Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bestiariusz nowohucki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 stycznia 2026
27,00
2700 pkt
punktów Virtualo

Bestiariusz nowohucki - ebook

Jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich lat – nagrodzony Nagrodą Conrada, KMLU i Gdynią, nominowany do Nike, Nagrody m.st. Warszawy i Paszportów „Polityki” – powraca jako pierwsza książka w cyklu „Debiut od nowa” – nie jako sentymentalne wznowienie, lecz powieść, która domaga się nowej ramy: ponownego ustawienia w szeregu, sprawdzenia, co dziś z nami robi. Ta lektura odsłania nowe napięcia, fałdy, szczeliny. Zaprasza, by wejść do Nowej Huty Łapczyńskiej, przejść przez dym, asfalt, błoto i szpitale, sprawdzić, jakie bestie rozpoznajemy w sobie i dookoła. To nie są realistyczne „portrety mieszkańców”, lecz figury, w których skupiają się lęk, pragnienie, przemoc i czułość miejsca. Tak działa literatura, która nie kończy się na pierwszym obiegu – o czym w dołączonym do książki posłowiu pisze Artur Burszta.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

O tym, jak ptak z ludzką głową nawiedził Emila
O tym, jak Mistrz Śmierci odkrył, co to znaczy umrzeć
O tym, jak Rita i Ruta przestały być tą samą osobą
O tym, jak mała kobieta zerwała się do biegu
O tym, jak Samson ożywał w Obiekcie
O tym, jak człowiek bez twarzy nie pozwalał mówić
O tym, jak arszeniczki pożegnały śmierć
O tym, jak Huta zyskała proroka
Epilog

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68759-96-9
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O TYM, JAK PTAK Z LUDZKĄ GŁOWĄ
NAWIEDZIŁ EMILA

Wszystko się skończyło, gdy po raz pierwszy spuścili surówkę z Wielkiego Pieca. Spłynęła pomarańczowym zawijasem do kadzi, z kadzi przelali ją do żeliwiaka, dodali złomu i wyszła stal. Stal wrzucili w walcarkę. Tam się skończyłem i tam zacząłem. Ale to później. A wtedy był dzień Wielkiego Spustu. Zostało mi po nim życie zapisane na papierkach.

Pani I., chyba nie sypia pani dobrze.

PANIE E., NIE ZASNĘŁAM, ODKĄD PRZYJECHAŁAM DO HUTY.

Zanim surówka wżarła się w halę, wszystkie oczy, a były ich tysiące, śledziły ruch elektroświdra. Drążył dziurę w płaszczu kolosa, by upuścić rozżarzone do białości soki. Walczył już od dwóch godzin. Uroczysta chwila tonęła w kadzi. Brzuszysko opasane rurociągami górowało nad halą. Wszystkie twarze, a były ich tysiące, zwróciły się tam, skąd miał wybić żywioł. Wypatrywały początku. Oczy miałem zajęte, ale ręce wolne. Pod nieobecność myśli prawa dłoń złośliwie popełzła w dół, żeby dotknąć kieszeni spodni. Tej pustej. Głupia, głupia ręka. Palce sunęły po prążkach materiału jak po tarce, bo od wczoraj przedmioty są mi wrogie w dotyku.

Zrobiłem piruet w pamięci. Od pustej kieszeni do dni, gdy wypełniały ją papierki. Od papierków po dłoń, która je zapisywała. Była to dłoń w wiecznym ruchu. Nigdy nie leżała w spoczynku, targały nią spięcia i podrygi. Migała przy twarzy, momentalnie przenosiła się na udo i znów znikała gdzieś za uchem. Przesuwała palcami po czole w dół i górę, zostawiając czerwony ślad. Narzędzia uciekały od rąk na podłogę, byle dalej. Pracowała w stolarni, tak jak i ja. Gwoździe, piła, młot i szalone dłonie I. Od dzisiaj jest tylko stal, nie drewno. Ta stal właśnie miała się narodzić i może już było blisko, aby surówka w końcu trysnęła, ale w jednej chwili znów odpłynąłem w stronę I., która zapisywała skrawki papieru. Zamknąłem oczy i odłączyłem się od wspólnej sprawy. Może do spustu potrzebna była świadomość wszystkich zebranych i moja ucieczka w papierki sprawiała, że surówka nie chciała spłynąć. Albo Wielki Piec znikał, gdy o niej myślałem, i nigdy nie domyśliłem końcówki tego zdania, bo dłonie, bo ręce, jej pismo.

Nie tylko dłonie I. żyły po swojemu. Cała była jednym wielkim trzęsieniem. Myślę, że ktoś pomieszał coś w jej zasilaniu i jakiś impuls elektryczny nieustannie ją pobudzał, a ona z oczami rozwartymi jak u ryby wyrzuconej na piach bezradnie poddawała się temu stanowi rzeczy. Naprężone mięśnie, żyły na szyi, ścięgna w dłoniach domagały się: „Zatrzymajcie ją! Zatrzymajcie tę wariatkę”. Nawet jej zęby wydawały się gotowe do ucieczki, każdy w inną stronę. Na pociągłej twarzy wszystko było w ruchu. Łącznie z nieznacznym garbem na wąskim nosie. Trzymała w kieszeniach piętki chleba i jadła, gdy tylko miała wolne ręce. Gryzła tak, że bałem się o jej żuchwę. Obserwowałem ją nieraz z daleka, by uchwycić choćby jeden spokojny ruch.

Miała ochrypły głos, załamywał się na wyższych tonach. Nigdy nie domykała ust. Myślała galopem. Mówiła całym chudym ciałem, choć jeśli tak na to spojrzeć, należałoby powiedzieć, że raczej wrzeszczała. Jak inaczej mogła więc zapisywać słowa na papierze w kratkę niż tak, jak to robiła – wielkimi, rozwrzeszczanymi literami?

Znów dotknąłem pustej kieszeni, tym razem zupełnie przytomnie. Tym razem zupełnie niepotrzebnie, bo wiedziałem, czego się w niej nie spodziewać. Elektroświder pracował, choć kto wie, co się wydarzyło pod moją nieobecność. Nie mam pewności, czy cały kombinat nie zniknął w tym momencie nieuwagi. Miałem nadzieję, że tak. Wiem, że I. właśnie tak by pomyślała albo to wytańczyła roztelepanym ciałem, a najpewniej po prostu napisała. Zanim wydobyła z siebie zdanie, rozsypywała wokół mnóstwo niepotrzebnych sylab i słów. Dlatego pisała. Tak jak wtedy: PANIE E,. ZAMRUGAJMY KAŻDE POTEM. I znów dłoń‒kieszeń‒nic.

Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.

Przemowy trwały. Świder borował. Oczy zebranych pragnęły iskier i blasku. Wypatrywały wielkiego początku. Niech spłynie, niech spłynie, we wszystkich głowach grały te same myśli. Za mną i przede mną ‒ fala oddechów. Rytmiczne uuuh, uuuh. Zadmuchać Wielki Piec prosto z płuc. Zadmuchać piec znaczy nadać mu ruch. Rytmiczne uuuh, uuuh, niech żyje stal, niech ożyje i ożywi miasto, ożywi machinę górującą nad nim. Zadmuchać piec, wydrążyć spust. A ja próbowałem zamrugać przyszłość. Zaciskałem powieki. Teraz. Teraz. Znikasz. Pod powiekami czarno, ale wiedziałem, że nie zniknął, bo uuuh, uuuh, echo oddechów w hali rozlewało się na wszelkie teraz i wszelkie potem. Niech zniknie teraz, niech nigdy nie wydarzy się potem, oby żadna kropla surówki nie spłynęła korytem, oby żaden poranek nie nadszedł. Mógłbym stanąć naprzeciw otworu, twarzą w twarz z żywiołem, krzyknąć: „Nie popłyniesz!”, gdyby tylko surówka miała na względzie człowiecze członki i powstrzymała swój rozlew. Niech nie nadchodzi wielki początek, niech żaden wlewek nie wpadnie pod walce. Niech nigdy. Nie. Przerwało. Trysk. Iskry. Lawa zalała halę. Fala oddechów ulgi spadła na posadzkę. Pomarańczowy strumień przeciął świat na pół, na wczoraj wypełnione rozchełstanym pismem i na nieszczęsne potem.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij