Batory szuka lądu - ebook
MS Batory — polski transatlantyk, który wszedł do służby w 1936 roku — w czasie II wojny światowej przeszedł niezwykłą próbę. W barwach aliantów przewoził żołnierzy i materiały wojenne, uczestnicząc w niebezpiecznych operacjach morskich. Nazywany „Lucky Ship”, szczęśliwie przetrwał wojnę, w przeciwieństwie do swej bliźniaczej jednostki — MS Piłsudski, zatopionego już w listopadzie 1939 roku.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18822-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nieopodal cumował „Dar Pomorza”. Przypłynął widać tylko co z rejsu, bo burty tu i ówdzie naznaczone są jeszcze świeżymi plamami farby pokrywającymi liszaje od morskiej wody, a twarze chłopców uwijających się po pokładzie spalone są na brąz słońcem i wiatrem – opalenizną, którą można nabyć jedynie na otwartym morzu.
Przycupnęła więc „biała fregata” tuż za czarną rufą „Batorego”, przysparzając radości zebranej na molo wczasowej gawiedzi, mogącej z bliska obejrzeć legendarny żaglowiec liczący niemal tyle lat, ile polska marynarka na Bałtyku. Tej samej gawiedzi, która przed chwilą za jedyne pięć złotych obejrzała dokładnie jego wnętrze. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na tle białych burt fregaty – i jeszcze jedno, o tu, na tle czarnych blach poszycia dziobowej części kadłuba. Uważajcie, kolego! W kadrze musi się znaleźć nazwa statku, a najlepiej aparat ustawić tak, by litery „Batory” były tuż nad głowami, a jeszcze lepiej, gdy klisza utrwali też fragment tej grubej liny.
Kiosk z biletami przy trapie pracuje pełną parą. Piątka! Tylko jedyna piątka! Za pojedynczą monetę można zwiedzić sanktuarium kapitanów na piętrzącym się mostku, można dotknąć koła sterowego o wyślizganych setkami rąk szprychach. Można z bliska obejrzeć tysiące innych rzeczy, o których istnieniu nie śniło się nawet szczurom lądowym. A gdy ktoś ma łut szczęścia, to za kilkadziesiąt złotych spędzi noc w kabinie okrętowej, a przed położeniem się do łóżka wypije kielicha w barze dawnej pierwszej klasy. Koniec z ekskluzywnością, koniec ze szczęśliwymi wybrańcami losu. Dziś może tego dostąpić każdy!
Przywiązany grubymi cumami lin, spięty dziesiątkami żelaznych stopni trapów z lądem stoi „Batory” opuszczony przez załogę.
Los wysłużonego, wycofanego z obiegu statku jest zawsze jednaki: basen w stoczni remontowej, demontaż urządzeń i bezlitosny syk palników tnących kadłub na bloki złomu. Czyżby w tym wypadku inne względy przeważyły chłodne wyrachowania stoczniowców? A jeśli tak – to w takim razie co? Sentyment? Przywiązanie? Presja opinii publicznej?
Chyba wszystko po trochu. Gdy prasa przyniosła wiadomość o konieczności zastąpienia wysłużonego „flagowca” inną, bardziej nowoczesną jednostką, wszystkim na usta cisnęło się pytanie: a co z „Batorym”? Okazało się wtedy, że statek nie stanowi jedynej własności armatora – Polskich Linii Oceanicznych. Prawa do współdecydowania o jego losie domagali się wszyscy. I ci, którzy odbywali na jego pokładach rejsy, i ci, którzy znali go jedynie z nabrzeży Portu Morskiego, i ci, którzy nigdy go nie widzieli, ale dla których stanowił symbol polskiej bandery na oceanicznych szlakach.
W publikacjach prasowych, w audycjach radiowych i telewizyjnych przewijał się jeden motyw – tradycje biało-czerwonej bandery nie pozwalają, aby statek w znacznej mierze tworzący tę historię miał ulec zagładzie.
Tradycje. Złożyły się na nie całe lata morskiej służby. Trzydzieści pięć zim, wiosen i jesieni spędzonych na morzach i oceanach. Setki rejsów wzdłuż i wszerz Atlantyku. Setki tysięcy wacht odmierzanych na mostku, baku i w maszynowni. Dziesiątki tysięcy pasażerów zapełniających tłumnie salony, bary, sale dancingowe.
Dla wielu z nich pokłady „Batorego” stanowiły pierwszy kontakt z Polską. Dla wielu – były skrawkiem ojczyzny. „Godny ambasador swego narodu” – powtarzano w portach całego świata.
Tradycje polskiej bandery! To także te lata, kiedy zgiełk bitew przewalał się nad lądami i morzami. To pięć lat morskiej służby, o których niewiele wiedzą zwiedzający „Batorego”. Był przecież statkiem pasażerskim – jaki więc mógł być jego udział w zmaganiach narodów obydwu kontynentów? Czymże mogła być jego służba wobec okrętów wojennych opromienionych nimbem wspaniałych zwycięstw i bohaterskich akcji? Jedynymi przecież zwycięstwami załogi „Batorego” było doprowadzenie statku do portu przeznaczenia.
A jednak. Bo przecież nie byłoby tamtych zwycięstw, gdyby nie mordęga konwojów, gdyby nie krwawe zmagania ze sztormami, z własną słabością. W tym szarym, niepozornym ciągu wypadków i zdarzeń towarzyszących każdemu rejsowi lat wojennego trudu tkwiło właśnie bohaterstwo zasługujące na najwyższą chwałę i wdzięczność walczących. Owi marynarze zasłużyli na nią stokroć.
Cóż my dziś o nich wiemy? Niewiele. Nie znamy nawet większości nazwisk ludzi tworzących tę część historii „Batorego”. Z nielicznych relacji i lakonicznych zapisków trudno oddać ciąg zdarzeń tamtych pięciu lat.
Przyłączmy się do zwiedzających. W hallu, na wysokości całej ściany, widnieje portret polskiego króla – przytłumiona czerwień kontusza wkomponowana w ciepły brąz tła. Przed tym wizerunkiem czarni żołnierze wojsk kolonialnych pochylali się w głębokim ukłonie.
Na prawo wąski korytarz prowadzi do sekcji kabinowych. Nie było wtedy puszystych chodników i drewnianych boazerii. Tupotały natomiast buciory żołnierzy kanadyjskich, angielskich i francuskich poderwanych sygnałem _Action stations_!¹ Salon po lewej i tamte pomieszczenia bliżej dziobu też mieściły piętrowe prycze. Na pokładach, przyśrubowane ciężkimi podstawami, tkwiły stanowiska artylerii.
Mostek… Zmieniło się na nim pięciu kapitanów. Na skrzydłach dzień i noc stały wachty obserwacyjne, penetrujące bez przerwy kipiącą topiel wody. Z mostku szły komendy do maszyn, do stanowisk artylerii, do ludzi obsługujących mechanizmy wind.
Pokład dziobowy – bak. Pociągnięty czystą farbą kryje puste luki ładowni. Nad nimi – ramiona dźwigów, bomy. Podciągnięte do góry, zaknagowane plątaniną lin, już nigdy nie będą pochylały się w głąb luków. Wtedy ładownie przewoziły setki ton sprzętu wojennego, ukrytego pod pokładem zastawionym czołgami.
Pokład szalupowy, słoneczny, spacerowy. Sekcje A, B, C, D. Plątanina korytarzy, schodów, ciasnych pomieszczeń i przestronnych sal. Czternaście tysięcy osiemset siedem ton wyporności. Dziś pod rufą śruby powoli obrastają zielonym szlamem. Łańcuchy kotwiczne, zwinięte na braszpilach, pokrywają się rdzą. Schody dwóch trapów – solidnych, nie tamtych, ale specjalnie przystosowanych do lądowej służby „Batorego” – skrzypią pod nogami zwiedzających.REJS NUMER 39
Na nabrzeżu było niewiele osób – kilku urzędników z GAL-u w ciemnych ubraniach i zwykły przy takiej okazji tłumek gapiów.
Portowa orkiestra grzmiała marszem. Z polera ześliznęła się ostatnia cuma, dwukrotny ryk syreny przygłuszył na moment grzmienie trąb i bębnów. Biała plama spienionej śrubami wody powoli wydłużała się za rufą, układając się w warkocz kilwateru. Na pokładzie spacerowym nieliczni pasażerowie machali chusteczkami w stronę lądu. Transatlantyk powoli oddalał się od nabrzeża. Lekka bryza wypełniła kolorowe szmatki gali flagowej i banderę na rufie. O kilkadziesiąt metrów od brzegu „Batory” zaprezentował się w pełnej krasie, defilując całym majestatem burty.
Ceremonia pożegnania statku dobiegła końca, Leon Wyszke składał klarnet do futerału.
– No to koniec na dzisiaj. Przy tym upale trudno z płuc wykrzesać powietrze.
Mazur nie odpowiadał. Szli chwilę w milczeniu. Mimo pięknej, letniej pogody ruch na ulicach był niewielki. O ile jeszcze dziesięć dni temu plaże, pensjonaty, lokale i bary trzeszczały w szwach, to od kilku dni Gdynia opustoszała. Ogłoszona mobilizacja oraz pojawienie się nad portem Marynarki Wojennej niemieckiego samolotu wywołały w tym beztroskim, kolorowym tłumku nastroje graniczące z paniką. Jazgot działek przypomniał, że alarmujące wieści nadchodzące z głębi kraju zwiastują tym razem groźbę konkretną. Niemcy. Nie widać ich tego lata w Gdyni, ale przecież obecność ich wyczuwa się na każdym kroku. Wczoraj samolot, co będzie jutro? Niedaleki Gdańsk, rozwrzeszczany _Parteitagami_, krwawy od flag i brunatny od mundurów, kładł się ponurym cieniem na Gdynię.
Wyszke i Mazur minęli skwer, skręcając w lewo, w Świętojańską. Klarnecista przerwał milczenie:
– Dzieci już przyjechały?
– Spodziewamy się ich jutro. Wysłałem depeszę do matki. – Chwilę zastanawia się. – Chociaż nie wiem, czy robimy dobrze. Zawsze tam u babci bezpieczniej. Ale Irka chce mieć dzieci przy sobie… Dostałem kartę mobilizacyjną – dodaje po chwili.
– Będziesz grał wojskowe marsze na defiladach.
– Nie, Leon. – Zatrzymali się, by przepuścić samochód. – Nie. Przyjechała wczoraj siostra żony z Gdańska. Jej mąż pracuje na Poczcie Polskiej. Tam naprawdę szykują się do wojny. Opowiadała, że nie ma dnia, by nie zniszczono polskich skrzynek pocztowych, by nie napadnięto kogoś na ulicy. Tam się już wyczuwa wojnę.
– Tak – Wyszke kiwa głową. – Ale nie jesteśmy przecież bezbronni. Mamy silną armię, mamy okręty, mamy lotnictwo… Nie masz racji, Janek. To się na pewno skończy ugodą i za miesiąc będziemy się z tego śmiać. Hitler nigdy nie zdecyduje się na wojnę. Wie, że mamy za sobą Anglię i Francję, wie, że…
– A widziałeś, co dzieje się w porcie? – Mazur przerwał mu w pół słowa. – Widziałeś? Ani jednego statku na redzie, pusto. W basenie węglowym jeden jedyny Grek i to tak się spieszy z załadunkiem, jakby mu się pokład palił pod nogami. Zresztą, którego dziś mamy? Dwudziestego czwartego, tak? A kiedy według planu miał odpłynąć „Batory”? Dwudziestego ósmego! A „Sobieski”? Odpłynął dwa tygodnie wcześniej! A inne? Ledwo zawiną, zaraz ładują bunkier i jazda z powrotem! A to, że rodziny tych wszystkich ministrów i dyrektorów spakowały w połowie miesiąca manatki w Juracie i Jastarni, to też nic? W środku sezonu i przy takiej pogodzie?
Wyszke milczy. To, co mówi Mazur, jest jasne i oczywiste. Wie o tym równie dobrze jak i on. Przypomniał mu się teraz syn, podporucznik Marynarki Wojennej, który cztery dni temu na gwałt pakował swój worek. Jakby odgadując, Mazur pyta:
– A jak tam Paweł? Jeszcze na urlopie?
– Nie, cofnięto im przepustki. Wyszli już w morze…
Tymczasem „Batory”, minąwszy lewą burtą trawers latarni na Helu, wziął kurs na północny zachód. Stewardzi kończyli rozmieszczanie bagażu, pasażerowie rozlokowywali się w kabinach. Niewielu ich było w tym rejsie – grupa Polonii amerykańskiej powracająca z wakacji w kraju, kilku Anglików i Szwedów. GAL obiecywał wprawdzie trochę pasażerów w Kopenhadze i portach angielskich, ale to i tak nie zapowiadało kompletu.
Pogoda była upalna. Na pokładzie słonecznym – _sun decku_ – ustawiono leżaki, rozpięto markizy i większość pasażerów opalała się.
Dowódca statku, kapitan żeglugi wielkiej Eustazy Borkowski, jak zwykle rozpoczął rejs instrukcją dla oficerów:
– Proszę panów, w chwili obecnej jesteśmy cząstką Polski i choć niewielka to cząstka, godnie musimy reprezentować dobre imię naszego narodu…
Kapitan Borkowski, zwany „Szamanem Morskim”, był jedną z najbarwniejszych postaci żeglugi pasażerskiej. Należał do tej nielicznej już grupy starych kapitanów, którzy morską karierę rozpoczynali jeszcze przed pierwszą wojną światową. Wychowanek szkoły morskiej w Odessie, lata całe spędził na żaglowcach w czasie, gdy na statkach panowała atmosfera, jaką znaleźć można było jedynie we wspomnieniach starych wilków morskich. „Pierwszy po Bogu” dowodził jednostką według własnych ocen i przyzwyczajeń. Załogę traktował jak swą własność, a wspólnie spędzane lata narzucały marynarzom piętno jego osobowości.
Znaczenie kapitana zostało podważone przez zastąpienie żagli maszyną, ale przyzwyczajenie z czasów, gdy pierwsze i ostatnie słowo na statku należało do dowódcy, trwało wśród załóg jeszcze długo. Takich kapitanów otrzymały pierwsze polskie transatlantyki. Jednym z nich był Eustazy Borkowski.
Przydomek „Szaman Morski” zyskał dzięki niezwykłym misteriom, jakie zwykł celebrować przy każdej okazji. Bowiem „Szaman Morski” uważał za główny obowiązek kapitana „czarowanie pasażerów”, opierając się na naukowej zasadzie, że „to, co daje nam szczęście, nie jest fikcją”.
Ale tym razem w kabinie nawigacyjnej brak było tej beztroskiej atmosfery. Ostatnie dni spędzone w porcie zwiastowały nieuchronne zbliżanie się czegoś groźnego i choć nikt jeszcze nie wypowiedział słowa „wojna”, to przecież cisnęło się ono na usta każdemu z oficerów siedzących teraz w fotelach kabiny nawigacyjnej. Kapitan Borkowski szybko skończył odprawę. Lepiej niż reszta wiedział o nadchodzącej groźbie wojny. Podczas konferencji w GAL-u przedstawiciel Departamentu Morskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu nie ukrywał poważnych obaw. Ba, z informacji składanej przez oficerów z Dowództwa Floty wynikało, że jest ona nieuchronna i rozpoczęcia działań należy się spodziewać lada dzień. „Szaman” wychodził z biura z przekonaniem, że w jego życiu coś się rwie, psuje, że zaczyna się panoszyć chaos. Bo mimo pozorów lata morskiej praktyki nauczyły go rozumować ściśle, z matematyczną dokładnością. I ta właśnie matematyka zaczynała zawodzić. Wsiadając do „Forda”, raz jeszcze usiłował uporządkować myśli, które chaotycznie cisnęły mu się do głowy. I stwierdził ze smutkiem, że wielu rzeczy nie jest w stanie zrozumieć i pojąć.
Potem wszystko potoczyło się piorunem. Nagła decyzja odpłynięcia, wręczenie szarej, zalakowanej koperty i pośpiech, z jakim niemalże wypchnięto statek na morze. Siedząc teraz w swojej kabinie, raz jeszcze usiłował przeprowadzić analizę ostatnich wydarzeń.
Na biurku piętrzyły się stosy papierzysk, ale „Szaman” nawet nie spojrzał w tym kierunku. Nie wyciągnął też ręki po filiżankę kawy, która parowała przed nim na stole. Myślał o statku. Myślał, jaki los czeka tę chlubę polskiej żeglugi pasażerskiej.
Istotnie, „Batory”, wybudowany zaledwie przed czterema laty we włoskiej stoczni Cantieri Riuniti dell’Adriatico w Monfalcone, był statkiem niezwykle udanym, a jednocześnie jednym z najnowocześniejszych transatlantyków w swojej klasie. Posiadał pojemność 14 287 BRT, długość – 152 m, szerokość – 21,5 m, a jego dwie maszyny rozwijały szybkość 16 węzłów. Na siedmiu pokładach i w dziewięciu sekcjach kabinowych zabierał 816 pasażerów, zaś liczne bary, restauracje, salony i sale dancingowe zapewniały pasażerom komfort podróży.
Międzynarodowa organizacja armatorów uprawiających żeglugę pomiędzy Europą i Ameryką zakwalifikowała polski statek na dziewiątym miejscu w tzw. trzeciej grupie. Była to lokata bardzo wysoka. Najlepsze miejsca, jakie zajmowały dotąd polskie jednostki, dotyczyły piętnastej, przedostatniej, pozycji grupy turystycznej.
Kawa w filiżance stygła. Wentylator w kabinie mieszał rozgrzane powietrze, szeleszcząc na biurku kartkami papieru. „Szaman” wstał ciężko z fotela i sięgnął po telefon.
– Mostek – usłyszał w słuchawce.
– Kapitan. Jak tam na górze?
– Idę wyznaczonym kursem.
– Kiedy był trawers Rozewia?
To było jedyne służbowe pytanie, zadane jakby dla zachowania pozorów niezbędnego zainteresowania podróżą i statkiem. „Batory” szedł kursami wyżłobionymi na mapach, niewzruszony, niezmienny, systematyczny. Nabieżniki i pozycje zgadzały się niemal po aptekarsku. Letnia nawigacja na Bałtyku nie przedstawiała żadnych trudności, morze było spokojne, wolne od niespodzianek, pomierzone jak trzeba wszerz, wzdłuż i w głąb.
Na mostek „Szaman” wszedł dopiero przed wieczorem. Po sprawdzeniu kursu z kompasem sięgnął po dziennik okrętowy, gdzie pod numerem „39” rozpoczęto wpisywanie wydarzeń towarzyszących temu dziwnie zaczętemu rejsowi.
Port w Kopenhadze przywitał „Batorego” równie piękną pogodą, jaką żegnała go Gdynia. Pilot, mały przysadzisty mężczyzna, ubrany mimo upału w gruby sweter, zgrabnie podprowadził statek do nabrzeża. Po zrzuconym trapie na pokład weszło kilkanaście osób – celnicy, urzędnicy portowi i służba sanitarna – zwykłe formalności towarzyszące zawinięciu statku do obcego portu. Celnikami zajął się pierwszy oficer, kpt. Franciszek Szudziński. Kapitan Borkowski witał w swojej kabinie kopenhaskiego przedstawiciela armatora. Gabinet tonął w półmroku zaciągniętych na iluminatory zasłon.
– Niestety – zaczął urzędnik – nie przynoszę panu najlepszych wiadomości. Przede wszystkim niech pan postara się ograniczyć pobyt w porcie do minimum. Tu są listy pasażerów – wyciągnął plik papierów z czarnej teczki. – Duńczykom zależy, byście jak najszybciej wyszli w morze – dodał.
„Szaman”, rozparty w fotelu, uważnie wpatrywał się w jego twarz.
– Co sądzi pan o tej sytuacji?
– Trudno powiedzieć coś konkretnego. Ale tutejsza kolonia niemiecka przejawia wzmożoną aktywność, a w publikacjach prasowych odczuwamy niepokojące nas, Polaków, nastroje. Dotyczy to – dodał szybko – oczywiście tylko pewnych kręgów, ale…
– Jakie jest stanowisko władz duńskich? – przerwał mu kapitan.
– Nic nam na razie oficjalnie nie zakomunikowano. Ale, jak wnioskuję, jesteśmy tu teraz bardzo kłopotliwymi gośćmi.
– A jaki jest stosunek do Niemców?
– Obawiam się, że zdecydowanie inny.
– No, tak. – Kapitan postawił kieliszek na stole. – Postaramy się nie przysparzać gospodarzom kłopotów naszym pobytem. A listy pasażerów proszę przekazać intendentowi.
Urzędnik zatrzymał się jeszcze:
– Mam nadzieję, że centrala zaopatrzyła pana kapitana we wszystkie – podkreślił z naciskiem – dyspozycje?
– Mam je tutaj – „Szaman” wskazał na sejf. – Obym tylko nie musiał z nich korzystać…
– Oby…
Kapitan Borkowski wyszedł na mostek. Po trapach wchodzili pasażerowie, krany podawały z nabrzeża awizowany ładunek. Wolna od wachty załoga stała przy burtach, oparta o relingi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki