Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bez adresu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 kwietnia 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Bez adresu - ebook

Były komandos chciał tylko przeczekać deszcz we Wrocławiu. Kiedy widzi porwanie bezdomnego, odkrywa ludzi znikających po wizytach w klinice. Marek Szulc nie ma odznaki ani adresu, tylko wojskowy instynkt i numer rejestracyjny granatowego Passata. Naprzeciw stają chirurg-filantrop, obojętna policja i zegar odmierzający czas Józefa Kruka. W deszczowym Wrocławiu niewidzialni ludzie stają się towarem, a każdy krok przybliża Marka do prawdy, która kosztuje krew. To mroczny, szybki thriller o winie, bezdomności i cenie patrzenia. Wejdź w mroczny Wrocław i sprawdź, kto naprawdę pozostaje niewidzialny.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330418
Rozmiar pliku: 883 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BETON, KREW, LODÓWKA

Leżałem na betonowej posadzce w piwnicy i liczyłem.

Dwie plastikowe opaski na nadgarstkach za plecami, zaciśnięte dość mocno żeby wrzynały się w skórę przy każdym ruchu, ale nie na tyle żeby odciąć krążenie, co sugerowało że ktoś je zakładał wcześniej i wiedział co robi. Cztery metry do metalowych drzwi, które otwierały się do wewnątrz, co widziałem po zawiasach po mojej stronie. Rura grzewcza po lewej, stara, pokryta trzema warstwami farby z których każda odchodziła od poprzedniej jak łuszcząca się skóra po oparzeniu. Ściana z cegły po prawej, oryginalna, przedwojenna, z zaprawą murarską wygrzebaną miejscami palcami albo narzędziem, więc nie byłem pierwszą osobą leżącą na tym betonie z nadmiarem czasu i niedoborem opcji.

Krew z rozcięcia nad lewą brwią kapała mi na beton w regularnych odstępach, mniej więcej co trzy sekundy, mieszając się z wodą sączącą się z pękniętej rury pod sufitem. Krople krwi były ciemniejsze od wody i gęstsze, więc zamiast się rozpływać tworzyły małe ciemne rozety na szarym betonie, jak test Rorschacha którego nikt rozsądny nie chciałby interpretować.

Beton pod plecami był zimny w ten specyficzny sposób jaki mają piwnice starych budynków w październiku: nie mroźny, ale wilgotny i wyciągający ciepło z ciała równomiernie, centymetr po centymetrze, jakby ktoś rozłożył mokrą chustę na całej długości kręgosłupa. Ziarnisty pod łopatkami, bo posadzka nigdy nie dostała warstwy wygładzającej. Ktoś zalał beton i zostawił go jak było. Pragmatyzm albo lenistwo, różnica między jednym a drugim jest kwestią perspektywy.

Obróciłem głowę w prawo, ostrożnie, bo każdy ruch powodował dodatkowy puls bólu nad brwią, i zobaczyłem to, czego szukałem. Na betonowej podłodze trzy metry dalej, przy ścianie, ciemne plamy. Stare, wsiąknięte w beton tak głęboko że żaden środek czyszczący by ich nie usunął: krew albo coś organicznego, w każdym razie coś co kiedyś było częścią żywego człowieka. Pod ścianą stało plastikowe krzesło z białym oparciem pokrytym zaschniętą plamą w kolorze rdzy, a na podłodze obok niego leżała opaska identyfikacyjna, taka jakie zakładają pacjentom w szpitalach i klinikach, z wyblakłym logo MedVita i ciągiem cyfr napisanym czarnym markerem.

Ktoś tu był przede mną. Ktoś tu siedział na tym krześle i czekał, i sądząc po plamach na betonie, czekanie nie skończyło się dobrze.

Trzy metry dalej w drugą stronę stała lodówka transportowa. Duża, medyczna, biała, z niebieskim logo firmy Helios MedTrans na boku. Nie była nowa, ale była zadbana, podłączona do małego generatora benzynowego, którego mruczenie wypełniało piwnicę monotonnym, niskim dźwiękiem jak kot który zasnął na grzejniku i nie zamierza się ruszyć. Zielona dioda na panelu kontrolnym świeciła równomiernie. Wewnątrz utrzymywała się temperatura. Nie znałem firmy Helios MedTrans, ale lodówki transportowe tego typu widziałem trzy razy w życiu i za każdym razem służyły do przewożenia materiału biologicznego: krwi i organów. W Ghazni używaliśmy podobnych do transportu próbek krwi z polowych punktów medycznych, tyle że tamte były mniejsze i bardziej zniszczone.

Ta wyglądała jakby ktoś o nią dbał. Ktoś, komu zależało na temperaturze wewnątrz.

Adam Borowski stał między mną a drzwiami i rozmawiał przez telefon.

Glock 19 w prawej ręce, telefon przy lewym uchu, obie ręce zajęte. Metr osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilo, krótkie ciemne włosy, ta sama skórzana kurtka którą nosił kiedy widziałem go po raz pierwszy na Roosevelta dwa tygodnie temu, te same buty taktyczne z grubą podeszwą, ten sam wyraz twarzy człowieka który wykonuje robotę i nie myśli o niej więcej niż jest to konieczne. Twarz spokojna, nieprzenikniona, ustawiona fabrycznie na neutralny. Ruch pewny i ekonomiczny, żadnego zbędnego gestu: nikt kto patrzył na Borowskiego nie miałby wątpliwości że ten człowiek nosił kiedyś mundur.

— Mam go — powiedział do telefonu, spokojnie, takim tonem jakim mówi się „zaparkowałem" albo „kupiłem mleko". — Co dalej?

Słuchał. Przez sekundę, dwie, pięć. Nie przerywał. Z telefonu dochodził głos, stłumiony odległością i kiepskim głośnikiem, ale słyszałem na tyle żeby rozpoznać: kobiecy, zimny, z obcym akcentem. Wschodnioeuropejski, może bałkański. Nie rozumiałem słów, za daleko leżałem i za cicho mówiła, ale ton był jednoznaczny w sposób, który nie wymagał tłumaczenia. To był ton instrukcji. To był głos kogoś kto mówi innym co mają robić i nie przyzwyczaił się do pytań.

Borowski kiwał głową, chociaż rozmówczyni go nie widziała. Ludzie to robią. Nawet profesjonaliści.

W kącie piwnicy, przy ścianie naprzeciwko lodówki, na drewnianej skrzynce po narzędziach siedział Michał Kaczmarek, którego wszyscy nazywali Gęba, i trzymał zakrwawioną szmatkę przy nosie. Budowa bramkarza z klubów nocnych, ramiona szerokie, szyja gruba, czapka z daszkiem nisko na czole, i krew na szmacie z nosa który spotkał się z moim łokciem jakieś piętnaście minut temu, zanim opaski trafiły na nadgarstki. Gęba nie patrzył na mnie. Patrzył na ścianę, na podłogę, na lodówkę, na swoje buty, gdziekolwiek byle nie na człowieka leżącego na betonie z krwią na twarzy. Unikał kontaktu wzrokowego tak samo jak wtedy na Roosevelta, kiedy wciągał Stefana Wójcika na tylne siedzenie Passata.

Policzyłem jeszcze raz, bo liczyć to jedyne co mogłem robić leżąc na plecach z rękami związanymi za sobą. Borowski: broń w prawej, telefon w lewej, obie ręce zajęte. Cztery metry do drzwi. Gęba: kontuzjowany, siedzi, nie wstał od kiedy usiadł, nawet się nie ruszył, bo Gęba nie ruszał się bez instrukcji od Borowskiego, tak jak psy myśliwskie nie ruszają się bez komendy. Trzeciego, Rafała Sikory, ogolona głowa, kurtka puchowa, nóż w kieszeni, nie było w piwnicy, pewnie pilnował wejścia na górze. Metalowe drzwi otwierały się do wewnątrz, zawiasy po mojej stronie, zamek prawdopodobnie prosty, bo nikt nie montuje skomplikowanych zamków w piwnicach magazynów nad Odrą.

I to było tyle. Taka była geometria: ja na betonie, cztery metry do drzwi, Borowski między mną a nimi z Glockiem, Gęba w kącie, Sikora na górze, i opaski na nadgarstkach które wymagałyby albo noża albo trzech minut pracy o metalową krawędź, a nie miałem ani jednego, ani drugiego. Piwnica była tym czym piwnice zawsze są — pułapką: jedno wejście, brak okien, beton pod sobą, beton nad sobą, ściany z cegły. Rura grzewcza po lewej ograniczała ruch, ściana po prawej blokowała obrót. Nie miałem przestrzeni do rozpędu ani do zmiany kierunku, a nawet gdybym jakoś wstał i ruszył, cztery metry na betonie ze związanymi rękami to wieczność wobec człowieka z pistoletem.

Ta piwnica nie była prowizoryczna. Krzesło z plamą, opaska, plamy na betonie, lodówka z generatorem, to wszystko mówiło jedno: rutyna. Ci ludzie nie improwizowali. Mieli procedurę na każdą reakcję więźnia, sprawdzoną na każdym, kto leżał tu przede mną.

Mięśnie mnie nie wyciągną. Musiałem znaleźć inną dźwignię.

Borowski skończył rozmowę. Wcisnął czerwony przycisk na ekranie, schował telefon do lewej kieszeni kurtki i teraz miał wolną lewą rękę, a moje hipotetyczne okno właśnie się zamknęło. Nie żeby to okno prowadziło gdziekolwiek leżąc na plecach ze związanymi rękami, ale wolna ręka przy broni to zawsze gorsza wiadomość niż dwie zajęte.

— Transport będzie za dwie godziny — powiedział Borowski do Gęby, nie odwracając się. Wrocławski akcent, bezbarwny, jakby mówił o dostawie mebli. — Pilnuj tego na dole, idę sprawdzić górę.

Gęba kiwnął głową. Nie wstał. Nawet nie zmienił pozycji na skrzynce. Siedział ze szmatką przy nosie i kiwał głową, bo to było wszystko czego Borowski od niego oczekiwał, i Gęba był człowiekiem który dawał ludziom dokładnie tyle ile oczekiwali, ani gram więcej.

Borowski ruszył w stronę drzwi.

— Borowski — powiedziałem.

Mój głos brzmiał spokojnie. Konwersacyjnie. Jakbyśmy rozmawiali przy kawie w przyzwoitym lokalu, a nie w piwnicy magazynu z lodówką na organy i plamami krwi na betonie. Kontrolowałem ton, bo głos i informacja to jedyne co mi zostało, i jedno i drugie niosło dalej niż Glock.

Borowski zatrzymał się w pół kroku. Nie obrócił się. Stał z pistoletem w prawej ręce, plecami do mnie, i czekał.

— Twoja matka. Pokój dwanaście, dom opieki na Karłowicach, ulica Kasprowicza. Miła kobieta. Byłem tam.

Cisza, pięć sekund, może sześć, i w tej ciszy jedynymi dźwiękami były krople wody z pękniętej rury uderzające o beton co trzy sekundy i mruczenie generatora lodówki. Gęba w kącie opuścił szmatkę od nosa i patrzył na Borowskiego jak ktoś, kto widzi jak grunt usuwa się spod nóg czegoś co wydawało się solidne.

Borowski obrócił się powoli. Twarz się nie zmieniła, nadal to samo neutralne ustawienie fabryczne, ale mięśnie szczęki pracowały, jedyny czytelny sygnał emocji u tego człowieka: zęby zaciśnięte, żuchwa się przesuwała w prawo i w lewo, milimetr w jedną stronę, milimetr w drugą. Oddech był o ton za szybki. Glock wisiał wzdłuż uda.

— Jeśli ja tu zginę — powiedziałem, tym samym spokojnym tonem, bo zmiana tonu oznaczałaby strach, a strach oddaje inicjatywę — to ludzie którzy wiedzą to co ja, zadbają żeby twoja matka dowiedziała się czym zajmuje się jej syn.

Borowski podniósł broń na wysokość mojej twarzy. Lufa Glocka 19, widziana z odległości dwóch metrów od dołu, z perspektywy człowieka leżącego na betonie, wygląda jak tunel bez końca, jak czarna dziura w miniaturze, i w tym tunelu widać spiralne rowki gwintowania, które ktoś kiedyś wyfrezował z precyzją, o której ten ktoś nie wiedział że posłuży do celowania w moją głowę w piwnicy nad Odrą w październikowy wieczór.

Borowski stał z bronią wycelowaną we mnie i nie strzelał.

Sekundy płynęły i każda z nich stała osobno jak słup telegraficzny na pustej drodze, z własną wagą i gęstością, której normalny czas nie ma. Żuchwa Borowskiego chodziła w lewo i w prawo, ten sam tic co przed chwilą, ale ręka z bronią nie drżała, bo rękę wyszkolili a szczękę nie. Gęba siedział ze szmatką na kolanach i wodził wzrokiem od jednego do drugiego jak widz który nie kupił biletu na ten konkretny spektakl.

Wahanie. Drobne, ukryte za maską profesjonalisty, ale było. Widziałem je w tej żuchwie która nie mogła znaleźć pozycji, w rozszerzonych nozdrzach, w tym że Glock celował we mnie od piętnastu sekund i nadal był cichy. Piętnaście sekund to wieczność dla człowieka który podjął decyzję. Piętnaście sekund to dowód że decyzji nie ma.

— Borowski — powiedziałem dalej, bo momentum było po mojej stronie i trzeba je karmić, słowo po słowie, fakt po fakcie, póki most nad przepaścią nie będzie gotowy. — Ilu ich tu było przede mną? Widzę ślady na betonie. Widzę opaskę z kliniki pod ścianą. Widzę krzesło na którym ktoś siedział wystarczająco długo żeby zostawić plamę. Ty nie jesteś mordercą. Jesteś porywaczem, ale nie mordercą, i jest między tym różnica, granica, i jeśli mnie tu zabijesz, przekroczysz ją i nie wrócisz.

Woda kapała z rury. Generator mruczał. Borowski stał z bronią wycelowaną w moją twarz i nie odpowiadał, bo kto podjął decyzję, ten strzela albo odchodzi, a Borowski stał i słuchał.

— A twoja matka dowie się o wszystkim.

Gęba w kącie patrzył na Borowskiego z rosnącym niepokojem. Szef nie podejmował decyzji, a w świecie Gęby to był niebieski ekran śmierci, zawieszenie bez instrukcji obsługi.

Gdzieś na górze, za metalowymi drzwiami, przytłumiony cegłą i betonem i blachą trapezową budynku, odległy dźwięk. Syrena policyjna. Może dwa kilometry dalej, może bliżej, trudno powiedzieć przez te wszystkie warstwy, ale dźwięk był rozpoznawalny w ten sam sposób w jaki rozpoznawalny jest odgłos nadlatującego helikoptera w dolinie: na początku myślisz że to wiatr, ale po sekundzie wiesz, i Borowski wiedział, i ja wiedziałem.

Nasze oczy się spotkały. Borowski z góry, ja z dołu, Glock między nami, syrena gdzieś na górze, lodówka mruczy w kącie, woda kapie z rury, Gęba na skrzynce z opuszczoną szmatką i otwartymi ustami.GRANATOWY PASSAT, DZIESIĘĆ SEKUND

Dwa tygodnie wcześniej.

Pociąg InterCity z Katowic wjechał na Wrocław Główny o dwudziestej trzeciej czterdzieści, z siedmiominutowym opóźnieniem, co było lepszym wynikiem niż można oczekiwać od kolei polskiej w październiku, kiedy liście zasypują tory między Opolem a Brzegiem i każdy maszynista zwalnia do sześćdziesięciu, bo któregoś dnia któryś nie zwolnił i potem było dochodzenie. Wysiadłem z plecakiem wojskowym na ramieniu, na peron, na którym nie było nikogo poza mną, konduktorką zamykającą drzwi i deszczem.

Deszcz padał od Opola, gęsty, jesienny, ten rodzaj deszczu który nie zamierza przestać w ciągu godziny ani dwóch, który osiadł na powietrzu jak stała cecha krajobrazu i będzie tu nadal kiedy wszyscy pójdą spać. Październikowy Wrocław pachniał mokrym betonem peronów i olejem z szyn, zapachem który jest ten sam na każdym dworcu na świecie, w Katowicach, w Poznaniu, w Kandaharze, bo kolej jest kolonią, a kolonie pachną wszędzie tak samo.

Przeszedłem przez hol dworca. O tej porze Wrocław Główny wyglądał jak każdy dworzec po godzinach szczytu: zamknięte kioski z opuszczonymi roletami, automaty z kawą migające niebieskim światłem, tablica odjazdów pokazująca pociągi których już nie było, i pod tą tablicą, na ławce, bezdomny mężczyzna pod kocem z logo PKP Intercity, który pewnie kiedyś był biały, a teraz był koloru wszystkiego co przeszło przez dworzec w ostatnich dwudziestu latach. Mężczyzna spał z głową na torbie foliowej i chrapał cicho, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać nawet we śnie. Dwóch ochroniarzy w żółtych odblaskowych kamizelkach stało przy wyjściu na plac i rozmawiało o czymś z pochylonymi głowami, prawdopodobnie o meczu albo grafiku albo o tym że znowu pada i będą mokli do końca zmiany.

Wyszedłem na plac Orląt Lwowskich. Deszcz przyjął mnie jak starego znajomego, którego nie chciał widzieć, ale też nie zamierzał się kryć. Sprawdziłem telefon, tani Samsung kupiony za sto dwadzieścia złotych w Gliwicach, z kartą prepaid z Żabki: adres noclegowni przy ulicy Trzemeskiej, numer cztery, dwadzieścia pięć minut pieszo przez Nadodrze. Mógłbym wziąć taksówkę, trzy albo cztery stały pod dworcem z włączonymi silnikami i zaparowanymi szybami, ale taksówki to rejestry: kierowca pamięta twarz, aplikacja trasę, terminal kartę. Poszedłem.

Trasa prowadziła ulicą Łokietka, potem Drobnera wzdłuż Odry. O tej porze i w tym deszczu ulice były puste w sposób który nie był niepokojący, tylko smutny: mokry asfalt odbijający pomarańczowe światło latarni, zamknięte sklepy z ciemnymi witrynami, od czasu do czasu samochód przejeżdżający z szumem opon na mokrej nawierzchni. Odra płynęła po prawej stronie, za barierką, czarna i nabrzmiała od deszczu, pachnąca jesienią, chemią i tym specyficznym zapachem dużych rzek w miastach przemysłowych, który jest mieszanką wody, gliny, ścieków i czasu. Minąłem zamknięty lokal z żaluzjami w dół i napisem kredą na tablicy, którego deszcz zmył na tyle że zostało samo 'piwo', graffiti na murze przedstawiające coś co mogło być kwiatem albo wybuchem, zależy od nastroju, i kota siedzącego pod latarnią, rudego, mokrego, patrzącego na mnie jak właściciel posesji na intruza: tak, pada, i co z tego, mieszkam tu, ty nie.

Nawyk z Afganistanu: mapowanie przestrzeni. Teren płaski, dobra widoczność w obie strony ulicy, mało ukryć poza bramami kamienic co czterdzieści metrów, każda potencjalnie otwarta lub zamknięta, oświetlenie uliczne regularne, co pozwalało na śledzenie sylwetki z odległości dwustu metrów. Nie potrafiłem przestać, tak jak nie potrafiłem przestać oddychać. Osiem lat wojska wdrukowuje pewne rzeczy na stałe i nie ma na to fizjoterapii.

Na Nadodrzu skręciłem w boczną ulicę. Roosevelta, odcinek między Cybulskiego a placem Staszica, wąska, z kamienicami po obu stronach, latarnie co czterdzieści metrów, bramy kamienic dające głębokie nisze cienia. Gentryfikacja dotknęła tę okolicę częściowo: nowa kawiarnia obok zabitego deskami sklepu, studio tatuażu obok warsztatu samochodowego, i na każdym rogu obietnica że kiedyś tu będzie drogo, która jeszcze nie do końca się spełniła.

Dwadzieścia metrów przede mną, przy krawężniku, zatrzymał się samochód.

Granatowy Passat, dolnośląskie tablice, silnik pracujący na wolnych obrotach. Nie zaparkował — zatrzymał się z silnikiem na chodzie, precyzyjnie, w miejscu wybranym z góry. Wiedział dokładnie po co tu jest.

Wszedłem w cień bramy kamienicy. Jeden krok w prawo, próg z kamienia wyżej od chodnika o piętnaście centymetrów, wnęka głęboka na metr, ciemna. Stanąłem nieruchomo. Coś w podświadomości, w tej części mózgu która osiem lat patrzyła jak ludzie wysiadają z samochodów w miejscach gdzie nie powinni wysiadać, powiedziało: stój i patrz.

Z Passata wysiadło dwóch mężczyzn. Przednie drzwi od strony pasażera: duży, metr osiemdziesiąt, krótkie ciemne włosy, skórzana kurtka, ruch pewny i ekonomiczny, żadnego zbędnego gestu, budowa byłego mundurowego utrzymującego formę. Tylne drzwi od strony kierowcy: niższy, masywniejszy, budowa bramkarza, czapka z daszkiem nisko na czole, ramiona szerokie. Nie zamknęli drzwi. Zostawili je otwarte, gotowi wrócić w każdej chwili.

Ruszyli. Szybko, ale nie biegiem, tym krokiem który jest prawie biegiem ale wygląda jak spacer z determinacją, w stronę mężczyzny siedzącego na niskim murku trzydzieści metrów dalej, pod latarnią, w kurtce za dużej o trzy rozmiary, ze spuszczoną głową, w pozycji człowieka który albo odpoczywał, albo nie miał dokąd iść.

Bezdomny.

Zobaczyłem to w jednej sekundzie, w tej jednej klatce filmu którą mózg rejestruje z nadmierną ostrością kiedy adrenalina wchodzi do krwi: dwóch w za dobrych kurtkach idących szybko w stronę jednego w za dużej kurtce, otwarte drzwi samochodu z pracującym silnikiem, boczna ulica o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt, deszcz, cisza.

Mężczyzna na murku zobaczył ich za późno. Podniósł głowę kiedy byli już dziesięć metrów od niego, wstał, zrobił krok w bok, próbował odejść w sposób jaki ludzie próbują odejść kiedy wiedzą że jest za późno ale ciało jeszcze próbuje, i wtedy duży w skórzanej kurtce złapał go za ramię lewą ręką, pewnym ruchem, bez szarpania, jak ktoś kto robi to nie pierwszy raz, a ten w czapce otworzył tylne drzwi Passata szerzej i mężczyzna w za dużej kurtce krzyknął raz, krótko, urwanie, jak magnetofonowa taśma obcięta w połowie dźwięku, bo ręka dużego zakryła mu usta zanim krzyk zdążył się rozwinąć w coś co ktokolwiek mógłby usłyszeć z odległości większej niż dwadzieścia metrów, a nogi mężczyzny jeszcze szukały gruntu, jeszcze próbowały znaleźć oparcie na mokrym chodniku, kiedy jego ciało już jechało na tylne siedzenie, wciągane dwoma parami rąk, i drzwi się zamknęły, i silnik warknął na wyższe obroty, i Passat ruszył.

Dziesięć sekund od zatrzymania samochodu do odjazdu. Liczyłem.

Stałem w cieniu bramy, czterdzieści metrów dalej, i patrzyłem jak granatowy Passat odjeżdża ulicą Roosevelta w kierunku placu Staszica, skręca w prawo, w Jedności Narodowej, i znika za rogiem kamienicy, i tylne światła są ostatnim co widzę, dwa czerwone punkty mknące po mokrym asfalcie, zanim budynek je pochłonie i ulica znowu będzie pusta, i deszcz będzie padał na chodnik na którym trzydzieści sekund temu stał człowiek, a teraz go nie ma.

DW 3KT83.

Siedem znaków zarejestrowałem automatycznie, w tej samej sekundzie w której Passat ruszał i tylne światła pojawiły się w moim polu widzenia obok tablicy rejestracyjnej, bo osiem lat wojska uczyło jednej rzeczy ponad wszystkie inne: zapamiętaj numer i twarz, zapamiętaj czas i miejsce, bo może kiedyś ktoś cię o to zapyta, a puste miejsce w pamięci boli bardziej niż nadmiar szczegółów. Passat B8, rocznik gdzieś między 2018 a 2020, granatowy metalik, dolnośląskie tablice, DW od Wrocławia. Twarze, na tyle na ile pozwalało uliczne oświetlenie i deszcz: duży miał gładko ogoloną twarz i budowę kogoś kto regularnie odwiedza siłownię, niższy miał czapkę z daszkiem i szczękę jak z katalogu budowlanego. W sądzie by nie wystarczyło, ale gdybym zobaczył ich ponownie, rozpoznałbym obu bez wahania.

Stałem jeszcze trzy minuty. Deszcz lał. Ulica była pusta. Murek na którym siedział ten człowiek stał pod latarnią, mokry, z ciemną plamą po mokrych ubraniach która jeszcze się nie zmyła. Nikt nie wyszedł z żadnej kamienicy. Nikt nie zapalił światła w żadnym oknie. Nikt nie krzyknął „co się dzieje" ani nie zadzwonił na policję. W tym mieście, o tej porze, na tej ulicy, mężczyzna właśnie został wciągnięty do samochodu, i jedynym świadkiem byłem ja, i kot, który pewnie nadal siedział pod latarnią przy Drobnera i miał swoje zdanie na temat ludzi i samochodów.

------------------------------------------------------------------------

Na przystanku autobusowym po drugiej stronie ulicy kobieta w płaszczu czekała na nocny autobus, słuchawki w uszach, telefon w dłoniach, i nie widziała nic albo widziała wszystko, ale miała słuchawki i telefon, i w dwudziestym pierwszym wieku to jest ten sam rodzaj niewidzialności co bycie bezdomnym, tyle że dobrowolny.

------------------------------------------------------------------------

Wyjąłem zeszyt z plecaka. Mały, czarny, w twardej okładce, kupiony w empiku na dworcu w Krakowie dwa miesiące temu za jedenaście złotych. Połowa stron zapisana drobnym pismem bez marginesów, bo papier kosztuje i nie marnuje się go na estetykę. W świetle latarni, deszcz kapał na okładkę i musiałem trzymać zeszyt pod kątem żeby atrament nie rozmazał się zanim wyschnie, zapisałem: „DW 3KT83. Passat granatowy. Dwóch. Roosevelta/Nadodrze. 23:50. Mężczyzna w zielonej kurtce, 50+."

Zamknąłem zeszyt. Schowałem do plecaka. Poszedłem dalej w stronę noclegowni.

Nikt tak nie zabiera kolegi po pijaku, i żadna policja tak nie wygląda. To było porwanie, profesjonalne, szybkie, przećwiczone, dziesięć sekund od zatrzymania do odjazdu, drzwi otwarte na cały czas, silnik na chodzie. Porwanie bezdomnego na bocznej ulicy przed północą, w deszczu, w mieście w którym nikt nie patrzy.

Kto porywa bezdomnych?

Pytanie wracało do mnie co kilka kroków jak refren piosenki, której nie chciałem słuchać. Kalkulacja była jasna: dwóch na jednego z zaskoczenia, bez broni, bez znajomości terenu, czterdzieści metrów dystansu, deszcz ograniczający widoczność. Gdybym ruszył, dotarłbym do Passata w momencie kiedy drzwi się zamykały, albo sekundę później, co oznaczało że zostałbym sam na mokrym chodniku z ewentualnym połamanym nosem i bez żadnej informacji więcej niż miałem teraz. Kalkulacja była racjonalna, precyzyjna, nie do podważenia.

Kalkulacja nie potrafiła mi wyjaśnić dlaczego ten urwany krzyk nadal brzmiał mi w uszach.

Noclegownia przy Trzemeskiej cztery. Ceglany budynek, jedno piętro, metalowa brama, interkom z napisem „Ciepły Brzeg" i logo serca w kolorze wyblakłego błękitu. Zadzwoniłem. Po minucie, może półtorej, odezwał się głos przez interkom, zaszczekany od przydźwięku, i ktoś otworzył zamek elektromagnetyczny z tym brzęczeniem, które jest takie samo w noclegowniach, w szpitalach, w aresztach śledczych i w akademikach na całym świecie.

Za drzwiami stał mężczyzna w średnim wieku, brodaty, spokojny, w flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami i z plikiem papierów w dłoni. Patrzył na mnie bez zdziwienia i bez oceny, z wyrazem twarzy człowieka który otwiera drzwi o każdej porze nocy i nie pyta po co, bo wie po co, i po co pytać.

— Szulc — powiedziałem. — Jest miejsce?

— Jest. Proszę za mną.

Nazywał się Wojciech Pielak, nocny dyżurny, i prowadził mnie schodami na piętro, wpisując dane do zeszytu w twardej okładce nie niepodobnego do mojego: Marek Szulc, PESEL, brak stałego adresu zamieszkania. Schody skrzypiały pod moim ciężarem i pod ciężarem plecaka w sposób, który sugerował że budynek pamięta czasy kiedy nikt nie słyszał o gentryfikacji Nadodrza i noclegowniach z interkomem, i że gdyby mógł mówić, miałby dużo do powiedzenia o ludziach którzy po nim chodzili.

Sala na piętrze: dwanaście łóżek, siedem zajętych. Mężczyźni w różnym wieku, w różnym stanie, w różnym stopniu snu. Ktoś chrapał miarowo, ktoś się kręcił, ktoś leżał tak nieruchomo że trzeba było patrzeć na klatkę piersiową żeby się upewnić. Pielak wskazał mi łóżko pod oknem, z którego w świetle latarni widziałem fragment ulicy Trzemeskiej, chodnik, i mokre drzewo z ostatnimi liśćmi trzymającymi się gałęzi z uporem, który zasługiwał na podziw.

Pościel była czysta, ręcznik złożony, poduszka cienka ale obecna. Rzuciłem plecak pod łóżko, kurtka na poręcz krzesła przy ścianie.

Zszedłem na dół. W kuchni, na blacie przy zlewie, stał czajnik elektryczny, na wpół pełny, jeszcze ciepły. Ktoś pił herbatę przed moim przyjściem i zostawił czajnik włączony, co było uprzejmością lub lenistwem, a prawdopodobnie po prostu nocną rutyną. Znalazłem kubek, wybrałem torebkę herbaty z pudełka stojącego obok cukiernicy, zalałem, usiadłem przy stole. Plecami do ściany, twarzą do drzwi. Nie dlatego że się bałem. Przyzwyczajenie, osiem lat, nie do wytłumaczenia nikomu kto nie służył, i nie do oduczenia.

Na ścianie nad stołem wisiał plakat: „Ciepły Brzeg — pomagamy wrócić." Biały napis na niebieskim tle, z tym samym logo serca co na bramie, i zdjęciem uśmiechniętych ludzi przy stole z talerzami zupy, które wyglądało jak ze stockowej bazy zdjęć i prawdopodobnie takim było. Pod plakatem tablica korkowa z ogłoszeniami: grafik posiłków, śniadanie 7:00-8:00, obiad 13:00-14:00, numery telefonów kryzysowych, telefon zaufania, pogotowie, policja. I w dolnym lewym rogu tablicy, przypięta czerwoną pinezką, wydrukowana na drukarce kolorowej ulotka: darmowe badania profilaktyczne w klinice MedVita, pierwszy wtorek każdego miesiąca, transport zapewniony. Pod tekstem zielone logo serca z nazwą fundacji „Nowy Oddech" i zdjęcie mężczyzny w białym fartuchu z uśmiechem, który wyglądał na drogi i prawdopodobnie taki był.

Piłem herbatę. Kubek był ceramiczny, biały, z napisem „Wrocław" i miniaturą ratusza, pewnie z jakiejś zbiórki albo z targu na Świebodzkim. Trzymałem go obiema rękami i ogrzewałem palce, i herbata była przeciętna, z torebki, ale gorąca, a gorąca herbata o północy w nowym mieście po nocy w pociągu to nie jest nic, to jest właściwie całkiem dużo.

Myślałem o tym co widziałem na Roosevelta. O dziesięciu sekundach, o urwanym krzyku, o tablicach rejestracyjnych w moim zeszycie. O twarzy mężczyzny w zielonej kurtce, której właściwie nie widziałem — tylko sylwetkę i ruch ciała osoby która próbuje odejść i nie może. I o tym że powinienem był zadzwonić na policję, i że nie zadzwoniłem, i że gdybym zadzwonił, to powiedziałbym co? Widziałem jak dwóch mężczyzn wciągnęło trzeciego do samochodu na Roosevelta. Jak wyglądał ten trzeci? Bezdomny. W jakim był stanie? Nie wiem. Był pijany? Nie wiem. Może to koledzy go zabierali? Nie. Skąd pan wie? Bo widziałem.

Wiedziałem jak wyglądają takie rozmowy z dyżurnym na komendzie. Wiedziałem że bezdomny o północy na Nadodrzu to priorytet gdzieś między zagubionym kotem a skargą na hałas.

Jutro Panorama Racławicka, bilet za trzydzieści pięć złotych, otwierają o dziewiątej. Byłem we Wrocławiu raz, dawno, przejazdem, nie widziałem Panoramy i obiecałem sobie że zobaczę. Wyjadę pojutrze, może dalej na zachód, Zielona Góra, Szczecin, zobaczymy. Plecak, pociąg, nowe miasto, stara rutyna.

To co widziałem na Roosevelta nie było moją sprawą. Nie byłem policjantem ani detektywem, nie miałem odznaki ani telefonu służbowego. Byłem facetem z plecakiem który chciał zobaczyć obraz i jechać dalej. Piłem herbatę w kuchni noclegowni w obcym mieście, z numerem rejestracyjnym zapisanym w zeszycie i mogłem teraz ten zeszyt zamknąć i odłożyć, i pojechać dalej, i nie myśleć o urwanym krzyku na mokrej ulicy.

Herbata stygła w kubku z ratuszem. Deszcz bębnił o okno kuchni. Gdzieś na piętrze ktoś chrząknął przez sen i łóżko skrzypnęło pod ciężarem ciała, które się obróciło. Plakat na ścianie obiecywał że pomagają wrócić, a ulotka w rogu tablicy oferowała darmowe badania w klinice z zielonym sercem w logo.

Dopiłem herbatę, umyłem kubek, odstawiłem na suszarkę. Wszedłem na górę. Położyłem się na łóżku pod oknem i patrzyłem na sufit, na cienie latarni przesuwające się po tynku za każdym razem gdy wiatr poruszał gałęziami mokrego drzewa za oknem, i słuchałem chrapania siedmiu mężczyzn i deszczu na dachu, i myślałem: to nie moja sprawa.

Ale zeszyt z numerem DW 3KT83 leżał w plecaku pod łóżkiem i nie zamierzał się stamtąd ruszyć.CZWARTA RANO, TECZKA Z DATAMI

Tadeusz Górski chrapał jak silnik odrzutowy na biegu jałowym, z przerwami co kilkanaście sekund, w których świat zamierał w ciszy tak kompletnej, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy Górski właśnie umarł, a potem silnik odpalał od nowa i łóżko pod drzwiami drżało, i ściana drżała, i powietrze drżało, i leżałem z otwartymi oczami na łóżku pod oknem, i słuchałem tego chrapania jak soundtracku do nocy, której nie potrafiłem zakończyć.

Sześćdziesiąt pięć lat, bezdomny od dekady, jak mi powiedział Pielak przy zameldowaniu, wskazując łóżko przy drzwiach z przepraszającym wzruszeniem ramion. Górski zajmował je każdej nocy od trzech lat i każdej nocy produkował tę samą symfonię, która sprawiała, że nowi mieszkańcy noclegowni prosili o zmianę łóżka już po pierwszej nocy. Ja nie prosiłem. Słyszałem gorsze rzeczy. W Ghazni Kowalski chrapał tak, że Afgańczycy w sąsiedniej wiosce prawdopodobnie myśleli, że to nalot dronów.

Deszcz padał na dach. Nie ten porządny, męski deszcz, który zaczyna się i kończy w pół godziny, ale ten wrocławski, październikowy, monotonny jak raport z audytu, który nie miał zamiaru przestać, jakby ktoś na górze zapomniał zakręcić kran. Leżałem i liczyłem krople, co nie miało żadnego sensu, ale mózg potrzebował zajęcia, a spanie nie wchodziło w grę, więc liczyłem krople i słuchałem Górskiego, i patrzyłem na sufit, po którym przesuwały się ruchome plamy światła z ulicy, i myślałem o kubku z ratuszem w kuchni, o herbacie która dawno ostygła, o tym że chce mi się pić.

O czwartej wstałem. Gapienie się w sufit przestało być produktywne gdzieś po drugiej godzinie, a pragnienie dało mi pretekst, żeby zrobić cokolwiek poza leżeniem. Zszedłem po schodach, które skrzypiały pod każdym krokiem inaczej, jakby ktoś je nastroił jak klawiaturę, i każdy mój krok grał inną nutę w ciemnym budynku.

Kuchnia nie była pusta.

Przy stole siedziała kobieta, której wcześniej nie widziałem, albo raczej widziałem, kiedy Pielak mówił coś o wolontariuszce, ale nie zarejestrowałem, bo nie rejestrowałem ludzi, którzy nie stanowili zagrożenia taktycznego, a drobna kobieta z ciemnymi włosami ściętymi krótko i oczami podkrążonymi na fioletowo nie wyglądała na zagrożenie taktyczne. Wyglądała na kogoś, kto nie spał od dwóch dni i podjął świadomą decyzję, żeby już nigdy więcej nie próbować.

Przed nią na stole leżała rozłożona teczka, taka tekturowa, zielona, z gumką, jaka się kupuje w papierniczym za cztery złote, a z niej wylewały się dokumenty: kartki pokryte ręcznym pismem, kserokopie czegoś co mogło być formularzami medycznymi, zdjęcia paszportowe wydrukowane na domowej drukarce z pikselami wielkości ziaren ryżu, i tabela narysowana ręcznie na kartce A3, linijką, z datami i nazwiskami wpisanymi starannie niebieskim długopisem. Kobieta piła kawę z termosa, z białego kubka bez ucha, i nie podniosła wzroku kiedy wszedłem.

Nalałem wody do czajnika i postawiłem go na gazie, a w szafce znalazłem herbatę, tę samą co wcześniej, ekspresową, w torebce z napisem który obiecywał smak cytrynowy i kłamał. Kubek z ratuszem był jedynym czystym, więc wziąłem go, zalałem herbatę kiedy woda się zagotowała, i usiadłem naprzeciwko kobiety, plecami do ściany, twarzą do drzwi, kubek w obu rękach.

Na piętrze Górski chrapał tak, że wibracja docierała przez sufit, przez podłogę kuchni, przez nogi stołu, aż do blatu, na którym leżały kartki, które drżały lekko przy każdym oddechu sześćdziesięciopięcioletniego mężczyzny na łóżku pod drzwiami.

Kobieta milczała i ja milczałem, czajnik ostygał na gazie, a deszcz padał na dach. O tej porze nocy herbata i kawa wystarczają za rozmowę, a samo siedzenie naprzeciwko kogoś przy stole mówi więcej niż cokolwiek, co przeszłoby przez gardło.

— Piąty miesiąc i nic — powiedziała, nie do mnie, do przestrzeni nad kubkiem, do kartki z datami, do nikogo.

Piłem herbatę i patrzyłem na parę unoszącą się z kubka, i milczałem, i to najwyraźniej było właściwe, bo kobieta w końcu podniosła wzrok i spojrzała na mnie tak, jak ludzie patrzą na mebel w pokoju, który dopiero zauważyli, i oceniają, czy jest użyteczny, czy tylko zajmuje miejsce.

Widziałem, jak jej oczy przesuwają się po moim plecaku wojskowym opartym o nogę krzesła, po moich ramionach, po sposobie w jaki siedziałem, z łopatkami przy zimnej ścianie i wzrokiem na drzwiach kuchni, po moich rękach na kubku, nieruchomych, spokojnych, oplatających ceramikę tak, jakby ciepło herbaty było jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy tym stole.

— Wojsko? — powiedziała.

— Dawno temu.

Przesunęła teczkę w moją stronę, nie gwałtownie, z nawykiem kogoś kto te kartki przesuwał już setki razy po różnych blatach, na różnych stołach, przed różnymi ludźmi, którzy patrzyli na nie i odwracali wzrok.

Nie dotknąłem teczki, piłem herbatę i słuchałem deszczu na szybie kuchennej i chrapania Górskiego na piętrze, i było czwarta piętnaście rano w noclegowni w obcym mieście, i kobieta z podkrążonymi oczami chciała mi coś powiedzieć, i miałem bilet mentalny na Panoramę, i mogłem nie słuchać.

— Jolanta — powiedziała. — Jolanta Malik.

Nie podałem imienia. Skinąłem głową.

Jolanta piła kawę z termosa i patrzyła na mnie tymi fioletowymi oczodołami, i widziałem w nich tę samą kalkulację, którą sam robiłem codziennie: czy ten człowiek jest przydatny, czy jest bezpieczny, i w jakiej kolejności te pytania mają znaczenie. Potem zaczęła mówić. Nie do mnie, nie do nikogo konkretnego — do kuchni, do ciemności, do kubka z kawą, bo o czwartej rano to wystarczający powód.

— Czworo moich ludzi zniknęło w ciągu ośmiu miesięcy — powiedziała szybko, bezpośrednio, raportowo, bez śladu prośby o pocieszenie, i jej wrocławski akcent, lekki, ledwo wyczuwalny, wychodził na powierzchnię przy końcówkach zdań. — Tomasz Baran, czterdzieści pięć lat, przychodził co dzień po zupę, luty, nagle przestał i nikt nie pytał dlaczego, bo kto pyta o bezdomnego który przestaje przychodzić. Irena Nowak, pięćdziesiąt osiem lat, pomagała mi w kuchni, krajała chleb, myła garnki, w kwietniu jej nie było i od tamtej pory nigdy się nie pojawiła. Piotr Głowacki, trzydzieści dziewięć lat, w czerwcu, młodszy od reszty, nie pił i nie ćpał, po prostu nie miał dokąd iść, i pewnego dnia nie było go w noclegowni ani pod mostem, ani nigdzie. Stefan Wójcik, pięćdziesiąt jeden lat, we wrześniu.

Kiedy powiedziała „Stefan Wójcik", moje ręce na kubku z ratuszem przestały się ruszać. Nie zamierzałem niczego pokazywać ani ukrywać. Po prostu nieruchomiały same, tak jak palce nieruchomieją na karabinie kiedy cel się pojawia w celowniku optycznym i mózg przechodzi z trybu skanowania w tryb rejestrowania, i wszystko się zatrzymuje na ułamek sekundy.

Stefan Wójcik, pięćdziesiąt jeden lat, w zielonej kurtce za dużej o trzy rozmiary, porwany na Roosevelta we wrześniu — otwarte usta, urwany krzyk, ręka porywacza na twarzy, dziesięć sekund i granatowy Passat z tablicami DW 3KT83.

Terminy się zgadzały. Miesiąc się zgadzał. Wszystko się zgadzało.

Nie powiedziałem Jolancie co widziałem. Jeszcze nie. Piłem herbatę i słuchałem, i nie odrywałem oczu od tabeli z datami, która leżała na stole między nami jak mapa do bitwy, której nikt nie planował.

Jolanta mówiła dalej. Jej ręce pracowały przy kartkach teczki, przekładały je, wyjmowały, porządkowały, machinalnie, bo układanie papierów było jej sposobem na układanie świata, i drżały, ale nie na tyle żeby było widać, chyba że się patrzyło, a ja patrzyłem.

— Znalazłam wzorzec po trzecim — powiedziała, kładąc palec na tabeli i przesuwając go w dół po datach, po nazwiskach, po kolumnie którą oznaczyła nagłówkiem „MedVita" zapisanym drukowanymi literami. — Każde zniknięcie, każde jedno, poprzedzone wizytą w klinice MedVita na Grabiszyńskiej. Darmowe badania profilaktyczne. Autokar fundacji dowozi, badają krew, ciśnienie, EKG, cała reszta, za darmo, pięknie, humanitarnie. I pięć do ośmiu dni później człowiek znika.

Jej palec przesunął się po tabelce, po kolumnie z datami, i wyliczała: Baran w lutym, badania ósmego, zniknięcie trzynastego, pięć dni przerwy; Nowak w kwietniu, od badań do zniknięcia siedem dni; Głowacki w czerwcu, sześć dni; Wójcik we wrześniu, osiem.

Liczyłem w ciszy: pięć, siedem, sześć, osiem — regularność statystycznie nieprawdopodobna przy czterech przypadkach z czterech, i żadna ilość dobrej woli nie zamieniłaby tego w zbieg okoliczności.

— Po trzecim widziałam korelację — Jolanta mówiła szybko, palec na tabeli, oczy na mnie, sprawdzając czy słucham. — Po czwartym miałam pewność.

Przez chwilę jedynym dźwiękiem było chrapanie Górskiego, które docierało z góry jako odległy, regularny pomruk, jak morze za ścianą.

— Policja zamknęła wszystkie cztery zgłoszenia.

Jolanta sięgnęła do teczki i wyjęła cztery kartki, formatu A4, z pieczątką komendy, i rozłożyła je na stole obok tabeli. Protokoły. Przejrzałem je wzrokiem oficera przyzwyczajonego do czytania raportów, szukając różnic między nimi, i nie znalazłem żadnych, bo były identyczne: „brak stałego miejsca zamieszkania", „brak przesłanek wskazujących na przestępstwo", „osoby bezdomne z natury rzeczy przemieszczają się między miastami", „brak podstaw do dalszych czynności". Cztery protokoły, cztery zaginięcia, cztery razy to samo zdanie, jakby ktoś wyciął je z jednego formularza i wkleił do czterech różnych akt.

— Kurwa, nikt nie szuka — powiedziała Jolanta cicho, i akcent wrocławski, który wcześniej ledwo słyszałem, nagle wyszedł na wierzch przy każdej sylabie. — Nikt.

Patrzyłem na zdjęcia paszportowe na stole. Cztery twarze, wydrukowane na drukarce, z pikselami rozmazanymi na rogach, patrzyły w obiektyw z tym samym wyrazem, który jest wyrazem każdego zdjęcia paszportowego na świecie: zmęczenie i próba wyglądania normalnie, co nigdy nikomu nie wychodzi.

— Kto prowadzi tę klinikę?

Jolanta wyciągnęła z teczki wydruk ze strony internetowej, złożony na pół, z zagięciem na środku. Fundacja „Nowy Oddech". Zielone logo serca. Pod nim zdjęcie mężczyzny w białym fartuchu, na tle kliniki, z uśmiechem, który wyglądał na wyćwiczony przed lustrem do perfekcji: ciepły, mentorski, z liniami wyrazu wokół oczu i siwizną na skroniach, która dawała mu wygląd profesorski, gdzieś w połowie między wykładem o etyce medycznej a konferencją prasową. „Dr Filip Werner, chirurg transplantolog, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu." Pod zdjęciem cytat kursywą: „Każdy zasługuje na opiekę medyczną, niezależnie od statusu społecznego."

Mężczyzna na zdjęciu wyglądał jak ktoś, komu ufasz od pierwszego spotkania, co jest albo oznaką prawdziwej dobroci, albo dowodem na to, że dobre wrażenie można kupić za cenę fotografa i umiejętności pozowania. Nie miałem danych, żeby zdecydować które.

— Piękny cytat — powiedziałem.

Jolanta prychnęła i schowała zdjęcie z powrotem do teczki z gestem kogoś kto widział ten cytat zbyt wiele razy.

— Jest piąta osoba — powiedziała, i jej głos zmienił się nieznacznie, stał się cichszy, bardziej kontrolowany, bo następne zdanie wyraźnie kosztowało ją wysiłek. — Józef Kruk. Sześćdziesiąt dwa lata, były inżynier, budował mosty, teraz śpi w noclegowni i czyta gazety w Ossolineum. Zrobił badania w MedVita trzy dni temu.

Jej ręce drżały kiedy przekładała kartki, szukając kolejnego dokumentu, i tym razem nie próbowała tego ukryć. Znalazła kartkę z datą i imieniem, położyła na stole obok reszty, i powiedziała to, co chciała powiedzieć, spokojnie, faktycznie, jak raport:

— Jest następny w kolejce. Jestem pewna.

Dopiłem herbatę. Kubek z ratuszem był pusty i ciepło odeszło z ceramiki, i trzymałem go w dłoniach mimo to, bo nie miałem nic innego do trzymania.

To nie była moja sprawa. Panorama o dziewiątej, jutro dworzec i cokolwiek na zachód — plan był prosty i dobry, i nie wymagał siedzenia w kuchni noclegowni nad cudzą teczką. Nie miałem kwalifikacji do szukania zaginionych ludzi poza tymi, które dało mi wojsko, a ostatnim razem kiedy wojsko kazało mi siedzieć nad teczką z datami i zdjęciami, w Ghazni, zarekomendowałem niewłaściwego człowieka i czterech ludzi za to zapłaciło.

Siedziałem dalej.

Jolanta patrzyła na mnie i wiedziała, że siedzę dalej, i nie skomentowała tego, i nie poprosiła o nic.

— Nie proszę cię o pomoc — powiedziała. — Mówię to, bo jest czwarta rano i nikt inny nie słucha.

Skinąłem głową, wstałem i umyłem kubek w zlewie, odstawiłem na suszarkę obok drugiego kubka, tego bez ucha, z którego piła Jolanta i który nadal stał pełny, choć kawa w nim dawno ostygła. Jolanta nie wstała, nie zamknęła teczki, nie zgasiła światła. Została przy stole z dokumentami rozłożonymi na blacie jak dowody w sprawie, której nikt nie prowadził.

Wszedłem na górę. Górski chrapał. Położyłem się na łóżku pod oknem i nie zamknąłem oczu.

------------------------------------------------------------------------

Za oknem Trzemeska leżała pusta i mokra, z latarniami, które odbijały się w kałużach pomarańczowym światłem, i jednym samochodem zaparkowanym po drugiej stronie ulicy. Nie widziałem marki ani koloru, bo było ciemno i deszcz zalewał szybę, i samochód był tylko ciemnym kształtem pod latarnią, który mógł być czymkolwiek albo niczym.

Zamknąłem oczy. Widziałem tablice DW 3KT83 wyświetlone na wewnętrznej stronie powiek jak negatyw fotograficzny, siedem znaków wyrytych w pamięci obok twarzy Stefana Wójcika w świetle ulicznej latarni na Roosevelta, otwartych ust, urwanego krzyku, ręki porywacza zakrywającej mu twarz. I tabelkę Jolanty z datami. Pięć, siedem, sześć, osiem. Regularność, która nie była przypadkiem.

Józef Kruk, sześćdziesiąt dwa lata, były inżynier, trzy dni od badań w MedVita.

Gdybym wiedział ile dni minęło od badań Wójcika do porwania na Roosevelta, mógłbym policzyć ile dni zostało Krukowi. Ale nie wiedziałem, bo nie zapytałem, bo to nie była moja sprawa, i nie zamierzałem pytać, bo zamierzałem obejrzeć Panoramę i wyjechać.

Deszcz padał na dach noclegowni. Górski chrapał. Gdzieś na Trzemeskiej samochód stał w ciemności i albo był czymś, albo niczym, i nie zamierzałem tego sprawdzać.

Zasnąłem o piątej, z DW 3KT83 świecącymi za powiekami i pytaniem, które nie dawało mi spokoju: kto jest następny po Józefie Kruku, i ile razy ta tabelka będzie się wydłużać, zanim ktoś inny niż zmęczona wolontariuszka w noclegowni przy Trzemeskiej postanowi spojrzeć na daty.AUTOKAR Z ZIELONYM SERCEM

Wyszedłem z noclegowni bocznym wyjściem o ósmej, przez podwórko, bo frontowe drzwi wychodziły na Trzemeską i dawały widok prosto na Passata, a Passat dawał widok prosto na mnie, i to była wymiana której wolałem uniknąć. Podwórko było wąskie, z kontenerem na śmieci i suszarką na bieliznę, na której ktoś zostawił skarpetki od trzech dni, i wychodziło na równoległą uliczkę prowadzącą do Nowowiejskiej. Stamtąd pojechałem autobusem 145 do Placu Bema, przesiadłem się w 10 na Grabiszyńską i o ósmej czterdzieści pięć stałem po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko kliniki MedVita, z rękami w kieszeniach i wyrazem twarzy kogoś kto czeka na autobus i nie myśli o niczym.

Dwa autobusy z przesiadką zamiast jednego bezpośredniego to dwadzieścia minut dłużej, ale bezpośrednia trasa jest przewidywalna, a przewidywalność jest pierwszą rzeczą jakiej szukasz kiedy śledzisz kogokolwiek i pierwszą jakiej unikasz kiedy ktoś śledzi ciebie. Tego rodzaju ostrożność wchodzi pod skórę w miejscach gdzie rutyna potrafi zabić.

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij