Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Better Than Him - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 sierpnia 2026
50,90
5090 pkt
punktów Virtualo

Better Than Him - ebook

Zamieszka pod jednym dachem z dziewczyną, która kiedyś złamała mu serce.

Levi Grant i Sally Miller byli nierozłączni od pierwszego dnia szkoły, gdy chłopak jako jedyny stanął w jej obronie. Szybko stali się najlepszymi przyjaciółmi, powiernikami sekretów, a z czasem kimś znacznie więcej.

Razem dorastali i poznawali świat do czasu, aż wszystko się rozpadło. Sally zrobiła Leviemu coś niewybaczalnego, a on z dnia na dzień zniknął z jej życia.

Teraz chłopak wraca do Birmingham i planuje na kilka miesięcy zatrzymać się w rodzinnym domu dawnej przyjaciółki. Kiedy ponownie się spotykają, jest jasne, że dawne urazy nie poszły w zapomnienie.

Jednak Levi widuje dawną przyjaciółkę każdego dnia, w dodatku w towarzystwie  jej chłopaka. Wkrótce odkrywa, że nowej miłości Sally daleko do ideału, za którego dziewczyna go uważa. Czy żeby ją chronić spróbuje jej przypomnieć, kim byli dla siebie?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-929-0
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE

Better Than Him to słodko-gorzka opowieść o przyjaciołach z dzieciństwa, którzy odnajdują się po długiej rozłące i odkrywają, że upływ czasu nie zdołał zdusić uczuć zrodzonych lata wcześniej. Choć chciałabym, żeby ta historia stała się dla Was komfortowa, a podczas lektury, żebyście czuli się zaopiekowani i zrozumiani, pamiętajcie proszę, że pojawiają się w niej także trudne tematy.

Przede wszystkim Sally tkwi w toksycznym związku (nie dotyczy to relacji z głównym bohaterem). Niektóre jej zachowania i decyzje mogą wydać się Wam niejasne. Na pewno trudno zrozumieć, dlaczego ktokolwiek tak długo godzi się na złe traktowanie i nie ma odwagi odejść. Miejcie więc na uwadze, że w relacji z jej chłopakiem (Dennisem) dominują: manipulacja, toksyczna zazdrość, chęć kontroli i przywiązanie połączone z silnym przekonaniem, że nikt inny nie zdoła jej pokochać. Sally Miller to bohaterka o przerażająco niskim poczuciu własnej wartości, więc nie traktujcie jej słów i podejmowanych decyzji jako wyznacznik czy wzór do naśladowania.

W książce pojawiają się również wątki dotyczące uzależnienia od alkoholu, nieobecnego emocjonalnie rodzica, przemocy fizycznej oraz wzmianki na temat przemocy na tle seksualnym.PLAYLISTA

Taylor Swift – Cardigan

The Neighbourhood – OMG

Dominic Fike – Babydoll

Taylor Swift – „Slut!”

Lorde – Ribs

Hannah Montana – Wherever I Go

Billie Eilish – THE GREATEST

Arctic Monkeys – Snap Out Of It

Genevieve Strokes – Habits

Olivia Rodrigo – stranger

Taylor Swift – Lover

Sydney Rose – We Hug Now

The Neighbourhood – Wiped Out!

sombr – i don’t know you anymore

Taylor Swift – My Boy Only Breaks His Favorite Toys

Paramore – The Only Exception

Billie Eilish – SKINNY

Lorde – David

Taylor Swift – right where you left me

Hannah Montana – I’ll Always Remember You

Ashe – Moral of the Story

The Neighbourhood – Daisy Chain

Taylor Swift – Daylight

sombr – back to friends

Taylor Swift – This Love

The Neighbourhood – You Get Me So High

SIENNA SPIRO – Die On This Hill

Taylor Swift – Wildest Dreams

The Neighbourhood – Sweater Weather

Olivia Rodrigo – 1 step forward, 3 steps back

Taylor Swift – Mary’s Song

Chase Atlantic – Friends

Olivia Rodrigo – All I Want

Shawn Mendes – Treat You Better

Miley Cyrus – The Climb

GROUPLOVE – Tongue Tied

Taylor Swift, Ed Sheeran – Everything Has Changed

Hozier – Do I Wanna Know? – Live At the BBC

Hannah Montana – He Could Be the One

The Neighbourhood – Prey

Hannah Montana – You’ll Always Find Your Way Back Home

sombr – undressed

Taylor Swift – Crazier

Harry Styles – Fine Line

PROLOG

Sally

Dawniej

Mając zaledwie sześć lat, oddałam swoje serce Leviemu Grantowi.

Tak, wiem, co sobie teraz myślicie – to brzmi dość banalnie i, niestety, naiwnie. Ale ja naprawdę pokochałam go od pierwszego wejrzenia.

Prędzej czy później prawie każda dziewczynka ulega tej napompowanej przez korporacje bańce idealizującej miłość, a potem poznaje chłopaka, którego bez wahania umieszcza w tych wszystkich kolorowych fantazjach.

Czy to prawdziwa miłość? Pewnie nie. Zauroczenie połączone z silnym przekonaniem, że oto odnalazło się swoją drugą połówkę i że teraz przyjdzie żyć z nią szczęśliwie aż po kres czasu? Jak najbardziej.

Ale, uwierzcie mi, w Levim nie dało się zwyczajnie zauroczyć. Ten chłopak nie pozwalał na płynne przechodzenie od lekkiego onieśmielenia, przez zadurzenie, aż do głębokiej, szarpiącej za serce miłości. Z nim wszystko stawało się takie… gwałtowne.

W tamtym czasie miałam niemałego bzika na punkcie bajek Disneya (no dobra, do tej pory nie wyleczyłam się z tej obsesji, ale to nieważne), więc pewnie rozumiecie, dlaczego miłość wydawała mi się wówczas najlepszym, co może spotkać człowieka. Uwielbiałam historie o perfekcyjnych księżniczkach odnajdujących swoich równie perfekcyjnych książąt.

I choć nie przypominałam tych nierealnie pięknych postaci z bajek – byłam niezdarna, głośna, a włosy wiecznie mi się puszyły – to często wyobrażałam sobie, że jestem jedną z nich.

I wtedy poznałam Leviego.

Ale zacznijmy od początku.

Dziś jest mój pierwszy dzień w szkole podstawowej i z tego powodu od rana rozpiera mnie ekscytacja. Z natury jestem bardzo otwartym, głodnym nowych doświadczeń dzieciakiem. Nie boję się wyzwań. Potrafię szybko nawiązywać kontakt z rówieśnikami, uwielbiam dodatkowe aktywności i zawsze mam coś do powiedzenia. Wcześniej uczęszczałam do nieobowiązkowej szkoły przejściowej, bo tak bardzo pragnęłam, by coś się działo. Im więcej mam do zrobienia w ciągu dnia, tym szczęśliwsza się czuję.

Mama odprowadza mnie aż do wejścia placówki, ściska i życzy mi powodzenia, a gdy tylko odchodzi w stronę parkingu, ja gnam w tłum. Jasnoróżowy tornister podskakuje na moich plecach z każdym energicznym krokiem, a końcówki włosów zaplecionych w dwa warkocze wpadają mi do ust. Budynek jest niewielki, mieści raptem pięć czy sześć sal lekcyjnych, szatnię, toalety, małą stołówkę i wyodrębnioną halę sportową. Zewsząd otaczają mnie żółte jak słoneczniki ściany, a po korytarzach niesie się przykry zapach starych ścierek. Nawet ta woń nie działa odstraszająco.

Pierwsza lekcja okazuje się zajęciami typowo zapoznawczymi. Wchodzimy do pomieszczenia, a potem cała grupa zajmuje miejsca w kółku na zielonym dywanie. Usadawiam się między dwoma dziewczynkami i z nadzieją spoglądam na twarze rówieśników. Szybko dokonuję selekcji na tych podekscytowanych, jak ja, i zobojętniałych lub zbyt nieśmiałych, by się odezwać.

Naprzeciwko mnie siedzi ciemnowłosy chłopiec i z jakiegoś powodu od razu kradnie całą moją uwagę. Bawi się nitkami wystającymi z jego niebieskich spodni dresowych. Nie uśmiecha się ani nie krzywi, pozostaje zwyczajnie spokojny, choć wokół niego inne dzieciaki głośno rozmawiają.

Nauczycielka przedstawia się nam i przytacza zasady panujące w szkole, a potem prosi, by każdy z nas opowiedział coś o sobie. Sama nie mam z tym najmniejszego problemu, ale to zadanie wyraźnie peszy niektórych uczniów. Ich odpowiedzi padają cicho i szybko, jakby chcieli mieć to już za sobą. Zanim kolejka dociera do mnie, prawie zaczynam podskakiwać z niecierpliwości.

Tego dnia pojmuję, że moja radosna natura to wcale nie przepustka do tego, by każdy mnie lubił. Dzieciaki – ku mojemu zdziwieniu – okazują się poirytowane takim zachowaniem. Okej, przyznaję, zamiast powiedzieć jakąś krótką formułkę jak inni, zaczęłam opowiadać o dosłownie wszystkim, co lubię, pokazałam im nawet swoją ulubioną maskotkę – różowego misia – a także streściłam fabułę oglądanej poprzedniego wieczoru bajki. Mówiłam i mówiłam, aż z nerwowym śmiechem przerwała mi nauczycielka.

Teraz dzieci dziwnie na mnie patrzą, ale się nie odzywają. Nie rzucają ani jednym komentarzem. Dopiero na pierwszej przerwie międzylekcyjnej odczuwam skutki swojej zbytniej otwartości.

Jeden z chłopców – przedstawił się jako Bob i zaliczał się do nowo powstałej w mojej głowie kategorii trzeciej (palantów) – głośno szydzi z mojego misia, warkoczyków, różowego plecaka, kolorowej bransoletki i brokatowych bucików. Dokucza mi w ten sposób przez cały dzień, aż przed ostatnimi zajęciami wyrywa mi z rąk ulubioną maskotkę.

Moje emocje często balansują między skrajnościami. Gdy się z czegoś cieszę, radość wręcz mnie rozpiera, ale gdy przydarza mi się coś przykrego, szybko wpadam w szał. A widok tego małoletniego dupka, próbującego zniszczyć moją zabawkę, naprawdę mocno mnie wkurza. Ze złości natychmiast robi mi się nieznośnie gorąco.

– Hej, oddawaj to! – krzyczę, ruszając hardo w jego stronę.

– Bo co? – odparowuje, rzucając mi zarozumiały uśmieszek.

O nie, nie zamierzam pozwalać na takie traktowanie, a już na pewno nie komuś z tak beznadziejnym imieniem i fryzurą.

Podchodzę do chłopaka i próbuję wyszarpać z jego rąk pluszaka, ale wtedy unosi go nad głowę tak wysoko, że nie mogę dosięgnąć. Zaczynam więc podskakiwać, ale to sprawia, że chłopak tylko głośniej się śmieje. Otacza nas grupka uczniów, ale żadne z dzieci nie reaguje, nie staje w mojej obronie. Koledzy Boba wręcz mu kibicują.

Gotuje się we mnie. Czuję, że skórę pod ubraniami rosi mi pot. Po kilku nieudanych próbach wreszcie staję z zaciśniętymi pięściami i po prostu wpatruję się w twarz tego gnojka z całym tym ogarniającym mnie gniewem.

– No co? Popłaczesz się, bo zabrałem ci misia? – drwi.

Wygląda na bardzo zadowolonego z siebie.

Chciałabym zaprzeczyć, ale łzy wściekłości już wezbrały mi pod powiekami. Bardzo tego w sobie nie lubię. Potrafię ryczeć z byle powodu, a potem przez resztę dnia mam podpuchnięte oczy i boli mnie głowa.

Nie tak wyobrażałam sobie pierwszy dzień w szkole.

– Ooo, spójrz tylko. Chciałabyś, żebym ci go oddał? – Dalej podpuszcza.

Nie myśląc zbyt wiele, unoszę nogę i z całej siły przygniatam stopą jego but. Nie waham się, działam instynktownie.

Bob syczy i się cofa, ale nadal trzyma maskotkę w górze.

– Wariatka! – wrzeszczy.

Złość całkowicie mnie zaślepia. Znów ruszam na chłopaka, gotowa uderzyć go w twarz, popchnąć lub zrobić cokolwiek, by mu dopiec, ale on okazuje się szybszy. Odpycha mnie od siebie tak mocno, że lecę na co najmniej metr do tyłu i z całej siły uderzam pośladkami o podłogę. W jednej chwili piorunujący ból rozlewa się po mojej kości ogonowej.

Wybucham płaczem. Gorące jak lawa łzy leją się po moich policzkach i lądują na drżących ustach, a cała ta śmiałość i radość całkiem wyparowują. Czuję się upokorzona i bezradna, a to zdecydowanie nowość. Jeszcze nigdy nie miałam styczności z kimś zachowującym się tak okropnie.

– Bidulka – prycha.

Nie mogę dłużej siedzieć na podłodze i pozwalać, by te wszystkie dzieciaki patrzyły na mój płacz. Szybko zrywam się do pionu i biegnę wzdłuż pustego korytarza, aż docieram do schowka na miotły i tam się ukrywam. Nie zapalam światła, po prostu siadam pod ścianą, przyciągam kolana do klatki piersiowej i pozwalam łzom płynąć.

Dlaczego mi to zrobił?, zastanawiam się. Dotąd zawsze wszyscy mnie lubili.

W tym malutkim pomieszczeniu panuje duchota, a w powietrzu unosi się kurz, przez co zaczynam kaszleć. Sama nie wiem, ile czasu tu spędzam. Każda sekunda wydaje się godziną. Nie mogę dojść do siebie i brakuje mi odwagi, by wyjść na zewnątrz. Boję się, że Bob znów sprawi mi przykrość.

Po jakimś czasie drzwi do schowka się uchylają. Mam niemal stuprocentową pewność, że znalazła mnie jedna z nauczycielek lub pani sprzątająca, ale gdy zapala się światło, dostrzegam przed sobą sylwetkę chłopca.

Levi Grant. Już na początku tego dnia skradł moją uwagę, a teraz stoi w drzwiach z moją rozszarpaną maskotką w dłoni.

Oniemiała rozchylam usta. Jego widok tak bardzo mnie szokuje, że przestaję płakać.

– Proszę. – Podchodzi i podaje mi moją zabawkę.

Nie przyjmuję jej od niego, nie od razu. Zbyt mocno pochłaniają mnie różne fantazje. No bo wyobraźcie sobie tylko ekscytację tej sześcioletniej, zakochanej w idei miłości dziewczynki, gdy w kryzysowym momencie nagle pojawia się w jej życiu chłopczyk gotów stanąć w jej obronie.

Wcale nie musiał tego robić, a jednak jakimś cudem udało mu się odzyskać maskotkę, odnaleźć mnie i mi ją wręczyć.

Pierwszy dzień w szkole na ten moment okazuje się najgorszy i najlepszy jednocześnie.

Gapię się w ciemnoniebieskie tęczówki Leviego. Chcę coś powiedzieć, cokolwiek, ale odebrało mi mowę. Gdy moje milczenie zaczyna się niepokojąco przedłużać, nowy kolega marszczy ciemne brwi i podchodzi jeszcze bliżej, aż czubki naszych butów się ze sobą stykają. To zabawny kontrast. Ja mam na sobie brokatowe pantofelki, a on chodzi w czarnych trampkach.

– Wszystko w porządku? – pyta.

Mimowolnie kręcę głową i spuszczam wzrok na jego dłonie. Nie skupiam się na zabawce, bo moją uwagę przyciąga ślad krwi na palcach chłopca. Gwałtownie wciągam powietrze, a smutek zastępuje panika.

– Zraniłeś się! – piszczę.

– A, to – odpowiada bez emocji. – Drobny wypadek.

– Uderzyłeś Boba? – pytam napiętym głosem i znów zerkam na jego twarz.

To przyjemny widok. Jest taki… piękny.

– Nie do końca. – Wzrusza ramionami. – To nic. Nie przejmuj się.

Jak może pozostawać taki opanowany? Przecież krwawi.

– Musisz iść do pielęgniarki – stwierdzam, podnosząc się na klęczki. – I to szybko.

– Nie chcę opowiadać o tym, co się stało.

– A-ale… – Dopiero po chwili dociera do mnie, że mógłby wpaść w kłopoty z powodu bójki, nawet jeśli to Bob rozpoczął tę całą aferę. – Przepraszam. – Łzy znów zbierają się w kącikach moich oczu.

– Ej, ale nie płacz – rzuca szybko i siada po turecku naprzeciwko mnie.

– Możesz mieć przeze mnie problemy – chrypię, pociągając nosem.

– Nie, jeśli nikt się o tym nie dowie.

– Ale się zraniłeś.

– To tylko zadrapanie. – Na dowód rozchyla palce i pokazuje ranę. Rzeczywiście wydaje się niegroźna.

– Nie boli cię? – dziwię się, nieśmiało spoglądając mu w oczy.

Podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy: jest taki skupiony, jakby w tej chwili nie liczyło się nic prócz mnie.

– Nie, nie boli – zapewnia.

– Ale na pewno?

– Tak.

Kiwam głową i spuszczam wzrok. Mój oddech powoli wraca do normy. Spokój bijący od chłopaka chyba zadziałał na mnie kojąco, bo przestaję panikować i zadręczać się zachowaniem Boba. Zamiast tego skupiam się na ciepłym uczuciu w piersi. Uczuciu spowodowanym tym, co zrobił dla mnie Levi.

Spod mojej powieki wydostaje się jeszcze jedna łza, a zanim mam szansę samodzielnie ją zetrzeć, czuję na skórze dotyk nowego kolegi. Kciukiem przejeżdża po mojej kości policzkowej, a potem wyciera dłoń w spodnie i posyła mi drobny uśmiech.

– Dlaczego to zrobiłeś?

Sama nie wiem, o co dokładnie pytam. Chyba o całość.

– Bo nie lubię ludzi, którzy doprowadzają innych do płaczu – odpowiada i znów wzrusza ramionami.

Sprawia wrażenie, jakby jego zachowanie zostało podyktowane naturą. Może rodzice wychowali go w ten sposób – by pomagał tym, którzy nie mogą bronić się sami. Jeśli mam rację, to naprawdę świetnie spisali się w swojej roli.

– Dziękuję.

– To nic.

Kładzie pluszaka na moich kolanach i dopiero wtedy przyglądam się zabawce. Ma wyrwane oczy i rozszarpaną jedną łapkę. Ten widok sprawia, że znów uderza we mnie fala smutku.

– Chyba nic już z niego nie będzie – przyznaję z żalem.

– Przykro mi.

Biorę głęboki wdech, by zapobiec kolejnemu wybuchowi płaczu. Odrywam myśli od Boba i pluszaka, zamiast tego znów przenoszę uwagę na swojego obrońcę. Przyglądam się jego zranionej dłoni i wpadam na pewien pomysł. Sięgam do jednej ze wstążek we włosach, rozplątuję ją, a potem proszę Leviego, by się przysunął.

– Co robisz?

– Pomagam. Staram się.

– Ubrudzisz sobie wstążkę.

– Mam ich dużo, a dzięki temu zakryjesz ranę.

Zastanawia się przez chwilę, ale wreszcie się przybliża i kładzie rękę wnętrzem do góry na moim kolanie. Wtedy bardzo dokładnie i delikatnie obwiązuję jego serdeczny palec różowym materiałem, a z pozostałych fragmentów tworzę uroczą kokardkę.

– Wiem, że to dziewczyńskie, ale…

– Dziękuję – ucina.

Od razu się rumienię. Miałam wcześniej wiele koleżanek i kolegów, ale nigdy nikt nie widział, jak płaczę, nie pocieszał mnie i nie stawał w mojej obronie. Z jakiegoś powodu ta chwila spędzona z Levim sam na sam w schowku na miotły wbija się w moją pamięć tak bardzo, że nie mam wątpliwości, że zdołam dokładnie odtworzyć ten moment nawet za kilkanaście lat. Wydaje się ważny, przełomowy. Wydaje się początkiem czegoś pięknego – przyjaźni, w której ta druga osoba lubi mnie jednocześnie za moje wady i zalety, wspiera mnie i kroczy ze mną przez wszystkie etapy dorastania.

Przez resztę dnia w szkole posyłamy sobie uśmiechy, a następnego dnia Levi przynosi mi nowego pluszaka – różowego króliczka – z przyczepioną do niego karteczką.

Według mnie jesteś bardzo fajna.

Zdaję sobie sprawę, że nie on ją napisał – pewnie pomogła mu w tym mama – ale sam gest zwala mnie z nóg i sprawia, że zakochuję się w nim jeszcze bardziej.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sally

Obecnie

Jestem wykończona.

Od rana stres wisi nade mną jak burzowa chmura, co wydaje się dziwne, bo naprawdę nie mam się czym denerwować. Świetnie idzie mi na zajęciach, a dziś zaliczyłam jeden z trudniejszych przedmiotów. W pracy też radzę sobie dobrze, coraz lepiej dogaduję się z właścicielką. Ostatnio pozwoliła mi wystawić na sprzedaż moje produkty – głównie świece i breloczki.

A jednak wciąż się czymś denerwuję. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w powietrzu wisi zapowiedź czegoś złego. Po raz kolejny sprawdzam telefon, ale w pasku powiadomień nie widnieje ani jedna wiadomość.

Paskudne przeczucie pożera mnie od środka, kąsa kawałek po kawałku, aż zamieniam się w kulkę nerwów. Mam tendencję do przejmowania się tysiącem rzeczy naraz, więc to pewnie nic dziwnego, że wariuję bez konkretnej przyczyny, ale tym razem ciążąca mi na barkach obawa wydaje się jakaś bardziej… realna. W kościach czuję, że coś się stało. Coś niedobrego.

Kilka minut po dwudziestej parkuję pod domem mamy i ojczyma. Gaszę silnik, odchylam głowę i biorę głęboki, uspokajający wdech.

Może powinnam w końcu z kimś porozmawiać o tych napadach lęku. Blair, moja najlepsza przyjaciółka, nieraz mi to sugerowała, ale ja uparcie odrzucam jej pomoc, bo… Cóż, nienawidzę na kimś polegać, wolę rozwiązywać problemy sama. Choć trudno mówić o ich rozwiązywaniu, skoro zazwyczaj po prostu omijam je szerokim łukiem i udaję, że nie istnieją.

Taaa, jestem tchórzem. Niestety.

Spoglądam przez szybę na duży jasny budynek i po chwili niechętnie opuszczam cieplutkie wnętrze auta, wychodząc na wieczorny mróz.

Przez ostatni rok zajmowałam jedno z mieszkań w kamienicy należącej do mojego ojczyma – Ryana – ale teraz budynek wymaga remontu, więc na jakiś czas zatrzymałam się w rodzinnej posiadłości. Prace budowlane mają potrwać mniej więcej do jesieni.

Przechodzę przez bramę i powolnym krokiem ruszam w stronę drzwi, a ta dławiąca obawa staje się coraz silniejsza. Pochłania mnie w całości, aż zaczynają mi drżeć dłonie. To, ten stan, przypomina mi czasy sprzed rozwodu rodziców, gdy każdy powrót do domu oznaczał loterię. Wtedy nigdy nie wiedziałam, czy zastanę tatę w złym, czy dobrym nastroju.

Ale już go tu nie ma. Zniknął z naszego życia na dobre, a mama znalazła nowego faceta. Ryan to zbiór zielonych flag. Jest wspaniały dla mnie i dla mamy.

– Mamo?! – wołam, gdy tylko przekraczam próg.

W korytarzu pali się pojedyncze, słabe światło, ale salon tonie w ciemnościach. Zdejmuję buty, szalik i płaszcz, odkładam wszystko na miejsce, a potem ruszam w głąb korytarza, gdy nagle zza rogu wyłania się mama.

– Szybko wróciłaś.

– Tak, odebrałam nadgodziny i wypuścili mnie wcześniej z pracy – wyjaśniam, uważnie przyglądając się kobiecie stojącej naprzeciwko. – Wszystko okej? – Podejrzliwie mrużę oczy.

– Tak, dlaczego pytasz?

Nie zachowuje się normalnie. W zakamarkach jej źrenic czai się napięcie, poza tym wyłamuje sobie ręce, a to zdecydowanie coś dziwnego. Zazwyczaj ma w sobie kojący, naturalny spokój i zawsze da się po niej zauważyć, gdy coś nie gra.

– Coś z Ryanem albo Mabel?

Mabel to moja przybrana siostra – córka Ryana z poprzedniego małżeństwa. Stanowimy zaprzeczenie chyba każdego możliwego stereotypu na temat rodzin patchworkowych. Traktuję tę dziewczynkę jak rodzoną siostrę.

– Nie, skąd ci to przyszło do głowy? – Mama podchodzi bliżej i kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Mabel nadal jest u koleżanki?

– Nocuje tam – potwierdza. – Wróci nad ranem.

– Dzwoniłaś do rodziców tej koleżanki? Pytałaś, czy wszystko z nią…

– Sal, kochanie – ucina i przechyla głowę z niepokojem. – Oddychaj.

– No co? To ty zachowujesz się jakoś…

– Proszę, podaj mi miskę z sałatką. – Zza ściany dobiega mnie głos Ryana.

– Mamy gości? – zagajam i od razu ruszam w stronę jadalni.

– Gościa – uściśla mama, niemal depcząc mi po piętach.

– Kto to taki?

– Sal.

– Hm?

– Sally – naciska.

– No co?

– Zatrzymaj się.

Staję i wzdycham, po czym zerkam na mamę.

Jeśli wcześniej sądziłam, że zachowuje się dziwnie, to teraz widzę, że już ani trochę nie przypomina siebie. Patrzy na mnie oczami wielkimi z niepokoju, a dłonie ściska tak mocno, że bieleją jej knykcie.

– Mamo? – dukam.

– Och, zabijesz mnie.

Parskam nerwowym śmiechem.

– Co ty wygadujesz?

– Tak mi przykro, że nie zdążyłam powiedzieć ci o tym wcześniej.

Kręci mi się w głowie. Zebrany z całego dnia stres owija się wokół moich wnętrzności jak macki jakiegoś potwora z horrorów.

– Naprawdę dziękuję. To wyszło dość niespodziewanie.

Coś w powietrzu ulega zmianie. Teraz nie wydaje się tylko ciężkie i lepkie, staje się wręcz duszące. Każdy oddech rani moje coraz mocniej zaciskające się w panice płuca.

To nie może być prawda.

– Mam omamy słuchowe, racja? – mamroczę.

– Nie żartuj sobie. Nie zdążyłam ci o tym powiedzieć, bo… Cóż, wszystko wydarzyło się w zaledwie kilka godzin i…

– Mamo? – Ledwo rozpoznaję własny głos, który nagle chrypnie i słabnie. – Kto siedzi z Ryanem w jadalni?

Spuszcza wzrok i odgarnia jasne pasma włosów z twarzy. Milczy, ale jej zachowanie mówi samo za siebie. Zresztą ja już domyśliłam się prawdy. Po prostu nie chcę dopuścić do siebie świadomości, że…

– Levi wrócił – oznajmia w końcu.

Wrócił. Przez cztery długie lata marzyłam o usłyszeniu tego słowa. Gdy odpływałam myślami, wyobrażałam sobie, że Levi Grant nagle znów pojawia się w moim życiu i z tym charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem oznajmia, że tak naprawdę nie mógłby mieszkać tak daleko. Bierze mnie w ramiona i sprawia, że zapominam, jak to jest tęsknić.

Ale to nigdy się nie wydarzyło. Do teraz.

Tyle że teraz wizja ponownego spotkania nie budzi już mrowiącej ekscytacji. Teraz przepełnia mnie strach. Nie jestem już dziewczyną, dla której ten chłopak zrobiłby wszystko. Zmieniłam się. Boże, tak bardzo się zmieniłam. Nie mam już pojęcia, jak żyć i funkcjonować w świecie naznaczonym jego obecnością.

A teraz on przebywa w moim domu rodzinnym, dzieli nas tylko jedna ściana.

– Przyjechał tylko na kilka miesięcy, ma jakieś sprawy do załatwienia w mieście – wyjaśnia mama, gdy ja ciągle mielę w głowie to jedno magiczne słowo: „wrócił”. – Zatrzyma się u nas na jakiś czas, dopóki nie znajdzie czegoś na wynajem.

To nie ma żadnego sensu. Cztery lata temu wyprowadził się z Birmingham. Studiował gdzieś daleko i z tego, co się orientuję, został mu jeszcze ponad rok nauki. Nie istniał żaden dobry powód ku temu, by zjawiał się w połowie roku akademickiego w innym mieście, zwłaszcza tutaj.

Mama coś jeszcze mówi, ale już jej nie słucham. Mózg chyba mi się zaciął.

– Chwila – wcinam się jej w zdanie. – Co… Jak to „zatrzyma się u nas”? Masz na myśli ten dom?

– Tak, Sal, właśnie to mam na myśli.

Rozdziawiam usta, a z piersi mimowolnie wydobywa mi się głuchy, przepełniony niedowierzaniem okrzyk.

– Nie mówisz poważnie.

– To naprawdę tak wielki problem?

– Czy on wie… – Gula w gardle zabarwia mój głos piskliwą nutą.

– Czy wie o czym?

– Czy wie, że ja też chwilowo tu pomieszkuję?

Mama znów spuszcza wzrok. Robi to zawsze, gdy traci odwagę, by wyznać te wszystkie niewygodne prawdy.

– Czyli nie – wnioskuję głośno. – Świetnie, mamo.

Mój umysł porywa fala wspomnień. Wieczory spędzone w ogrodzie moich rodziców, wśród drzew wiśniowych i zapachu mokrej gleby. Długie rozmowy na białej, skrzypiącej ze starości huśtawce. Zabawa w chowanego w jego wielkim domu. Pluskanie się w kałużach. Seanse serialu Hannah Montana z tacą pełną babeczek cynamonowych na naszych kolanach. Wydzieranie się do piosenek Taylor Swift do butelek po soku. Wycieczki rowerowe i nauka jazdy na wrotkach, która niejednokrotnie kończyła się zdartymi kolanami. Bitwy z użyciem pistoletów na wodę. Przystrajanie choinki na święta i obrzucanie się mąką.

Levi Grant figuruje na samym szczycie każdego mojego wspomnienia z dzieciństwa. Pozostawaliśmy nierozłączni, odkąd w pierwszy dzień szkoły stanął w mojej obronie, a następnego dnia podarował mi maskotkę królika. Mam ją do dziś. Leży ukryta na dnie szafy wraz z całą resztą śladów po naszej przyjaźni.

– Muszę wyjść.

Odcinam się, mój mózg z rozpędu wchodzi w tryb ucieczki. Pragnę wydostać się z tego domu i zniknąć.

– Sally. – Słyszę głos Ryana gdzieś za plecami.

Boże, co robić?

– Tak myślałem, że słyszałem twój głos. Wcześnie wróciłaś.

Nadal stojąc tyłem do rodziców, zaczynam się po prostu śmiać. Pieczenie w klatce piersiowej staje się tak silne, a myśli w głowie tak głośne, że nie działam racjonalnie. Rzeczywistość wciska mnie w podłogę i tylko ostatkiem sił trzymam się jeszcze na nogach.

– Co z nią?

– Wieść o powrocie Leviego trochę ją zestresowała.

– Sal, skarbie? – zagaja ostrożnie ojczym.

– Muszę stąd wyjść.

– Proszę, poro…

– Sally.

Czas zwalnia, w sumie chyba nawet całkiem się zatrzymuje. Wszystko staje w kompletnym bezruchu, gdy nagle czuję za sobą obecność Leviego.

Żaden inny głos na świecie nie wywiera na mnie takiego wpływu.

Gdy obracam głowę i zerkam na niego przez ramię, kolana mi miękną.

Zaledwie kilka metrów dalej stoi człowiek, którego ja wciąż kocham, a który zapewne nienawidzi mnie całym swoim pięknym sercem. Ujrzenie go po takim czasie jest jak włożenie głowy do wehikułu i dokładne przyglądanie się wszystkim związanym z chłopakiem wspomnieniom.

Chyba dla własnego dobra wolałam się przekonywać, że nie zobaczymy się już nigdy. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że zniosę jego chłodne i wyzute z uczuć spojrzenie, skoro tak bardzo przyzwyczaiłam się już do tego ciepłego i pełnego miłości.

Ale teraz on jest tutaj, a mnie serce opada do żołądka.

– Jakiś problem? – pyta, ze skupieniem sunąc wzrokiem po całej naszej trójce.

– Absolutnie nie – rzuca od razu mama. Ciągle zerka na mnie ukradkiem. – Po prostu nie zdążyłam uprzedzić Sal, że…

– Nic mi nie jest – wtrącam, biorąc się w garść.

Odchrząkuję i unoszę podbródek z fałszywą odwagą. Może on mnie teraz nienawidzi, może wszystko zniszczyłam i zasłużyłam sobie na jego wrogość, ale przecież nie będę ukrywać się w domu własnych rodziców. To on przyszedł do nas, nie na odwrót.

Taaa, cóż, łatwo powiedzieć.

W chwili gdy nasze spojrzenia się spotykają, przechodzi mnie mocny dreszcz. Ledwie widzę jego twarz. Chłopak kryje się w panującym na korytarzu półmroku, a jednak od razu dostrzegam, jak bardzo się zmienił. Już jako nastolatek uprawiał dużo sportów i nie mógł narzekać na sylwetkę, ale teraz zwyczajnie zmężniał. Jego barki stały się szersze, a umięśnione ramiona wypełniają materiał czarnego swetra. A ta mocno zarysowana żuchwa? To też nowość.

Najwięcej zmieniło się za to w jego oczach.

Stały się chłodne.

Puste.

Niemal pozbawione wyrazu.

I zdecydowanie patrzy na mnie z dystansem.

Okej, serce, spokojnie. Nie przestawaj bić. Po prostu pracuj dalej, jakby nic się nie wydarzyło.

– Możemy wrócić do stołu? – sugeruje Levi, a ja przymykam powieki, gdy z całą mocą tego świata wdziera się we mnie głębokie brzmienie jego głosu.

– Tak. Możemy, Sal, prawda? – Mama znów podchodzi i gładzi moje ramię. – Kochanie? – szepcze.

Patrzę jej w oczy, a widok lśniącego w nich poczucia winy sprawia, że od razu cała złość ze mnie wyparowuje. Nigdy nie potrafiłam wściekać się na nią zbyt długo, poza tym na pewno powiedziałaby mi o wizycie Leviego wcześniej, jeśli tylko miałaby okazję. Może naprawdę nie zdążyła, a ja zachowuję się teraz wobec niej niesprawiedliwie. Powinnyśmy się wspierać, nauczyłam się tego już wiele lat temu. Była najcenniejszą osobą w moim życiu. Bez niej nie przetrwałabym czterech minionych lat.

– Tak. – Posyłam jej uspokajający uśmiech. – Możemy.

Zapowiada się naprawdę długi wieczór. I długie kolejne miesiące, jeśli ten chłopak naprawdę zamierza się u nas zatrzymać.

Mam tylko nadzieję, że jakimś cudem to przetrwam.ROZDZIAŁ DRUGI

Sally

Obecnie

Przy stole panuje grobowa cisza. Żadne z nas nie odezwało się słowem, odkąd przenieśliśmy się z korytarza do jadalni. Pobrzękiwanie sztućców i podzwanianie przesuwających się po moim nadgarstku bransoletek to jedyne dźwięki wypełniające przestrzeń. Jedzenie ledwo przechodzi mi przez gardło, a ucisk w klatce piersiowej staje się tak mocny, że czuję fizyczny ból przy każdym głębszym wdechu.

Co za tragedia.

Choć wcześniej minęła mi złość na mamę, teraz zaczynam się zastanawiać, jak ona to sobie wyobraża. Nie zna wszystkich szczegółów dotyczących dramatycznego zakończenia przyjaźni mojej i Leviego, ale wie, że od dawna nie utrzymujemy kontaktu. Nawet takiego grzecznościowego.

A teraz mamy zamieszkać pod jednym dachem? Dzielić salon, kuchnię? Mijać się na korytarzach? I tak przez parę miesięcy? To niewykonalne. Prędzej czy później to doprowadzi do jakiejś katastrofy.

Może wyniosę się do Blair i jej brata Milesa? Tylko co z moim postanowieniem, by nie ukrywać się we własnym domu jak jakiś intruz? Chyba że to Levi poszuka innego miejsca do życia. Na pewno to zrobi, gdy tylko do niego dotrze, że ja też się tu tymczasowo zatrzymałam.

Po co w ogóle wrócił?

Boże, natłok pytań dosłownie rozsadza mi czaszkę, jakby ktoś wrzucił mi odbezpieczony granat do głowy.

– Jedzenie jest przepyszne, Diano. Zdążyłem zapomnieć, jak dobrze gotujesz – odzywa się uprzejmie chłopak.

Żołądek związuje mi się w supeł. Rzeczywiście on od zawsze lubił u nas jeść. Kochał przyrządzane przeze mnie i mamę dania. Ona była lepsza w gotowaniu, ale ja wymiatałam w pieczeniu.

– Dziękuję, skarbie. Zawsze mnie cieszyło, gdy tak chętnie pochłaniałeś wszystko z talerza. Czy w Eastbourne żywiłeś się odpowiednio?

Kocham ją za życzliwość, ale gdy tak swobodnie rozmawia przy mnie z chłopakiem, na którego ja nawet nie potrafię spojrzeć, boli mnie serce.

– Starałem się.

– Podszkoliłeś się w gotowaniu?

– Powiedzmy – parska, ale nie zdradza niczego więcej. – Ale nigdy nie dorównam pani.

Przewracam oczami i wpakowuję sobie do ust spory kęs zapiekanki, byle nie palnąć niczego głupiego. Sama nie wiem, skąd bierze się we mnie ta wściekłość. Może kryję pod nią smutek, bo mimo wszystko złość wydaje się łatwiejszą emocją do zniesienia. Przynajmniej teraz.

– Dianie nikt nie dorówna. Jest jedyna w swoim rodzaju – wtrąca Ryan, na jego ustach błąka się czuły uśmiech, a ja odrobinę się rozluźniam.

Zawsze jest dla niej taki… No, taki, jaki powinien być mąż dla żony. Kochający i wspierający.

– To prawda – potwierdza Levi.

– A co u twojej mamy?

Spinam się na wzmiankę o rodzicach chłopaka.

– Dobrze. Staje na nogi.

– Pewnie powinnam do niej zadzwonić. Dawno nie rozmawiałyśmy.

– To nic. Obie miałyście sporo spraw na głowie.

– O przyjaciół trzeba dbać – zaznacza, a ja wyłapuję w tym ukrytą sugestię.

Znów zapada niezręczna cisza. Rozmawianie przy mnie i Levim o tym, jak powinno traktować się przyjaciół, to kiepski pomysł.

Mama dopiero po jakichś pięciu minutach kontynuuje rozmowę:

– Przygotowałam dla ciebie pokój gościnny. Daj znać, jeśli jeszcze czegoś potrzebujesz.

Oczywiście, że przygotowała dla niego ten pokój, przecież nieraz nocował tam w dzieciństwie. Ten mieszczący się idealnie naprzeciwko mojej starej sypialni na piętrze. Teraz za każdym razem, gdy ją opuszczę, będę musiała liczyć się z ryzykiem, że natknę się na Leviego.

Nagle pomysł przeniesienia się do Blair i Milesa znów wydaje się rozsądny.

– W porządku. Naprawdę dziękuję.

– A właściwie dlaczego nie wynajmiesz sobie jakiegoś mieszkania w mieście? – wypalam, zanim zdążę się powstrzymać.

Ryan zamiera ze szklanką soku przy ustach, mama chowa twarz w dłoniach, a ja zerkam wprost w oczy siedzącego naprzeciwko chłopaka. Levi delikatnie marszczy brwi i uważnie mi się przygląda. Nagle czuję się naga pod jego przenikliwym spojrzeniem. Naga, obdarta z wszystkich ochronnych warstw.

Ale nie odwracam wzroku. Nie mogę.

– Staram się oszczędzać – odpowiada rzeczowo.

– Nie zamierzasz dokładać się mojej mamie do rachunków?

Dopiero gdy te słowa opuszczają moje usta, dociera do mnie, jak wielką głupotę właśnie wypaliłam. Jeśli ktoś z naszej dwójki pozostawał coś winien rodzinie drugiej osoby, to właśnie ja. Ja skrzywdziłam Grantów, dogłębnie, i to ja powinnam spłacać ich.

– Zamierzam – kwituje. Nie tłumaczy się, bo wie, że nie musi.

– Świetnie – mamroczę.

Opuszcza mnie cała odwaga, ale jeszcze przez chwilę nie odrywam wzroku od byłego przyjaciela. Jak zwykle wygląda tak… porządnie. Schludnie. Naszemu domowi daleko do pedantycznych preferencji Leviego. Panuje tu nadmierny chaos, pełno w nim niepasujących do siebie kolorów i dodatków, a na półkach leży mnóstwo ozdób, których jedynym zadaniem jest zbieranie kurzu. A jednak on wygląda tu tak, jakby to miejsce należało do niego.

Mama znów zagaduje Leviego, ale odcinam się od nich w myślach i wracam do jedzenia. Nie słucham ich. Zastanawiam się, dlaczego chłopakowi zależy na oszczędzaniu. Nie sądziłam, że mógłby mieć problem z pieniędzmi. Z plotek przekazywanych mi przez Blair i Milesa wiem, że pracuje zdalnie, wykonując strony internetowe dla firm, a to raczej dość dochodowe zajęcie. Może coś pochłania jego zarobki? Tylko co to takiego?

Jeny, nie powinnam się tym zadręczać, ale kolejne pytania bez przerwy napływają mi do głowy, a ja nie potrafię nad tym zapanować. Tak wiele rzeczy okazuje się dla mnie niejasnych, pozbawionych logiki. Jego nagły powrót, to, że postanowił u nas zamieszkać, próba oszczędzania… Kiedyś nie mieliśmy przed sobą tajemnic, a teraz nie wiem nic o jego życiu. No, prawie nic. Nic istotnego.

Pospiesznie kończę posiłek, zabieram swój pusty talerz i wstaję od stołu, a wtedy wszystkie spojrzenia wędrują w moją stronę.

– Czas na mnie – oznajmiam, patrząc wszędzie, byle nie na Leviego. – Dziękuję za kolację, mamo. Była przepyszna. – Zmuszam się do uśmiechu.

– Zostaw ten talerz. Dziś Ryan zajmuje się zmywaniem.

Odpuszczam i spełniam jej prośbę, a potem wycofuję się w stronę schodów. W połowie drogi słyszę głos Leviego:

– Też się już zbieram. Chcę się rozpakować i mam jeszcze do dokończenia jedno zlecenie.

– W porządku, skarbie. Dobrej nocy. Dawaj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebował.

Panikuję, słysząc jego nadciągające kroki. Nie chcę się na niego natknąć, więc szybko wbiegam po schodach na piętro i liczę, że uda mi się ukryć w sypialni, zanim on tu dotrze.

I prawie mi się udaje.

Prawie.

– Nie miałaś już wracać do siebie?

Zamieram z dłonią na klamce. Na korytarzu panuje całkowita ciemność, a my stoimy w niej sami.

– Tak. Właśnie to robię.

Zapada cisza. Chyba do niego dociera, co dokładnie mam na myśli – że od tej pory jesteśmy tymczasowymi współlokatorami.

Mama powinna powiedzieć mu o tym wcześniej. Może wówczas poszukałby innego miejsca. Mógł zatrzymać się nawet u Blair i Milesa. Okej, w ich mieszkaniu nie ma zbyt wiele wolnej przestrzeni, no i przez kilka miesięcy musiałby spać na niezbyt wygodnej kanapie, ale to chyba wciąż lepsze od dzielenia domu z dziewczyną, której się nienawidzi, prawda?

– Mieszkasz tu?

Nie jestem w stanie wyczytać jakichkolwiek emocji z jego bezosobowego tonu.

– To dom mojej mamy – zaznaczam, nawet na niego nie zerkając.

– Sądziłem… – Ucina. – Nieważne. – Rusza do drzwi mieszczących się idealnie naprzeciwko tych prowadzących do mojego pokoju, a ja wzdycham z ulgą.

Udaje mi się wejść do sypialni, ale zanim zamykam za sobą pokój, znów zatrzymuje mnie jego głos.

– Nie zamierzam wykorzystywać twojej rodziny. Opłacę wszystkie rachunki i pokryję inne niezbędne koszty – oznajmia.

Czuję, że wlepia spojrzenie w tył mojej głowy.

– Ale jesteś ostatnią osobą, która powinna mi wypominać coś podobnego.

Tępy ból w sercu nasila moje mdłości.

– Wiem – szepczę w odpowiedzi i zatrzaskuję za sobą drzwi, a potem przywieram do nich plecami i odchylam głowę.

Dasz radę, Sal. Musisz.

Mimo to parę sekund później czuję, że po moim policzku spływa samotna łza.

Dawniej

Tygodnie mijają, a moje zafascynowanie Levim Grantem postępuje w zastraszająco szybkim tempie.

Jest świetny. Mało mówi i nie koleguje się ze zbyt wieloma osobami, ale zawsze zachowuje się wobec wszystkich uprzejmie. Odnosi się do nauczycieli i rówieśników z szacunkiem. Nigdy się z nikogo nie naśmiewa, w przeciwieństwie do niektórych dzieciaków.

Skupia się na sobie, ale nie w egoistyczny sposób. On po prostu wyznacza cele i do nich dąży. Nie interesują go plotki ani dramy.

Niesamowicie dobrze się uczy. Wymiata z matematyki. Nudzi się na większości lekcji. Ilekroć poprosi się go o wykonanie zadania, on robi je bez wysiłku, jakby z pamięci. Wydaje się ponadprzeciętnie mądry.

Na przerwach międzylekcyjnych głównie czyta. Inne dzieciaki – w tym ja – nie radzą sobie z tym jeszcze zbyt dobrze, ale on pochłania książki jedna za drugą. Na zajęciach sportowych zawsze obejmuje funkcję kapitana. Świetnie idzie mu w piłce nożnej, koszykówce, a już zwłaszcza w siatkówce.

Odstaje od rówieśników, ale nikt nie ma odwagi z niego szydzić. Wręcz przeciwnie. Każdy go lubi, może nawet podziwia. Nauczyciele ciągle go chwalą, chłopaki chcą się z nim kumplować, a dziewczyny szepczą o nim na korytarzu.

Tamta wspólnie spędzona chwila w kantorku, moja jasnoróżowa wstążka na jego palcu i prezent w postaci maskotki królika okazały się symbolem rozpoczęcia wieloletniej przyjaźni. Od tamtej pory spędzamy ze sobą niemal każdą wolną chwilę.

Na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasujemy – ja jestem głośna, energiczna i bardzo emocjonalna, a on pozostaje cichy, spokojny i cierpliwy – ale to nie przeszkodziło nam w zbudowaniu czegoś wartościowego. Przypuszczam, że po prostu idealnie się uzupełniamy. Ja wnoszę do jego życia trochę spontaniczności i zabawy, a on daje mi spokój, bezpieczną przystań.

Każdą przerwę spędzamy razem. Najczęściej rozmawiamy o głupotach i to właśnie w ten sposób dowiaduję się o nim różnych drobiazgów. Levi okazuje się zabawny, często mnie podpuszcza i doprowadza do wybuchów głośnego śmiechu. Uwielbia ciastka owsiane przyrządzane przez moją mamę, ale gdy pewnego dnia przynoszę mu swoje popisowe babeczki cynamonowe, on od razu mianuje je nowym ulubionym deserem. Podobnie jak ja, lubi spędzać wolny czas na oglądaniu produkcji Disneya, ale – ku mojemu rozczarowaniu – zawsze pomija moje ulubione programy. Obiecuję więc sobie, że pewnego dnia zmuszę go do wspólnego obejrzenia Hannah Montany, Nie ma to jak hotel i Camp Rock. Słucha dużo Taylor Swift, ale się z tym nie obnosi – w przeciwieństwie do mnie. Ja na każdym kroku emanuję miłością do piosenek Hannah Montany.

Poza tym od tamtego pamiętnego dnia w kantorku nosi moją różową wstążkę przywiązaną do srebrnej bransoletki. Błyskotkę podarował mu dziadek, a Levi nigdy wcześniej nic do niej nie przywiązywał ani nie przyczepiał, więc to zaszczyt, że dla mnie zrobił wyjątek.

Imponuje mi, że tak dużo czyta, mnie nie idzie to zbyt dobrze, więc na przerwach czyta mi na głos. Zaszywamy się w opustoszałych zakamarkach szkoły i wtedy wsłuchuję się w głos chłopaka, leżąc z głową na jego kolanach. To zdecydowanie moje ulubione momenty każdego dnia.

Między siódmym a ósmym rokiem życia przenosimy się do junior school. Wybieramy tę samą placówkę i to właśnie tam poznajemy rodzeństwo Ivery – Blair i Milesa. Szybko załapujemy z nimi kontakt i stwarzamy czteroosobową grupkę. Blair trochę przypomina mi Leviego, jest bardzo oczytana, ambitna i zorganizowana, Miles za to okazuje się żartownisiem lubiącym płatać nam różne psikusy.

Mimo nowych znajomości przyjaźń między mną a Levim wydaje się… głębsza. Spędzamy dużo czasu we czwórkę, ale jeszcze częściej widujemy się sam na sam. Odwiedzamy się po szkole. Ciepłe dni spędzamy w ogrodzie przy moim domu, zaszyci wśród drzewek wiśniowych, huśtając się na zawieszonej między dwoma pniami drewnianej huśtawce. Wiosną to miejsce wygląda przepięknie. W słoneczne popołudnia kładziemy się na trawie i patrzymy na korony drzew obsypane delikatnymi różowymi pąkami kwiatów.

Nasze mamy też się ze sobą zaprzyjaźniają. Jego tata nawiązuje dobry kontakt z moją mamą, toteż często wpadamy do Grantów na kolację. Mojemu ojcu daleko do duszy towarzystwa, więc trzyma się na uboczu. Sama nie wiem, czy mi to pasuje, czy jednak wolałabym, żeby bardziej angażował się w nasze życie.

Levi z dnia na dzień sprawia, że przepadam z jego powodu coraz bardziej. Przypuszczam, że on nawet nie zdaje sobie sprawy, iż codziennie oddaję mu po kawałku serca. Po prostu jest sobą i to mi wystarczy, by zakochać się w nim do szaleństwa.

Gdy pewnej jesieni wyznaję mu, że zamierzam spędzić cały weekend na sadzeniu tulipanów w ogrodzie, przychodzi mi w tym pomóc i razem babramy się w ziemi, a potem obmywamy wodą z węża ogrodowego. Kilka dni później dowiaduję się, że nie tylko mi pomógł, ale również posadził te kwiaty u siebie. Wiosną, gdy już zakwitają, przynosi mi codziennie po jednym. Robi to z taką nonszalancją, jakby to było coś normalnego, ale przecież żaden inny chłopiec nie daje mi kwiatów.

W ogóle żaden inny chłopiec nie robi dla mnie tyle, ile on.

Jesteśmy bratnimi duszami. Wiem to. Czuję to.

Nawet nie chcę wyobrażać sobie świata, w którym nie ma Leviego Granta, jego mądrości, codziennych liścików zapisanych na różowych karteczkach samoprzylepnych, tulipanów i śmiechu.

Nie chcę sobie wyobrażać świata, w którym nie ma nas.

Nas – Sunny i Leviego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij