rozumiał powagę ich obecnej sytuacji, przestał go słuchać i patrzył, jak chevy sunie zakosami wzdłuż drogi. Podejrzewał, że jadąc w ten sposób, nie zajedzie zbyt daleko. Samochód zboczył w lewo, przekraczając białą linię, a jego koła wzbiły z pobocza tumany kurzu. Znów wyjechał na szosę, ale już po chwili o mało nie wpakował się do rowu. Zaraz potem, jakby kierowca obrał sobie za cel szyld stacji benzynowej, chevy potoczył się w jego stronę. Przypominał pocisk balistyczny, który wytracił niemal całą prędkość. Stu słyszał już rzężenie silnika oraz jęk dogorywającego gaźnika i obluzowanych zaworów. Wóz ominął podjazd i z głośnym stukotem wjechał na krawężnik. Fluorescencyjne pręty neonu nad dystrybutorami odbijały się w jego brudnej przedniej szybie, więc trudno było dostrzec, kto znajdował się wewnątrz. Mimo to Stu zauważył, jak ciało człowieka za kierownicą zakołysało się bezwładnie pod wpływem wstrząsu.

Nic nie wskazywało na to, aby wóz miał zwolnić – nadal niewzruszenie sunął naprzód z prędkością piętnastu mil na godzinę.

– Posłuchaj, mówię ci, że przy większej ilości pieniędzy znajdującej się w obiegu byłbyś… – zaczął Hap.

– Lepiej wyłącz dystrybutory – wtrącił Stu.

– Dystrybutory? Po co?

Norm Bruett odwrócił się, aby wyjrzeć przez okno.

– Chryste Panie… – jęknął.

Stu wstał i pochylając się nad Tommym Wannamakerem i Hankiem Carmichaelem, wyłączył jednocześnie osiem przełączników – po cztery każdą ręką. Po chwili zobaczył, jak chevy wjeżdża na dystrybutory stojące na górnej wysepce i przewraca je.

Wjechał w nie powoli, jakby z premedytacją – ale i z pewnym dostojeństwem. Tommy Wannamaker następnego dnia w Indian Head zaklinał się, że ani razu, nawet na moment nie zapaliły się w nim światła stopu. Samochód po prostu jechał jak na paradzie Turnieju Róż. Podwozie ze zgrzytem przetoczyło się po cementowej wysepce, a kiedy chevy wjechał na nią kołami, wszyscy oprócz Stu zobaczyli, jak głowa kierowcy bezwładnie przechyla się do przodu i uderza w przednią szybę, na której natychmiast pojawiła się siateczka pęknięć.

Samochód podskoczył jak kopnięty pies i ściął dystrybutor. Pompa pękła z trzaskiem i wszystko runęło, a spod dystrybutora zaczęła wyciekać wąska strużka benzyny. Wąż spadł z zaczepu i leżał teraz na ziemi, błyszcząc w świetle neonu. Wszyscy zauważyli iskry tryskające spod szorującej po cemencie rury wydechowej samochodu. Hap, który widział eksplozję stacji benzynowej w Meksyku, instynktownie przymknął powieki, spodziewając się lada moment wybuchu i potwornej, oślepiającej kuli ognia. Zamiast tego jednak tył chevy okręcił się wokół własnej osi i zjechał z cementowej wysepki, a jego przód rąbnął w dystrybutor benzyny niskoołowiowej i przewrócił go na beton przy wtórze głuchego „ba-bam!”. Samochód powoli zakończył obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, ponownie uderzając w wysepkę – tym razem bokiem. Tył samochodu wjechał na podwyższenie, ścinając stojący tam dystrybutor ze zwykłą benzyną, a potem chevy zatrzymał się, ciągnąc za sobą przerdzewiałą rurę wydechową. Wóz zniszczył wszystkie trzy dystrybutory na znajdującej się najbliżej autostrady wysepce. Silnik krztusił się jeszcze przez kilka sekund, po czym umilkł.

Zapadła cisza.

– Rany koguta… – jęknął Tommy Wannamaker. – Czy on wybuchnie?

– Gdyby miał wybuchnąć, już by to zrobił – mruknął Hap.

Wstając, uderzył ramieniem w mapę układankę i jej części, między innymi Teksas, Nowy Meksyk i Arizona, rozsypały się na wszystkie strony. W głębi duszy cieszył się z tego, co się stało. Dystrybutory były ubezpieczone, a polisy spłacone. Mary zawsze tego pilnowała.

– Facet musiał być nieźle naprany – stwierdził Norm.

– Widziałem jego tylne światła! – zawołał Tommy piskliwym, pełnym podniecenia głosem. – Ani razu nie błysnęły! Rany koguta! Gdyby pruł osiemdziesiątką, już byśmy nie żyli.

Pospiesznie wyszli z biura – Hap pierwszy, Stu ostatni. Dotarli do samochodu jednocześnie. Czuli woń benzyny i słyszeli powolne tykanie stygnącego silnika. Hap otworzył boczne drzwiczki samochodu i mężczyzna siedzący za kierownicą wypadł na zewnątrz jak worek ze starym praniem.

– Niech to szlag… – wymamrotał Norm Bruett.

Odwrócił się, zacisnął dłonie na swoim obfitym kałdunie i zwymiotował. Mdłości nie wywołał mężczyzna, który wypadł z samochodu (Hap złapał go, zanim zdążył osunąć się na chodnik), ale ohydny fetor bijący z wnętrza wozu – zapach krwi, smród fekaliów, wymiocin i rozkładu. Był to upiorny odór choroby i śmierci.

Hap chwycił kierowcę pod pachy i wyciągnął go z wozu. Tommy złapał mężczyznę za nogi i obaj z Hapem przenieśli bezwładne ciało do biura. W świetle neonu ich twarze miały barwę sera i były przepełnione obrzydzeniem. Hap zapomniał już o pieniądzach z ubezpieczenia. W pewnym momencie odwrócił się, zakrywając ręką usta, poczłapał na północny kraniec stacji benzynowej i zwymiotował całą kolację.

Vic i Stu zajrzeli do wnętrza samochodu i wymienili spojrzenia. Po stronie pasażera siedziała młoda kobieta. Miała wysoko zadartą sukienkę odsłaniającą nagie uda. Opierało się o nią mniej więcej trzyletnie dziecko trzymające ją za rękę – chłopiec lub dziewczynka. Oboje byli martwi. Ich szyje napuchły jak dętki, a twarze nabrały fioletowoczarnej barwy, jakby były pokryte sińcami. Vic powiedział później, że przypominali graczy w baseball, którzy smarują sobie sadzą grube kreski pod oczami, żeby nie oślepiało ich światło. Niewidzące oczy kobiety i dziecka zdawały się wychodzić z orbit, a z ich nosów wyciekł gęsty śluz, który już zakrzepł. Wokół nich z brzęczeniem krążyły muchy – wlatywały do otwartych ust i zaraz z nich wylatywały.

Stu był na wojnie, ale nigdy nie widział czegoś równie okropnego. Nie mógł odwrócić spojrzenia od splecionych rąk kobiety i dziecka.

W końcu cofnęli się od samochodu i wrócili do budynku stacji. Widzieli, jak Hap mówi coś do słuchawki telefonu. Norm szedł nieco z tyłu za nimi i od czasu do czasu spoglądał przez ramię na chevroleta. Boczne drzwiczki samochodu były otwarte, a z lusterka wstecznego zwisała para dziecięcych bucików. Był to bardzo smutny widok. Hank stał przy drzwiach stacji, ocierając usta brudną chusteczką.

– Jezu, Stu… – wymamrotał.

Hap odwiesił słuchawkę telefonu. Kierowca chevroleta leżał na podłodze biura.

– Karetka przyjedzie tu za dziesięć minut. Czy jesteście pewni, że oni…

Wskazał kciukiem samochód.

– Nie żyją – odparł Vic. Jego pokryta zmarszczkami twarz miała bladożółty odcień. Rozsypywał po całej podłodze tytoń, jakby próbował zrobić jeden ze swoich obrzydliwych, cuchnących skrętów. – To dwoje najbardziej martwych ludzi, jakich kiedykolwiek widziałem.

Spojrzał na Stu, który pokiwał głową, włożył ręce do kieszeni i przymknął oczy.

Leżący na podłodze człowiek jęknął głośno i wszyscy natychmiast spojrzeli na niego. Kiedy się zorientowali, że mężczyzna próbuje coś powiedzieć, Hap ukląkł przy nim. W końcu ta stacja należała do niego. Najwyraźniej to samo, co uśmierciło kobietę i dziecko w samochodzie, dosięgło również tego człowieka. Ciekło mu z nosa, a gdy oddychał, z jego gardła wydobywał się głośny świst. Pod dolnymi powiekami widać było obrzmienie, jeszcze nie czarne, ale już fioletowe. Szyja sprawiała wrażenie zbyt grubej i napuchniętej i wydawało się, że ma nie jeden, ale trzy podbródki. Musiał mieć wysoką gorączkę, bo kiedy się do niego podeszło, odnosiło się wrażenie, jakby się stało przy rozżarzonym ruszcie.

– Pies… – wymamrotał. – Wypuściłeś go?

Hap potrząsnął nim delikatnie.

– Wezwałem karetkę – powiedział. – Wyjdzie pan z tego.

– Cyfry zegara zamieniły się z zielonych na czerwone – dodał mężczyzna i zaczął kasłać.

Kaszlał raz po raz, a z jego ust pryskały długie, ciągnące się pasma gęstej flegmy i śliny.

Hap gwałtownie odchylił się do tyłu.

– Przekręćmy go na bok – zaproponował Vic – bo się jeszcze udławi.

Jednak zanim zdążyli to uczynić, mężczyzna przestał kasłać. Jego oddech znów stał się nierówny i świszczący. Zamrugał powoli powiekami i powiódł wzrokiem po twarzach otaczających go mężczyzn.

– Gdzie ja… jestem?

– W Arnette – odparł Hap. – Na stacji benzynowej Billa Hapscomba. Rozwalił pan kilka moich dystrybutorów – dodał, po czym dorzucił pospiesznie: – Ale były ubezpieczone.

Mężczyzna usiłował usiąść. Aby się podnieść, musiał położyć dłoń na ramieniu Hapa.

– Moja żona… moja mała córeczka…

– Nic im nie jest – powiedział Hap, próbując się uśmiechnąć.

– Wygląda na to, że jestem poważnie chory – stwierdził mężczyzna. Kiedy oddychał, z jego ust wydobywał się ochrypły, jękliwy charkot. – One też były chore. To trwało od dwóch dni. Od Salt Lake City. – Przymknął na chwilę powieki. – Zachorowaliśmy… więc chyba nie byliśmy dość szybcy…

Z oddali dochodził jęk syreny karetki.

Chory ponownie otworzył oczy i zaczął się podnosić. Pot ściekał mu po twarzy. Zacisnął dłoń na ramieniu Hapa.

– Czy Sally i małej LaVon nic nie jest? – zapytał.

Z ust prysnęły mu kropelki śliny i Hap poczuł buchającą od niego gorączkę. Był chory, najwyraźniej majaczył i okropnie cuchnął. Ten smród przypominał Hapowi woń starego koca, którym przykryte było psie posłanie.

– Nic im nie jest – powtórzył spokojnie, choć może nieco zbyt szybko. – Proszę, niech się pan położy i leży spokojnie…

Mężczyzna znowu położył się na ziemi. Jego oddech był teraz jeszcze bardziej nierówny. Hap i Hank pomogli przetoczyć go na bok i wydawało się, że przyniosło mu to pewną ulgę.

– Aż do zeszłego wieczoru czułem się całkiem nieźle – powiedział. – Kaszlałem, ale nic poza tym. Dopiero w nocy mi się pogorszyło. Obudziłem się i było ze mną bardzo źle. Nie zmyliśmy się stamtąd dostatecznie szybko. Czy z małą LaVon wszystko w porządku?

Jego następne słowa zamieniły się w bełkot, którego nie dało się zrozumieć. Syrena karetki zawodziła jękliwie.

Stu podszedł do okna. Pozostali klęczeli wokół chorego.

– Co on złapał, jak myślisz, Vic? – zapytał Hap.

Vic pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia.

– Może coś zjedli – podsunął Norm Bruett. – Wóz ma tablice z Kalifornii, więc musieli stołować się w różnych przydrożnych barach. Może zjedli nieświeżego hamburgera. To się zdarza.

Karetka, ominąwszy szerokim łukiem rozbitego chevy, zatrzymała się pomiędzy nim a drzwiami stacji benzynowej. Czerwone światełko koguta na dachu kręciło się w kółko jak oszalałe. Było już całkiem ciemno.

– Pomóżcie mi, to was stąd wyciągnę! – krzyknął nagle mężczyzna leżący na podłodze i zaraz potem znowu umilkł.

– Zatrucie pokarmowe… – mruknął Vic. – Tak, to całkiem możliwe. Mam nadzieję, że tylko o to chodzi, bo…

– Bo co? – zapytał Hank.

– Bo jeśli nie, to mogliśmy coś od niego złapać – odparł Vic. – W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym roku widziałem epidemię cholery w pobliżu Nogales i wyglądało to bardzo podobnie.

Do biura weszło trzech ludzi z noszami.

– Hap – zaczął jeden z nich – masz szczęście, że uratowałeś swój pieprzony tyłek. Gdyby tamten samochód wybuchł, bylibyście teraz na łonie Abrahama. To ten facet?

Rozstąpili się, żeby ich przepuścić. Byli to Billy Verecker, Monty Sullivan i Carlos Ortega – wszyscy się tu dobrze znali.

– W samochodzie jest jeszcze dwójka – powiedział Hap, odciągając Monty’ego na bok. – Kobieta i mała dziewczynka. Obie nie żyją.

– O kurde! Jesteś pewny?

– Owszem, ale ten facet o tym nie wie. Zabierzecie go do Braintree?

– Chyba tak – odparł Monty. – Ale co mamy zrobić z tymi dwiema w wozie?

– Stu zawiadomi gliny. Mogę pojechać z tobą?

– Jasne, stary.

Położyli mężczyznę na noszach i kiedy go wynieśli, Hap podszedł do Stu.

– Jadę z tym gościem do Braintree. Zadzwonisz na posterunek?

– Nie ma sprawy.

– Zadzwoń też do Mary. Powiedz jej, co się stało.

– W porządku.

Hap poszedł do ambulansu i wsiadł do środka. Billy Verecker zatrzasnął za nim drzwiczki, a potem zawołał swoich kolegów stojących przy rozbitym samochodzie.

Parę minut później ambulans ruszył przy wtórze jękliwego zawodzenia syreny. Obracający się na dachu samochodu kogut rzucał krwawe refleksy na asfaltowy podjazd.

Stu podszedł do automatu i wrzucił do niego ćwierćdolarówkę.

* * *

Mężczyzna z chevroleta dwadzieścia mil przed szpitalem wydał z siebie ostatnie bulgoczące tchnienie, zakrztusił się i skonał. Hap wyjął z kieszeni spodni zmarłego portfel i przejrzał jego zawartość. Było w nim siedemnaście dolarów w gotówce. Według prawa jazdy nazywał się Charles D. Campion. Hap znalazł również jego legitymację wojskową i obłożone w plastik zdjęcia żony i córeczki. Nie chciał oglądać tych zdjęć.

Włożył portfel z powrotem do kieszeni spodni zmarłego i powiedział Carlosowi, że może wyłączyć syrenę.

Było dziesięć po dziewiątej.ROZDZIAŁ 4

Zmierzch zapadł przed godziną. Starkey siedział sam przy długim stole, przeglądając plik żółtych kartek. Ich zawartość wprawiła go w zdenerwowanie. Służył krajowi od trzydziestu sześciu lat, zaczynając jako wystraszony „plebejusz” w West Point. Otrzymywał medale. Rozmawiał z prezydentami. Starał się udzielać im rad i czasem nawet się do nich stosowali. Wielokrotnie znajdował się w różnych trudnych i mrocznych sytuacjach, ale to…

Był przerażony, i to tak bardzo, że nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Taki strach może człowieka doprowadzić do obłędu.

Wiedziony nagłym impulsem wstał i podszedł do ściany, z której w głąb pokoju spoglądało pięć włączonych monitorów. Podnosząc się, uderzył kolanem o krawędź stołu i jedna z żółtych kartek zsunęła się na ziemię. Przez chwilę opadała leniwie w powietrzu i w końcu wylądowała na kafelkach podłogi częściowo ukryta w rzucanym przez stół cieniu. Gdyby ktoś stanął nad nią i spojrzał w dół, mógłby przeczytać wiadomość następującej treści:

P.Z. POTWIERDZONA

WYDAJE SIĘ NIEZBĘDNE WPROWADZENIE KODU 848-AB CHARLES CAMPION, (ż) SALLY

ZMIANY W ANTYGENACH ORAZ MUTACJE.

PROCENT ŚMIERTELNOŚCI WYJĄTKOWO WYSOKI, STOPIEŃ ZAKAŻANIA 99,4%.

CENTRUM EPIDEMIOLOGICZNE W ATLANCIE.

ŚCIŚLE TAJNE AKTA BLUE.

KONIEC

P-T-222312A

Starkey wcisnął guzik pod środkowym monitorem i po chwili pojawił się na nim obraz ukazujący fragment pustyni w zachodniej Kalifornii. Bezkresne połacie piasku miały czerwonawofioletowy odcień fotografii wykonanej w podczerwieni.

To jest właśnie tam, dokładnie na wprost, pomyślał Starkey. Projekt Blue.

Ponownie poczuł, że ogarnia go strach. Sięgnął do kieszeni i wyjął niebieską pigułkę. Jego córka nazwałaby ją pewnie „pocieszaczem”.

Zresztą nazwy nie były ważne – liczyły się tylko efekty. Nie popił kapsułki i jego gładka twarz pokryła się zmarszczkami, kiedy ją przełykał.

Projekt Blue.

Spojrzał na pozostałe monitory, po czym włączył je wszystkie. Na ekranie numer cztery i pięć widać było laboratoria. Czwórka – laboratorium fizyki. Piątka – biologii wirusowej. Stało w nim wiele klatek ze zwierzętami. Były to głównie świnki morskie, rezusy i kilka psów. W laboratorium fizyki bez przerwy pracowała wirówka, której Starkey bardzo nie lubił. Było w niej coś przerażającego. Teraz nieopodal niej, na podłodze, leżał doktor Ezwick. Był martwy i przypominał przewróconego przez wiatr stracha na wróble.

Wyjaśnili mu, że wirówka jest podłączona do tego samego obwodu co lampy i gdyby ją wyłączyli, zgasłyby również wszystkie światła i nic nie byłoby widać, bo kamery na dole nie miały podczerwieni. Może wkrótce zjawią się tu kolejne szychy z Waszyngtonu i zechcą rzucić okiem na martwego laureata Nagrody Nobla spoczywającego kilkaset stóp pod ziemią.

Gdyby wyłączyli wirówkę, wyłączyliby również obraz przedstawiający wszystko, co działo się na dole. Jego córka nazwałaby to pewnie „paragrafem 22”. Łyknął drugiego „pocieszacza” i spojrzał na monitor numer dwa. Ten obraz był najgorszy. Nie podobał mu się widok faceta z twarzą w zupie. Wyobraź sobie, jak byś się czuł, gdyby ktoś podszedł do ciebie i powiedział: „Spędzisz całą wieczność z facjatą w talerzu z zupą”.

To tak samo jak z tym starym kawałem z tortem, pomyślał – taki dowcip dopóty śmieszy, dopóki sam nie dostaniesz tortem w twarz.

Na drugim monitorze widać było stołówkę w Projekcie Blue. Wypadek zdarzył się dokładnie pomiędzy zmianami i w stołówce było wtedy niewiele osób. Starkey przypuszczał, że dla tych ludzi nie miało większego znaczenia, gdzie umarli – w stołówce, w swoich sypialniach czy w laboratoriach. Ale facet z twarzą w zupie…

Na ziemi przy automacie ze słodyczami leżeli mężczyzna i kobieta w niebieskich kombinezonach, a przy szafie grającej facet w białym kombinezonie. Przy stołach znajdowało się dziewięciu mężczyzn i czternaście kobiet. Niektórzy z nich osunęli się bezwładnie obok swoich hostess twinkies, inni wciąż jeszcze ściskali w zesztywniałych dłoniach kubki z napojami. Na stołach widać było zaschnięte ślady po rozlanej coli i sprite. Przy drugim stole, na samym jego końcu, siedział człowiek, który nazywał się Frank D. Bruce. Jego twarz była zanurzona w zupie campbella.

Pierwszy monitor pokazywał jedynie zegar elektroniczny.

Do trzynastego czerwca wszystkie jego cyfry były zielone, ale potem zmieniły barwę na jasnoczerwoną. Zegar stanął. Wskazywał datę 13.06.90 oraz godzinę 2:37:16.

Trzynastego czerwca 1990 roku, trzydzieści siedem minut i szesnaście sekund po drugiej na ranem.

Za plecami Starkeya rozległo się krótkie, przenikliwe brzęczenie. Wyłączył monitory i odwrócił się. Zauważył leżącą na podłodze kartkę papieru, podniósł ją i położył na stole.

– Wejść! – zawołał.

Do pokoju wszedł Len Creighton. Miał posępną minę, a jego skóra przybrała ciemnoszary odcień.

Następne złe wieści, pomyślał ponuro Starkey. Pewnie ktoś jeszcze zarył twarzą w talerz z zupą.

– Cześć, Len – powiedział półgłosem.

Len Creighton skinął głową.

– Billy, to… Chryste, nie wiem, jak mam ci o tym powiedzieć.

– Myślę, że po kolei. Tak będzie najlepiej, żołnierzu.

– Faceci, którzy zetknęli się z Campionem, zostali poddani badaniom wstępnym w Atlancie. Wiadomości są niepomyślne.

– Wszyscy są zarażeni?

– Na pewno pięciu. Jeden z nich, Stuart Redman, jak dotąd nie wykazuje objawów chorobowych. Ale z tego, co wiem, u Campiona rozwój choroby trwał ponad pięćdziesiąt godzin.

– Gdyby nie zdołał uciec… – mruknął Starkey.

– Ochrona była słaba. Bardzo słaba. I nieudolna.

– Mów dalej.

– Arnette zostało objęte kwarantanną. Do tej pory odizolowaliśmy przynajmniej szesnaście przypadków cały czas mutującej grypy A-Prime. Ale to tylko te, które zostały ujawnione.

– Środki masowego przekazu?

– Jak dotąd wierzą, że to nic poważnego.

– Co jeszcze?

– Mamy jeden bardzo poważny problem. Chodzi o glinę z teksaskiej drogówki. Nazywa się Joseph Bob Brentwood. Jego kuzyn jest właścicielem stacji benzynowej, tej samej, na której Campion rozwalił dystrybutory. Zjawił się tam wczoraj rano, aby powiadomić Hapscomba o przyjeździe facetów z wydziału zdrowia. Zgarnęliśmy go trzy godziny temu. Jest teraz w drodze do Atlanty. Ale w międzyczasie był na patrolu i objechał pół wschodniego Teksasu. Bóg jeden wie, z iloma ludźmi się zetknął.

– Niech to szlag… – zaklął Starkey i z przerażeniem uświadomił sobie, że głos mu się załamuje, a lodowate ciarki, które zagnieździły się w okolicy jego podbrzusza, powoli zaczynają przesuwać się ku górze. Stopień zakażania 99,4%, przypomniał sobie. Te słowa wciąż rozbrzmiewały w jego mózgu, niemal doprowadzając go do obłędu. Oznaczało śmiertelność rzędu 99,4%, gdyż ludzkie ciało nie potrafi produkować przeciwciał koniecznych do powstrzymania bez przerwy zmieniających się antygenów wirusa. Za każdym razem, kiedy organizm produkował przeciwciała, wirus przybierał nieco inną formę. Z tego samego powodu nie można było stworzyć skutecznej szczepionki. 99,4%. – Chryste… To wszystko?

– No…

– Mów dalej.

Creighton dodał cicho:

– Hammer nie żyje. Popełnił samobójstwo. Strzelił sobie w oko ze służbowego pistoletu. Na biurku miał rozłożone akta Projektu Blue. Prawdopodobnie sądził, że pozostawienie ich tam będzie wymowniejsze od jakiegokolwiek listu pożegnalnego.

Starkey zamknął oczy. Vic Hammer był jego zięciem. Jak ma powiedzieć o tym Cynthii? „Przykro mi, moja droga, ale Vic dał dziś nurka twarzą do talerza z zupą. Masz, łyknij sobie jednego »pocieszacza«. Widzisz, zdarzył się wypadek. Jedna ze skrzynek zawiodła. Ktoś popełnił błąd. Ktoś inny zapomniał wcisnąć przełącznik, który spowodowałby odcięcie całej bazy. Zwłoka trwała zaledwie czterdzieści kilka sekund, ale to wystarczyło”. Takie skrzynki nazywano „kasownikami”. Wykonano je w Portlandzie, w Oregonie, na zlecenie Departamentu Obrony, i oznaczono numerem 164480966. Były montowane w oddzielnych obwodach i obsługiwane przez kobiety, z których żadna nie wiedziała, jakie jest ich prawdziwe przeznaczenie. Być może któraś z nich właśnie wtedy zastanawiała się, co ma zrobić na kolację, a ktoś, kto miał sprawdzać jej pracę, był akurat pochłonięty sprzedażą rodzinnego samochodu. „Tak czy inaczej, Cynthio, ostatnim elementem tej układanki był facet z posterunku numer cztery. Nazywał się Campion i kiedy zauważył, że cyfry zegara stały się jasnoczerwone, wyszedł z pomieszczenia, zanim drzwi zostały zamknięte i automatycznie zablokowane. Potem wraz z rodziną opuścił bazę. Przejechał przez główną bramę cztery minuty przed włączeniem się syren alarmowych i odcięciem całego terenu. Na dodatek zaczęto go szukać dopiero godzinę później, bo na stanowiskach ochrony nie ma monitorów. Wszyscy przypuszczali, że znajduje się w środku, czekając, aż »kasowniki« odizolują sektory czyste od skażonych. Dzięki temu gość zarobił trochę czasu, a że był cwany, wybierał tylko boczne, mało uczęszczane drogi, poza tym dopisało mu szczęście, gdyż żadna z nich nie była na tyle rozmyta, by jego samochód ugrzązł w błocie. Ktoś w końcu musiał podjąć decyzję, kogo należy o tym powiadomić: policję, FBI czy może obie te służby. Tymczasem ten farciarz nie zasypiał gruszek w popiele i zanim uzgodniono, kto powinien zająć się tą sprawą, dotarł do Teksasu. Kiedy go wreszcie dopadli, nie próbował uciekać, bo wszyscy troje – on, jego żona i córeczka – byli już sztywni i leżeli w komorach chłodni w jakiejś małej, zapomnianej przez Boga i ludzi teksaskiej mieścinie. Widzisz, Cynthio, chodzi mi o to, że to, co się stało, było jedynie sprawą przypadku. Zbiegiem okoliczności. Wystarczyła odrobina niekompetencji i pecha i stało się to, co się stało. Twój mąż nie ponosi za to winy. Niemniej jednak był szefem Projektu Blue i widział, jak sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, a potem…”.

– Dzięki, Len – powiedział.

– Billy, czy zechciałbyś…

– Będę na górze za dziesięć minut. Chciałbym, żebyś zwołał zebranie całego personelu za piętnaście minut od teraz. Jeżeli będziesz musiał zwlec kogoś z łóżka, zrób to.

– Tak jest, sir.

– I jeszcze jedno, Len…

– Tak?

– Cieszę się, że właśnie ty mi to powiedziałeś.

– Tak jest, sir.

Kiedy Creighton wyszedł, Starkey spojrzał na zegarek i podszedł do wbudowanych w ścianę monitorów. Włączył dwójkę, splótł dłonie za plecami i w zamyśleniu wpatrywał się w ekran, na którym widać było pogrążone w grobowej ciszy wnętrze stołówki Projektu Blue.
mniej..

BESTSELLERY