Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Beta vulgaris - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 marca 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Beta vulgaris - ebook

Sezonowa praca młodej kobiety przy zbiorach buraka cukrowego przeradza się w surrealistyczny koszmar.

Elise i jej chłopak Tom wyruszają do Minnesoty, licząc, że zarobek przy zbiorach buraka cukrowego pozwoli im opłacić czynsz za mieszkanie na Brooklynie. Ciężka, wyniszczająca praca i dobrze znany lęk o pieniądze szybko przestają być jednak największymi problemami Elise: coraz częściej dochodzi bowiem do niepokojących zdarzeń. Dziewczyna odbiera telefony z pogróżkami, na jej skórze pojawia się tajemnicza wysypka, a z pryzmy buraków dobiegają do niej złowieszcze głosy.

Gdy Tom i kolejni pracownicy zaczynają znikać, Elise musi sama zmierzyć się z ciężarem własnej przeszłości, grozą niepewnej przyszłości oraz złowrogim, a zarazem kuszącym śpiewem buraków.

Gorzka, niepokojąca i bezkompromisowa opowieść, która dzięki wyrazistemu głosowi autorki i jej odważnej wizji z łatwością podważa tradycyjne narracje o klasie, traumie, konsumpcji i odkupieniu.

***

„Beta vulgaris” zwiastuje nadejście wyjątkowego talentu – debiutancka powieść Margie Sarsfield wgryza się w duszę. Nie mogłem się od niej oderwać – Nick White, autor powieści „How To Survive a Summer”

Niepokojąca, elektryzująca i po cichu rozdzierająca. Margie Sarsfield olśniewa i wystawia nas na próbę, tworząc powieść tak sugestywną i niezapomnianą, że o stertach buraków będę myślała jeszcze przez długie lata –  Danya Kukafka, autorka thrillera „Dziewczyna na karuzeli”

Ostry i duszny ekohorror, który wżyna się w makabryczną atmosferę zindustrializowanego rolnictwa. Dzięki intrygującej galerii postaci i upajającej, naglącej prozie Beta vulgaris jest snem w gorączce, który pragnie cię pochłonąć bez reszty – Kathryn Harlan, autorka zbioru opowiadań „Fruiting Bodies”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68352-77-1
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JESTEŚ BURAKIEM CUKROWYM

Przez ostatnie miesiące zaczynałeś istnieć: wyswabadzając się z twardej skorupy, przebijając się nowo wytworzonymi włóknami przez ziemię, wypuszczając liście, ­nabierając masy, wchłaniając, stając się czymś dorodnym i pękatym, i pełnym słodkiego potencjału. Już samo to czyni cię ocalałym. Nie zżarły cię pędraki. Nie dopadła cię rizomania. Cała ta ciężka, organiczna praca tylko po to, by wylądować martwym i zamrożonym na betonie. Bez grama ziemi, która przypominałaby ci o domu.

Niektórzy twierdzą, że czujecie, gdy maszyny was wykopują. Gdy odcinamy wasze liście i wyrywamy z ziemi korzeń główny wraz z korzeniami bocznymi. Jest to pewnego rodzaju ból. Nie obchodzi nas, czy go czujecie, czy też nie. I tak będziemy to robić, ponieważ jesteśmy ważniejsi do was. To my was stworzyliśmy. Chcieliśmy od was pewnych rzeczy i sprawiliśmy, że łatwo nam je od was dostać. To nie był żaden podstęp. To dla waszego własnego dobra, wasz gatunek rozprzestrzenił się niczym ogień na prerii, szybciej, niż próbowałybyście osiągnąć to samodzielnie. Stałyście się również większe. Masywniejsze i bardziej zwarte. Jesteście stworzone do słodyczy w taki sposób, który wprawiłby w osłupienie waszych przodków. W pewnym momencie przestałyście być całkowicie naturalne. Gdy jesteście takie, jakimi was stworzyliśmy – jesteście takie, jakimi chcemy, żebyście były. To się nazywa symbioza: rzeczy, które można zastąpić, są szczęśliwsze niż rzeczy, które są unikatowe, ponieważ rzeczy, które da się zastąpić, nigdy nie znikną. Musicie nam zaufać w tej kwestii.

Pytanie, jak zwykle, brzmi: „dlaczego?”. Nie da się was tanio pozyskać: ziemia i woda, konserwacja kotłów, porządna prasa, zwalczanie szkodników, wynagrodzenia. Jedna ustawiona inspekcja EPA i podzielimy los Michigan Sugar, które gryzie piach mimo przychodu rzędu trzynastu milionów dwustu tysięcy dolarów. Po co wydawać tyle pieniędzy, by tchnąć w was życie, a potem zabić pięć miliardów razy? Po co was ćwiartować, gotować, rozczłonkowywać, siekać w paseczki, miażdżyć i tłuc na mdłą papkę? Jakim cudem z pomarszczonego, pokrytego gliną ziarna zmieniłyście się w monstrualne cielsko pozbawione wszelkich wartości, wchłonięte przez większą materię odpadów roślinnych jako produkt powielania, a nie rozmnażania? Co takiego wyjątkowego tkwi w tej innej części was, w tej części, którą odsączamy, krystalizujemy i oczyszczamy dla zysku?

To cukru pożądamy. Pożądamy delikatnej i miękkiej słodyczy. Pragniemy tych miniaturowych, rozpuszczalnych ciał. Pragniemy ich tak bardzo, że psują nam się zęby. Pragniemy, by każda nasza komórka wypełniła się energią, pragniemy, aby w jednej chwili uwolniła się cała dopamina. Oczywiście tak żarliwe pragnienie musi powodować cierpienie. I jeśli cena, którą płacimy, by je zaspokoić, wydaje się wam wygórowana, to tylko dlatego, że jeszcze nie pogodziliście się z tym, że nie można go przezwyciężyć. Nie da się go przezwyciężyć. Taka właśnie jest żądza: pierwotna, nienasycona, głęboka i przesiąknięta ziemią niczym grób.1

Nie powie Tomowi, że nocleg kosztował dwadzieścia dolców więcej niż cena, która widniała na billboardzie przy autostradzie. Pięćdziesiąt dziewięć dolarów stanowiło jedną trzecią kwoty dostępnej na jej koncie. Miało jej zostać sto trzydzieści pięć dolarów, lecz dwadzieścia pięć poszło na spłatę karty kredytowej i nie mogła tego wliczyć do pieniędzy, którymi dysponowała.

Poprzednią noc spędzili w samochodzie na parkingu przed Walmartem, opatuleni i zagrzebani w śpiworach, z przednimi siedzeniami opuszczonymi tak nisko, jak tylko się dało, co jednak okazało się niewystarczające. Tom nieustannie żartował z dożywotniego zakazu wstępu Elise do Walmartu. Zakaz był prawdziwy, choć odnosił się do Brooklynu, gdzie i tak nie było Walmartu, więc przez lata nabrał niemal mitycznego charakteru, świadcząc o nieco punkowym duchu Elise. Jednak ostatniej nocy nie była w nastroju do żartów, ponieważ całą energię poświęciła na zduszenie pokusy, by zacząć narzekać na spanie w aucie. Nie żeby się wyspała. Co chwila budziła się, drżąc z zimna; przednia szyba była zaparowana od ich oddechów na porannym mrozie. Mogła przecież wygrzebać się ze śpiwora i przekopać plecak leżący na tylnym siedzeniu w poszukiwaniu dodatkowej warstwy ubrań. Powstrzymało ją przed tym jedno z typowych ludzkich zachowań: perspektywa krótkiej, lecz dotkliwej nieprzyjemności przeważyła nad obietnicą późniejszego komfortu.

I tym oto sposobem znów robiła to samo: wydawała pieniądze, które powinna przeznaczyć na spłatę zadłużenia albo odłożyć na nagłe wypadki, tylko dlatego, że nie chciała spędzić kolejnej nocy w samochodzie na parkingu przed Walmartem.

Ich pokój był niemal kojący w swojej przewidywalności, dokładnie taki, jakiego spodziewała się po motelu z widokiem na surową, pooraną bliznami jak po trądziku autostradę na zadupiu Wisconsin. Dwuosobowe łóżko zaścielone jak w szpitalu, z rogami cienkiej kołdry wetkniętymi pod materac i zmechaconym brązowym kocem złożonym w kostkę u jego stóp, niewielki telewizor zamontowany w rogu tak, by leżąc w łóżku, nie dało się nic obejrzeć, szafka nocna z telefonem na kablu i niewielką przezroczystą diodą migającą na czerwono, notatnik z jedną stroną oraz tępym miniołówkiem leżącym tuż obok. Zarówno na notatniku, jak i na ołówku widniał pozłacany napis „Marriott”. Ten motel z pewnością nie był Marriottem. W szufladzie szafki nocnej leżało menu chińskiej restauracji, jednak nie było tam Biblii, przez co Elise poczuła się nieswojo. Elise nie była religijna, z wyjątkiem czysto teoretycznego zainteresowania buddyzmem, które wynikało głównie z przyjemnych doświadczeń z substancjami psychodelicznymi. Brak Biblii w motelowym pokoju wydawał jej się jednak czymś niewłaściwym. Tom siedział na łóżku i gapił się w telewizor. Pokój był gówniany, choć o wiele lepszy niż parking przed Walmartem.

– Gdy jechaliśmy na wakacje, zawsze nocowaliśmy w takich miejscach – odezwała się Elise, odczuwając nagłą nostalgię za rodzinnymi wypadami do Mystic, Buffalo i Ocean City, kiedy to oglądanie HBO na telewizorze w Motelu 6 zdawało się równie ekscytujące, co wycieczka do oceanarium. Tom rozejrzał się po pokoju. Jego rodzina należała do osób zatrzymujących się w Marriotcie, a nie w Motelu 6. Czy w Marriotcie mieli Biblię?

– Gdzie pilot? – spytał Tom. Wkurzał się, ponieważ byli spóźnieni. Zaplanowali, że dotrą z Nowego Jorku do Minnesoty w trzy dni, zmieniając się za kółkiem, tak by zdążyć do Robber’s Bluff na szkolenie wdrożeniowe. Jeżeli jutro po drodze coś pójdzie nie tak, to będą totalnie udupieni. Zapewne wszystko pójdzie dobrze, lecz co, jeśli nie? Co, jeśli spóźnią się na szkolenie i nie dostaną roboty, a tym samym okaże się, że zupełnie bez powodu wydali ostatnie pieniądze na tę wyczerpującą i bezsensowną podróż donikąd?

No, może nie były to ich ostatnie pieniądze. Tom miał forsy jak lodu, nawet jeśli nie zamierzał jej tknąć. To były resztki forsy Elise. Elise łapiącej każdego dolara, który wpadł w jej brudne łapska. Tom z kolei nie wiedział, że to były jej ostatnie pieniądze.

– Zapytam w recepcji – zaproponowała. Tom wstał i podszedł do telewizora, a ona sama podniosła słuchawkę. Po pierwszym sygnale zauważyła, że Tom do niej macha, próbując przyciągnąć jej uwagę i trzymając w dłoni pilota znalezionego na półce pod telewizorem. Dolna część obudowy przyklejona była do górnej fioletową taśmą izolacyjną. Jednak Elise zamierzała również wyłączyć migające czerwone światełko na telefonie. Recepcjonistka odebrała po piątym sygnale.

– Dzień dobry, na telefonie miga lampka wiadomości – oznajmiła Elise, zatykając palcem wolne ucho, ponieważ Tom włączył Kroniki Seinfelda na cały regulator.

– Proszę wybrać siedem, żeby odsłuchać wiadomości – poleciła jej recepcjonistka.

– Och, ale one z pewnością nie są do nas. Dopiero co tu przyjechaliśmy.

– Nie mogę tego zrobić zdalnie, więc musi to pani skasować ręcznie. – Po tych słowach recepcjonistka się rozłączyła. Tom wyregulował głośność i położył się w poprzek łóżka, żeby widzieć ekran, a pod kark podłożył sobie zwiniętą, sflaczałą poduszkę. Elise wybrała siedem, a w słuchawce rozległo się zawodzenie jakiejś kobiety.

„Proszę”, Elise usłyszała przerywany szloch. „Proszę, Burt, wróć do domu. Nawet nie wiesz, jak bardzo… jestem tu z dziewczynkami… dziewczynki, powiedzcie coś do tatusia…”

Elise nie wiedziała, jaki przycisk nacisnąć, by skasować wiadomość, więc musiała wysłuchać jej do końca, a poza tym zaintrygowało ją to. Czy Burt siedział tu, gdzie ona teraz? Może gapił się w telefon, gdy ten dzwonił w kółko, pozwalając, by czerwone światełko mrugało przez całą noc.

„Cześć tatusiu, tęsknimy za tobą”, odezwała się mała dziewczynka, która nie płakała. Elise trzymała słuchawkę z dala od ucha, w tle słychać było wesoły szczebiot drugiego dziecka, a potem kobieta znów odezwała się do słuchawki.

„Słyszysz, ty bydlaku?”, kobieta nie brzmiała już, jakby wcześniej płakała. „Wiem, co wyprawiasz, i przysięgam, spalę tę chatę, zanim… och…”, ponownie rozległ się płacz. „Burt, proszę!”

Wiadomość się skończyła, a automatyczna sekretarka poinformowała, że należy wcisnąć jeden, aby ją skasować, co Elise zrobiła.

– Co to niby miało być? – zapytał Tom, drapiąc się po odsłoniętym przez podwiniętą koszulkę brzuchu tuż nad linią jeansów. W jego pępku tkwił brudek. Sięgnęła ku niemu, a Tom ze śmiechem przeturlał się na bok i rzucił: „to moje”, co zawsze robił, gdy Elise udawała, że zamierza wyjąć paproch z jego pępka.

– Nie wiem, jakaś dziwaczna wiadomość – odpowiedziała. – Dla kogoś, kto nocował tu przed nami. Chyba zdradzał żonę.

– Zdrada w pokoju motelowym. Totalnie boomerskie – oznajmił Tom, kładąc dłoń na twarzy i przecierając oczy.

– Zgadnij, jak miał na imię – rzuciła Elise, na co Tom wzruszył ramionami. – Burt.

Tak samo nazywała się ich składana przyczepa kempingowa, którą ciągnęli za samochodem.

– To znak – odpowiedział Tom, a Elise nie dopytywała, co ten znak miałby oznaczać. Czasami Tom po prostu wygadywał różne rzeczy. Czasami Elise robiła dokładnie to samo.

– Przynieść lodu? Do drinków? – spytała, myśląc o gorzale, którą kupili bez cła jakieś dwanaście godzin wcześniej w Michigan na granicy z Kanadą. Tom przytaknął.

Środek wiaderka na lód pokrywały mikroskopijne plamki czegoś, co wyglądało jak czarna farba. Elise przepłukała wiaderko w łazience, wyobrażając sobie, że rezygnacja z dołączonej plastikowej wkładki ma ogromny wpływ na środowisko. Elise ekowojowniczka. Pokręciła głową. Sprawdziła, jaki wpływ na środowisko ma przemysł cukrowy: środki ochrony roślin, degradacja gleby, spływ nawozów z pól, zużycie milionów galonów wody. A to sama uprawa, nie wspominając o przetwórstwie. Lecz musiała jakoś zarobić pieniądze. Może po prostu chciała je mieć. Ludzie żyli za mniej, niż miała obecnie. Ludzie mieszkali w motelach takich jak ten, ponieważ mieszkania wymagały referencji i kaucji. Całe rodziny mieszkały w pokojach motelowych. Elise poczuła lekki ból głowy. To wystarczyło, by dać sobie przyzwolenie na zapomnienie o tym wszystkim.

Elise unikała zerkania na przekąski w automacie stojącym obok maszyny z lodem, ponieważ jej mózg zacząłby bezwiednie liczyć kalorie – niczym zdarta płyta – omijając te wartości, których nie pamiętała. Kątem oka dojrzała paczkę zwykłych Cheetosów (160 kcal) i skrzywiła się na ten widok. Elise była w stanie zjeść jedynie Crispy Cheetos, bo kiedy była młodsza, oryginalne Cheetosy kojarzyły się jej z gąsienicami: uroczymi, puchatymi, wijącymi się gąsienicami i gdyby je przegryzła, ich białe wnętrzności eksplodowałyby na jej języku.

Po powrocie do pokoju Elise postawiła wiaderko z lodem obok plastikowych kubków na komodzie, lecz Tom przywołał ją gestem, zanim zdążyła je rozpakować lub wyjąć butelkę z alkoholem z zielonej reklamówki. Ostre białe światło lampy oblewało lód w wiaderku fluorescencyjnym poblaskiem.

– Nigdy nie pieprzyliśmy się w motelu – stwierdził. Co było prawdą. I było w tym coś ekscytującego, tak jak ekscytujące są banalne rzeczy robione po raz pierwszy. Byli ze sobą od pięciu lat, choć nigdy nie wybrali się razem na wakacje – nie żeby to były wakacje. Elise usiadła na nim okrakiem. Tom położył dłonie na jej biodrach i wsunął je pod jej koszulkę. Zaczęli się całować. Ocierać się, ciągnąć, poluzowywać i zaciskać się na sobie nawzajem. Tom ścisnął dłońmi jej gardło, a ona dyszała prosto w jego ucho, czując, jak palą ją mięśnie ud. Doszła pierwsza, a potem on, obydwoje wprawni w dawaniu sobie nawzajem rozkoszy, obydwoje nadal ubrani: spodnie Toma opuszczone do ud i majtki Elise owinięte wokół jednej kostki. Na ekranie w tle leciały napisy końcowe Kronik Seinfelda, a lód prawie się nie roztopił. Elise wsunęła głowę pod jego dłoń, tak jak w dzieciństwie robił to jej pies, gdy chciał, by podrapała go za uszami. Wyobraziła sobie, jak skóra na jej głowie staje się miękka, rozciąga się, a ulga zalewa nowo otwarte przestrzenie między szarymi komórkami a czaszką.

– O co biega z włosami mojej dziewczyny? Jakim cudem są takie miękkie. Wiem, jakiego szamponu używa. O zapachu letniego deszczu. Wiem, jak pachnie letni deszcz, co nie? Włosy mojej dziewczyny pachną o wiele lepiej.

– O co biega z naśladowaniem Seinfelda przez mojego chłopaka? – przedrzeźniała go Elise. – Dlaczego robi to tak beznadziejnie? Jakim cudem brzmi bardziej jak William Shatner?

– Zapomnij o masażu głowy.

– Proszę, nie! – Elise przysunęła się bliżej Toma. – Przepraszam. Brzmisz całkiem jak Seinfeld. Powinieneś robić to częściej. Rób to na scenie, między piosenkami.

– O co biega z mosh pitami? Zauważyłaś, że nigdy nie ma tam kobiet karmiących? Dlaczego? Przecież to naturalne! A mówią, że punki są postępowe!

Elise ściągnęła Toma z łóżka, tak by nadal masował jej głowę, podczas gdy ona przygotowywała im drinki. Tom zasnął z na wpół dopitym ginem w jednej dłoni i z drugą dłonią na głowie Elise.

Elise próbowała ustalić, na jakim kanale leci HBO, lecz jej uwagę przyciągnął thriller z Morganem Freemanem na kanale FX. Ściszyła dźwięk tak, by nie obudzić Toma, i włączyła napisy. Co piętnaście minut film przerywały identyczne reklamy w nieco innej kolejności: międzybłoniaka, fundacji Gerber, wyprzedaży Hondy, Obamacare jest do bani, więc głosujcie na Republikanów. Elise od dawna nie widziała reklam. Nie ­mieli z Tomem telewizora, oglądali jedynie Netflixa, Hulu oraz pirackie filmy i seriale, więc gdy Sarah McLachlan zaczęła zachwycać się krótkim materiałem o przerażonych psach, Elise, ku własnemu zawstydzeniu, trochę się rozkleiła. Była zmęczona i wstawiona oraz znudzona, a na dodatek nieustannie myślała o automacie z przekąskami. Kiedyś niepohamowana udręka zapewne pchnęłaby ją prosto w jego objęcia. Był też taki czas, gdy pohamowanie się od tego napełniłoby ją pustą, bolesną dumą. Tkwiły w niej obie te wersje jej samej, choć obecnie jedynie jako odległe echa.

Na ekranie partnerka Morgana Freemana mazała ołówkiem po żółtym notatniku, próbując dostrzec ostatnie zapisane w nim słowa. Elise podniosła ołówek oraz notes z jedną kartką i spróbowała tego samego. Była zdziwiona, gdy okazało się, że zadziałało. Ktoś napisał: „Ja <3 Nicość” pismem bardzo podobnym do jej własnego.

Rano, gdy Tom wybrał się na śniadanie, użyła motelowego wi-fi, by wypełnić na telefonie papiery potrzebne do pracy: musiała podpisać elektronicznie dokumenty do odszkodowania pracowniczego oraz wypełnić formularze obowiązkowego ubezpieczenia, a także wysłać zdjęcia dowodu oraz karty ubezpieczenia społecznego. Powinna to zrobić kilka tygodni wcześniej, kiedy tylko otrzymała dokumenty, tak jak zrobił to Tom. Jednak Elise tego nie zrobiła, więc musiała zająć się tym obecnie, na ostatnią chwilę, walcząc z irytująco powolnym łączem, co chwila wciskając niezdarnymi paluchami złe pole i przesuwając raz po raz kciukiem po pęknięciu na ekranie.

Zmarszczyła brwi, widząc wniosek o pracę – tak naprawdę nie uczestniczyła w żadnym procesie rekrutacyjnym, wypełniła jedynie krótki formularz, a następnie odbyła zwięzłą rozmowę telefoniczną, która sprowadzała się do pytania: „Jesteś pewna, że chcesz tę pracę? To naprawdę paskudna robota, zwłaszcza nocne zmiany”. Elise wydawało się, że do zbiorów buraków cukrowych brali wszystkich jak leci. A teraz nagle zadawano jej dziwne i osobiste pytania: Jaką masz grupę krwi? Czy uważasz, że spożywanie cukru jest objawem patriotyzmu? Czy twoi rodzice nadal żyją? Czy twoi rodzice wciąż są małżeństwem? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że twoi rodzice byliby szczęśliwsi, gdyby się rozwiedli? Czy kiedykolwiek miałaś zwierzaka, którego nie kochałaś? Czy kiedykolwiek przyczyniłaś się do śmierci (bezpośrednio lub pośrednio) stworzenia większego niż karaluch (łącznie z ludźmi). Opisz swoje doświadczenia z cukrem.

Dlaczego Tom o tym nie wspominał? Ręka jej zdrętwiała. Elise napisała: „Spożywałam wcześniej cukier”. Gdy składała ostatni podpis elektroniczny na ekranie telefonu, w jej opuszek wbił się okruch szkła wielkości pyłku.

Tom wrócił do pokoju z pustymi rękami, chociaż obiecał, że przyniesie jej gofra.

– Nie można wynosić jedzenia do pokoju – wyjaśnił, wzruszając ramionami. Elise nie słyszała o czymś takim nigdy wcześniej, lecz mniejsza z tym. Była pewna, że Tom nie kłamie.

– Dlaczego nie wspomniałeś o tych dziwnych pytaniach w formularzu aplikacyjnym? – spytała go, gdy pakowali swoje manatki i sprzątali śmieci.

– Co?

– W formularzu – powtórzyła. – Tom wyglądał na zdezorientowanego i chciał już ruszyć w dalszą drogę. – W dokumentach, które przysłali. Do pracy przy zbiorze buraków.

– Hmm – mruknął. – Nie pamiętam. Gotowa?

To z kolei mogło być kłamstwo, jednak nie zamierzała drążyć. Odpuściła sobie. To kłamstwo, o ile to było kłamstwo, było niczym w porównaniu do ściemy Elise, że jest odpowiedzialną dorosłą kobietą, z którą Tom jest w stanie ułożyć sobie życie. Czuła się winna. Naprawdę powinna sprawdzić saldo na koncie bankowym, otworzyć tę aplikację, która ją prześladowała, służąc jedynie za przypomnienie, że w tym miesiącu także wszystko spierdoliła, że nie powinna po raz drugi robić zakupów w Trader’s Joe i że nie potrzebowała tej zabawnej koszulki w stylu vintage. Jeśli nadal będzie wydawać forsę na bzdury, to nigdy nie wróci na studia.

Mimo to nie sprawdziła konta bankowego. Po prostu kurczowo trzymała się myśli, że nadal znajduje się na nim sto dziesięć dolarów.2

Elise zapaliła papierosa, podczas gdy Tom po raz kolejny próbował wyjechać z miejsca parkingowego. Tę zazwyczaj prostą czynność komplikowała obecność zielonej przyczepy kempingowej – obecnie złożonej w schludny prostokąt – która była przyczepiona do sedana Toma starym zaczepem holowniczym. Na parkingu nie było dość miejsca, by wycofać, a potem zawrócić, a przyczepa odmówiła współpracy przy manewrze cofania, który Tom próbował wykonać. Elise usiłowała być pomocna, kierując Toma w jedną lub drugą stronę, jednak jej wskazówki najwyraźniej poszły na marne. Nie miała ochoty siedzieć w samochodzie razem z nim i narażać się na jego rosnące poirytowanie. Z jakiegoś powodu nie przepadała za towarzystwem wkurwionych mężczyzn.

Jak na końcówkę września był to całkiem przyjemny poranek, słońce świeciło radośnie. Dojadła resztki spanakopity (200 kcal), którą znajomi spakowali im na drogę – Elise uparcie nazywała ją szpinako-bitą. Choć Tom się z tego nie śmiał, ona liczyła, że w którymś momencie uzna jej upór za zabawny, mimo iż sam żart taki nie był. Ale tak się nie stało. Ciasta już nie było, więc nie będzie miała powodu, by mówić szpinako-bita. Był jedynie parking, wrześniowe słońce oraz walący w kierownicę Tom, powtarzający te same bezsensowne ruchy. Elise skończyła papierosa, a następnie – pochylając się nad oknem – zaproponowała, żeby po prostu odczepili przyczepę, wyjechali samochodem z parkingu, po czym znów ją zaczepili. Tom nie był zachwycony jej pomysłem, jednak się zgodził, dzięki czemu w końcu udało im się ruszyć. Elise czuła nerwy Toma we własnym żołądku. Zostało im dziesięć godzin na dotarcie do Robber’s Bluff, które leżało siedem godzin drogi stąd. Ramiona Toma były uniesione i spięte, Elise wyciągnęła dłoń, żeby rozmasować to znajdujące się bliżej niej.

– Dojedziemy przed czasem – zapewniła go.

– Wiem – rzucił Tom.

Wszyscy ich przyjaciele, a zwłaszcza para, która rok wcześniej pracowała przy zbiorach i dała im znać o tej pracy, zachwalała podróż samochodem przez cały kraj, lecz jak dotąd większość autostrad wyglądała podobnie: kudzu i drzewa, i billboardy reklamujące Jezusa jako chleb powszedni (kaloryczność nieznana). Poza tym nie była to prawdziwa wycieczka samochodowa ze zwiedzaniem przydrożnych atrakcji, a na dotarcie na miejsce przeznaczyli możliwie najmniej czasu, tak by przepracować jak najwięcej godzin. Nawet liczba przystanków na siku była limitowana. Elise z chęcią prowadziła pierwsza. Jako pasażer mogła jedynie siedzieć i gapić się na monotonny krajobraz, powstrzymując się przed czytaniem na głos tekstów na każdym billboardzie. Kierowca miał przynajmniej o czym myśleć: kiedy wyprzedzić, z jaką prędkością jechać na wyjątkowo opustoszałym kawałku autostrady, nie ryzykując mandatu. Wisconsin było całkiem przyjemnym stanem, zalesionym i usianym reklamami sklepów z bronią i z antykami, sieci hotelowych oraz krówek (70 kcal). Zaskoczyła ją niemal równa liczba samodzielnie wykonanych plakatów z Romneyem oraz naklejek na zderzaki z Obamą. Figlarny wiatr szarpał wierzchołkami drzew, psychodelicznie i zmysłowo.

– Nie rozumiem fenomenu krówek. Dlaczego są tak popularne? – zastanawiała się Elise na głos. – W każdej miejscowości turystycznej sprzedaje się krówki, ale kto tak naprawdę je lubi? To tak jakby tabliczka czekolady i brownie zrobiły sobie dziecko, które wyrosło na głupsze od swoich rodziców.

Tom parsknął, lecz nie oderwał wzroku od swojej książki, okrutnie grubej cegły o Lukrecjuszu, Epikurze i nicości. Jego praca licencjacka traktowała właśnie o nicości. Elise ją przeczytała, była naprawdę dobra. Prawie nic z niej nie zrozumiała, choć sama też studiowała filozofię. Jej licencjat dotyczył obserwacji i wstydu, analizowała w nim argumenty dotyczące krótkich filmików o epidemii otyłości. Wersja papierowa jej pracy leżała w jakimś pudle w jakiejś piwnicy na kampusie SUNY. Nikt jej nigdy nie przeczyta. Tom był bardziej zaangażowany w zajęcia, na które wspólnie uczęszczali; pewnego dnia z pewnością wybierze się na studia prawnicze. Jeśli Elise, a raczej kiedy Elise wróci na studia, to z pewnością nie na ten kierunek. Studia prawnicze były zbyt drogie, choć oczywiście wiedziała, że myk polegał na tym, że zostając prawnikiem, można było bez problemu spłacić kredyt studencki. W przeciwnym razie ludzie studiowaliby coś innego. Ponieważ Elise dorastała w ubogiej rodzinie, nie potrafiła wyobrazić sobie życia pełnego pieniędzy, co było pewnym ograniczeniem. Nie potrafiła ogarnąć, że mogłaby kiedykolwiek, nawet jako prawniczka, zarabiać więcej niż czterdzieści tysięcy rocznie, a te czterdzieści tysięcy było sumą, która spokojnie starczała, by zaliczać się do klasy średniej, gdy Elise dorastała. Kiedy była dzieckiem, jej rodzina znajdowała się tuż poniżej tego pułapu, lecz gdy Elise kończyła szkołę średnią, jej rodzicom udało się go osiągnąć. Obecnie nie za bardzo wiedziała, jak się zaklasyfikować, była zawieszona między siatką bezpieczeństwa domu rodzinnego na przedmieściach a trapezem rynku pracy tuż po recesji. Zwykle po prostu uważała się za głupią.

– Krówki z masłem orzechowym są jeszcze gorsze – rzuciła, ściszając muzykę, żeby móc pogadać. To była jakaś piosenka McVie z albumu Rumours i można ją było zignorować.

Ambicje Elise dotyczące studiów magisterskich były znacznie skromniejsze niż Toma, większość z nich tak właściwie nie dotyczyła studiowania. Może na przykład zostanie asystentką w kancelarii albo techniczką weterynarii, do czego nie potrzebowała licencjatu. Czasami fantazjowała, że zostaje magistrem teatrologii, choć to wydawało się jeszcze większą fanaberią dla bogaczy niż prawo. Zdarzało jej się myśleć o powrocie na studia z psychoterapii, w swych najdzikszych marzeniach była pedagogiem szkolnym – rodem z telewizyjnego dramatu – który napełnia otuchą serca swych uczniów. Elise fantazjowała o byciu takim dorosłym, jakiego sama potrzebowała, gdy była nastolatką, co wydawało się lekko żałosne i ocierało niebezpiecznie o koncept „wewnętrznego dziecka”. W rzeczywistości Elise nie można było powierzyć niczyjego serca, nawet jej własnego.

– Poza tym krówki można zrobić w domu. To prostsze niż upieczenie ciasta, więc po cholerę kupować je na wakacjach?

Elise sporo mówiła o powrocie na studia, jednak obecnie najbardziej potrzebowała pracy z ubezpieczeniem zdrowotnym, żeby znów mogła zacząć brać antydepresanty. Chciała zwykłej roboty za biurkiem. Pracy, w której przez cały dzień usuwałaby wiadomości i nikt by się nie czepiał, że marnuje czas – w przeciwieństwie do jej dotychczasowych szefów, którzy czepiali się, jeśli nie wykorzystywała każdej minuty na robienie czegoś pożytecznego, nawet jeśli nie było co robić. Ileż to razy przecierała ladę, która lśniła czystością, ponieważ nie mogła dać się przyłapać na bezczynnym staniu?

– Jedynie na wakacjach, tylko wtedy myśli się o krówkach. Kiedy macie z rodziną godzinę wolnego, a ty już zaliczyłeś jedyny sklep, do którego chciałeś się wybrać, więc zostało ci mnóstwo wolnego czasu i właśnie wtedy myślisz sobie: „No dobra, niech będą krówki”.

Na razie Elise wystarczało wyobrażanie sobie, że po zbiorach wraca do Brooklynu, opływając w forsę od Salt of the Earth Sugar dzięki dwunastu dolarom za godzinę, stawce półtorakrotnej w soboty, stawce podwójnej w niedzielę, osiemdziesięciu czterem godzinom tygodniowo oferowanym pracownikom tymczasowym. Jej praca w warzywniaku była w porządku, a „w porządku” to i tak lepiej niż to, o co zwykle miała odwagę prosić. Był to zapewne objaw jej depresji. Sporo osób studiowało i pracowało na pełen etat, jej własna matka tak robiła, co prowadziło do wielu irytujących i jałowych rozmów o czymś, co w ich oczach graniczyło z lenistwem, choć nie mówili tego wprost. Jednak Elise już i tak była przez cały czas zmęczona. Nie chciała tak żyć, po prostu, kurwa, nie chciała tak żyć.

Znów pogłośniła dźwięk, lecz płyta już się prawie skończyła. Martwiła się, że zaczyna zachowywać się irytująco. Tom bawił się jej telefonem połączonym z odtwarzaczem kablem zwisającym niczym pępowina. Może zaraz włączy jeden z tych punkowych albumów, co będzie znakiem, że nie ma ochoty z nią rozmawiać. Tom nie zamierzał jeszcze wracać na studia, bo pomiędzy próbami swojego zespołu cieszył się życiem z Elise. Elise musiała bardzo się starać, żeby nie żywić do niego urazy: za kredyt studencki, którego nie musiał brać, za pieniądze, które czekały na niego, aż zadecyduje, że jest gotów studiować prawo, za to, że naprawdę mógłby zostać obrońcą z urzędu lub pozywać korporacje w imieniu traszek lub czegokolwiek innego, czym się tam zajmują prawnicy od ochrony środowiska. Nie pozwalała sobie na fantazjowanie o tym, o ile łatwiejsze byłoby ich życie, gdyby Tom wyjął część pieniędzy z funduszu powierniczego. Wszystkie rachunki, z wyjątkiem zakupów spożywczych, dzielili po połowie, jedzenie kupowali osobno, ponieważ Elise nie jadła mięsa, a Tom nie pił mleka sojowego. Pracowali tyle samo godzin za podobną stawkę. Skoro Tom nie chciał tykać rodzinnej fortuny, jak mogłaby go do tego namawiać? I w jakim celu? Żeby nie musieć harować jak wół, by zarobić na czynsz – jak każda inna znana jej dwudziestokilkulatka? Elise nie zasługiwała, by mieć lepiej od rówieśników jedynie ze względu na to, z kim się spotykała. Tom czuł niepewność i wstyd z powodu swojego uprzywilejowania, Elise czuła niepewność i wstyd z powodu swojej finansowej beztroski. A ich związek funkcjonował znacznie lepiej, kiedy zatrzymywali swoje finansowe bolączki dla siebie. Może gdyby Tom zaakceptował swoje bogactwo, zrezygnowałby z Elise. Byłoby go stać na kogoś lepszego.

Jedyna rozmowa, która w pewnym sensie zahaczała o ten dysonans, miała miejsce, gdy Elise wspomniała, że mogłaby zostać techniczką weterynarii. Tom wybuchnął śmiechem, niedowierzając jej.

– Co? Dlaczego po prostu nie zostaniesz weterynarzem? – spytał.

A Elise odpowiedziała szczerze, co do niej niepodobne.

– Z powodu pieniędzy – odparła, nie patrząc mu w oczy.

Tom zawahał się, a potem spochmurniał i odwrócił wzrok. Elise pomyślała, że to wtedy prawie zdradził się ze swoimi obawami, że koniec końców on będzie bogaty, czy to przez spadek, czy przez coś innego, podczas gdy ona nigdy taka nie będzie. Nigdy go nie dogoni. I to zawsze będzie ich dzielić. Jednak teraz, z ryżem i fasolą w szafkach, tanią mieloną wołowiną w zamrażarce i piwem Miller w lodówce, z naszywkami Anti-Flag i zinami na półkach, z setlistą Bad Brains przypiętą pinezką do ściany, nie potrafił przyznać, że to mogłoby być problemem. Od tego momentu wykazywał przesadny entuzjazm, kiedy tylko wspominała o zdobyciu zawodu.

Lecz teraz, zamiast Earth Crisis, Discharge lub pirackiej składanki Drug Church z jakiegoś koncertu w piwnicy, Tom włączył nostalgiczny indie-pop z połowy lat dwutysięcznych: Passion Pit, MGMT i Fleet Foxes. Z pewnością nie puściłby takiej muzyki, gdyby był sam.

Elise wzruszyła ramionami i zaczęła śpiewać, a Tom bębnił palcami o schowek, dołączając do niej, gdy w piosence wybrzmiewał tenor. Przekroczyli granicę stanu, wjeżdżając do Minnesoty, i oboje krzyknęli „Minnesota”, naśladując akcent z filmu Fargo. Tom często zdawał się Elise lepszym partnerem niż taki, na jakiego mogła sobie pozwolić, a jego uczucia długiem, którego nigdy nie będzie w stanie spłacić.3

Piętnaście mil przed miastem zaatakował ich zapach ziemi i chemikaliów zmieszany w coś złowieszczo roślinnego, a przy tym drastycznie nieorganicznego. Za ogrodzeniem z drutu kolczastego rozpościerały się zabudowania przetwórni, a z jej masywnych kominów wzbijały się kolumny gęstego dymu.

Robber’s Bluff liczyło sobie niecałe osiem tysięcy mieszkańców. Elise miała ochotę określić centrum miasta jako ponure, jednak nie była pewna, czy byłoby to sprawiedliwe – Robber’s Bluff nie powstało z myślą o turystyce, nie było tu ani brukowanych uliczek, ani majestatycznego gmachu sądu dumnie górującego nad centrum, ani ławeczek skrytych w cieniu żółknących liści drzew. Lecz miasto nie było również zaniedbane, a jedynie niewielkie. Znajdował się tu sklep z antykami, butik z odzieżą damską, sklep z pocztówkami, agencja pracy, siedziba Legionu Amerykańskiego oraz zajmujący całą przecznicę bar o nazwie Shooters. Sporo lokali świeciło pustkami, ale żadna z witryn nie miała rozbitej szyby. Przy stacji paliw Sunoco skręcili w lewo z głównej ulicy na Central Park Boulevard, której nazwa pochodziła od parku miejskiego, do którego zmierzali. Salt of the Earth Sugar, czyli ich przyszły pracodawca, wyłożył pieniądze na stworzenie tam pola kempingowego, co świadczyło o tym, że miasto i korporacja żyły ze sobą w symbiozie. Kościół znajdujący się niedaleko pola zapewniał przyjezdnym pracownikom darmowe posiłki, chociaż Salt of the Earth Sugar za to nie płaciło. Płacił Jezus lub ktoś taki. Zabrali ze sobą trochę jedzenia z domu: puszki z tuńczykiem dla Toma, pop-tarts dla Elise, ramen i makarony Knorra oraz kuchenkę turystyczną do ich przyrządzenia. Nie mieli jednak aż tyle, by przeżyć na tym całe zbiory.

Pole kempingowe w kształcie misy wtulało się w dwa pobliskie wzgórza i do samego wjazdu pozostawało poza zasięgiem wzroku, niczym topograficzny sekret. Jakby hrabstwo się go wstydziło i mówiło: „Nie zwracajcie uwagi na to, co robimy, by przetrwać. Nie zwracajcie uwagi na tych, których musimy tu gościć”. Podobnych miast było na pęczki: niezadowolone pomruki, że hiszpański staje się nieoficjalnym językiem państwowym, Fox News lecące w salonach fryzjerskich Supercuts i donoszące, że dzieci przy granicy mogą roznosić choroby. Czy Elise była snobką? Czy był to objaw snobizmu charakterystycznego dla elit z wybrzeża? Gdziekolwiek ­Elise się znalazła, ludzie zawsze obdarzali ją kredytem zaufania, ponieważ była białą dziewczyną z białym chłopakiem. A ona nie musiała odwzajemniać się im tym samym. Lecz dlaczego w ogóle założyła, że przy zbiorach buraków będą pracować imigranci? Czy była równie zła jak wyimaginowani rasiści w jej głowie?

Gdy Tom zwolnił i wjechał na teren kempingu, asfalt przeszedł w luźny żwir, a potem ziemię. Przy każdym stanowisku było miejsce na ognisko, stał stolik turystyczny i rosło na wpół nagie drzewo, którego zabłocone jesienne liście zaścielały ziemię dookoła. Wjechali na jedno z miejsc, a Tom wyłączył silnik. Elise nawet w żartach nie była skłonna nazwać tego domem.

Prawie wszystkie miejsca były już zajęte: poprzerabiane dostawczaki, kampery, nieduże przyczepy. W zasięgu wzroku widać było zaledwie kilka osób – jakiś gość majstrował przy rozwijanej markizie nad wejściem do Airstreama, przy jednym ze stolików turystycznych trzy osoby jadły nachosy z salsą. Przed furgonetką na stanowisku za nimi siedziała dwójka crust punków, obydwoje mieli dredy, a jedno z nich brodę, oraz zniszczone czarne bluzy, kolczyki w nosach, podwójne kolczyki w wargach, brudne chusty, naszywki, kolejne naszywki i jeszcze więcej naszywek, wszystkie czarno-białe. Siedzieli na składanych krzesełkach, między nimi stał trzydziestopak piwa, a u ich stóp leżały dwa psy. Wszyscy tu byli biali, przez co poczuła jeszcze większy wstyd, ponieważ koniec końców pomyliła się co do ludzi, którzy tu pracowali. Rzeczywiście była aż tak uprzedzona.

Żołądek Elise dał o sobie znać, nie były to mdłości, ale też nie upragniona pustka, którą wolałaby odczuwać. Nie przepadała za poznawaniem nowych osób i była przekonana, że nieznajomi to ludzie, którzy jeszcze nie odkryli, że jej nie lubią. Nie mogła uwierzyć, że za kilka godzin ruszą do pracy. Do prawdziwej, uczciwej pracy. Byli tu. I właśnie to robili. Tom wyszedł już z samochodu, przeciągnął się, a gdy zaczął majstrować przy haku holowniczym, sedan lekko się zakołysał. Rzucił Elise wymowne spojrzenie przez tylną szybę, ponaglając ją, by do niego dołączyła. Było zimno i wietrznie.

Rozstawianie przyczepy kempingowej przypominało rozkładanie wersalki – odpowiednie złożenie metalowych prętów i drewnianych platform na kółkach, a następnie nałożenie na to wszystko brezentu, który należało dopasować do całej konstrukcji. Drzwi miały zamek błyskawiczny, który był zepsuty, lecz tylko odrobinę, na samym dole, przez co nie zapinał się do końca, pozostawiając trójkątną szparę. Zauważyli to po tym, jak już zapłacili za przyczepę, ale uznali, że spróbują naprawić tę usterkę po dotarciu na miejsce. No cóż, w końcu dotarli. Czas, by się tym zająć.

Jeszcze nie teraz. Wkrótce, lecz jeszcze nie teraz.

W środku znajdowały się dwa jednoosobowe łóżka – cienkie winylowe maty lekko zalatujące stęchlizną, leżące na drewnianych podwyższeniach po obu stronach przyczepy, które służyły jednocześnie za schowek. Elise naciągnęła przyduże prześcieradło na jeden z materacy, a następnie ułożyła poduszki i rozłożyła śpiwory. Dzięki temu posłanie wydawało się nieco mniej przygnębiające. Wyciągnęła rzeczy z plecaka i złożyła ubrania w stosikach na drugim materacu. Tom podłączył grzejnik elektryczny do gniazdka na ich stanowisku, przeciągając go pod brezentem. Zardzewiałe pudło grzechotało i buczało, wyrzucając z siebie gorące, zatęchłe powietrze. Elise wyłączyła grzejnik, czując, że od suchego powietrza zaczynają jej pękać usta.

– Nie ma to jak w domu – rzucił Tom, gdy skończyli się urządzać, a on położył się na łóżku, zasłaniając oczy zgiętym łokciem. To był żart, którego Elise starała się uniknąć.

Opadła na materac obok niego. Bliskość Toma była dla niej pocieszeniem, nawet jeśli w tej chwili nie przepełniała jej miłość, którą, czego była pewna, do niego żywiła. To uczucie nie zniknęło, przyjdzie taki moment, gdy znów je poczuje, gdy wypełni ją jak z trudem osiągnięty orgazm, tak miażdżąco przyjemny, że niemal bolesny. Tom czasami po prostu nie był tak do końca przystojnym, zabawnym i inteligentnym Tomem, którego kochała za bycie sobą, lecz bardziej ciałem, które przynosiło jej ukojenie, ponieważ wybrało sobie jej ciało za towarzysza i nie zanosiło się na to, by w niedługim czasie miało się to zmienić. Elise zastanawiała się, czy to jej kolejna wada. Czy wszyscy inni ciągle chodzili zakochani po uszy w swoich partnerach? Zasnęła, starając się przywołać tę miłość jak jakiegoś psa, nawołując ją do domu, aby w końcu mogła przestać się zastanawiać, co, do cholery, z nią nie tak.

Gdy się obudziła, była sama.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij