Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Batory szuka lądu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
983 pkt
punktów Virtualo

Batory szuka lądu - ebook

MS Batory — polski transatlantyk, który wszedł do służby w 1936 roku — w czasie II wojny światowej przeszedł niezwykłą próbę. W barwach aliantów przewoził żołnierzy i materiały wojenne, uczestnicząc w niebezpiecznych operacjach morskich. Nazywany „Lucky Ship”, szczęśliwie przetrwał wojnę, w przeciwieństwie do swej bliźniaczej jednostki — MS Piłsudski, zatopionego już w listopadzie 1939 roku.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18822-8
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Nie­opo­dal cumo­wał „Dar Pomo­rza”. Przy­pły­nął widać tylko co z rejsu, bo burty tu i ówdzie nazna­czone są jesz­cze świe­żymi pla­mami farby pokry­wa­ją­cymi liszaje od mor­skiej wody, a twa­rze chłop­ców uwi­ja­ją­cych się po pokła­dzie spa­lone są na brąz słoń­cem i wia­trem – opa­le­ni­zną, którą można nabyć jedy­nie na otwar­tym morzu.

Przy­cup­nęła więc „biała fre­gata” tuż za czarną rufą „Bato­rego”, przy­spa­rza­jąc rado­ści zebra­nej na molo wcza­so­wej gawie­dzi, mogą­cej z bli­ska obej­rzeć legen­darny żaglo­wiec liczący nie­mal tyle lat, ile pol­ska mary­narka na Bał­tyku. Tej samej gawie­dzi, która przed chwilą za jedyne pięć zło­tych obej­rzała dokład­nie jego wnę­trze. Jesz­cze tylko pamiąt­kowe zdję­cie na tle bia­łych burt fre­gaty – i jesz­cze jedno, o tu, na tle czar­nych blach poszy­cia dzio­bo­wej czę­ści kadłuba. Uwa­żaj­cie, kolego! W kadrze musi się zna­leźć nazwa statku, a naj­le­piej apa­rat usta­wić tak, by litery „Batory” były tuż nad gło­wami, a jesz­cze lepiej, gdy kli­sza utrwali też frag­ment tej gru­bej liny.

Kiosk z bile­tami przy tra­pie pra­cuje pełną parą. Piątka! Tylko jedyna piątka! Za poje­dyn­czą monetę można zwie­dzić sank­tu­arium kapi­ta­nów na pię­trzą­cym się mostku, można dotknąć koła ste­ro­wego o wyśli­zga­nych set­kami rąk szpry­chach. Można z bli­ska obej­rzeć tysiące innych rze­czy, o któ­rych ist­nie­niu nie śniło się nawet szczu­rom lądo­wym. A gdy ktoś ma łut szczę­ścia, to za kil­ka­dzie­siąt zło­tych spę­dzi noc w kabi­nie okrę­to­wej, a przed poło­że­niem się do łóżka wypije kie­li­cha w barze daw­nej pierw­szej klasy. Koniec z eks­klu­zyw­no­ścią, koniec ze szczę­śli­wymi wybrań­cami losu. Dziś może tego dostą­pić każdy!

Przy­wią­zany gru­bymi cumami lin, spięty dzie­siąt­kami żela­znych stopni tra­pów z lądem stoi „Batory” opusz­czony przez załogę.

Los wysłu­żo­nego, wyco­fa­nego z obiegu statku jest zawsze jed­naki: basen w stoczni remon­to­wej, demon­taż urzą­dzeń i bez­li­to­sny syk pal­ni­ków tną­cych kadłub na bloki złomu. Czyżby w tym wypadku inne względy prze­wa­żyły chłodne wyra­cho­wa­nia stocz­niow­ców? A jeśli tak – to w takim razie co? Sen­ty­ment? Przy­wią­za­nie? Pre­sja opi­nii publicz­nej?

Chyba wszystko po tro­chu. Gdy prasa przy­nio­sła wia­do­mość o koniecz­no­ści zastą­pie­nia wysłu­żo­nego „fla­gowca” inną, bar­dziej nowo­cze­sną jed­nostką, wszyst­kim na usta cisnęło się pyta­nie: a co z „Bato­rym”? Oka­zało się wtedy, że sta­tek nie sta­nowi jedy­nej wła­sno­ści arma­tora – Pol­skich Linii Oce­anicz­nych. Prawa do współ­de­cy­do­wa­nia o jego losie doma­gali się wszy­scy. I ci, któ­rzy odby­wali na jego pokła­dach rejsy, i ci, któ­rzy znali go jedy­nie z nabrzeży Portu Mor­skiego, i ci, któ­rzy ni­gdy go nie widzieli, ale dla któ­rych sta­nowił sym­bol pol­skiej ban­dery na oce­anicz­nych szla­kach.

W publi­ka­cjach pra­so­wych, w audy­cjach radio­wych i tele­wi­zyj­nych prze­wi­jał się jeden motyw – tra­dy­cje biało-czer­wo­nej ban­dery nie pozwa­lają, aby sta­tek w znacz­nej mie­rze two­rzący tę histo­rię miał ulec zagła­dzie.

Tra­dy­cje. Zło­żyły się na nie całe lata mor­skiej służby. Trzy­dzie­ści pięć zim, wio­sen i jesieni spę­dzo­nych na morzach i oce­anach. Setki rej­sów wzdłuż i wszerz Atlan­tyku. Setki tysięcy wacht odmie­rza­nych na mostku, baku i w maszy­nowni. Dzie­siątki tysięcy pasa­że­rów zapeł­nia­ją­cych tłum­nie salony, bary, sale dan­cin­gowe.

Dla wielu z nich pokłady „Bato­rego” sta­no­wiły pierw­szy kon­takt z Pol­ską. Dla wielu – były skraw­kiem ojczy­zny. „Godny amba­sa­dor swego narodu” – powta­rzano w por­tach całego świata.

Tra­dy­cje pol­skiej ban­dery! To także te lata, kiedy zgiełk bitew prze­wa­lał się nad lądami i morzami. To pięć lat mor­skiej służby, o któ­rych nie­wiele wie­dzą zwie­dza­jący „Bato­rego”. Był prze­cież stat­kiem pasa­żer­skim – jaki więc mógł być jego udział w zma­ga­niach naro­dów oby­dwu kon­ty­nen­tów? Czymże mogła być jego służba wobec okrę­tów wojen­nych opro­mie­nio­nych nim­bem wspa­nia­łych zwy­cięstw i boha­ter­skich akcji? Jedy­nymi prze­cież zwy­cięstwami załogi „Bato­rego” było dopro­wa­dze­nie statku do portu prze­zna­cze­nia.

A jed­nak. Bo prze­cież nie byłoby tam­tych zwy­cięstw, gdyby nie mor­dęga kon­wo­jów, gdyby nie krwawe zma­ga­nia ze sztor­mami, z wła­sną sła­bo­ścią. W tym sza­rym, nie­po­zor­nym ciągu wypad­ków i zda­rzeń towa­rzy­szą­cych każ­demu rej­sowi lat wojen­nego trudu tkwiło wła­śnie boha­ter­stwo zasłu­gu­jące na naj­wyż­szą chwałę i wdzięcz­ność wal­czą­cych. Owi mary­na­rze zasłu­żyli na nią sto­kroć.

Cóż my dziś o nich wiemy? Nie­wiele. Nie znamy nawet więk­szo­ści nazwisk ludzi two­rzą­cych tę część histo­rii „Bato­rego”. Z nie­licz­nych rela­cji i lako­nicz­nych zapi­sków trudno oddać ciąg zda­rzeń tam­tych pię­ciu lat.

Przy­łączmy się do zwie­dza­ją­cych. W hallu, na wyso­ko­ści całej ściany, wid­nieje por­tret pol­skiego króla – przy­tłu­miona czer­wień kon­tu­sza wkom­po­no­wana w cie­pły brąz tła. Przed tym wize­run­kiem czarni żoł­nie­rze wojsk kolo­nial­nych pochy­lali się w głę­bo­kim ukło­nie.

Na prawo wąski kory­tarz pro­wa­dzi do sek­cji kabi­no­wych. Nie było wtedy puszy­stych chod­ni­ków i drew­nia­nych boaze­rii. Tupo­tały nato­miast buciory żoł­nie­rzy kana­dyj­skich, angiel­skich i fran­cu­skich pode­rwa­nych sygna­łem _Action sta­tions_!¹ Salon po lewej i tamte pomiesz­cze­nia bli­żej dziobu też mie­ściły pię­trowe pry­cze. Na pokła­dach, przy­śru­bo­wane cięż­kimi pod­sta­wami, tkwiły sta­no­wi­ska arty­le­rii.

Mostek… Zmie­niło się na nim pię­ciu kapi­ta­nów. Na skrzy­dłach dzień i noc stały wachty obser­wa­cyjne, pene­tru­jące bez prze­rwy kipiącą topiel wody. Z mostku szły komendy do maszyn, do sta­no­wisk arty­le­rii, do ludzi obsłu­gu­ją­cych mecha­ni­zmy wind.

Pokład dzio­bowy – bak. Pocią­gnięty czy­stą farbą kryje puste luki ładowni. Nad nimi – ramiona dźwi­gów, bomy. Pod­cią­gnięte do góry, zakna­go­wane plą­ta­niną lin, już ni­gdy nie będą pochy­lały się w głąb luków. Wtedy ładow­nie prze­wo­ziły setki ton sprzętu wojen­nego, ukry­tego pod pokła­dem zasta­wio­nym czoł­gami.

Pokład sza­lu­powy, sło­neczny, spa­ce­rowy. Sek­cje A, B, C, D. Plą­ta­nina kory­ta­rzy, scho­dów, cia­snych pomiesz­czeń i prze­stron­nych sal. Czter­na­ście tysięcy osiem­set sie­dem ton wypor­no­ści. Dziś pod rufą śruby powoli obra­stają zie­lo­nym szla­mem. Łań­cu­chy kotwiczne, zwi­nięte na brasz­pi­lach, pokry­wają się rdzą. Schody dwóch tra­pów – solid­nych, nie tam­tych, ale spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nych do lądo­wej służby „Bato­rego” – skrzy­pią pod nogami zwie­dza­ją­cych.REJS NUMER 39

Na nabrzeżu było nie­wiele osób – kilku urzęd­ni­ków z GAL-u w ciem­nych ubra­niach i zwy­kły przy takiej oka­zji tłu­mek gapiów.

Por­towa orkie­stra grzmiała mar­szem. Z polera ześli­znęła się ostat­nia cuma, dwu­krotny ryk syreny przy­głu­szył na moment grzmie­nie trąb i bęb­nów. Biała plama spie­nio­nej śru­bami wody powoli wydłu­żała się za rufą, ukła­da­jąc się w war­kocz kil­wa­teru. Na pokła­dzie spa­ce­ro­wym nie­liczni pasa­że­ro­wie machali chu­s­tecz­kami w stronę lądu. Trans­atlan­tyk powoli odda­lał się od nabrzeża. Lekka bryza wypeł­niła kolo­rowe szmatki gali fla­go­wej i ban­derę na rufie. O kil­ka­dzie­siąt metrów od brzegu „Batory” zapre­zen­to­wał się w peł­nej kra­sie, defi­lu­jąc całym maje­sta­tem burty.

Cere­mo­nia poże­gna­nia statku dobie­gła końca, Leon Wyszke skła­dał klar­net do fute­rału.

– No to koniec na dzi­siaj. Przy tym upale trudno z płuc wykrze­sać powie­trze.

Mazur nie odpo­wia­dał. Szli chwilę w mil­cze­niu. Mimo pięk­nej, let­niej pogody ruch na uli­cach był nie­wielki. O ile jesz­cze dzie­sięć dni temu plaże, pen­sjo­naty, lokale i bary trzesz­czały w szwach, to od kilku dni Gdy­nia opu­sto­szała. Ogło­szona mobi­li­za­cja oraz poja­wie­nie się nad por­tem Mary­narki Wojen­nej nie­miec­kiego samo­lotu wywo­łały w tym bez­tro­skim, kolo­ro­wym tłumku nastroje gra­ni­czące z paniką. Jazgot dzia­łek przy­po­mniał, że alar­mu­jące wie­ści nad­cho­dzące z głębi kraju zwia­stują tym razem groźbę kon­kretną. Niemcy. Nie widać ich tego lata w Gdyni, ale prze­cież obec­ność ich wyczuwa się na każ­dym kroku. Wczo­raj samo­lot, co będzie jutro? Nie­da­leki Gdańsk, roz­wrzesz­czany _Par­te­ita­gami_, krwawy od flag i bru­natny od mun­du­rów, kładł się ponu­rym cie­niem na Gdy­nię.

Wyszke i Mazur minęli skwer, skrę­ca­jąc w lewo, w Świę­to­jań­ską. Klar­ne­ci­sta prze­rwał mil­cze­nie:

– Dzieci już przy­je­chały?

– Spo­dzie­wamy się ich jutro. Wysła­łem depe­szę do matki. – Chwilę zasta­na­wia się. – Cho­ciaż nie wiem, czy robimy dobrze. Zawsze tam u babci bez­piecz­niej. Ale Irka chce mieć dzieci przy sobie… Dosta­łem kartę mobi­li­za­cyjną – dodaje po chwili.

– Będziesz grał woj­skowe mar­sze na defi­la­dach.

– Nie, Leon. – Zatrzy­mali się, by prze­pu­ścić samo­chód. – Nie. Przy­je­chała wczo­raj sio­stra żony z Gdań­ska. Jej mąż pra­cuje na Poczcie Pol­skiej. Tam naprawdę szy­kują się do wojny. Opo­wia­dała, że nie ma dnia, by nie znisz­czono pol­skich skrzy­nek pocz­to­wych, by nie napad­nięto kogoś na ulicy. Tam się już wyczuwa wojnę.

– Tak – Wyszke kiwa głową. – Ale nie jeste­śmy prze­cież bez­bronni. Mamy silną armię, mamy okręty, mamy lot­nic­two… Nie masz racji, Janek. To się na pewno skoń­czy ugodą i za mie­siąc będziemy się z tego śmiać. Hitler ni­gdy nie zde­cy­duje się na wojnę. Wie, że mamy za sobą Anglię i Fran­cję, wie, że…

– A widzia­łeś, co dzieje się w por­cie? – Mazur prze­rwał mu w pół słowa. – Widzia­łeś? Ani jed­nego statku na redzie, pusto. W base­nie węglo­wym jeden jedyny Grek i to tak się spie­szy z zała­dun­kiem, jakby mu się pokład palił pod nogami. Zresztą, któ­rego dziś mamy? Dwu­dzie­stego czwar­tego, tak? A kiedy według planu miał odpły­nąć „Batory”? Dwu­dzie­stego ósmego! A „Sobie­ski”? Odpły­nął dwa tygo­dnie wcze­śniej! A inne? Ledwo zawiną, zaraz ładują bun­kier i jazda z powro­tem! A to, że rodziny tych wszyst­kich mini­strów i dyrek­to­rów spa­ko­wały w poło­wie mie­siąca manatki w Jura­cie i Jastarni, to też nic? W środku sezonu i przy takiej pogo­dzie?

Wyszke mil­czy. To, co mówi Mazur, jest jasne i oczy­wi­ste. Wie o tym rów­nie dobrze jak i on. Przy­po­mniał mu się teraz syn, pod­po­rucz­nik Mary­narki Wojen­nej, który cztery dni temu na gwałt pako­wał swój worek. Jakby odga­du­jąc, Mazur pyta:

– A jak tam Paweł? Jesz­cze na urlo­pie?

– Nie, cof­nięto im prze­pustki. Wyszli już w morze…

Tym­cza­sem „Batory”, minąw­szy lewą burtą tra­wers latarni na Helu, wziął kurs na pół­nocny zachód. Ste­war­dzi koń­czyli roz­miesz­cza­nie bagażu, pasa­że­ro­wie roz­lo­ko­wy­wali się w kabi­nach. Nie­wielu ich było w tym rej­sie – grupa Polo­nii ame­ry­kań­skiej powra­ca­jąca z waka­cji w kraju, kilku Angli­ków i Szwe­dów. GAL obie­cy­wał wpraw­dzie tro­chę pasa­że­rów w Kopen­ha­dze i por­tach angiel­skich, ale to i tak nie zapo­wia­dało kom­pletu.

Pogoda była upalna. Na pokła­dzie sło­necz­nym – _sun decku_ – usta­wiono leżaki, roz­pięto mar­kizy i więk­szość pasa­że­rów opa­lała się.

Dowódca statku, kapi­tan żeglugi wiel­kiej Eustazy Bor­kow­ski, jak zwy­kle roz­po­czął rejs instruk­cją dla ofi­ce­rów:

– Pro­szę panów, w chwili obec­nej jeste­śmy cząstką Pol­ski i choć nie­wielka to cząstka, god­nie musimy repre­zen­to­wać dobre imię naszego narodu…

Kapi­tan Bor­kow­ski, zwany „Sza­ma­nem Mor­skim”, był jedną z naj­barw­niej­szych postaci żeglugi pasa­żer­skiej. Nale­żał do tej nie­licz­nej już grupy sta­rych kapi­ta­nów, któ­rzy mor­ską karierę roz­po­czy­nali jesz­cze przed pierw­szą wojną świa­tową. Wycho­wa­nek szkoły mor­skiej w Ode­ssie, lata całe spę­dził na żaglow­cach w cza­sie, gdy na stat­kach pano­wała atmos­fera, jaką zna­leźć można było jedy­nie we wspo­mnie­niach sta­rych wil­ków mor­skich. „Pierw­szy po Bogu” dowo­dził jed­nostką według wła­snych ocen i przy­zwy­cza­jeń. Załogę trak­to­wał jak swą wła­sność, a wspól­nie spę­dzane lata narzu­cały mary­na­rzom piętno jego oso­bo­wo­ści.

Zna­cze­nie kapi­tana zostało pod­wa­żone przez zastą­pie­nie żagli maszyną, ale przy­zwy­cza­je­nie z cza­sów, gdy pierw­sze i ostat­nie słowo na statku nale­żało do dowódcy, trwało wśród załóg jesz­cze długo. Takich kapi­ta­nów otrzy­mały pierw­sze pol­skie trans­atlan­tyki. Jed­nym z nich był Eustazy Bor­kow­ski.

Przy­do­mek „Sza­man Mor­ski” zyskał dzięki nie­zwy­kłym miste­riom, jakie zwykł cele­bro­wać przy każ­dej oka­zji. Bowiem „Sza­man Mor­ski” uwa­żał za główny obo­wią­zek kapi­tana „cza­ro­wa­nie pasa­że­rów”, opie­ra­jąc się na nauko­wej zasa­dzie, że „to, co daje nam szczę­ście, nie jest fik­cją”.

Ale tym razem w kabi­nie nawi­ga­cyj­nej brak było tej bez­tro­skiej atmos­fery. Ostat­nie dni spę­dzone w por­cie zwia­sto­wały nie­uchronne zbli­ża­nie się cze­goś groź­nego i choć nikt jesz­cze nie wypo­wie­dział słowa „wojna”, to prze­cież cisnęło się ono na usta każ­demu z ofi­ce­rów sie­dzą­cych teraz w fote­lach kabiny nawi­ga­cyj­nej. Kapi­tan Bor­kow­ski szybko skoń­czył odprawę. Lepiej niż reszta wie­dział o nad­cho­dzą­cej groź­bie wojny. Pod­czas kon­fe­ren­cji w GAL-u przed­sta­wi­ciel Depar­ta­mentu Mor­skiego Mini­ster­stwa Prze­my­słu i Han­dlu nie ukry­wał poważ­nych obaw. Ba, z infor­ma­cji skła­da­nej przez ofi­ce­rów z Dowódz­twa Floty wyni­kało, że jest ona nie­uchronna i roz­po­czę­cia dzia­łań należy się spo­dzie­wać lada dzień. „Sza­man” wycho­dził z biura z prze­ko­na­niem, że w jego życiu coś się rwie, psuje, że zaczyna się pano­szyć chaos. Bo mimo pozo­rów lata mor­skiej prak­tyki nauczyły go rozu­mo­wać ści­śle, z mate­ma­tyczną dokład­no­ścią. I ta wła­śnie mate­ma­tyka zaczy­nała zawo­dzić. Wsia­da­jąc do „Forda”, raz jesz­cze usi­ło­wał upo­rząd­ko­wać myśli, które cha­otycz­nie cisnęły mu się do głowy. I stwier­dził ze smut­kiem, że wielu rze­czy nie jest w sta­nie zro­zu­mieć i pojąć.

Potem wszystko poto­czyło się pio­ru­nem. Nagła decy­zja odpły­nię­cia, wrę­cze­nie sza­rej, zala­ko­wa­nej koperty i pośpiech, z jakim nie­malże wypchnięto sta­tek na morze. Sie­dząc teraz w swo­jej kabi­nie, raz jesz­cze usi­ło­wał prze­pro­wa­dzić ana­lizę ostat­nich wyda­rzeń.

Na biurku pię­trzyły się stosy papie­rzysk, ale „Sza­man” nawet nie spoj­rzał w tym kie­runku. Nie wycią­gnął też ręki po fili­żankę kawy, która paro­wała przed nim na stole. Myślał o statku. Myślał, jaki los czeka tę chlubę pol­skiej żeglugi pasa­żer­skiej.

Istot­nie, „Batory”, wybu­do­wany zale­d­wie przed czte­rema laty we wło­skiej stoczni Can­tieri Riu­niti dell’Adria­tico w Mon­fal­cone, był stat­kiem nie­zwy­kle uda­nym, a jed­no­cze­śnie jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych trans­atlan­ty­ków w swo­jej kla­sie. Posia­dał pojem­ność 14 287 BRT, dłu­gość – 152 m, sze­ro­kość – 21,5 m, a jego dwie maszyny roz­wi­jały szyb­kość 16 węzłów. Na sied­miu pokła­dach i w dzie­wię­ciu sek­cjach kabi­no­wych zabie­rał 816 pasa­że­rów, zaś liczne bary, restau­ra­cje, salony i sale dan­cin­gowe zapew­niały pasa­że­rom kom­fort podróży.

Mię­dzy­na­ro­dowa orga­ni­za­cja arma­to­rów upra­wia­ją­cych żeglugę pomię­dzy Europą i Ame­ryką zakwa­li­fi­ko­wała pol­ski sta­tek na dzie­wią­tym miej­scu w tzw. trze­ciej gru­pie. Była to lokata bar­dzo wysoka. Naj­lep­sze miej­sca, jakie zaj­mo­wały dotąd pol­skie jed­nostki, doty­czyły pięt­na­stej, przed­ostat­niej, pozy­cji grupy tury­stycz­nej.

Kawa w fili­żance sty­gła. Wen­ty­la­tor w kabi­nie mie­szał roz­grzane powie­trze, sze­lesz­cząc na biurku kart­kami papieru. „Sza­man” wstał ciężko z fotela i się­gnął po tele­fon.

– Mostek – usły­szał w słu­chawce.

– Kapi­tan. Jak tam na górze?

– Idę wyzna­czo­nym kur­sem.

– Kiedy był tra­wers Roze­wia?

To było jedyne służ­bowe pyta­nie, zadane jakby dla zacho­wa­nia pozo­rów nie­zbęd­nego zain­te­re­so­wa­nia podróżą i stat­kiem. „Batory” szedł kur­sami wyżło­bio­nymi na mapach, nie­wzru­szony, nie­zmienny, sys­te­ma­tyczny. Nabież­niki i pozy­cje zga­dzały się nie­mal po apte­kar­sku. Let­nia nawi­ga­cja na Bał­tyku nie przed­sta­wiała żad­nych trud­no­ści, morze było spo­kojne, wolne od nie­spo­dzia­nek, pomie­rzone jak trzeba wszerz, wzdłuż i w głąb.

Na mostek „Sza­man” wszedł dopiero przed wie­czo­rem. Po spraw­dze­niu kursu z kom­pa­sem się­gnął po dzien­nik okrę­towy, gdzie pod nume­rem „39” roz­po­częto wpi­sy­wa­nie wyda­rzeń towa­rzy­szą­cych temu dziw­nie zaczę­temu rej­sowi.

Port w Kopen­ha­dze przy­wi­tał „Bato­rego” rów­nie piękną pogodą, jaką żegnała go Gdy­nia. Pilot, mały przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna, ubrany mimo upału w gruby swe­ter, zgrab­nie pod­pro­wa­dził sta­tek do nabrzeża. Po zrzu­co­nym tra­pie na pokład weszło kil­ka­na­ście osób – cel­nicy, urzęd­nicy por­towi i służba sani­tarna – zwy­kłe for­mal­no­ści towa­rzy­szące zawi­nię­ciu statku do obcego portu. Cel­ni­kami zajął się pierw­szy ofi­cer, kpt. Fran­ci­szek Szu­dziń­ski. Kapi­tan Bor­kow­ski witał w swo­jej kabi­nie kopen­ha­skiego przed­sta­wi­ciela arma­tora. Gabi­net tonął w pół­mroku zacią­gnię­tych na ilu­mi­na­tory zasłon.

– Nie­stety – zaczął urzęd­nik – nie przy­no­szę panu naj­lep­szych wia­do­mo­ści. Przede wszyst­kim niech pan postara się ogra­ni­czyć pobyt w por­cie do mini­mum. Tu są listy pasa­że­rów – wycią­gnął plik papie­rów z czar­nej teczki. – Duń­czy­kom zależy, byście jak naj­szyb­ciej wyszli w morze – dodał.

„Sza­man”, roz­party w fotelu, uważ­nie wpa­try­wał się w jego twarz.

– Co sądzi pan o tej sytu­acji?

– Trudno powie­dzieć coś kon­kret­nego. Ale tutej­sza kolo­nia nie­miecka prze­ja­wia wzmo­żoną aktyw­ność, a w publi­ka­cjach pra­so­wych odczu­wamy nie­po­ko­jące nas, Pola­ków, nastroje. Doty­czy to – dodał szybko – oczy­wi­ście tylko pew­nych krę­gów, ale…

– Jakie jest sta­no­wi­sko władz duń­skich? – prze­rwał mu kapi­tan.

– Nic nam na razie ofi­cjal­nie nie zako­mu­ni­ko­wano. Ale, jak wnio­skuję, jeste­śmy tu teraz bar­dzo kło­po­tli­wymi gośćmi.

– A jaki jest sto­su­nek do Niem­ców?

– Oba­wiam się, że zde­cy­do­wa­nie inny.

– No, tak. – Kapi­tan posta­wił kie­li­szek na stole. – Posta­ramy się nie przy­spa­rzać gospo­da­rzom kło­po­tów naszym poby­tem. A listy pasa­że­rów pro­szę prze­ka­zać inten­den­towi.

Urzęd­nik zatrzy­mał się jesz­cze:

– Mam nadzieję, że cen­trala zaopa­trzyła pana kapi­tana we wszyst­kie – pod­kre­ślił z naci­skiem – dys­po­zy­cje?

– Mam je tutaj – „Sza­man” wska­zał na sejf. – Obym tylko nie musiał z nich korzy­stać…

– Oby…

Kapi­tan Bor­kow­ski wyszedł na mostek. Po tra­pach wcho­dzili pasa­że­ro­wie, krany poda­wały z nabrzeża awi­zo­wany ładu­nek. Wolna od wachty załoga stała przy bur­tach, oparta o relingi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij