Bez serca - ebook
Marek Nadolny, nauczyciel niemieckiego z liceum w Białogardzie, prowadzi spokojne życie do chwili, gdy w lesie zostaje znalezione ciało jego uczennicy, Mileny. Brutalne morderstwo i tajemniczy symbol wyryty na plecach dziewczyny uruchamiają śledztwo aspirant Sandry Żalińskiej. Każdy trop odsłania mroczne sekrety uczniów i dorosłych. A im głębiej sięgają, tym wyraźniej widać, że ta sprawa nie powinna nigdy ujrzeć światła dziennego Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-410-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Połowa czerwca, czas, kiedy już wszyscy czują w powietrzu powiew wakacji, nikt nie myśli o testach, sprawdzianach czy poprawkach. Nie inaczej było w Liceum Ogólnokształcącym im. Bogusława X w Białogardzie. Większość nauczycieli, w tym ja, miała już kilkanaście dni temu wystawione oceny, nie czekając na ostatnią chwilę.
Idąc do szkoły, nie z materiałami do nauczania, lecz z całą reklamówką gier, dzięki którym uczniowie oprócz nauki będą mogli się wyluzować i w inny, według mnie ciekawszy sposób spędzić czas, zauważyłem przed szkołą dwa radiowozy policji.
Wchodząc do szkoły, udałem się jak zwykle do pokoju nauczycielskiego, trwała wtedy jeszcze lekcja. Zostawiłem cały swój ekwipunek przy krześle i zacząłem robić sobie herbatę. Po chwili zawołała mnie pani dyrektor Walska, nauczycielka historii, która urząd sprawuje od roku. Chce z naszej niewielkiej szkoły uczynić liceum, które będzie konkurowało z najlepszymi szkołami w Polsce, wysyłając nas na przeróżne kursy czy szkolenia.
Zawsze ubrana, jakby szła na galę rozdania Oscarów: czerwone szpilki, pomarańczowa sukienka z jednym odkrytym ramieniem i rękawiczka na drugiej ręce. We włosy wpiety jakiś kwiat, tona makijażu i liczna biżuteria. Miałem wrażenie, że bardziej stawia na to, jak wygląda, a nie na to, co ma do powiedzenia. Może tym chciała zaleczyć ewentualne braki czy kompleksy. Był to typowy przerost formy nad treścią.
Ja starałem się dać z siebie jak najwięcej, jednak chyba nigdy nie osiągnąłbym poziomu, z którego pani dyrektor byłaby zadowolona. Po wejściu do jej pokoju ujrzałem Sandrę, moją koleżankę jeszcze zza czasów gimnazjum, a potem naszego białogardzkiego ogólniaka. Sandra po skończeniu liceum i klasy o profilu policyjnym widziała, jak dalej pokierować swoją ścieżką edukacji i zdecydowała się na szkołę mundurową. Jako fanka filmów sensacyjnych skończyła w oddziale kryminalnym. Nie bez znaczenia pewnie jest fakt, że komendantem naszej policji jest jej wujek Piotr Krawczyk, którego za czasów szkoły lubiłem, chyba z wzajemnością. Wtedy był opiekunem naszej klasy i prowadził nas twardą ręką. Miny dyrektorki i Sandry były grobowe.
— Cześć, coś się stało, co cię do nas sprowadza? — pytam się, witając się z Sandrą.
Sandra nie wyglądała już jak licealistka z warkoczami, które wtedy nosiła codziennie; w jej przypadku akurat upływ czasu zadziałał na plus. Miała czarne włosy z prostą grzywką, szczupłą twarz, na pewno musiała kilka kilogramów zrzucić; bez zmian pozostały zielone oczy i wąskie usta. Prawdziwa pani policjant — pomyślałem.
— Pani aspirant Żalińska przyszła nas poinformować o tragicznym wydarzeniu dotyczącym uczennicy z pana klasy, panie Nadolny — odpowiedziała, jak zwykle formalna, choć z załamującym się głosem.
— Jak już się dowiedziałam, chodzi o dziewczynę z Twojej klasy, Milenę Barczykowską. Znaleźliśmy jej ciało w lesie, około dwóch kilometrów za szkołą. Została zamordowana, ma na sobie kilkanaście ran kłutych. Próbowałam skontaktować się z rodzicami, ale są na wyjeździe w Szwajcarii i nie odbierają telefonów.
Zamarłem. Milena co prawda nie była najlepszą uczennicą, ale jedną z najbardziej rozpoznawalnych w szkole. Pochodziła z dobrego domu, była jedynaczką. Las zaczął się już kilkanaście metrów za szkołą.
— Kiedy ostatni raz widziałeś dziewczynę żywą? — dopytuje Sandra.
— Wczoraj na lekcji, mieliśmy godzinę wychowawczą — nie mogę nadal uwierzyć, że dziewczyna, z którą wczoraj rozmawiałem, dzisiaj jest już martwa i to zamordowana.
— Macie jakichś podejrzanych, świadków? Kto mógł się tego dopuścić? — wtrąca się dyrektorka.
— Póki co zbieramy informacje, zwłoki zostały znalezione rano w Lasku Północnym przez przypadkowego biegacza z psem, który znalazł ciało. Śmierć nastąpiła dzień wcześniej, najprawdopodobniej tam, gdzie znaleziono ofiarę.
Rozbrzmiewa dzwonek.
— Mam do Państwa prośbę. Czy moglibyście wszelkie formalności załatwić poza terenem szkoły? Bardzo zależy mi na zachowaniu spokoju i niewzbudzaniu negatywnych emocji wśród uczniów — mówi dyrektorka, chyba chcąc, aby sprawa nie nabrała rozgłosu.
— Jasne — taki układ jest mi na rękę. Lepiej będzie rozmawiało mi się z dawną koleżanką w nieobecności Walskiej.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, rozmowa toczyła się nieco luźniej, o ile w ogóle w przypadku takiej tragedii można mówić o innej atmosferze między mną a Żalińską.
— Niezła gwiazda macie za dyrektorkę — rozluźnia atmosferę Sandra.
— Tak, szkoda, że dzieli ją przepaść w porównaniu z panem Bogdanem Niemczykiem z naszych dawnych lat. Odszedł na emeryturę dwa lata temu.
Pana Bogdana nie dało się nie lubić. Starszy już pan, któremu dużo zawdzięczałem, szczególnie w ostatnich latach jego kariery, kiedy nastawiał za mnie karku. Gdyby nie on, nie dostałbym pracy. Porozbijał klasy językowe na mniejsze, przez co potrzebowali nauczyciela. Tak naprawdę już go mieli.
— Opowiedz mi coś o tej dziewczynie, w jakim była domu, z kim się trzymała. Będziemy musieli przesłuchać ich najbliższych i jak najszybciej skontaktować się z rodzicami denatki.
— Milena była charakterystyczną dziewczyną, można było powiedzieć, że była wyróżniającą się dziewczyną w naszej klasie. Wysoka, szczupła, blondynka — ale to już chyba zauważyłeś. Mieszkali w domu na końcu Krakowskiej. W domu też nie miała problemów, ojciec był adwokatem, matka chyba księgową, więc raczej na kasę nie narzekali. Ona zawsze obecna na zebraniach, dopytywała o córkę. Nie miała większych zainteresowań, niezle się uczyła. Ostatnio miała trochę nieobecności, ale sama wiesz, że nikt święty nie jest. I jeszcze jedno, chociaż nie wiem, czy to ważne — pojutrze miała świętować swoje urodziny. Jej koleżanki nagrywały jakieś filmiki w klasie po lekcjach. Pytały się mnie o pozwolenie, miało to być niespodzianka.
— Wiesz co to za film?
— Pojęcia nie mam, pewnie jakieś życzenia.
— Słuchaj, mam prośbę, może dałbyś radę skontaktować się z rodzicami i powiedzieć, żeby jak najszybciej oddzwonili do mnie? Mój numer powinieneś mieć, chyba że pozbyłeś się starej koleżanki z listy kontaktów.
— Jeszcze mam, z naciskiem na „jeszcze”. Szkoda, że w takich okolicznościach musieliśmy się spotkać, po tylu latach.
— No właśnie, tak to jest, jak się nie pielęgnuje znajomości — śmieje się Sandra.
— To teraz masz dwa miesiące wolnego — kiwa głową.
— Powiedzmy, tylko relaks, słońce, plaża i zimne piwko — śmieje się.
— Ja w przeciwieństwie do Ciebie nie nastawiam się na beztroskie wakacje, pewnie będą miała ręce pełne roboty… A i jeszcze jedno, podaj mi nazwiska koleżanek, z którymi trzymała się denatka.
— Najbliżej była z Olgą Chodak, ale trzymała się też z Mariką Boryczko. Zaraz mam nimi lekcje, to możesz je zgarnąć, a ja będę musiał jakoś poinformować klasę.
— Pan Profesor Nadolny, na pewno sobie poradzi — drwi ze mnie, ale nie przeszkadza mi to, lubiłem jej kaszlące poczucie humoru.
— Jakoś będę musiał, pani aspirant, jakbyś miał jakieś pytanie, to wal mało, będę starał się pomóc, jak to tylko możliwe.
Sandra pokiwała głową i poszliśmy w kierunku szkoły. Oddelegowałem do niej dwie najbliższe Milenie dziewczyny, a ja udałem się do pokoju nauczycielskiego, gdzie, jak się okazało, trwało spotkanie zespołu kryzysowego wysłanego przez policję z resztą moich kolegów i koleżanek. Całkiem szybko zareagowali. Zespół stworzony z jednej osoby, młodej dziewczyny, rozdawał ulotki mające na celu przygotowanie uczniów na wieść o tragedii, czy też informacje, jak przekazać informacje i gdzie szukać pomocy. Nie dowiedziałem się nic poza sztampowymi hasłami, które pewnie w podobnej formie przekaże swojej klasie. Stanąłem chyba w najtrudniejszym momencie mojej dotychczasowej kariery nauczyciela języka niemieckiego. Wyszedłem z nauczycielskiego. Moja klasa weszła do sali i wiedziałem, że nastał ten moment.
— Mam dla Was smutną wiadomość. Przykro mi o tym mówić, ale dowiedziałem się o śmierci waszej koleżanki Moniki Barczkowskiej, została zamordowana wydusiłem z siebie drżącym głosem. — Jest to dla wszystkich trudny moment, póki co trwa śledztwo, policja nie ujawnia wielu informacji. Jeśli ktoś z Was potrzebowałby pomocy, chęci porozmawiania, to służę swoim czasem. Możecie również zapukać do pokoju pani psycholog, która na pewno Wam pomoże. Proszę Was o spokój i nie rozsiewanie plotek; z niektórymi z Was może chcieć rozmawiać policja. Każda informacja może przysłużyć się znalezieniu sprawcy, dlatego proszę Was o skupienie.
Na sali słychać było szepty. Bez wątpienia dla większości był to ogromny szok i pierwsza taka sytuacja w naszej szkole od kiedy pracuję, czyli od sześciu lat. Wcześniej też nie słyszałem o podobnej tragedii. Do sali wróciła Marika przesłuchana przez Sandrę. Dziewczyna od razu zwróciła uwagę kolegów i koleżanek. Zaczęły się pytania: O co Was pytali? Jak zginęła? Podejrzewają kogoś? Jej rodzice już wiedzą?
Właśnie, rodzice! Miałem do nich zadzwonić. Odszukuję numer, wychodzę z sali i próbuję połączyć się z niezdającymi sobie sprawy z dramatu swojej córki rodzicami. Modlę się, tylko aby matka nie pytała mnie, co się stało, gdy dowie się, że policja chce z nią jak najszybciej rozmawiać. Po kilku sygnałach odbiera matka:
— Dzień dobry, z tej strony Marek Nadolny, wychowawca Mileny. Dzwonię do Państwa, ponieważ białogardzka policja próbuje się Państwem skontaktować. Bardzo proszę o oddzwonienie na numer, który prześlę w SMS-ie.
— Policja? A o co chodzi, właśnie wracamy ze Szwajcarii, coś z przygotowaniami Mileny do urodzin nie tak? I dlaczego to pan do nas dzwoni?
Bo nie odbieracie telefonów od policji?! — pomyślałem. — Szczegółowych informacji udzieli pani aspirant Żalińska, proszę się z nią skontaktować. Matka na szczęście nie zadawała więcej pytań. Mieli pewnie pojawić się na urodzinach swojej córki… chyba przeżyją podróż z nieba do piekła.
Idąc w kierunku sali, usłyszałem szlochające w damskiej toalecie. Przypuszczałem, że była to jedna z dziewczyn, z którymi rozmawiała Sandra.
— Nie żyje, kurwa, słyszysz? Wiesz coś o tym? — usłyszałem zdumiony, stając przy drzwiach. — Skąd mam wiedzieć, znaleźli ją ponoć na konarze, na którym się spotykaliście. Musisz coś wiedzieć… Ja nic im nie mówiłam — już wiem, że głos należy do Olgi.2
Stoję przy ścianie, oparty o ścianę korytarza tuż obok drzwi toalety. Podsłuchiwanie przerywa mi Marika, wychodząca z sali. Natychmiast udałem się w jej kierunku, ona poszła zaś w przeciwnym. Zignorowałem ją i poszedłem do sali. Prowadzenie lekcji nie miało sensu, szczególnie że mieliśmy grać w planszówki edukacyjne. Uczniowie zadawali w dalszym ciągu mnóstwo pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Cała szkoła żyła jednym tematem.
Po przyjściu do mieszkania, które mieściło się około dwa kilometry od szkoły, zacząłem przeglądać portale internetowe, chcąc pozyskać więcej informacji o zabójstwie Moniki.
— Ciekawe, czy rodzice już się dowiedzieli — myślę głośno. Wiem, że jutro będę musiał porozmawiać z Olgą, jeśli coś ukrywa, a Sandra o tym nie wie, może mieć kłopoty.
Następny dzień — przedostatni w roku szkolnym — standardowo rozpoczynam od pięćdziesięciu pompek, dwudziestu brzuszków i stretchingu. Dopiero wtedy, gdy krew zacznie mi szybciej płynąć w żyłach, mogę powiedzieć, że się obudziłem. Dzięki temu mini-treningowi i wypadom na siłownię zachowuję jeszcze resztki jakiejkolwiek formy.
Mieszkałem z żoną Patrycją Banasiuk-Nadolną. Pobraliśmy się ponad rok temu w Koszalinie, z którego pochodziła. To miasto nigdy do mnie nie przemawiało, a Patrycja była chętna na zamieszkanie w Białogardzie. Była w drugim miesiącu ciąży, o którą zabiegaliśmy od ślubu. Miała ciemną karnację, czarne włosy i brązowe oczy, ludzie myśleli często, że ma korzenie latynoskie, jednak była rodowitą Polką. Pracowała jako przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej. Jako ambitna kobieta chciała planować do piątego miesiąca ciąży, bo tak wyczytała w swoich damskich pisemkach.
Często była w rozjazdach, jej rejon obejmował całe Pomorze. Patrycja wyjeżdżała dziś na cztery dni, jechała w kierunku Gdańska, zaliczając po drodze inne miejscowości i reklamując ich pasty, szczoteczki oraz leki, których również w domu nie brakowało. Otwierając szafkę w łazience, czułem się jakbym stał przed regałem w Rossmannie.
— Jak samopoczucie, kochanie? — pyta się Patrycja, smarując kanapki masłem. Już ubrana w swój standardowy strój — biała koszula, jasne jeansy i szpilki, typowa pani przedstawiciel.
— Bez zmian, cały czas nie mogę w to uwierzyć — czuję, że następne dni również nie dadzą mi spokoju.
— Ciekawe, kiedy twoja koleżanka znajdzie zabójcę — doszukuję się złośliwości, a może jeszcze się dobrze nie obudziłem. Trochę opowiadałem jej o wczorajszych wydarzeniach.
— Spotykała się chyba z jakimś podejrzanym typem, więc mają trop. — ucinam dywagacje.
— Oby prędko, w mieście może wzrosnąć poczucie zagrożenia, wiedząc, że morderca jest na wolności. Sama się wzdrygam, myśląc, co się jej stało — dramatyzuje, co jest charakterystyczne dla niej.
— Myślę, że nasza dzielna policja stanie na wysokości zadania. — przytulam Patkę.
— Jak zawsze — śmieje się. — Dobra, na mnie czas, nie nawalcie się tylko jutro z Romkiem.
— Będziemy grzeczni jak zawsze — odprowadzam Patrycję do drzwi i daję buziaka na pożegnanie. Z okna obserwuję, jak pakuje walizkę do służbowego auta i odjeżdża. Ja szykuję się do wyjścia do pracy.
Dyrektorka wywiesiła kir, chce upamiętnić moją uczennicę. Wchodząc do szkoły podczas przerwy, musiałem znaleźć Olgę, aby zamienić z nią słówko. Moja klasa była już po pierwszej lekcji, podszedłem pod halę sportową; druga lekcja to WF. Od dziewczyn dowiedziałem się, że Olgi i Mariki nie ma dziś w szkole. Sprawa tym bardziej nie dawała mi spokoju. Dzwonię do Sandry.
— A jednak zachowałeś mój numer — wita mnie Sandra.
— Nie podpadłeś mi tak bardzo, żeby musiał go usuwać. Dzwonię, bo chciałem się zapytać, jak śledztwo, macie coś nowego?
— Nic konkretnego, jutro miały odbyć się urodziny młodej, podejrzewamy, że zabójca o tym wiedział i nie bez powodu wybrał ten dzień. Gadłam też z rodzicami, wrócili do Polski, przedstawiają córkę w samych superlatywach, matka zemdlała, gdy się dowiedziała, musieliśmy wzywać karetkę.
— Stracili jedyne dziecko, pewnie trauma będzie trwać latami. Dowiedziałaś się czegoś od dziewczyn z klasy? — próbuję wyczuć grunt.
— A co, pan profesor taki dociekliwy?
— Wczoraj udało mi się podsłuchać, jak Olga rozmawiała przez telefon chyba z jakimś chłopakiem, z którym spotykała się Milena.
— Chłopakiem?! Mi nic o chłopaku nie wspomniały. Wiesz co, jestem niedaleko, jak jestem w szkole, to wpadnę do Ciebie niedługo.
— Dobra, zapraszam pod dziesiątkę, tam urzęduje pan profesor.
— Się robi, bez odbioru.
Na korytarzu spotykam drugą nauczycielkę języka niemieckiego w ogólniaku, Jolę Czaple. Znała się ona z rodzicami Mileny, mieszkali obok siebie. Choć Jola miała zupełnie inne metody nauczania i od dwudziestu lat przerabiała ten sam materiał, dobrze się dogadywaliśmy.
— Straszna tragedia, Mareczku — od zawsze nazywała mnie Mareczkiem.
— Oj tak, ty chyba znałaś ją lepiej niż ja.
— Pewnie, Milena czasami u nas bywała, spotykałam ją też przecież u Barczykowskich. Pamiętam ją od małego. Wczoraj chciałam ich odwiedzić, ale zobaczyłam policję, potem karetkę i zrezygnowałam.
— Oby znaleźli tego gnoja, co ją zabił — kończę rozmowę, bo wiem, że Jola mogłaby nadawać godzinami. Wiedziałem, że spotkała ją podobna tragedia kilka lat temu. Jej córka zaginęła, a ciała nigdy nie odnaleziono. Sprawę znam tylko z plotek, nigdy z nią o tym nie rozmawiałem. Pewnie potrafi najlepiej zrozumieć, co czują rodzice Mileny.
Uczniów z innych klas nie za bardzo dotyka śmierć Mileny. Nie znali jej osobiście, choć większość wiedziała, o kogo chodzi. Sandra odwiedza mnie pod koniec lekcji. Wychodzimy na korytarz.
— No, mów, co tam słyszałeś — rzuca na przywitanie zziajana Sandra.
— W zasadzie to tyle, że spotykała się z jakimś chłopakiem na konarze, przy którym ją znaleźli. Rodzice nic nie wiedzą o chłopaku? Co za miejsce w ogóle?
— Właśnie gadłam z naszymi informatykami, mamy numer, z którym dziewczyna kontaktowała się praktycznie codziennie, choć nie miała go zapisanego w kontaktach. Telefon na kartę, nieaktywny od wczoraj, ale może uda się coś ustalić. Miejsce jest trudno dostępne, nie wygląda na często odwiedzane, mocno zarosłe. Zginęła tam, na jej ciele nie było widać śladów walki. Wnioskuję, że znała to miejsce i udała się tam sama lub z mordercą. Gdzie są te dwie dziewczyny?
— Nie ma ich dziś w szkole. Chodź ze mną do nauczycielskiego, zadzwonimy do ich rodziców. — Nagłe zniknięcie dziewczyn mocno mnie zaniepokoiło. Matka Olgi bardzo mnie lubiła, zawsze dopytywała o córkę, martwiła się i pytała o możliwość poprawy ocen.
— Witam, Marek Nadolny z tej strony. Pana córki nie ma dziś w szkole, czy wie Pan może, gdzie przebywa? Potrzebuję się z nią skontaktować.
— Jak to nie ma w szkole? O ósmej wyszła z domu i poszła w kierunku szkoły — wyczuwam irytację.
— W takim razie, gdy pojawi się w domu, proszę przekazać, żeby skontaktowała się ze mną w sprawie ocen końcowych — wymyśliłem na szybko, obmyślając plan i dzieląc się nim z Sandrą.
— Pan profesor chyba lubi się bawić w pana detektywa. Przypominają Ci się dawne czasy? — śmieje się Żalińska.
— Zdecydowanie, to dokładnie to, o czym marzę, pod koniec roku szkolnego — wtrącam jej. Swoją drogą, jak Ci w tej policji?
— Gdyby nie to zabójstwo, wakacje pewnie spędziłabym na szukaniu sprawców włamań czy kradzieży, ale lato przeminie pewnie pod znakiem poszukiwania tego chuja, chyba że szybko go znajdziemy. A Ty chyba zadowolony z pracy, wakacje wolne, wszystkie święta, weekendy? — to jest życie. Ja mogę tylko o tym pomarzyć.
— Tak, w tygodniu praca po dziesięć godzin, gdyby nie korepetycje, dalej ledwo co łączyłbym koniec z końcem.
— Muszę lecieć, do pewnie niedalekiego zobaczenia — żegna się Sandra.
— W tą stronę — mówię z uśmiechem.
— W czym? — dziwi się.
— W kontakcie? Nie załapałaś, boomerko? — kontakt z młodzieżą sprawia, że jestem na czasie, jeśli chodzi o ich slang. Za moich czasów było tego mniej. Internet sprawił, że ilość anglicyzmów w naszym języku, a szczególnie młodzieżowym, zdecydowanie wzrosła. Czy to dobrze? Na pewno język polski rozwija się nieustannie i jest to nieunikniona cecha, szczególnie w czasach, w których żyjemy. Mi to nie przeszkadza.
Wychodząc ze szkoły, zaczepia mnie dyrektorka. Dziś ubrana cała na czarno, a we włosach nie miała żadnego kwiatka czy innego ptaszka.
— Panie Nadolny, właśnie o Panu myślałam, czy mógłby Pan dziś udać się z oficjalnymi kondolencjami do państwa Barczykowskich jako reprezentant szkoły? Taka wizyta na pewno okaże dużo wsparcia rodzinie ze strony liceum.
— Dobrze, akurat mam wolne popołudnie, to wybiorę się do nich — wymyślam i odchodzę szybkim krokiem, ucinając dyskusję z tą jedną.
Przed szkołą spotkałem Piotra Krawczyka, komendanta policji, który prowadził również zajęcia dla klas o profilu policyjnym, w tym mojej. Był nie tylko świetnym policjantem, ale również pedagogiem. Liczył na to, że po studiach dołączę do białogardzkiej policji. Zawsze wyprostowany, z nienaganną sylwetką, o którą dbał mimo upływu lat. Szanowałem go bardziej niż innych nauczycieli. Każdy czuł przed nim respekt, chyba nawet do dziś.
— Witam, Nadolny. — podaje mi rękę.
— Witam, pana komendanta.
— Kope lat! Jak się czujesz w roli nauczyciela?
— Chyba się sprawdzam. Może nie ma tyle adrenaliny co w policji, ale nie narzekam.
— Wiesz, że miałbyś pewnie miejsce u nas. Pamiętam, że miałeś to coś, co powinien mieć rasowy glina, czego brakowało innym. Przypominasz sobie, jak przy rozpoznawaniu akt na ćwiczeniach miałeś już ogląd na całą sprawę. — Jego namowy na pracę w policji nie ustępowały. W szkole każdy widział mnie w roli policjanta.
— Praca w szkole sprawia mnóstwo frajdy, chociaż nie ukrywam, że zajęcia z panem wspominam bardzo pozytywnie. Jeszcze ta śmierć mojej uczennicy…
— No właśnie. Znacie się z Sandrą, znasz środowisko uczniów, więc mamy podstawy, aby włączyć cię w sprawę. Może akurat poczujesz bakcyla. Jeśli oczywiście miałbyś czas i chęci. Ja zajmę się formalnościami.
— Na tyle, ile będę mógł oczywiście pomogę, ale nie mogę obiecać stu procentowego poświęcenia się śledztwu. Rozumie pan.
— Jasne, Nadolny, ale dobrze, że ci się chce, a to już wiele, uwierz mi. Pamiętaj, że jakbyś chciał zmienić pracę, to dopóki jestem komendantem, masz pewny etat. Przekażę Sandrze, że jesteś w stanie nam pomóc. Dzięki. — Wyciąga rękę na pożegnanie.
Nie ukrywam, że byłem zadowolony z oferty Krawczyka. Niewiele brakowało, a poszedłbym tą samą ścieżką co Sandra, jednak pewne wydarzenie z przeszłości przekreśliło moje plany.3
Wiedziałem, że Milena wpakowała się w niezłe kłopoty. Zniknięcie jej koleżanek i ukrywanie faktu istnienia chłopaka sprawia, że śledztwo nie będzie należało do najłatwiejszych. Może Milena miała drugie życie, o którym wiedzieli tylko nieliczni, może zadarła z niewłaściwymi ludźmi, może wiedziała za dużo.
Idę po samochód, czyli czarnego Seata Cupre, który czeka pod blokiem, i ruszam do domu Barczykowskich. Zajeżdżam najpierw do marketu — jutro, jak prawie co tydzień, spotykam się z Romkiem Krzysztofikiem. Poznaliśmy się w podstawówce, razem poszliśmy do gimnazjum, potem on wybrał technikum, a ja liceum. Naszym cotygodniowym rytuałem były wieczory przy whisky, konsoli do gier i gadaniu o wszystkim i niczym. Czasami dołączał do nas jeszcze mój najlepszy kolega z nauczycieli, Tomek — nauczyciel wychowania fizycznego. Od święta wychodziliśmy do Laguny, popularnego klubu na starówce. Tym razem mieliśmy randkę we dwoje.
Kiedy Patrycja była w rozjazdach, była to moja główna rozrywka, nie licząc obiadków u rodziców. Kiedy byłem sam, rzadko chciało mi się gotować dla jednej osoby. Rodzice mieszkali w domku przy Milej, cała klasa znała moją chatę, kiedyś odbywały się tam najlepsze domówki w Białogardzie. Dom rodziców nazywali „Malinówka”, od kiedy załatwiliśmy się nalewką z malin mojego ojca.
Popijawa z Romkiem była u mnie, więc musiałem zadbać o trunki i strawę. Romek był trenerem personalnym w jedynej w mieście siłowni, na którą czasami wpadaliśmy, więc zakąski musiały być wysokobiałkowe, a napoje najlepiej bez cukru. „Trzeba zachować równowagę między grzechem a zdrowym rozsądkiem” — powtarzał trener Romek.
W Lidlu wrzuciłem do koszyka litr Jamesona i Colę Zero. W tak ładną pogodę nie miałem ochoty na gotowanie, kupiłem więc gotowe nuggetsy i kiełbaski wieprzowe. Ta sobota będzie mi bardzo potrzebna — wydarzyło się już dużo, a przede mną jeszcze wizyta u Barczykowskich.
Podjeżdżając pod ich dom, widzę Toyotę Sandry i wypasione Porsche Taycan. Pani aspirant musi maglować rodziców. W progu wita mnie ojciec Mileny, Jerzy — pierwszy raz go widzę na oczy, nie pojawiał się nigdy w szkole. Był starszy od matki Antoniny o kilkanaście lat, ubrany w niebieską koszulę z widocznie odstającym brzuchem i za dużymi spodniami. Zaprasza mnie do środka.
Matka i Sandra siedzą w wielkim salonie z aneksem kuchennym. Pomieszczenie jest w kolorach drewna i ciemnej zieleni, kilka dużych roślin nadaje wnętrzu charakteru. Muszą mieć na prawdę dużo kasy — taki dom jest wart co najmniej dwa miliony. Na drewnianym stole leży mnóstwo papierów, a w rogu widzę dekoracje kupione na urodziny. „Z nieba do piekła” — pomyślałem.
— Dzień dobry, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Nawet nie wyobrażam sobie, przez co muszą Państwo przechodzić. — jakby to cokolwiek miało zmienić w przeżywaniu żałoby.
— Dzień dobry, pani aspirant — mówię oficjalnie do Sandry. — Zajmę się wszystkimi sprawami związanymi ze szkołą, proszę się o nic nie martwić.
— Dziękujemy. Milenka zawsze o panu dobrze mówiła, pewnie zapisał się w jej serduszku i miło pana wspominała. Tak dobrze się uczyła, zawsze zdawała do następnej klasy — wydusza z siebie zapłakana i wyglądająca jak śmierć Antonina Barczykowska. Patrząc na nią, uświadamiam sobie, przez co będę przechodził, gdy stanie się cokolwiek mojemu dziecku. Rodzicom Mileny pozostaje domaganie się sprawiedliwości i ukarania mordercy, do czego pewnie pan adwokat będzie dążył.
Atmosfera była tak przygnębiająca, że nie wiedziałem, co robić — siadać, wyjść z domu, przytulić matkę? Podchodząc do stołu, zauważam zdjęcia martwej Mileny, a właściwie jej pleców, na których sprawca wyciął na jej skórze coś na kształt huśtawki albo wagi — „niezły psychol” — pomyślałem.
— Co jeszcze pan od nas chce? — warknął na mnie ojciec Mileny, aż stanąłem na baczność.
— Uspokój się! Lepiej wytłumacz się pani policjant z potrącenia tego dziecka w Szczecinie, bydlaku! — krzyczała jednocześnie z cierpienia matka.
— Jak te gnoje zabili Milenę, to mam nadzieję, że spotka ich to samo co ich bachora! — grzmiał.
Chyba nie pojawiłem się w najlepszym momencie, o ile o takim można mówić.
— Proszę się uspokoić, nerwy tutaj naprawdę nic nie pomogą — mówi zimnym głosem, twardej gliny Sandra. — Chciałabym zobaczyć pokój państwa córki. — Ton jej głosu wskazuje, że nie bierze pod uwagę sprzeciwu rodziców.
Ojciec prowadzi nas do jej pokoju na parterze. Czarne metalowe schody prowadzą do niewielkiego korytarza. Znajdowały się tam cztery drzwi. Barczykowski otwiera jedne z nich. W pokoju panował porządek. Nie pasował on do stereotypowych pokojów innych nastolatek. Na środku stało łóżko kontynentalne, na szafie lampka i batoniki owsiane. Na regałach pod ścianą styl książki i zeszyty. Część pozycji to poradniki o zdrowym trybie życia, reszta to książki do szkoły. Najgrubsze egzemplarze uczniowie zostawiali w szkole — będę musiał przynieść je rodzicom zmarłej dziewczyny.
— Mogę zajrzeć do szafek? — Sandra chce przetrzepać pokój.
— Tak, proszę — Barczykowski nie był z tego faktu zadowolony, świadczył o tym drżący głos i rozbiegane oczy.
— Muszę skorzystać z toalety — rzuca i szybko znika zza drzwi łazienki.
Po chwili pani aspirant wyjmuje dzienniczek. Sandra przegląda go i głową daje mi znać, żebym podszedł. Milena notowała swoją masę ciała oraz ciśnienie krwi i tętno. Ostatni wpis był sprzed trzech miesięcy — 46 kg — 112/77 — tak zapisywała dane.
— Dziewczyna chyba miała bzika na punkcie zdrowia — stwierdza Sandra.
— Tak, przynajmniej do dwudziestego marca. A co potem? — może Barczykowski nam odpowie, który wracał do nas szybkim krokiem.
— Po co pańska córka zapisywała dane o swoim zdrowiu? Była na coś chora?
— Nie, Milena była zdrową dziewczyną i dbała o swoje ciało, chciała mieć wszystko pod kontrolą. Przepraszam, ale przeżywamy z żoną żałobę i chcemy mieć chwilę spokoju. — łamiącym głosem chce wyprosić nas z mieszkania.
Postanawiam się ulotnić, żegnając się i obiecując wsparcie. Sandra zostaje jeszcze u Barczkowskich. Atmosfera w domu była bardzo gęsta, powietrze można było ciąć nożem. Trochę głupie porównanie, biorąc pod uwagę, co spotkało Milenę.
— Słucham — odbieram telefon, dzwoni nieznajomy numer.
— Dzień dobry, Olga Chodak z tej strony. Chciał pan ze mną rozmawiać? — wita się oschle.
— Tak, miałabyś czas może dziś albo jutro? To dość pilne — mam nadzieję, że nie będzie dopytywać o co chodzi.
— Dobrze, za dwadzieścia minut będę na rynku głównym przy fontannie.
— Świetnie, do zobaczenia — żegnam się z uczennicą.
Po głowie chodziły mi różne myśli, ale na szczęście Olga wydaje się być bezpieczna. Nie wiem, ile zejdzie Sandrze na spotkaniu z Barczkowskimi, więc z uczennicą spotkam się sam. Mimo późnej pory i braku słońca Olga czekała na ławce na mnie w okularach przeciwsłonecznych.
— Dzień dobry, przejdę do konkretów. Chciałem się z tobą spotkać, bo usłyszałem wczoraj twoją rozmowę w toalecie w szkole.
— Wiem, Marika mi mówiła, że widziała pana przy drzwiach — zaskakuje mnie. Czyli już wie, że trochę słyszałem.
— Policja nie może namierzyć tego chłopaka, z kim spotykała się Milena? Dlaczego ukrywała to przed rodzicami?
— Mogę z panem rozmawiać, ale moi rodzice nie mogą się o niczym dowiedzieć — od razu stawia warunek.
— Możesz mi zaufać, przyszedłem, żeby ci pomóc. Jestem po twojej stronie — próbuję zdobyć zaufanie, choć myślę, że i tak mi ufała. Szczególnie że wstawiłem się za nią, załatwiając promocję do następnej klasy, bo z matematyki była noga — wiedziała, że ma wobec mnie dług.
— Nie chciałam nic mówić, bo to chyba niebezpieczny typ i bałam się. Jeśli coś zrobił Milenie, to może zrobić to też nam. Nazywał się Kris, miałam jego numer, bo kiedyś do mnie od niego dzwoniła. Spotykali się głównie w lesie albo u niego w aucie. Od kiedy zaczęła się z nim spotykać, trochę się zmieniła. Bywała bardziej zmęczona, mnie się widywałyśmy. Kiedyś załatwiła od niego kokainę i wzięłyśmy razem z Mariką. Na drugi dzień czułyśmy się fatalnie. Nigdy się z nim nie zobaczyłyśmy na oczy. Milena cały czas mówiła, że to jeszcze nie pora, choć spotykali się cztery miesiące.
— Jak się poznali? Skąd on jest? Dlaczego się tam spotykali? — dopytuje.
— Przyjeżdżał z Kołobrzegu, nie wiem, skąd się znali. Ja naprawdę nic o nim nie wiem. Milena mówiła, że jej rodzice by go nie zaakceptowali. Ojciec cały czas gadał jej, że ma się uczyć, najchętniej zrobiłby z niej zakonnicę, matka nie miała nic do gadania — on rządził. Zresztą nie przedstawiła go nawet nam. Czy policja ma już jakieś informacje, czy on jest w to zamieszany?
— Z tego, co wiem, to nic nie mają, ale twoje słowa mogą pomóc. Pogadam z aspirant Zalinską, trzeba sprawdzić tego chłopaka. Gdzie byłyście wczoraj z Mariką?
— Spałyśmy z Mariką u mojej babci w Pomianowie — mówi, odwracając wzrok — musiałyśmy ochłonąć. — Kiwam głową.
— Podwieźć cię do domu?
— Nie, dziękuję. Przejdę się, spacer dobrze mi zrobi. — Wstaje i na chwilę zastyga. Nie wiem, czy to ważne, ale od jakiegoś czasu skarżyła się, że jest przemęczona, miewała gorączki, nie była taka chętna na wyjścia. Przynajmniej tak nam mówiła, ale teraz nie wiem, czy to prawda, czy kłamała.
— Może te narkotyki tak na nią wpłynęły?
— Nie, prowadziła zdrowy tryb życia. Biegała, zdrowo się odżywiała.
Kiwam głową i proponuję Oldze podwózkę do domu, jednak woli przewietrzyć głowę. Ja jadę od razu pod dom Barczykowskich, żeby zobaczyć, czy Sandra dalej przepytuje rodziców Mileny. Muszę przekazać jej informacje o Krisie, choć poza jego ksywką niewiele się dowiedziałem. Miałem szczęście — Sandra akurat wychodzi z domu.
— Ja pierdole, głowa mi pęka, drą koty, jakby nic sobie nie robili z mojej obecności — wyrzuca z siebie.
— Coś niecoś słyszałem. Udało mi się pogadać z Olgą Chodak — streszczam jej całą rozmowę. Sandra patrzy na mnie dziwnym spojrzeniem; nie mogłem odczytać, czy patrzy na mnie jak na laika, który bawi się w poszukiwaniu mordercy, czy z wdzięcznością za pomoc.
— Kris, Kris… Krzysiek czy Krystian? — myśli na głos. — Może dziewczyna ściemniała koleżankom, że źle się czuje, żeby spotykać się częściej z chłopakiem?
— To musi już sprawdzić pani aspirant — mówię z przekąsem. — Powiedz mi, co to za znak na plecach Mileny? Jakaś sekta, mord rytualny?
— Właśnie próbujemy ustalić, co to za symbol. Przedstawia wagę. — Chwila na złapanie oddechu — Wiesz, że nie powinnam Ci mówić, to są tajemnice śledztwa. Nie wiem, czy wuj oficjalnie włączył cię do śledztwa.
— Włączył, włączył, więc możesz mówić mi wszystko. Dziwne, że ci nie potwierdził tej informacji. Raczej nie będziemy działać nielegalnie, proszę pani! — Sandra lekko się uśmiecha.
— Waga może symbolizować sprawiedliwość. Jej ojciec jest adwokatem, więc mógł komuś podpasc i ktoś mógł chcieć w taki sposób zemścić się na nim. To oczywiście były tylko domysły, do czasu, kiedy go nie przycisnęłam i zaczął mówić o pewnej sprawie w Szczecinie trzy lata temu. Jutro tam jadę wypytać zamieszane w to osoby, co robiły w dniu zabójstwa.
— Zabiorę się z tobą, studiowałem w Szczecinie, więc znam miasto, a na poranek nie mam planów — oferuje szczerą pomoc.
— W życiu! Nie będę cię ciągała po Szczecinach, dużo czasu mi ta wycieczka nie zajmie. Muszę tylko przepytać kilka osób, z tym sobie poradze. Masz też życie prywatne.
— Oczywiście, że mam, ale chętnie odwiedzę stare śmieci. O której wyruszamy? — Sandra odetchnęła głęboko.
— Będę o ósmej po ciebie — tylko nie wychalaj się za bardzo z tą informacją, im mniej osób wie, tym lepiej.
— Może i dalej wyglądam na dwadzieścia lat, ale zdążyłem przez tych kilka lat dorosnąć — droczę się.
— Zdążyłam zauważyć, to w taczu, panie dorosły.4
Sobota — najpiękniejszy dzień w tygodniu. W wakacje każdy dzień jest sobotą, jednak dzisiaj nie ma czasu na leniuchowanie. Budzik nastawiłem na 7:30, nie zdążę nic zjeść ani wypić, wolałem dłużej pospać. Przede mną toaleta i szybki trening. Zakładam zieloną koszulę w czarną kratkę, jeansy i sneakery — mogłbym w nich chodzić wszędzie i codziennie, pasują niemal do każdej okazji. Przez okno widzę policyjną Toyotę, biorę kanapkę w rękę i schodzę. Później zadzwonię do mojej pani przedstawiciel — pewnie nie byłaby zadowolona, że pomagam w śledztwie, raczej chciałaby, żebym trzymał się z daleka, moja panikara.
— Chyba nie zamierzasz tu jeść śniadania? — wita się Sandra, ubrana cała na czarno, jakby również przeżywała żałobę.
— Chyba nie będę jechał dwie godziny głodny. Śniadanie to podstawa dnia. Jak nie zjem, robię się nieznośny i marudny jak dwudziestolatek — odpowiadam na przywitanie.
— A tylko mi nakrusz, przedwczoraj odkurzałam. — chwila ciszy. Dlaczego nie powiedziałeś mi, że dawałeś korepetycje Barczykowskiej?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem, serce zaczęło mi mocniej bić, ale przecież udzielanie korepetycji to nic złego! Z tego, co wiem, nie tylko ja jej pomagałem.
— Stwierdziłem, że to nie ma żadnego związku z morderstwem. Poza tym zrezygnowała pół roku temu. Język niemiecki nigdy nie był jej mocną stroną — wydusiłem.
— To ja tu jestem od stwierdzania, co ma związek, a co nie, panie Nadolny — po tonie jej głosu trudno było stwierdzić, jaki charakter mają jej słowa. Ale jeśli zabrała mnie ze sobą, to myślę, że nie zaliczam się do kręgu osób podejrzanych, a może twierdzi, że lepiej jest mieć mnie blisko siebie? Szybko wyrzucam głupie myśli z głowy.
— Lepiej mi powiedz, gdzie jedziemy i o co chodzi — szybko zmieniam temat.
— Raszyńska 2, wklep w nawigację. Nasz adwokat trzy lata temu po imprezie z kolegami postanowił wracać po pijaku do Białogardu. Było już ciemno, noc ciepła, a ta Raszyńska to gdzieś na obrzeżach. Na podwórku przy ulicy bawiły się dzieciaki. Jeden z nich, Michał Kowal, wyjechał rowerkiem na ulicę i potrącił go pijany Barczykowski. Na początku wysiadł z auta i próbował ratować dziecko. Zobaczył, że zbliżają się rodzice chłopca, spanikował i uciekł. Wyczuliby od niego alkohol i od razu wezwaliby policję, a wtedy żadne kontakty by mu nie pomogły. Udało mu się wywinąć, załatwić alibi, że niby został wtedy na noc w Szczecinie, a prokuratorem w tej sprawie był jego kolega ze studiów, więc jak się domyślasz, nawet włos gnojkowi z głowy nie spadł. Po procesie rodzina chłopca groziła im, wysyłali listy z pogróżkami, kilka miesięcy temu sobie odpuścili — relacjonuje.
— Mieli idealny motyw zemsty i tę niby wagę na plecach — aż mnie wzdryga na samą myśl. — Dziecko zmarło? — dopytuję.
— Jest sparaliżowany, całe ciało, powoli wraca do siebie. Rodzina nie naleiży do najbogatszych, więc wyobraź sobie, jaką musieli mieć motywację, gdzie jeszcze widzieli jego twarz na miejscu wypadku — całkiem spójna historia.
— Podkablujesz Barczykowskiego?
— On mi powiedział, że to wszystko nieprawda, przedstawił mi swoją wymyśloną wersję. Potem, gdy wyszła jego żona, powiedziała, że to on potrącił to dziecko. Dalej będzie szedł w zaparte, a mi się nie chce w to bawić. Mam wystarczająco dużo roboty.
— Sprawdziłaś w ogóle rodziców, czy byli w tej Szwajcarii?
— No jasne, byli u jakichś znajomych. Dziewczyna chciała sama zająć się przygotowaniami do urodzin. Rodzice mieli jej zacząć pomagać w piątek. Catering, DJ, fotograf — wszystko już było dograne. Musieli przeżyć niezły rollercoaster. Opowiedz mi coś więcej o tej zmarłej. Musiałeś ją lepiej poznać podczas korków — chce wycisnąć wszystkie informacje, jakby wiedziała coś, co może pomóc.
— Taka trochę gwiazda z niej była, rodzice przy kasie, oryginalne ciuchy, wyraźny makijaż. Dbała o sylwetkę, myślę, że nie narzekała na powodzenie u chłopaków, ale oni nie przepadali za nią — mówię o moich chłopakach z klasy. Rodzice kontrolowali, czy dobrze się uczy. Nic szczególnego nie zauważyłem.
— Muszę jeszcze raz pogadać z jej koleżankami, może uda mi się coś z nich wycisnąć — jeśli będziesz rozmawiała z nimi jak glina, to raczej do nich nie przemówisz — myślę.
— Od czego cię mam — zerka na mnie.
— Tu muszę się zgodzić, myślę, że to mi są skłonni więcej powiedzieć, nawet jeśli chodzi o sprawy sercowe. A tak przy okazji, masz kogoś? Bo chyba nie sama pracą żyjesz — nie miałem problemu ze skracaniem dystansu.
— Nie, praca mnie pochłania, nie mam czasu jeszcze myśleć o facetach — na pewno nie ma czasu — myślę. — Ale widzę, że obrączka jest na palcu.
— Zgadza się, od ponad roku z Patrycją, jest w ciąży, trzeci miesiąc — wyciągam palec z obrączką przed siebie, pokazując go Sandrze.
— Moje gratulacje! Znam ją? — dopytuje.
— Jest z Koszalina, poznaliśmy się na sylwestrze, więc wątpię. Zajeżdżaj do McDonald’s — rzucam, kiedy widzę w oddali żółtą literkę M.
— Przecież masz kanapkę, to wcinaj.
— Tak, ale mamy problem. Nie mam ketchupu, a ja nie zjem śniadania bez ketchupu — taki nawyk mam od kiedy pamiętam, do szkoły zawsze chodziłem ze słoikiem ketchupu, każdy, u kogo spałem, musiał mieć koniecznie ketchup na śniadanie.
— Serio nie wyrosłeś z tego? Cała klasa się z ciebie śmiała, jak maczałeś bułki w ketchupie. Wiesz, że w ketchupie jest dwa razy więcej cukru niż w coli? — próbuje sprawdzić mnie na zdrową ścieżkę.
— Piję colę bez cukru, więc ketchup mi nie straszny, mój organizm jak nie dostanie dawki cukru w ketchupie, potrafi płatać figle. Wrzuć kierunkowskaz i zjedz na parkingu — uśmiecham się.
— Gorzej niż z dzieckiem… a niby pan dorosły, a nie zje śniadania bez ketchupu — drwi ze mnie, mówiąc głosem dziecka.
— Daj mi sekundę i jestem — wychodzę z auta i wracam po pięciu minutach.
— Proszę! To nagroda za pani łaskawość, pani władzo — mówię do Sandry, dając jej duże frytki, których zapach zaraz opanował wnętrze samochodu. Patrzy na mnie przez chwilę i powolnym ruchem ręki bierze frytki i stawia je na wysuwanej półeczce.
— No niech ci będzie, ale musisz mi pomóc, bo ja wszystkich nie zjem, takie opakowanie ma pewnie z milion kalorii.
— Jak władza prosi, to pomogę — żartuję, chowając kilka ketchupów do schowka, gdzie leży pistolet z kaburą.
Podróż mija nam w klimatach droczenia się i wspominania nauczycieli, którzy nas uczyli. W międzyczasie czytam w internecie informacje o śmierci Mileny i komentarze. Większość ludzi wyraża wyrazy współczucia dla rodziny, niektórzy wspominają Milenę. Nie ma żadnych rewelacji ani popłochu w mieście, ani strachu przed mordercą, raczej zdziwienie i empatia.
Podjeżdżając na Raszyńską, można pomyśleć, że jesteśmy na wsi. Stare ceglane domy, po ulicy biegają psy, zamiast chodnika jest wąski pas wydeptanej ścieżki, a na podwórkach wisi pranie. Zupełnie jak u mojej cioci w podbiałogardzkiej wsi. Na jednej ze ścian widnieje napis witający Sandrę: HWDP. Pani aspirant zostawia auto naprzeciwko domów ciągnących się wzdłuż ulicy.
— Zostań w aucie, idę ich wypytać.
— Ja wohl, pani aspirant — podtrzymuję cały czas luźną atmosferę. Obserwuję ulicę i wyobrażam sobie pędzącego Barczykowskiego i dziecko, którego mógł bez wątpienia, przy tak rzadko ustawionych lampach, nie zauważyć. Zła widoczność pewnie była też argumentem obrony podczas procesu, kiedy rodzice twierdzili, że widzieli jego twarz. Prokurator uratował mu życie — gdyby został skazany, to na pewno na kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. Sandra puka do drzwi starej kamienicy, od strony wjazdu na podwórko otwieram szybę. Nie słyszę, co mówi, natomiast słychać głośny głos gospodarzy.
— Teraz tu przylazicie się wypytywać?! A gdzie byliście, jak trzeba było skazać tego skurwiela? On zniszczył nam życie, zasługuje na cierpienie! — wykrzykuje pan przed pięćdziesiątką.
— Proszę o spokój, chciałam tylko zapytać, co robił Pan w środę — Sandra lekko podnosi głos.
— A co miałem robić?! Dzieckiem się zajmowałem! Jesteście wszyscy jedną wielką sitwą, takich jak wy powinni zamykać razem z tym gnojem! — dalej krzyczy, wyraźnie podburzony Kowal.
Z naprzeciwka, z innego budynku, wychodzą dwaj młodzi typkowie, ubrani w dres i czapkę z daszkiem.
— Co się dzieje, sąsiad? — pyta jeden z nich, podchodząc do Sandry, kiwając się przy tym na boki jak pająk.
— Myślą, że zabiłem córkę tego skurwiela, co Michałka potrącił — złości się.
— Jak Michałek walczył o życie, to wy zamiast zrobić wszystko, żeby takie gówno zgniło w pace, to chuja robiliście! A teraz wypierdalaj stad! Przypierdalaj się do tych, co trzeba, a nie do porządnych ludzi! — sąsiedzi zbliżali się z każdym słowem do Sandry, tworząc wewnątrz koło.
— Tutaj sprawiedliwość wymierzamy w inny sposób, chcesz się przekonać? — zrobiło się gorąco, a Sandra była sama. Nie zastanawiając się długo, sięgnąłem do schowka po broń, przypiąłem kaburę do paska i ruszyłem w kierunku kamienicy.
— Zaraz poczujesz, co to spierdliwość — mówi jeden z oprychów, stając centymetry przed Sandrą.
— Uspokój się albo zgarnę cię na komisariat!
— To ja cię zaraz zgarnę, głupia cipo? — grozi jej, a ja wiedziałem, że nie ma co czekać.
— Jakiś problem, panowie? — rzucam, zlizując się truchtem do grupy, eksponując przy tym broń.
— Aspirant Nadolny, udzielili już panowie koleżance wszystkich informacji? — modlę się, aby nie zapytał o odznakę. W takich nerwach chyba wystarczy sama moja obecność i posiadanie broni. Dwóch oprychów spuściło z tonu i powolnym krokiem oddalili się.
— Udzieliłem, bo co? — warknął na mnie.
— Czy ktoś może potwierdzić, że przebywał Pan wtedy w domu? — pyta już spokojna Sandra.
— Czy wy macie jakiekolwiek dowody, że mnie podejrzewacie? Mnie?! Całymi dniami siedzę z Michałkiem, jak nie w domu, to po szpitalach. Gnoj, który zniszczył nam życie, dalej jest na wolności! — nie daje za wygraną Kowal, a z jego oczu zaczynają płynąć łzy.
— Proszę Pana, jest nam strasznie przykro z powodu pana syna, czytaliśmy o sprawie, jednak z formalnego punktu widzenia musimy pana przepytać. Sam pan rozumie — wykorzystuje swoje pedagogiczne przygotowanie, w nadziei, że go uspokoi.
— Moja żona była wtedy ze mną, dziś jest w pracy w Biedronce na Rymarskiej — mówi drżącym głosem.
— Dziękujemy, sprawdzimy te informacje — żegna się zimnym głosem Sandra i obejmujemy drogę do samochodu.
— Ja pierdolę, już myślałem, że będę musiał bić się z tymi idiotami! — wyrzuca z siebie, głęboko oddychając.
— Na szczęście aspirant Nadolny był w pogotowiu — uśmiecham się. Wsiadamy do samochodu.
— Wiesz, że będę miała przechlapane, jeśli taka akcja wyszłaby na jaw? — grzmi na mnie, chyba bardziej przejęta moim udawaniem policjanta niż tymi dziwnymi ludźmi.
— Wiem i wiedziałem, że ci ludzie łykną mój performance, ale stresik był — oddycham z ulgą.
— Oddawaj pistolet, Nadolny, i nigdy więcej takich akcji!
— Przepraszam, mogłem obserwować, jak ci gówniarze rzucają się na ciebie, biją albo nie wiadomo co jeszcze… — rzucam zdegustowany.
— Obroniłabym się! Gdyby doszło do kogokolwiek, że udajesz policjanta z moją bronią na obcym terenie, nie wiem, czy nawet wujek mógłby coś zdziałać — oburza się.
W ciszy jedziemy do Biedronki, Sandra parkuje i wychodzi bez słowa z samochodu. Dobrze wiem, że nie dałaby rady. Niewiadomo, jaki koniec miałaby ta sytuacja, wolę dmuchać na zimne i drugi raz zrobiłbym to samo. Sandra po chwili wraca z marketu.
— Z matką wcale łatwiej nie było, ale obecność koleżanek i klientów działała na moją korzyść. Potwierdziła wersję. Udało mi się sprawdzić jej telefon, czy przypadkiem mąż się z nią nie kontaktował — mówi jakby odmieniona Sandra, wzdycha i wyciąga coś zza pleców.
— Proszę, chipsy z soczewicy na zgodę — godzi się ze mną, choć to ona wywołała taką atmosferę. Nie specjalnie się tym przejmuję, doskonale wiem, że pomogłem jej z tymi oprychami. Po chwili dzwoni do niej telefon.
— Technicy dzwonią też, zamilcz na chwilę — palec wskazujący przylegam do kciuka i ruchem palców wzdłuż ust zapinam usta.
— Co tam, ziomki? — wita się Sandra.
— Siema, dzwonił patomorfolog. Mam dla ciebie ciekawą, albo i nieciekawą informację — mamy podwójne morderstwo — na twarzy Zalinskiej pojawia się grymas. Przeszła mi przez głowę myśl o zabójstwie drugiej z dziewczyn.
— Możesz jaśniej? — drąży.
— Okazało się, że denatka była w drugim miesiącu ciąży.