Bez końca - ebook
Książka "Bez końca" autorstwa Niny Kraus to poruszająca, momentami dramatyczna, a przede wszystkim bardzo ludzka i autentyczna opowieść o młodej dziewczynie, która postanawia uciec od wszystkiego, co znane i odnaleźć siebie gdzieś pomiędzy mapą a nieznanym.
Nina Kraus nie moralizuje, ale daje przestrzeń czytelnikowi do refleksji. Autorka świetnie buduje klimat miejsc — wszystko wydaje się tak rzeczywiste, że niemal czujemy zapach kawy i piach pod stopami.
To idealna propozycja dla czytelników, którzy poszukują na kartach literatury czegoś pięknego i lekkiego zarazem. To ciepła, optymistyczna powieść, która przypomina, że prawdziwej zmianie często towarzyszą odwaga i otwarte serce.
Dla każdego, kto choć raz poczuł się uwięziony w cudzych oczekiwaniach i wewnętrznej presji, ta książka może być jak kompas. Serdecznie polecam. - Jacek Porzycki, polonista, dla którego literatura to nie tylko książki, ale klucz do zrozumienia świata i siebie, wielbiciel ekfraz, działa na styku literatury, obrazu i audiowizualności
"Czy życie naprawdę jest pełne niespodzianek? Oczywiście. Jeśli tylko się na nie otworzymy, tak jak Julia. Młoda dziewczyna z małej polskiej miejscowości wyrusza w świat, a jej historia rozwija się w zawrotnym tempie, popychając ją do przekraczania własnych granic i nieustannego wychodzenia ze strefy komfortu. Im bliżej celu, tym większe wyzwania. Kolacja z multimilionerami w najbogatszej części świata, w sąsiedztwie prezydenta, przeprawa przez dziką dżunglę bez mapy, podejrzenie o przemyt kokainy? Tak. I znacznie więcej. Czy to możliwe, że do tego doprowadziła ją pewna historia miłosna, której stała się udziałem? Przekonajmy się, czy bohaterka będzie miała siłę, by przezwyciężyć przeciwności losu, czy też podda się, a kosztem rezygnacji z mężczyzny odzyska spokój i bezpieczeństwo."
Nina Kraus – pasjonatka fotografii, podróży i nieustannego poszukiwania nowych wrażeń. Malarka. Mieszkała pod dwudziestoma pięcioma adresami w pięciu krajach. Prywatnie mama dwojga dzieci, którym nieustannie stara się poszerzać horyzonty i otwierać okno na świat. Debiut "Bez końca" jest wynikiem opowieści zakorzenionych w doświadczeniach. Autorka stosuje lekki styl literacki, który pozwala czytelnikowi oderwać się od prozy życia i wyruszyć w wielką podróż.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-905-8 |
| Rozmiar pliku: | 964 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od tygodnia, przypiekani przez południowe, boliwijskie słońce, przemierzali krętą, wąską drogę, ciągnącą się bez końca, pokrytą ostrymi kamieniami i kremowym, brudnym pyłem. Za każdym przejeżdżającym samochodem unosiła się wysoko w niebo gruba smuga białawego kurzu, która ciągnęła się jeszcze przez kilkaset metrów, a czasem nawet kilka kilometrów. Im bardziej było sucho, tym mocniej pył wirował przy najdrobniejszym nawet ruchu.
Ostatnią asfaltową nawierzchnię widzieli jakieś dziesięć godzin temu, w Santa Cruz. Trudno było określić obecne położenie młodej dwójki Europejczyków, sądząc po kącie padania słońca i w którą stronę się kieruje, można było oszacować, że znajdują się gdzieś pomiędzy Concepción a San Ignacio de Velasco. Spowolnione tempo jazdy dawało czas na podziwianie natury, która robiła na Julii i Paulu duże wrażenie, choć była jednak dosyć jednostajna. Od czasu do czasu musieli pokonywać mostek, zbudowany zazwyczaj tylko z dwóch drewnianych belek łączących oba brzegi, często wąskich i przegniłych. Zbliżali się właśnie do jednego z nich i zwolnili prawie do zera, by móc przejechać na pierwszym biegu. Jadąc szybciej, ryzykowaliby uszkodzenie samochodu albo wpadnięcie do rzeki. Mimo wcześniejszych doświadczeń z podobnymi przeprawami, nadal wstrzymywali oddech na czas całego przejazdu.
Samochód kołysał się niebezpiecznie, potrzebował mocniejszego dodania gazu, żeby pokonać większą z dziur, w której prawie utknęło koło. Drewno trzeszczało złowrogo, ale wytrzymało – pojazd jednak nie zawisł na podwoziu, oparty jedynie o dwie liche belki. A było to bardzo prawdopodobne. Głęboki wdech, głęboki wydech.
– Uff, udało się – odetchnął Paulo, a Julia teatralnym gestem wzniosła złożone ręce ku niebu.
Słońce wciąż wisiało wysoko, prażąc duszącym żarem każdy żywy organizm. Przed nimi widać było tylko wyboistą drogę pełną zakrętów, za nimi – wirujący pył, wściekły, że ktoś zakłócił mu spokój.
Nagle, po kolejnym z zakrętów, zamarli. Tym razem znikąd pojawił się wojskowy jeep wypełniony żołnierzami. Dostrzegli toyotę hilux i stanęli swoim pojazdem w poprzek drogi, zmuszając ich do zatrzymania się. Nic już nie było oczywiste, na tej trasie może zdarzyć się wszystko. Z boku samochodu i na masce widniały jakieś symbole – oprócz boliwijskiej flagi dostrzegli także ciemnego orła i wiele napisów.
Żołnierze wysypali się z jeepa jeden po drugim. Każdy miał na sobie solidną kamizelkę kuloodporną i broń tak dużą, że zdawała się ich przytłaczać. Wszyscy byli przygotowani do strzału – mocno trzymali karabiny, a palce ich prawych dłoni spoczywały na spustach. Przewieszone przez ramię pasy z nabojami lśniły w popołudniowym słońcu. Na migi padł rozkaz, by wyłączyć silnik. Zbliżyli się do samochodu Paula z obu stron, bacznie obserwując tę nietypową jak na środek boliwijskiej dżungli białoskórą parę: długowłosą, szczupłą blondynkę o niebieskich oczach i delikatnych rysach oraz rosłego bruneta o kędzierzawej czuprynie, falującej przy każdym ruchu.
Julia otworzyła drzwi ogromnej toyoty, która na swoim podwyższonym zawieszeniu wyraźnie górowała nad ich jeepem. W pół sekundy wszystkie dwanaście karabinów, z szeregiem głośnych kliknięć, zostało skierowanych na nią. To był definitywnie zły ruch, jak się okazało. Julia szybko zatrzasnęła drzwi, po czym praktycznie wstrzymując oddech, razem z Paulem obserwowali, co będzie dalej. Żołnierze wyglądali bardzo poważnie i profesjonalnie. Twarze, tak podobne do siebie, że sprawiali wrażenie, jakby wszyscy wywodzili się z tej samej rodziny, nie wyrażały żadnych emocji. Jednakowe mundury moro i grube, kuloodporne kamizelki naprawdę budziły respekt. Były zbyt masywne, by można je ukryć choćby pod garniturem. Sądząc po wielkości sprzętu, kula z tej broni przeszyłaby na wskroś nie tylko tę egzotyczną jak na obecne warunki parę i ich samochód, ale pewnie wylądowałaby w ostatniej wiosce, którą mijali.
– Proszę otworzyć okno! – krzyknął chyba dowódca grupy, marszcząc brwi. Za nim ustawiła się część żołnierzy, reszta przeszła na drugą stronę samochodu. – Skąd jedziecie? –zapytał Paula, nieco się schylając. Dziwne, że nie zapytał najpierw dokąd.
– Jedziemy z Santa Cruz.
– Dokumenty – zażądał z kamienną twarzą.
Paulo wyciągnął grubą teczkę z bocznej kieszeni samochodu. Wręczył stos kserokopii najróżniejszych papierów, jedne opieczętowane, inne nie.
Oficer odwrócił się do pierwszego żołnierza i zaczął przeczesywać stos dokumentów. Do procesu włączył się trzeci.
„Nie ma co, teraz wszyscy trzej mają nas w garści” – pomyślała Julia, czując serce w gardle albo i wyżej.
Było jeszcze gorzej: poprosili o paszporty. Dokumenty zaczęły krążyć z rąk do rąk. Przed oczami Julii przewijały się sceny z filmów o porwaniach w krajach Trzeciego Świata ludzi, którzy ginęli bez śladu. Może żołnierzom należało się trochę zrozumienia – w końcu była to najbardziej uczęszczana przez narkotykowych dilerów trasa na świecie. Tędy właśnie kokaina trafiała do Brazylii, a potem na pozostałe kontynenty. W ten sposób lądowała w każdej zwijanej rurce, która służyła jako podajnik efektów specjalnych fundowanych przez białą śmierć. Julia i Paulo nie do końca byli świadomi tych faktów, wybierając tę właśnie drogę, pomimo że trasę odradzał każdy, kto słyszał o tym pomyśle. Jednak w wyniku poprzednich wydarzeń zupełnie stracili zaufanie do tubylców i zuchwale ignorowali ostrzeżenia.
– Przejaskrawiają fakty, naturalnie – uparcie powtarzał Paulo, komentując przestrogi.
Boliwię odwiedził już wiele razy, więc Julia nie miała powodu, by wątpić w jego słowa. Poza tym, kierując się jedyną mapą Boliwii z Lonely Planet, pokazującą tylko dwie główne drogi w całej wschodniej części kraju, obliczyli, że długość trasy jest bardzo kusząca, bo stanowi zaledwie jedną trzecią drogi z Santa Cruz do Corumbá. Postanowili więc zaryzykować. Nadmiar przygód i kilkakrotne otarcie się o śmierć pozwoliły myśleć, że najgorsze za nimi.
Okazało się jednak, że byli w błędzie…2
Pewnego dnia, pięć lat wcześniej, w małym polskim mieście, coś sprawiło, że Julia podjęła bardzo radykalną decyzję. Wciąż niepewna, zawiesiła dotychczasowe życie, wszystko, co kształtowało ją do tego momentu, i zaczęła pakować walizki. Podczas tego procesu wiele niepewności i wahań przeszyło jej serce, ale rezultat miał być jeden i niezmienny: wyjazd przez duże W.
Ostatniej nocy tysiące myśli nie pozwalało zasnąć Julii, pogrążonej w analizach i podsumowaniach, ale nie w wahaniach. Jakaś wewnętrzna siła popychała ją do działania od dłuższego czasu, jednak młodość i brak doświadczenia nie pozwalały jej nazwać dziwnej pustki, która rosła w duszy.
Ni stąd, ni zowąd pojawił się żal, że to, co minęło, już nie wróci. Starała się nie dopuścić do głosu słowa „nigdy” ani przekonania, że właśnie skończyły się najlepsze lata jej życia, obfitujące w pierwszą miłość, która urosła do rangi życiowego doświadczenia.
– To nic, że mam dopiero dwadzieścia lat, a to, co się zdarzyło, było naprawdę niezapomniane, świetne i ważne – mruczała do siebie w ciemności. – Ale chyba się skończyło, skoro w sąsiednim pokoju, do cholery, czekają dwie wypchane do granic możliwości walizy! – Przewróciła się na drugi bok i zacisnęła powieki, nakazując organizmowi sen. – Grunt to pozytywne nastawienie. Trzeba zawsze oczekiwać tego, co najlepsze, będąc jednak przygotowanym na najgorsze – powtarzała sobie jak mantrę, pozwalając, by te słowa kołysały ją do snu.
Trudno powiedzieć, czego właściwie oczekiwała od życia w tamtym momencie. Starała się jednak, by jej wymagania były ogólne, nie wiedziała przecież, co przyniesie wyprawa. Życie dzieli się na wiele etapów. Kilka z nich pozwala nam na całkowitą otwartość na możliwości, o których istnieniu nie mamy nawet pojęcia. Wtedy gdy mamy serce na dłoni i duszę, która pragnie czegoś nowego, dzieją się niesamowite rzeczy. Julia nie zdawała sobie sprawy, że odtąd jej życie będzie tak właśnie wyglądało: pasmo niespodzianek i nieprzewidywalnego rozwoju wypadków, co dotąd było jej zupełnie obce, ba, wręcz nie znała takiego pojęcia.
Wyszła z założenia, że wszystko jest możliwe – zależy tylko, w co się wierzy. Nagle poczuła, jak całe jej ciało ogarnia potworny smutek. Ścisnął ją tak mocno, że po policzkach potoczyły się łzy. Miała zostawić swój ciepły pokoik na poddaszu z uroczym widokiem, beżową sofę, na której można zawsze się schronić przed całym światem, i cichuteńki ścienny zegar. W ostatnich kilku latach coraz częściej miała poczucie całkowitej izolacji od możliwości. Żyjąc właściwie na łonie przyrody przez tak długi czas, dochodzi się do przekonania, że omija nas coś, czego moglibyśmy doświadczyć. Coś lepszego? Na pewno innego.
W życiu każdego człowieka prędzej czy później nadchodzi taki moment, w którym desperacko potrzebuje wielkiej zmiany. Takiej, która przewróci świat do góry nogami. Czeka na sztorm, który przychodzi bez wielkich obietnic, ale z wielkimi nadziejami. Nie każdy jednak pozwala mu wejść do środka – niektórzy zamykają szczelnie drzwi i obracają się na pięcie, chroniąc przed nim swoje wnętrze, lepsze lub gorsze, ale znane.
Julia nie mogła już dłużej tego robić i pomyślała, że jest gotowa na zmianę. Smutek jednak pojawił się mimowolnie, choć mu na to nie pozwalała. Mówi się, że ludzie spod znaku Byka są domatorami, ale jak widać, zawsze zdarzają się wyjątki.
Mały kraj, mała miejscowość, a jednak był to nie tylko dom Julii, lecz cały jej świat. Nie wydawał się ciasny czy przyziemny. Nie znała innej rzeczywistości, jednak pomimo tego jakiś element jej wnętrza podszeptywał, że to jeszcze nie wszystko. Że będzie więcej, że będzie ładniej. Coś nie pozwalało jej siedzieć spokojnie i czekać. Musiała wyruszyć po to coś, co wołało ją w snach, gdy przemierzała ulice, prowadziła samochód, robiła zakupy. Klamka zapadła. Bez analizy, listy plusów i minusów, wielkich podsumowań i westchnień. Ale w tym wszystkim pojawił się smutek – ten sam, który wszedł w jej życie wtedy i nigdy już go nie opuścił. Chyba wszyscy, którzy mieszkają w więcej niż dwóch krajach, znają to uczucie – nieustanną tęsknotę za miejscem, w którym akurat się nie przebywa.
Gdy zgadzała się telefonicznie na zamieszkanie w Nowym Jorku, nie zdawała sobie do końca sprawy, co tak naprawdę robi. Decyzja nabrała już faktycznej mocy, Julia pozwoliła jej zabrać się na drugi koniec świata. Wszystko działo się trochę poza nią, tkwiła w swego rodzaju odrętwieniu, nie do końca wierząc w autentyczność wydarzeń. Cała sytuacja wydawała się mało realna, ale jednak była jej częścią.
Nowy Jork nie pociągał Julii na tyle, żeby wpadła w euforię na myśl o wyjeździe do tego miasta. Była zakochana w San Francisco. Ale skoro w każdej sytuacji należy znaleźć pozytywne strony, od razu pomyślała, że New York City leży bliżej miasta marzeń niż Polska. San Francisco skradło jej serce, gdy miała dziesięć lat. Miłość na śmierć i życie narodziła się, gdy emitowano serial _Ich pięcioro_. Akcja filmu rozgrywała się właśnie w tym mieście, a pomiędzy sceny wpleciono malownicze widoki. Trudno powiedzieć, co tak bardzo urzekło ją w tych obrazkach – może przywiązanie do ekranowej rodzinki, wciągająca fabuła, a może naturalny urok miasta, które wyrosło na gorączce złota. Fakt, że bez wątpienia była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Julia dorastała w małej miejscowości na południu Polski w czasach, kiedy życie w Stanach było szczytem marzeń wielu Polaków. Mówiło się, że można tam wyjechać i w pół roku zarobić na nowy dom, wyjazd dookoła świata, psa, ogródek i jeszcze parę diamentów.
I rzeczywiście tak było. Każdego, kto wracał zza oceanu, traktowano jak półboga. Ostatecznym dowodem statusu były walizy pełne zielonych banknotów, za które można było kupić połowę wioski i nowych znajomych. Panowało przekonanie, że Stany to kraj mlekiem i miodem płynący, i wszyscy mieli rację, myśląc w ten sposób. Julia osobiście spóźniła się na te fajerwerki. Światowa gospodarka zaczęła rozwijać się w różnych kierunkach, a w USA akurat zwolniła tempo. Wciąż jednak dało się odczuć potęgę tego kraju, jego wielkość i możliwości. Na ulicach unosiły się marzenia, czekające na spełnienie, czyli pojawienie się we właściwym czasie w odpowiednim miejscu, a niezłomny uśmiech dobrobytu i pogodnego usposobienia nigdy nie bladł na twarzach Amerykanów.
Zostawiła zatem studia i ciepłe pielesze swojego uroczego pokoiku, który dawał poczucie całkowitego bezpieczeństwa – nie tylko ze względu na położenie na trzecim piętrze. Porzuciła miłość, która jakby wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza, psa, ukochany las i widok z okna – góry, za które można by oddać duszę.
Nie potrafiła nazwać tego, czego szukała, ale drastyczna zmiana – roczny wyjazd na drugi koniec świata – wydawała się rozsądnym rozwiązaniem. Spakowała dwie walizki, do których włożyła ubrania na cztery pory roku. Dopiero w samolocie zastanowiała się, jak udało jej się to wszystko zmieścić. Nie była do końca świadoma, że wkracza do raju zakupoholików, gdzie jej garderoba bardzo szybko odzyska właściwe rozmiary.
Siedząc w samolocie, spoglądała na spokojny Atlantyk przesuwający się w dole. Gdy analizowała parametry lotu wyświetlane przed jej nosem – wysokość, liczbę przebytych kilometrów i tych, które pozostały do lądowania – uświadomiła sobie, jak bardzo oddaliła się od domu i jak niewiele wie o tym, co czeka na nią po drugiej stronie oceanu. Miała dwadzieścia lat i rzucała się na głęboką wodę z silnym przekonaniem, że tam, gdzieś daleko, jest coś dla niej. Coś, czego nie mogła przegapić, a co z pewnością z własnej inicjatywy nie wyruszy na jej poddasze, by ogłosić swoje istnienie. Niby towarzyszyła jej myśl, że może w końcu spełni marzenie o wizycie w San Francisco, ale nie skupiała na tym całej swojej energii. To miasto było tak daleko, że nie mogła sobie nawet wyobrazić dystansu między miastem złota a maleńkim Laskiem. Marzyła o przejściu się ulicami San Francisco, ale to marzenie raczej należało do tych z rodzaju nieosiągalnych. Nie przypuszczała jednak, że od wizyty w jej „raju” dzieliło ją zaledwie kilka miesięcy.
Samolot sunął gładko, bez turbulencji, zwieńczając lot pięciokrotnym przelotem nad centrum miasta. Mając cały Manhattan u stóp, zastanawiała się, jak potraktuje ją nowy dom.3
Gwar, syreny policyjne gdzieś z przodu, ambulansu – w tyle. Klaksony, od czasu do czasu pokrzykiwania i pisk sygnału cofających ciężarówek. Całość odbijająca się echem wśród drapaczy chmur, podwajając wrażenia. Krótko mówiąc: Nowy Jork.
Julia dotarła na statek na czas, by przygotować podróż dla dwudziestu osób. Czarterowy jacht czekał już zacumowany w Chelsea Piers, obok zaparkował mały van z dostawą mięsa i alkoholu. Przyspieszyła kroku, zerkając na zegarek. Nie była spóźniona, dostawa przyjechała przed czasem.
– Już jestem! – Wskoczyła zwinnie na statek, na który o tej porze nie prowadził żaden mostek w celu zniechęcenia potencjalnych, nieproszonych gości.
Na statek trafiła po roku pracy jako au pair, który miał być tylko epizodem w jej polskim życiu. Nie przypuszczała, że zostanie tutaj na dłużej, ale w końcu zapadła decyzja, głównie dzięki propozycji obecnej współlokatorki, by pomóc przy obsłudze rejsu. Pewnego ranka, kiedy Julia szła do szkoły nieco później, ta przy kawie od niechcenia zapytała, czy ma wolne popołudnie, by pomóc w małej wyprawie wokół Manhattanu. I tak zostało. Praca okazała się świetna i interesująca: poszerzający się zakres obowiązków, codziennie nowe wyzwania, spotkania z interesującymi i słwanymi ludźmi – idealne zajęcie dla studenta. I tym sposobem minęły cztery ciekawe lata życia w wielkim świecie.
Tego dnia menu było bardzo skromne w ilości, ale wyrafinowane w jakości. Julia nabrała już pewności siebie, ale na pierwsze czartery jako szef kuchni przydałaby się waleriana. Została rzucona na głęboką wodę, prawie dosłownie, gdy po jednym lecie spędzonym na statku jako _maitre d’_, czyli szefowa obsługi przyjęć, właściciel jachtu poprosił, by przejęła funkcję szefa kuchni, gdyż dotychczasowy musiał nagle wyjechać.
– Tobie wychodzi to tak naturalnie – stwierdził pewnego razu, gdy pomagała Frankowi w gotowaniu, i wszedł do kuchni, akurat jak robiła tak zwany _prep_, czyli przygotowania do gotowania. – Frank wyjeżdża w przyszłym tygodniu i potrzebujemy zastępstwa na resztę lata.
Julia, będąc ułożoną i grzeczną dwudziestoparolatką, niepotrafiącą nikomu odmówić, a już szczególnie Johnowi – właścicielowi statku – który należał do najbardziej sympatycznych ludzi na świecie, z szalejącym z niepewności sercem zgodziła się na propozycję. Szefem kuchni jeszcze nigdy nie była. Idąc przez zatłoczone Chelsea Piers, analizowała decyzję, czy aby dobrze zrobiła, przecież na gotowaniu znała się średnio. Z mamą wprawdzie urządzały przyjęcia nawet na trzydzieści osób, ale wtedy była co najwyżej pomocnikiem. W dodatku w domu nikt się nie obrazi, gdy obiad będzie spóźniony dwadzieścia minut albo lekko wysuszony.
„A teraz?” – panikowała. „Nawet Frank miał kłopoty z ugotowaniem szparagów tak, by nie były za miękkie, a jednocześnie zdążyły wejść na stół razem z coq au vin i krokietami z dzikiego łososia!” Myśli szalały w jej głowie. „Jak mam to ugotować? Nie mam nawet przepisów! A piekarnik? Przecież działa w kratkę! Ile osób? Osiemdziesiąt? Tylko osiemdziesiąt, banał”.
– Jasne, jasne, super Julia zaraz ugotuje jak w pałacu, przecież wszystko wiem! – wyrzucała z siebie głośno, pędząc ulicami Manhattanu. Nikt nie zwracał na nią uwagi, wszakże gadający do siebie nowojorczycy to standard, nikogo to już od dawna nie dziwi. Gorzej, gdy ktoś kłóci się sam ze sobą, wtedy to oficjalnie uchodzi za wariata. Ale i to nie było w tym mieście rzadkością.
– _Hey, beautiful!_ – krzyknął ktoś prosto do ucha Julii, gdy analizowała, jak to będzie pojutrze, kiedy na pokład wejdą wyrafinowani goście, a ona wciąż nie dostała menu. – _Don’t worry, be happy, you’re beautiful_. – Nieznajomy odwrócił się za siebie i długo podążał spojrzeniem za blondynką, która, nie reagując na zaczepkę, potrząsała głową, zdumiona biegiem wydarzeń.
Awans, jakich mało, nie ma co.
Choć Julia nie potrafiła zliczyć, ile razy wypływała już na Hudson, za każdym razem towarzyszyły jej te same emocje, które potrafią porywać serce w ten sam sposób. Kołyszący się statek przy dźwiękach Sinatry dawał poczucie lewitacji, ciało i dusza unosiły się wysoko, zostawiając w dole absolutnie wszystko, nawet samą siebie. Czas, wbrew wszelkim zasadom, zatrzymywał się, ustępując miejsca zadumie i zachwytowi nad pięknem wytworu ludzkich rąk, pomysłowością i nieograniczonymi możliwościami, jakie od dekad gwarantowało przybyszom to miasto.
Szampan pod Statuą Wolności przy zachodzie słońca na rzece Hudson należał do jednych z najprzyjemniejszych momentów jej pracy. Potem nocny widok Manhattanu, przejażdżka pod mostami: Brooklyński, Wellington i Manhattan. Widok był niesamowity i dla takich momentów warto było żyć. Jakie to szczęście chodzić do pracy z taką perspektywą. Sam jacht przydawał wyprawie dodatkowego szyku. Choć czasy świetności „Mariner” miał już dawno za sobą, wciąż wprowadzał atmosferę dawnego przepychu i elegancji, charakterystycznej dla minionej epoki. Na stuletniej łodzi królował sentyment, który dawało się odczuć od momentu wejścia na pokład. Pasażerowie podczas rejsu żyli cudzymi wspomnieniami i opowiadali historie, które z pewnością były częścią tego miejsca.
Był to jacht z charakterem, miniatura „Titanica”. Na co dzień spokojnie kołysał się w Chelsea Piers, od czasu do czasu wypływając w rejs wokół Manhattanu, Newport, a nawet na Karaiby. W ciągu dnia, gdy nie panował tam gwar przygotowań, a motor stał na straży chwilowo uśpiony, można było usłyszeć pracujące drewno stelażu, pojękujące cicho przy ruchu fal. Łódka gościła na swoim pokładzie połowę sław Ameryki, wielokrotnie służyła też jako element scenografii różnych filmów, sesji zdjęciowych czy klipów. Każdy, bez wyjątku, ulegał jej urokowi. Goście wybuchali śmiechem przy historiach, którymi kapitan hojnie ich raczył, pozwalając nawet poprowadzić statek na otwartych wodach, jeśli tylko fale rzeki Hudson nie burzyły się gwałtownie. Najciekawsza była opowieść o duchu Tedzie, stałym mieszkańcu jachtu. Naturalnie każdy statek w pewnym wieku zyskuje swojego strażnika. „Marinera” strzegł Ted. Można go było zobaczyć wyłącznie w ciemną, złowrogą noc, gdy gęsta mgła oplatała kadłub, tłumiąc wszelkie odgłosy. Wtedy Ted wychodził na przechadzkę i odwiedzał tych, którzy akurat znajdowali się na pokładzie. Historii o rzekomym duchu było bez liku, zwłaszcza że łódź wypływała z portu bardzo często.
Julia miała doświadczyć obecności Teda pewnego jesiennego wieczoru, gdy zbliżało się Święto Dziękczynienia. Firma dostała zlecenie na wielkie indykowanie w Hamptons, na północ od Manhattanu. W rozkładzie dnia przewidziano brunch dla osiemdziesięcioosobowej grupy gości, bardzo wrażliwej na amerykańską kulturę, tradycję i kuchnię. Ponieważ półwysep oddalony był od Manhattanu o dwie godziny jazdy autobusem, statek wraz z załogą musiał wyruszyć dzień wcześniej, „Mariner” osiągał w najlepszym razie piętnaście węzłów, czyli około trzydziestu kilometrów na godzinę. Goście zapłacili setki tysięcy dolarów, nie było miejsca na opóźnienia czy inne psikusy stuletniej, drewnianej i nieco zmęczonej łodzi. Nader przyjemny rejs, który trwał pół dnia, oraz błękitne niebo niezapowiadające niespodzianek wprawiły całą załogę w pozytywny nastrój. Dopłynęli wraz z zachodzącym słońcem, które czule oplatało urocze wille milionerów z ogródkami wpadającymi w zatokę.
Na miejscu Julia dowiedziała się, że przybijają do brzegu tylko po to, by załadować statek produktami oraz dekoracją i natychmiast odbić, by rzucić kotwicę kilometr od portu ze względu na nocny odpływu. Port był maleńki, a statek nie. Spieszyli się z obowiązkami, a z mostku kapitańskiego co chwilę dobiegał głos kapitana odliczającego czas do odpływu. Po załadowaniu towaru odpłynęli z powrotem na głębiny, by dokończyć przygotowania. Pracowali przez kilka godzin, ustawiając tysiąc dyń o różnych rozmiarach w każdym możliwym kącie, wieszając sztuczne liście i tuziny bukietów jesiennych kwiatów.
Po udekorowaniu statku Julia musiała zabrać się za kuchnię i przygotować tonę jedzenia, w tym trzy kolosalne indyki amerykańskich rozmiarów, czyli wielkości polskiego małego fiata. Gdy wszystko zostało już zabezpieczone, szefowa kuchni ogłosiła, że czas na drinka. Przy głównej ulicy miasteczka znajdował się uroczy pub, w którym często bywały znane osobistości.
Było już po zmroku. Światła miasteczka rozlewały po wodzie pomarańczowy blask. Majtkowie zrzucili małą łódeczkę, by dowieźć wszystkich na brzeg. Piętnastoosobowa załoga wskakiwała do niby-pontonu, wykrzykując żarty, które niosły się po wodzie. Okazało się, że _sous chef_ zdecydowała, że położy się spać wcześniej, nie czuła się najlepiej. Julia zaproponowała, że zostanie z nią, choć przygaszone światła łodzi pośrodku ciemnych wód wzbudzały w niej natarczywe uczucie dyskomfortu. Ponton odpłynął w stronę brzegu i zostały same. Pomimo że ominęła je impreza w lokalnym pubie, korzystając z tego, że cały pokład miały dla siebie, postanowiły urządzić prywatne przyjęcie. Maisa nigdy nie próbowała caipirinhi, więc Julia ucieszyła się, że ma pretekst do przygotowania tego drinka, który ponadto jest najlepszym lekarstwem na przeziębienie – spora dawka witaminy C oraz jej kombinacja z mocnym procentem cachaçy w cudowny sposób regenerują organizm w ciągu kilku godzin. Włączyły w telefonie Julii gorącą salsę z jej niekończącej się kolekcji latynoskich rytmów.
– _O, caramba mi amor!_ To don Pedro! Uwielbiam tę piosenkę! Był moim sąsiadem! _Amar es algo mas que dar una amistad, amar es entregarse, es mas que una ilusion, es dar el corazón, amar es perdonarse_. – Maisa, wtórując don Pedro, zaczęła kręcić się wokół stołu, potrząsając od czasu do czasu zamaszyście swoimi latynoskimi krągłościami.
Podczas gdy Julia wtajemniczała ją w sekrety tworzenia trunków, ona zaczęła opowiadać o swoim życiu pełnym trosk i kłopotów. Pochodziła z Kuby. Uciekając przed dyktaturą, musiała na zawsze pożegnać się z umierającą matką. Szansę na lepsze życie otrzymała tylko dlatego, że kuzyn kapitana statku kursującego pomiędzy Kubą a Dominikaną pewnego wieczoru przyniósł jej fałszywy paszport i zakomunikował, że wypływają o świcie. Nie było czasu na pakowanie, a tym bardziej na sentymenty. Historia ją zahartowała, mocno doświadczając na każdej możliwej płaszczyźnie. Teraz była samotną matką czternastoletniego chłopca. Mimo wielokrotnych zrywów, obiecujących pomysłów i nieustannej energii do walki o lepsze życie, los wciąż kładł jej pod nogi najgrubsze kłody – zawsze wtedy, gdy wydawało się, że zbliża się happy end. Opowieści o biznesach poprzeplatały się z historiami o mężczyznach, którzy w życiu Maisy odegrali bardziej lub mniej zacne role, co jeden typ ciekawszy od drugiego.
Szef kuchni jest jak spowiednik. Wszyscy przychodzili się wyżalić w atmosferze spokojnych, kulinarnych przygotowań i unoszących się woni. Na wszystko można znaleźć remedium, poza bolączkami samego szefa, które musi wylewać gdzie indziej. W efekcie cierpiał przyjaciel Julii, aktor i pisarz, który do dziś wykorzystuje jej smęty w swoich scenariuszach. Dzięki temu widzowie mogą czasem na scenie lub ekranie zobaczyć samych siebie. Bardzo lubiła te momenty, w których zawiązywały się nowe więzi i przyjaźnie.
Po dłuższym czasie i opróżnionym dzbanku koktajlu ucichła też muzyka. Słychać było tylko delikatne fale pieszczące kadłub statku i regularne, przeciągłe skrzypienie drewna kołysanego miarowo z boku na bok. Wyszły na pokład. Od razu owiał je przeszywający kości i dusze chłód. Noc dawno pogrążyła się w głębokim, mrocznym śnie, przykrytym gęstą mgłą. Nie było widać brzegu, nie dochodziły też żadne głosy. Było już grubo po północy, a dziewczyny miały wstać jako pierwsze. Czekał je długi dzień, rozpoczynający się od nakarmienia całej załogi sowitym śniadaniem. Sprzątając resztki naczyń w kuchni, komentowały, że przyjęcie na lądzie musiało się solidnie przedłużyć. Zażartowały z kapitana, po czym miały już ulokować się w swoich kabinach, gdy ciszę przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Odgłos był przytłumiony, jakby w zwolnionym tempie. Wydobywał się z brzucha statku, gdzie znajdowało się małe pomieszczenie używane do przechowywania produktów spożywczych. Obie spojrzały w tym samym kierunku i przeszył je niepokój. To nie był jeszcze paniczny strach – raczej lodowaty ucisk w piersiach. Spojrzały na siebie i ruszyły w stronę kajut załogi mieszczących się w przedniej, dolnej część łodzi, stawiając kroki najciszej jak się dało. Po drodze Julia, w amoku, wyrwała ze stojącego na blacie kuchennym stojaka największy nóż, którego używała do krojenia mięsa.
– Po co mi nóż? – wyszeptała do Maisy, zakradając się po schodach prowadzących do małego pomieszczenia, które teraz przypominało loch. – Może zamiast brać nóż, powinnyśmy się obłożyć czosnkiem?
Nie wytrzymały i stłumiły chichot.
Ostrożnie otworzyły drzwi do niewielkiej kajuty, gdzie przechowywano artykuły spożywcze, część likierów i dwadzieścia kamizelek ratunkowych. Na środku pomieszczenia spoczywał olbrzymi, wiekowy teleskop, przez który można było zobaczyć inne światy wiszące na sklepieniu nieba. Najlepszych efektów można było doświadczyć, gdy statek płynął po otwartych wodach podczas bezchmurnej nocy. Żadne inne doświadczenie nie dawało podobnych wrażeń. Człowiek czuł się wtedy kompletnie wyeksponowany, zdany na kaprysy natury, Boga, własnych możliwości i rozumu. O sztormach oceanicznych można snuć osobne opowieści, a powodów do strachu nie brakuje.
Spoglądając w najczarniejszą czerń, Julia znalazła liche pokrętło, które, odkąd pamiętała, dawało tylko złotawobrudną smugę światła. W ciągu dnia światło dzienne docierało tu przez okrągłe okienka tuż pod niskim sufitem, a nocą pozostawały tylko dwie marne żarówki. Być może było to celowe – bez znajomości układu półek trudno było odnaleźć cokolwiek. Wieczorami cała załoga tradycyjnie odpoczywała na dolnym pokładzie, zakrapiając czas wykwintnymi drinkami.
Nagle z wnętrza doleciał je ostry i nieprzyjemny zapach, który odbierał mowę i wywoływał odruch wymiotny. Julia zasłoniła nos, a Maisa zrobiła krok do przodu. Nie potrafiły od razu zidentyfikować woni. Julia posunęła się w przeciwną stronę niż Maisa, z niepewnością oczekując na coś, co wyjaśni źródło hałasu. Zawsze słynęła z wrodzonej umiejętności opanowania – wychodziła z założenia, że na wszystko znajdzie się wytłumaczenie i nie należy tracić głowy w krytycznych sytuacjach.
– O, nie! – krzyknęła w końcu, dostrzegłszy kupkę czegoś szarobrunatnego, połyskującego w półmroku między rozbitymi kawałkami szkła. – Moje korniszony!!!
Podeszła już śmielej, szacując w myślach, ile poszło słoików i gdzie znajdzie na szybko składniki do ogórków a’la mangues.
– _Caramba, caramba. Qué ha pasado?_ – mruczała Maisa, chwytając się za głowę.
Zgięta wpół, obejmując głowę i biadoląc po hiszpańsku, wydała się Julii tak komiczna, że ta nie mogła powstrzymać wybuchu śmiechu.
– Zaczekaj, ale jak to się stało? – spytała wreszcie. Ulga po odkryciu tajemnicy szybko ustąpiła miejsca nowym wątpliwościom i strachowi.
Jakim cudem trzy wielgachne słoiki z zabezpieczonej przed huśtaniem półki znalazły się na ziemi?
– To pewnie Ted zgłodniał. Nie wiedziałam, że lubi ogórki, ha, ha! – Maisa nie przejmowała się nierozwiązaną zagadką i ze śmiechem odmaszerowała po zmiotkę i łopatkę.
W jej ciężkim chodzie Julia dostrzegła pewną surową męskość, której ta poczciwa kobieta musiała się nauczyć, by przetrwać wszystkie trudy losu. W tym samym momencie dwa cienie przemknęły przez górną szybkę, a chwilę później znów. Zaraz potem rozległ się zduszony łomot, coś stukało o drewno, zdecydowanie na pokładzie, tuż nad nimi. Julia zacisnęła nóż mocniej w dłoni. Stukot narastał, aż w końcu hałas stał się tak natarczywy, że przypominał stado bydła wypuszczonego na wolność. Serce zatrzymało się raz jeszcze w tragicznej niepewności.
– Wrócili nasi – westchnęła Maisa i otarła wierzchem dłoni pot z czoła.4
Słońce tego dnia zachodziło bardzo powoli, jakby nie chciało się rozstać ze wschodzącym zbyt szybko księżycem. Popołudnie dłużyło się niemiłosiernie, być może ze względu na zmęczenie, które narastało przez ostatnie osiem dni pracy Julii, a może po prostu dlatego, że była to niedziela. Usiadła na ławce, chcąc podelektować się wolnym czasem. Poczuła żal za mijającym latem; chłód bryzy znad wody dawał się we naki.
Pierwszy dzień października ma prawo przynieść taką odmianę, że sięgamy do najgłębszych zakamarków garderoby, przywracając do życia grubszy sweter czy choćby okrycie _last minute –_ szal. I ten specyficzny zapach jesieni, który niesie się w najmniejszym powiewie. Julia uwielbiała ten czas, kiedy porę roku można rozpoznać po zapachu. Jeden dzień, który wszystko zmienia – niezwykły, przełomowy. A potem przychodzi cała reszta: dodatkowe warstwy odzieży, które wyciągamy z zapomnienia i które dają nie tylko fizyczne ciepło, lecz także coś więcej. Jak gdyby dodawała nam otuchy poprzez bliskość imitującą przytulenie. Jesień… Nagle ma się wrażenie, że coś nas ominęło, o czymś zapomnieliśmy, a w najlepszym razie ogarnia nas poczucie, że nie wróci już coś wspaniałego, czego udało się doświadczyć.
W myślach Julia starała się objąć ostatnie pięć lat swojego życia. Było ono na tyle intensywnie i bogate w wydarzenia, że mogłoby posłużyć za scenariusz trzyaktowego dramatu. Przyjechała do Stanów w wieku, gdy człowiek, wynurzając się z okresu idealistycznych wizji, niemal codziennie zderza się z rzeczywistością, która nie ma nic wspólnego z młodzieńczymi złudzeniami. Dopiero wtedy analiza własnego życia nabiera prawdziwego wydźwięku, kiedy przeglądamy się w lustrze innych ludzi wokół nas. Nieraz trudno jest przetrawić tę weryfikację, kiedy w gruzy rozpadają się kolejne wyobrażenia o dorosłości i coraz trudniej bronić wartości. U Julii efekt był podwójny: wchodziła w dorosłość w zupełnie nieznanym kraju, w mieście, gdzie równie łatwo białe można nazwać czarnym i odwrotnie, znajdując poklask dla obu wersji.
Miasto, które wpierw nienawidziła całym sercem, a które później pokochała – nagle i nieoczekiwanie, odbiło w jej sercu szczególny znak, stając się drugim domem, trochę kulawym, pozbawionym spójnych wartości, ale jednak domem. Miasto, które domagało się jej tęsknoty, nie dbając o jej szczęście, które przyciągało jak magnes, nie licząc się z konsekwencjami. Wiele razy poddawała się podszeptom i rzucała wszystko, żeby tylko poczuć jego rytm, charakter, tętno. Miasto, które zawsze popychało ją do działania; które kazało żyć pełnią życia; które uzależniło ją od siebie, wykorzystując moment słabości i nieuwagi; za którym tęskniła jak szalona i które wiedziała, że będzie odwiedzać namiętnie i często.
Nowy Jork.
Bardzo płynnie z rozważań o wschodnim wybrzeżu Julia przeszła do wspomnień o niedawnej podróży na zachód. W końcu udało jej się dotrzeć do ukochanego San Francisco. Od momentu zakupu biletu na drugi koniec kraju nie mogła myśleć o niczym innym. Nawet siedząc już w samolocie, nie wierzyła, że spełnia się jej największe marzenie. Chłonęła każdą sekundę wizyty, skrzętnie odkładała w pamięci wszystkie chwile, a pamięć wspierała niezliczoną liczbą fotografii, niemal każdego rogu i przecznicy ulic tego cudownego miasta.
Wizyta w San Fran była najlepszym dowodem tego, że to wcale nie mrzonka, że marzenia się spełniają, że wizualizacje i szczere pragnienie prowadzą do celu. Co za piękny prezent od życia – u progu dorosłości przekonać się, że wszystko jest możliwe. Nigdy nie zapomni twarzy znajomych i rodziny, pełnych niedowierzania, kiedy przez lata mówiła im, że któregoś dnia wyląduje w Kalifornii i zrobi sobie zdjęcie na tle Golden Gate. A jednak determinacja i rozkaz wydany podświadomości sprawiły, że się udało.
Tymczasem Julia analizowała swoją przeszłość – dary losu i niepowodzenia – w świetle zachodzącego leniwie słońca, ciesząc się chwilą wolnego czasu.
Po kilku latach – najpierw nienawiści, potem wiernej miłości, a wszystko w ciągłej niepewności, gdzie powinna postawić kolejny krok: Nowy Jork, San Franciso, Polska czy może wreszcie jej ukochana Italia – podjęła w końcu decyzję, że spróbuje życia w Polsce. Być może zadecydowała tęsknota za domem, sentymenty, poczucie bezpieczeństwa, a może patriotyzmem. Kto wie?
Kupiła bilet w jedną stronę. Następny rozdział: Warszawa. Pozwoliła, żeby sezon na łódce zakończył się spokojnie i postanowiła wyjechać późną jesienią. Świetny czas na zmiany.
W tym czasie zakończyła się też jej przygoda z amerykańskim uniwersytetem. Przez kilka lat studiowała w Ameryce, a jednocześnie przyjeżdżała do Polski na sesje, by kontynuować tamtejsze studia. Nie miała jednak poczucia, że osiągnęła coś specjalnego, coś, co otworzy jej drzwi kariery. Nie czuła tego również po ukończeniu żadnych innych studiów. Być może nigdy nie trafiła na to „coś”, co porwałoby ją bez reszty i wskazało właściwą ścieżkę. Ale koniec to koniec, choć nawet śmierć bywa początkiem czegoś nowego. Zastanawiała się zatem, co będzie dalej. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że zamiast dywagować, co przyniesie jej życie, powinna raczej zastanowić się, co chce zrobić ze swoją rzeczywistością i przyszłością, wyznaczyć cele. Być panią sytuacji. Tak działa system gratyfikacji: najpierw należy odnaleźć swój cel, jasno go określić, zobrazować i nie odpuszczać. Zazwyczaj na sukcesy, bogactwo i szczęście trzeba sobie zapracować i z reguły jest to ciężka praca. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Wkrótce miała się przekonać się o tym wielokrotnie, obserwując ludzi, na których fortuna spłynęła z nieba. Dosłownie.5
Wszystko było już gotowe, zaczęto wpuszczać na pokład gości. Julia nie spoglądała nawet na ich twarze, działała mechanicznie. Na dodatek ogarnęło ją przytłaczające zmęczenie. Wiedziała, że wkrótce będzie musiała rozpocząć wielkie pakowanie i wysyłanie. W głowie układała listy spraw do załatwienia, a jednocześnie chciała jeszcze skorzystać z uroków miasta do granic możliwości. Kto wie, kiedy znów pojawi się w Nowym Jorku? Z zadumy wyrwała ją sylwetka wysokiego mężczyzny, który wyróżniał się spośród gości tym, że nagle stanął nieruchomo przed schodkami i zapytał:
– Czy można wejść na pokład?
– Witamy na pokładzie. – W rytm amerykańskiej nadostrożności poinstruowała dokładnie, jak należy stawiać kroki przed wejściem, w trakcie wchodzenia i już na statku. Spuściła wzrok i poczuła się trochę speszona. Zaskoczyło ją to. – Idiotka – wymruczała do siebie.
Poświęciła chwilę, by na zastanowić się, co było tak niezwykłego w sposobie bycia ostatniego gościa, ale nie na tyle długo, by poświęcać się rozmyślaniom bez reszty.
W połowie rejsu kapitan podszedł do Julii z niepewnym uśmiechem i wyszeptał:
– Wyłóż coś na stół, obiecałem gościom mały posiłek. Wprawdzie w tym rejsie przewidziano tylko szampan i h’orderves, ale może znajdziesz coś w lodówce.
– Kiedy? Co mam wyłożyć? Teraz mi mówisz? Pośrodku Hudson? – Julia wpadła we wściekłość i wymachując rękami, syknęła z tłumioną złością.
Richard zawsze lubił wchodzić innym w kompetencje, tego dnia padło na Julię. Pomimo uroczego zachodu słońca, zamyślonej statuy i budzących się świateł Manhattanu w tle, miała ochotę wysiąść i pójść do domu. Ciskając gromy, zbiegła do kuchni, by wykreować coś z niczego. Na szczęście gości było tylko dwunastu.
Oparta o barierkę, wpatrywała się w rozbryzgujące fale i liczyła minuty do końca rejsu, kiedy podszedł do niej nieznajomy, który wcześniej tak ją zawstydził, oferując piwo. Grzecznie podziękowała. Nie dość, że była w pracy, to na dodatek piwa nie znosiła. Propozycja w najlepszym razie ją zirytowała.
– Jak długo pracujesz na statku?
– To mój trzeci sezon. W przyszłym miesiącu wracam do Polski. – Plan powrotu do kraju Julii krystalizował się coraz wyraźniej, w miarę jak wypowiadała te słowa na głos. Zupełnie nie miała ochoty na dyskusje.
– Paulo. – Przełożył piwo do lewej ręki i podał jej prawą.
– Julia, miło mi. – W uścisku nie poczuła nic szczególnego.
– Trochę ostry ten wasz kapitan – rzucił porozumiewawczo, łypiąc okiem na prowadzącego statek. Widział z boku scenkę sprzed chwili i, jak się potem okazało, bawił go jej temperament.
Odpowiedziała coś zdawkowo, zupełnie tracąc zainteresowanie rozmową. Poza tym pamiętała, że widziała ich rozmawiających na początku rejsu i nie była pewna, jak blisko się znali.
Jednak nie kontynuowali tego tematu. Julia próbowała zakończyć rozmowę, ale jegomość nie dawał za wygraną.
– Świetny zachód słońca, masz szczęście. Pogoda nie zawsze jest sprzyjająca na takie rejsy – odezwała się od niechcenia, gotowa odejść do swoich zajęć.
– Tak, niezły, miasto niezłe, no i wszyscy lepiej wyglądają o tej porze dnia, w blasku zachodzącego słońca.
„Ale arogant” – przemknęło jej przez myśl, gdy spojrzała na niego dziarsko, mrużąc prawe oko, bo akurat raziły ją promienie. Coś jednak było intrygującego w tym zachowaniu.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc szybko zmieniła temat.
– Skąd jesteś?
– Jestem z Brazylii, ale mieszkam i pracuję na Florydzie. Prowadzimy rodzinny biznes, który ma bazę w Brazylii. Właśnie przedwczoraj wróciłem z podróży po Ameryce Południowej.
– Czym się zajmuje twoja firma?
– Sprowadzamy antyki z Ameryki Południowej, robimy też meble w Brazylii, głównie na zamówienie.
Postanowiła sobie, że zerknie na jego stronę, gdy tylko dotrze do domu.
– Co robisz w Nowym Jorku?
– Przyjechałem na parę tygodni pomóc znajomej w prowadzeniu galerii sztuki na Park Avenue. Czekają na mnie Picasso, Werner i inni. Spodziewam się, że będzie ciekawie.
Nieznajomy podobał się Julii coraz bardziej. Park Avenue ozdabiają tylko najlepsze z nowojorskich galerii. To w ogóle najbardziej prestiżowa ulica na całym Manhattanie.
Paulo zjawił się w Nowym Jorku kilka godzin wcześniej. Umówił się na popołudnie ze znajomym kapitanem innego statku, na którym miał przez kilka tygodni nocować, ale statku w porcie nie było. Nie dotarli na czas po przedłużonej, nocnej libacji i zapowiadało się, że upłynie jeszcze dobrych kilka godzin, zanim przypłyną do Chelsea Piers. Kapitan statku, na którym pracowała Julia, zaproponował mu przejażdżkę. W porcie wszyscy byli jak jedna, wielka rodzina.
Dopiero teraz przyjrzała się Paulowi uważniej. Być może rzeczywiście zachodzące słońce wpłynęło korzystnie na ocenę, ale w konturach jego twarzy było coś intrygującego, budzącego lekki, choć bezpodstawny niepokój. Spośród tłumu wyróżniały go dłuższe, lekko falowane włosy sięgające za ucho oraz imponujący wzrost. Nie wyglądał na nowojorczyka, ale nie potrafiłaby określić jego narodowości. To, że urodził się w Brazylii, niewiele wnosiło do jego wyglądu. Tylko jedna czwarta jego krwi pochodziła stamtąd, reszta z Europy. Ten miks narodowości wyraźnie odbijał się w rysach. No i te włosy.
Dotarli do portu już w ciemnościach.
Statku, na który czekał Paulo, nadal nie było. Miał więc do zabicia kilka godzin.
Tego wieczoru Julia była umówiona na kolację z koleżanką. Zaproponowała, że może zjeść z nimi.
Przystał na tę propozycję i po zakończeniu wszystkich procedur zamknięcia statku ruszyli razem do restauracji. Julia nie wypadła zbyt błyskotliwie, była zmęczona, myślami błądziła przy kartonach i listach rzeczy do zrobienia. Coraz mocniej czuła żal, że to już koniec pewnego rozdziału w jej życiu. Choć spędzała czas w miłym towarzystwie, marzyła tylko o tym, by znaleźć się w swoim mieszkaniu, z kieliszkiem wina w dłoni, jakimś soft jazzem w tle i widokiem na tryliony świateł miasta, które przez kilka lat było jej domem. Chciała choć na chwilę zapomnieć o przeprowadzce i utonąć w pięknie Nowego Jorku.
Następnego dnia Julia dotarła na statek nadzwyczaj wcześnie. Przed przygotowaniem menu na kolejną podróż postanowiła zrobić dokładny spis zapasów i inwentaryzację porcelany. Nagle, odwracając się, niemal straciła grunt pod nogami – w futrynie małych drzwi zobaczyła Paula, wygodnie opartego o ścianę.
– Jak długo tutaj stoisz?
– Wystarczająco długo – odparł.
Podarował Julii jeden z tych zaczepnych uśmieszków, w których czaiła się nutka flirtu, ale i męskiej wyższości nad kobiecym roztargnieniem.
– Wpadłem tylko się przywitać.
Paulo, w przeciwieństwie do Julii, od razu dał się porwać jej urodzie. Blond fryzura zawsze była starannie ułożona – wymagała tego od pracownic statku, więc sama również musiała o to dbać. Każdy jej ruch wprawiał go w podziw, a może nawet fascynację. Poczuł się coraz pewniej, widząc jej narastające zakłopotanie. Na początku nie wierzył, że mogłaby się nim zainteresować, ale dziewczyna z Europy Wschodniej pociągała go tak bardzo, że nie mógł oderwać od niej oczu. Nie potrafił określić, skąd dokładnie pochodzi jej delikatny akcent. Wiedział, że ma niewiele czasu, i choć nie wyobrażał sobie, jak mógłby wyglądać ich związek, to nie zawracał sobie głowy takimi szczegółami. Czuł, że coś musi się wydarzyć.
W ciągu trzech tygodni pobytu Paula w Nowym Jorku widywali się codziennie. Gdy tylko kończyła pracę, czekał na nią w porcie i zazwyczaj wybierali się do różnych części miasta, niby to gwoli odświeżenia pamięci Paula, który zwiedzał Nowy Jork wiele lat temu, niby jako pożegnanie Julii z miastem. Central Park, most Brooklyński, Hoboken, plaża w Long Island, a na koniec opera. Ten wieczór zapamiętała szczególnie.
Spektakl uwieńczony został piękną kolacją i uroczym spacerem po Central Parku. Późnym wieczorem dawkowali sobie czas małymi porcjami w sercu parku, wyglądając jak aktorzy z metropolitańskiej sceny, jakby przeniesieni z innej epoki. On w beżowych spodniach na kant, białej koszuli przykrytej wełnianą, szarą marynarką w najdrobniejszą kratę, a wszystko zwieńczone staromodnym, ale nonszalanckim fularem. Z włosami zaczesanymi gładko prezentował wizerunek zupełnie przeciwny do tego z łodzi. Julia w panice, mając tylko dwa dni na przygotowanie kreacji, przemierzyła wszystkie sklepy na Fashion Avenue, szukając czegoś szykownego i niepowtarzalnego. Udało jej się w ostatniej chwili. Spódnica w kolorze grafitu i o kroju trapezu sięgała z przodu ziemi, a z tyłu układała się w lekki tren, optycznie dodając jej około dziesięciu centymetrów. Żakiet uszyto z materiału o niejednolitej, lekko chropowatej strukturze – na granatowym tle srebrzystą nicią wyszyto delikatne wzory. Wdzianko upolowała w Zarze, a były to czasy, gdy marka tworzyła naprawdę niesamowite ubrania, godne co najmniej butików z Piątej Alei.
Usiedli na małej ławce, łapiąc wieczorny, październikowy chłód, który dał Paulowi możliwość wykazania się dobrymi manierami. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszała, że przed wyjazdem do domu powinna odwiedzić Florydę. Znając uprzedzenia Julii do tego stanu, Paulo próbował przekonać ją, że warto przynajmniej zobaczyć to miejsce i pozwolić sobie na ciepłe wakacje przed długą zimą. Nie było mowy, żeby zgodziła się na coś takiego, zwłaszcza że znała Paula dopiero od dwóch tygodni. Jednak pod delikatnym, acz stałym naporem z jego strony zaczęła się nad tą propozycją zastanawiać. W końcu, po kolejnym romantycznym wieczorze, oświadczył, że nie wyjedzie z Nowego Jorku, dopóki nie będzie miała biletu do Palm Beach.
Ustąpiła. W końcu miała czas i niewiele do stracenia. Nigdy nie była na Florydzie, a perspektywa spędzenia kilku tygodni w dwudziestoparustopniowej temperaturze, mieszkając przy samym oceanie, przeważyła szalę. Jesienna aura coraz mocniej budziła tęsknotę za ciepłem i słońcem, choć Julia uwielbiała cztery, porządne pory roku. Dała się namówić. Jednak gdy zamawiała bilet, w jej wnętrzu buzowały niepewność i strach. Przekonała siebie dewizą, że należy brać, co przynosi los, z otwartymi ramionami i nie przegapić okazji. Na co? Na wiele rzeczy. Jak to mówią tubylcy: _you never know_. Kupiła bilet.
Podniecenie i strach mieszały się w jedno uczucie, na które zareagowała zakupami. Potrzebowała nowego bikini. Zakupy w magiczny sposób zawsze pojawiają się jako reakcja na poszczególne stany: zerwanie z chłopakiem, celebrowanie awansu, wydanie książki czy choćby kolejny parszywy, piąty z rzędu pochmurnych dzień. To bardzo dziwne, a zarazem najprostsze remedium, produkt wykreowany przez człowieka, który przynosi korzyści obu stronom: konsumentom i producentom. Można by je reklamować w ten sposób: leczą wszystkie twoje smutki, wzmacniają radości, podekscytowanie przekształcają w euforię, depresję zamieniają w przelotną chmurkę, a wszystkie problemy – większe i mniejsze – rozpływają się jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Nikt nie kupiłby takiego lekarstwa, ale na zakupy idzie każdy.
Pomimo wahań bilet czekał już w jej skrzynce mailowej Julia sprawdzała wiadomości co pięć minut, bo wciąż nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na tę podróż.
Kiedy siedziała w samolocie, świadomość powoli wracała, napiętnowana mieszanymi uczuciami, głównie zdenerwowaniem. Wdała się w dyskusję z pasażerem po prawej stronie. Kibicował całej przygodzie i twierdził, że z tej znajomości jeszcze mogą wyniknąć dzieci. Julia spiorunowała go najokrutniejszym ze spojrzeń, ale potem śmiali się z nieprzewidywalności losu, bo przecież tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo.12
Dzień rozpoczął się nadzwyczaj uroczo. Julię obudziły wpadające przez szczelinę promienie słońca. Były mocne i natarczywe. Jej wzrok od razu spoczął na sporym bukiecie krótkich różyczek, które rozsiewały swój zapach na całą sypialnię. Uśmiechnęła się. Czyż można lepiej rozpocząć dzień?
„Zaraz” – pomyślała. „Przecież moja sypialnia nie jest od strony wschodniej!”
Rzeczywiście. Zegarek, na który zdecydowała się spojrzeć, jakby z ironią wskazywał czternastą pięć. W pierwszym momencie zaczęła zastanawiać się, co jest grane – była przecież rannym ptaszkiem.
Wyjrzała przez okno. Wszystko zazieleniło się w ciągu dosłownie tygodnia. Po czterech miesiącach wegetacji przyroda postanowiła się obudzić. Jakby co roku robiła to specjalnie na urodziny Julii.
Zamiast wkuwać do egzaminów, postanowiła zaczerpnąć trochę świeżego – najświeższego, bo górskiego – powietrza.
Kolejny raz przemierzyła trasę, która była świetna na przejażdżkę rowerową.
Julia odkryła ją całkiem niedawno i za każdym razem wybierała właśnie ten zakątek. Było uroczo: wąska, uczęszczana tylko przez pobliskich mieszkańców dróżka prowadziła zakolami wzdłuż linii lasu. Wokoło mnóstwo zieleni i cisza.
Co jakiś czas domostwo, jakby niezamieszkałe. Wszędzie pusto i ani jednego człowieka na horyzoncie.
Minąwszy ostatni dom, wjeżdżało się w las, gdzie trasa prowadziła wśród koncertujących ptaków i wspaniałego zapachu drzew i mchu.
Julia zawsze zwalniała właśnie w tym miejscu. To było tak, jakby ktoś wyciął skrawek świata z rzeczywistości. Wyjechawszy z lasu, wjeżdżało się do wioski – spokojnej, bez tłoku i zgiełku, ale już wyraźnie „cywilizowanej”.
Dziwne, że człowiek zaczyna doceniać takie wspaniałości dopiero wtedy, gdy znikają mu z pola widzenia. Nowy Jork kontrastował z cichym, polskim lasem jak dzień z nocą, i nie było w tym przesady.