Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bator. Universum Oczy Królowej VIII - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 marca 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Bator. Universum Oczy Królowej VIII - ebook

Bator przemierza samotnie pustkowia, które pozostały po wielkiej katastrofie. Zniszczone miasta, skażone powietrze, zaciemnione niebo, które od wielu tygodni nie ukazuje słońca, a wokół tylko śmierć, zniszczenie i ani śladu żywego ducha. Nieoczekiwanie natrafia na innego samotnika, Nielsa i razem postanawiają wyruszyć do wioski, w której kiedyś Bator miał swoich przyjaciół. Ale kiedy dołącza do nich pewna kobieta, która wydaje się Batorowi dziwnie znajoma, sprawy zaczynają się komplikować, a rzeczywistość powoli miesza się ze snem… lub wspomnieniem, które ktoś chciał w nim zniszczyć. „Bator” to pełna niespodziewanych zwrotów akcji ósma z kolei powieść osadzona w futurystycznym świecie „UNIWERSUM Oczy Królowej”. Jest to cykl luźno powiązanych ze sobą historii. Choć można je czytać jako osobne powieści, warto kierować się chronologią, gdyż niektóre wątki oraz postaci przeplatają się ze sobą, tworząc jedną całość.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397680401
Rozmiar pliku: 737 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Otworzył oczy. To był znów tylko sen. Poczuł jak opada w nim coś ciężkiego, jak kamień zalegając w jego wnętrznościach. Nie chciał wstawać, nie chciał, żeby ten dzień znów się rozpoczynał. Wiedział, że nic dobrego go nie spotka, że znów będzie musiał się zmagać, a on był już tak zmęczony, tak potwornie zmęczony…

Zacisnął powieki. Może jeszcze uda mu się spić resztki snu. Pomyślał znów o drzewach, przypomniał sobie jak szumiały, jaki miały kolor, zapach, jak smakował las. Westchnął. Musiał wstać. Jeśli się podda, nic mu już nie pozostanie, osunie się w szaleństwo, jak ten człowiek, którego spotkał miesiąc temu. Jego już nie dało się uratować.

„Wstań!” – nakazał sobie.

Usiadł. Popatrzył na wprost, przypominając sobie, gdzie jest. Tym razem znalazł nocleg w magazynie sklepowym. Miał legowisko z podkładów materacowych ułożonych na styropianie. To było dobre miejsce, suche, bez trupów i dzikich lokatorów. Znalazł tam sporo konserw, trochę nieskażonej żywności, nawet wodę w butelkach. Załadował te zapasy do swojego obszernego, sportowego plecaka, który zabrał ze sklepu ze sprzętem narciarskich jakieś trzy miesiące temu.

Podniósł się. Spod zwiniętego w rulon kawałka materaca, który służył mu za poduszkę, wyciągnął karabin. Założył kurtkę i karabin przełożył przez plecy. Sprawdził kieszenie. Wszystko było na swoim miejscu. Zjadł to, co znalazł do jedzenia w sklepie i wyszedł bocznym wyjściem przez magazyny. Założył gogle na oczy, zarzucił kaptur na głowę, a maskę filtrową na twarz, po czym wyciągnął kompas i turystyczną mapę. Popatrzył chwilę na narysowane linie i oznaczenia, a potem spojrzał przed siebie.

Znajdował się na niewielkim wzniesieniu, miał więc stąd dobry widok na okolicę. W dole rysowały się spalone, dymiące jeszcze gdzieniegdzie resztki wspaniałych willi na bogatych przedmieściach, a w tle, wśród rdzawej mgły, widać było zgliszcza niegdyś wielkiego miasta.

Zawalone wieżowce położone jak łodygi trzciny, rysowały głębokie bruzdy na ulicach. Nawet nie chciał wiedzieć, co tam się wtedy musiało dziać w miastach i jak to wyglądało na tak intensywnie zaludnionym obszarze. Już w jego miasteczku działy się makabryczne rzeczy, kiedy zaczęło brakować jedzenia i wody, a ludzie rzucali się sobie do gardeł o resztki chleba. A to wszystko było jeszcze przed najgorszym. On mógł wtedy pojechać do znajomych na wsi, którzy mieli kury i kozy. Za naprawienie sprzętów gospodarskich i pomoc na roli dostawał od nich jaja albo mleko, a czasem nawet mięso, prawdziwy rarytas. Ale w mieście nie było zwierząt hodowlanych, nie było pola, na którym można było uprawiać warzyw, ani studni, z której można było czerpać wodę. Pamiętał, że widział wtedy filmiki ludzi zjadających swoje koty i psy, chomiki i szczury, niegdyś wypieszczone pupile, nazywane „członkami rodziny”. To były hity sieci, oczywiście tam, gdzie sieć jeszcze działała. Tak, to było jeszcze zanim przyszło najgorsze.

Nie zamierzał wchodzić do miasta. Nie chciał się spotkać z tym, co mógł tam zastać. Dosyć miał już oglądania trupów w przeróżnych konfiguracjach. Śmierć była bezlitosna dla każdego, młodego, starego, pięknego czy brzydkiego. Niektórych zaskoczyła w różnych sytuacjach, innych wolno ścigała, skradając się jak cichy morderca czający się u drzwi. Szczęśliwi byli ci, którzy umarli w wyniku uderzenia ognistych kul, szybko i bezboleśnie, myślał sobie. Coraz częściej zazdrościł tym zmarłym.

Spojrzał jeszcze raz na mapkę. Jeśli świat nadal wyglądał jak ten tutaj przedstawiony na tym kawałku papieru, to powinien kierować się na wschód, a znajdzie to, czego szuka. Jeśli nie, trudno, to nie będzie pierwsze rozczarowanie, jakie go spotkało. Zwinął mapę, schował ją do plecaka i założył krótkie, skórzane rękawiczki. Przetarł gogle i popatrzył w niebo. Zawsze się trochę łudził, że może teraz, dziś, tego dnia, będzie inaczej. Ale nie, znów było to samo. Czarne chmury, przez które nie miał szans przedrzeć się choćby najmniejszy promień światła, pokrywały świat grubą warstwą. Warstwa ta pulsowała fioletowym blaskiem i mieniła się srebrnymi błyskawicami. Grzmiało tylko trochę. Brzmiało to bardziej jak strojenie basowych instrumentów, niż jak zawalenie się kopuły nieba, jak to było na samym początku. Tak, ostatnimi dniami brzmiało to już nieco łagodniej.

Odwrócił się i zaczął iść przed siebie, z każdym krokiem oddalając się od miasta. Kierując się kompasem, zmierzał na wschód, tak jak to sobie zaplanował. Powoli wychodził z przedmieść. Mijał rozwalone domy. Niektóre były zdmuchnięte, inne spalone, jeszcze inne wyglądające, jakby w środku wybuchła bomba. Czasem dostrzegał kątem oka jakieś nogi leżące w progach domu, jakieś rozrzucone ręce ukryte za koszem na śmieci. Nie przyglądał się.

Czas upływał mu na spokojnym marszu. Na początku spieszył się, chciał szybko gdzieś dojść, zbadać wszystko po drodze, rozglądał się, doskakiwał do jednego miejsca, gorączkowo je przetrząsał, a potem sprawdzał następne, ale teraz już wyzbył się tej ciekawości. Wiedział, że nic nowego nie odkryje. Wszędzie były tylko śmierć i zniszczenie.

Koło południa zrobił sobie przerwę. Usiadł na kamieniu, zdjął filtrową maskę i zjadł konserwę, którą popił wodą. Przedmieścia skończyły się. Teraz domy stały coraz rzadziej, a ulice były mniej zawalone samochodami. To były najnowsze modele, magnetyczne, poruszające się nawet do sześciuset kilometrów na godzinę. Teraz stały bezużyteczne. Nie chciał patrzeć, ale mimowolnie kątem oka dostrzegał zwęglone zwłoki w wielu zamkniętych, obłych, lśniących pojazdach. Postanowił nie iść wzdłuż autostrady, ale zboczyć nieco w pola. Spalona ziemia, na której nic nie rosło, ciągnęła się aż po horyzont. Na nim było kilka wzniesień, wyglądających jak ułożone krzywo klocki. To były dawne wielkie centra rozrywkowe. Tam również wolał się nie zapuszczać. Różne dziwne zwierzęta lubiły te miejsca, ale na próżno byłoby tam szukać ludzi. Żywych.

Chwilę wdychał suche, zapylone powietrze, ale szybko zaczęło go kręcić w nosie i założył z powrotem maskę. Sprawdził filtr. Nadawał się już do wymiany, ale oszczędzał go. Miał jeszcze tylko trzy w zapasie. Pierwszy starczył mu na tydzień. Drugi na trzy tygodnie, ale trzeci nosił już od miesiąca. To były dobre filtry, znalazł je wraz z maską w pewnym szpitalu.

Podniósł się na nogi i kontynuował swój marsz aż do wieczora. Wieczorem znalazł sobie schronienie pod wiatą, która stała przy myjni samochodowej. Budynek myjni był rozerwany na pół, tak samo sklep, w którym, jak sprawdził, nie było niczego do jedzenia. Ale wiata była cała. Wyciągnął z plecaka karimatę, wsunął się w materac, plecak schował pod głowę, tak jak i karabin. Miał go od pierwszego dnia i nie rozstawał się z nim. Zdjął maskę i zamknął oczy.

Powietrze lekko drżało, ale wiatr był niewielki. Czasem marzył sobie o wielkiej wichurze, która rozwieje ten zaduch i przyniesie ze sobą zapach morza, albo drzew, albo czegokolwiek innego niż spalenizny. Ale to były tylko marzenia.

Zapadł w niespokojny sen i obudził się nad ranem zdrętwiały.

„Wstawaj!” – rozkazał sobie w myślach.

Podniósł się ociężale, przetarł oczy, napił się kilka łyków wody. Nie czuł się ani wyspany, ani zmęczony. Zjadł trochę, zwinął swoje rzeczy, sprawdził mapę i ruszył dalej. I tak upływał mu dzień za dniem, tydzień z tygodniem, miesiąc za miesiącem. Gdyby mógł komuś streścić te ostatnie cztery miesiące tak właśnie by powiedział:

„Szedłem, trochę jadłem, trochę spałem i znów szedłem.”

Z zewnątrz tak to właśnie wyglądało. Tylko w środku nikt nie domyślałby się, jak potworne walki toczył sam ze sobą, aby zmusić się do kolejnego kroku, do kolejnego podniesienia się z ziemi, do kolejnego otwarcia oczu na ten świat, który tak przerażał. Poddać się byłoby łatwo, banalnie łatwo. Nie raz mijał po drodze sklepy z alkoholem. Wśród rozbitych resztek szkła, wciąż było mnóstwo pełnych butelek. Wystarczyło wziąć jedną czy dwie, garść tabletek i zasnąć. Tak, wiele razy taka myśl przechodziła mu przez głowę. Bał się jej. Ale tego życia też się bał.

Przystanął przy wysypisku śmieci, które stało na pustym polu. Spojrzał na mapę. Wciąż miał jakieś sto kilometrów do celu. Usiadł i zjadł kolejną konserwę. Patrzył przed siebie obojętnym wzrokiem, żując zmodyfikowane mięso. I naraz ujrzał coś zbliżającego się do niego.

Wstał powoli.

„Zwierzę?” – pomyślał czujnie.

Widział kilka zwierząt. Zwykle były to szczury i kojoty, czasem sokoły. Niekiedy były to sępy. Wszystkie te zwierzęta zawsze uciekały na jego widok, przerażone istotą nadrzędną, która mogła je zniszczyć. Ale to zwierzę nie uciekało.

Patrzył wciąż przed siebie. Nie, to nie było zwierzę.

To był człowiek.

W pierwszym odruchu złapał za karabin. Tak, po tak długim czasie nie oglądania żywego człowieka, tak właśnie zareagował na jednego ze swojego gatunku. Zawstydził się tego. Nie dziwił się, że ludzkość wyginęła, skoro takie instynkty siedzą w każdym z nich, nawet w nim, który nikogo nigdy nie zabił.

Tamten musiał go spostrzec i najwyraźniej dostrzegł, że ma karabin, bo przystanął.

„Przecież nie będę w niego strzelał…” – pomyślał zmartwiały.

Opuścił karabin i powoli wyciągnął dłoń w geście przywitania. Tamten zrobił to samo. Był ubrany podobnie jak on, w workowate spodnie, kurtkę, kaptur, gogle. Miał też maskę na twarzy do oddychania, ale trochę bardziej prowizoryczną niż on. Do tego plecak i dwa kijki, którymi się podpierał.

„A więc jest nas więcej…”

Nieznajomy zaczął iść w jego stronę, a on z niezrozumiałych powodów zaczął się denerwować. Nie wiedział, co mu powie, jak zacznie rozmowę z kimś takim jak on. I o czym ona będzie? Co można powiedzieć drugiemu człowiekowi w obliczu takiej katastrofy? Człowiekowi, który jak on, jest złamany, zdruzgotany na proch stratą wszystkich bliskich mu osób i sam nie wierzy w to, że jeszcze żyje?

Zrobił kilka kroków.

„A może to nie jest człowiek?” – przeszło mu nagle przez głowę. „Może to…?”

– Jesteś człowiekiem? – odezwał się tamten drżącym głosem, zdejmując maskę.

Zobaczył spierzchnięte usta, twarz pokrytą zarostem i zapadnięte policzki. On też zdjął swoją maskę.

– Tak – odparł.

Głos miał ochrypły od nieużywania. Chrząknął. Tamten podszedł jeszcze bliżej, ale trzymał się na dystans. On też nie zrobił więcej kroków. Stali na wprost siebie i mierzyli się spojrzeniami. Widział, że tamten jest tak samo przestraszony i spięty.

– Jesteś… sam? – zapytał nieznajomego.

Tamten pokiwał głową. Podszedł do niego na długość ramienia i zdjął gogle. Zobaczył jasnoniebieskie oczy, a w nich… łzy.

– A ty? – spytał go nieznajomy.

– T-tak… – wyjąkał.

Założył karabin za plecy. Tamten wyciągnął do niego rękę i dotknął jego ramienia.

– Jesteś prawdziwy… – powiedział dziwnie, choć jemu nic już nie wydawało się dziwne.

–Tak – odparł. – Jestem prawdziwy. Mam na imię Bator.

– Ja jestem Niels… – powiedział tamten, po czym rozpłakał się bezgłośnie.

Był młody, młodszy od niego o kilka lat. Na pewno musiał mieć jakieś dwadzieścia pięć lat.

Bator patrzył na niego bez słowa, tak samo wzruszony. W końcu zdjął rękawiczkę i wyciągnął do niego dłoń, tak jak to się kiedyś robiło. On popatrzył na jego rękę i znów się rozpłakał. Uścisnął mu dłoń, bardzo mocno, a potem objął go. On również go objął, czując jak drżą mu ramiona.

– A więc nie jestem jedynym… – powiedział z ulgą Niels, nadal go trzymając.

Bator pokręcił głową. Odetchnął głęboko, kiedy Niels wreszcie go puścił. I on czuł tę samą ulgę.

***

Usiedli pod rozwaloną budą z jedzeniem na wynos i wyciągnęli swoje zapasy. Buda osłaniała ich od wiatru, który niósł ze sobą piach, żwir i gryzący dym, który wciąż unosił się ze spalonego miasta.

– Jak długo idziesz? – zapytał go Niels.

– Cztery miesiące i dwa dni – odparł Bator.

Niels popatrzył na niego.

– Długo.

– A ty? – zapytał go Bator.

– Miesiąc z przerwami.

– Przedtem co robiłeś?

– Szukałem swoich… I starałem się przeżyć – powiedział Niels.

Bator pokiwał głową. On na szczęście nie musiał długo szukać.

– Znalazłeś ich…? – zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język.

Niels nic nie powiedział, tylko upił trochę wody. Bator postanowił więcej o to nie pytać.

– Jak udało ci się przeżyć? – zapytał go po chwili.

– Jestem hydraulikiem – powiedział Niels. – Ja i moja ekipa pracowaliśmy na budowie. Wykańczałem ogromny basen. Zakładałem na spodzie rurki, a chłopaki mieli je zalać betonem. To był podziemny basen.

– Ktoś jeszcze chciał wybudować sobie wtedy basen…? – zdziwił się Bator.

– Tak – powiedział poważnie Niels. – Tak – dodał.

Bator myślał nad jego odpowiedzią. Teraz, kiedy sięgnął pamięcią, były wtedy jeszcze inne, „zwykłe” momenty. On sam przecież do końca zajmował się swoją pracą. I to ona uratowała mu życie.

– Kiedy zaczęło uderzać… – kontynuował swoją opowieść Niels – znajdowałem się wtedy jakieś dziesięć metrów pod ziemią i zajmowałem się tymi rurkami. Miałem do pomocy małego robota. Z początku myślałem, że to burza…

Urwał. Bator patrzył na niego w milczeniu.

– Potem robot przestał działać i zrozumiałem, że coś jest nie tak. Tam, na górze, cały czas waliło. Przestraszyłem się, że mnie tu zasypie żywcem, ale ta betonowa konstrukcja z otwieranym dachem wytrzymała. Nie wiem, jakim cudem…

– Myślisz, że bogacze w swoich schronach też przeżyli? – spytał Bator.

– Nie wiem… A widziałeś jakiegoś bogacza?

– Nie… Oprócz ciebie widziałem jeszcze jednego żywego człowieka, chłopak miał może osiemnaście lat. Grzebał w śmieciach. Był odurzony narkotykami. Ledwo się trzymał na nogach. Nie chciał pomocy. Mówił od rzeczy… Chyba nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje.

– Nie chciał iść z tobą? – spytał Niels.

– Pewnie nawet nie zarejestrował, że ja tam byłem…

Niels zamyślił się.

– A potem? – spytał go Bator.

– Przeczekałem jeden dzień, bo wciąż waliło, wiesz…

– Wiem – mruknął.

– No i potem przyszło… najgorsze.

Nic już nie powiedział, a on nie dopytywał.

– A ty?

Bator westchnął.

– Ja byłem mechanikiem samochodowym i pracowałem przy superszybkich ciężarówkach magnetycznych – powiedział. – Chciałem… – zawahał się. – Chciałem ukraść jedną z nich i uciec z mojego miasteczka, bo tam już nie można było wytrzymać.

Niels pokiwał głową, jakby doskonale go rozumiał.

– Chciałem uciec na wieś do znajomych, ale to było daleko, potrzebowałem dobrego sprzętu… Więc reperowałem tę ciężarówkę, obmyślając, jak w niej uciec. I kiedy byłem pod nią, wtedy się zaczęło.

– Byłeś pod ciężarówką?

– Tak…

– Nie zgniotło cię?

– Nie…

– Nie zapaliła się? Nie wybuchła? – dziwił się.

– Nie…

– Więc jakim cudem…?

– Nie wiem – odparł Bator zgodnie z prawdą. – Nie wiem, jakim cudem. Byłem w garażu, pod ciężarówką, a kiedy zaczęło uderzać, to… No… zostałem tam…

Nie powiedział, że ze strachu nie mógł się ruszyć, że był jak sparaliżowany. Wcale nie był taki odważny. Utkwił tak na kilkanaście najstraszniejszych minut swojego życia.

– Potem chciałem wyjść, ale wkręciło mi ubranie, zacząłem się szarpać, ale było jeszcze gorzej… Byłem pewien, że mnie przygniecie, wołałem o pomoc, ale nikt nie słyszał, jak mogliby, przecież…

Oblizał suche wargi. Wspomnienia były zbyt ciężkie, zbyt ciężkie, żeby je relacjonować jak przebieg meczu.

– Wtedy przyszła fala uderzeniowa i zdmuchnęła ciężarówkę na ścianę razem ze mną, doczepionym do jej brzucha. Ciężarówka wylądowała na boku, a mnie… A mnie nic się nie stało. Wisiałem tak jakiś czas, aż w końcu pękł mi kombinezon i spadłem pod koła, do wnęki, gdzie trzymano kable. Leżałem w tych kablach, w tym zagłębieniu w ziemi, jak… jak w trumnie…

Niels nie odrywał od niego wzroku.

– Byłem wciąż w garażu, dach był rozerwany, spadały te kule ognia i lodu…

– Wiem, wiem… – powiedział cicho Niels takim tonem, jakby nie chciał, aby on już dalej opowiadał.

Bator umilkł. On też już nie chciał dalej mówić. W milczeniu zajęli się jedzeniem.

– Dotarłeś potem do tej wioski? – spytał Niels. – Do tej wioski twoich przyjaciół?

– Nie, wciąż do nich idę – powiedział. – Zostało mi się jeszcze sto kilometrów na wschód.

Niels podniósł głowę.

– Niedużo…

– Nie. A ty? Dokąd idziesz?

– Chciałem iść do miasta, sprawdzić, czy, no wiesz, ktoś przeżył…

Bator pokręcił głową.

– Nie idź tam.

– Dla…? – ale widząc jego minę, nie dokończył. – Jest aż tak źle? – zapytał tylko.

– Jest jeszcze gorzej.

Niels umilkł. Oparł się plecami o budę.

– No to już nie mam celu…

Bator patrzył na niego.

– Możesz iść ze mną, jak chcesz – zaproponował.

Niels spojrzał na niego.

– Chciałbym.

– To chodź. Lepiej iść we dwóch, niż samemu.

Tamten kiwnął głową. Po chwili zobaczył, że po jego brudnych policzkach znowu płyną łzy.

– Tak dawno z nikim nie rozmawiałem… – zaczął łamiącym się głosem. – A teraz aż mi gardło ochrypło.

Bator nic nie powiedział, tylko przełknął ślinę. On też był wzruszony, ale starał się to ukrywać. Nie był zbyt wylewny.

– Czy ty wyobrażałeś sobie, że to się tak skończy? Że my wszyscy…? – zaczął Niels.

– Nie… Ale chyba nikt sobie tego tak nie wyobrażał – odparł ponuro Bator.

– Jak myślisz, co to mogło spowodować? – zapytał Niels.

– Ale co konkretnie? Te kamienie, burza magnetyczna, lód z ogniem, wybuchy czy trzęsienia ziemi…? – wymieniał Bator.

– Wszystko.

– Nie wiem.

Niels popatrzył przed siebie.

– To jest jakieś diabelstwo…

Bator nie odpowiedział.

– Ten świat widocznie zasługiwał na karę, my wszyscy zasługiwaliśmy na karę i Bóg nas ukarał.

Bator milczał.

– A ty? Co myślisz?

Wzruszył ramionami.

– Wierzysz, że to Bóg nas ukarał?

– Nie wierzę w Boga, ani w innych bogów.

Niels wyglądał na zaskoczonego.

– To w co wierzysz? W przeznaczenie? W gwiazdy?

Bator zawahał się.

– W …nic.

– Każdy wierzy w coś.

– Ja już w nic nie wierzę – odparł. – Ja tylko chcę przeżyć.

– I co ci po tym, jak już przeżyjesz?

– Będę sobie żył spokojnie, aż…

– Aż umrzesz – dokończył Niels.

Bator czuł, że mężczyzna zaczyna go drażnić. Nic jednak nie powiedział.

– Wiesz, ja to się czasem zastanawiam, czy to czasem nie my zostaliśmy ukarani, my, ocaleńcy, a nie tamci, co zginęli – stwierdził Niels. – Ja… myślałem nawet o samobójstwie…

Bator pokiwał głową.

– Ale to byłoby za łatwe tak się poddać, co nie?

– Tak… – mruknął Bator.

– Poza tym ona by tego nie chciała…

– Kto? – zdziwił się.

– Moja dziewczyna, Lea… Ona…

Popatrzył w bok i przetarł oczy.

– Ona była bardzo wierząca, ona i cała jej rodzina. Zginęli razem w domu, przygnieceni kamieniami… I dlaczego ją Bóg nie ocalił, tylko mnie? Dlaczego nie ją? W końcu to ona była bliżej Niego, a ja…

Westchnął.

– Ale teraz, kiedy przyszło mi tu żyć, widzę, że to ona lepiej trafiła. Pewnie jest już w niebie, bez cierpień i łez, a ja… Ja jestem tu… sam. I myślę już tylko o tym, aby do niej dołączyć.

Ukrył twarz w dłoniach.

– Za nią tęsknię najbardziej… Najbardziej z wszystkich ludzi na całym świecie. Ona była taka dobra, tak mnie kochała, dla niej warto było się starać, walczyć… A teraz nie mam już nic, niczego… Myślałem, że może w mieście kogoś znajdę, ale…

Pokręcił głową.

– A ty? Miałeś dziewczynę? – spytał po chwili.

– Miałem, ale rozstaliśmy się, zanim się to wszystko zaczęło – odparł. – Pokłóciliśmy się, ona wolała zostać w mieście, ja uciekać na wieś, no i tak to wyszło…

Zapadła głucha cisza.

– Masz śpiwór? – spytał Bator, zmieniając temat.

– Mam – odparł Niels, sięgając do swojego plecaka. – Kładziemy się?

– No, można by – odparł. – Zazwyczaj staram się wstawać wcześnie, żeby, no…

– Żeby tego nie odwlekać niepotrzebnie – domyślił się Niels.

Bator spuścił głowę.

– Ta… Potem już nic się człowiekowi nie chce.

– Wiem coś o tym – mruknął Niels, wsuwając się w swój śpiwór.

Bator położył się w swój. Leżeli jeden obok drugiego, patrząc przed siebie. Żaden nie zamknął oczu.

– Wiesz, ja też czasami chciałem wziąć jakieś tabletki i ze sobą skończyć – powiedział cicho Bator.

Niels spojrzał na niego.

– I co cię przed tym powstrzymało?

– Bałem się…

Milczeli chwilę.

– Ja też się bałem – powiedział cicho Niels. – Cały czas.

Leżeli długo. Bator widział kątem oka, że tamten nie zasypiał. On też był zbyt podekscytowany tym spotkaniem, żeby zmrużyć powieki.

– Też nie możesz spać? – spytał go Niels.

– Nie…

Niels odwrócił się nieco w jego stronę.

– Myślisz, że jeszcze kogoś spotkamy?

– Skoro my się spotkaliśmy, to może i tak…

– Ale ty szedłeś cztery miesiące i spotkałeś tylko mnie…

– I tamtego szaleńca – dopowiedział.

– Czyli dwie osoby. To strasznie mało…

– Wiesz, ale ja omijałem miasta, wielkie skupiska ludzi. Tam jest… Tam jest nie do wytrzymania… Smród, ciała, chemikalia…

Niels spoważniał.

– A jeśli tam się pochowali?

– Nie wiem, kto normalny by tam został – stwierdził. – Ja na pewno nie.

Milczeli znów długo. Żaden się nie poruszył. Słychać było tylko jak zimny wiatr uderza w ich przybudówkę.

– Może to już koniec ludzkości? – powiedział naraz dziwnie Niels.

– Nie wiem czy koniec, skoro my jeszcze żyjemy – mruknął Bator.

– Ale my nie odbudujemy ludzkości. Co my zrobimy we dwóch?

– Może chociaż przeżyjemy jakiś czas… Znajdziemy sobie jakiś przyczółek na wsi. Może tam nie doszła fala uderzeniowa…

– Może…

Bator odwrócił się do niego plecami i zamknął oczy. Spróbował zasnąć, gdy nagle Niels zapytał o coś, o czym on myślał już od dłuższego czasu, ale nie chciał się do tego przyznać:

– Myślisz, że są jeszcze jakieś kobiety…?

Nie odpowiedział.ROZDZIAŁ II

Wyruszyli wcześnie rano. Niebo było wciąż granatowo-fioletowe.

– Te błyski wyglądają jak dziwne wyładowania atmosferyczne – powiedział Niels. – Tak jakby niebo było w jakiś sposób napromieniowane.

– Aby nas tylko nie zamieniło w zmutowane warzywa… – mruknął Bator.

– Myślę, że skoro żyjemy w tym syfie ponad cztery miesiące, i jeszcze mamy wszystkie zęby i włosy, to znaczy, że nie jest tak źle.

– Skutki mogą być długofalowe…

– A czy ty się szykujesz na długie życie? – spytał ironicznie Niels.

Bator uśmiechnął się ponuro.

Maszerowali w milczeniu. To ciche towarzystwo było dla niego czymś bardzo pocieszającym. Zerkał co jakiś czas na mężczyznę sprawdzając, czy on tam rzeczywiście jest, czy to na pewno nie był sen. Widział, że tamten też na niego patrzył.

– Nie mogę się przyzwyczaić, że ktoś jest obok – powiedział Niels.

– Ja też…

Uśmiechnęli się do siebie, jak na dany sobie wspólnie sygnał. To od razu podniosło go na duchu. Widział, że tamten też wyglądał na pokrzepionego. Tak przemierzyli wspólnie cały dzień.

– Zrobiliśmy dziś jakieś trzydzieści kilometrów – powiedział Bator, kiedy wieczorem siedzieli przy skromnym posiłku.

– To jutro już może tam dojdziemy – skwitował Niels. – Tam, do tej wioski.

Bator popatrzył na horyzont. Wszędzie były tylko pustkowia i porozrzucane domy, niczym zepsute zabawki.

– Raczej za dwa, trzy dni.

– Czemu nie chciałeś wejść do któregoś z tych domów na nocleg, tylko wolałeś zostać tu, przy tych skałach? – zapytał.

– Na początku wchodziłem do domów, ale…

Bator pokręcił głową.

– Potem stwierdziłem, że wolę otwarte przestrzenie.

– Hm… Ja byłem w niektórych domach – odparł Niels. – To stąd mam sprzęt, plecak, kurtkę…

– Widziałeś trupy?

– No tak… Ale czasem nie było nikogo.

– Ja już miałem dosyć.

– Nie dziwię ci się – stwierdził Niels.

Położył się w śpiworze.

– Dobrej nocy – powiedział Niels.

– Wzajemnie.

Bator wsunął się do swojego materaca. Tym razem zasnął od razu.

Następnego dnia ruszyli w dalszą drogę przez pustkowia. Nie forsowali się. Krajobraz powoli się zmieniał, przybywało nowych zabudowań. Bator prowadził ich teraz wąską ulicą pomiędzy spalonymi blokowiskami, starając się omijać wielkie centra handlowe, które były niemal wszędzie rozlokowane na tej ogromnej przestrzeni.

– Kończy mi się jedzenie – odezwał się w pewnej chwili Niels.

Zatrzymali się na placu otoczonym fontannami. Bator popatrzył wokół, ale nie było tu ani kropli wody, a ziemia wokół była spalona na popiół. Przy fontannie stały wspaniałe, marmurowe rzeźby przedstawiające piękne kobiety ubrane w zwiewne suknie z dzbanami wody. Niektóre z rzeźb leżały porozwalane i rozbite na kawałki, ale inne się ostały. Patrzył na ich zastygłe w kamieniu gładkie twarze o ślicznych obliczach.

– Już dawno nie widziałem czegoś tak pięknego – powiedział dziwnie Bator.

Niels stanął obok niego i popatrzył na rzeźby.

– Ja też…

Niels schylił się i podniósł odłupaną głowę rzeźby. Piękna kobieta spoglądała na nich z zalotnym uśmiechem.

– Wszystko jest takie brzydkie bez nich, co nie? Takie bez sensu…

Bator milczał. Pokazał palcem na najbliższy budynek.

– Możemy sprawdzić tam, czy jest coś do jedzenia – powiedział.

Niels odłożył głowę i ruszyli w tamtym kierunku. To był wielopoziomowy sklep spożywczy, połączony z galerią handlową, kinem, salami wirtualnymi z projektorami hologramowymi i basenami. Wszystkie rozrywki dla najbogatszych. Stanęli przed budynkiem i zadarli głowy.

– Ma jakieś pięćdziesiąt pięter – stwierdził Niels.

– Jak nie więcej – mruknął Bator.

– Patrz – powiedział Niels, pokazując na jakąś tabliczkę na budynku. – Wstęp tylko dla klasy „A Plus” po okazaniu certyfikatu genowego – przeczytał.

Spojrzał na Batora.

– Pamiętasz to…?

– Pamiętam – odezwał się posępnie.

– Jakie to było śmieszne… – skwitował Niels.

– Tak, śmieszne… – powiedział, chociaż wcale mu nie było do śmiechu.

W ostatnich latach szaleństwo ludzkie skłoniło najbogatszych właścicieli świata do ustanowienia klas obywateli z podziałem na tych, którzy mają gorsze geny i na tych, którzy mają lepsze, odpowiednio zmodyfikowane. Aby zmodyfikować sobie geny trzeba było oczywiście słono za to zapłacić, ale w zamian miało się dostęp do takich właśnie luksusów.

– Chodź – mruknął Bator, pierwszy przekraczając próg budynku.

Weszli do wspaniałego, szklanego niegdyś holu. Teraz wszystkie szyby były stłuczone, niektóre okna powyrywane, jakby ktoś siłą chciał się tu dostać. Albo wydostać.

– Spójrz, pewnie głodni ludzie chcieli się tu wedrzeć – powiedział Niels pokazując na rozrzucone stoły, kawały cegieł, gruzu i stertę kamieni zawaloną w holu.

– Może… – mruknął Bator.

Opuścił maskę tlenową i wciągnął powietrze nosem.

– Nie jest tu tak źle – skwitował.

Niels również zdjął swoją maskę.

– Może znajdziemy tu dodatkowe filtry – mruknął Bator. – Moje są już na wyczerpaniu.

– Moja maska też ledwo zipie.

– Słuchaj, rozdzielmy się – zaproponował Bator. – Ty poszukaj coś do jedzenia, a ja jakiś sprzęt, doba?

– Dobra

– Jak coś znajdziesz i będziesz chciał już wracać, albo jakby coś się działo… nieprzewidzianego… to krzycz, albo rzucaj kamieniami w te resztki szyb. Powinienem cię usłyszeć.

Niels kiwnął głową.

– O ile nie będziesz gdzieś na pięćdziesiątym piętrze…

Bator zorientował się, że to żart i uśmiechnął się lekko. Niels odparł takim samym uśmiechem. Oboje wiedzieli, że o żadnej windzie nie ma mowy. Nic nie działało.

– Dajmy sobie na to jakieś pół godziny, mniej więcej – powiedział Bator.

– Dobra, to na razie.

– Na razie – odparł.

Poszedł w kierunku sal gier. Tam nie spodziewał się znaleźć wiele trupów. W końcu kto normalny w czasie katastrofy szukałby schronienia w salonie z grami?

Rozejrzał się po ogromnym pomieszczeniu. Sala była pusta, krzesła poprzewracane, stoiska gier wywrócone. Były tu nawet kasyna. Na podłodze walały się monety, pieniądze, karty, biżuteria. Kiedyś drogocenne skarby, teraz niepotrzebne graty. Mijał to obojętnie. Zajrzał do otwartego sejfu wielkości małego domu, ale były tam tylko sztabki złota, żadnego sprzętu, który mógłby się na coś przydać. W sejfie leżało pokotem kilkanaście trupów, mężczyźni i kobiety. Mieli na sobie bardzo drogie stroje. Wyglądali, jakby pozabijali się wzajemnie. W ich zimnych, zaciśniętych pięściach, wciąż tkwiły noże i sztabki złota.

– Żałosne… – skwitował.

Zamknął sejf, aby smród nie wydostawał się na zewnątrz i poszedł dalej.

Popatrzył na innych stoiskach i tak przeszedł do części ubraniowej. Zerkał na wykwintne suknie i garnitury, na kosztowne ozdoby, drogie obuwie. Dalej był dział sportowy. Przystanął przy stoisku z koszulkami i bielizną. Coś go tknęło.

Rozejrzał się. Nikogo tu nie było, nie musiał się krępować, ale ten odruch jednak w nim pozostał. Zdjął swoją kurtkę, spodnie i rozebrał się do naga. Spojrzał na swoje ciało. Brzuch miał zapadnięty, a na nim długą, ciętą szramę powyżej pępka, która została mu po tym, jak w podwoziu ciężarówki wciągnęło mu ubranie. Popatrzył na rozmiary ubrań i założył czyste i schludne bieliznę, koszulkę, skarpetki i sportowe spodnie. Ze starych ubrań wyciągnął wszystkie drobiazgi, które miał w kieszeniach i przełożył je do nowego ubrania, a tamto kopnął pod regały. Wziął jeszcze szeroki pas i szelki, które miały miniaturowe kieszenie. Pomyślał, że zawsze może mu się to do czegoś przydać. Znalazł jeszcze nowe skórzane rękawiczki, czystą parę gogli i nowe buty z grubymi podeszwami, wiązane do połowy łydek. Były też kijki narciarskie i pomyślał, że może warto by zabrać jeszcze to, gdy wtem jego wzrok padł na ogromny bilbord przyklejony do ściany przymierzalni.

Bilbord przedstawiał naturalnej wielkości elegancko ubranego mężczyznę w rozchełstanej koszuli, a przy nim wdzięczyła się oszałamiająco piękna młoda kobieta. Smukłymi palcami dotykała odsłoniętej piersi mężczyzny. Ubrana w krótką sukienkę i wysokie szpilki stała dokładnie w takiej pozie, aby wszystkie swoje kształty dobrze wyeksponować. Jedną nogę miała uniesioną, powieki lekko spuszczone, usta rozchylone, a długie, ciemne włosy spływały na jej odsłonięte ramiona. Głowę miała zwróconą do mężczyzny, ale czarne oczy skierowała na widza. Bator zapatrzył się w nią. Miał wrażenie, że ona kogoś mu przypomina, że skądś ją zna, że jest w stanie przypomnieć sobie nawet jej imię, gdyby tylko dobrze wytężył pamięć… Zaraz jednak myśl mu umknęła. Potrząsnął głową i wrócił do szukania sprzętu.

W dalszej części działu sportowego znalazł kilka przydatnych linek, noże, haki i cały zestaw kurtek. Popatrzył na swoją kurtkę, znoszoną, rozerwaną i poplamioną, i postanowił ją także wymienić. Potem szukał jakiegoś sprzętu do oddychania i znalazł maski takie, jakich używali alpiniści. Porównał je ze swoją i stwierdzając, że te nowe są lepsze, swoją wyrzucił i zabrał te. Sprawdził tylko, czy filtry będą do niej pasować. Pasowały. Sprzęt, który udało mu się znaleźć, zapakował do osobnej torby, którą wziął z wystawy.

Wziął kilka tych masek i miał już wracać, ale przechodząc przez dział odzieżowy, minął znów bilbord z tą piękną, czarnowłosą dziewczyną. Popatrzył na nią dłuższą chwilę, bo nie dawało mu to spokoju. Wyciągnął rękę i palcami dotknął dłoni kobiety na zdjęciu. To było coś silniejszego od niego, jakieś wspomnienie które tkwiło w jego podświadomości, a które nagle zapragnęło wydostać się na powierzchnię jego umysłu. Spojrzał jej w oczy i wtem usłyszał jakiś dźwięk, jakby kroki w oddali. Wzdrygnął się i pospiesznie wrócił do holu.

Niels już tam na niego czekał z koszem pełnym puszek.

– A więc jednak znalazłeś coś – Bator powiedział na jego widok, ucieszony.

– Tak, a ty widzę przebrałeś się – zauważył Niels.

– Jest tam cały dział sportowy – powiedział, pokazując za plecami.

– To może ja też coś znajdę dla siebie.

Postawił kosz na ziemi i poszedł w tamtym kierunku. Bator w tym czasie obejrzał zawartość kosza. W puszkach znajdowały się kiszone plastry solonego mięsa i jakieś ukiszone warzywa.

– Nieźle – mruknął, przyglądając się etykietom.

„Eko-bio w czystej postaci” – informował napis.

Po chwili Niels wrócił w nowej kurtce i czystym ubraniu.

– Kto by przypuszczał, że będę się kiedyś zaopatrywał w sklepie dla najbardziej obrzydliwie bogatych – stwierdził wesoło.

Bator uśmiechnął się.

– Znalazłem tam też kilka noży – dodał Niels, pokazując na ostrza w specjalnych uchwytach.

– Ja mam tu cały sprzęt, podzielimy się po połowie – powiedział Bator, otwierając swoją torbę.

Uklękli na ziemi i rozłożyli wszystkie rzeczy. Zebrali po połowie jedzenia i po połowie sprzętu, każdy według swoich potrzeb.

– Dzięki za maskę – powiedział Niels, biorąc od niego nową. – Moja już do niczego się nie nadaje – stwierdził, zsuwając ją z szyi i wyrzucając za siebie.

– Jak to się stało, że znalazło się tu tyle jedzenia? – spytał Bator, otwierając nożykiem pierwszą puszkę.

– W samym sklepie nie było niczego, tylko puste półki i już trochę zwątpiłem – powiedział Niels. – Potem przeszedłem dalej, do magazynów, ale tam też pusto. Na końcu znajdował się jakiś sejf, albo coś takiego, zamykane na odcisk palca. Pomyślałem sobie, co takiego może robić sejf w magazynie na żywność?

– I jak to otworzyłeś? – zdziwił się, żując mięso.

– Tym – powiedział Niels, pokazując na łom, który miał w plecaku. – Nie raz już uratował mi życie.

Bator wziął łom do ręki i obejrzał.

– Niezły. Mnie też by się taki przydał – stwierdził.

– Znalazłem w sklepie ze specjalistycznym sprzętem, ale to było dwa miesiące temu – wyjaśnił.

– I tym łomem rozwaliłeś sejf? – spytał, podając mu narzędzie.

– Tak, choć był już trochę zgnieciony, spadł na niego wielki kawał betonu. Nie złamał się, ale wgniótł. Z ciekawości zacząłem wyłamywać mu drzwiczki, a tam… prawdziwe skarby.

– Czyjeś żelazne zapasy na czarną godzinę – stwierdził Bator.

Przez chwilę oboje jedli w ciszy.

– Widziałeś jakieś trupy? – spytał po chwili Bator.

– Tak, sporo… Zwłaszcza przy żywności. Były tam szklane ściany, grad musiał zacinać, bo wszystkie były potłuczone. Ludzie padali jak muchy. Głównie młodzi…

Bator spuścił głowę i zajął się jedzeniem.

– A ty widziałeś…? – spytał Niels.

– Paru bogaczy, którzy pozabijali się o sztabki złota.

Niels parsknął śmiechem.

– Śmieszne.

– Wiem – powiedział Bator.

– Żeby w takiej chwili zabijać się o złoto… – powiedział zamyślony.

Bator wzruszył ramionami.

– No cóż, w końcu to był ich bóg, złoto – dodał Niels.

Bator nic na to nie odpowiedział.

– Słuchaj, tu są przecież apartamenty mieszkalne, prawda? – zagadnął naraz Niels.

– No?

– Może zamiast koczować na ziemi, przespalibyśmy w czyimś królewskim łożu?

– O ile nie będzie zajęte… – mruknął.

– To sprawdzimy.

Bator pomyślał, że w sumie nie był to zły pomysł.

– Dobra, to chodź.

Podnieśli się, spakowali swoje rzeczy i ruszyli do awaryjnej klatki schodowej. Stanęli przed podwójnymi drzwiami. Bator otworzył je i…

– Ech, o ile przejdziemy… – powiedział, widząc, że przejście zawalone jest wielkimi kawałami gruzu.

– A niech mnie… Chyba nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł – mruknął Niels, pokazując na coś.

Spomiędzy wielkich kawałów betonu widać było ludzkie ciała. Popatrzyli niepewnie.

– Nie, oni chyba uciekali z góry – stwierdził Bator. – Widzisz, wszyscy w eleganckich ubraniach. Zbiegali z pięter, a na samym końcu zawaliła się na nich konstrukcja…

– Zmiażdżyło ich.

– Tak…

– A byli już tak blisko… – mruknął Niels.

Stali, wciąż patrząc na to skupisko gruzu i ciał. Niels westchnął.

– Wiesz co, mnie się odechciało wspinać do apartamentów – powiedział.

– Może znajdziemy sobie jakiś inny nocleg – zaproponował Bator. – Tu jest całe centrum handlowe, na pewno są tu jakieś hotele.

– Dobra.

Ruszyli do wyjścia. Wyszli na ulicę i Bator rozejrzał się w obie strony jak zawsze, gdy wchodził na jezdnię.

„Głupi nawyk” – skarcił sam siebie. „Przecież już nie ma samochodów…”

– Może tam, patrz – powiedział Niels.

Pokazał mu na hotel stojący na rogu ulicy. Na jego szczycie stał złoty byk bez głowy. Na jego rogi nadział się kawał skały i odłupał głowę wraz z rogami, które leżały teraz na chodniku.

– Złoty cielec obalony – skwitował Niels z uśmiechem.

Bator nie bardzo rozumiał, co miał na myśli. Niels spojrzał na niego, a widząc jego minę, wyjaśnił:

– Złoty cielec, bóg pogan, stracił głowę, widzisz?

– Może… – mruknął.

– Ty nie jesteś zbyt religijny, co?

– Mówiłem ci przecież – odparł.

– No tak…

Niels zerknął na niego krótko.

– Dobra, chodźmy – powiedział Bator.

Weszli do holu i zastali tam makabryczny widok. Dziesiątki ciał leżały jedne na drugich, zupełnie, jakby ktoś ułożył z nich zaporę. Cofnęli się. Bator szybko założył maskę na twarz.

– Właśnie dlatego wolę unikać budynków i spać na otwartej przestrzeni – powiedział. – Często można napotkać tu taki widok.

Niels wyglądał na zszokowanego.

– Ale dlaczego…? Te ciała… Przecież to wygląda, jakby specjalnie ktoś je tak ułożył.

Spojrzał na niego

– Może ktoś tu jest?

I nie czekając na jego odpowiedź, zawołał głośno:

– Hej! Jest tu ktoś?

Odpowiedziała mu cisza. Bator rozejrzał się.

– Jest tu ktoś? – zawołał ponownie Niels. – Mamy sprzęt i jedzenie, możemy wam pomóc! Halo!

– Tu nikogo nie ma – powiedział Bator.

– To dlaczego te trupy leżą podsunięte do ściany? Sami się przecież tak nie ułożyli…

– Nie wiem, dlaczego – odparł Bator. – Tu jest wiele takich rzeczy, których nie wiem i nie rozumiem.

Popatrzyli jeszcze raz na ciała.

– W dodatku wydają się nietknięte… – dodał, podchodząc bliżej.

Bator poczuł dreszcz na plecach.

– Czekaj, nie zbliżaj…!

Nie dokończył. Zza kupy ciał nagle wyskoczył ogromny kojot, taki, jakiego nigdy przedtem nie widział. Wielkie, sterczące uszy położył po sobie, wyszczerzył żółte kły i warknął na Nielsa. Ten cofnął się raptownie, potknął się o gruz i wylądował na plecach. Kojot skoczył na niego, ale Bator był szybszy. Błyskawicznie dobył karabin i strzelił mu prosto w łeb. Kojot zawył i padł martwy. Huk wystrzału poniósł się echem po całym opustoszałym placu.

– Nic ci nie jest?! – zawołał na Nielsa.

Mężczyzna odczołgał się gwałtownie od martwego cielska.

– Co…? Nie, nie… – powiedział trzęsącym się głosem. – Ale ogromny…

Bator pomógł mu wstać. Widział, że Niels był szary na twarzy.

– Nie ugryzł cię?

– Nie zdążył…

Spojrzał na niego.

– Ale go załatwiłeś – powiedział z podziwem. – Gdzie się tak nauczyłeś strzelać?

– Tu i tam… – odparł zdawkowo.

– Byłeś wojskowym? – dopytywał Niels.

– Dziadek kiedyś brał mnie na polowania, jak jeszcze można było wchodzić do lasów bez przepustek…

– Ach… Stare dzieje – mruknął Niels.

– Tak… I potem jak byłem dorosły trochę sobie ćwiczyłem z kolegami na strzelnicy, ale to nic takiego…

– Nic takiego…

Niels parsknął śmiechem. Klepnął go w ramię.

– Nic takiego, co? Uratowałeś mi życie!

– Daj spokój… – mruknął Bator, czując, że robi mu się gorąco.

– Nie przesadzam, chciał mi się rzucić do gardła.

– Pewnie miał już dosyć padliny – mruknął Bator.

Podszedł do zwierzęcia i sprawdził czy żyje, ale było martwe. Spojrzał na Nielsa.

– Słuchaj, myślisz o tym samym co ja?

Niels uśmiechnął się szeroko.

– Poszukam czegoś do palenia.

***

Zrobili sobie wielkie ognisko na środku placu przy nieczynnej fontannie. Do palenia użyli mahoniowych krzeseł, które zabrali z sali konferencyjnej w hotelu. Przynieśli też stół i dwa rozkładane fotele, na których można było spać.

– Prawdziwy biwak – skwitował Niels.

Bator, który dokładał połamane nogi krzeseł do ognia, spojrzał na niego z uśmiechem. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuł przypływ nadziei.

Mięso kojota piekło się na rusztowaniu nad ogniem. Słychać było wesołe skwierczenie, a do ich nozdrzy dolatywał zapach, który przyprawiał o zawrót głowy.

– Dobra, starczy tego, bo już mi się żołądek skręca – powiedział Niels, wstając ze swojego fotela.

– Czekaj, musi się dobrze wysmażyć, nie wiadomo gdzie on łaził i co jadł – powiedział Bator, sprawdzając małymi widełkami mięso.

Niels uklęknął przy ognisku obok niego.

– Gdzie ty się tak nauczyłeś obrabiać mięso zwierząt? – spytał.

– Patrzyłem, jak to robili moi znajomi na wsi – odparł. – Wiesz, z głodu człowiek jest w stanie wszystko zjeść.

– Tak… – mruknął Niels, poważniejąc.

– Chyba będzie – stwierdził po chwili Bator. – Dawaj talerz.

Zaopatrzyli się nawet w sztućce i serwetki, które zabrali z wykwintnej restauracji. Bator podzielił mięso na dwie równe części i rozłożył widełkami na talerzach. Do tego mieli jeszcze puszki z kiszonymi warzywami, a Niels znalazł wino, prawdziwe, nie syntetyczne, w barku restauracji. Nalał im obu do srebrnych pucharów.

– Ale będzie uczta – powiedział, biorąc od niego swój talerz.

Usiedli przy stole i spojrzeli na jedzenie, a potem na siebie.

– Ty uwierzyłbyś, że będziesz sobie kiedyś jadł srebrnymi sztućcami na srebrnym talerzu pijąc najdroższe wino ze srebrnego pucharu? – powiedział wesoło Niels.

– Nie – odparł Bator. – Tak samo jak nie przypuszczałbym, że moim posiłkiem będzie kojot….

I nagle zrobił coś, czego już dawno nie robił. Roześmiał się. Niels zaśmiał się po nim. Sam nie wiedział, z czego się śmieją. Byli jak dzieci, które cieszyły się, że znalazły skarb.

Bator wbił widelec w mięso, ale wtem spostrzegł, jak Niels składa ręce do modlitwy i zamyka oczy.

– Dziękujemy ci, dobry Boże, za ten posiłek – powiedział na głos.

Bator wstrzymał się z jedzeniem.

– I szczególnie dziękuję ci za mojego przyjaciela, Batora, który dziś uratował mi życie.

Bator spoważniał. Powoli opuścił widelec.

– Prosimy cię, miej nas w swojej opiece i pomóż nam odnaleźć innych ludzi, którym będziemy mogli służyć pomocą. Amen – zakończył.

– Amen – powtórzył po nim Bator.

Niels spojrzał na niego wesoło.

– A więc jednak jesteś trochę religijny – przyłapał go.

Bator prychnął i wbił zęby w kawałek mięsa. Mięso było twarde, łykowate i trzeba było je długo żuć, ale syciło bardziej niż wszystkie konserwy razem wzięte.

– Dziś pierwszy raz zasnę z pełnym brzuchem – powiedział Niels. – Nie mogę w to uwierzyć. Myślałem, że umrę z głodu zaraz pierwszego dnia, ale Pan podtrzymywał mnie, pomagał mi przetrwać… To takie dziwne…

Bator upił łyk wina. Było mocne i szybko uderzało do głowy. Nie chciał się upijać. Alkohol odwadniał, a oni nie mieli wiele wody do picia.

– Tak się cieszę, że na ciebie natrafiłem – powiedział Niels w przypływie szczerości. – Gdyby nie ty, to nie moglibyśmy tu teraz siedzieć jak lordowie i popijać wino, najadłszy się mięsa do syta.

Bator spojrzał na niego. Widział, że i jemu wino uderza do głowy. Uśmiechnął się lekko.

– To jest mój najszczęśliwszy dzień, odkąd… Od wtedy – powiedział Niels.

Bator pokiwał głową

– Mój też – zgodził się.

– A myślałem, że… A myślałem, że już nigdy nie będę szczęśliwy… – powiedział nagle łamiącym się głosem.

Odstawił puchar i otarł łzy.

– Myślałem, że już tylko czeka mnie samotność i powolna śmierć.

Bator patrzył na niego ze zrozumieniem.

– A Bóg zesłał mi przyjaciela, na którego sobie nie zasłużyłem – powiedział znów łzawo. – Mój bracie…

Bator drgnął. Nikt go tak jeszcze nie nazywał.

– Mój bracie, jesteś moim bratem… – powiedział Niels, klepiąc go po barku.

– Ty sobie już chyba za dużo wypiłeś, co? – powiedział Bator, obracając jego słowa w żart, ale był bardzo poruszony tym, co przed chwilą usłyszał.

Niels zaśmiał się lekko.

– Przydałoby się nam jeszcze jakieś towarzystwo, co nie? – powiedział naraz wesoło.

– Jakie?

– Wiesz, jakie…

Bator uśmiechnął się z rozmarzeniem.

– No tak… – mruknął.

– Ale na razie mamy tu takie ślicznotki…

Niels schylił się i podniósł na wpół rozerwany korpus wyrzeźbionej kobiety wraz z głową i jednym ramieniem uniesionym do góry. Postawił rzeźbę na oparciu fotela, tak że ręka kobiety zagarniała mu ramię. Subtelna niewiasta spoglądała na niego zalotnie.

– Pani pozwoli… Może pani dołączy do mnie? – zagadnął do rzeźby. – Mamy tu wino i przekąski… Nie namawiam, ale wydaje mi się pani dość samotna…

Poruszył trochę figurką, tak jakby ona mówiła „tak”, a jej dłoń zaczęła głaskać go po głowie. Bator parsknął śmiechem na ten widok.

– Ależ droga pani, cóż to za frywolność? Ja nawet nie wiem, jak ma pani na imię… – zagruchał. – Chyba jest pani bardziej samotna ode mnie…!

Znów poruszył figurką. Robił to tak komicznie, że Bator roześmiał się w głos.

– Ma pani jakieś koleżanki? – zagadnął znów do figury. – Koledze też by się przydało towarzystwo… – dodał, spoglądając na Batora.

Nachylił się tak, jakby słuchał jej odpowiedzi. Potem zerknął porozumiewawczo na Batora.

– Jest dość nieśmiała… – szepnął teatralnie.

Bator pokiwał głową.

– Ale mówi, że znajdzie się i dla ciebie śliczna panienka…

Bator uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał, a zamiast radości, pojawił się smutek. Niels jeszcze chwilę udawał, że rozmawia z rzeźbą, ale gdy spostrzegł, że Bator już nie reaguje, odłożył figurkę.

– Fajnie sobie pożartować – powiedział. – Ale jest jak jest…

I on już spoważniał. Popatrzyli w milczeniu na płonące kawałki drewna.

– Dziękuję ci – powiedział naraz Bator.

Niels spojrzał na niego zdumiony.

– Za co? – zdziwił się.

– Za ten teatrzyk – powiedział poczciwie. – Dawno już się tak nie uśmiałem.

Niels pokiwał głową.

– Jeszcze mamy w sobie resztki człowieczeństwa… – powiedział naraz dziwnie.

Bator nie odpowiedział. Smutek w jego sercu zaczął się pogłębiać, jakby wysysał z niego całą poprzednią radość. Ta wesoła chwila była czymś najpiękniejszym co przeżył od czasu katastrofy. Ale i ta wesoła chwila musiała minąć, a świat nadal znów był ponury, złowieszczy i niebezpieczny. Spojrzał w niebo. Fioletowe błyski migotały złowrogo. Zrobiło się już bardzo ciemno. Czuł, że drapie go w gardle, a oczy go pieką, ale nie od dymu z ogniska.

– Położę się już – powiedział cicho.

Rozłożył swój fotel, wsunął się w śpiwór i zamknął oczy.

– Dobranoc, Bator – powiedział Niels. – I jeszcze raz dzięki…

– Nie ma sprawy. Dobranoc.

Przed snem odtworzył sobie w pamięci twarz pięknej dziewczyny z bilbordu i westchnął głęboko.

***

Znów śniły mu się drzewa. Spacerował wśród nich, dotykając szorstkiej kory. Słyszał szum liści w górze i czuł zapach leśnego wiatru. Wtem spostrzegł między drzewami jakąś osobę. Natychmiast ją rozpoznał. Zaczął iść w jej stronę. Ona spojrzała na niego wystraszonymi, dużymi oczami, ale zaraz odwróciła się i zaczęła uciekać. Miała na sobie tę samą sukienkę i wysokie szpilki.

– Zaczekaj! – zawołał, goniąc ją. – Zaczekaj!

Biegł coraz wolniej, coś go hamowało. W nogawki wplątały mu się kłujące krzewy. Chwyciły też jego koszulkę, która zaczęła się wkręcać. Wrzasnął ze strachu. Piękna dziewczyna zatrzymała się i obejrzała się na niego. Jej długie włosy zafalowały wokół twarzy. Wyciągnął do niej rękę. Chciał ją dosięgnąć, ale była za daleko. Czuł, że jest wciągany coraz bardziej. Siłował się, ale naraz drzewa zagrodziły mu drogę. Próbował rozerwać dwa pnie ze sobą. Wsunął ramię przez otwór. Czuł, że palcami dotyka jej dłoni…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij