Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bazyliszek - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 sierpnia 2026
Audiobook
39,90 zł
3999 pkt
punktów Virtualo

Bazyliszek - ebook

Nie spoglądaj w oczy bazyliszka!

Profesor Nathan Underhill próbuje wyhodować mitycznego gryfa, by z niego pozyskać materiał do badań nad komórkami macierzystymi i zastosowaniem ich w leczeniu wielu chorób, wobec których medycyna była dotychczas bezradna. Doktor Christian Zauber, dyrektor Domu Spokojnej Starości Murdstone, także pracuje nad odtworzeniem mitycznej istoty – bazyliszka, korzystając z alchemii i czarnej magii. Podczas wizyty w domu opieki Nathan i jego żona Grace odkrywają potworną tajemnicę Zaubera. Niestety wyprawa kończy się tragicznie – Grace zapada w śpiączkę. Zauber znika. Na pomoc Nathanowi przychodzi młoda dziennikarka, która trafia na ślad doktora ukrywającego się w Krakowie. W pięknej scenerii krakowskiej Starówki rozpoczyna się śmiertelna gra, w której amerykański naukowiec walczy o życie z przerażającym potworem powołanym do życia przez szaleńca o nadludzkich zdolnościach.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-584-6
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NOCNE HAŁASY

– Sły­szę jakieś hałasy – powie­działa pani Bel­l­man drżą­cym gło­sem. – Zawsze mię­dzy drugą a trze­cią nad ranem, kiedy jest zupeł­nie ciemno.

Grace stała przy oknie, patrząc pod świa­tło na zdję­cie rent­ge­now­skie nogi pani Bel­l­man. Nie­wiele to dawało. Od wcze­snego rana padał rzę­si­sty deszcz i niebo było sza­ro­bure, zacią­gnięte chmu­rami. Na para­pe­cie stały dwie donice z blusz­czem; rośliny wycią­gały się ku sobie, niczym zde­spe­ro­wani kochan­ko­wie, jakby pra­gnęły się spleść liśćmi i łody­gami.

– Hałasy? – zapy­tała Grace. Wła­ści­wie nie słu­chała pani Bel­l­man. – Jakie hałasy?

– Brzmią tak, jakby ktoś cią­gnął po kory­ta­rzu jakiś paku­nek, tuż przed moimi drzwiami. Cza­sem sły­szę też wrza­ski, nie wiem jed­nak, skąd docho­dzą. Może z góry, a może z głębi domu? Cza­sami z bli­ska, cza­sami z daleka.

– Jesteś pewna, że się nie prze­sły­sza­łaś? Może po pro­stu apa­rat słu­chowy jest źle wyre­gu­lo­wany? Jeśli ustawi się go zbyt gło­śno, mogą wystę­po­wać echa i trza­ski.

Pani Bel­l­man pokrę­ciła głową tak zde­cy­do­wa­nie, że aż zatrzę­sły się jej obwi­słe policzki.

– Dosko­nale wiem, kiedy nawala apa­rat słu­chowy, a kiedy naprawdę sły­szę krzyk czło­wieka. Byłam kie­dyś pie­lę­gniarką.

– Naprawdę? W któ­rym szpi­talu?

– Och, nie ma pani o tym zie­lo­nego poję­cia. Zosta­łam wysłana do Europy z Kor­pu­sem Pie­lę­gnia­rek Woj­sko­wych, w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym czwar­tym, zale­d­wie dwa i pół tygo­dnia po Dniu D. Na co ja się tam nie napa­trzy­łam…

– Mój Boże. To musiały być trau­ma­tyczne prze­ży­cia.

– Trau­ma­tyczne? W cza­sie bitwy pod Bugle dosta­łam przy­dział do 76. Szpi­tala Ewa­ku­acyj­nego. Musia­łam się opie­ko­wać męż­czy­znami, któ­rzy mieli ampu­to­wane obie ręce. Żoł­nie­rzami roz­je­cha­nymi przez czołgi. Znam zatem róż­nicę pomię­dzy trza­skiem apa­ratu słu­cho­wego a ludz­kim krzy­kiem, może mi pani wie­rzyć.

Grace scho­wała zdję­cie rent­ge­now­skie z powro­tem do koperty.

– Z tego, co widzę, kość udowa zra­sta się bar­dzo dobrze. Za tydzień lub dwa sta­niesz z powro­tem na nogi.

Pani Bel­l­man prze­krzy­wiła głowę na bok jak gda­cząca młoda kura.

– Nie wie­rzy mi pani, co? Myśli pani, że wszystko zmy­śli­łam?

– Ależ abso­lut­nie tak nie myślę. W nocy jed­nak wszyst­kie odgłosy brzmią ina­czej niż w dzień, prawda? Praw­do­po­dob­nie sły­szysz dozorcę, jak nie­sie pościel do pralni.

– Pościel nie krzy­czy.

– Wiem, Doris. Ale krzy­czą star­sze panie, kiedy przy­śni im się coś złego albo kiedy cier­pią z powodu bólu. Ta wil­gotna pogoda ma fatalny wpływ na pacjen­tów z zapa­le­niem sta­wów.

Popra­wiła poduszki pod głową pani Bel­l­man i wygła­dziła koł­drę. Była lekarką, nie nale­żało to więc do jej obo­wiąz­ków, ale przez uła­mek sekundy widziała w wyobraźni panią Bel­l­man jako młodą kobietę i dzielną pie­lę­gniarkę, którą zapewne była w 1944 roku, kiedy jej włosy były jasne i bujne, nie siwe i zmierz­wione jak teraz, a jej piękne nie­bie­skie oczy lśniły inten­syw­nym bla­skiem.

Pew­nego dnia, pomy­ślała Grace, też będę stara i nie­zdarna i będę opo­wia­dała takie bred­nie. Mam tylko nadzieję, że młode kobiety, pod któ­rych opieką się wtedy znajdę, zoba­czą mnie taką, jaka jestem naprawdę.

– Ten dok­tor Zauber – ode­zwała się pani Bel­l­man kon­fi­den­cjo­nal­nym szep­tem. – Nie ufam mu, od pierw­szego dnia, kiedy go zoba­czy­łam. Moim zda­niem on się poro­zu­miewa z sza­ta­nem.

– Doris! Nie opo­wia­daj takich rze­czy, pro­szę cię! Wszy­scy tu bar­dzo sza­nu­jemy dok­tora Zaubera.

– Ha! Sza­tana też wszy­scy sza­nują.

– Takie wywro­towe opi­nie powin­naś zacho­wać dla sie­bie.

Pani Bel­l­man moc­niej otu­liła się sze­ro­kim, sza­rym sza­lem. W jej oku­la­rach odbiło się ponure świa­tło zza okna, przez co wyglą­dała przez chwilę jak nie­wi­doma. Jej wysu­szone dło­nie podobne były do szpo­nów.

Na ścia­nie za nią wisiało lustro w ramie ozdo­bio­nej mor­skimi muszel­kami, a wokół niego foto­gra­fie człon­ków jej rodziny – synów, córek i wnu­ków.

– Ładne zdję­cia – powie­działa Grace.

– Tak – przy­znała pani Bel­l­man. – Szkoda, że bar­dzo rzadko ich widuję. Widzi pani tego malu­cha w czer­wono-żół­tym śpioszku? To Tyler, naj­młod­szy syn mojej córki Sarah. Ostatni raz przy­nie­śli go do mnie, kiedy miał dwa lata. A teraz jest już w czwar­tej kla­sie, uwie­rzy­łaby pani?

– Przy­kro mi.

– Och, nie musi pani być przy­kro. W miarę jak czło­wiek się sta­rzeje, młodsi o nim zapo­mi­nają. Jestem do tego przy­zwy­cza­jona. To jest tak, jakby się umarło za życia. Cza­sami myślę, że jedyną istotą, któ­rej na mnie zależy, jest Harpo, a on nawet nie jest czło­wiekiem.

Grace popa­trzyła w kąt pokoju, gdzie na sto­liku stała kopu­la­sta klatka z wikliny. W środku na żer­dzi sie­działa puszy­sta biała papuga kakadu, buja­jąc się i cicho świer­go­cząc z głębi gar­dła. Grace pode­szła, deli­kat­nie postu­kała w pręty i powie­działa:

– Cześć, Harpo. Powiedz coś do mnie. Powiedz: „Dzień dobry, Grace”.

Ptak jed­nak na­dal szcze­bio­tał, nie zwra­ca­jąc na nią uwagi.

– No, Harpo. – Grace nie rezy­gno­wała. – Może byś cho­ciaż zagwiz­dał.

Pani Bel­l­man odchrząk­nęła.

– Kakadu Gof­fina tylko spo­ra­dycz­nie dają się nauczyć ludz­kiej mowy. Harpo, odkąd go dosta­łam, nie wymó­wił ani słowa. A chcia­ła­bym, żeby powie­dział: „Ten klops sma­kuje jak dupa sta­rego czło­wieka”.

– Doris!

– Prze­pra­szam. Ale kucha­rzom się wydaje, że skoro czło­wiek jest stary, to kom­plet­nie stra­cił zmysł smaku. – Pani Bel­l­man pochy­liła się do przodu i wyszep­tała: – Jeśli chce pani wie­dzieć, to oni wła­śnie to cią­gną nocami w wor­kach po kory­ta­rzu. Podają jakie­muś sta­remu dzia­dowi zbyt dużą dawkę ksy­lo­ka­iny, a potem cią­gną trupa do kuchni i robią z niego mie­lone klopsy.

– Masz naprawdę maka­bryczną wyobraź­nię – powie­działa Grace. – Zaży­wasz tabletki uspo­ka­ja­jące, które prze­pi­sa­łam? Powinny ci pomóc. Przy­jadę tu znowu za dwa tygo­dnie i wtedy pomy­ślimy o zdję­ciu gipsu.

– Jeśli jesz­cze tutaj będę. Jeśli ten dok­tor Zauber nie zabie­rze się także do mnie i nie wywle­cze mnie stąd w worku.

– Doris.

Pani Bel­l­man mach­nęła ręką.

– Wiem, wiem. Moje podej­rze­nia powin­nam zosta­wić dla sie­bie. Mam sie­dzieć cicho, doży­wać moich dni, oglą­da­jąc tele­wi­zję, i cze­kać, aż sza­tan zapuka do drzwi.

– Do zoba­cze­nia, Doris. Uwa­żaj na sie­bie, sły­szysz?

Kiedy szła kory­ta­rzem w kie­runku recep­cji, nie­spo­dzie­wa­nie otwo­rzyły się drzwi gabi­netu lekar­skiego i sta­nął przed nią dok­tor Zauber.

– Dok­tor Under­hill! – powi­tał ją. Mówił z nie­miec­kim akcen­tem, któ­rego nie potra­fił się pozbyć. – Co za miła nie­spo­dzianka.

– Jecha­łam do Chest­nut Hill, pomy­śla­łam więc, że wpadnę i zoba­czę, jak się miewa Doris Bel­l­man.

– No i?

– Noga dosko­nale się goi. Star­sza pani ma mocny orga­nizm, prawda?

Dok­tor Zauber posłał Grace krzywy uśmiech.

– Cóż, przy­kro mi to mówić, ale nie jest naj­ła­twiej­szą spo­śród naszych rezy­den­tek. Ale, ow­szem, z powodu byle pęk­nię­cia kości bio­dro­wej nie zej­dzie z tego świata.

Dok­tor Zauber był niskim męż­czy­zną o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej gło­wie. Miał zakrzy­wiony nos, który nada­wał mu dra­pieżny wygląd, a jego oczy były tak bla­do­zie­lone, że wyda­wały się w ogóle pozba­wione wszel­kiego koloru. Lśniące siwe włosy, które miał sta­ran­nie zacze­sane do tyłu, opa­dały na wierzch koł­nie­rzyka. Ubrany był jak zwy­kle – w czarną mary­narkę i szarą kami­zelkę oraz spodnie w szaro-czarne prążki. Kiedy Nathan spo­tkał go po raz pierw­szy, powie­dział, że wygląda raczej na pra­cow­nika kost­nicy niż dyrek­tora domu star­ców. Denver z kolei mówił, że Zauber wygląda jak jeden z tro­jacz­ków Jacka Nichol­sona (dru­gim jego zda­niem była dyrek­torka jego szkoły, West Airy High School).

– Czy Doris na­dal przyj­muje dia­ze­pam? – zapy­tała Grace, gdy ruszyli kory­ta­rzem obok sie­bie.

– Dla­czego pani pyta?

– Wydaje mi się tro­chę nie­spo­kojna.

– Naprawdę? Na jakim tle?

– Twier­dzi, że w środku nocy sły­szy jakieś hałasy. Krzyki i szu­ra­nia, jakby ktoś przed jej poko­jem cią­gnął po pod­ło­dze jakiś ciężki paku­nek.

– Naprawdę? Może to lekar­stwa spra­wiają, że ma przy­wi­dze­nia. Poroz­ma­wiam na ten temat z sio­strą Ben­nett.

– Bar­dzo o to pro­szę. Widzi pan, Doris jest tutaj bar­dzo samotna, bar­dziej niż inni miesz­kańcy tego domu.

– Pew­nie ma pani rację. Zoba­czę, może uda mi się spro­wa­dzić do niej kogoś w odwie­dziny.

Doszli do recep­cji i dok­tor Zauber poło­żył dłoń na ramie­niu Grace.

– Cóż, Grace – powie­dział. – Muszę panią poże­gnać. Mam kolejną naradę w spra­wie budżetu. Będziemy decy­do­wać, czy nas w ogóle stać na kar­mie­nie naszych rezy­den­tów. Kiedy się znowu zoba­czymy?

– Nie wcze­śniej niż za jakieś dwa tygo­dnie. Sta­ram się namó­wić męża na tro­chę wol­nego.

– Och, rze­czy­wi­ście! Pani mąż jest pogromcą lwów, prawda?

– Zoo­lo­giem, panie dok­to­rze.

– Co za fascy­nu­jący zawód! Zawsze uwa­ża­łem, że zwie­rzęta są o wiele bar­dziej inte­re­su­jące niż ludzie. Gdyby potra­fiły mówić, zdra­dzi­łyby nam mnó­stwo sekre­tów!

– Nathan twier­dzi, że praw­do­po­dob­nie mówi­łyby tylko o jedze­niu i sek­sie. Jed­nak głów­nie o jedze­niu.

– Och, nie! Zwie­rzęta są o wiele bliż­sze Bogu niż my. No i też bliż­sze sza­ta­nowi.

Gdy­byś wie­dział, co o tobie mówi Doris Bel­l­man, pomy­ślała Grace. Ale tylko się uśmiech­nęła i powie­działa:

– Zatem do zoba­cze­nia za jakieś dwa tygo­dnie, dok­to­rze.

– Będę cze­kał z nie­cier­pli­wo­ścią.

Grace wyszła z budynku i nie­mal bie­giem prze­cięła par­king. Kro­ple desz­czu roz­bi­jały się o asfalt, a drzewa, tar­gane przez wiatr, dziko, jakby w panice, wyma­chi­wały gałę­ziami. Nacią­gnęła na głowę kap­tur pur­pu­ro­wego płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego.

Kiedy odwró­ciła głowę, zoba­czyła, że ktoś patrzy na nią z okna na par­te­rze. Była to kobieta o bla­dej, wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy. Grace odru­chowo jej poma­chała, kobieta jed­nak nie zare­ago­wała. Może jej po pro­stu nie widziała, a może zwy­czaj­nie już jej nie inte­re­so­wali inni ludzie.ROZDZIAŁ DRUGI

NATURALNA KATASTROFA

Kiedy Richard Scry­man zapu­kał do otwar­tych drzwi Nathana, było pra­wie dzie­sięć po ósmej. Wyglą­dał jak zmar­twiony bocian – miał haczy­ko­waty nos oraz dłu­gie, chude ręce i nogi.

– Hej, Richard, jesz­cze tu jesteś? – zapy­tał Nathan i popa­trzył na swego Rolexa. – Prze­pra­szam, stary, kom­plet­nie stra­ci­łem poczu­cie czasu. Zoba­czymy się rano, dobrze?

– Nie ma mowy, żebym teraz wyszedł, pro­fe­so­rze – odparł Richard. – Nie­po­koi mnie puls embriona. Kom­plet­nie osza­lał.

– Cho­lera. Aż tak źle?

Richard wyko­nał w powie­trzu jakieś dziwne znaki pal­cem wska­zu­ją­cym.

– W jed­nej chwili jest sporo ponad trzy­sta, a w następ­nej zale­d­wie dwie­ście trzy­dzie­ści pięć.

– Cho­lera – powtó­rzył Nathan i odło­żył pióro.

– Nie sądzę, żeby­śmy mogli jesz­cze długo cze­kać – powie­dział Richard. – Jeśli sytu­acja nie wyja­śni się w ciągu kilku następ­nych godzin, poważ­nie wąt­pię, czy nastąpi to kie­dy­kol­wiek.

Nathan szybko ubrał się w długi biały far­tuch labo­ra­to­ryjny i podą­ża­jąc za Richar­dem, wyszedł ze swo­jego gabi­netu.

– Cho­lera – powtó­rzył po raz trzeci.

Jego jasne włosy były potar­gane, a na policz­kach miał dwu­dniowy zarost. Był czter­dzie­stocz­te­ro­let­nim męż­czy­zną, teraz wyglą­dał jed­nak jak stu­dent, który wła­śnie się obu­dził na cudzej kana­pie po cało­noc­nej impre­zie alko­ho­lo­wej.

Jego dwoje mło­dych sta­ży­stów, Keira i Tim, stało przed inku­ba­to­rem. Byli zanie­po­ko­jeni i wyglą­dali tak, jakby poczu­wali się do winy, że z embrio­nem dzieje się coś złego.

– Ile wynosi tętno w tej chwili? – zapy­tał.

Keira zmarsz­czyła czoło i popa­trzyła na ekran kom­pu­tera.

– Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt pięć. Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt sześć. Jest moc­niej­szy niż kilka minut temu.

– Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt sześć? To dużo, ale sytu­acja nie jest kry­tyczna. Żad­nych oznak bli­skiego roz­wią­za­nia?

– Nie zauwa­żamy istot­nych skur­czów mię­śni, jesz­cze nie teraz. Odno­to­wu­jemy lek­kie drże­nia, ale tylko w nogach.

– Czy oprócz pulsu są jesz­cze jakieś inne objawy stresu?

Tim potrzą­snął prze­cząco głową.

Nathan spoj­rzał na Richarda Scry­mana i powie­dział:

– Dajmy mu jesz­cze kilka godzin. Przy odro­bi­nie szczę­ścia tętno się usta­bi­li­zuje.

Richard się skrzy­wił.

– Pan decy­duje, pro­fe­so­rze. Jed­nak worek żółt­kowy przez cały czas gwał­tow­nie się kur­czy i sądzę, że embrion już długo nie pożyje. Wkrótce nastąpi zatrzy­ma­nie akcji serca.

– Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt osiem – powie­działa Keira. I za moment: – Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć.

Przez dłuż­szą chwilę Nathan w mil­cze­niu wpa­try­wał się w jajko. Było duże, miało może sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent wiel­ko­ści jajka stru­sia i odcień bar­dzo ciem­nej zie­leni z czar­nymi krop­kami, jakby ktoś spry­skał je atra­men­tem, uży­wa­jąc szczo­teczki do zębów. Spo­czy­wało w spe­cjal­nie wymo­de­lo­wa­nej piance latek­so­wej i było połą­czone elek­tro­dami z urzą­dze­niami pomia­ro­wymi, które bez­u­stan­nie kon­tro­lo­wały puls, ciśnie­nie krwi i zuży­cie tlenu.

Dla Nathana to jajko było kul­mi­na­cją pię­ciu lat inten­syw­nych prac labo­ra­to­ryj­nych, nie licząc mnó­stwa kola­cji, pod­czas któ­rych zbie­rał pie­nią­dze na bada­nia, nie­zli­czo­nych wizyt u spon­so­rów i róż­nych kom­bi­na­cji aka­de­mic­kich. To jajko sta­no­wiło dowód, że jego naj­bar­dziej ryzy­kowne teo­rie i opra­co­wane przez niego for­muły gene­tyczne są praw­dziwe.

Ze wszyst­kich trud­no­ści i prze­ciw­no­ści naj­bar­dziej męczący był dla niego otwarty scep­ty­cyzm innych zoo­lo­gów. Nie prze­pu­ścili żad­nej oka­zji, aby go oka­zy­wać – zebrań zarządu, semi­na­riów zoo­lo­gicz­nych czy też arty­ku­łów w cza­so­pi­smach nauko­wych. Nathan Under­hill to sza­le­niec naszych cza­sów. Nathan Under­hill to szar­la­tan szu­ka­jący roz­głosu. Nathan Under­hill to sprze­dawca „cudow­nego leku”, który ode­brał środki finan­sowe pro­jek­tom, które znacz­nie bar­dziej ich potrze­bo­wały, jedy­nie po to, żeby urzą­dzić niczemu nie­słu­żące, z gruntu fał­szywe przed­sta­wie­nie zoo­lo­giczne. Nie­je­den przy­wódca reli­gijny oskar­żył go, że wyko­nuje pracę godną dia­bła.

Nawet stu­denci wołali na niego za ple­cami „dok­tor Fre­ak­stein”¹, cho­ciaż już ze znacz­nie więk­szą tole­ran­cją, zwłasz­cza dziew­częta. Lubili tego dzi­waka – przy­stoj­nego dzi­waka – i cho­ciaż zasad­ni­czo nie mieli wąt­pli­wo­ści, że jego pomy­sły są sza­lone, nie odma­wiali mu też prawa do podej­mo­wa­nia prób.

Drzwi labo­ra­to­rium otwo­rzyły się z hała­sem i sta­nął w nich Geo­rge, dozorca.

– Skoń­czył pan już, pro­fe­so­rze? Zamy­kam na noc.

Nathan uniósł rękę.

– Prze­pra­szam, Geo­rge, ale wła­śnie jeste­śmy w samym środku cze­goś waż­nego. Będziemy musieli jesz­cze tro­chę pocze­kać.

– A czy to, w czego środku pan jest, nie może pocze­kać do jutra rana?

– Nie, Geo­rge, nie może. To jest tylko odro­binę mniej ważne od naro­dzin Jezusa Chry­stusa.

– No dobrze. Wpadnę tutaj jesz­cze póź­niej, kiedy skoń­czę obchód.

– Założę się, że Trzej Kró­lo­wie ni­gdy by cze­goś takiego nie powie­dzieli – zauwa­żył Tim teatral­nym szep­tem.

Nathan zało­żył słu­chawki i przy­ło­żył ste­to­skop do sko­rupy jajka. Usły­szał bicie serca, deli­katne, ale bar­dzo szyb­kie. Popa­trzył na zega­rek. Biło ponad cztery razy szyb­ciej niż serce czło­wieka, lecz tylko nie­znacz­nie szyb­ciej od serca kur­czaka.

Na ekra­nie kom­pu­tera spraw­dził naj­now­szy odczyt z ultra­so­no­grafu. Embrion wyglą­dał dobrze. Wyraź­nie widział jego głowę, ciało i skrzy­dła. Widział także ostry dzió­bek – narzę­dzie, któ­rym wkrótce miał prze­bić worek powietrzny wewnątrz sko­rupy. Kiedy zosta­nie prze­bity, pisklę zacznie samo­dziel­nie oddy­chać i dopiero wtedy, chcąc się wydo­stać na otwarte powie­trze, roz­bije sko­rupę jajka.

Aby prze­bić sko­rupę, musiało jed­nak mieć odpo­wied­nio silne mię­śnie szyi, a na razie nic nie świad­czyło o tym, że już je ma. Oce­nia­jąc jego wiel­kość i masę, Nathan przy­pusz­czał, że zacznie się wyklu­wać po trzy­dzie­stu pię­ciu dniach – kur­czaki wyklu­wały się po dwu­dzie­stu jeden – tym­cza­sem minęło już trzy­dzie­ści osiem dni, a embrion wciąż był zwi­nięty w sko­ru­pie i pra­wie się nie poru­szał.

– Spada ciśnie­nie krwi – powie­dział Tim. – Spada także zuży­cie tlenu.

– Umiera – dodał Richard.

Nathan wie­dział, że Richard ma rację. Dotych­czas miał wielką nadzieję, że embrion wykluje się samo­dziel­nie, teraz jed­nak było oczy­wi­ste, że jest na to za słaby.

– Ciśnie­nie krwi spa­dło do dwu­na­stu – powie­dział Tim.

– Puls także słab­nie – dodała Keira. – Dwie­ście sześć­dzie­siąt pięć. Dwie­ście sześć­dzie­siąt trzy. Dwie­ście pięć­dzie­siąt jeden.

Richard popa­trzył na Nathana, który rozu­miał już, że nie ma wyboru. Otwo­rzył głę­boką szu­fladę w stole labo­ra­to­ryj­nym i wycią­gnął z niej mło­tek, któ­rzy przy­go­to­wał spe­cjal­nie na tę chwilę – choć myślał, że mimo wszystko ni­gdy nie nastąpi.

Wło­żył maskę chi­rur­giczną i ręka­wice z lateksu.

– Dwie­ście dwa­dzie­ścia jeden – mówiła Keira mono­ton­nym gło­sem. – Dwie­ście sie­dem­na­ście. Dwie­ście dwa­na­ście.

– Kamery wideo włą­czone? – zapy­tał Nathan.

Tim uniósł w górę kciuk, dając mu znak, że z kame­rami wszystko w porządku. Szybko, lecz bar­dzo ostroż­nie, Nathan odłą­czył elek­trody od zie­lo­nej sko­rupy. Znów nasłu­chi­wał przez chwilę przez ste­to­skop, aby się upew­nić, że serce wciąż bije. Wresz­cie raz i drugi ude­rzył młot­kiem w sko­rupę. Powtó­rzył to jesz­cze kil­ka­krot­nie, sko­rupa jed­nak nie pękała. Było oczy­wi­ste, że jest grub­sza i moc­niej­sza, niż myślał.

Popa­trzył na Richarda, jed­nak ten jedy­nie wzru­szył ramio­nami. Keira i Tim spra­wiali wra­że­nie rów­nie bez­rad­nych.

– Dobrze – mruk­nął. – Skoro tak musi być…

Ude­rzył z całej siły i wresz­cie jajo pękło w trzech miej­scach, ale się nie roz­pa­dło. Odło­żył mło­tek i deli­kat­nie uniósł część sko­rupy. Pod spodem zoba­czył pół­prze­zro­czy­stą mem­branę, która roz­sze­rzała się i kur­czyła. Pod nią dostrzegł szarą, upie­rzoną głowę lśniącą od śluzu i poje­dyn­cze poma­rań­czowe oko, które spoj­rzało na niego, w ogóle nie mru­ga­jąc.

– Chry­ste Panie! – jęk­nął Tim.

Z jaja wydo­był się prze­raź­liwy smród, tak okropny, że Keira natych­miast się zachły­snęła, jakby miała zwy­mio­to­wać, i nawet Richard zakasz­lał i cof­nął się o dwa kroki. W labo­ra­to­rium zaśmier­działo siarką, zgni­łym jajem kurzym, ale w tle tego smrodu był także odór roz­kła­da­ją­cego się mięsa i jakiś dziwny, trudny do ziden­ty­fi­ko­wa­nia zapach. Tro­chę przy­po­mi­nał Natha­nowi smród wydo­by­wa­jący się ze zlewu, do któ­rego wleje się che­miczny śro­dek do czysz­cze­nia.

– O Boże – powie­dział Richard. – Popa­trz­cie na to. To wciąż żyje, mimo że w poło­wie jest zgniłe!

Nathan odwró­cił głowę i głę­boko wcią­gnął powie­trze. Po chwili znowu popa­trzył na jajo i odło­żył na bok drugi, a potem trzeci kawa­łek sko­rupy. Pióra na skrzy­dłach były mazi­ste, lep­kie, a ciało przy­po­mi­nało pęk­nięty worek. Miało wszyst­kie ele­menty, któ­rych Nathan się spo­dzie­wał – głowę, dziób, koń­czyny i pazury – i nie było wąt­pli­wo­ści, że jego serce wciąż bije.

Embrion zła­pał powie­trze, potem uczy­nił to drugi raz, zaczął się dła­wić, i wresz­cie w ogóle prze­stał oddy­chać. Nathan deli­kat­nie wziął go w ręce i spró­bo­wał pod­nieść.

– Tim! Podaj gniazdo! Natych­miast. Keira, bądź gotowa z tle­nem!

Tim pośpie­szył z czer­woną pla­sti­kową miską z czy­stym pia­skiem, pió­rami i skraw­kami deli­kat­nej wełny. Nathan zapro­jek­to­wał to gniazdo oso­bi­ście, wybie­ra­jąc podobne ele­menty, jakimi wyście­łają swoje gniazda na kli­fach wędrowne sokoły.

Drżą­cymi rękami Tim przy­sta­wił miskę do inku­ba­tora.

– Dobra, teraz spo­koj­nie – powie­dział Nathan. – Za mocno uko­cha­li­śmy tego faceta i zbyt wiele wysiłku mu poświę­ci­li­śmy, żeby teraz dać mu umrzeć.

– On już jest w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach mar­twy – stwier­dził Richard. – On. To. A może ona.

Nathan pod­niósł rękę i kiedy to uczy­nił, embrion się roz­padł. Jego skrzy­dła upa­dły na pod­łogę, a głowa wto­czyła się do miski. Reszta ciałka po pro­stu zanu­rzyła się w ota­cza­ją­cym kości ślu­zie i prze­gni­łym szla­mie.

– O Boże – jęk­nęła Keira i odsu­nęła się w naj­dal­szy kąt. Widać było, że zmaga się ze sobą, żeby nie zwy­mio­to­wać. – To jest total­nie obrzy­dliwe.

Nathan wrzu­cił szczątki do inku­ba­tora i zaczął ście­rać z pal­ców gala­re­to­watą maź. Następ­nie zdjął latek­sowe ręka­wice i pod­szedł do zlewu, aby umyć dło­nie żelem prze­ciw­bak­te­ryj­nym.

Mil­czał. Nie potra­fił zna­leźć żad­nych słów, które odda­łyby, co czuje. Tim obser­wo­wał go, wciąż trzy­ma­jąc w rękach miskę, w któ­rej wymosz­czone było gniazdo. Keira stała w kącie przy drzwiach.

Richard z nie­skry­wa­nym obrzy­dze­niem pod­niósł z pod­łogi skrzy­dła embriona i poło­żył je na mar­twej gło­wie. Zakasz­lał, zachar­czał, po czym splu­nął do chu­s­teczki.

– Co się stało, pro­fe­so­rze? – zapy­tał.

Nathan sta­ran­nie osu­szył ręce i dopiero wtedy mu odpo­wie­dział:

– Mam wra­że­nie, że doszło do infek­cji bak­te­ryj­nej. Naj­praw­do­po­dob­niej to jakiś pacior­ko­wiec z grupy A.

– Dla­czego więc jego serce biło aż tak długo? Żaden czło­wiek nie prze­trwałby tak zaawan­so­wa­nej mar­twicy.

– Oczy­wi­ście, że nie. Ale prze­cież nie mamy tu do czy­nie­nia z czło­wie­kiem ani też z żad­nym zna­nym gatun­kiem ptaka ani zwie­rzę­cia.

– To co teraz? – zapy­tał Tim. Policzki miał jesz­cze bar­dziej czer­wone niż zwy­kle. – Jezu… Pra­co­wa­łem nad tym kryp­to­zo­olo­gicz­nym pro­jek­tem od dnia, w któ­rym ukoń­czy­łem stu­dia.

Nathan poło­żył dłoń na jego ramie­niu.

– Zamro­zimy szczątki i jutro z samego rana roz­pocz­niemy szcze­gó­łową sek­cję. I, posłu­chaj­cie, na razie nikomu nie mówimy, co się stało. Wczo­raj po połu­dniu tele­fo­no­wano do mnie z działu finan­sów Towa­rzy­stwa Zoo­lo­gicz­nego z infor­ma­cją, że do tej pory wyda­łem dwa prze­ci­nek sie­dem – powie­dział. Odpowie­działo mu mil­cze­nie. – Dwa miliony sie­demset tysięcy dola­rów – dodał, kiedy się zorien­to­wał, że nie został zro­zu­miany.

Richard popa­trzył na kości i pióra spo­czy­wa­jące w inku­ba­to­rze.

– Cho­lera jasna – mruk­nął.

– Tak, masz rację, cho­lera jasna… A my tym­cza­sem będziemy mogli im poka­zać jedy­nie zgniły embrion.

– Prze­cież wciąż możemy coś z niego ura­to­wać – zauwa­żył Richard. – Jeśli zdo­łamy zro­zu­mieć, dla­czego był w sta­nie żyć aż tak długo w sta­nie tak zaawan­so­wa­nego roz­kładu. wtedy towa­rzy­stwo będzie mogło się ubie­gać o zwrot kosz­tów badań. Ktoś taki jak Pfi­zer z pew­no­ścią będzie zain­te­re­so­wany wyni­kami.

Nathan nie odpo­wie­dział mu. Richard praw­do­po­dob­nie miał rację, on był jed­nak zbyt zdo­ło­wany, żeby teraz mu ją przy­znać. Po chwili Scry­man pod­szedł do rzędu lodó­wek i wycią­gnął z jed­nej z nich tacę z nie­rdzew­nej stali. Już chciał chwy­cić za jedno ze skrzy­deł, ale Nathan zaopo­no­wał:

– Nie, Richar­dzie, daj spo­kój. To mój bała­gan, moja kata­strofa, więc ja po niej posprzą­tam. Widzimy się jutro, dobrze?

– Jesteś pewien? Nathan poki­wał głową.

– Poza tym muszę w spo­koju pomy­śleć. Czuję się co naj­mniej tak, jakby umarł mi ktoś bli­ski.

W tym momen­cie znowu otwo­rzyły się drzwi. Geo­rge wsu­nął głowę do labo­ra­to­rium i zapy­tał:

– Czy Jezus już się uro­dził?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Gra słów: ang _freak_ – dzi­wak, maniak.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij