Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Benjamin nie potrafił zapomnieć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
3929 pkt
punktów Virtualo

Benjamin nie potrafił zapomnieć - ebook

Benjamin Lowell wreszcie poczuł, że znalazł swoje miejsce – wśród przyjaciół z Cleveland, w świecie, w którym jest akceptowany, szanowany i kochany. Jego życie zaczęło płynąć spokojnym rytmem.

Do czasu, gdy w szkolnej szafce znalazł pierwszy anonimowy list z pogróżkami.

W hotelu, który dotąd był bezpieczną przystanią, również zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Przyjaciele Bena mierzą się z własnymi problemami, a w chwilach największych napięć zapominają o lekcji cioci Lindy: że dopóki trzymają się razem, poradzą sobie ze wszystkim. Tymczasem kolejne nieszczęścia tylko pogłębiają dzielące ich różnice.

Jedno staje się jasne – komuś bardzo nie podoba się powrót Genevieve McKenney do miasta. Jak daleko posunie się ta osoba, by dziewczyna zniknęła raz jeszcze? I czy wsparcie bliskich wystarczy, by przetrwać nadciągający kryzys?

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-726-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

Machine Gun Kelly – _con­cert for aliens_

Bring Me The Hori­zon – _sTraN­geRs_

Ana­sta­cia – _Left Out­side Alone_

Måneskin – _The Lone­liest_

Bring Me the Hori­zon – _True Friends_

sombr – _I Don’t Know You Any­more_

Syd­ney Rose – _We Hug Now_

Conan Gray – _The Exit_

Ale­xan­dria – _Always an Angel_

Aura Dione ft. Rock Mafia – _Friends_

One­Re­pu­blic – _Apo­lo­gize_

The Fray – _How to Save a Life_

NF – _If You Want Love_

Tyler Chil­ders – _Lady May_ROZDZIAŁ 1

Ben

Pięść zmie­rzała nie­uchron­nie w kie­runku mojej twa­rzy, a ja nie zro­bi­łem nic, by się obro­nić – patrzy­łem na nią spa­ra­li­żo­wany. Zda­wało mi się, że widzę każdy detal dłoni ojca, zbli­ża­ją­cej się w zwol­nio­nym tem­pie: każdą kosteczkę, każde pęk­nię­cie skóry i wszyst­kie ślady po sta­rych bli­znach. Czas się zatrzy­mał, mogłem jedy­nie cze­kać na pie­kący ból. Zna­łem to uczu­cie, dosko­nale je pamię­ta­łem, byłem na nie przy­go­to­wany. Ude­rze­nie jed­nak nie nade­szło. Zamiast tego poczu­łem dotyk na ramie­niu. Ock­ną­łem się.

– Zie­mia do Bena! – Przez senną ścianę zaczął prze­bi­jać się głos. – Wsta­waj!

Roz­chy­li­łem powieki. Ron­nie Slam­mer stała nade mną, zasła­nia­jąc wpa­da­jące przez okno jaskrawe pro­mie­nie słońca.

Rozej­rza­łem się po pokoju. Minął już mie­siąc, odkąd się tu prze­pro­wa­dzi­łem, a jed­nak od czasu do czasu wspo­mnie­nia z domu rodzin­nego jesz­cze nawie­dzały mnie w snach. Potrze­bo­wa­łem chwili, żeby uświa­do­mić sobie, że tutaj nie usły­szę zza ściany żad­nych wrza­sków, trza­sku bute­lek ani pospiesz­nych kro­ków ozna­cza­ją­cych kło­poty. Byłem bez­pieczny, daleko od tego, co jesz­cze do nie­dawna sta­no­wiło moją codzien­ność.

– Halo! – Ron­nie szturch­nęła mnie w ramię. – Pora zbie­rać się do szkoły.

Chwy­ci­łem za tele­fon, żeby spraw­dzić godzinę. Młoda jak zwy­kle prze­sa­dzała, mia­łem jesz­cze sporo czasu. Prze­tar­łem twarz z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Mogłem pospać jesz­cze pół godziny.

Prych­nęła, jakby usły­szała naj­więk­szą bzdurę na świe­cie.

– No wła­śnie nie. Musimy jechać twoim rowe­rem, ostat­nio za dużo ludzi przy­jeż­dża na śnia­da­nia. Lou powie­dział, że nas nie zawie­zie, bo musi pomóc Domowi.

Unio­słem się na łok­ciach. Dziew­czyna poło­żyła mój ple­cak na biurku i wsa­dziła do niego papie­rową torbę z jedze­niem. Naj­wy­raź­niej grze­ba­nie w cudzych rze­czach było u Slam­me­rów rodzinne. Nie roz­bu­dzi­łem się jesz­cze wystar­cza­jąco, by tłu­ma­czyć jej, że musi prze­stać to robić.

– A pyta­łaś Stana? Może on by nas pod­wiózł?

– Nie ma go. Wczo­raj chyba pokłó­cił się z Tiną, ale nie wiem, o co. – Ron­nie pod­nio­sła z pod­łogi koszulkę, jedną z wielu, jakie się tam walały, i rzu­ciła nią we mnie. – No, wsta­waj już.

Pod­nio­słem ręce w geście pod­da­nia.

– Okej, moment. Możesz wyjść? Przy­da­łoby mi się tro­chę pry­wat­no­ści.

– Pry­wat­no­ści – powtó­rzyła z iro­nią. – Jeśli tęsk­nisz za pry­wat­no­ścią, to wra­caj do swo­jej sypialni. Do pokoju mojego brata mogę przy­cho­dzić, kiedy chcę.

Tłu­ma­czy­łem sobie, że to, jaka Ron­nie bywa wku­rza­jąca, jest kwe­stią wieku, i wycze­ki­wa­łem momentu, w któ­rym z tego wyro­śnie.

– Daj mi pięć minut. No już, wypad stąd.

Dziew­czyna unio­sła brwi w prze­sad­nym zdzi­wie­niu.

– Wypad? Powiem Domi­nic­kowi, jak się do mnie odzy­wasz.

– Nie, cze­kaj! – zawo­ła­łem, ale ona już ze śmie­chem zwiała na kory­tarz.

Oba­wia­łem się wielu rze­czy, jed­nak w ogól­nym roz­ra­chunku Cle­ve­land było dla mnie naprawdę dobre. Udało mi się prze­nieść papiery, więc koniec koń­ców będę w sta­nie skoń­czyć szkołę tutaj. Ron­nie od nowego seme­stru zacznie naukę w pry­wat­nym liceum spor­to­wym, ale do końca tego roku szkol­nego zostaje u nas, więc codzien­nie rano jeź­dzimy razem. Na początku roz­dzie­la­li­śmy się jesz­cze przed wej­ściem do budynku, ale z cza­sem młoda zaczęła wcho­dzić ze mną do środka i żegna­li­śmy się dopiero przy szaf­kach. Poczu­łem się wtedy, jak­bym dostał nie­spo­dzie­wany awans w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Jeśli szes­na­sto­latka się mnie nie wsty­dzi, to chyba nie jest ze mną tak źle.

Tak jak zapo­wie­dzia­łem, zbie­głem po scho­dach pięć minut póź­niej. Ron­nie roz­ma­wiała z Tiną na recep­cji. Wła­ści­wie wyglą­dało to tak, że Tina pro­wa­dziła mono­log. Młoda przy­jęła moje nadej­ście z wielką ulgą.

– Wybacz, ale musimy się zbie­rać – oznaj­miła, rusza­jąc do drzwi. – Na pewno się pogo­dzi­cie, jak zawsze!

Poma­cha­łem do Tiny, tro­chę na powi­ta­nie, a tro­chę na znak, że popie­ram słowa Ron­nie. Gdy wysze­dłem na zewnątrz, ona już wycią­gała mój rower.

– Prze­wie­ziesz mnie na kie­row­nicy? – Mówiąc to, prze­cią­gała każdą sylabę, jak zawsze, gdy wymy­ślała coś głu­piego i nie zamie­rzała przy­jąć odmowy.

Pokrę­ci­łem głową.

– Jest za śli­sko, zabi­jemy się. A nawet jeśli prze­ży­jemy, to twój brat mnie dobije za nara­ża­nie cie­bie na nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Ale na bagaż­niku mi nie­wy­god­nie.

– No to możemy wybrać się na pie­chotę. Mamy jesz­cze sporo czasu.

– Boże, Ben, jaki ty jesteś nie­zno­śny! Po co w ogóle ta dys­ku­sja? Zro­bimy tak, jak mówię, bo jestem dziew­czyną, a ty dżen­tel­me­nem, więc musisz robić to, co ja chcę.

Uśmiech­nęła się słodko dla zła­go­dze­nia tych słów, bo wie­działa, że prze­gięła. Pokrę­ci­łem głową ze śmie­chem.

– Przede wszyst­kim jesteś bez­czelną gów­niarą. Na twoje szczę­ście jestem debi­lem, który daje sobie wcho­dzić na głowę. Wska­kuj.

Nie wiem, dla­czego to ja musia­łem wozić ją, a nie na odwrót. Ona, mimo że młod­sza, była ode mnie znacz­nie bar­dziej wyspor­to­wana i sil­niej­sza.

Jakby śnieg nie sta­no­wił wystar­cza­ją­cej nie­do­god­no­ści, to jesz­cze widocz­ność ogra­ni­czały mi roz­wie­wane przez wiatr włosy Ron­nie. W końcu jed­nak zza rogu wyło­nił się budy­nek szkoły. Młoda nie­spo­dzie­wa­nie zesko­czyła z kie­row­nicy, a ja stra­ci­łem pano­wa­nie nad rowe­rem. W ostat­niej chwili zatrzy­ma­łem się gwał­tow­nie, ale ona nawet się na mnie nie obej­rzała. Bie­gła pro­sto w ramiona naszej przy­ja­ciółki, która jak zwy­kle cze­kała na nas przed wej­ściem.

– Cześć, kum­plu. – Gene­vieve McKen­ney przy­tu­liła się do mnie, gdy do nich dołą­czy­łem. – Co to się stało, że dzi­siaj nie macie szo­fera?

– Duży ruch w porze śnia­da­nio­wej, zaku­li­sowe sprzeczki – zaczą­łem wyli­czać. – Nie wiem, chyba prze­spa­łem naj­lep­sze momenty.

– Mogli­ście napi­sać, popro­si­ła­bym mamę i zgar­nę­ły­by­śmy was.

– Nie macie po dro­dze. Poza tym odno­szę wra­że­nie, że Ron­nie uwiel­bia te dni, kiedy może mnie budzić i od rana narzu­cać mi swoje zda­nie.

Młoda wzru­szyła ramio­nami.

– Nie moja wina, że tak łatwo tobą rzą­dzić.

Gene­vieve zaśmiała się gło­śno. Ron­nie wyprze­dziła nas na scho­dach, uzna­jąc roz­mowę za zakoń­czoną. Zawsze jej się spie­szyło, nawet jeśli nie miała w tym żad­nego celu. Była roz­trze­pana i roz­e­mo­cjo­no­wana i odno­si­łem wra­że­nie, że para­dok­sal­nie spo­kój ducha osią­gała tylko wtedy, gdy wcho­dziła na ring.

Prze­kro­czy­li­śmy próg szkoły. Z naprze­ciwka szły dziew­czyny, z któ­rymi cho­dzi­łem na histo­rię. Poma­chały mi na powi­ta­nie; odwza­jem­ni­łem gest. Mia­łem nadzieję, że taki stan rze­czy utrzyma się dłu­żej – że rówie­śnicy przez cały czas będą nasta­wieni do mnie neu­tral­nie, może nawet przy­ja­ciel­sko. Że nie doro­bię się tutaj takiej repu­ta­cji jak w poprzed­niej szkole.

Gen, z zaró­żo­wio­nymi policz­kami od mrozu, przy­glą­dała się mi z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy.

– Masz taką minę, jak­byś uknuła nie­cny plan – sko­men­to­wa­łem.

– Może tak wła­śnie jest. Wiesz, Ben, powoli zbli­żają się walen­tynki – zaczęła z pozoru nie­win­nie.

Oczy­wi­ście, że o to cho­dziło. Zda­wało mi się, że w ostat­nim cza­sie nie gadamy o niczym innym, ale uda­łem, że nie wiem, do czego zmie­rza.

– Naj­pierw jesz­cze uro­dziny Louisa, nie?

– Dobra, dobra, nie mydl mi oczu. Wiesz, o co chcę zapy­tać. – Odcze­kała moment, ale gdy mil­cza­łem, jęk­nęła prze­cią­gle. – Daj spo­kój, Ben, nakarm moją cie­ka­wość. Macie z Domem jakieś…

Zatrzy­mała się rap­tow­nie, tro­chę za wcze­śnie, gdy jakieś trzy kroki dzie­liły nas od sza­fek. Blask, który jesz­cze przed chwilą roz­świe­tlał jej twarz, cał­ko­wi­cie zgasł. Podą­ży­łem za linią zanie­po­ko­jo­nego wzroku Gen i momen­tal­nie udzie­liły mi się jej emo­cje.

Na nie­bie­skiej szafce mojej przy­ja­ciółki ktoś wyma­lo­wał czer­woną farbą koślawy napis nie­moż­liwy do prze­ocze­nia.

SZMATA WAR­RENA.

Ron­nie sta­nęła przy szafce i wodziła pal­cami po pla­mach farby, jakby w ten spo­sób mogła zna­leźć odpo­wie­dzi, kto za tym stoi i kiedy to zro­bił. Pod­sze­dłem do niej szybko.

– Farba już dawno wyschła. To musiało zostać nama­lo­wane co naj­mniej godzinę temu – stwier­dziła.

– W takim razie dla­czego nikt nie zare­aguje? Chyba są tu jakieś osoby odpo­wie­dzialne za sprzą­ta­nie – wark­ną­łem pod nosem.

Nacią­gną­łem rękaw bluzy na dłoń i zaczą­łem pocie­rać nim napis. Bez skutku. Naj­chęt­niej zasło­nił­bym go całym cia­łem, byle tylko ochro­nić Gen przed demo­nami prze­szło­ści.

– Daj­cie spo­kój – powie­działa do nas z uśmie­chem, na który ani ja, ani Ron­nie się nie nabra­li­śmy. – Prze­cież wszy­scy wiemy, że ludzie gadają, co nie?

Prze­pchnęła się mię­dzy nami i otwo­rzyła szafkę, a potem, z pochy­loną nisko głową zaczęła cha­otycz­nie prze­pa­ko­wy­wać książki. Sio­stra Doma posłała mi spoj­rze­nie, które zro­zu­mia­łem bez słów.

Powrót Gen do szkoły nie nale­żał do naj­ła­twiej­szych. Czu­łem się z tym fatal­nie. Prze­ko­ny­wa­łem ją, że na pewno nikt nie będzie już pamię­tał o afe­rze sprzed kilku lat; prze­cież to ogromne mia­sto, w któ­rym co chwilę coś się dzieje. Nie­stety, sen­sa­cje mają cał­kiem długi żywot, ludzie w obrę­bie jed­nej dziel­nicy znają się lepiej, niż by się wyda­wało, a wszystko, co zwią­zane z bur­mi­strzem, inte­re­suje miesz­kań­ców. Nie­gdyś Gene­vieve zna­la­zła się w cen­trum skan­dalu z młod­szym synem Ali­sta­ira War­rena. Ta afera w oczach spo­łecz­no­ści ni­gdy nie została do końca wyja­śniona i skutki tam­tych wyda­rzeń Gen odczu­wała do dziś.

Ron­nie zła­pała ją deli­kat­nie za rękę, a ja sta­łem jak kołek. Czu­łem się jak naj­więk­szy zła­mas, że nie potra­fię jej pomóc.

– Gen… – zaczęła młoda.

McKen­ney od razu jej prze­rwała.

– Nie ma się czym przej­mo­wać. Serio. – Zatrza­snęła szafkę w momen­cie, gdy zadzwo­nił dzwo­nek. – Spa­dam na bio­lo­gię. Widzimy się na dłu­giej prze­rwie, Ben?

Chciał­bym powie­dzieć cokol­wiek, byle tylko jej oczy znowu zaczęły błysz­czeć szczę­ściem. Gdy­bym znał odpo­wied­nie słowa, które choć tro­chę popra­wi­łyby jej humor, użył­bym ich. Nie­stety, jak wie­lo­krot­nie mówiła mi matka, nic nie umia­łem zro­bić dobrze.

– Jasne. Tam gdzie zawsze – mruk­ną­łem, bo jedy­nie na to było mnie stać.

Gen ruszyła po scho­dach w górę. Ron­nie jesz­cze przez chwilę stała w miej­scu, jakby zasta­na­wiała się, co zro­bić, ale w końcu też poszła na lek­cje. Ja zosta­łem. Patrzy­łem na prze­cho­dzą­cych kory­ta­rzem ludzi, któ­rzy natu­ral­nie zatrzy­my­wali wzrok na wiel­kim, czer­wo­nym napi­sie. Liczy­łem, że może sprawca sam się ujawni, że wykona gest, po któ­rym poznam, że to on. Wkrótce jed­nak kory­tarz opu­sto­szał. Ucznio­wie znik­nęli za drzwiami klas. Zosta­łem sam.

Odkrę­ci­łem butelkę z wodą i chlu­sną­łem na szafkę Gen, po czym zaczą­łem ponow­nie pocie­rać napis ręka­wem. Kolor zaczął się roz­ma­zy­wać, a mate­riał mojej bluzy prze­ma­kać. Trudno. Nie zoba­czą mnie na żad­nej lek­cji, dopóki ta obe­lga cał­ko­wi­cie nie znik­nie.

Byłem tym tak pochło­nięty, że nie usły­sza­łem kro­ków, któ­rych dźwięk odbi­jał się echem od ścian. Dla­tego pod­sko­czy­łem jak opa­rzony, gdy ktoś tuż obok mnie się ode­zwał.

– Hej, stary…

Tuż za mną stało dwóch chło­pa­ków, mniej wię­cej w moim wieku. Wystra­szyli mnie, ale ja ich chyba też, bo gdy obró­ci­łem się zama­szy­ście, zro­bili kilka kro­ków w tył. Wysoki blon­dyn uniósł ręce w uspo­ka­ja­ją­cym geście, a jego niż­szy kolega patrzył na niego jak na lidera.

– Prze­pra­szam, nie chcie­li­śmy cię wystra­szyć – powie­dział ten pierw­szy, ucie­ka­jąc wzro­kiem gdzieś poza moje ramię. – Ale słaba akcja. Ludzie są bez­duszni.

Nie odpo­wie­dzia­łem, bo nie wie­dzia­łem, kim oni są. Nie potra­fi­łem roz­szy­fro­wać, czy fak­tycz­nie współ­czują Gen tej sytu­acji, czy robią sobie ze mnie jaja. Nie cho­dzi­łem z nimi na żadne zaję­cia, a nie szu­ka­łem nowych zna­jo­mych. Dużo prze­sze­dłem w poprzed­niej szkole, więc z przy­zwy­cza­je­nia zaczą­łem przy­go­to­wy­wać się na atak. Chło­pak chyba tego nie dostrzegł.

– Nie wia­domo, kto za tym stoi? – Wska­zał na szafkę.

Potrzą­sną­łem powoli głową. Blon­dyn prze­cze­sał włosy pal­cami.

– Widzie­li­śmy, jak się z tym męczysz. Sama woda nie­wiele pomoże. – Odwró­cił się do kum­pla, a ten wycią­gnął z ple­caka butelkę bar­dzo podobną do mojej oraz paczkę chu­s­te­czek.

Uśmiech­nęli się poro­zu­mie­waw­czo, jakby wła­śnie mieli zdra­dzić mi wielką tajem­nicę.

– To zadziała sku­tecz­niej – oznaj­mił niż­szy i odkrę­cił butelkę.

Od razu ude­rzył mnie ostry, gry­zący zapach. Nie mia­łem złu­dzeń, że to alko­hol. W gło­wie od razu poja­wił mi się obraz, któ­rego nie chcia­łem pamię­tać: mój ojciec z drżą­cymi rękami i zamglo­nym spoj­rze­niem, przez które prze­bi­jała się tylko jedna emo­cja: gniew.

– No co? – zapy­tał chło­pak z cwa­niac­kim uśmiesz­kiem. – To tylko tro­chę moc­niej­szy śro­dek czy­sto­ści. Masz.

Podał mi chu­s­teczkę. Nie byłem pewien, czy mdło­ści, które czu­łem, wywo­łał ów smród, czy sam ich pomysł, ale gdy tak stali i cze­kali na moją reak­cję, jedyne, co mogłem zro­bić, to przy­jąć ich pomoc. I nie­ważne, że tego nie pochwa­la­łem; musia­łem im przy­znać rację – napis zaczął powoli, lecz sku­tecz­nie zni­kać.

Blon­dyn dołą­czył do mnie, wycie­ra­jąc nazwi­sko oprawcy Gen chu­s­teczką.

– Jestem Jona­than, a to Wal­ker – powie­dział, ale nie podał mi ręki.

Obej­rza­łem się na tego z tyłu, Wal­kera, który aku­rat brał łyk ze swo­jej śmier­dzą­cej butelki. Pomo­gli mi. Naj­wy­raź­niej nie mieli złych inten­cji.

– Ben­ja­min.

– Zaczą­łeś cho­dzić do szkoły mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy wró­ciła Gene­vieve. Co to za histo­ria?

Patrzy­łem raz na jed­nego, raz na dru­giego, węsząc spi­sek. Wal­ker wyda­wał się jed­nak znu­dzony, a Jona­than ani na moment nie prze­stał mi poma­gać. Mogłem pozwo­lić sobie na zdaw­kową odpo­wiedź.

– Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu w tym samym cza­sie, zaprzy­jaź­ni­li­śmy się. A co za histo­ria kryje się za tym, że przy­no­si­cie wódkę do szkoły?

Nie odry­wa­jąc ode mnie spoj­rze­nia, Wal­ker pocią­gnął kolejny łyk. Nawet się nie skrzy­wił. Jona­than par­sk­nął śmie­chem.

– Czym byłoby życie bez odro­biny adre­na­liny? Mój ojciec mówi, że kie­dyś z tego wyro­snę. Ten moment wciąż nie nad­szedł. – Odsu­nął się od szafki. – I co o tym myślisz, Ben­ja­mi­nie? Chyba nie­źle nam poszło.

Po obraź­li­wym napi­sie nie było śladu. Poki­wa­łem głową.

– Dzięki, chło­paki. Sam bym sobie nie pora­dził.

– Zauwa­ży­li­śmy – odparł Jon, wycią­ga­jąc tele­fon. – Masz konto na Insta­gra­mie? Może się zga­damy kie­dyś po zaję­ciach?

Podał mi tele­fon, więc nawet nie zdą­ży­łem zapro­te­sto­wać. W tym mie­ście wszystko oka­zało się inne niż to, co zna­łem wcze­śniej. Miło było swo­bod­nie cho­dzić po kory­ta­rzach bez stra­chu, że ktoś mnie zaata­kuje. Tyle by mi wystar­czyło do szczę­ścia. A teraz jesz­cze dowie­dzia­łem się, że ist­nieją ludzie, któ­rzy chcą poznać mnie bli­żej. Czy zawie­ra­nie nowych zna­jo­mo­ści naprawdę jest takie łatwe?

– Okej, dzięki – powie­dział Jon, gdy odda­łem mu tele­fon. – Zamie­rzasz iść na pierw­szą lek­cję czy odpusz­czasz?

– Jesz­cze się zasta­no­wię.

– Dobra. Gdy­byś chciał do nas dołą­czyć, to będziemy w palarni. Wiesz, gdzie to jest?

Potrzą­sną­łem głową. Jona­than wyja­śnił, któ­rej czę­ści placu szkol­nego nie obej­mują kamery. Poże­gna­łem się z nimi i zaczą­łem zbie­rać myśli. Może fak­tycz­nie nie opła­cało mi się iść do klasy. Dostał­bym tylko ochrzan za spóź­nie­nie od ostrej nauczy­cielki.

Napis na szafce Gen cią­żył mi na sumie­niu. Ktoś tutaj aż tak jej nie­na­wi­dził, by publicz­nie ją upo­ko­rzyć, a ja byłem jej przy­ja­cie­lem, więc powi­nie­nem zro­bić coś, by ją ochro­nić. By nie dopusz­czać do takich sytu­acji.

Chło­pacy zosta­wili mnie samego z tym cho­ler­nym zapa­chem alko­holu, który nie chciał wywie­trzeć. Sta­ra­jąc się go igno­ro­wać, otwo­rzy­łem drzwiczki swo­jej szafki. W momen­cie, w któ­rym zaj­rza­łem do środka, zapo­mnia­łem, co chcia­łem z niej wycią­gnąć. Cze­kała na mnie mała, zło­żona na pół kar­teczka, wsu­nięta tak, że nie dało się jej prze­oczyć. Roz­pro­sto­wa­łem papier i prze­krzy­wia­jąc głowę, prze­czy­ta­łem koślawy napis:

_Wra­caj tam, skąd przy­je­cha­łeś._

Opar­łem czoło o zimny metal szafki i przy­mkną­łem powieki. Nie rzu­ca­łem się jakoś prze­sad­nie w oczy. Nie spra­wia­łem pro­ble­mów, robi­łem to, co kazano. Miesz­ka­łem w hotelu z ludźmi, któ­rych uwiel­bia­łem. Po szkole jeź­dzi­łem do biura ojca Gen, codzien­nie na dwie godziny, żeby sobie doro­bić. Żyłem tak od mie­siąca. Z czy­stym sumie­niem mogłem powie­dzieć, że przez cały mie­siąc ani razu nikomu nie pod­pa­dłem.

A jed­nak prze­szłość zna­la­zła spo­sób, żeby nie dać mi o sobie zapo­mnieć.ROZDZIAŁ 2

Ben

Domi­nick napi­sał, że skoro nie zja­dłem rano śnia­da­nia, to mam obo­wiąz­kowo przy­je­chać na obiad, zanim ruszę do biura pań­stwa McKen­neyów. Jako że był naj­więk­szym upar­ciu­chem, jakiego w życiu pozna­łem, nie chciało mi się z nim dys­ku­to­wać, a już zwłasz­cza w kwe­stii jedze­nia. Pod­cho­dził do tego tematu śmier­tel­nie poważ­nie.

Nama­wia­łem Gen, żeby jechała razem ze mną do hotelu, ale przez cały dzień nie miała humoru. Nasza ekipa na pewno zna­la­złaby spo­sób, by ją roz­we­se­lić, nie chcia­łem jed­nak być natrętny, więc osta­tecz­nie wró­ciła do sie­bie.

Weszli­śmy z Ron­nie do restau­ra­cji. Trzy sto­liki były zajęte; dwie pary już jadły, a trze­ciemu, samot­nemu męż­czyź­nie, Louis wła­śnie niósł posi­łek. Mach­ną­łem kum­plowi na przy­wi­ta­nie, ale nie odwza­jem­nił gestu, sku­piony na pracy. Moż­liwe, że nawet nie zare­je­stro­wał naszej obec­no­ści.

W kuchni uno­sił się piękny zapach. Cho­ciaż codzien­nie pach­niało tu nieco ina­czej, to zawsze wzbu­dzało we mnie takie same emo­cje. Czu­łem się tutaj naj­le­piej, naj­bez­piecz­niej, naj­bar­dziej kom­for­towo. Utoż­sa­mia­łem to pomiesz­cze­nie z ser­cem domu.

Stan sie­dział na jed­nym ze stoł­ków baro­wych. To był dobry znak; naj­pew­niej pogo­dził się już z Tiną.

Domi­nick, korzy­sta­jąc z chwili spo­koju, wziął się za mycie naczyń, ale gdy nas zoba­czył, porzu­cił to zaję­cie. Wska­zał ręką na krze­sła i zaczął nakła­dać jedze­nie.

– Wyda­rzyło się dzi­siaj coś bar­dzo nie­faj­nego – poin­for­mo­wała Ron­nie na wstę­pie, nie cze­ka­jąc, aż któ­ryś z chło­pa­ków zapyta, jak minął nam dzień.

Ryż z kur­cza­kiem i warzy­wami był pyszny – jak wszystko, co przy­go­to­wy­wał Slam­mer – ale jakoś trudno było mi prze­ły­kać kolejne kęsy, gdy młoda rela­cjo­no­wała wyda­rze­nia z ranka w szkole. Gapi­łem się na swój talerz, pochło­nięty myślami. W jakiś pokrę­cony spo­sób czu­łem się winny. To ze mną Gene­vieve spę­dzała naj­wię­cej czasu z całej naszej paczki. Poza tym to ona w mojej sta­rej szkole bez waha­nia sta­wała w mojej obro­nie. Powi­nie­nem się jakoś odwdzię­czyć, a czu­łem się total­nie bez­silny.

– Masa­kra. Biedna Gen – pod­su­mo­wał Stan, krę­cąc głową. – Nie macie żad­nego pomy­słu, kto za tym stoi?

– Jasne, że nie – obu­rzyła się Ron­nie. – Gdy­bym wie­działa, kto to, to bym mu przy­wa­liła.

– No, tylko byś spró­bo­wała – wymru­czał ostrze­że­nie Domi­nick.

Jego sio­stra prze­wró­ciła oczami, ale nie mógł tego zoba­czyć.

Tina weszła do kuchni z pustymi tale­rzami po gościach. Posta­wiła je przy zmy­waku i oparła się o blat tuż obok Doma.

– Mam do cie­bie ogromną prośbę – powie­działa bła­gal­nie, jakby z góry zakła­dała, że cokol­wiek to jest, on odmówi.

Slam­mer wytarł ręce, po czym obró­cił się do niej.

– Oho. Co tym razem?

Dziew­czyna wycią­gnęła z kie­szeni dłu­go­pis i wska­zała na kalen­darz na ścia­nie.

– Chcia­ła­bym doko­nać jed­nej zmiany w gra­fiku. Jak go ukła­da­łam, byłam pokłó­cona ze Sta­nem, więc żeby zro­bić mu na złość, wpi­sa­łam sie­bie na kuch­nię w walen­tynki. No ale to było głu­pie i dzie­cinne i jak widać, mię­dzy nami już jest okej. Czy w takim razie możesz przyjść za mnie czter­na­stego? Wymie­nię się na dosłow­nie jaki­kol­wiek inny dzień. Oprócz przy­szłego wtorku, mam wtedy wizytę u kosme­tyczki.

Domi­nick nie odpo­wie­dział od razu. Nie wiem, kto bar­dziej inten­syw­nie wwier­cał się w niego spoj­rze­niem: ja czy Tina.

– Zdaję sobie sprawę, że będzie pew­nie więk­szy ruch niż zwy­kle, i od samego rana pomogę ci wszystko przy­go­to­wać, ale tak o trze­ciej chcia­ła­bym zacząć szy­ko­wać się na randkę…

– Oszczędź nam szcze­gó­łów, nikt nie chce tego słu­chać – prze­rwał jej Slam­mer.

Tina zaczy­nała się nie­cier­pli­wić. Sku­bała ner­wowo skórki przy paznok­ciach, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę.

– Pro­szę cię, zgódź się. Ty pew­nie i tak spę­dził­byś cały wie­czór, gra­jąc na kon­soli, a Stan i ja potrze­bu­jemy resetu.

Ron­nie odwró­ciła się do mnie tak gwał­tow­nie, że jej włosy sma­gnęły moją szyję. Uda­wa­łem, że jestem sku­piony na tale­rzu, cho­ciaż już od dobrych paru minut nie jadłem, tylko grze­ba­łem widel­cem w ryżu. Mia­łem nadzieję, że udaje mi się zacho­wać pozory, że ta roz­mowa w ogóle mnie nie rusza.

Domi­nick powoli poki­wał głową, a ja poczu­łem, jak coś ści­ska mnie w żołądku, gdy potwier­dził na głos:

– Okej. Znaj moją łaskę.

– Kocham cię! – Tina pisnęła i poca­ło­wała go w poli­czek.

– Mhm, mów tak lepiej do swo­jej walen­tynki – odparł, wycie­ra­jąc twarz wierz­chem dłoni.

Tina przy­tu­liła się do Stana i zaczęli gło­śno dys­ku­to­wać o tym, jak spę­dzą ten dzień. Natych­miast prze­sta­łem słu­chać.

To nie powinno boleć. Sytu­acja mię­dzy mną a Domem pozo­sta­wała nie­ja­sna. Tak, spa­łem w jego pokoju, i tak, dużo się cało­wa­li­śmy, ale ni­gdy nie odby­li­śmy roz­mowy typu: „Dokąd zmie­rza ta rela­cja?”. Uzna­łem, że gdyby chciał, żeby to był zwią­zek, to by mi powie­dział. Ja ni­gdy sam z sie­bie nie pod­jął­bym tematu, za bar­dzo bałem się odrzu­ce­nia. Nie wiem, czy prze­trwał­bym utratę tego, co teraz mam.

Gen wie­działa, że coś jest mię­dzy mną a Domi­nic­kiem, bo roz­ma­wia­łem z nią o wszyst­kim. Nie mia­łem poję­cia, co Dom mówił Ron­nie, ale teraz wyglą­dała na bar­dziej dotkniętą tą sytu­acją niż ja. W kwe­stii reszty ekipy ich poziom wie­dzy o tym, co łączy mnie ze Slam­me­rem, był mi nie­znany. Tak czy ina­czej, nie mogłem ocze­ki­wać, że Dom zechce spę­dzać ze mną święto zako­cha­nych. A jed­nak teraz znowu poczu­łem się jak daw­niej, jak tam­ten samotny chło­pak, który zawsze stał z boku, zawsze pomi­jany. Nikogo nie obcho­dziło moje zda­nie.

Ogar­nęła mnie wście­kłość na sie­bie, gdy pod powie­kami wez­brały się łzy. Pochy­li­łem głowę nad tale­rzem, pró­bu­jąc je wymru­gać.

„Nie mam prawa mieć żad­nych ocze­ki­wań”, powtó­rzy­łem sobie w myślach. Powi­nie­nem być wdzięczny, że Dom wciąż tole­ruje moją nie­za­rad­ność. Ani razu nie kazał mi wró­cić do sie­bie na noc. Znosi mój brak pew­no­ści sie­bie, a jego obec­ność budzi we mnie dziwny spo­kój. A ja co mu daję? Nic. Muszę się cie­szyć, że jesz­cze się nie zorien­to­wał, jak bar­dzo nie­równa jest nasza rela­cja, i że wciąż nie posta­no­wił ze mnie zre­zy­gno­wać.

Ron­nie szarp­nęła mnie za rękaw, wyry­wa­jąc z zamy­śle­nia.

– Idziemy odro­bić pracę domową – oznaj­miła.

Chęt­nie sko­rzy­sta­łem z tej furtki. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, trą­ciła mnie łok­ciem.

– Wyglą­dasz, jak­byś miał się zaraz popła­kać. Jesteś głupi, Ben. Trzeba było się ode­zwać, jeśli chcia­łeś coś z nim poro­bić w walen­tynki. Wiesz, jaki Dom ma cha­rak­ter.

Pokrę­ci­łem głową, prze­ły­ka­jąc gulę w gar­dle.

– Nie wtrą­caj się – popro­si­łem, ale głos mi zadrżał, więc posta­no­wi­łem nie mówić już nic wię­cej.

Nawet jeśli młoda pla­no­wała cią­gnąć temat, w sekundę o tym zapo­mniała.

W bok­sie pod ścianą sie­działa…

Gene­vieve. I słu­chała uważ­nie tego, co opo­wia­dał jej Louis.

– Co ty tutaj robisz? – zapy­tała Ron­nie, zaj­mu­jąc miej­sce naprze­ciwko niej.

Pro­mienny uśmiech powró­cił na twarz mojej przy­ja­ciółki.

– Stę­sk­ni­łam się za wami.

Kiedy wsu­ną­łem się do boksu obok Ron­nie, Louis wstał.

– Przy­niosę wam lemo­niadę – oznaj­mił i znik­nął za barem.

Zaczą­łem wycią­gać z ple­caka pod­ręcz­niki, bo naprawdę musia­łem odro­bić lek­cje. Ron­nie nato­miast już zapo­mniała o tym zamia­rze. Oparła łok­cie na stole, sku­piona na przy­ja­ciółce.

– Czemu nie przy­szłaś do nas na kuch­nię?

– Bo twój brat pew­nie zmu­szałby mnie do jedze­nia. – Gen zer­k­nęła na stos ksią­żek przede mną i zmarsz­czyła brwi. – Szkoda, że nie przy­szło mi do głowy, żeby wziąć tu też swoje rze­czy. W domu kom­plet­nie nie mam moty­wa­cji do nauki.

– To się do nas prze­pro­wadź! – zawo­łała Ron­nie i idąc za moim przy­kła­dem, wyjęła zeszyt.

– Wąt­pię, że ten pomysł spodo­bałby się moim rodzi­com. Musisz zado­wo­lić się tym, że i tak spę­dzam tu bar­dzo dużo czasu.

Do sali zaj­rzała Linda. Nie wyglą­dała, jakby szu­kała cze­goś kon­kret­nego, raczej ruty­nowo spraw­dzała, czy wszystko w porządku. Wyda­wało się, że zamie­rza wró­cić na recep­cję, ale gdy nas zoba­czyła, pode­szła do sto­lika.

– Jakie grzeczne dzieci, sie­dzą i się uczą – powie­działa, sta­jąc nad nami. – Jak było w szkole?

Ron­nie nabrała powie­trza, ale Gen nie dopu­ściła jej do głosu.

– Totalna nuda, nie ma o czym opo­wia­dać.

Sio­stra Doma zmarsz­czyła brwi i zamknęła usta. Nie trwało to jed­nak długo.

– Usią­dziesz z nami na chwilę, cio­ciu? – zaga­iła. – Chcia­łam z wami o czymś poroz­ma­wiać. Wła­śnie z waszą trójką, więc to ide­alna oka­zja.

Gen i Linda poświę­ciły jej całą uwagę; ja z kolei mia­łem prze­czu­cie, że i tak do niczego im się nie przy­dam. Wzią­łem do ręki dłu­go­pis i pochy­li­łem się nad zeszy­tem.

Ron­nie odchrząk­nęła, lekko zaże­no­wana.

– No bo… Wie­cie, zbli­żają się walen­tynki, a ja spo­ty­kam się z Cha­dem już dwa mie­siące. No i chcie­li­by­śmy… No wie­cie.

Pierw­szy raz widzia­łem ją tak czer­woną ze wstydu. I nabra­łem cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że będę naj­bar­dziej bez­u­ży­teczną osobą w tym gro­nie. Nie ma szans, żebym zabrał głos w podob­nej spra­wie. Samo bycie świad­kiem tej roz­mowy było krę­pu­jące.

– Och, Ron­nie! – Gen zła­pała ją za rękę. – Dwa mie­siące to bar­dzo krótko, nie ma się co spie­szyć.

Linda się z nią zgo­dziła. Przyj­rzała się uważ­nie Ron­nie.

– Czy on wywiera na tobie jakąś pre­sję?

– Co? Nie! – Aż się wypro­sto­wała, obu­rzona tą suge­stią.

– Dobrze, że przy­szłaś do nas z tym tema­tem, ale musisz mnie posłu­chać. – Mama Tiny miała śmier­tel­nie poważną minę. – Gen ma rację, dwa mie­siące to pra­wie nic. Musisz wziąć pod uwagę wszystko: emo­cje, jakie wiążą się ze zbli­że­niem, cho­roby prze­no­szone drogą płciową, no i, rzecz jasna, ciążę. Marzy ci się kariera w spo­rcie. Była­byś gotowa cał­ko­wi­cie z niej zre­zy­gno­wać? Chad wziąłby na sie­bie odpo­wie­dzial­ność?

Ron­nie zasło­niła uszy rękami coraz bar­dziej zawsty­dzona.

– Jesz­cze nie powie­dzia­łam, jakiej pomocy od was potrze­buję. Cho­dzi mi wła­śnie o to, że chcia­ła­bym zacząć brać tabletki anty­kon­cep­cyjne, więc muszę iść do gine­ko­loga. A że jestem nie­peł­no­let­nia…

– Aha! – Linda połą­czyła kropki. – Chcesz się dowie­dzieć, jak masz zacząć ten temat z Domem?

Gen par­sk­nęła śmie­chem.

– Oj, ja nie pomogę.

Ron­nie prze­kła­dała w rękach bran­so­letkę, żeby unik­nąć kon­taktu wzro­ko­wego z roz­mów­czy­niami.

– Wła­ści­wie mia­łam nadzieję, że ktoś z was poroz­ma­wia z nim za mnie. Głu­pio mi tak gadać z bra­tem na takie tematy. A on do cioci ma respekt, Ben to wia­domo, a ty, Gen, zawsze potra­fisz zna­leźć odpo­wied­nie słowa. Razem macie szansę prze­ka­za­nia mu tej infor­ma­cji w taki spo­sób, żeby nie zabił mi chło­paka.

Ja nie zamie­rza­łem z nikim roz­ma­wiać na takie tematy. To było zbyt krę­pu­jące.

Usły­sza­łem skrzyp­nię­cie drzwi za barem, a po ner­wo­wym chi­cho­cie Gene­vieve domy­śli­łem się, kogo zaraz zoba­czę.

– Jesz­cze wró­cimy do tej roz­mowy – zapo­wie­działa cicho Linda.

Nie było żad­nym zasko­cze­niem, gdy Domi­nick poło­żył na naszym sto­liku tacę. Na środku stołu zna­lazł się dzba­nek lemo­niady i szklanki, a przed Gen dodat­kowo talerz z nale­śni­kami.

– Dzię­kuję, ale jadłam w domu – powie­działa.

– Zostały mi ze śnia­da­nia. Jak nie zjesz, to się zmar­nują – odparł bez­na­mięt­nie, na co ona par­sk­nęła śmie­chem.

– Ty to umiesz w reklamę.

Linda wstała, jakby chciała unik­nąć poten­cjal­nej kon­fron­ta­cji zapla­no­wa­nej przez Ron­nie. Zawa­hała się jed­nak, nim ode­szła.

– Ty chyba zapo­mnia­łeś, że zabro­ni­łam ci wycho­dzić na salę, gdy są tu klienci.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że zwraca się do Doma. On jed­nak jak gdyby jej nie usły­szał; wsu­nął się do boksu obok Gen.

– Mówię poważ­nie – kon­ty­nu­owała mama Tiny. – Jeśli usły­szę jakie­kol­wiek nie­od­po­wied­nie słowo albo zoba­czę nie­sto­sowne zacho­wa­nie, będziesz miał ogromny pro­blem.

– Wiem, cio­ciu. Pamię­tam i trzęsę się ze stra­chu – zapew­nił Domi­nick.

Pró­bo­wa­łem sku­pić się na lek­cjach, a Gene­vieve zapchała sobie usta nale­śni­kami, zosta­wia­jąc rodzeń­stwu prze­strzeń do roz­mowy. Ron­nie jed­nak nie dostała szansy na wypo­wie­dze­nie prośby.

– Mam z waszą dwójką kość nie­zgody – poin­for­mo­wał Dom, po czym dopre­cy­zo­wał: – Kilka kości.

Popa­trzy­łem na młodą, ale była rów­nie sko­ło­wana jak ja. Z jego per­spek­tywy chyba wyglą­da­li­śmy, jak­by­śmy coś ukry­wali. Domi­nick skrzy­żo­wał ręce i odchy­lił się na opar­ciu.

– Śro­dek zimy, lód na chod­ni­kach, a wy bawi­cie się w kaska­de­rów? Dwie osoby na jed­nym rowe­rze. Nie­faj­nie.

Ron­nie pochy­liła się ku mnie, wal­cząc z głup­ko­wa­tym uśmie­chem.

– Kurde, przy­ła­pał nas. Co my teraz zro­bimy?

– Nie śmiej się, dzie­ciaku. Jak­by­ście się wywa­lili, to Ben może by wyszedł z tego lekko poobi­jany, ale ty z kie­row­nicy lecisz głową pro­sto na asfalt.

– Mia­łam czapkę – bro­niła się słabo Ron­nie.

Jej brat par­sk­nął.

– Czapka to nie kask. Zresztą roz­bita głowa to nie­je­dyna szkoda, jaka mogła się stać. Jak chcia­ła­byś bok­so­wać z poła­ma­nymi rękami?

– Nie dra­ma­ty­zuj.

– Nie wku­rzaj mnie.

– To ty jesteś wku­rza­jący.

– Dopiero mogę zacząć.

– Prze­pra­szamy – wtrą­ci­łem się.

Miło było mieć kogoś, kto auten­tycz­nie inte­re­so­wał się tym, co robię, i kto dbał o moje bez­pie­czeń­stwo. Dom nie wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego. W jego oczach iskrzyły się zło­śliwe cho­chliki, które tak lubi­łem.

– Ach tak? Oboje prze­pra­sza­cie?

Ron­nie prych­nęła.

– Chyba żar­tu­jesz. Mam paść na kolana i bła­gać o wyba­cze­nie za to, że nie zamie­rza­łam spóź­nić się do szkoły? Jeśli nie chcesz, żebym jeź­dziła z Benem na rowe­rze, to następ­nym razem rusz się i zawieź nas samo­cho­dem.

Domi­nick uniósł brwi zasko­czony.

– Byłem w pracy. Wiem, że dla cie­bie to obce poję­cie.

– Pie­prze­nie. Jak­byś umiał lepiej pla­no­wać swoje obo­wiązki, to bez pro­blemu był­byś w sta­nie wysko­czyć na dzie­sięć minut.

Gene­vieve zaśmiała się pod nosem. Przy­ją­łem to z ulgą. Roz­ła­do­wała atmos­ferę w momen­cie, gdy czu­łem się coraz bar­dziej nie­swojo.

– Jak te dzieci szybko dora­stają – powie­działa, trą­ca­jąc Doma w ramię. – Nasto­letni okres buntu. Pozo­staje tylko życzyć ci powo­dze­nia.

– Dzięki, przyda się.

– A tobie, młoda damo, dam radę. – Gen zwró­ciła się do Ron­nie. – Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, jeśli zamie­rzasz w naj­bliż­szym cza­sie popro­sić kogoś o ryzy­kowną przy­sługę, to lepiej bądź dla tej osoby miła, bo to zwięk­sza twoje szanse. Taka tam rada zupeł­nie nie­zwią­zana z niczym kon­kret­nym.

– Sub­telne – wymru­cza­łem.

Nie­po­trzeb­nie się odzy­wa­łem, bo Domi­nick prze­kie­ro­wał uwagę na mnie.

– Widzisz, zapo­mniał­bym. – Wycią­gnął z kie­szeni tele­fon, a ja i Ron­nie jęk­nę­li­śmy tak gło­śno, że para przy sto­liku pod oknem zer­k­nęła w naszym kie­runku.

Szkoła, do któ­rej cho­dzi­li­śmy, nie cie­szyła się naj­lep­szą opi­nią. Uczęsz­czały do niej dzie­ciaki róż­nego pokroju, ale to te pro­ble­ma­tyczne zawsze domi­no­wały nad resztą. Wła­dze szkolne sta­wały na gło­wie, żeby zapa­no­wać nad uczniami. W celu lep­szej komu­ni­ka­cji na linii nauczy­ciel–rodzic wpro­wa­dzono apli­ka­cję, w któ­rej opie­ku­no­wie mogli na bie­żąco śle­dzić wyniki swo­ich dzieci, ale rów­nież otrzy­my­wać wia­do­mo­ści i uwagi od peda­go­gów. Ron­nie miała wyjąt­ko­wego pecha, bo Domi­nic­kowi bar­dzo spodo­bała się ta inno­wa­cja. Logo­wał się do MySchool kilka razy dzien­nie, mimo że miał usta­wione powia­do­mie­nia z apli­ka­cji.

Jako że moi rodzice nie byli już zaan­ga­żo­wani w moje życie, Dom chęt­nie śle­dził rów­nież moją edu­ka­cję. Dla­tego teraz prze­su­nął tele­fon po stole, żeby poka­zać mi zazna­czoną na czer­wono nie­obec­ność na pierw­szej lek­cji.

– Tak się spie­szy­łeś na tym swoim rowerku, a mimo to nie zdą­ży­łeś na pierw­szą lek­cję?

Zaci­sną­łem wargi, czu­jąc na sobie spoj­rze­nie Gen. Nie chcia­łem mówić przy niej, co było powo­dem mojego spóź­nie­nia. Wypro­sto­wa­łem się z nadzieją, że wyglą­dam na pew­nego sie­bie.

– Nie muszę ci się tłu­ma­czyć – powie­dzia­łem, siląc się na non­sza­lan­cję.

Nie zabrzmiało to ani tro­chę tak, jak pla­no­wa­łem.

– A jed­nak się wytłu­ma­czysz – odparł Domi­nick, naśla­du­jąc ton mojego głosu.

– To moja wina, co nie? – zga­dła Gene­vieve.

Tyle wystar­czyło, by namiastka jej dobrego humoru się ulot­niła. Na jej twa­rzy znowu zabra­kło kolo­rów, a oczy przy­ga­sły.

– Oczy­wi­ście, że nie – zaprze­czy­łem szybko.

– Nie? Czyli to nie ty zmy­łeś ten napis, tylko jakiś dobry duszek?

Nie potra­fi­łem zin­ter­pre­to­wać, czy jest roz­go­ry­czona całą tą sytu­acją, czy naprawdę się na mnie zło­ści. Ogar­nął mnie stres. Prze­su­ną­łem rękę po stole w jej stronę, ale zaraz ją cof­ną­łem w oba­wie, że mogłaby jej nie ująć.

– Gen, nic tutaj nie jest twoją winą. Ani ten głupi napis, ani to, że posta­no­wi­łem się go pozbyć.

Tylko pokrę­ciła głową. Może nie zga­dzała się z moim podej­ściem, a może nie chciała tego dalej słu­chać.

– Ojej, nie­po­trzeb­nie wło­ży­łem kij w mro­wi­sko – wtrą­cił Dom wesoło, cał­ko­wi­cie głu­chy na ton roz­mowy. – No nic, uznajmy, że jesteś roz­grze­szony. Ale roweru ci nie wyba­czam. Jesz­cze raz zoba­czę na nim Ron­nie, a wrzucę go do jeziora.

Zer­k­ną­łem na Gen. Uśmiech na jej twa­rzy wyda­wał się tro­chę wymu­szony, ale lep­sze to niż nic. Chcia­łem, żeby wyrzu­ciła już z pamięci całe zaj­ście. Odwró­ci­łem się więc do Domi­nicka.

– Jeśli to zro­bisz, wsko­czę po rower i będziesz musiał mnie rato­wać – odpar­łem.

– Nie­do­cze­ka­nie. Pozwolę ci uto­nąć.

– Jasne.

Nagle Ron­nie zamknęła zeszyt tak gło­śno, że aż pod­sko­czy­łem.

– Nie mogę się sku­pić, jak tyle gada­cie – oznaj­miła, paku­jąc w pośpie­chu swoje rze­czy. – Idę się uczyć do pokoju.

Już otwie­ra­łem usta, żeby prze­pro­sić, ale Domi­nick ode­zwał się pierw­szy:

– Czyżby? I na pewno nie ma to nic wspól­nego z dzi­siej­szą uwagą?

Jego sio­stra zesztyw­niała; Dom stu­kał przez chwilę w ekran tele­fonu, po czym prze­czy­tał na głos, wyraź­nie prze­cią­ga­jąc sylaby:

– Uczen­nica nie uważa na lek­cji i nie reaguje na prośby o odło­że­nie tele­fonu. – Uniósł wzrok, a spoj­rze­nie, jakie posłał sio­strze, spra­wiło, że nawet mnie zro­biło się nie­swojo. – Skoro tele­fon tak cię roz­pra­sza w nauce, to go tutaj zostaw.

Wycią­gnął rękę po urzą­dze­nie, które wciąż trzy­mała w dłoni. Ron­nie się zawa­hała.

– Umó­wi­łam się z Cha­dem na tele­fon na szó­stą.

– Czy to wła­śnie pisa­niem z Cha­dem byłaś tak pochło­nięta pod­czas lek­cji? Jeśli chło­pak ma na cie­bie nega­tywny wpływ, to może czas ogra­ni­czyć wasze spo­tka­nia.

– O, Boże, jaki ty jesteś dra­ma­tyczny! – Ron­nie prze­wró­ciła oczami tak, jak to tylko potra­fią nasto­latki, po czym z wście­kło­ścią rzu­ciła tele­fon na stół. – Cza­sami naprawdę cię nie zno­szę.

– Jakoś to prze­żyję – odparł jej brat, ale ona już tego nie usły­szała.

Gene­vieve stu­kała dłu­gimi paznok­ciami o blat, dopóki młod­sza kole­żanka nie znik­nęła za drzwiami pro­wa­dzą­cymi do holu.

– Jak myślisz, Ben, to dobry moment, żeby poga­dać z nim o tym, o co nas pro­siła? – zapy­tała w końcu.

– To praw­do­po­dob­nie naj­gor­szy moż­liwy moment na tę roz­mowę.

Dom wziął tele­fon sio­stry.

– Co to za mówie­nie szy­frem?

– Myślę, że tylko jej zaszko­dzisz – odpar­łem, igno­ru­jąc go.

– Halo! O co cho­dzi?

Gen przy­gry­zła wargę.

– Zary­zy­kuję – oznaj­miła w końcu. Odwró­ciła się do przy­ja­ciela. – Tylko musisz obie­cać, że nie spa­ni­ku­jesz, nie wpad­niesz w szał ani nie podej­miesz żad­nej pochop­nej decy­zji.

– To dużo obiet­nic – zauwa­żył Dom. – Mów, o co cho­dzi.

W tym momen­cie mógł­bym się zapaść pod zie­mię, wystrze­lić w kosmos albo zna­leźć się gdzie­kol­wiek indziej, byle tylko nie musieć brać udziału w tej roz­mo­wie. Gene­vieve ści­snęła dłoń Domi­nicka.

– Twoja sio­stra chce zacząć upra­wiać seks, ale wsty­dzi się popro­sić, żebyś poszedł z nią do kli­niki po tabletki anty­kon­cep­cyjne.

Skrzy­wi­łem się, bo naprawdę mogła to ująć tro­chę bar­dziej deli­kat­nie. Szu­ka­łem na twa­rzy Slam­mera jakiej­kol­wiek reak­cji, ale on mil­czał, ze spoj­rze­niem zawie­szo­nym niby na ścia­nie, choć tak naprawdę gdzieś daleko stąd. Nie mia­łem zamiaru prze­ry­wać ciszy, Gen też się do tego nie paliła. Po cza­sie, który zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, Domi­nick w końcu się ode­zwał:

– Ona nie może… To nie… Nie.

Gene­vieve poszu­kała pomocy u mnie, ale tylko wzru­szy­łem ramio­nami. Przy­su­nęła się do niego.

– Musisz pogo­dzić się z tym, że Ron­nie dora­sta.

Dom bar­dzo rzadko bywał poważny. Mógł­bym zli­czyć na pal­cach wszyst­kie nasze roz­mowy, pod­czas któ­rych nie wyśmie­wał wszyst­kiego wokół ani nie posłu­gi­wał się sar­ka­zmem. Dla­tego teraz, gdy zadał kolejne pyta­nie tak cicho i upior­nie, prze­szły mnie dresz­cze.

– Nie o to cho­dzi. Co jeżeli wrócą do niej traumy z prze­szło­ści?

Scho­wa­łem twarz w dło­niach. Gen też na moment zamu­ro­wało. Pew­nie czuła się rów­nie głu­pio jak ja, że nie połą­czyła tych tema­tów.

– Była wtedy malutka, wyparła dużo – kon­ty­nu­ował Dom. – Co jeśli cudzy dotyk jej to przy­po­mni?

Gen przy­su­nęła się bli­żej niego.

– Nie jestem psy­cho­lo­giem, więc nie mogę mieć pew­no­ści, ale sądzę, że to ryzyko, które po pro­stu trzeba pod­jąć. Nie możesz jej chro­nić przez całe życie. Prę­dzej czy póź­niej i tak chcia­łaby prze­nieść zwią­zek na wyż­szy poziom. Poroz­ma­wiaj z nią, powiedz jej o swo­ich oba­wach. Nie zaszko­dzi­łoby umó­wić ją do tera­peuty, żeby prze­ga­dali ten temat.

Domi­nick wes­tchnął ciężko i splótł palce z dło­nią Gen. Dziew­czyna przy­jęła to z uśmie­chem, jakby tym małym gestem poka­zał, że się z nią zga­dza.

– Możesz z nią poga­dać o tym, jak ważna jest zgoda i takie tam? – zapy­tał.

Gene­vieve nawet nie pró­bo­wała prze­rzu­cić tej odpo­wie­dzial­no­ści na niego. Była dziew­czyną, a w dodatku Ron­nie miała ją za wzór do naśla­do­wa­nia, więc roz­mowa na takie tematy mię­dzy nimi na pewno będzie znacz­nie mniej nie­zręczna, niż gdyby miał się za to wziąć star­szy brat.

– Jestem z cie­bie dumna, Dom. Byłam pewna, że zanim skoń­czę mówić, już będziesz w dro­dze, żeby zabić Chada.

– Nie pod­su­waj mu takich pomy­słów – syk­ną­łem.

Ekran tele­fonu Ron­nie pod­świe­tlił się, naj­pew­niej przez kolejną wia­do­mość od jej uko­cha­nego. Żadne z nas nie miało w pla­nach czy­ta­nia jej pry­wat­nej kore­spon­den­cji. Moje oczy same jed­nak powę­dro­wały do zegara na środku wyświe­tla­cza.

– Cho­lera, zasie­dzia­łem się – powie­dzia­łem, zbie­ra­jąc rze­czy ze stołu. – Muszę jechać do two­ich rodzi­ców.

– Uca­łuj ode mnie tatę – popro­siła Gene­vieve, zasła­nia­jąc uśmiech szklanką.

– Od razu mówię, że tego nie zro­bię.

Domi­nick też zaczął się zbie­rać.

– Pod­wiozę cię – oznaj­mił.

Zatrzy­ma­łem się, marsz­cząc brwi.

– Jesteś w pracy – przy­po­mnia­łem mu.

Zbył to mach­nię­ciem ręki.

– Przez dzie­sięć minut pora­dzą sobie beze mnie.

Patrzy­łem za nim, gdy biegł do kuchni, by zosta­wić far­tuch i zgar­nąć klu­czyki. Ron­nie naprawdę miała na nas więk­szy wpływ, niż chcie­li­by­śmy przy­znać.ROZDZIAŁ 4

Ben

Każ­dego wie­czoru zasy­pia­łem z dło­nią Doma opartą gdzieś na moich ple­cach, swo­bod­nie, odru­chowo szu­ka­jąc kon­taktu. Rano jed­nak zwy­kle znaj­do­wa­łem już tylko chłodne prze­ście­ra­dło po jego stro­nie łóżka. Kuch­nia teo­re­tycz­nie dzia­łała od siód­mej, ale on zawsze scho­dził tam wcze­śniej, żeby zro­bić nam wszyst­kim śnia­da­nie.

Tym razem jed­nak spo­kojna, bo wciąż pogrą­żona we śnie, twarz Slam­mera była pierw­szym, co zoba­czy­łem po roz­chy­le­niu powiek. Nie nacie­szy­łem się jed­nak tym wido­kiem zbyt długo, bo do mojej świa­do­mo­ści dotarło łomo­ta­nie w drzwi. Domi­nick wydał z sie­bie pomruk nie­za­do­wo­le­nia, ale zanim na dobre się prze­bu­dził, zwlo­kłem się z łóżka i otwo­rzy­łem. Na kory­ta­rzu cze­kała Ron­nie.

– O, super, jesz­cze nie zeszli­ście – powie­działa, kom­plet­nie igno­ru­jąc moją nie­za­do­wo­loną minę.

Wepchnęła się do środka. Dopiero wtedy zauwa­ży­łem, że trzyma w ręce szczotkę i gumki do wło­sów.

– Zaple­ciesz mi war­ko­cze, Dom? Nie będę tu wra­cać po szkole, idę z dziew­czy­nami na kawę, a potem Chad pod­wie­zie mnie na tre­ning.

Usia­dła na brzegu łóżka i zarzu­ciła włosy do tyłu, jakby w ogóle nie przyj­mo­wała do sie­bie moż­li­wo­ści, że brat może jej odmó­wić. Dom usiadł, na­dal balan­su­jąc na gra­nicy snu i jawy, i bez słowa wziął szczotkę.

Opar­łem się o drzwi, skrzy­żo­wa­łem ramiona i przy­glą­da­łem się tej sce­nie.

– Musimy wpro­wa­dzić jakieś zasady – zasu­ge­ro­wa­łem. – Jest piąta rano. Nie możesz tu wpa­dać o tej godzi­nie i walić w drzwi, jakby to była sprawa życia i śmierci.

– Jak ci coś nie pasuje, to wra­caj do sie­bie – odparła znu­dzona.

– Dzi­siaj nie mogę, Gen zaj­muje mój pokój.

Ron­nie odwró­ciła się do mnie gwał­tow­nie.

– Co?

– Nie ruszaj głową – zga­nił ją Domi­nick, zaczy­na­jąc fry­zurę od początku.

Dziew­czyna go zigno­ro­wała.

– Gen została na noc?

– Tak. A ty mogła­byś w końcu nauczyć się robić sobie war­ko­cze.

– Odwal się, Ben – burk­nęła, się­ga­jąc po tele­fon.

– Mówię serio. Od wrze­śnia zaczy­nasz poważną spor­tową szkołę. Jak inne dziew­czyny się dowie­dzą, że nawet nie potra­fisz zapleść sobie wło­sów, będą się z cie­bie śmiały.

– Jesteś głu­chy? Powie­dzia­łam: odwal się.

– Prze­stań się tak do niego odzy­wać. – Domi­nick pocią­gnął ją lekko za war­kocz, po czym prze­niósł wzrok na mnie. – A ty się od niej odwal.

Zamiast na zna­cze­niu słów zawie­si­łem się na jego gło­sie – wciąż niskim i szorst­kim po nocy. Ta chro­po­wata barwa nie była wredna; miała raczej coś, co wywo­ły­wało we mnie dziwne cie­pło.

Skoro Ron­nie i tak już nas obu­dziła, mogłem rów­nie dobrze zejść z Domem do kuchni. Nie lubił, gdy ktoś mu prze­szka­dzał w ruty­nie, chyba że miał za dużo pracy. Już zdą­ży­łem się nauczyć, że nie ma sensu nawet ofe­ro­wać pomocy. Trzeba było cze­kać, aż sam o nią poprosi.

Posta­wił przede mną kubek z żabą. Odkąd tylko Gen wró­ciła, Louis suszył mi głowę, że muszę sobie kupić jakiś inny, bo ten nale­żał do niej. Każdy z nich miał kubek z innym zwie­rzę­ciem. Nim jed­nak zdą­ży­łem pójść do sklepu, Gen poda­ro­wała mi też z żabą, ale mój róż­nił się od jej kolo­rem i kształ­tem. Podo­bała mi się ta myśl. Nagle ta drobna rzecz zaczęła zna­czyć dla mnie wię­cej, niż chciał­bym przy­znać. To dzięki niej pozna­łem Tinę, Stana, Louisa, Ron­nie i Doma. To dzięki niej odna­la­złem swoje miej­sce na świe­cie. Zawdzię­cza­łem jej wszystko.

Naj­pierw do kuchni zeszli Tina i Stan, a zaraz za nimi Ron­nie. Dosie­dli się do kana­pek. Począt­kowo nie byli zbyt roz­mowni, potrze­bo­wali kilku łyków kawy, by wró­cić do żywych. Lubi­łem tę naszą poranną rutynę.

– Zbli­żają się uro­dziny Louisa – pod­jęła Tina mię­dzy kolej­nymi gry­zami.

Cokol­wiek zamie­rzała dodać, prze­rwały jej chi­chot i kroki z sali. Chyba wszy­scy spo­dzie­wa­li­śmy się Roth­wella, ale zamiast niego do kuchni wpa­dli Gen i Jon. Szli bli­sko sie­bie, na tyle, by ich dło­nie przy­pad­kiem się ocie­rały, ale nie na tyle, by któ­reś musiało to sko­men­to­wać.

Poczu­łem ucisk w żołądku, bo Jona­than miał na sobie moje ubra­nie. Jasne, pozwo­li­łem mu, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że wygrze­bie z szafy bluzę z wiel­kim napi­sem „Cle­ve­land”, którą dosta­łem od naszej ekipy na święta. Cho­ciaż plamę krwi udało się sprać, nie zało­ży­łem jej ani razu od tam­tego dnia. Przy­po­mi­nała mi o wyda­rze­niu, które ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łem wyma­zać z pamięci.

Gdy dotarło do nich, że wszy­scy się na nich gapimy, Jon odchrząk­nął nie­zręcz­nie, a Gen pró­bo­wała zetrzeć z twa­rzy uśmiech, jak­by­śmy przy­ła­pali ich na czymś nie­od­po­wied­nim.

– Hej, wszy­scy, to jest Jona­than. Jon, to są Stan, Tina i Ron­nie. Tych chło­pa­ków już pozna­łeś. Do kom­pletu bra­kuje jesz­cze tylko Louisa.

Cho­ciaż nie zna­łem go dużo dłu­żej od reszty, chło­pak na mój widok wyraź­nie ode­tchnął. Byłem dla niego jedyną zna­jomą twa­rzą w pomiesz­cze­niu peł­nym obcych ludzi. Podał mi rękę, a gdy ją uści­sną­łem, przy­su­nął się bli­żej, tak by nasze barki się zetknęły – coś w rodzaju męskiego uści­sku. Lubi­łem, gdy ludzie ini­cjo­wali ze mną kon­takt. Lubi­łem być przy­tu­lany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij