Beksa - ebook
Jaśmina nigdy nie poznała matki. Wszystko zmienia się, gdy przypadkowy chłopak wypowiada imię, którego nie miał prawa znać. To jedno spotkanie uruchamia lawinę pytań. Jaśmina i Tymek wracają do sprawy sprzed lat, odkrywając, że ich matki łączy więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Śledztwo prowadzi ich do starych akt, morderstwa nad jeziorem i… rodzinnych kłamstw. Czy prawda o matce stanie się dla Jaśminy początkiem wolności, czy nowym koszmarem? I czy Jaśmina może zaufać komuś, kto pojawił się tak nagle i wie zaskakująco dużo?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: | brak |
| ISBN: | 978-83-8388-728-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_8 listopada 2025 r., sobota_
Polesie było wyjątkową dzielnicą Wieszcza z wielu powodów.
Ponieważ mieszkałam tutaj od urodzenia, wiedziałam, gdzie można dostać tanio crack, od kogo kupić szmuglowane ze wschodu fajki czy kiedy lepiej nie szwendać się po okolicy. Relatywnie najłatwiejsze było to ostatnie. Wymagało jedynie dowiedzenia się, czy Weksel wciąż siedzi, czy może jednak wypuścili go na zwolnienie warunkowe – a w tej kwestii info miałam zawsze z pierwszej ręki. Nadia, z którą chodziłam do klasy, mieszkała z nim w jednej klatce, więc za każdym razem dostawałam od niej cynk prawie natychmiast.
Byłam w pełni świadoma, że dorastając w takim środowisku, weszłam w posiadanie wielu niekoniecznie potrzebnych umiejętności. Umiałam na przykład otwierać piwo plastikową butelką albo widelcem, a wino trampkiem czy nożem. Z kolei do bardziej przydatnych zdolności w moim portfolio należało choćby płacenie rachunków za ojca, podrabianie jego podpisu i maksymalna samodzielność, na jaką pozwalał mi wiek siedemnastu lat.
Właśnie dlatego szłam teraz wzdłuż pustej dwupasmówki do mieszkania skarbnika z klasy Leny. Nie mogłam już dłużej zwlekać z wpłatami za siostrę na radę rodziców.
Termin i tak już kilkakrotnie mi odroczono...
Przed wyjściem z domu dla odmiany źle oceniłam pogodę. Listopad znów mnie przechytrzył i o trzynastej po porannym słońcu nie było już śladu. Jedynie w koszulce i cienkiej kurtce parłam wprost pod zimny wiatr. Jakby tego było mało, bombardowały mnie porwane przez podmuchy zbrązowiałe liście klonu. Dziko wirowały w powietrzu wraz z dziesiątkami wron, które niespokojnie krążyły nad osiedlem starych bloków i kamienic, zapowiadając deszcz.
No dalej. Jest mi już kurewsko zimno, mogę też zmoknąć. Przecież czemu nie.
Dotarłszy na miejsce, uregulowałam płatność, odbyłam całkowicie zbędny small talk z matką Patrycji i przekazałam pozdrowienia od Leny.
Sztuczny uśmiech zszedł mi z twarzy wraz z zamknięciem się drzwi mieszkania.
Odruchowo wyłączyłam funkcję „odpowiedzialna i miła starsza siostra Leny”. Wróciłam do ustawień domyślnych. Od zbyt długiego uśmiechania się zawsze bolały mnie potem policzki, dlatego cieszyłam się, że z matką Patrycji poszło mi dziś w miarę sprawnie.
Może jeśli potraktuję to jako trening przed wizytą z MOPS-u, to będzie mi lepiej, pomyślałam, ale szybko pokręciłam głową, chcąc z niej wyrzucić perspektywę spotkania z opiekunką naszej rodziny, panią Renatką.
Powinnam się skupić na tu i teraz – czyli na czekającej na mnie w mieszkaniu przeziębionej Lenie, podwyżce czynszu w spółdzielni i spóźniającej się pensji z kina, w którym pracowałam od momentu podjęcia decyzji o rzuceniu szkoły. Choć może „rzucenie” to zbyt mocne słowo, bo czasem się w niej pojawiałam, jednak tylko po to, żeby mieć jakąkolwiek frekwencję i nie prowokować MOPS-owej pani Renatki do ingerencji w moje sprawy.
Ale spoko, jeszcze tylko dwa tygodnie. Dwa tygodnie i będę dorosła, a moje problemy się skończą. Pójdę do legalnej pracy, pełnoprawnie wypiszę się ze szkoły i wystąpię do sądu o opiekę nad Leną. A ojciec będzie mógł mi już tylko naskoczyć.
– Hej, maleńka!
Ocknęłam się i spojrzałam w lewo, gdzie tempem mojego chodu toczył się samochód. Podstarzałe BMW lata świetności miało już za sobą, podobnie zresztą jak jego pasażerowie – na oko czterdziestoletni beneficjenci zasiłku dla bezrobotnych. Jak połowa Polesia.
Jedynymi oznakami luksusu były ich świeżo wyprane kibolskie szaliki.
– Maleńka, co ty, głucha?!
Udając, że ich nie zauważyłam, dalej szłam przed siebie. W myślach klęłam jednak na własne zapominalstwo, bo nie dość, że za cienko się ubrałam i zmarzłam, to jeszcze nie założyłam zawczasu słuchawek. Zwykle nosiłam je w uszach, nawet jeśli nie leciała w nich muzyka. Traktowałam je jako pretekst do zbywania podobnych tekstów.
Których, nawiasem mówiąc, usłyszałam w swoim krótkim życiu zdecydowanie za dużo...
– Dupcia, nie podobasz mi się! – krzyknął kierowca, a ja przyspieszyłam.
Nie zamierzałam nawet zachowywać pozorów. Już dawno nauczyłam się, że ważniejsze jest, aby szybko uciekać, niż dobrze się bić, dlatego narzuciłam sobie solidne tempo marszu. Skręciłam między szare bloki. Miałam nadzieję, że to wystarczy, bo przecież skoro zeszłam z głównej drogi na taką, na którą nie dało się wjechać samochodem, to pozbyłam się problemu krzyczących za mną troglodytów.
Tylko że... jednak nie.
– Laleczko! No weź nie każ nam za tobą biegać! – usłyszałam.
Musieli wyjść z samochodu. Spięłam się i zatrzymałam wbrew wcześniejszym planom, bo okej: ja na pewno bym im uciekła, ale czy gdyby Lena była na moim miejscu, również dałaby radę ulotnić się w odpowiednim momencie.
Wątpię.
– No! Wreszcie poszłaś po rozum do głowy! – dobiegło z tyłu, więc z ociąganiem się odwróciłam.
– Czego chcecie? – zapytałam niechętnie.
Było ich czterech, a każdy miał dokładnie taki sam, tęskniący za rozumem wyraz twarzy. Szybko więc sklasyfikowałam ich według innych kryteriów.
Ten kierował autem, ten był łysy, ten gruby, a ostatni brzydszy niż reszta.
– Uuu, cięta jesteś! Lubię takie! – powiedział podekscytowany Kierowca, któremu szybko zawtórowali koledzy.
W szczególności Brzydal w za małej bejsbolówce, przez co śmiesznie odstawały mu czerwone od chłodu uszy.
– Dziś wielki dzień, mała!
– Może wpadniesz do nas na imprezę? Zgrabna jesteś, nadasz się. – Łysy zarechotał. – Przydadzą nam się takie laseczki jak ty.
– Mam plany – rzuciłam, starając się nie drżeć z zimna, bo mogliby to wziąć za przejaw strachu.
Niedoczekanie.
– Niegrzecznie, niegrzecznie – mruknął Gruby i zrobił krok ku mnie. Jemu najmniej było do śmiechu. Dopiero teraz zauważyłam, jakie miał krzywe zęby i wielkie czoło. – Nawet nie zapytałaś, co to za impreza, a my organizujemy bibę dla prawdziwych kibiców po meczu.
Jeśli chodzi o kibicowanie, to ja kibicuję tylko wam.
Żebyście dali mi spokój.
– O nic nie pytałam, bo dziś pracuję – odparłam i przestąpiłam z nogi na nogę.
– Laska...
– Mam plany – powtórzyłam z zamiarem odejścia.
Wtedy łapsko najcięższego z nich wystrzeliło ku mnie i zacisnęło się na moim przedramieniu.
– Lepiej chodź z nami do samochodu.
Zamrugałam zaskoczona ich głupotą.
Totalnie musieli się czegoś naćpać, żeby próbować takich zagrywek za dnia na otwartej przestrzeni. Debile...
– Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz – wycedziłam w stronę Grubego, straciwszy cierpliwość – to zacznę krzyczeć i...
– Wszystko w porządku, kochanie?
Kibole, jak jeden mąż, spojrzeli na coś za mną. Albo raczej na kogoś, kto właśnie przystanął obok i objął mnie ramieniem w talii.
Ktoś, czyjego głosu nie znałam.
– Wybacz, skarbie, że musiałaś tyle czekać, coś mi wypadło – usłyszałam nad uchem.
– Nic się nie stało – odparłam i obróciłam głowę w lewo, skąd totalnie mi obcy chłopak posyłał grupie patusów zniewalający uśmiech.
Wystarczyło mi jedno spojrzenie na niego, aby stwierdzić, że tu nie pasował. Nie był stąd, z Polesia. Jednocześnie wydawało mi się, że zdawał sobie sprawę z sytuacji, w jaką sam się wpakował, i celowo grał takiego nonszalanckiego, licząc na szybkie zakończenie tej niezręcznej konwersacji. No i był przystojny. I to tak przystojny jak Chris Hemsworth w _Thor Ragnarok_, zanim obcięli mu włosy.
_God, have mercy, pls_.
W obawie, że jeszcze moment i już nigdy nie oderwę od niego wzroku, zwróciłam się z powrotem ku braci kibolskiej, której mina zrzedła. Faceci zmarnieli, równie zaskoczeni pojawieniem się nieznajomego co ja.
– Ta, gościu. Jasne. Coś ci wypadło – rzucił Łysy po krótkiej przerwie i splunął nam pod nogi. – Twoja stara jak cię robiła chyba.
– Było od razu powiedzieć, że jesteś na co dzień zajęta, laleczko – poparł go Brzydal. – Nie tracilibyśmy na ciebie czasu. Nie chcemy na imprezie zajętych dup.
– Nie pytaliście... – mruknęłam, nadal nie odsunąwszy się od nowo przybyłego uczestnika tego zamieszania, który z racji, że stał blisko, osłaniał mnie przed wiatrem.
Zrobiło mi się dzięki temu minimalnie cieplej.
Za cenę tego luksusu nawet nie chciałam się od niego odsuwać. Swoją drogą, nie mogłam nie poczuć, że pachniał perfumami, które określiłabym jako sportowe, bo totalnie nie znałam się na klasyfikacji zapachów. Drzewo sandałowe i inne takie były mi kompletnie obce, więc określenie „sportowe” musiało wystarczyć. Choć i tak najbardziej liczyło się to, że nadal obejmował mnie w talii jak gdyby nigdy nic.
Thor, miłość i kibole. _Love story Polesie edition_ – jedyne, na jakie mogę liczyć.
Znów spojrzałam kątem oka na blondyna.
Cholera, nie przywidziało mi się. Nadal był przystojny, a ja głupia, że myślałam o tym w takiej sytuacji. Pcham się w gips...
– W takim razie udanej imprezy, panowie – dodałam na odczepnego i powróciłam do swojej poprzedniej postawy.
Starałam się udawać, że w miejscu mózgu nie mam teraz galarety.
– Jasne, że będzie udana – burknął Kierowca. Poprawił na szyi czerwony szalik Ruchu Wieszcz, po czym znów zwrócił się do mnie. Jego pełen wyższości ton działał mi na nerwy. – A ty, lalunia, następnym razem odpowiadaj, jak cię ktoś woła. Szczególnie jeśli to takie fajne chłopaki jak my, co chcą cię na imprezę wyciągnąć.
– No, tego, tak – poparł go Gruby i pociągnął nosem. – A ty, typie – zwrócił się do mojego rycerza bez białego konia – zetnij te długie kudły. Jak baba wyglądasz.
– Nie no, z babą go nie pomylisz, Czarek – wtrącił się Brzydal, taksując nieznajomego wzrokiem. – Ja bym chciał, żeby moja Olka miała takie bujne, a nie jakieś spalone siano w kolorze rozbełtanego jajka.
– No, tylko to facet, a nie twoja Olka. To po kiego mu takie...
– Dobra, panowie, dzięki za rozmowę – wszedł mu w słowo chłopak.
Co najdziwniejsze, zdawał się ich uspokajać samym głosem. Pomyślałam tak, bo przecież na pewno nie budził respektu wyglądem. Był wysoki, okej, ale też dość szczupły i tak ze dwa razy od nich młodszy – mógł mieć góra dwadzieścia lat.
– Do zobaczenia na jakimś meczu, chłopaki – rzucił na odchodne.
– Ale, kolego. – Kierowca nagle się obudził i ostentacyjnie włożył ręce w kieszenie pikowanej kurtki. Od razu pomyślałam, że trzymał w nich jakieś kastety. – Za kim jesteś?
Aj...
Atmosfera zgęstniała, a ja modliłam się, żeby tylko nie powiedział, że za Widzewem albo Legią.
– No wiadomo, że za Ruchem Wieszcz.
– Ha! – Łysy klasnął z radości, Brzydal poklepał go po plecach. – Nasz jest! Widzicie?
– To siema, panowie. – Chłopak uniósł dłoń na pożegnanie i z poważną miną wyrzucił pięść ku górze. – Ruch Wieszcz na zawsze i na wieczność!
– Ruch Wieszcz na zawsze i na wieczność! – odkrzyknęli koneserzy wrzasków.
– Dobrze! – Kierowca klasnął w dłonie z uznaniem i znów zwrócił się do mojego rycerza: – Jest z ciebie Wieszcz, a nie leszcz.
– No jacha.
Lekko zmarszczyłam brwi, bo zwątpiłam, czy na pewno stał po mojej stronie.
A co, jeśli on też jest jak oni jakiś kopnięty, tylko lepiej się maskuje?
– Ty tak serio? – zapytałam cicho, śledząc wzrokiem czterech odchodzących kiboli. Chciałam mieć pewność, że panowie na pewno wrócą tam, skąd przyszli.
Kiedy mi nie odpowiedział, a czterech poleskich jeźdźców apokalipsy zniknęło za zakrętem, zwróciłam się przodem do nieznajomego. Głupio mi było to przyznać, ale on nawet nie był w moim typie.
On był moim typem.
I chyba już się zorientował, że tak jest.
Niedobrze...