Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bez litości - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 maja 2026
2699 pkt
punktów Virtualo

Bez litości - ebook

Siatka szpiegowska, tajne plany Kremla i napięcia na granicy.

To miała być prosta akcja – podkomisarz Suszczyńska i aspirant Kosiński prowadzą obserwację ukraińskiego gangstera. Nagle wszystko wymyka się spod kontroli i zamienia w szaleńczy pościg po skutym lodem mieście. Serbia i Kosa znowu podpadają osobom na szczycie, ale czują, że sprawa jest bardziej skomplikowana.

Tymczasem na Kremlu zaufany krąg doradców Putina poszukuje sposobu, żeby znaleźć drogę do zwycięstwa. Front w Ukrainie zdaje się zabetonowany, a NATO słabe jak nigdy dotąd. Putin podejmuje decyzję, która ma zmienić układ sił w Europie, ale jest ktoś, kto może jeszcze wszystkiemu zapobiec. Jest tylko jeden warunek – musi uciec z Moskwy. Musi ocaleć.

Jak splotą się losy niepokornej policjantki wciąż niezdecydowanej, kogo kochać, a kogo porzucić, i zdecydowanego na każde zło szpiega, którego ściga teraz cała Rosja? Przyszłość świata jest w ich rękach, a życie osób z pierwszych stron gazet wisi na włosku. I aż do końca nie wiadomo, kto przeżyje, a kogo dosięgnie kula.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68543-44-5

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

W piątek 25 marca 2022 roku w granice polskiej strefy powietrznej wleciał Air Force One z prezydentem Stanów Zjednoczonych na pokładzie. To była pierwsza wizyta amerykańskiego prezydenta od chwili wybuchu wojny między Rosją a Ukrainą. Przybywał, żeby podkreślić gotowość Ameryki i NATO do kolektywnej obrony wschodniej flanki oraz żeby wyrazić wsparcie dla Ukrainy w jej walce z Rosją.

Na Okęciu Boeing 737-800 NG oczekuje na ostatniego członka polskiej delegacji. Polski prezydent zaczyna się niecierpliwić. Gdyby spóźnił się na spotkanie z głową zaprzyjaźnionego państwa, demokratyczna opozycja rozerwałaby go w mediach na strzępy.

– No i gdzie on jest, do kur…? – Prezydent spojrzał na zegarek. – Dowódca sztabu powinien rozumieć, że „za kwadrans” oznacza „za kwadrans”!

– Wciąż ma trzy minuty. – Minister sprawdził na smartfonie, która godzina.

– Naprawdę?

– Melduję, że tak, obywatelu kierowniku.

Prezydent poluzował krawat.

– A jak wyglądam? Włosy w porządku?

– W idealnym.

Prezydent przejrzał się w kamerce smartfona.

– Takie teraz czasy, że trzeba pilnować, żeby dobrze wyszły zdjęcia.

– Rozumiem – przytaknął minister.

Odkąd prezydent zaczął regularnie trenować na siłowni, tematy wizerunkowe nie należały do najłatwiejszych. Nie wszyscy potrafili pogodzić się z faktem, że czasami na pierwsze efekty trzeba poczekać dłużej niż trzy miesiące.

– Jest! – krzyknął wyglądający przez okno szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. – Punktualny jak japoński ekspres.

– Ja mu dam ekspres. – Prezydent pokręcił głową z udawaną złością. Wreszcie wyraźnie się odprężył. Wyjrzał przez okienko Boeinga i zobaczył, jak generał zatrzaskuje drzwi czarnej Skody i przytrzymując czapkę dłonią, wbiega po schodkach do samolotu. Niemłody, ale w idealnej formie.

– Przepraszam, panie prezydencie, czy to już wszyscy, czy jeszcze na kogoś czekamy?

Prezydent oderwał wzrok od okna. To była ta młoda stewardesa.

– Nie, to już wszyscy. Generał, jak pani widzi, zaszczycił nas w końcu swoją obecnością.

– Dziękuję, dam znać pilotom.

Przeszła na dziób maszyny. Drzwi do kabiny pilotów były otwarte.

– Kapitanie, mamy komplet.

– Zdaje się, że tym razem o czasie. – Pierwszy oficer spojrzał na zegarek. Była za dziesięć pierwsza.

– Jesteśmy gotowi? – zapytał kapitan.

– Tak jest – zameldował pierwszy oficer. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Kokpit sprawdzony, wszystkie urządzenia w normie, dane lotu wprowadzone do komputera.

– Plan lotu aktualny?

– Aktualny.

– Pogoda?

– Nic się nie zmieniło od ostatnich dziesięciu minut.

– NOTAM?

– Bez zmian.

– No to prosimy o zgodę na kołowanie. I ciśniemy, ciśniemy, bo nas Air Force One w tej Jasionce zdmuchnie z pasa.

Włączył interkom. Przedstawił siebie i załogę. Powiedział, że lot do Jasionki potrwa czterdzieści pięć minut, że pogoda jest bardzo dobra, nie spodziewają się żadnych turbulencji, a kiedy osiągną wysokość przelotową, będzie chwila na drinka, ale krótka, bo niedługo potem zaczną się procedury lądowania, więc lepiej się nie rozchodzić.

– A, tak. Z pewnością zdążymy wylądować przed Air Force One.

Wszyscy się roześmiali.

Prezydent stroił sobie żarty z generała, a generał udawał urażonego, czekając tylko na moment, kiedy będzie mógł się odegrać. Siedzący z tyłu oficerowie rozmawiali o wojnie. Przewidywania były różne, nikt tak naprawdę nie miał pewności, jak długo Ukraina może się bronić bez ciężkiego sprzętu, ani nie wiedział, czy NATO odważy się dostarczyć naszym wschodnim sąsiadom czołgi i samoloty. Wiadomo było, że bez ciężkiego sprzętu i amunicji jedyną możliwością Ukrainy pozostaje osobiste poświęcenie obrońców. Zawołanie „Russkij wojennyj korabl, idi na chuj” poszło w świat, ale wojny nie wygrywa się hasłami, tylko siłą ognia.

Stewardesa próbowała przebić się przez tę ogólną wrzawę, recytując zasady bezpieczeństwa na pokładzie, trochę speszona tym, że nie słucha jej nikt poza szefem Biura Bezpieczeństwa. Czuła wobec niego wdzięczność, jak za każdym razem, kiedy pierwszy obywatel brał go na pokład.

Prezydent cieszył się na ten piękny dzień, gdy miała się tworzyć historia.

Generał sypał mu trochę piachu w tryby, pytając, czy ułożył sobie w głowie, jak złagodzić stosunek Joe Bidena do rządzącej w Polsce prawicowej formacji, która jawnie poparła w wyborach Donalda Trumpa.

– A, baj de łej, myślisz, że Biden pamięta, że wysłałeś mu gratulacje dopiero trzy dni po wyborach? – odgryzł się wreszcie generał.

– Masz szczęście, że mam zapięty pas. – Prezydent pogroził mu palcem.

– Bo właśnie mi przyszło do głowy, że jakbym mu to przypomniał, mógłby to być dobry żart, co nie?

Prezydent udał, że odpina pas, a stewardesa natychmiast podeszła i stanęła przy jego fotelu z marsową miną.

Prezydent podniósł ręce.

– Oddaję się do pani dyspozycji – stwierdził – tylko niech pani powie temu tam, żeby się nie ważył otwierać gęby do żartów.

Generał puścił oko.

– Mamy misję – oznajmił prezydent poważnie. – Trzeba przekonać prezydenta Bidena, żeby umożliwił dostarczenie Ukrainie ciężkiego sprzętu. Musimy mu zaszczepić tę myśl. Jak to się nazywa?

– Incepcja – podpowiedział generał.

– No właśnie – uśmiechnął się prezydent – to nasza misja: incepcja.

Tymczasem kapitan i pierwszy oficer krok po kroku realizowali checklistę przedlotową, a potem przeszli do checklisty przed uruchomieniem silników.

Wszystko szło jak zazwyczaj. Aż tu nagle.

– Czekaj!

Kapitan zauważył migającą czerwoną diodę. Wskazywała stan klap podwozia. Niemożliwe, żeby coś było nie tak, przecież wszystko zostało sprawdzone przez mechaników, a on sam przed wejściem na pokład dokładnie obejrzał kadłub. Podwozie było wysunięte, klapy otwarte, wszystko prawidłowo. Stuknął w nią palcem, a dioda zgasła. Kapitan nie odrywał od niej wzroku. Nic złego się już nie działo.

– Dziwne – rzucił pod nosem. Był pewien na sto procent, że wszystko jest w najlepszym porządku. – Kontynuuj.

Pierwszy czytał kolejne punkty checklisty. Potem uruchomili silniki. Wymiana komend z wieżą.

Port przeznaczenia, pas, kierunek po starcie, squawk, QNH, zgoda na kołowanie, zgoda na zajęcie pasa.

Pierwszy zameldował wieży prędkość V1, potem rotate. Kapitan pociągnął lekko kolumnę na siebie i rozpoczęli wznoszenie. Warszawa była piękna w porannym słońcu, ale pozwolił sobie tylko na jedno spojrzenie w prawo. Kochał ten widok z Libeskindem i Pałacem Kultury, ale szybko wrócił wzrokiem do przyrządów, bo trzeba było uruchomić procedurę chowania najpierw podwozia, potem klap. Wszystko gładko, żadna dioda nie zaświeciła się ponownie na czerwono. Odprężył się. Rozpędzali się gładko i szli ku niebu bez przeszkód.

Kapitan wcisnął wyłącznik sygnalizacji zapiętych pasów. Włączył interkom.

– Start przebiegł idealnie – powiedział. – Można odpiąć pasy, ale proszę się nigdzie nie oddalać, za siedem minut rozpoczniemy procedurę lądowania. Jeśli ktoś nie ma nagłej potrzeby, zalecamy pozostać na miejscu i mieć zapięte pasy.

Minister odpiął pas i natychmiast, nie oglądając się za siebie, ruszył do toalety, zanim ktokolwiek byłby w stanie go wyprzedzić. Czekał z tym już pół godziny. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, a on przecież jeździł do szkoły koleją w czasach, kiedy nie wolno było korzystać z toalety w czasie postoju pociągu na stacji.

W kokpicie pierwszy kończył odczytywanie list kontrolnych po starcie. Kapitan ustawił parametry autopilota. Wymienili komunikaty z kontrolą zbliżania. I już.

– To co? Pięknie, co nie?

Kapitan włączył autopilota, a samolot runął w dół niczym cegła.

– Ja pierdolę. – Kapitan sięgnął po wolant i odłączył autopilota, ale Boeing nie zareagował. Szedł w przepaść, wyjąc jak ranne zwierzę. Kapitan wbił dłonie w ster tak mocno, że zabolały go kości. Maszyna szarpała wściekle. Pierwszy oficer zacisnął pięści aż do krwi.

– Nie puszcza! – krzyknął kapitan.

Odpychał ster z całej siły, samolot nie reagował.

– Mayday, mayday, mayday – zaczął nadawać pierwszy – mamy problem ze stabilizatorem, z trymerem stabilizatora.

Minister nie doszedł do toalety, bo nagłe spadanie samolotu cisnęło go w bok. Poczuł się ciężki, jakby odlany z ołowiu.

– Proszę wracać! Proszę natychmiast wracać na miejsce! – usłyszał głos stewardesy.

Odwrócił się z trudem i opierając o fotele, brnął do swojego miejsca.

Kapitan poczuł, że Boeing wreszcie się poddaje. Już nie spadali. Był mokry od potu, ale znowu rządził.

– Żyjemy – powiedział do pierwszego.

Nie odrywał wzroku od wskaźników, ale nie wiedział, na co patrzeć, bo wszystko wyło i błyskało na czerwono. Musiał skupić się na tym, żeby prowadzić maszynę równo, a samolot nie chciał, szarpał, jakby jechali po kocich łbach.

W salonie czuło się chwilowe odprężenie. Żołnierze to twardzi ludzie. Już nie takie turbulencje przeżyli.

– Minister Błaszczak zapewniał, że taki nowoczesny, taki amerykański, a trzęsie jak tani czarter do Egiptu – ironizował generał.

– Miało być luksusowo. – Minister z Kancelarii dotarł do swojego fotela i zatrzasnął pas. Był zielony na twarzy. – Jeśli tylko ktoś zacznie klaskać, jak wylądujemy, to zabiję.

– Całe szczęście, że nie ma mgły, czy już zrzucamy paliwo? – zażartował jeszcze ktoś z tyłu, ale pewnie zaraz pożałował, bo poczuli, że to nie koniec.

Kapitan wiedział, że jest źle. Wyprowadził samolot do poziomu, ale nie był pewien, czy maszyna przy takich wibracjach wytrzyma lądowanie.

Szarpanie stawało się coraz silniejsze.

Już żaden z pasażerów nie miał wątpliwości, że sytuacja jest tragiczna.

Wszyscy mieli przed sobą stewardesę bladą jak ściana, przypiętą pasami do szarego siedzenia ustawionego tyłem do kierunku lotu, tak żeby zawsze miała oko na pasażerów.

Miała zaciśnięte powieki i ledwo dostrzegalnym ruchem ust wypychała kolejne bezgłośne słowa modlitwy. I tak by ich nie usłyszeli, bo samolot trzeszczał, jakby miał się za chwilę zacząć rozpadać.

Dobrze, że nikt nie zdążył poprosić o drinka, bo teraz w kabinie latałyby szklanki. A to byłoby naprawdę groźne.

Gdzieś z tyłu, z miejsc dla pasażerów, krzyczała jakaś kobieta. To musiała być dziennikarka z gazety.

Prezydent spojrzał na generała, jakby chciał z jego wyrazu twarzy odczytać, co się dzieje. Generał zaciskał palce na oparciu fotela. Twarz miał szarą.

– Generale – powiedział prezydent powolnym, jakby uroczystym tonem – no mów pan. Jak jest?

– Jesteś pan wierzący? – odparł ten. – Jeśli tak, to teraz jest właściwy moment.

Tymczasem panel przed pilotami rozbłyskiwał czerwonymi lampkami.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał kapitan.

– Nad Warką.

Kapitan uświadomił sobie, że cała sytuacja od wyłączenia autopilota do tej chwili nie trwała dłużej niż półtorej minuty.

– Powiedz im, że zawracamy. Mamy awarię trymeru stabilizatora. Trzymam, ale nie wiem, czy dam radę siadać w tej Jasionce. Okęcie znam lepiej.

– Teraz w Jasionce lepsze wyposażenie ratunkowe – stwierdził pierwszy oficer.

– Ale na Okęciu lądowałem milion razy. Melduj im, że wracamy. Zrzucam paliwo, niech czyszczą pas. Awaryjne lądowanie.

Pierwszy oficer wywołał kontrolę.

Ludzie na pokładzie zauważyli, że samolot zawraca.

– Co się dzieje? – zapytał prezydent.

– To dobry kapitan – powiedział generał. – Pewnie woli lądować w domu niż w Rzeszowie.

– Jak dobry?

– Najlepszy. Jeśli jest jakaś szansa, że przeżyjemy, to właśnie dzięki niemu.

Minister wyjął z kieszeni smartfona.

„Kocham cię” – trzęsło i litery na ekranie nie chciały się układać. „Powiedz dzieciom, że je też zawsze kochałem. Cześć”.

Dziesięć minut później schodzili do lądowania. Kapitan miał moment zawahania, kiedy trzeba było otworzyć klapy podwozia, przypomniała mu się ta migająca dioda, ale nie, nic, wysunęły się prawidłowo, a im niżej schodzili, tym mniej szarpało samolotem.

Kiedy byli na ziemi, usłyszał, że krzyczą i klaszczą. Twardzi ludzie, koledzy, niektórzy przecież lotnicy. Zatrzymał maszynę, ale nie puszczał sterów. Głowa mówiła, że już, ale ręce po prostu nie chciały się rozluźnić.

– Brawo – usłyszał. – Nie mam słów.

Kapitan podniósł wzrok na prezydenta. Dałby sobie obciąć rękę, że kiedy podchodzili do lądowania, słyszał, jak pierwszy obywatel klnie na czym świat stoi. Ale może źle zrozumiał. Teraz prezydent był po prostu blady.

– Gratuluję – powiedział generał. – A teraz mów, synu, co to, kurwa, było.

– Trymer stabilizatora. Takie rzeczy się zdarzają.

– Takie rzeczy się zdarzają w każdym dowolnym samolocie, ale nie w trzyletnim Boeingu, którym lata prezydent. To nie miało prawa się zdarzyć – oznajmił generał.

Prezydent położył mu rękę na ramieniu.

– Ważne, że żyjemy. Trzeba się jakoś dostać do tej Jasionki.Sobota, 27 stycznia

W Moskwie mróz, ale w kremlowskiej Bibliotece Senatu gorąco. Kończy się spotkanie doradców prezydenta Rosji. Dyskutowano nad nową strategią wobec Ukrainy, Ameryki i krajów NATO. Po wyborach parlamentarnych w Polsce trwa proces głębokich przemian w aparacie bezpieczeństwa, sądownictwie i władzach spółek skarbu państwa. Warszawa walczy z pierwszą tego roku potężną burzą śnieżną. Miasto jest kompletnie sparaliżowane. Po obfitych opadach deszczu nadciągnęły mróz i śnieg. Tymczasem prezydencki samolot ląduje w Krakowie, delegacja ma się tego wieczora spotkać z uczestnikami obchodów wyzwolenia Auschwitz.Rozdział 1

Wiedział, że to nieprofesjonalne, nikt nie powinien zobaczyć płomyczka, ale ściągnął rękawiczki, zapalił papierosa i od razu poczuł, że robi mu się cieplej. Strzepnął popiół do plastikowego woreczka. Pomyślał, że to głupie, przecież wieje, pada śnieg, a on się martwi o popiół, ale nic nie może po nim pozostać. Żaden ślad.

Zaciągnął się znowu.

Nienawidził czekania, ale w jego robocie chodzi przede wszystkim o cierpliwość. Trzeba się nauczyć zabijać czas, nie tracąc koncentracji. Bez tego nie można być profesjonalistą. Najgorszy był śnieg topniejący mu na twarzy. Ocierał ją co chwila, ale wszystko na nic. Przez moment było lżej, a potem śnieg znowu sprawiał, że skóra zaczynała go swędzieć.

I jeszcze ten dźwięk. Kto nie stał godziny na wiadukcie nad autostradą, nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. Gdyby pogoda była lepsza, pewnie by ogłuchł od tego łomotu, na szczęście Paljaki boją się jeździć w śniegu, więc ruch był mniejszy niż zwykle.

Wiadukt nad Krzemionkami był pusty. Nieodśnieżony, ale nie martwiło go to wcale. Miejscowi wiedzą, że nie ma powodu wychodzić z domu w taką pogodę, więc nie budził niczyjego zainteresowania. To wielki plus, jeśli nie musisz się kryć. Inaczej pewnie do akcji trzeba byłoby ściągnąć jeszcze kogoś, a to zawsze były komplikacje. Zbyt wiele oczu i uszu to zawsze paskudnie, choć żałował, że nie miał nikogo przy wyjeździe z lotniska. Dostałby sygnał, że wyruszyli, a wtedy po prostu wysiadłby z ciepłego samochodu, wszedł na wiadukt ponad autostradą A4 na kilka minut przed akcją i nie musiałby marznąć jak bałwan… Tak byłoby w idealnym świecie. No ale był sam. Żadnego wsparcia. Nie miał pojęcia, kiedy ruszyli z Balic. Zamarzał. Job twoju mat’… Powoli tracił czucie w palcach stóp, a odmrozić je to byłoby źle. Naprawdę źle. Nie mógł przecież iść się rozgrzać. Nie mógł opuścić stanowiska. Mógł tylko uderzać butem o but i myśleć o czymś ciepłym. O bani. O wódce. O nagim ciele Nataszy. Jeszcze kilka miesięcy i ich obowiązek wobec ojczyzny i świata będzie spełniony. Przyrzeczenie dotrzymane. Będą mogli żyć, jak chcą. Podobały mu się Hawaje. Najbardziej Moloka’i, zapomniana, zaniedbana wyspa, na której nie rozwija się turystyka i na której mieszka niewielu ludzi. W sam raz dla nich dwojga. Niby trudno się ukryć, ale od razu wiesz, kiedy ktoś obcy wysiada z samolotu. Mogliby być tam szczęśliwi.

Tymczasem chłód wnikał coraz głębiej w jego stopy. Kurwa, powinni już tutaj być. Spojrzał na zegarek.

Godzinę i siedem minut temu dostał sygnał z Okęcia, że polecieli.

Czterdzieści pięć minut lotu do Krakowa, kołowanie, przesiadka do limuzyn, kwadrans jazdy.

Powinni być tu już dawno temu.

Strzepnął popiół do plastikowego woreczka.

Kurwa mać, nie chciało się palić, bibułka musiała zamoknąć.

Może coś się spieprzyło?

Nie… no prezydent musi wystąpić. Nie może zrezygnować z wyjazdu do Auschwitz w Dniu Pamięci o Holocauście. Polacy nie mogą sobie pozwolić na żadne kręcenie nosem w tej sprawie. Ruki pa szwam i do apelu nawet teraz, kiedy Izrael rozpieprza wszystko do szczętu w Strefie Gazy. W Ameryce studenci mogą protestować na uniwersytetach, ale dla Polaków Hamas zawsze będzie organizacją terrorystyczną, a Izrael sojusznikiem.

Zaciągnął się jeszcze raz, ale nie szło. Papieros całkiem rozmiękł i zgasł.

Nagle zobaczył w oddali niebieski błysk. To pewnie oni. Najpierw policyjny radiowóz, który toruje przejazd. To lokalni policjanci, tacy, którzy na co dzień pracowali na A4 i znali każdy zakręt. Jechali na sygnale, żeby zmusić wszystkich innych do zjechania na prawy pas. Potem samochód agentów SOP, a na końcu ten prezydencki. Byli spóźnieni, więc cisnęli, ile fabryka dała. A może byli spóźnieni, bo się bali jazdy w taką pogodę? – pomyślał. Nie, oni się nie bali, uczyli ich przecież, jak jechać w każdych warunkach, a policjanci też pędzili, bo chcieli pokazać, kto rządzi na autostradzie. Paljaki już takie były. Szlachta, kurwa ich mać. U nich, jak prezydent się gdzieś wybierał, to dostojnie, jak król, jak cesarz. Jeśli chciał pojeździć szybko, to sam siadał za kierownicą na torze.

Ale Paljaki myślały, że jak rządzisz, to ci każdy zjedzie z drogi.

Kolumna była już blisko.

Wiedział, że samochód prezydenta to BMW 760Li High Security. Szyby przeciwpancerne o poziomie ochrony balistycznej VR7. Karoseria jak w czołgu. Blachy, które osiągają poziom do VR9. Można byłoby nim jechać na wojnę. Prezydent miał jeszcze Mercedesa S 600 Guard, ale obserwator meldował, że Mercedes został w Warszawie. To dobrze, takie auto po przestrzeleniu opon mogłoby jechać jeszcze ponad dwadzieścia pięć kilometrów. BMW jest bardziej wrażliwe na to, czego nie przewidzieli konstruktorzy.

Zmrużył oczy, żeby wyraźniej widzieć poprzez śnieg.

Tak, to na pewno oni.

Wcisnął niedopałek do woreczka, wsunął go do kieszeni bluzy i zasunął zamek. Ilu ludzi zginęło już przez to, że coś wypadło im z kieszeni w nieodpowiednim momencie? On miał wszystkie odruchy opanowane do perfekcji.

Sięgnął za pazuchę i sprawdził nadajnik. Niebieska dioda rozbłysła bladym światłem.

Był gotowy.

W śnieżycy przed nim prezydencka kolumna parła jak wściekła, nie mogło być inaczej, przecież w Auschwitz ocalali z Zagłady czekali na głowę państwa.

– No i się nie doczekają. – Mężczyzna widział, jak mknie ku niemu policyjny radiowóz otwierający kolumnę, niebieskie światła raziły go w oczy. Zostały sekundy do chwili, kiedy będzie jakieś pięćdziesiąt metrów od wiaduktu. Nadajnik powinien działać bezbłędnie nawet na sto metrów, ale strzeżonego, jak mówią, pan Bóg strzeże. Poza tym chciał zobaczyć, jak mikroładunek oczekujący na swoją porę od tak dawna, że nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, że mógłby istnieć, rozerwie oponę. Paljaki duraki. Kiedyś już spróbowali tego sposobu i Polacy się nie połapali. W marcu 2016 roku BMW prezydenta Polski przy prędkości nieco ponad stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę wyleciało z trasy na tej samej autostradzie, tyle że za dnia, przy znakomitej pogodzie, na prostym odcinku. Kierowca dał radę i prezydent wyszedł z tego cało. Przez kolejne miesiące i lata biegli nie potrafili ustalić, co było przyczyną tego zdarzenia. W końcu uznali, że opony były niewłaściwie użytkowane przy zbyt niskim ciśnieniu i że auto najechało na jakiś przedmiot leżący na jezdni.

Gówno prawda.

Została sekunda, a on lubił to uczucie, kiedy trzyma się w ręku czyjeś życie. Uśmiechnął się.

A teraz… piekło, pomyślał i ścisnął nadajnik.

W tym samym ułamku sekundy w przednim lewym kole prezydenckiego BMW 760Li pękł mikroładunek, rozrywając od środka powłokę opony runflat, i samochód pędzący prawie sto osiemdziesiąt na godzinę zarył pyskiem w mokry asfalt, stając nagle dęba i sypiąc iskrami spod rozrywanych blach. Wtedy policyjny radiowóz tylnej eskorty uderzył z całej siły w unoszące się ponad jezdnią podwozie auta. BMW wystrzeliło w powietrze i na jeden moment świat zatrzymał się przed oczami zamachowca. We wściekłych błyskach niebieskich świateł prezydencka limuzyna wydawała się wisieć w powietrzu nosem w dół w połowie bezwładnego przewrotu. Pomyślał, że wróci na koła, ale fizyka była nieubłagana – wektory sił ułożyły się dokładnie tak, jak powinny. Auto spadło dachem do dołu i w snopie iskier, rozpędzone wciąż do ponad stu pięćdziesięciu kilometrów, sunęło po asfalcie prosto w barierę rozdzielającą pasy ruchu, żeby ostatecznie przebić ją z impetem czterotonowego pocisku. Usłyszał dźwięk rozdzieranych blach i BMW wpadło na przeciwległy pas, przed maski ciężarówek, rozgarniając małe auta osobowe jak kłoda wrzucona do rzeki.

Czarna masa stali zniknęła pod wiaduktem, ale wciąż słyszał jej przeszywający jęk, jakby olbrzymi mamut, powalony nagłym ciosem, tonął w bagnie, żaląc się całemu światu na nieuchronność śmierci.

Widział jeszcze, jak radiowóz z rozbitą przednią szybą – poharatany, a jednak wciąż w ruchu, niczym metalowa kula wystrzelona z flippera – odbijał się między samochodami hamującymi na śliskiej nawierzchni. Ich reflektory rozcinały mrok wąskimi smugami światła zagubionego w nagłym chaosie.

Charaszo, pomyślał i przeszedł przez szosę na wiadukcie, żeby zobaczyć, co z limuzyną. Stygła na poboczu po przeciwnej stronie autostrady. Cicha nagle, dymiąca, a wokół niej rosła bezładna tama porozbijanych aut. Co najmniej kilkanaście powpadało na siebie. Ludzie wygrzebywali się z powgniatanych kadłubów przestraszeni, pokaleczeni, ktoś krzyczał głośno. Nagle jeden z kierowców TIR-ów odpalił wszystkie reflektory, jakie miał na dachu, i wszystko spowiło cmentarne, sine światło jego szperaczy.

Autostrada wyglądała, jakby oberwała Iskanderem. I tak miało być. Tak to miało wyglądać.

Wozy prezydenckiej obstawy zawróciły już i szły pod prąd. Niemal czuł lęk, jakim parowała teraz cała A4.

Z ulgą wypuścił powietrze z głębi płuc. Szedł w kierunku Krzemionek, zadowolony, bo śnieg padał coraz bardziej lepki i gęsty, zasypując jego ślady. Mężczyzna był zmarznięty, ale pełen satysfakcji. Zmarznięty, bo ta polska zima inna niż prawdziwa, mokra, wilgotna, jakaś chora, jak wszystko tutaj. Ani europejskie, ani słowiańskie, udawane. Tylko kobiety piękne. No i czasami wódka. Ale reszta to taka koje kak, jak to po polsku będzie, na pół gwizdka.

Śnieg zasypał już całkiem drogę i ślady kół. Wyjął z kieszeni latarkę. Teraz, kilkadziesiąt metrów od autostrady, od której oddzielały go ściany barier dźwiękoszczelnych, nikt nie zwróci uwagi na światełko. Trochę trwało, zanim odszukał samochód, bo zasypany był doszczętnie. Można go było wziąć za stertę drewna albo jakąś szopę.

Czy tu był jakiś rów? Próbował sobie przypomnieć, jak wyglądała okolica, kiedy zjeżdżał z jezdni, ale miał teraz w głowie zbyt wiele innych obrazów, żeby wygrzebać z pamięci ten fragment drogi i zaśnieżony mały lasek. To błąd. Nie po to uczył się zapamiętywania wszelkich okoliczności, żeby teraz wjechać w jakiś dół.

Odgarnął śnieg z szyb i reflektorów. Resztę zostawił. To nawet lepiej, jeśli ktoś zauważy samochód na tej drodze, nie będzie w stanie podać żadnych szczegółów.

Otrzepał ubranie i zanim wsiadł, wytarł starannie buty szmatką, którą trzymał specjalnie na tę okazję w schowku w drzwiach.

Kiedy je zatrzasnął, zapalił papierosa.

Wyjął telefon i wystukał numer.

– Tak? – usłyszał znajomy głos.

– Tu Rublow. Zadanie wykonane.

– Charaszo.

I cisza.

Rublow odpalił auto. Czy tu był jakiś rów? Co tam, nieważne, samochód miał napęd na cztery koła właśnie po to, żeby go wyciągnąć z nagłej opresji. Nastawił nawigację. Bez niej nie trafiłby do Krakowa.

– Chrosna, Aleksandrowice, Balice – przeczytał.

Rzucił wsteczny i ostrożnie przetoczył się aż na drogę, gdyby był tam jakiś rów, lepiej być przygotowanym. W gęstym śniegu raczej poczuł, niż zobaczył, kiedy wyjechał na jezdnię. Odetchnął. Nie było rowu, nie było żadnych dołów. Zawrócił w stronę Krakowa, ale zanim ruszył, wyciągnął ze schowka puszkę z kartami telefonicznymi. Wziął jedną, wsunął do starej Nokii i wybrał czterocyfrowy numer logowania. Nawet jeśli jakiś operator zauważy aktywność numeru, który nie był używany od lat, to i tak teraz było już wszystko jedno.

„Mogę zadzwonić?” – napisał.

„Kochany, nie. On za chwilę wróci” – odpowiedziała.

Wyjął kartę, złamał ją i wyrzucił przez okno.

Wybrał na wyświetlaczu samochodu odtwarzacz i uruchomił audiobooka.

„Żeby czymś kierować, trzeba mieć, bądź co bądź, jakiś dokładny plan, obejmujący możliwie przyzwoity czas. Pozwoli więc pan, że go zapytam, jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat…”

Mistrz i Małgorzata, pomyślał, najważniejsza książka w całej Rosji.Rozdział 2

– A więc to jest ta najważniejsza książka w całej Rosji? – Wiktor podszedł do gabloty, powolnym ruchem potrząsając szklanką. Kostki lodu zastukały delikatnie o kryształowe ścianki.

– To nie jest książka, Wiktorze Iwanowiczu. – Kostiukow się zaśmiał. – To relikwia.

– Rozumiem.

– Nie, nie rozumiecie. – Twarz Kostiukowa nabrała już kolorów. Przez te wszystkie lata w służbie Rosji wątroba szefa GRU musiała się napracować. – Kiedy mówię, że relikwia, to relikwia. To właśnie ten egzemplarz, na którym wszechmocny kładzie rękę, przysięgając wierność Rosji.

Konstytucja miała czerwone okładki i wytłoczone na nich złote litery. W sklepie kremlowskiego muzeum można było kupić dokładną kopię za tysiąc dwieście rubli.

– Rozumiem.

– Nie rozumiecie. Kiedyś będzie leżała w muzeum kremlowskim obok korony Monomacha.

Kołpak Monomacha to najważniejsza rosyjska relikwia. Dowód na to, że całe dziedzictwo i wszystkie powinności wobec świata cesarstwo Bizancjum przekazało Moskwie.

Wiktor zbliżył szklankę do ust. To był dobry koniak, ale on nie mógł się skupić, żeby rozsmakować się w trunku. Myślał tylko o tym, czy ktoś zdołał zauważyć, że wsunął do kieszeni plik dokumentów, nad którymi dzisiaj obradowali. Istniało piętnaście egzemplarzy rozkazu cara Wszechrosji, a Wiktor znał zasady.

Nikt niczego nie wynosił z tych posiedzeń.

I on nigdy niczego nie wyniósł, ale od lat był przygotowany na taką ewentualność.

Kieszeń munduru miał przerobioną tak, by była szersza o półtora centymetra. Idealnie, żeby wsunąć tam złożony na pół dokument formatu A4. Półtora centymetra to niewiele, nikt nie mógłby się zorientować, może z wyjątkiem tego, kto zaprojektował mundury rosyjskiej armii. Wiktor podejrzewał, że oryginalna szerokość kieszeni wcale nie była przypadkowa, że chodziło właśnie o to, żeby nie można było tam niezauważenie wsunąć żadnych dokumentów.

On potrafił to zrobić jednym szybkim ruchem. Ćwiczył ten gest całymi tygodniami.

Teraz razem z admirałem Kostiukowem pochylili się nad gablotą.

– A więc rzeczywiście, świętość.

– A świętość, świętość. Nie można zbudować religii bez relikwii.

– Myśli pan?

– Wiem. Przecież dlatego komuniści zabalsamowali zwłoki tego zbrodniarza Lenina.

Wiktor nie odpowiedział. Nie uśmiechnął się ani nie skomentował. Nie wolno żartować sobie z szefem GRU, nawet jeśli sprawia wrażenie podpitego.

Wychylił swój koniak do dna.

Poczuł na plecach rękę admirała.

– No nie boczcie się, przecież ja żartuję. Gdybym chciał was o cokolwiek podejrzewać, to nie z powodu żartów, ale dlatego, że lejecie najlepszy ormiański koniak na lód jak jakiś amerykański imperialista.

Zaśmiał się ze swojego żartu, a Wiktor tym razem mu zawtórował. Nie odważył się zerknąć na szklankę tamtego.

– Będę już szedł, Igorze Olegowiczu.

– Obowiązki czy przyjemność?

– Żona.

– Czyli obowiązki.

Wiktor pozwolił sobie na cień uśmiechu, takie porozumienie pomiędzy mężczyznami, którzy należą do kręgu wtajemniczonych, i uścisnęli sobie dłonie. Skierował się do wyjścia. Po drodze skinął głową Aleksandrowi Wasiljewiczowi z FSB, Michaiłowi Jefimowiczowi z Instytutu Studiów Strategicznych i Olegowi Klimientjewowi, który tego nie zauważył, bo wymieniał szeptem jakieś uwagi z Jewgienijem Murowem i Dmitrijem Koczniewem. Jewgienij Aleksiejewicz miał już z osiemdziesiąt lat, ale na Kremlu wciąż liczyli się z opinią byłego dowódcy Federalnej Służby Ochrony.

Szeptało się, że Klimientjew i Koczniew słuchali go absolutnie we wszystkim.

Ta grupa stanowiła najściślejsze grono doradców Putina. Wiktor potrzebował dziesięciu lat starań, żeby z nimi pracować. A teraz cały ten dorobek stawiał na szali.

Ile miał czasu? Adiutant zaraz wejdzie, żeby zebrać dokumenty, i zanim wszystko starannie podda procedurze zniszczenia, przeliczy. Minutę, może dwie. A może pięć, w zależności od tego, jak dobrze będą się bawić generałowie. Jeśli dobrze, adiutant zachowa dyskrecję, będzie stał w drzwiach na wypadek, gdyby ktoś go potrzebował, ale bez rozkazu nie podejdzie do stołu.

Gdyby jeszcze musiał przejść pomiędzy krzesłami, żeby pozbierać papiery, ale Wiktor, zanim przyjął szklankę koniaku, poskładał wszystkie dokumenty na jeden stosik. Nikogo to nie zdziwiło, bo robił tak zawsze od co najmniej czterech lat, a poza tym wszyscy w gronie dowódców wiedzieli, że ten błyskotliwy analityk był odrobinę dziwakiem – ustawiał krzesła w jednakowej odległości od stołów, dbał o to, żeby widelec i nóż były od talerza w odległości pół centymetra, a talerze stały dwa centymetry od krawędzi stołu. Jego fiksacja bywała tematem żartów od tak dawna, że nikt już nie zastanawiał się, czy jest prawdziwa.

Dziś, gdy zebrał papiery i ułożył w równy stosik, był niewidzialny.

Ile miał czasu?

Kiedy adiutant zorientuje się, że czegoś brakuje, uruchomi alarm, ale na razie cichy, bo nie będzie wiedział, czyj stosik dokumentów był o kilka stron szczuplejszy od pozostałych. W bibliotece senackiej nie zainstalowano kamer. Dzięki temu generalissimus, jak Wiktor nazywał w myślach prezydenta Putina, miał tam zapewnioną dyskrecję. Gabinet Putina i biblioteka były jedynymi wolnymi od monitoringu pomieszczeniami w Pałacu Senackim. Wszystkie inne znajdowały się pod kontrolą. Wartownicy wiedzieli nawet, kto siedzi w której kabinie w toalecie – i jak długo.

Wiktor wyszedł z biblioteki i skręcił w kierunku windy, ale po chwili zawrócił, lepiej było rozruszać nogi. W górę i tak nie mógł iść, bo każdy, kto wchodził do pałacu, musiał użyć windy, żeby umożliwić wartownikom pełne skanowanie. Trzeba sprawdzić, czy ktoś nie wnosił broni. Obsługujący skaner widział w kieszeni Wiktora papierosy i niewielką plastikową buteleczkę, która nie wzbudziła jednak niepokoju, bo od lat wiadomo było, że Wiktor Iwanowicz cierpiał na ból zatok i zawsze miał przy sobie krople do nosa – Xymelin. Sprawdzali to wielokrotnie, aż przywykli.

Teraz czerwony dywan ze złotymi deseniami tłumił jego kroki, kiedy zbiegł z drugiego piętra na pierwsze. Tutaj Putin miał swój Gabinet Owalny. Wiktor był tam kilka razy. Zapamiętał biały marmur, zielony malachit, prawdziwy, działający kominek i drzemiące w niszach posągi czterech dyktatorów, na których Putin się wzorował. A w każdym razie jego własna nienawiść do świata karmiła się ich pychą i nienawiścią.

Kiedy po raz pierwszy otrzymał wezwanie do gabinetu prezydenta, mógł się spodziewać, że będą tam Lenin, Stalin, Dzierżyński oraz Beria, ale nie, nic z tych rzeczy. Stały tam figury carycy Katarzyny, Piotra I, Mikołaja I oraz jego syna Aleksandra II. Katarzyna złamała kark Polakom, Piotr I utwardził grunt tysiącami ciał chłopów, których zagnał do budowania na bagnach nadbałtyckich najbardziej europejskiego miasta Rosji, Mikołaj I pokonał Turcję i wymordował dekabrystów za to, że chcieli w Rosji wprowadzać demokrację. Natomiast Aleksander II był pierwszym carem, który odwiedził wszystkie prowincje, tak żeby każdy obywatel Rosji mógł go osobiście zobaczyć, biedota, oczywiście, tylko z daleka. Wizerunkowo wypadł doskonale, bo choć przez całe życie był despotą i wprowadził zamordystyczną politykę samowładztwa, kiedy umarł, płakali po nim nie dlatego, że się bali, ale dlatego, że to był przecież ludzki pan. Poza tym sprzedał Amerykanom Alaskę za garść dolarów. Wiktor niespiesznie minął wysokie wrota Gabinetu Owalnego, skinął głową wartownikom w granatowych replikach uniformów carskiej armii i skręcił w lewo, na schody.

Gdzieś wysoko, wysoko trzasnęły drzwi.

Drzwi na Kremlu nigdy nie trzaskały. Chyba że właśnie wybuchła wojna.

Zbiegał teraz po dwa schodki naraz, myśląc, czy skręcać do szatni po płaszcz, czy ryzykować wyjście na zewnątrz w samym mundurze. To z pewnością zwróciłoby czyjąś uwagę, nie powinien sobie na to pozwolić. W szatni zostawił też telefon. Wiktor nie miał pewności, czy każdy z uczestników narad w Bibliotece Senatu musiał oddać telefon, ale od niego tego wymagano.

Nie ma szans, żeby ominąć szatnię. Miał tylko nadzieję, że dotrze tam szybciej niż sygnał od adiutanta.

Znowu trzasnęły gdzieś drzwi.

Piętnaście kompletów dokumentów. Ktoś musiał się połapać, że jakaś osoba zabrała tych kilka kartek. Poczuł nagłą potrzebę, żeby podrapać się w głowę. Robił tak zawsze, kiedy się denerwował, ale wiedział, że tutaj wszędzie są kamery. Jeśli się zorientowali, że brakuje papierów, ale wciąż nie nabrali pewności, kto je wyniósł, patrzyli teraz w monitory i obserwowali jego zachowanie.

Szedł spokojnym krokiem człowieka, który nie spieszy się do domu. Po tym, co tutaj przeżył, jego własna żona wydawała mu się nudnym obowiązkiem, z lekką nadwagą i pretensjami do wyglądu Marilyn Monroe.

Wartownicy przy drzwiach wyprężyli się momentalnie i zarepetowali broń. Repliki dziewiętnastowiecznych karabinów nie były straszakami, ale też nikt nigdy nie pomyślał, że można byłoby z nich wystrzelić. Do tego miejsca docierali jedynie wybrani ludzie.

Obok nich, w korytarzu przed wejściem, stała młoda kobieta w nienagannie skrojonej garsonce.

– Idiot snieh – powiedziała. – Zontik?

– Kanieszna.

Zanim podała mu parasol, rozłożyła go wprawnym ruchem. Duży, granatowy, z godłem Rosji. Zagraniczni oficjele odwiedzający prezydenta dostawali taki w prezencie.

Wartownik otworzył wrota.

Wiktor miał przed sobą wewnętrzny dziedziniec pałacu. Gdyby nie śnieg, widziałby kunsztowną mozaikę z białych, szarych i brązowych kamieni ułożonych w kształt kopuły meczetu. Nie soboru, ale właśnie meczetu. Teraz widział tylko śnieg, a na nim kilka świeżych śladów.

Po drugiej stronie dziedzińca szarzał zewnętrzny budynek senatu.

Szedł, modląc się w duchu, żeby nie wszczęli alarmu, zanim nie przejdzie przez główne skrzydło. Potem szatnia i dwoje wrót. Dziesięć metrów, pięć. Widział przed sobą znikające powoli w śniegu ślady trzech oficerów, którzy opuścili pałac przed nim. To dlatego zaryzykował szklankę koniaku z dowódcą GRU. Dawał czas tamtym trzem, żeby zrobili ślad. To jakby wypuszczał nad polem bitwy balony udające bombowce.

Cztery ślady rozchodzące się w cztery strony Moskwy. Kiedy pościg ruszy, będą musieli się rozdzielić.

Przed głównym budynkiem senatu żołnierze z kompanii honorowej trzymali wartę. Nie było cienia wątpliwości, że potrafią użyć broni bez ostrzeżenia. Poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku. Spocił się. Ale przecież padało. To oczywiste, że człowiek na śniegu może mieć wilgotne czoło.

Złożył parasol i zasalutował.

Wartownik otworzył przed nim drzwi.

A więc nie ogłosili jeszcze alarmu.

W głównym holu Pałacu Senackiego, po lewej stronie, prowadziły w dół schodki do szatni.

Nie, pomyślał, nie ma czasu, żeby iść po płaszcz. Ale przecież gdyby go zostawił, od razu by się zorientowali.

Westchnął. Skręcił w lewo i zbiegł na parter.

Wartownik spojrzał na niego, a Wiktor wskazał swoją własność. W szatni VIP wisiało jeszcze tylko dziewięć, może dziesięć okryć. Mężczyzna podał płaszcz i metalową skrzynkę. Wewnątrz były telefon, zapalniczka i kluczyki do Mercedesa. Tego dnia nie zabrał ze sobą broni, bo ta mogłaby wzbudzić podejrzenia. Może to był błąd, może nie, wkrótce się o tym przekona.

Na co dzień żył w świecie, w którym weryfikacja każdej decyzji wymagała czasu. Bywało, że bardzo dużo czasu. Lat. Nawet kilkunastu. Tęsknił za momentem, kiedy wszystko będzie zależało od ułamków sekund. Cieszył się, że to właśnie dziś, ale wciąż trzymał nerwy na wodzy. Zapiął płaszcz powoli i starannie owinął szyję szalikiem.

Żadnych nerwowych ruchów. Jakby płynął te swoje tysiąc metrów w basenie.

Wszedł z powrotem po szerokich schodach i skierował się do drzwi, a zewnętrzne wrota Pałacu Senackiego samoistnie i bezszelestnie otworzyły się przed nim jak bajkowy sezam.

Najpierw zadzwonią do szatni i zapytają, czy miał przy sobie broń.

Zanim to usłyszą, zyska kilkadziesiąt sekund.

Ale może to jednak błąd? Może powinien mieć Makarowa? Czułby się pewniej. Choć i tak najważniejsze, żeby nie budzić podejrzeń. Przecież nikt nie przynosił broni na spotkania z najbliższymi doradcami prezydenta Rosji.

Na zewnątrz marzło czterech wartowników. Mieli normalne zimowe mundury kompanii honorowej. Porządne czapki.

– Choładna. – Mrugnął do tego po prawej stronie i podniósł dłoń do czapki. Śnieg padał miękko, jak z bajki, nie było wiatru. Styczniowy zmierzch nadchodził szybko, ale czasami był łaskawy. Podniósł twarz i pozwolił, żeby śnieg schłodził mu czoło.

Nie było bardzo zimno. Może cztery, pięć stopni. Dobrze. Ale nie mógł tak stać, zaraz wyhamuje winda, ktoś pobiegnie do szatni – albo od razu tutaj, przed ten olbrzymi gmach. Przez moment zastanawiał się, czy iść na parking, to jednak nie byłoby dobre rozwiązanie. Samochód dawał poczucie bezpieczeństwa, ale jeśli uruchomią alarm, nie przedrze się przez te automatyczne stalowe kolce i bariery nawet czołgiem.

Ruszył prosto, w kierunku Arsenału, bo tam, na dziedzińcu, parkowały samochody dygnitarzy, którym wolno było pokonać mur Kremla. Zbliżył się do drzwi i nacisnął klamkę. Siedziba prezydenckiej jednostki bezpieczeństwa była zamknięta. Procedura nakazywała użycie kodu albo wezwanie wartownika przez interkom, ale darował sobie i postanowił wykorzystać to jako szansę. Skręcił w lewo i poszedł wzdłuż murów Arsenału, tak żeby wyglądało, jakby kierował się do bramy wjazdowej.

Pod murem stało kilkadziesiąt siedemnastowiecznych armat, z jednej strony stanowiących pamiątkę po dawnych czasach, z drugiej – zajmujących połowę szerokości trotuaru.

Na trzech wysokich stopniach opasujących budynek ustawionych było jeszcze sześć olbrzymich dział na wysokich lawetach. Nie tak wielkich jak sławna Car Puszka, ale i tak robiły wrażenie.

Na rogu znajdowała się budka wartownika.

Był uzbrojony i mógł być niebezpieczny, ale Wiktor wiedział, że raczej pilnował, aby nikt niepowołany nie przeszedł tędy w kierunku senatu. Do tego miejsca mógł dotrzeć nawet zbłąkany turysta, gdyby jakimś cudem ominął zakazy. Demonstracyjne otwarcie Kremla, którego nie broniły od tej strony żadne druty, mury ani zasieki, było dla Wiktora szansą. Wiedział, że ta otwartość to tylko dekoracja, bo sieć elektronicznych zabezpieczeń nie pozwoliłaby prześliznąć się nawet jaszczurce ani pająkowi, ale wiedział też, że wszystkie zęby Kremla skierowane były na to, żeby nie pozwolić nikomu wejść.

A on chciał się tylko wymknąć.

Szedł niespiesznie wzdłuż zabytkowych dział. Przystanął, zapalił papierosa – to nie jest proste, kiedy trzymasz w ręce parasol. Postawił kołnierz i ruszył, bez rozglądania się na boki. Na rogu Arsenału skręcił w prawo, do wjazdu, jak zwykle skinął wartownikowi i zmierzał prosto przed siebie czterdzieści, pięćdziesiąt metrów, po czym nagle zmienił kierunek i ruszył do położonego po drugiej stronie placu Pałacu Zjazdów, jakby właśnie wpadł na to, żeby zobaczyć, co się dzieje w teatrze. W sobotnie wieczory w audytorium, w którym kiedyś przed delegatami z całego ZSRR przemawiali Breżniew i Gorbaczow, swoje przedstawienia dawała teraz trupa Teatru Bolszoj. Audytorium mieściło więcej osób niż widownia dużej sceny Teatru Wielkiego, a Wiktor miał większe szanse w tłumie niż zamknięty w samochodzie, któremu odcięto drogę wyjazdu.

Usłyszał kroki. Szybkie kroki. To mógł być tylko wartownik z Arsenału. Jeśli tak, to znaczyło, że już wiedzieli. Wiktor przyspieszył, zdecydowany, żeby się nie odwracać.

Wartownik nie wołał. Może po prostu coś wzbudziło jego podejrzenia? Jeśli obserwowali Wiktora, musieli się zaniepokoić, kiedy skręcił do Pałacu Zjazdów, zamiast iść do auta. Niewykluczone, że ci trzej oficerowie, którzy opuścili budynek przed nim, zostali już zatrzymani i przeszli osobistą kontrolę. Kroki stały się głośniejsze.

Wiktor pomyślał, że spuścili za nim psy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij