Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bestia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 kwietnia 2026
3829 pkt
punktów Virtualo

Bestia - ebook

Zło nie zawsze ma twarz potwora

Białystok. Miasto, które od dawna nie zaznało wytchnienia od grozy.

Człowiek uważany za Tatuatora, bezwzględnego mordercę młodych kobiet, został zatrzymany. Wszystkie dowody zdają się potwierdzać jego winę, a jednak… koszmarne zbrodnie, jakich się dopuszczał, nie ustają.

Zespół śledczy, w którym działa doświadczony policjant, Siwy, musi zmierzyć się z przerażającą wizją: w mieście grasuje naśladowca. Albo – co gorsza – prawdziwy zabójca nigdy nie został ujęty i przez ten cały czas ukrywał się na widoku…

„Bestia” to kontynuacja książki „Zasłużyłeś”. Przerażający kryminał o pułapkach ludzkiego umysłu, sile manipulacji oraz mordercy, który nie jest tropiony.

To on tropi innych i wymierza im karę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-467-9
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

– Cześć, kochane łobuzy – rzucił Siwy na przywitanie swoich pociech.

Jak co dzień właśnie odbierał je z przedszkola. Starał się zawsze być przed piętnastą, aby dzieciaki nie musiały czuć tego, co on, gdy był w ich wieku. Jego ojciec przyjeżdżał po niego najczęściej pół godziny po czasie lub odbierał go dziadek, mówiąc, że tata dzisiaj źle się poczuł i nie mógł się po niego wybrać. Na szczęście dziadek był już emerytem, a w domu znajdował się telefon i w razie potrzeby miłe panie opiekunki interweniowały, wiedząc, że dziecko bezpiecznie trafi do domu. Siwy też nie stronił od alkoholu, ale dzieciaki były jego oczkiem w głowie – i choćby świat się walił, robił wszystko, by nigdy nie musiały na niego czekać.

– Elo, Siwy! – odpowiedział mu pięciolatek, a młodszy powtórzył jak echo.

– Co, proszę? – sarknął automatycznie. – Tyle razy mówiłem, żebyście tak do mnie się nie zwracali. Jestem waszym tatą i miło by było, abyście witali mnie na przykład „cześć, tatusiu” albo…

– Elo, tatusiu? – zapytał młodszy syn, wpadając Siwemu w słowo.

– Nieee, nie „elo, tatusiu”, tylko na przykład „cześć, kochany tato” albo po prostu zwykłym „cześć”.

Siwy, odpowiadając, przykucnął, aby pomóc mu zawiązać sznurówki. Sztukę wkładania prawego buta na prawą nogę i lewego na lewą chłopiec miał już od jakiegoś czasu opanowaną. Ze sznurówkami mu jeszcze nie szło, ale starał się, jak mógł, aby zaimponować ojcu, że potrafi sam.

– A na przykład „siema, tata” będzie okej? – zapytał Bruno.

Starszy syn nie odpuszczał. Było to dla niego bardzo ważne, aby móc witać się z tatą w taki sam sposób, jak robią to niektórzy jego koledzy.

– Powiedz lepiej, jak ci minął dzień – zagadnął, próbując przekierować rozmowę na inny tor.

Jedna z opiekunek spoglądała na całą trójkę, uśmiechając się nieznacznie. Lubiła tych chłopaków i współodczuwała to, co ich niedawno spotkało. Gdy była w szkole średniej, sama straciła matkę w podobny sposób i wiedziała, co teraz czują. Piraci drogowi byli i pomimo zaostrzenia przepisów nadal są. Obie kobiety zginęły na pasach. Jedyną różnicą w obu zdarzeniach było to, że żona Siwego zginęła na miejscu, a matka pani Sabiny walczyła o życie jeszcze przez niespełna miesiąc.

– Tato, zapytałem o coś – zauważył, udając, że nie słyszy pytania.

Bruno skrzyżował ręce na piersiach, oczekując odpowiedzi. Dorzucił do tego odpowiednią minkę i czekał na rozwój sytuacji.

– Kochanie, to nieładnie witać tatę w ten sposób, a poza tym ja też o coś przed chwilą cię zapytałem – powiedział i ruszył w kierunku wyjścia.

Siwy na pożegnanie skinął głową w kierunku opiekunki, a następnie zrobił błagalną minę, jakby to miało pomóc wyrwać go z ognia pytań starszego syna.

– Ale wujek Krępy tak do ciebie mówi. To jest fajne.

– Wujek Krępy, jak i inni dorośli mogą tak do mnie mówić, bo są…

– Ale dlaczego ja nie mogę tak do ciebie mówić? – wpadł mu w słowo Bruno, nie dając szansy na dokończenie zdania.

– Już ci tłumaczyłem, i to niejeden raz. Poza tym nieładnie jest komuś przerywać. Wskakuj do auta i ty też, Maks – rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Młodszy synek już prawie zanosił się płaczem, bo tak naprawdę naśladował tylko starszego brata i wcale nie chciał tak się zwracać do swego taty. Widząc jednak, jak notorycznie robi to Bruno, też chciał być taki jak on.

Gdy wszyscy siedzieli już na swoich miejscach, zapięci w pasy i gotowi do drogi powrotnej do domu, Siwy uruchomił silnik i włączył radio, w którym akurat na jego nieszczęście leciała piosenka Sanah _Aniołom szepnij to._

– Tato – odezwał się Maks, wyrywając swego ojca z chwilowej zadumy.

– Słucham, kochanie.

Popatrzył we wsteczne lusterko.

– Ja już nie będę na ciebie tak mówić, bo jesteś teraz smutny.

– A ja będę, a ja będę… – wciął się Bruno.

Siwy westchnął i na chwilę zamknął oczy. Nabrał głęboko powietrza i patrząc przez ramię, pokręcił głową z bezradności.

– Moje łobuzy – powiedział, uśmiechając się blado.

– Skoro ty nazywasz nasz łobuzami, to my będziemy…

– Ja nie będę – zaprotestował Maks. – Nie chcę, aby tata był smutny.

– Maks, nie jestem smutny, tylko zamyślony.

– Zamyślony? A o czym myślisz?

– A może byśmy dzisiaj wyskoczyli na pizzę? – zaproponował, próbując wymigać się od odpowiedzi.

Siwy wiedział, że jeżeli nie utnie tej rozmowy, to kolejne pytania będą się pojawiać z szybkością błyskawicy. Patent z pizzą zawsze działał, chociaż na ogół starał się, aby chłopcy jedli zdrowe rzeczy. Jeżeli nie dawał rady samemu przygotować obiadu do odgrzania na następny dzień, to zawsze mógł liczyć na pyszne i zdrowe danie z lokalnej gastronomii u Grubego Benka.

– Taaak! – krzyczeli jeden przez drugiego, szybko zapomniawszy, o czym przed chwilą rozmawiali. Siwy spoglądał w lusterko, widząc ich radość. To było coś, co nadal trzymało go przy życiu. Od tragicznej śmierci żony minęło półtora roku. Dla dzieci był to szmat czasu i ich rany powoli się zasklepiały. Jego rana jeszcze całkiem mocno krwawiła.

Wieczorem, upewniwszy się, że dzieciaki śpią twardo, Siwy wymknął się do Lidla po drugiej stronie ulicy. Chwilę później, siedząc w fotelu, otwierał ulubioną w ostatnim czasie Woodford Reserve. Nie żałował pieniędzy na droższą whisky. Nie teraz, kiedy jego życie się przewartościowało. Już nie czekał na idealny moment, aby coś w nim przeżyć lub zobaczyć. Liczyło się tu i teraz. Z żoną planował wspaniałe życie, podróże. Obiecali sobie, że nawet jeżeli pojawią się dzieci, zrobią wszystko, aby nie wpaść w rutynę, w jakiej tkwiła większość rodziców, szczególnie małych dzieci.

Przy drugiej szklance miał potrzebę, aby uruchomić laptopa i poprzeglądać zdjęcia, które kiedyś wspólnie z żoną sobie zrobili w różnych miejscach i sytuacjach. Wiedział, że to nie będzie dobrym posunięciem, ale jak inaczej świętować jej urodziny, które wypadały właśnie dzisiaj? Opróżnił szybko szkło i nalał kolejną porcję, aby dodać sobie odwagi na ten krok. W telewizji nie było nic ciekawego do oglądania, ale włączony na niewielkiej głośności odbiornik działał na niego uspokajająco. Był też świetnym dopełnieniem klimatu, który dawała lampka nocna oświetlająca ciepłym strumieniem wnętrze pokoju. Gdy sięgał po laptopa, z pokoju na górze jego dwupoziomowego mieszkania wydobył się stłumiony i nieco zniekształcony krzyk. To Bruno i jego nawracający koszmar. Odkąd kilka tygodni temu zaatakował go pies sąsiada, malec zaczął zrywać się w nocy, krzycząc, że ten chce mu odgryźć paluszki. Na szczęście nie zdarzało się to zbyt często, ale ilekroć Siwy wymykał się do sklepu po flaszkę, miał obawę, czy zdąży wrócić, zanim Brunonowi coś się przyśni. Sprawdził, czy na górze wszystko w porządku. Gdy zajrzał do pokoju chłopców przez uchylone drzwi, okazało się, że jego interwencja nie będzie jednak potrzebna. Łobuzy wyglądały teraz tak niewinnie, że aż poczuł wyrzuty sumienia, bo jeszcze niedawno mówił Krępemu, że ma w domu nie dzieci, a potwory, które najchętniej wywiózłby do lasu i je tam zostawił na co najmniej tydzień albo po prostu wysłał rakietą w kosmos.

Rozsiadając się ponownie w fotelu, stwierdził, że zamiast oglądać zdjęcia, włączy sobie jakąś spokojną muzykę i porządnie się dzisiaj urżnie. Dwie kolejne szklanki wlał w siebie szybko, licząc, że przyniosą ulgę i na chwilę przestanie rozmyślać o tym, że jest ojcem samotnie wychowującym dzieci, że nie wie, co dalej, i w ogóle, że najchętniej by ze sobą skończył. Szczególnie ta ostatnia myśl coraz częściej za nim chodziła – paradoksalnie trzymając go przy życiu. Ilekroć pomyślał o samobójstwie, wizualizował sobie natychmiast sytuację, jak jego chłopaków wychowuje rodzina zastępcza albo jak cierpią, dorastając w bidulu. Nie odnotował, kiedy usnął. Zbudził go mocno wibrujący telefon, który leżał na stoliku obok fotela – dzwonił już chyba siódmy raz z rzędu. Zerwał się na równe nogi, czując, że ma jeszcze ostro w czubie. Mętnym wzrokiem spojrzał na wyświetlacz, a później na niedopitą ostatnią porcję whisky, próbując sobie uświadomić, co się dzieje. Odebrał chwilę po tym, jak sprawdził godzinę. Wpół do czwartej. Dzwonił Krępy.

– Tak? – powiedział.

– Siwy, sorry, że o tej porze… pamiętam, że jesteś jeszcze na zwolnieniu i…

Krępy urwał na chwilę, nabierając głośno powietrza w płuca.

– Co jest? Mów!

Siwy szybko oprzytomniał, wyczuwając napięcie w głosie przyjaciela.

– Co się stało? – powtórzył.

Usłyszał w słuchawce czyjeś głosy i to, że Krępy udziela komuś instrukcji, jak dotrzeć do jakiegoś miejsca.

– Sorry, jestem już, musiałem… zresztą nieważne – urwał. – Mamy trupa – rzucił szybko.

– Kurwa, stary, nie mogłeś z tym zaczekać do rana? – żachnął się.

– To Ignacy Małkowski – dodał Krępy.

– Kurwa… co? Przecież…

– Tak, to ten gość od nagrań z hotelu w Augustowie – dokończył za niego Krępy.

Siwy chciał przełączyć telefon na tryb głośnomówiący, aby móc rozmasować skronie i kark, ale po tym, co usłyszał, przysiadł z powrotem na fotelu. Doskonale pamiętał rozmowę z synem właściciela hotelu, po tym jak znaleźli kolejną ofiarę Marcela Kownackiego, Alicję. Jej ciało pozostawił w Puszczy Augustowskiej, nieopodal miejsca, w którym imprezowała kadra uniwersytecka.

– Jesteś tam? – zapytał Krępy, słysząc przez dłuższą chwilę ciszę w słuchawce.

– Macie już coś, jakieś ślady? – odezwał się Siwy, wyrwany pytaniem kolegi z chwilowego zawieszenia. Parę sekund wcześniej próbował zrozumieć, co się stało, dlaczego nie żyje właśnie ten człowiek. Czyżby był w jakiś sposób związany z ostatnią ofiarą Tatuatora? A może coś innego jest na rzeczy?

– Technicy zaczęli już swoją robotę – oznajmił. – Jesteśmy na posesji denata – dodał, ubiegając w ten sposób kolejne pytanie Siwego.

– W Augustowie?

– Nie… w Białym, ustaliliśmy, że facet miał kilka domów i mieszkań w naszym mieście. Lokował kapitał w nieruchomości pod wynajem. W tej, w której został znaleziony, od czasu do czasu pomieszkiwał.

– Jak mi jeszcze powiesz, że ma pośmiertną dziarę na szyi, to, kurwa, padnę – rzucił, rozglądając się za czymś do picia.

Kac był nieunikniony i zbliżał się wielkimi krokami.

– Dziary nie ma, ale jest coś, nad czym trzeba będzie się zastanowić. Bazyl będzie miał pełne ręce roboty. Czekamy właśnie na niego.

– To znaczy? – zapytał, ziewając przeciągle.

– Odezwę się, jak coś będę wiedział. Muszę kończyć. Nara! – rzucił szybko.

Siwy nie zdążył nic więcej powiedzieć, ale domyślił się, że na miejscu zdarzenia panuje teraz gorąca atmosfera i Krępy nie miał czasu dalej się rozwodzić na ten temat. Aby rano uniknąć niepotrzebnych pytań ze strony synków, schował w kuchennym pawlaczu butelkę trunku, a niedopitą whisky w szklance z bólem serca wylał do zlewu. Zerknął na zegarek – miał jeszcze czas, aby chwilę się zdrzemnąć.

*

Na miejscu zdarzenia technicy od jakiegoś czasu wykonywali już swoje czynności. Prokurator Łapiński miał przyjechać za niecałą godzinę. Morda na samą myśl, że za chwilę ma się tu zjawić ten apodyktyczny typ, nie mógł znaleźć miejsca. Krępy to zauważył i polecił koledze, aby tym razem nie wdawał się z nim w gadkę i trzymał język na wodzy. Inaczej skończy jak Młody, który długo nie zabawił w ekipie Krępego, odkąd zalazł Łapińskiemu za skórę. Próbował udowodnić, że prokurator jeździ po pijaku na zdarzenia, łamie wszelakie przepisy i czuje się totalnie bezkarny w wielu innych aspektach. Jednakże Młody nie skalkulował, że aby móc temu przeciwdziałać, trzeba mieć plecy tak wielkie jak Mike Tyson. Macki Łapińskiego sięgały daleko. Trząsł Białymstokiem od lat dziewięćdziesiątych. Młody był dobrze zapowiadającym się funkcjonariuszem. Wszyscy go ostrzegali, że jeżeli chce zachować posadę, lepiej niech zaniecha tego pomysłu. Młody, pracując przy sprawie Marcela, miał okazję wykazać się bystrością umysłu, co szybko docenili wszyscy, nawet ci, którzy na początku nie brali go na poważnie. Nikt się jednak nie spodziewał, że facet będzie miał jaja i zadrze z Łapińskim na dobre. Nawet Morda, który miał z nim na pieńku od jakiegoś czasu, nigdy nie odważył się posunąć do takich kroków. Na Młodego znalazł się paragraf i teraz próbuje swoich sił w Komendzie Powiatowej Policji w Sejnach. Dostał przeniesienie do miejscowości, w której podobno znajduje się owiana złą sławą stancja. Zrobiło się o niej głośno, kiedy kilku forumowiczów opisało, co przeżyło, wynajmując pokój lub mieszkanie w wielkim starym drewnianym domu przypominającym zamczysko.

Komendant Sadłoń, zaglądając przez drzwi, ukradkiem rzucił okiem na ciało znajdujące się w niewielkim budynku gospodarczym, w którym zgromadzone były różne narzędzia i drewno na opał. Widok ten skwitował odpowiednimi wulgaryzmami i tradycyjnie nakazał, aby protokół znalazł się na jego biurku „na wczoraj”. Wolał z perspektywy biurka zapoznawać się ze szczegółami dotyczącymi miejsca zbrodni. Gdy komendant się oddalił, dwaj młodzi funkcjonariusze weszli do środka, po czym wystrzelili jak z procy za budynek, aby pożegnać się z tym, co niedawno zjedli. Zobaczyli ciało mężczyzny wiszące na sznurze przerzuconym przez drewnianą belkę, która łączyła podpory konstrukcji budynku. Unoszący się smród kału i od czasu do czasu skapujące z nogawek pojedyncze krople moczu dla wielu były nie do udźwignięcia. Całości widoku dopełniały krwawe wybroczyny na oczach oraz blada twarz denata z lekko przechyloną głową. Był to ich pierwszy trup na służbie, którego widoku nie wyzbędą się w najbliższym czasie, a może nawet do końca życia, sądząc po ich reakcjach. Poruszenie, które tam panowało, dla przeciętnego zjadacza chleba mogło uchodzić za czysty chaos. W rzeczywistości każda osoba znajdująca się na tym terenie doskonale wiedziała, co ma robić – no, może poza dwoma świeżymi stróżami prawa, którzy przyuczali się pod okiem starszych, doświadczonych kolegów.

Na ten moment brakowało tam człowieka, który ładnych parę lat pracował z najlepszymi specjalistami w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie, by stać się jednym z nich. Gdy tylko Bazyl wysiadł z auta, które zaparkował jakieś sto metrów od miejsca zdarzenia, wszyscy stojący na zewnątrz natychmiast zwrócili wzrok w jego kierunku. Funkcjonariusze, którzy go dotychczas nie znali, oniemieli w jednej sekundzie, myśląc, że zbliża się jakiś szaleniec, coś wykrzykując. Jeden z nich nawet przyłożył rękę do kabury, nie mogąc opanować odruchu bezwarunkowego w obliczu potencjalnego zagrożenia.

– Cipy jebane. Mam was w dupie! – rzucił na „dzień dobry” Bazyl, po czym targnął nim tik nerwowy, polegający na wykrzywieniu twarzy i kiwnięciu głową w prawą stronę z jednoczesnym podrzuceniem barku.

Koledzy, którzy go znali, wiedzieli, że patomorfolog się trochę stresuje, bo jest w terenie. Wyjście ze strefy komfortu pracy, jaką miał w swoim królestwie w prosektorium, zawsze powodowało u niego dodatkowe objawy. Po tych słowach część funkcjonariuszy nie wiedziała, co ma przez to rozumieć i jak się zachować. Niektórzy popatrzyli po sobie, inni zogniskowali swój wzrok na lekarzu, oczekując jakiegoś wyjaśnienia.

– Kto tu dowodzi? – zapytał, darując sobie jakiekolwiek sensowne powitanie.

Wiedział, że i tak za chwilę coś za niego dopowie zespół Gillesa de la Tourette’a, na który cierpiał. O tyle dobrze, że postać jego choroby pozwalała mu w miarę normalnie funkcjonować w pracy. Może poza wyjazdami w teren, bo wtedy pojawiały się częste tiki spowodowane dodatkowym stresem, jaki odczuwał. Głównym objawem były wulgaryzmy, których zupełnie nie kontrolował.

– Ja – odezwał się Krępy i podniósł rękę na potwierdzenie.

Stojący obok Krępego komendant uprzedził go i podszedł do Bazyla, aby uścisnąć mu dłoń. Znali się od dawna. Z bliska poczuł od niego woń alkoholu. Zapach był charakterystyczny dla trunku, w którym gustował patomorfolog. Borys Sadłoń nie zareagował. Pomyślał tylko w duchu, że z takim zestawem doświadczeń, jakie ma na koncie Bazyl, on sam pewnie często zaglądałby do butelki. Lekarz nie wydawał się jednak odurzony. Raczej sprawiał wrażenie zagubionego.

– Cześć, ja tu dowodzę – powtórzył Krępy.

Bazyl go zignorował, a następnie powiódł wzrokiem dookoła, jakby próbował wybić się z jakiegoś letargu. Zawieszenie trwało kilkanaście sekund, a gdy wydawało się, że za chwilę coś powie, znowu stał się nieobecny.

– Jebane skurwysyny!

To był moment, kiedy Bazyl na przemian był obecny i oderwany od rzeczywistości.

– Kurwa… on tak zawsze? – zapytał któryś ze stojących blisko Krępego funkcjonariuszy.

– A próbowałeś kiedyś kichnąć i nie mrugnąć przy tym?

– No… nie da się – skwitował.

– No to nie zadawaj durnych pytań. Bazyl nad tym nie panuje. Poza tym jest najlepszy w te klocki, tylko dajmy mu pracować i nie odpierdalajmy szopy. Co wy, kurwa, nie widzieliście nigdy człowieka z zespołem Tourette’a?

Krępy przesuwał spojrzeniem po twarzach nieco zdezorientowanych funkcjonariuszy.

– No tak się składa, że…

– Nawet w telewizji? – wpadł mu w zdanie Krępy.

Policjant, który próbował odpowiedzieć na zadane przez dowódcę pytanie, wzruszył ramionami i szybko odpuścił, obawiając się, że niepotrzebnie wszedł w dyskusję. Wbił wzrok w ziemię i więcej się nie odezwał. Pozostali przyglądali się człowiekowi, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak bezdomny świrus. Krępy pokręcił głową i machnął na nich ręką.

Bazyl Szyldberg miał kilka powodów, aby nie pogardzić szklaneczką dobrego trunku. Wbrew powszechnej opinii pił nie po to, by odreagować przeprowadzane sekcje. Od zawsze mawiał, że ta praca to jego pasja, a bać się należy żywych. Insomia patomorfologa od lat była jego nieodłącznym kompanem. Zresztą nie tylko ta przypadłość stanowiła problem. Kiedyś, pod presją świętej pamięci żony, próbował trzymać je w ryzach i szło mu całkiem nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że były one natury neurorozwojowej. Od pięciu lat, odkąd pokonał ją rak piersi, jego nowym przyjacielem stał się bourbon. Nagle, w jego przekonaniu, miał pomagać w zasypianiu i koić ból po stracie. W rzeczywistości wpędzał go w coraz to większe kłopoty, szczególnie w pracy, której poświęcił jak dotąd kawał czasu i serca.

W którymś momencie twarz Bazyla stężała. W okamgnieniu było widać przemianę. Jakby musiała upłynąć chwila, aby lekarz wskoczył na właściwy tor i mógł zabrać się do pracy. Lepszy moment patomorfologa oznaczał dla pozostałych jedno – przerąbane jak w ruskim czołgu. Mówił to w taki sposób, że gdyby ktoś słyszał tylko jego głos, bez widoku postaci, z łatwością wyobraziłby sobie rosłego mężczyznę, z którym lepiej nie zadzierać.

– Zobaczmy, co tam mamy – rzucił i spojrzał na dowódcę.

Krępy wskazał miejsce, w którym znajdował się denat, po czym Bazyl szybkim krokiem wszedł do środka drewnianego budynku, który przypominał mini stodołę. Krępy ruszył za nim.

– Kurwa, ja pierdolę – jęknął. – Co tu się odjebało?

– To ty czy Tourette? Wybacz, czasami nie potrafię odróżnić.

Krępy, przez wzgląd na szacunek do ciała znajdującego się wewnątrz budynku, przybrał najbardziej poważny wyraz twarzy, na jaki było go w tym momencie stać, i próbował nie parsknąć śmiechem.

– Noo, ja… myślisz, że tylko Tourette potrafi przeklinać? – Bazyl wciągnął głęboko powietrze i wyjaśnił nauczycielskim tonem: – I nie mam na myśli tego wiszącego biedaka, tylko to, co wokół niego jest nie tak.

Krępy szybko podniósł ręce w przepraszającym geście i zmarszczył czoło, zastanawiając się, co lekarz ma na myśli, skoro technicy praktycznie już zrobili swoje.

– Palanty, ćwoki… kurwa – rzucił Tourette.

Nikt tym razem nie zareagował, wszyscy uznali jego zachowanie za normę i pozwolili mu przejąć inicjatywę. Lekarz stanął tyłem do wisielca, powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, obracając się wokół własnej osi. Tylko czasem zatrzymywał się na chwilę w niektórych miejscach.

– Tu jest rozpierdol jak w barze po północy… – burknął.

Krępy wydał z siebie coś między chrząknięciem a charkliwym śmiechem, wiedząc, że to dopiero początek tego, co zgotuje im Bazyl. Kilka razy widział go w akcji. Za każdym razem lekarz miał spore zastrzeżenia co do pracy ludzi, którzy byli na miejscu zdarzenia przed nim. Bazyl był grubo po pięćdziesiątce, choć wyglądał na znacznie bardziej doświadczonego życiem. Oprócz wychudzonej sylwetki w oczy rzucały się spore zmarszczki mimiczne na czole oraz głębokie bruzdy na policzkach. Na jego odpychający wizerunek miały też wpływ ciuchy, których na próżno było szukać w sieciówkach. Jego styl był dyktowany aktualnymi trendami w lokalnych lumpeksach. Miał też swój znak rozpoznawczy w postaci dwóch worów pod oczami, tak wielkich, jakby regularnie coś sobie w nie wstrzykiwał. Gdy zebrało się wszystkie elementy jego wizerunku, to w połączeniu z lenonkami tworzyły dość nędzny obraz szalonego naukowca. Szyldberg na pewno nie był mistrzem pierwszego wrażenia. Jego osoba przywodziła na myśl różne negatywne skojarzenia, od alkoholika po kogoś niezrównoważonego psychicznie. Nic bardziej mylnego. Był bardzo inteligentnym i zdolnym patomorfologiem, jakiego w okolicy można było szukać ze świecą. Medycyna sądowa wydawała się jego powołaniem. Nawet warszawka czasami go wypożyczała, chociaż on sam niechętnie korzystał z dodatkowej opcji zarobkowania. Jeśli już, to jedyną motywacją, aby na kilka dni opuścić rodzinny Białystok, był osobisty szofer i zakwaterowanie w hotelu Crowne Plaza Warsaw. To miejsce w pełni spełniało jego oczekiwania, szczególnie te dotyczące wyżywienia i napojów wyskokowych. To były, w jego przekonaniu, zwykłe dogodności, jakich oczekiwał.

– Ale wszyscy uważali, żeby nie…

– Właśnie widzę, jak żeście uważali… Gdybyście faktycznie zrobili robotę zgodnie ze sztuką, to bym nie musiał się teraz wkurwiać, tylko mógłbym zająć się truchłem. A tak, to trochę zejdzie, zanim zaprowadzę tu jaki taki porządek – uciął Bazyl.

Krępy nabrał tchu, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale widząc ostrzegawcze spojrzenie Górala, odpuścił.

– Mam w domu filmy z pornolami! – krzyknął Tourette. Jego ciało znów opanował tik, który uaktywnił się wcześniej przy wejściu. Dodał: – Walcie się na ryj, pojeby!

Najwyraźniej nie było sensu wdawać się w dyskusję, tylko dać mu działać i stosować się do jego wytycznych, bo to go rozstrajało na tyle, że zaczął coraz częściej coś wykrzykiwać i wymachiwać rękami.

– Od tej chwili wszyscy wypierdalać od trupa! – krzyknął.

Jego twarz znowu wykrzywiła się w charakterystyczny sposób. Nikt w tym momencie nie wiedział, czy słowa zostały wypowiedziane przez Bazyla, czy jego chorobę. Policjanci zaczęli wycofywać się z miejsca zdarzenia wyznaczoną ścieżką.

– Jedyny plus, jaki tutaj widzę, to maty ochronne, o których ktoś na szczęście pomyślał. Inaczej zadeptalibyście ostatnie ślady, jakie tu mogą się znajdować – dodał, kręcąc głową do wychodzących policjantów.

Po konstatacji dotyczących mat ochronnych Bazyl poprosił, aby Krępy z nim został. Zaplótł ręce na szyi i przez chwilę o czymś myślał.

– Jeżeli ci ludzie się nie ogarną, to za wiele nie zdziałam – powiedział z zawodem w głosie.

Krępy poczuł się nieswojo, kiedy patomorfolog kierował swoje zastrzeżenia głównie do niego. W duchu wiedział, że jego kumpel ma rację. Przy tej akcji panowało swego rodzaju rozluźnienie. On sam nie miał na obuwiu ochraniaczy, nie wspominając o innych częściach stroju ochronnego. Widać było, że niektórzy członkowie ekipy ulegli rutynie i co niektórzy nie mieli siatek na włosach czy nawet rękawiczek. Wychodzili z założenia, że uważają, aby czegoś nie dotknąć. Ewentualnie dotykali przedmiotów przez plastikową torebkę strunową. Nie otrzeźwiło ich nawet to, że zaraz po przyjeździe Bazyl przywdział przed wejściem kompletny strój ochronny. Zawsze wkładał trzy warstwy rękawiczek, pamiętając o tym, że zdarzają się ciecze, które potrafią przesiąknąć nawet przez podwójną warstwę.

– Zabezpieczyliśmy wszystko… co trzeba – oświadczył niepewnym tonem Krępy.

– Frajerzy – rzucił Tourette. Po chwili dodał Bazyl: – Dobra, nie licytujmy się! Poleć, aby zabezpieczyli miejsce pracy, dom i okolicę i, kurwa, niech przypomną sobie, że bez odzieży ochronnej nie mają nigdzie wstępu. Każde z tych miejsc może okazać się kluczowe.

Krępy ponownie chwycił za krótkofalówkę i stanowczym tonem przekazał funkcjonariuszom to, o czym powiedział mu lekarz. Patomorfolog przywdział do końca swój kombinezon, który do tej pory luźno zwisał od pasa w dół, aby zacząć to, co do niego należy. Wyszedł na chwilę przed budynek, by oznajmić wszystkim, że jak już dostarczona zostanie odzież ochronna i wszyscy się ogarną, to podzieli ich na małe zespoły, aby nie wchodzili sobie w drogę. Miał na myśli między innymi zespół od fotografii czy ludzi do opisywania szczegółów. On sam chciał wstępnie rozejrzeć się wokół budynku, w którym znaleziono ciało Ignacego Małkowskiego. Bazyl powoli przełączał się w tryb zwierzęcia tropiącego. Oswoił się z sytuacją, a gdy poczuł się pewnie, funkcjonariusze byli zdumieni jego przemianą. Jeszcze przed momentem myśleli, że patomorfolog, który tutaj przyjechał, to jakiś przebieraniec, który myśli, że jest specjalistą. Tymczasem w ciągu kilku chwil porozstawiał wszystkich po kątach i pokazał, że nie ubiór i wygląd świadczą o człowieku. Fakt, że zespół Tourette’a trochę go na początku zdeklasował, również wydawał się pójść w zapomnienie. Facet nie wyglądał, ale zdecydowanie był rasowym i doświadczonym patomorfologiem, który wiedział, na czym ta robota faktycznie polega.

Gdy Bazyl obchodził miejsce zdarzenia, na tyłach budynku o mały włos nie wdepnął w rzygowiny pozostawione wcześniej przez dwóch młodych policjantów. Tym razem postanowił tego nie komentować, ale zrobił to za niego Tourette, puszczając stosowną wiązankę inwektywów. Co prawda były zupełnie niezwiązane z widokiem pod jego stopami, ale jego wrzask natychmiast usłyszeli policjanci stojący w pobliżu. Bazyl pokazał dłonią, że jest okej i nie muszą interweniować, chociaż wszystko wskazywało na to, że znalazł tam jakąś bombę.

Krępy, ubrany w syntetyczny ubiór ochronny, co chwilę spoglądał przez ramię, spodziewając się widoku prokuratora Łapińskiego. Tego jednak nadal nie było. Kiedy Bazyl wracał do środka, skinął głową w jego kierunku, dając znak, aby poszedł za nim. Komendant otaksował ich wzrokiem, ale nie ruszył się z miejsca.

– Nieciekawy widok – bąknął Krępy.

– Prawda jest taka, że po śmierci każdego z nas szybciej czy później ktoś będzie miał nieciekawy widok, patrząc na nasze ciało. Ten ktoś będzie miał szczęście, jak będziemy w jednym kawałku, bo czasami…

– Jak sobie z tym radzisz? – uciął.

– Zachowuję dystans, emocje tylko wszystko psują. Dla mnie denat od momentu zgonu jest już tylko materią, na której pracuję. Robię swoje i nie zastanawiam się nad niepotrzebnymi kwestiami. Skupiam się na tym, aby odczytać wszystkie znaki, jakie sygnalizuje ciało. Czasami oczywiście trzeba zajrzeć do środka, by dowiedzieć się czegoś więcej lub znaleźć odpowiedź na nurtujące pytanie, które zawsze jest takie samo: jak doszło do zgonu?

Bazyl opowiadał o swojej pracy jak o rzemiośle. Krępy słuchał w skupieniu, chociaż niektórych kwestii nie mógł pojąć, widząc przed sobą wisielca, który zdawał się na niego zerkać na wpół otwartymi oczami. Lekarz potwierdził to, co przed chwilą zreferował, podchodząc bliżej ofiary, aby się czemuś przyjrzeć. Bliska odległość do denata nie robiła na nim zupełnie żadnego wrażenia. Można by powiedzieć, że odkąd otworzył metalową walizkę z akcesoriami, których używał, pracując na miejscu zbrodni, zaczął się zachowywać jak ryba w wodzie. Co prawda ryby głosu nie mają, ale Bazyl nawijał za dwóch. Wcześniej upewnił się, czy zwłoki zostały z każdej strony sfotografowane i opisane.

– Nie oddalaj się, będziesz mi potrzebny – rzucił powoli, przenosząc wzrok z wisielca na Krępego.

– W jakim sensie?

– W takim, że musimy go ściągnąć. Chłopaki ci pomogą.

Krępy przesunął dłonią po głowie i podrapał się po karku. Następnie uśmiechnął się nerwowo, wędrując wzrokiem po pomieszczeniu, aby ostatecznie potwierdzić, że się zgadza.

– Ale jeszcze nie teraz, najpierw zrobię oględziny, czy istnieje w ogóle techniczna możliwość, że facet powiesił się sam – oznajmił Bazyl.

Lekarz znowu podszedł bliżej wisielca i przyjrzał się skrzynce na jabłka tuż pod ciałem.

– No i?

– Jak widać, jest przewrócona, ale to jeszcze o niczym nie świadczy – powiedział nauczycielskim tonem. – Pierdol się – dodał Tourette.

Bazyl sięgnął teraz po niewielką rozkładaną drabinę, która przypominała te aluminiowe malarskie, a może nawet i taką była. Miał ją w swoim wyposażeniu na wypadek takich okoliczności jak ta. Rozstawił ją z tyłu ciała i pokonawszy trzy stopnie, zatrzymał swój wzrok na głowie denata, stwierdzając brak widocznych obrażeń. Na chwilę zdjął okulary, aby je przetrzeć, i jeszcze raz przyjrzał się potylicy. Tym razem dokładniej, by stwierdzić lub wykluczyć ślady świadczące o ogłuszeniu przed śmiercią. Nic. Zszedł jeden stopień niżej, aby obejrzeć szyję umarlaka. Sprawdzał, czy bruzda wisielcza zgadza się z przebiegiem liny wisielczej.

– Kurwa… – stwierdził, dosadnie kręcąc głową.

Krępy popatrzył na niego wyczekująco, aż doda coś jeszcze.

– Nie zgadza się… bruzda nie schodzi się z liną – oznajmił.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Chcę powiedzieć dokładnie to, o czym pomyślałeś, mój drogi kolego, i nie mam co do tego żadnych wątpliwości – wszedł mu w zdanie, kiwając głową. Bazyl zrobił przerwę i dodał: – Ktoś mu w tym pomógł. On nie powiesił się sam. Ślady są wyraźne, a na stole sekcyjnym zapewne pojawią się dodatkowe.

– Kurwa! – Tym razem Krępy rzucił bluzgiem.

– Doszło do zadzierzgnięcia. Użyto być może krępulca lub jakiejś linki, trudno to stwierdzić teraz, ale na pewno facet sam się nie powiesił – skwitował patomorfolog.

Stało się jasne, że do śmierci Małkowskiego przyczyniły się osoby trzecie. Nasuwało się pytanie, kto i dlaczego to zrobił. Gdyby nie fakt, że denat pracował w hotelu, który miał pośredni związek z morderstwem ostatniej ofiary Tatuatora, zapewne byłoby to po prostu kolejne morderstwo w mieście. Jednak w tym przypadku wszystko wskazywało na to, że mogą pojawić się inne ofiary, mające potencjalny związek z Marcelem Kownackim. Tylko jakim cudem, skoro chemik przebywał obecnie w areszcie? Krępy pomyślał automatycznie o jakimś naśladowcy, choć w gruncie rzeczy wisielec nie miał wytatuowanej na szyi żadnej litery alfabetu i co więcej, nie był kobietą. W każdym razie coś tu nie grało. To nie mógł być przypadek, że życie stracił właśnie ten człowiek.

– Jesteś gotowy? – zapytał Krępego, schodząc z drabinki.

– Niekoniecznie, ale zaraz zawołam kogoś do pomocy – odparł ciężko.

Na zewnątrz było całkiem ciepło jak na połowę października. Gdy Krępy wyszedł po posiłki do asysty przy zdejmowaniu zwłok, zjawił się prokurator. Krępy zaklął w duchu, widząc, że Łapiński jak zwykle nie potrafił normalnie się skomunikować ze zgromadzonymi, tylko darł się na całe gardło, wodząc wzrokiem po miejscu zdarzenia. Morda zastosował się do zaleceń Krępego i gdy tylko zwietrzył, że Łapiński jest na miejscu, zniknął jak kamfora. Komendant wskazał drogę prokuratorowi. Zanim Krępy zdążył zorganizować kogoś do pomocy przy ściąganiu denata, Łapińskiemu oberwało się od Tourette’a. Choroba Bazyla na widok prokuratora automatycznie dała o sobie znać. On nie robił z tego problemu, ponieważ nie raz już zdarzyło mu się współpracować z tym wybitnym patomorfologiem. Bazyl Szyldberg jako jeden z nielicznych cieszył się poważaniem prokuratora. Łapiński zawdzięczał mu szereg dobrze poprowadzonych spraw. Czasami nawet przymykał oko na pewne proceduralne niedociągnięcia, wiedząc, że ostatecznie nie będzie z tego problemów, bo finalnie Bazyl o wszystko zadba. Prokurator wszedł do środka i dokonał szybkich oględzin. Widok trupa od lat nie robił na nim już żadnego wrażenia. Bardziej drastyczne sceny potrafił czasami skomentować w specyficzny dla siebie sposób.

– Widzę, że zamierzacie już go ściągnąć. Nie za szybko? – burknął.

Policjant, który cały czas był z Bazylem i Krępym, nie odpowiedział. Prokurator ściągnął brwi, a odpowiedź nadeszła zza jego pleców. Krępy z kilkoma kolegami byli gotowi, aby pomóc Bazylowi położyć trupa na ziemi.

– Tylko czegoś nie spierdolcie – skwitował.

Kierując się ku wyjściu, usłyszał od Tourette’a na odchodne, żeby się pierdolił i że jest pizdolizem. Zareagował tylko prawie niewidocznym drgnięciem policzka. Uśmiechnął się w głębi ducha. Miał pełne zaufanie do Bazyla i tak naprawdę do ludzi, z którymi przyszło mu współpracować. Na czas służby zakładał maskę szorstkiego skurczybyka, tak było mu łatwiej.

Patomorfolog, widząc gotowość funkcjonariuszy do pomocy przy ściągnięciu denata, ruchem dłoni powstrzymał ich jeszcze na chwilę.

– Panowie, jeszcze tylko jedna rzecz, zanim sprowadzimy go na dół – poinformował. – Muszę zdjąć mu buty i obejrzeć jego stopy.

Na twarzach policjantów pojawiło się zdziwienie. Nikt nie zaprotestował, wszyscy uznali, że nie będą uczyć ojca dzieci robić. Tymczasem Bazyl miał ułatwione zadanie, bo denat był w butach na rzepy. Sprawnym ruchem oswobodził stopy wisielca z butów i skarpet. Widok nie zrobił na nim wrażenia, był obyty z takimi sytuacjami, w przeciwieństwie do niektórych osób tam obecnych. Jeden z funkcjonariuszy zaczął się nerwowo rozglądać, co świadczyło o tym, że za chwilę może zasłabnąć. Kolega zauważył zmianę w jego zachowaniu i pomógł mu szybko się ewakuować. Po chwili pojawił się z powrotem z zastępcą poprzednika i zobaczył, jak lekarz z bliskiej odległości ogląda stopy denata.

– Chodzi o plamy opadowe. Gdy pośmiertnie krew spłynie pod wpływem grawitacji do kończyn, to wygląda to tak, jak wygląda – objaśniał.

Gotowi do pomocy koledzy poczuli się jak na wykładzie. Wyglądało to w pewnym sensie dość komicznie, bo gdy Bazyl opowiadał o plamach opadowych i o ich przemieszczaniu się, to Tourette nie chciał być gorszy i co jakiś czas wykrzykiwał coś pod adresem mężczyzn.

Kiedy Bazyl ponownie wszedł na drabinkę, aby odwiązać supeł, Krępy podtrzymał ciało, wypełniając swoje zadanie, a pozostali policjanci ostrożnie im asystowali, aż w końcu zwłoki młodego mężczyzny spoczęły na ziemi. Patomorfolog poprosił, aby położyli je na boku. Bazyl przez chwilę szukał czegoś w swojej skrzynce do oględzin. Gdy znalazł to, czego potrzebował, jedną ręką zsunął nieboszczykowi spodnie dresowe wraz z majtkami, a drugą umieścił w jego odbycie termometr.

– Ja pierdolę, Bazyl! Mógłbyś mówić, co dalej będziesz robić, a nie, kurwa… takie rzeczy – wypalił Krępy.

– Kurwa mać – rzucił Morda, który właśnie wszedł do środka.

Zapanował chwilowy rumor przeplatany przekleństwami. Funkcjonariusze po dzisiejszych atrakcjach mogli być pewni, że zamykając oczy do snu, będą widzieć jedynie obrzęknięte oblicze trupa, a potem termometr w jego odbycie.

– Biorąc pod uwagę warunki, jakie tutaj panują, oraz jego ubrania, trup stygnie mniej więcej w tempie jednego stopnia na godzinę, co by oznaczało, że… – Urwał na moment, spoglądając na termometr wystający spomiędzy pośladków, które zdążyły już pociemnieć. – …nie żyje od jakichś dwóch godzin – stwierdził. – Denat ma trzydzieści cztery i pół stopnia – kontynuował.

Wszystko wskazywało na to, że podpalenie altany stojącej nieopodal budynku, w którym znajdowały się zwłoki, było celowe. Komuś zależało, aby tego człowieka znaleziono jak najszybciej. W dodatku sprawca zostawił na szyi ofiary karteczkę w plastikowej torebce – zawierała wiadomość, której część tworzyły losowo wypisane litery.

Po dokonaniu oględzin na miejscu zdarzenia Bazyl był pewny, że dalsze prace w prosektorium potwierdzą tylko przypuszczenia co do przyczyny i czasu śmierci denata.

– Początkowa faza _rigor mortis_ – stwierdził zdecydowanym głosem.

– Rigor… co? – zapytał Krępy, nie rozumiejąc fachowej terminologii.

Bazyl usunął termometr i podciągnął spodnie zmarłemu. Wstał i podszedł do Krępego na tyle blisko, że ten poczuł woń przefermentowanego alkoholu w wyziewie lekarza. Podobnie jak komendant nie skomentował tego. Zanim patomorfolog wyjaśnił, o czym przed chwilą mówił, Krępy usłyszał najpierw, że jest smętną cipą. Gdy Tourette zamilkł, Bazyl mówił dalej.

– Miałem na myśli to, że mięśnie żuchwy i powiek stygną jako pierwsze. Dokładając do tego temperaturę ciała i plamy opadowe kończyn, które przesunęły się względnie szybko, to…

– Faktycznie – potwierdził Krępy, nie dając mu dokończyć. Pokiwał głową i zmarszczył czoło, jakby przywoływał widok sprzed kilku chwil, kiedy po ułożeniu ciała na bok fioletowe stopy denata stawały się jaśniejsze. – Rozumiem, że plamy opadowe przesunęły się zgodnie z grawitacją, dlatego…

– Dobrze rozumiesz, kolego! – Tym razem to Bazyl wpadł mu w zdanie, okazując uznanie w głosie. – Gdyby nasz nieboszczyk dyndał tutaj dłużej, to plamy przesuwałyby się znacznie wolniej. – Bazyl tę część pracy miał już za sobą. – Dobra, wypełnię kwity, a reszta roboty już na stole sekcyjnym – oznajmił, wzdychając.

Ściągnął i wywinął rękawiczki lateksowe na drugą stronę, rozglądając się jednocześnie za pojemnikiem utylizacyjnym.

*

Kiedy budzik zaczął dzwonić, Siwy miał wrażenie, że tylko na chwilę zamknął oczy. Tym razem nie było czasu na jego kilkukrotne odrzucanie, jak to zwykle robił. Musiał się ogarnąć po nocy spędzonej po części w fotelu i na sofie w salonie. Po prysznicu musiał przygotować chłopcom śniadanie. Chciał, aby tym razem nie stanęło na gofrach z bitą śmietaną albo tostach z dżemem. Przynajmniej co jakiś czas starał się zrobić coś ambitniejszego, aby dzieciaki miały namiastkę śniadań z prawdziwego zdarzenia. Koniec końców, zanim Siwy uporał się ze ściągnięciem łobuzów zawiniętych w rulony z kołder, minęło zbyt dużo czasu, aby śniadanie było wykwintne. Zjedli jajecznicę z bazylią i odrobiną cebuli. Sytuacje te sprawiały, że był coraz bliższy zakupu magicznego urządzenia o potocznej nazwie Termomiś, który potrafił nauczyć gotowania totalnie niedoświadczone osoby. Słyszał o nim już jakiś czas temu i już dawno powinien w niego zainwestować. Jak dotąd nie pozwalała mu na to jego duma, chyba zbyt mocno wierzył w swoje umiejętności kulinarne.

Miał czterdzieści minut na zawiezienie dzieci do przedszkola. Co prawda poziom alkoholu w jego krwi obniżył się na tyle, że już nie kręciło mu się w głowie, ale świadomość, że ma co najmniej pół promila, wzbudzała u niego poczucie winy. Podwójne espresso oraz kanapki z dużą ilością papryki, czosnku i cebuli zamaskowały jego alkoholowe wyziewy przed synami. Chłopcy byli dzisiaj wyjątkowo mało rozmowni, co było zbawienne dla ich ojca. Trudno by mu było udźwignąć konwersację ze swoimi małymi mądralińskimi. Po uruchomieniu silnika wszyscy byli gotowi do drogi. Siwy tradycyjnie włączył radio i był przekonany, że w skupieniu i spokoju zawiezie ich do przedszkola, kiedy we wstecznym lusterku zobaczył podejrzliwy wzrok Brunona.

– Tato… – odezwał się starszy.

– Tak…? – Siwy odpowiedział z westchnieniem w głosie, czując, że się przeliczył z tym spokojnym kursem do przedszkola. Ucieszyło go, że tym razem nie zwrócił się do niego, używając jego ksywy, co zazwyczaj wywoływało dodatkowe emocje i paplaninę przez kilka minut. Przynajmniej o tyle dobrze.

– Dlaczego masz takie czerwone oko?

– Chyba oczy, kochanie? – poprawił go, myśląc, że zaraz aktywuje się młodszy i przez całą drogę będą dociekać, co mu jest. A może jednak jakimś cudem Bruno będzie próbował go zawstydzić, że ich ojciec jest na kacu. Ale skąd on niby miał o tym wiedzieć? Jak dotąd nigdy nie zdarzyło się, żeby cokolwiek podejrzewał w tej kwestii. Maks jest jeszcze za młody, ale Bruno?

– Nie, tato, masz całe czerwone oko – stwierdził stanowczo Bruno. – Nic ci nie jest? Wyglądasz jak wampir.

– Tata wampir, tata wampir – zmałpował go Maks.

– To nic takiego, jestem po prostu zmęczony, bo źle spałem – uciął.

– Mhm…

– Tato, to chyba twoje lewe oko gorzej spało, bo jest czerwieńsze od prawego – oznajmił Bruno.

– Najwidoczniej tak było. Postaram się, aby moje lewo oko później trochę odespało tę zarwaną noc, okej?

Siwy ani się obejrzał, jak dał się wciągnąć w konwersację, której jeszcze przed chwilą wolał uniknąć. Najwidoczniej kawa zaczęła działać i tymczasowo wystarczyło mu energii, aby trochę podowcipkować.

– Tato… przestań, przecież tak się nie da – stwierdził Bruno.

– Dla waszego taty nie ma rzeczy niemożliwych – rzucił, puszczając do lusterka oczko tym rzekomo czerwieńszym okiem.

– Czy to oznacza, że od jutra będziemy mieli śniadania jak na królewskim dworze? – Bruno sprytnie nawiązał do jednej z ich wcześniejszych rozmów. Siwy wspomniał wtedy, że niebawem będą wspólnie jedli pyszne śniadania, obiady i kolacje, a jak dobrze pójdzie, to od czasu do czasu będą też jakieś desery. Mężczyzna pokręcił głową w milczeniu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij