Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bez chleba, bez modlitwy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Bez chleba, bez modlitwy - ebook

Drugi tom cyklu powieści o Lisowczykach — legendarnych jeźdźcach Rzeczypospolitej, których odwaga, bezwzględność i burzliwe losy odcisnęły ślad na kartach historii. Nad Dźwiną wolna kompania Lisowskiego walczy nie tylko szablą. Michał musi dowieść, że rejestr bywa mocniejszy od głodu i strachu. Po Tuszynie ludzie Lisowskiego dostają służbę pograniczną, lecz każdy kwit, koń i funt prochu może przesądzić, czy zostaną żołnierzami, czy bandą skazaną na stryczek. Gdy wieści z Moskwy kruszą morale, Michał chroni księgi, Anastazję, chore dziecko i resztki dyscypliny w marszu ku zimowemu Mohylewowi, gdzie trzeba wybrać, co ocaleje w jednej skórzanej tubie. Zobacz, ile waży honor, gdy brakuje chleba, owsa i modlitwy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330807
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BŁOTO I ŻELAZO

Kary konik zapadł się w błoto aż po brzuch. Woda zassała kopyta z głośnym plaśnięciem, po czym zabulgotała, wyrzucając na powierzchnię rdzawą pianę i pęcherzyki bagiennego gazu. Zwierzę rzuciło łbem, szarpnęło gruby rzemień i znieruchomiało, trzęsąc się z wysiłku. Cięższa skrzynia kancelaryjna, zablokowana na drewnianej kulbace, przechyliła się niebezpiecznie w prawo, grożąc zerwaniem starych, poprzecieranych pasów.

Puściłem wodze srokatego wałacha i zsunąłem się z siodła na zalaną drogę. Błoto natychmiast oblało mi buty powyżej kostek i wlało się za skórzane cholewy, mocząc onuce. Złapałem za krawędź skrzyni prawą ręką, ale dawny ból w nadgarstku, pamiątka po odrzucie ciężkiego pistoletu kołowego pod Tuszynem tamtej jesieni, natychmiast przebił się pod skórą. Zmieniłem chwyt. Zaparłem się lewym ramieniem o mokre, okute miedzią deski, próbując wyrównać ciężar skrzyni i dać konikowi szansę na złapanie oddechu.

Kolumna stanęła. Nie było krzyku, tylko chrzęst rzemieni, sapanie zmęczonych zwierząt i suchy trzask łamanych gałęzi pod kołami taboru. Byliśmy na szlaku trzeci dzień po minięciu pierwszych witebskich straży i zachodnich zatorów.

Anastazja Sergiejewna podeszła od tyłu. Prowadziła gniadego konia, na którego grzbiecie spoczywały lżejsza skrzynia i jej własne juki. Rąbek jej wełnianej spódnicy był oblepiony czarną mazią. Zatrzymała gniadego na twardszej kępie trawy, rzuciła wodze na jego szyję i weszła w wodę, stając po drugiej stronie karego konika. Złapała za przeciwległy pas kulbaki, dociągając go z całej siły, aż skóra zazgrzytała na żelaznej sprzączce. Skrzynia wróciła do pionu.

– Trzyma – powiedziała, sprawdzając węzeł.

Kiwnąłem głową. Przejechałem dłonią po kłódce, upewniając się, że mechanizm nie zaklinował się od brudu.

– Wóz Kwatermistrza też utknął – dodała Anastazja, odwracając głowę. – Dziesięć kroków za nami. Oś osiadła na korzeniu.

Spojrzałem wzdłuż szlaku. Dziesięć kroków dalej pierwszy z dwóch wozów kowalskich siedział krzywo w rozjeżdżonej, głębokiej koleinie. Lewe koło zanurzyło się w mazi aż po samą piastę, a cztery konie pociągowe stały ze zwieszonymi łbami, nie reagując na pokrzykiwania woźnicy. Na wozie leżały kowadła, żelazne pręty, skórzane miechy, zapas węgla drzewnego i surowe podkowy, których ciężar wgniatał osie w rozmiękłą ziemię.

Od strony ariergardy nadjechał Kopyto. Jego ciężki, dereszowaty koń wyrzucał kopytami bryły lepkiej ziemi, brudząc nogawki pachołków idących poboczem. Rotmistrz zatrzymał się tuż przy wozach, patrząc na zablokowane koło.

– Zostawcie to żelazo – powiedział Kopyto. Wskazał rękawicą na wozy kowalskie. – Konie zedrzemy do kości, a i tak z tym nie wyjdziemy z lasu przed nocą. Zdejmijcie miechy i kowadła, wrzućcie w błoto i jedziemy dalej.

Kowale milczeli. Pachołkowie Kwatermistrza trzymali konopne liny w rękach, patrząc to na Kopytę, to na mnie, gdy wychodziłem z wody na twardszy grunt.

Wytarłem brudne dłonie o boki żupana. Sięgnąłem do cięższej skrzyni, przekręciłem klucz w kłódce i wysunąłem urzędowy rejestr kompanii. Odwiązałem od rzemienia róg z inkaustem.

– Otwieram wpis, rotmistrzu – powiedziałem. – Komu mam przypisać utratę kowadeł, młotów i zapasu podków?

Kopyto splunął prosto w rdzawą kałużę.

– Zostawiamy wozy, bo nas trakt zje. Lisowski kazał iść szybko ku Dźwinie, żeby wymknąć się sapieżyńskim podjazdom.

– Lisowski kazał dojść na Dźwinę w stanie użytecznym. Jeśli rzucimy podkowy, za dwa tygodnie na twardym trakcie połowa rotmistrzowskiej chorągwi zetrze kopyta i pójdzie w pieszych. Kto zapłaci za nowe konie? Puszka ogólna jest pusta po witebskim przemarszu.

Położyłem otwartą księgę na płaskim wieku skrzyni, pilnując, by woda kapiąca z liści nie zalała atramentu.

– Pytam po raz drugi. Pod czyim nazwiskiem mam zapisać ten koszt? Podział przyszłych łupów obciąży rotę, która rzuca sprzęt wspólny.

Kopyto wiedział, jak wyglądały rachunki. Od stryczka za niedotrzymanie siedmiodniowego terminu wyznaczonego przez posła Mniszcha przy amnestii dzielił nas tylko jeden pergamin. Starosta witebski i dwaj pisarze hetmańscy podpisali nam poręczenie przejazdowe do komisarzy nad Dźwiną. Za samą zwłokę i przybicie pieczęci kompania oddała jako pierwszy zastaw beczkę prochu i trzy ostatnie wozy owsa, a do czasu właściwego wpisu miała odpowiadać za każdą szkodę jak oddział stojący już w służbie. Ten dokument odsuwał wyrok polowy, ale działał tylko do pierwszej nowej szkody wpisanej przeciw nam przez jakiegokolwiek komisarza litewskiego. Rekwizycja koni w okolicznych wsiach, gdyby własne padły z braku podków, oznaczałaby natychmiastową skargę. A uzasadniona skarga anulowała glejt.

Kopyto popatrzył na rozwinięty rejestr. Potem odwrócił głowę w stronę gęstniejącego lasu i wozów zablokowanych za kowalami.

– Tnijcie sosny – powiedział do Semena i pachołków. – Podłóżcie grube gałęzie pod lewe koło.

Zawrócił konia i odjechał z powrotem na tyły kolumny, nie oglądając się za siebie.

Semen zeskoczył z wozu taborowego. Miał w dłoni szeroki topór. Trzech pachołków Kwatermistrza ruszyło za nim między drzewa. Las był mokry, a gałęzie uginały się pod ciężarem wiosennej wilgoci. Zapach rozkopanej, gnijącej od zimy ziemi mieszał się z końskim potem. Dźwięk rąbanego drewna rozniósł się wzdłuż kolumny, płosząc ptaki.

Związałem rzemień rejestru, odłożyłem księgę do cięższej skrzyni i zatrzasnąłem kłódkę. Anastazja ściągnęła wodze gniadego, prowadząc go wyżej, na warstwę suchszego mchu przy pniach drzew.

– Stracimy tu trzy godziny – powiedziała, obserwując pachołków brodzących z siekierami w zaroślach.

– Lepsze trzy godziny na postoju i pełny zapas żelaza niż szukanie chłopskich wierzchowców nad Dźwiną pod okiem komisarzy – odparłem. Oczyściłem but o wystający korzeń dębu. – Kopyto wolałby spalić obozowisko niż stanąć w miejscu, ale wie, że bez glejtu starościńskiego pierwsza lepsza chorągiew regularna powiesi jego ludzi jako buntowników z Tuszyna.

Anastazja nie odpowiedziała od razu. Wróciła do poprawiania juków na swoim koniu. W Tuszynie dzieliła paszę, ważyła mąkę ze stacji i pisała kwity dla dostawców. Teraz robiła to samo dla głodnej, zadłużonej formacji. Przeciągnęła rzemień przez odpowiednią dziurkę.

Semen i pachołkowie przynieśli pierwsze naręcza rąbanych gałęzi. Rzucali je prosto w błotnistą wyrwę, tworząc prowizoryczny pokład. Semen wrzucił kilka grubszych polan tuż pod samą piastę utkniętego koła, po czym zaparł się barczystym ramieniem o tylną burtę wozu.

– Bierz bat! – krzyknął do woźnicy, odwracając głowę od chlapiącego błota.

Konie pociągowe szarpnęły w szlejach. Woźnica trzasnął batem, a zwierzęta rzuciły się do przodu, wbijając kopyta w rzadką maź. Wóz zazgrzytał. Zablokowane koło wbiło się w podłożone sosnowe gałęzie, miażdżąc drewno i wypychając czarną wodę na boki. Wóz podskoczył, przechylił się na lewą stronę i z głośnym trzaskiem ramy wytoczył się na twardszy odcinek drogi.

Pachołkowie odetchnęli ciężko, opierając się o deski. Semen przetarł twarz, na której osadziły się kropelki błota, i ruszył po siekierę pozostawioną pod drzewem.

– Następne wozy brać na prawo, po mchu! – zawołał Kwatermistrz ze swojego siodła. Wskazał ręką na wąski pas suchszego gruntu. – Nie pchać się w tę samą dziurę po kowalach.

Podszedłem do karego konika i sprawdziłem pasy podtrzymujące cięższą skrzynię. Drewno było zimne i wilgotne. Kłódka uderzała o mosiężną skuwkę w rytm uspokajającego się oddechu zwierzęcia.

W środku, pod pokrywą, leżały papiery kompanii. Zamknięte rachunki z Tuszyna, księga zgonów z zimowych miesięcy pod oblężoną Troicą i bieżące wyliczenia brakującego kruszcu. Był tam też odpis pisma posła Mniszcha z dopisaną przez starostę witebskiego zgodą na czasowy przemarsz oddziału.

Na samym dnie skrzyni leżał inny papier. Prywatny list od wołyńskiego proboszcza, który stary sługa Szymon przyniósł mi wiosną. Marcin Hołubiec zebrał w Korejwówce już dwa plony. Zeszłoroczne ziarno wyjechało ze spichlerzy, z których podstarości Hołubca kazał wyłamać kłódki łomami. Pobierał czynsze od chłopów, a sąd grodzki w Krzemieńcu celowo odroczył wejście w życie pełnego sekwestru. Powód odroczenia był precyzyjny: brakowało oryginalnych rachunków dworu, by podważyć narastający dług i udowodnić, że wejście wierzyciela na majątek odbyło się z naruszeniem prawa.

Moja matka trzymała te księgi domowe na plebanii, w małej wilgotnej izbie za zakrystią. Bronili ich tylko proboszcz i dwaj dawni słudzy, Antoni i Hryć. Jeśli Hołubiec zdoła zmusić księdza do wydania ksiąg albo podpali plebanię, Korejwówka przepadnie wraz z długami, a ja nie będę miał własnej ziemi. Potrzebowałem królewskiego glejtu, by stanąć na wołyńskim dziedzińcu sądowym bez ryzyka aresztowania za przynależność do konfederacji tuszyńskiej. Ten glejt zależał wyłącznie od tego, czy Lisowski zdoła zostać wpisany do służby nad Dźwiną i rozliczyć się przed urzędnikami hetmana Chodkiewicza.

Dotknąłem żelaznego klucza po Marku Nieczui, który wisiał mi na rzemieniu pod żupanem. Chłodny metal przylegał do mostka.

Wsiadłem z powrotem na srokatego wałacha. Pociągnąłem za rzemień karego konika. Zwierzę stawiało krótkie, ostrożne kroki, omijając rozjeżdżone koleiny. Anastazja szła zaraz za mną.

Kolumna znów nabrała powolnego, miażdżącego rytmu. Błoto mlaskało pod setkami kopyt. Ostroróg ze swoją lekką jazdą jechał milę z przodu, szukając twardszych przejść i sprawdzając leśne zatory. Lisowski jechał zaraz za awangardą, nie cofając się do utrudzonych wozów. Wiedział, że utrzymam kowali. Pułkownik nie interweniował w spory o owies czy połamane osie, dopóki wymuszałem porządek pokazaniem księgi.

Z boków taboru jechali Kozacy Hryhorija. Krótkie lufy ich arkebuzów i rohatyny kołysały się w rytm kroku koni. Byli cichsi od ciężkiej jazdy Kopyty, bardziej przyzwyczajeni do błota, braku paszy i chłodnych nocy. Hryhorij publicznie potwierdził przed wymarszem zaległość kompanii wobec swoich ludzi: czternaście grzywien i osiem łutów, po czym trzymał ich w twardym rygorze.

Mikołaj, młody pachołek straży taborowej, przedarł się przez zarośla z prawej strony i zrównał z moim wierzchowcem. Oddychał szybko. Miał bliznę na policzku po dawnej, zimowej kłótni o rzemienie, a na zimnie robiła się sina.

– Panie pisarzu – zaczął, łapiąc powietrze. – Kwatermistrz pyta, czy wydajemy na nocny postój pełną miarkę owsa dla koni pociągowych. Dwa konie od drugiego wozu kowalskiego kuleją na przednie nogi, a ludzie Kopyty już ustawiają się po paszę z własnymi workami.

Popatrzyłem na umazanego błotem pachołka.

– Pełną – odpowiedziałem. – Konie pociągowe dostają owies z puszki ogólnej za pracę. Jak Kopyto zacznie pytać o przydział, powiedz mu, żeby zajrzał do mnie po papierową asygnatę. Jeśli tabor stanie z braku paszy, jego chorągiew będzie wiozła narzędzia na własnych siodłach.

Mikołaj kiwnął głową i od razu zniknął między idącymi wozami.

Anastazja podciągnęła wodze gniadego, omijając głęboką, zalaną wodą wyrwę po korzeniu.

– Kopyto nie odpuści paszy w lesie – powiedziała, patrząc na plecy mijającego nas pachołka. – Jego konie są za ciężkie na ten teren. Tracą ciało z każdym dniem marszu.

– Zapłaciliśmy za witebski przemarsz trzema wozami owsa – przypomniałem. – Mamy tylko to, co kwatermistrz zostawił pod płachtami na ostatnim wozie. Kopyto musi utrzymać rotę na tym, co mamy, bo nie będziemy rekwirować chłopom ziarna.

– W Tuszynie brał z wozów, co chciał.

– Tuszyn spłonął. Jesteśmy w obcych granicach. Skarga sołtysa oznacza konfiskatę srebra, a jeśli srebra zabraknie w puszce, komisarze zajmą nasze konie.

Szlak zaczął opadać ku wąskiej dolinie. Błoto ustępowało miejsca mokrym, śliskim kamieniom i grubym warstwom zgniłych liści. Nad drzewami wisiały niskie, szare chmury. Las gęstniał z każdą milą, odcinając światło.

Królewskie listy nazywały to rajdem. Mieliśmy przy sobie weksle bez pokrycia, skargi chłopów z wielu tygodni, wymęczone konie i warunkowy glejt. Chodkiewicz potrzebował rąk do osłaniania litewskich traktów, zwiadu i blokowania pomniejszych zagonów, które przechodziły przez rzeki i paliły wsie między dyneburskim zamkiem a Witebskiem. Tak kompania mogła trafić do akt skarbowych Rzeczypospolitej jako oddział z prawem do żołdu.

Z lewej strony drogi dostrzegłem ślady zniszczonej przeprawy. Stare, zbutwiałe pale sterczące z czarnej wody i resztki porzuconego powozu, obrośniętego mchem. Woda opływała połamane deski z cichym szmerem.

Z przodu dobiegł dźwięk mosiężnej trąbki Ostroroga. Pojedynczy, krótki sygnał. Oznaczał postój na pierwszej suchej polanie i czysty strumień do pojenia koni.

Zatrzymałem srokatego i pociągnąłem mocniej za rzemień. Kary konik stanął, przenosząc ciężar na zadnie nogi. Cięższa skrzynia nadal siedziała twardo na kulbace, choć jej dolna połowa była umazana błotem po same miedziane okucia.

Anastazja zrównała się ze mną.

– Niedługo wyjdziemy na ubite piachy – powiedziała, obserwując przejaśnienie między pniami starych sosen.

Chwyciłem lewą ręką za skórzaną tubę przy siodle i wcisnąłem ją głębiej pod udo, by nie obijała się o pistolety. Usłyszałem, jak z ariergardy dobiegały krótkie przekleństwa ludzi Kopyty, walczących z kolejnym zablokowanym wozem. Poczekałem, aż przejdą obok dwaj woźnicy z zapasowymi sznurami, po czym poprowadziłem konia w stronę polany po śladach wygniecionych przez awangardę.PIECZĘCIE NA WODZIE

– Terminy minęły! Królewska łaska wyszła wczoraj, wy tuszyńskie skurwysyny!

Głos niósł się płasko nad lustrem rozlanej rzeki, zniekształcony przez gęstą, siąpiącą mżawkę. Zanim zdążył w pełni wybrzmieć w mokrym lesie, z przodu odezwała się miedziana trąbka Ostroroga. Jeden krótki, urywany sygnał. Kawałek dalej, wzdłuż piaszczystego zjazdu ku wodzie, konie awangardy zaczęły szarpać łbami, gdy jeźdźcy ściągali wodze.

Kolumna stanęła. Poczułem, jak srokaty wałach pode mną napina mięśnie i przestępuje z nogi na nogę, szukając twardszego gruntu w rozmiękłej, gliniastej mazi. Pociągnąłem za gruby rzemień, zatrzymując karego konika, który prowadził cięższą skrzynię kancelaryjną.

Z przeciwnego brzegu nie było widać wiele. Wiosenne roztopy i deszcze zmieniły leniwą rzeczkę w szerokie na milę rozlewisko. Woda miała rdzawy, mętny kolor i niosła połamane gałęzie, plamy żółtej piany i resztki zeszłorocznych trzcin. Gdzieś w połowie tego nurtu, podczepiona do zatopionego pnia starej wierzby, kołysała się duża, płaskodenna łódź. Stało w niej czterech ludzi. Jeden trzymał długą żerdź do odpychania się od dna, dwaj opierali się o burty z zapalonymi lontami przy rusznicach. Czwarty, ubrany w znoszoną, mokrą ferezję, stał na dziobie z dłońmi zwiniętymi przy ustach.

Lisowski minął mnie, nie zwalniając. Kopyta jego konia rozchlapały kałużę, brudząc mi buty i krawędź żupana. Pułkownik dojechał do Ostroroga, który czekał na samym brzegu, tuż przed linią wzbierającej wody. Ruszyłem za nimi, ciągnąc karego konika. Z tyłu słyszałem ciężkie kroki gniadego wałacha, przy którym szła Anastazja.

– Co to za jedni? – zapytał Lisowski, zatrzymując się obok rotmistrza lekkiej jazdy.

Ostroróg wskazał rękawicą na rzekę. Woda ściekała mu z ronda czapki prosto na wilgotny kołnierz.

– Pikieta Sapiehy. To, co z niej zostało po rozpadzie chorągwi w Tuszynie – odpowiedział rotmistrz. – Stoją tam od wczesnego rana. Zablokowali bród starymi wozami zrzuconymi z drugiego brzegu. Nie widać tego pod wodą, ale dno jest zatarasowane żelazem i połamanym drewnem. Ktokolwiek wejdzie tam wierzchem, połamie koniom nogi.

Lisowski milczał, obserwując łódź. Nurt szarpał płaskodenną krypą, ale człowiek z żerdzią potrafił utrzymać ją w miejscu.

– Mają działa? – zapytał pułkownik.

– Na łodzi nie. Ale na prawym brzegu, za pasem olch, widziałem dym z dwóch sporych ognisk. Są tam szańce. Mogą mieć falkonety wycelowane w bród.

Człowiek w mokrej ferezji znowu zwinął dłonie wokół ust.

– Głusi tam jesteście?! – wrzasnął przez rzekę. – Wiemy, czyj znak niesiecie! Rozesłano uniwersały! Pan Mniszech dał wam siedem dni na opuszczenie obozu buntowników i stawienie się przed komisarzami! Czas minął!

Kopyto, który właśnie dołączył do dowództwa z ariergardy, splunął w rzadkie błoto. Jego dereszowaty koń sapał ciężko. Rotmistrz oparł dłoń na głowicy szabli.

– Zwykłe rzezimieszki z rozbitego pocztu – warknął. – Żyją z myta. Przepili żołd, a teraz udają strażników królewskiego prawa. Pozwól, pułkowniku, a każę Hryhorijowi podpłynąć tam z Kozakami i poderżnąć im gardła, zanim zdążą dmuchnąć w lonty.

Kopyto miał wzrok utkwiony w dalekim brzegu.

– Czego chcecie?! – odkrzyknął Lisowski, a jego głos, choć nie wydawał się głośny, przeciął mżawkę.

Mężczyzna w ferezji opuścił ręce i uśmiechnął się krzywo do człowieka trzymającego żerdź.

– Jesteście samowolną bandą! Wobec prawa Korony i Litwy idziecie na stryczek! – krzyknął oficer w łodzi. – Ale my tu pełnimy służbę strażniczą. Za zwłokę i brak kwitów skonfiskujemy wam cztery beczki prochu z taboru. Do tego wydacie nam dziesięciu ludzi wskazanych imiennie, których odeślemy do Witebska jako buntowników. Reszta zapłaci po talarze od łba za przejazd i możecie iść na północ!

Zawada, który podjechał tuż za Kopytą, roześmiał się krótko, sucho.

– Cztery beczki prochu – powtórzył z niedowierzaniem. – Ścierwa chcą nas rozbroić i wziąć okup. Puszczaj lekką jazdę bokiem, pułkowniku. Zdejmiemy ich z szańców.

Puściłem wodze srokatego i wyciągnąłem szyję. Deszcz przybierał na sile, krople bębniły o skórzaną tubę przytroczoną pod moim udem. Znałem ten ton z Tuszyna. To nie była straż celna. To byli głodni, zdesperowani żołnierze, którzy znaleźli idealne miejsce do wymuszania haraczu. Wiedzieli, że kompania Lisowskiego ciągnie za sobą złą sławę i tuszyńskie długi, więc każda potyczka z regularnymi, choćby zdemoralizowanymi chorągwiami Rzeczypospolitej, obróciłaby się przeciwko Lisowskiemu przed hetmańskim sądem.

– Nie ruszymy ich – powiedział nagle Lisowski.

Kopyto odwrócił głowę w stronę pułkownika. Jego twarz poczerwieniała z gniewu ponad krawędzią mokrego kołnierza.

– Chcesz im zapłacić? Dać proch z naszych wozów?

– Zastrzelisz ich, rotmistrzu – Lisowski odwrócił się w siodle, patrząc z góry na Kopytę – a jutro rano pod Witebskiem starosta cofnie nam poręczenie. Dowiedzą się, że weszliśmy na szlak, zabijając królewską pikietę i forsując bród. O to im chodzi.

Kopyto zacisnął zęby. Zawada otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Lisowski podniósł dłoń w skórzanej rękawicy.

– Korejwo – powiedział dowódca. – Zsiadaj.

Zsunąłem się z siodła prosto w mokry piach. Buty natychmiast nabrały wody. Pociągnąłem kantar karego konika i wyprowadziłem go z koleiny, omijając głęboką kałużę.

– Anastazja! – zawołałem, nie odwracając głowy.

Słyszałem jej kroki ułamek sekundy później. Podeszła z gniadym koniem, trzymając w ręku grubą, wełnianą opończę. Zanim zdołałem dotknąć kłódki na cięższej skrzyni, dziewczyna uniosła materiał nad moją głową, tworząc prowizoryczny, naprężony dach. Krople deszczu natychmiast zaczęły wsiąkać w wełnę, ale moje dłonie i wieko skrzyni pozostawały w miarę suche.

Sięgnąłem pod żupan. Wyciągnąłem ciężki, żelazny klucz po Marku Nieczui, zziębniętymi palcami trafiłem w otwór kłódki i przekręciłem z oporem. Mechanizm zazgrzytał. Odrzuciłem skobel i uniosłem wieko. Wnętrze skrzyni pachniało starym papierem, woskiem i suchym kurzem z Tuszyna.

– Wyciągaj wszystko, co ma czerwoną albo zieloną pieczęć – rozkazał Lisowski, patrząc na rzekę. – Mają zobaczyć papier, zanim zobaczą lonty.

Nie musiałem szukać długo. Rozłożyłem na krawędzi skrzyni gruby, pergaminowy uniwersał Stanisława Mniszcha. Pieczęć była nienaruszona, choć data na dokumencie rzeczywiście minęła. Obok położyłem list od starosty witebskiego, zdobyty kosztem trzech wozów owsa i beczki prochu – to on przedłużał nasze prawo do bezpiecznego przemarszu. Na koniec wyciągnąłem pismo z hetmańskiej kancelarii, złożone na czworo.

– Mam rachunki na owies – odezwała się płaskim głosem Anastazja. Jej ramię drżało lekko od napięcia materiału, ale trzymała opończę równo nad skrzynią. – I kwit na pierwszą beczkę prochu, którą wydaliśmy w zastaw pod Witebskiem.

– Daj – powiedziałem.

Wyjęła zza pazuchy zwitek papierów, starannie chroniony przed wilgocią ciepłem jej własnego ciała. Wziąłem je, wygładziłem na wieku skrzyni.

– Odrzucą to – powiedział Ostroróg, pochylając się w siodle. – Nie umieją czytać z takiej odległości, a jak podpłyniemy, zaleją nas ogniem.

– Przeczytają – odparł Lisowski. – Pikiety żyją z myta. Wyślesz im kwity, Ostroróg.

– Ja? Do łodzi?

– Nie. – Lisowski zwrócił się ku linii Kozaków stojących w deszczu za taborami. – Hryhorij!

Dowódca lekkich chorągwi kozackich podjechał wolno, trzymając rohatynę opartą o strzemię. Jego koń nawet nie wzdrygnął się na widok wzburzonej wody.

– Pojedziesz do tej łodzi – rozkazał Lisowski. – Weźmiesz papiery w skórzanej sakwie. Pokażesz im pieczęć posła Mniszcha, pieczęć starosty witebskiego i podpis pisarza hetmańskiego. Niech wiedzą, że każda kula wystrzelona w naszą stronę uderzy w dokument chroniony przez trybunał.

– A jak strzelą bez czytania? – zapytał Kopyto z wyraźną kpiną w głosie.

– To znaczy, że nie są królewską pikietą, tylko bandytami – odpowiedział spokojnie Lisowski. – Wtedy ich wystrzelamy, a na szańcach nie znajdziemy ani jednego ciała z potwierdzonym żołdem.

Hryhorij skinął głową, bez słowa.

Wyciągnąłem z dna lżejszej skrzyni skórzaną, impregnowaną woskiem kopertę. Ostrożnie włożyłem do niej uniwersał, list starościński, kwit za owies i pismo hetmańskie. Prawy nadgarstek pulsował głuchym bólem, gdy musiałem mocniej zacisnąć palce na sztywnym pergaminie. Zawiązałem rzemyk na dwa mocne węzły.

– Korejwo – powiedział nagle Lisowski. – Napisz im rewers.

Podniosłem głowę.

– Rewers?

– Napisz, że pierwszego dnia po oktawie Wielkiej Nocy, kompania pułkownika Lisowskiego zatrzymała się przed rzeką Ułłą, okazała królewskie i starościńskie pieczęcie strażnikom, nie dopuściła się napaści i dobrowolnie poddała się kontroli glejtów.

Ostroróg parsknął.

– Chcesz im wystawić dowód naszego posłuszeństwa?

– Chcę im wystawić dowód, że wiemy, kto tu stoi – rzucił Lisowski. – Jeśli wezmą rewers i przepuszczą nas, mamy spokój. Jeśli wezmą rewers i każą nam wracać, zrzucą na siebie odpowiedzialność za opóźnienie witebskich posiłków. Jeśli odmówią przyjęcia papieru... wtedy otworzysz ogień, Kopyto.

Nie traciłem czasu na zadawanie kolejnych pytań. Z lżejszej skrzyni, w której Anastazja trzymała narzędzia pisarskie, wyciągnąłem czysty arkusz, mosiężny kałamarz i dwa gęsie pióra. Złożyłem papier na pół, ułożyłem go na zamkniętym wieku ciężkiej skrzyni.

– Odsuń się trochę, bo woda kapie na krawędź – rzuciłem cicho do Anastazji.

Zrobiła pół kroku w tył, naciągając opończę jeszcze mocniej. Jej twarz była blada z zimna, a mokre pasma włosów przylegały do policzków, ale trzymała materiał idealnie nieruchomo.

Zanurzyłem pióro w kałamarzu. Atrament żelazowo-galusowy był rzadki z powodu panującej wilgoci. Oparłem prawe przedramię o drewno, próbując ustabilizować dłoń. Ból w nadgarstku utrudniał płynne prowadzenie końcówki pióra, ale wymusiłem na sobie precyzję.

*My, kompania wolna pułkownika Aleksandra Lisowskiego, idąca pod prawem amnestii i z poręczeniem starosty witebskiego z dnia...*

Deszcz przybierał na sile. Mimo opończy, wilgoć w powietrzu sprawiała, że papier stawał się wiotki i chłonął atrament zbyt szybko, rozmywając krawędzie liter. Musiałem pisać większymi, wyraźniejszymi znakami.

*...stajemy przed strażą rzeczną w liczbie i stanie udokumentowanym w rejestrze. Nie czynimy szkody, nie bierzemy myta, nie żądamy owsa od ludzi Korony i Księstwa. Okazujemy pieczęć królewską i kwity z magazynu witebskiego. Kto drogę naszą zamknie, odpowie przed sądem hetmańskim za tamowanie publicznych posiłków.*

Kopyto pokręcił głową, patrząc z góry, jak pochylałem się nad papierem.

– Kancelaria. Własnymi rękami pętacie nam konie. Zamiast rąbać, będziemy teraz pisać listy do każdego parszywego dziesiętnika, który postawi łódź na wodzie.

Posypałem mokry atrament drobnym piaskiem z małej, rogowej puszki. Zdmuchnąłem nadmiar na wiatr. Złożyłem arkusz uważnie, upewniając się, że litery nie przebiją się na drugą stronę.

– Zapłaciliśmy za ten glejt trzema wozami owsa – powiedziałem powoli, nie podnosząc wzroku, gdy wsuwałem rewers do woskowanej koperty. – Przez brak tej paszy pańskie konie, rotmistrzu Kopyto, zgubią brzuchy w ciągu dwóch tygodni. Chce pan zmarnować ten wydatek za jedną kulę posłaną w łódź? Chce pan, żebyśmy jedli korę nad Dźwiną jako banici?

Kopyto prychnął, ale nie znalazł odpowiedzi.

Zamknąłem skrzynię, zatrzasnąłem kłódkę i przekazałem skórzaną kopertę Hryhorijowi.

– Dwie czerwone pieczęcie, jedna zielona. Na samym wierzchu jest mój rewers. Niech nie łapią za uniwersał mokrymi łapami – powiedziałem.

Hryhorij wziął kopertę, wsunął ją pod pas, tuż przy brzuchu, by uchronić przed wodą. Lisowski podjechał bliżej brzegu.

– Semen! – rzucił pułkownik. – I ty, Chwiedko. Pojedziecie z nim jako świadkowie. Nie dotykać rusznic. Ręce na wodzach.

Semen skinął głową, odpiął rohatynę od siodła i podał ją pachołkowi. Jego potężna sylwetka wydawała się jeszcze szersza w przemoczonym kożuchu. Dołączył do niego starszy Kozak z blizną przy lewym oku.

Hryhorij uderzył konia piętami. Zwierzę weszło do rzeki bez wahania. Woda natychmiast zalała kopyta, potem pęciny, a po kilku krokach sięgnęła końskiego brzucha. Nurt był silny; koń Hryhorija musiał opierać się o niego barkiem, stawiając kroki w ukos rzeki, by nie dać się znieść na zatopione pale.

Stałem przy skrzyni, trzymając dłoń na drewnie. Anastazja zwinęła opończę na przedramieniu. Byliśmy przemoczeni do cna.

– Powiedz swojemu oficerowi, że to szaleństwo – syknął Zawada, pochylając się w moją stronę. – Tamci w łodzi na pewno mają załadowane rusznice. Zdejmą Hryhorija z pięciu kroków, a my będziemy musieli patrzeć, jak jego ciało płynie z prądem.

– Jeśli zdejmą Hryhorija, będą winni morderstwa na pośle niosącym królewski uniwersał – odpowiedziałem sucho. – Wtedy pułkownik kazałby wam ich wystrzelać bez konsekwencji prawnych.

Zawada splunął.

– Zawsze liczysz trupy na talary i paragrafy, co?

– Ktoś musi, towarzyszu Zawada. Inaczej już dawno wisielibyście na dębie pod Tuszynem.

Zawada cofnął się, zaciskając dłoń na rękojeści szabli, ale nie powiedział nic więcej.

Trzech jeźdźców powoli zbliżało się do łodzi. Nurt zwalniał bliżej drugiego brzegu, ale woda wciąż była niebezpiecznie głęboka. Konie parskały, unosząc łby wysoko nad wzburzoną taflę.

Z łodzi dobiegły krzyki. Człowiek w ferezji podniósł dłoń, nakazując zatrzymanie się. Dwaj z rusznicami oparli broń mocniej o burty, celując prosto w pierś Hryhorija.

Kozak nie wyciągnął broni. Zamiast tego z wprawą rozpiął kożuch, wyciągnął skórzaną kopertę i podniósł ją wysoko w prawej ręce.

Mrużyłem oczy, próbując dojrzeć cokolwiek przez mżawkę. Widziałem, jak oficer w łodzi kiwa głową. Człowiek z żerdzią popchnął krypę bliżej koni. Hryhorij nie podał całej koperty od razu. Wyjął tylko jeden dokument – mój rewers – i wręczył go oficerowi.

Mężczyzna w ferezji czytał powoli, mrużąc oczy przed deszczem. Potem spojrzał na kopertę w ręku Hryhorija. Kozak wysunął rogi dokumentów. Czerwony wosk uniwersału Mniszcha i zielony lak starosty witebskiego były łatwo rozpoznawalne nawet z tej odległości.

Rozmowa przy łodzi trwała krótko. Z tej odległości nie było słychać słów, tylko niskie pomruki i szum wody. Oficer w łodzi włożył rewers za pas. Coś krzyknął do swoich ludzi. Strażnicy z rusznicami opuścili lufy, kierując je w dno łodzi.

Człowiek z żerdzią zaparł się i krypa powoli zaczęła odsuwać się od zatopionej wierzby, robiąc miejsce przy brzegu.

Hryhorij obrócił konia, wsunął kopertę z powrotem za pazuchę i ruszył w drogę powrotną, a Semen i Chwiedko podążyli za nim.

Kiedy Kozak wyszedł na brzeg, jego koń ociekał wodą, a z kożucha spływały lodowate strugi. Hryhorij podjechał do Lisowskiego i wyciągnął skórzaną kopertę.

– Obejrzeli pieczęcie – zameldował spokojnie. – Rewers wzięli. Czterech beczek ani ludzi nie biorą. Rotmistrz Sapiehy powiedział, że za uprzątnięcie szlaku jeszcze upomną się o drobne myto przy samym brodzie, a jeśli zgubimy jeden wóz przy przeprawie, doliczą go do zapłaty. Ale konfiskatą drogi już nie blokują.

Lisowski przyjął kopertę.

– Mają działa? – zapytał ponownie.

– Nie mają – odpowiedział Hryhorij. – Dym idzie z ognisk, ale na szańcach stoi tylko kilku pachołków z pikami. Blefowali z tym prochem. Sami nie mają co do garnka włożyć.

Ostroróg opuścił trąbkę, którą cały czas trzymał w pogotowiu.

– Przestraszyli się pieczęci – mruknął cicho, choć z wyraźną ulgą.

Lisowski rzucił kopertę w moją stronę. Złapałem ją w lot, czując mokrą, śliską skórę.

– Schowaj to, Korejwo. I wpisz, że rewers ocalił cztery beczki prochu przed konfiskatą. – Lisowski odwrócił konia w stronę rzeki. – Ostroróg, bierz lekką jazdę na lewe skrzydło. Kwatermistrz, związać wozy parami. Konie pociągowe skracać na rzemieniach. Jeśli jakaś oś wejdzie w dno, wyciągacie wóz na linach, choćbyście mieli ciągnąć zębami. Nikt się tu nie zatrzymuje.

Kopyto i Zawada odjechali w milczeniu ku ariergardzie, nie komentując rozkazu.

Podniosłem wieko cięższej skrzyni, odłożyłem mokre kwity za owies i pismo hetmańskie na samo dno, a woskowaną kopertę z uniwersałem Mniszcha oraz listem starosty wsunąłem do tuby pod udem. Upewniłem się, że papiery nie przesiąkną wilgocią od przemoczonego drewna, i ponownie zatrzasnąłem kłódkę. Kary konik, obciążony ładunkiem, przestąpił nerwowo z nogi na nogę.

Anastazja podciągnęła wodze gniadego.

– Twoje buty są pełne wody – zauważyła, patrząc na moje cholewy.

– Jeszcze nabiorą wody, a rzeka przed nami wciąż głęboka – odpowiedziałem, wsuwając but w strzemię. Poprawiłem tubę pod udem. Ból w nadgarstku powoli stawał się tępym pulsowaniem.

Lisowski podniósł rękawicę. Z przodu rozległ się ostry sygnał trąbki Ostroroga, a zaraz po nim pierwszy szereg koni wszedł do wezbranej wody. Pikieta na przeciwnym brzegu stała w milczeniu, opierając się o wózki z dobytkiem, obserwując, jak setki zbrojnych z wolna zanurzają się w lodowaty, wiosenny nurt rzeki. Klepnąłem srokatego w szyję i pociągnąłem kantar karego. Woda natychmiast opłynęła moje łydki, a zimno przeniknęło przez grube sukno spodni prosto do skóry.DWA FUNTY I WODA

Woda wdarła się za cholewy butów. Była lodowata i z miejsca znieczuliła palce. Srokaty wałach potknął się na ukrytym pod mętną powierzchnią kamieniu, zmuszając mnie do gwałtownego przeniesienia ciężaru na lewe strzemię. Pociągnąłem za gruby rzemień, żeby utrzymać karego konika z cięższą skrzynią tuż przy sobie. Zwierzę parsknęło, wyrzucając z nozdrzy drobną mgiełkę, i zaparło się kopytami o śliskie dno.

Północny brzeg rzeki był płaski, ale zalany na szerokość kilkuset kroków. Błotnista maź przechodziła w płyciznę pełną połamanych trzcin, zbutwiałych pni i zatopionych krzewów. Nurt ciągnął w lewo, przybierając po ulewnych deszczach, które od wczoraj bębniły w skórzane opończe taboru.

Pikieta Sapiehy przyjęła nasz rewers. Zwinęli papier, sprawdzili pieczęcie, a oficer w wyblakłej ferezji kiwnął głową i odstąpił od żądania czterech beczek oraz wydania ludzi jako buntowników, ale ich płaskodenna łódź nie ustąpiła z najpłytszego podejścia do brzegu. Kiedy awangarda Ostroroga wjechała w wodę, by zabezpieczyć wyjście dla ciężkich wozów, człowiek na dziobie krypy podniósł dłoń. Czekali, aż pierwszy rząd koni zanurzy się po brzuchy i straci możliwość łatwego manewru.

– Glejty glejtami! – krzyknął oficer z łodzi, przekrzykując szum rzeki i wiatr. – Król wam wybaczył bunt, ale my tu pilnujemy przeprawy! Myto za drewno usunięte z brodu to dwa funty prochu!

Staliśmy w wodzie. Ostroróg obrócił głowę w stronę Lisowskiego, czekając na rozkaz. Lekka jazda zamarła, trzymając wierzchowce w nurcie, który powoli podmywał kopyta.

Lisowski nie wyciągnął broni. Podjechał bliżej mnie, ignorując lodowate bryzgi, które jego wierzchowiec podnosił z każdym krokiem.

– Kwatermistrz! – rzucił pułkownik, nie odrywając wzroku od łodzi. – Daj pisarzowi małą puszkę.

Kwatermistrz, jadący tuż za mną, zsunął się z siodła prosto w wodę z głośnym pluśnięciem. Przebrodził kilka kroków do najbliższego wozu taborowego. Ściągnął płócienną płachtę, odpiął rzemienie i po chwili wrócił, niosąc pod pachą niewielką, okutą żelazem beczułkę. Postawił ją na wieku mojej cięższej skrzyni.

– Korejwo. Odważ im te dwa funty – powiedział Lisowski. – Niech mają swoje myto i złażą z drogi.

Zsiadłem ze srokatego wałacha. Woda natychmiast uderzyła mnie w uda. Lodowaty ucisk odciął dech w piersiach, a mokre sukno żupana zaciążyło. Złapałem krawędź skrzyni, by nie stracić równowagi na śliskiej glinie.

Anastazja podjechała z prawej strony. Jej gniady wałach stąpał ostrożnie, niosąc lżejszą skrzynię kancelaryjną. Dziewczyna nie zsiadła, ale pochyliła się w siodle, podając mi mosiężną wagę szalkową i skórzany mieszek z odważnikami. Jej palce były zgrabiałe z zimna.

– Postaw na płaskim – powiedziała cicho. – Wiatr znosi szalki.

Otarłem deszcz z wieka cięższej skrzyni. Kwatermistrz podważył wieko beczułki krótkim nożem. Szary, gruboziarnisty proch zapachniał siarką i węglem. Zawiesiłem wagę na wyciągniętym palcu lewej dłoni. W prawą wziąłem ołowiany odważnik, położyłem go na jednej szalce. Ból w dawnym urazie nadgarstka ostrzegł mnie tępym pulsowaniem, gdy próbowałem utrzymać ramię bez drżenia. Kwatermistrz zaczął sypać proch mosiężną miareczką na drugą szalkę.

Woda wokół nas kotłowała się od niespokojnych końskich nóg.

Z tyłu, rozpychając się między pachołkami, podjechał Zawada. Jego koń uderzył barkiem w ramię Kwatermistrza, omal nie przewracając go w wodzie. Rotmistrzowski towarzysz zatrzymał wierzchowca tuż nade mną. Patrzył na mosiężną wagę i szary proszek.

– Hańba – warknął Zawada. Głos drżał mu od tłumionej wściekłości. – Płacisz im naszym prochem. Oddajesz im broń, z której do nas strzelą, jak tylko odwrócimy się plecami.

– Płacę im myto, którego zażądali od pułkownika – odpowiedziałem, nie podnosząc wzroku. Szalka powoli opadała.

– Siedzimy na koniach. Mamy lufy i szable. A ty odważasz im proch jak przekupka na krakowskim rynku. Gardzą nami.

Kwatermistrz dosypał resztkę miareczki. Szalki zrównały się mimo wiatru.

– Proch to towar, Zawada – powiedział Lisowski. Pułkownik patrzył prosto na towarzysza. – Ludzi nie będę tracił dla dwóch funtów prochu. Jeśli ci spieszno do walki, wejdź w głęboką wodę i popłyń na nich z szablą. Zobaczymy, czy zdołasz zamachnąć się, zanim kula z rusznicy rozerwie ci ramię.

Zawada spojrzał na łódź, w której żołnierze Sapiehy wciąż opierali broń o burty, mając suchy, stabilny punkt oparcia. Spuścił wzrok na moją wagę, splunął w rdzawą wodę i cofnął konia.

Przesypałem odważony proch do pustego, skórzanego worka, który wyciągnął Kwatermistrz. Odwiesiłem wagę i kazałem Anastazji schować ją do lżejszej skrzyni. Mokrymi, zmarzniętymi palcami zdjąłem beczułkę z wieka cięższej skrzyni, przekręciłem klucz w kłódce i wyjąłem urzędowy rejestr. Otworzyłem go na deszczu tylko na tyle, by zmieścić końcówkę pióra maczanego w małym rogu.

Wpisałem datę i jeden krótki wiersz. Dwa funty z puszki ogólnej. Koszt przeprawy przez Ułłę, wydane pikiecie sapieżyńskiej za usunięcie drewnianych zapór. Odłożyłem pióro, nie używając piasku. Woda i tak rozmyłaby atrament, a ja musiałem zachować dowód wydatku, zanim Kopyto oskarży kancelarię o braki w magazynie. Zamknąłem rejestr, wsunąłem go z powrotem do skrzyni i zatrzasnąłem kłódkę.

Kwatermistrz podszedł do łodzi z workiem uniesionym ponad głową. Oficer w ferezji wychylił się przez burtę, odebrał proch i rzucił go na dno krypy. Człowiek z żerdzią pchnął mocniej. Łódź z wolna przesunęła się w dół rzeki, odsłaniając główny nurt brodu.

– Ruszać! – krzyknął Lisowski.

Wsiadłem na srokatego. Mokre sukno przykleiło się do moich ud. Konie ruszyły.

Szlak przez wodę stawał się coraz trudniejszy. Pierwsze kilkadziesiąt kroków wiodło przez płytkie błoto, ale potem rzeka nagle opadała w głębsze koryto wyżłobione przez wiosenne roztopy. Woda podeszła aż pod końskie brzuchy. Zwierzęta zaczęły stawiać opór. Ich oddechy stały się krótkie, gdy traciły grunt pod kopytami.

Ciężkie wozy taborowe weszły w rzekę zaraz za lekką jazdą Ostroroga. Woźnicy powiązali je w pary grubymi konopnymi linami, próbując stworzyć masę, która oprze się nurtowi. Koła zgrzytały o niewidoczne pod wodą kamienie, a drewniane osie trzeszczały pod naciskiem ładunku.

Jechałem z lewej strony, osłaniając karego konika ciałem srokatego wałacha. Woda przelewała się przez strzemiona. Słyszałem za plecami cichy głos Anastazji uspokajającej gniadego. Jej koń był słabszy, obciążony jukami i lżejszą skrzynią, ale stąpał za nami krok w krok.

Zaraz za nami szedł wóz z zapasem soli i owsa zebranych pod Witebskiem. Ciągnęły go cztery mocne, kare konie z taboru Kopyty. Nurt uderzał w drewniane szprychy, spychając wóz w dół rozlewiska.

Nagle jeden z karych koni pociągowych stracił oparcie. Jego tylne kopyta zsunęły się z niewidocznego piaszczystego progu prosto w głębię. Zwierzę rzuciło łbem do tyłu, próbując złapać równowagę. Ciemna woda wlała się mu do uszu. Koń zarżał dziko, a dźwięk ten odbił się od ściany lasu.

Skórzane szleje napięły się jak struny. Kary koń zaczął bić przednimi kopytami o powierzchnię wody, tworząc fontanny rdzawej piany. Jego panika udzieliła się pozostałym trzem zwierzętom w zaprzęgu. Zaczęły szarpać na boki, plącząc rzemienie i zaciągając pętle wokół własnych szyi.

– Tnij liny! – ryknął woźnica, wychylając się z kozła. Złapał za siekierę, ale wóz przechylił się gwałtownie, podcięty przez szamoczące się zwierzęta. Woźnica stracił równowagę i wpadł do rzeki.

Kary koń taborowy poszedł pod wodę. Grube, namoknięte pasy pociągnęły go w dół. Na powierzchni ukazywał się tylko jego łeb z wytrzeszczonymi oczami, a zwierzę łapało powietrze. Z każdym szarpnięciem wóz osuwał się głębiej w wodę, ściągając za sobą resztę zaprzęgu.

Woda wokół wozu zakipiała. Dwa kolejne konie traciły grunt.

Wóz, znoszony przez prąd, zbliżał się do naszej linii. Gniady wałach Anastazji zarżał, próbując wycofać się przed powiększającą się falą. Nurt naparł na jego boki. Gniady potknął się. Prawe przednie kopyto uślizgnęło się na gładkim kamieniu.

Zwierzę upadło na kolana. Woda natychmiast zalała boki konia. Lżejsza skrzynia kancelaryjna, przymocowana do kulbaki, przechyliła się niebezpiecznie, dotykając powierzchni rzeki. Gniady próbował wstać, ale obciążenie ciągnęło go pod wodę.

Anastazja nie krzyknęła. Ani razu nie wezwała pomocy. Zsunęła się z siodła prosto w lodowatą, pędzącą rzekę. Woda sięgnęła jej powyżej pasa. Szarpnęło nią, ale zaparła się nogami o dno.

Zobaczyłem błysk stali. Miała w dłoni krótki nóż z kościaną rękojeścią. Chwyciła za pierwszy, namoknięty rzemień mocujący skrzynię do siodła i przecięła go szybkim, zdecydowanym ruchem. Skóra pękła. Skrzynia zsunęła się niżej.

Zeskoczyłem do wody, puszczając wodze srokatego. Lodowate uderzenie odebrało mi na chwilę władzę w nogach. Brzuch zwinął się w skurczu. Zrobiłem krok, walcząc z napierającym prądem, i złapałem skrzynię z drugiej strony, zanim zdążyła zanurzyć się całkowicie.

– Drugi pas! – rzuciłem.

Anastazja przecięła drugi rzemień. Skrzynia uwolniła się od siodła. Jej ciężar spadł na moje ręce, wbijając mnie głębiej w dno rzeki. Drewno było mokre i wyślizgiwało się z palców. Dawny ból w nadgarstku przeszył ramię aż do barku, ale zacisnąłem palce na okutym miedzią kancie.

Gniady wałach, uwolniony od ciężaru, rzucił się w przód, łapiąc grunt przednimi kopytami. Anastazja chwyciła go za kantar, ciągnąc w stronę bezpieczniejszego brzegu. Woda przelewała się przez jej ramiona, gdy walczyła z nurtem.

Z tyłu rozległ się głośny trzask. Wóz taborowy pękł na osi. Przednie koło odpadło, a cała konstrukcja zwaliła się do rzeki. Kary koń uwięziony w szlejach zniknął pod wodą. Na powierzchnię wypłynęły tylko bąble powietrza i kawałki połamanych desek. Semen i dwóch pachołków zdołali dopaść do reszty zaprzęgu, odcinając pozostałe trzy konie, zanim ciężar wozu wciągnął i je.

Trzymałem lżejszą skrzynię oburącz, trzęsąc się z zimna. Krok za krokiem, po omacku szukając twardego oparcia, parłem w stronę północnego brzegu. Woda opadała powoli, od pępka do kolan, aż wreszcie poczułem pod butami gęsty piach.

Wyszedłem na brzeg i rzuciłem skrzynię na mokrą trawę. Upadłem na kolana. Ciało drżało. Krew pulsowała w skroniach, a oddech przypominał charkot. Z trudem podniosłem głowę.

Anastazja stała kilka kroków dalej, trzymając dyszącego gniadego za kantar. Z jej spódnicy i wełnianego płaszcza lała się woda, tworząc rdzawą kałużę na ziemi. Miała sine usta, a dłonie kurczowo zaciskały się na rzemieniu. Nie patrzyła na mnie. Spoglądała na rzekę, po której unosiły się resztki zniszczonego wozu i worki z mokrym owsem.

Kopyto wyciągnął konia na brzeg niedaleko nas. Spojrzał na miejsce, gdzie zginął jego kary pociągowy. Twarz miał ściągniętą, ale nie krzyczał. Stanął w strzemionach i kazał swoim ludziom zbierać to, co dało się wyłowić z płycizny.

Srokaty wałach i kary konik z urzędowym rejestrem wyszły z wody z pomocą pachołka Mikołaja, który chwycił ich wodze, gdy ja ratowałem drugą skrzynię.

Lisowski podjechał do nas. Jego koń ociekał wodą tak samo jak nasze wierzchowce. Pułkownik spojrzał na lżejszą skrzynię leżącą w trawie, potem na mnie i na Anastazję.

– Woda weszła do środka? – zapytał, ignorując drżenie naszych ciał.

Podszedłem do skrzyni na sztywnych nogach. Podważyłem wieko. Skóra chroniąca spód i boki wytrzymała, ale zamek przepuścił wodę. Górne krawędzie kart w zapasowych księgach były ciemne od wilgoci. Atrament na kilku nieużywanych jeszcze kwitach zaczął się rozmazywać.

– Papier nie przemókł cały, ale krawędzie są mokre – zameldowałem, z trudem składając słowa między szczękającymi zębami. – Jeśli zostanie w skrzyni, za dwa dni pokryje się pleśnią i stęchnie. Nie napiszę na nim żadnej czytelnej asygnaty.

Lisowski przeniósł wzrok na las ciągnący się wzdłuż północnego brzegu. Niskie korony drzew dawały osłonę przed wiatrem, ale mżawka nie ustępowała.

– Ostroróg! – krzyknął Lisowski do rotmistrza awangardy. – Rozstawiasz warty na trzy staje w każdym kierunku. Kwatermistrz, zbierz wozy w czworobok tuż za linią drzew.

– Rozpalić ogniska? – zapytał Ostroróg, wycierając twarz z wody. – Połowa lekkiej jazdy pływała w rzece. Ludzie zamarzają.

– Żadnych ognisk – uciął twardo Lisowski. – Sapieha wziął myto za powalone drzewa, ale jeśli zobaczą dym z postoju, do nocy zejdą się tu łupieżcy z całego witebskiego traktu. Jesteśmy ślepi po tej stronie wody, a Szwedzi mogą mieć patrole dwa rzuty kamieniem stąd. Nie oznaczę im obozu słupem dymu.

Ostroróg skinął głową i odwrócił konia, by przekazać rozkazy.

Lisowski zwrócił się do mnie.

– Zabezpieczysz papier, pisarzu. Masz własne ciało.

Wstałem z mokrej trawy. Otworzyłem lżejszą skrzynię całkowicie. Anastazja podeszła bliżej, puszczając kantar gniadego. Rozwiązała rzemyki podtrzymujące zwoje czystych arkuszy i księgi pomocnicze z rozliczeniami paszy.

Wyciągnąłem pierwszą partię wilgotnego papieru. Drżącymi dłońmi rozpiąłem mokry żupan na piersi. Koszula pod spodem również była wilgotna, ale ciało wciąż dawało ciepło, jedyne źródło, które nie zdradzało naszej pozycji. Wsunąłem plik arkuszy pod sukno, przyciskając go ramieniem do boków. Sztywny, zimny papier przylgnął do skóry. Zacisnąłem zęby, by nie wydać z siebie dźwięku.

Anastazja milczała. Wzięła mniejszy plik, na którym spisywała stany mąki i owsa. Rozpięła zapięcia pod samą szyją i włożyła dokumenty głęboko pod warstwy wełnianej odzieży, krzyżując ramiona na piersi, żeby je przytrzymać. Jej oddech był krótki i urywany.

Kancelaria ruszyła w stronę wyznaczonego czworoboku wozów, niosąc na sobie własne archiwa.

Pod starym dębem, w miejscu, gdzie korzenie tworzyły naturalne zagłębienie wolne od błota, usiedliśmy obok siebie. Pachołkowie Kwatermistrza zaczęli przywiązywać konie taborowe do wozów. Zawada przeszedł obok i kopnął leżącą na ziemi gałąź, ale nie spojrzał w naszą stronę.

Wiatr zawodził w gałęziach. Zimno paraliżowało stawy, a każdy ruch wymagał wysiłku.

– Zgubiłam nóż – powiedziała nagle Anastazja. Jej głos brzmiał głucho.

Siedziała zgarbiona, obejmując się ramionami, by utrzymać papier blisko ciała. Jej mokre włosy opadały na twarz, zasłaniając zaciśnięte usta.

– W wodzie – dodała po chwili. – Kiedy odcinałam skrzynię. Wypadł mi z ręki.

Skórzana pochwa przy jej pasie była pusta. To był ten sam nóż, którym w Tuszynie odcinała rzemienie od worów z mąką, a potem nacinała chleb. Mały nóż z kościaną rękojeścią, który stanowił jej jedyne prywatne ubezpieczenie.

– Znajdę ci inny – odpowiedziałem, nie zmieniając tonu. – W Kwatermistrzostwie są dziesiątki noży zdjętych ze szwedzkich siodeł. Wpiszemy to w koszty.

Pokiwała głową niemal niedostrzegalnie.

Zapachniało mokrą wełną, mułem i zimową zgnilizną. Oparłem głowę o szorstką korę dębu. Skrzynie kancelaryjne stały przed nami, zabezpieczone i zamknięte. Pod moim żupanem mokre krawędzie arkuszy zaczynały schnąć od ciepła ciała.

Kompania Lisowskiego stała bez ognia w lesie i czekała na świt.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij