Bezduszne miasta. Opowiadania palestyńskie - ebook
Bezduszne miasta. Opowiadania palestyńskie - ebook
Wykorzystując własne doświadczenia, autorka przedstawia nam przede wszystkim sytuację kobiet, dziewcząt i dziewczynek w środowisku, w którym dorastała. Ukazuje ich problemy wprost, a czasami aluzyjnie, pośrednio. Widzimy, że w muzułmańsko-beduińskim społeczeństwie są skrępowane religijnymi i społecznymi normami, obyczajowymi zakazami, w większości pozbawione dostępu do nauki, nie mogą swobodnie rozwijać własnej osobowości. Są całkowicie uzależnione od mężczyzn.
[…] Za każdym razem, gdy czytałam to opowiadanie sobie samej albo komuś innemu, łzy odbierały mi głos, (…) jak to się działo, że opowiadanie, które sama napisałam, zmuszało mnie do płaczu? Jaką ranę owo pisanie zabliźniło, a jednak znowu krwawiła? Moje pisanie rozwijało się czasami, brocząc krwią, a czasami było sposobem terapii. Pisałam dalej bez przerwy przez ponad trzy lata, od 2012 do 2015 roku! Opowiadania i teksty poetyckie pojawiały się codziennie, publikowałam je na swojej stronie Facebooka, a czasem na platformach literackich. Prawie wszystkie pojawiały się z przeszłości, która wydawała się być zamierzchła i daleka, (…). Mam na myśli to, że czynność pisania zaczęła narzucać się sama z siebie, stała się jak jedzenie, picie i sen. Między nią a mną narodziła się dziwna relacja, relacja między kimś, kto zbliża się do śmierci, a oknem, które wychodzi na życie […].
[…] Marginalizowanie beduinów w Palestynie dosięgło również literackiego pisania. Moje opowiadania i teksty zapełniły pewną lukę, zadośćuczyniły pewnej krzywdzie […].
Fragmenty Słowa od tłumaczki
Sheikha HELAWY (ur. 1968) to wybitna palestyńska pisarka i poetka. Przyszła na świat w rodzinie beduińskiej we wsi Dhajl Al-’irdż na obrzeżach Hajfy. W 1989 roku przeprowadziła
się z rodziną do Jafy. Helawy opublikowała cztery zbiory opowiadań, a także zbiór poezji. Za książkę Order C345 otrzymała nagrodę o wartości 20 000 dolarów podczas czwartej edycji Forum Award for Arabic Short Stories. Jej zbiór opowiadań z 2023 roku, They Fell Like Stars from the Sky, zawiera osiemnaście opowiadań opisujących dziewczęta i kobiety na różnych etapach ich życia. Wiele spośród nich to palestyńskie beduinki z „nieistniejących” wiosek, takich jak rodzinna wioska Helawy, Dhajl Al-’irdż, która została zniszczona przez władze Izraela.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Słowo od tłumaczki
Hajfa zamordowała mój warkocz
„Będę tam”
Jak gwiazdy spadają z nieba
Różowa sukienka
Ali
Wąż
Bezduszne miasta
„Całym sercem kochałam ciebie”
Orędowniczka Umm Kulthum
Śmieszna czerwona róża
Panna młoda
R..o..z..p..u..s..t..n..i..c..a
Z powodu ciała
Pytanie jak sztylet
Trzy obrazy
W dniu, kiedy umarła moja oślica
Stryjenka Ajsza
Panie ciemności
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8238-179-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Szłyśmy, ja i matka, przemierzając drogę od stacji autobusowej do jedynego w okolicy salonu fryzjerskiego. Każda zachowywała milczenie, aby uchroniło nas od ponownego dyskutowania o sprawie. Od czasu, gdy przeprowadziłam się do szkoły sióstr nazaretanek w Hajfie, nalegałam, prosiłam, a ona odmawiała, błagałam, a ona obrzucała mnie przekleństwami, płakałam, a ona milczała.
Dopiero co po rozwodzie, popełniła już swoją porcję wykroczeń, więc gdzie jeszcze miałaby znaleźć miejsce na konfrontację z klanem? Jakie usprawiedliwienie znajdzie dla dziewczynki, którą uwiodła Hajfa? Nie była przekonana, ale zgodziła się. Już wcześniej uznała, że smak buntu jest przyjemny, albo raczej znienawidziła smak podporządkowywania się.
Droga do fryzjera była znana, ale tamtego ranka zdawała się jakaś inna.
Obróciłam się na ruchomym fotelu, by popatrzeć na swój warkocz leżący na podłodze jak żmija z raju, kuszący, by go dotknąć albo zniszczyć. Moja ręka powędrowała pomacać miejsce amputacji i zawróciła jak ukąszona. Ogarnęło mnie przerażenie i o mało co nie zwaliło z fotela. W ogromnym lustrze zauważyłam odbicie twarzy matki. Dłonią tłumiła szloch.
Fryzjer z odrobiną podziwu i podniecenia powiedział: „Oto twój warkocz”… Spadł i leżał na podłodze. Fryzjerskie nożyczki pyszniły się mu w ręce z powodu jeszcze jednego męskiego zwycięstwa… Przyzwyczajony do beduińskiej mentalności, według której warkocz równa się dziewictwu, pojmował ogrom nieszczęścia. Dostąpił jednak zaszczytu, jaki rzadko spotyka któregokolwiek fryzjera w okolicy… Warkocz, który wziął w niewolę, będzie przez długie lata ozdabiać ramę zdjęcia ślicznotki z krótkimi włosami, jakie przymocował nad wielkim lustrem.
Z litości dla swojej duszy unikałam potem przechodzenia obok jego salonu…
Wybuchłam niemym szlochem. Matka od tyłu obrzucała mnie groźnymi spojrzeniami: „Dobrze, już dobrze, tylko stąd wyjdźmy!”. Tym razem nie bałam się pogróżek matki, wspólniczki w przestępstwie. To ona wybrała fryzjera, dzień i godzinę. Jej zgoda była wymuszona, niemniej chroniła mnie przed oczywistą karą… Amputowany warkocz zabrał ze sobą cząstkę mojej duszy. Cierpiałam w milczeniu, nie miałam odwagi spojrzeć w lustro przede mną. Smutny gniew matki czyhał na mnie z tyłu, a moja osierocona głowa miała z przodu moją młodzieńczą lekkomyślność.
A Hajfa, ta zdradliwa przyjaciółka, skusiła mnie, a potem nagle ogłosiła skruchę.
Aby pocieszyć się po stracie, pomyślałam o zazdrości dziewcząt. Aby ukoić ból, jaki zwykle czuje matka tracąca dziecko, wzywałam swą przekorę na pomoc.
Nawet zdjęcia ślicznych dziewcząt z krótko obciętymi włosami, co tak długo, za każdym razem, gdy przechodziłam przed salonem fryzjerskim, kusiły mnie, bym pozbyła się swojej beduińskości, nie usprawiedliwiały mojego grzechu…
A Hajfa… ach Hajfo, jak teraz mogłaś się mnie wyrzec?
Co może mnie pocieszyć po zamordowanym warkoczu?
„Allah jaksif umricz, ja al-baida”, niech Pan Bóg skróci ci życie! – każdego dnia tysiąc razy grzmiała matka w beduińskim dialekcie. Pan Bóg nie odpowiadał na to życzenie, a powtarzanie go nie nudziło matki!
Fryzjer, wciąż gawędząc, powiedział: „Dziewczynka taka jak ty czego może chcieć od podobnego warkocza?”.
Każdego ranka siadałam na progu dzielącym sypialnię-bawialnię od kuchni-łazienki. Matka stawała na nim, bo to podwyższenie gwarantowało jej powierzchnię do całkowitego panowania nad moimi kręconymi włosami spadającymi poniżej pleców. Zaledwie mieściły się w dłoni. Łapała jeden kosmyk, to drugi się wymykał. Gdy udało się jej zebrać włosy w garści, grzebień ruszał w podróż. Z każdą podróżą grzebienia chwiałam się na boki z bólu. Z każdym jękiem wyrywającym mi się z ust pięść matki się zaciskała, grzebień stawał się bezwzględniejszy i milkłam. Uwalniała mnie dopiero wtedy, kiedy „moje włosy układały się” w warkocz odpowiedni dla dobrze wychowanej dziewczynki.
„Co to? Twoja córka chce być taka jak miejskie dziewczęta?” – powiedział jeden z moich wujków, przestrzegając matkę przed następnym buntem.
Uczniowie szkoły nazaretanek w Hajfie byli mieszaniną dzieci mieszkających w mieście oraz dzieci przybywających każdego ranka z okolicznych wsi. Każde z nich o czymś marzyło i każde miało jakiś powód, by uczęszczać do tej szkoły. Kiedy docierałam do wejścia, szkoła otwierała przede mną bramy raju i piekła zarazem. Wymazywałam z tymczasowej pamięci chatę dającą schronienie mnie, bratu i matce. Pozbywałam się odwiecznej beduińskiej tożsamości, język stawał się posłuszny i pozbywał się, on także, kompromitującego beduińskiego dialektu.
Właśnie one, moje imię i mój warkocz, ujawniały to, co chciałam ukryć! Nie udawało mi się przekonać innych, że pochodzę z królewskiej dynastii z pustyni i że tylko ja mam zaszczyt noszenia imienia, które noszę. Tłumione śmiechy biczowały mi duszę: „Szajcha¹… ha ha ha? Czyli starucha?”.
Warkocz był beduińskim dziedzictwem, które mnie obciążało. Moja ręka zabawia się teraz krótkimi włosami żartującymi sobie z szyją. Wymykające się kosmyki kokietują rysy twarzy, w której surowość góruje nad młodością.
„Jesteś teraz zadowolona? Stałaś się jak dziewczęta z Hajfy? Czy tego chciałaś? Niech Pan Bóg skróci ci życie!”
Jestem teraz jak dziewczęta z Hajfy, albo prawie.
Uwierzyłam w to, albo niemal uwierzyłam. Tylko że moja ręka wciąż szuka warkocza i cofa się jak ukąszona.
1 Szajcha to forma rodzaju żeńskiego od słowa „szajch” (dosłownie: starzec) – pierwotnie tytuł ten nadawano wodzowi plemienia beduińskiego. Obecnie nosi go każdy, kto uzyskał wyższą pozycję w społeczeństwie: naczelnik wsi, gminy dzielnicy lub ogólnie szanowana osoba.„BĘDĘ TAM”
Nie uważałam, że okłamywanie jej to coś bardzo żenującego. Okłamywanie jej właśnie. Wszystkie ukrywałyśmy przed matkami pewne sprawy, a o innych mówiłyśmy otwarcie. Nawet te, które wybierałyśmy do ujawnienia, opakowywałyśmy z nienaturalną troskliwością, tak jak opakowuje się tanie prezenty. Opakowywałyśmy je w odrobinę kłamstwa oślepiająco białego.
Wszystko, co przed nią ukrywałam, moim zdaniem nie mieściło się w ramach „at-tszizib” (kłamstwa). Nie zasługiwało na karę, jaką mi wymierzała, gdy moje „tszizibi” jak policzek w twarz stawiało ją w kłopotliwej sytuacji przed innymi. Potrzebowałam go, potrzebowałam kłamstwa tak bardzo, jak bardzo chciałam być jedną z nich, być jak Tony, Julia, Maha, Ihab, Nadira, Charlie… Potrzebowałam go, aby wykradać się z beduińskiego namiotu i żyć spokojnie na swojej tymczasowej obczyźnie. Potrzebowałam go, ażeby zabić plemiona… Matka mnie kochała. Jej miłość była głęboka, zimna i raniąca. Nieokazywana wahającym się uśmiechem czy pocałunkiem, raczej wzywaniem Boga i przeklinaniem mnie w chwilach gniewu.
– Oczerniłaś mnie przed zakonnicą! Co o mnie powie? Że nie potrafię wychować własnej córki?
– Jumma, mamo.
– Humma wa hajja dżadra! Nie wstydzisz się? Chcesz stać się włóczęgą ? Okłamujesz mnie? Na Boga, skrócę ci życie!
Siostrę Bern, brytyjską zakonnicę, i moją matkę dzielą wieki Odrodzenia, ale obie podzielają pogląd o konieczności dania mi odpowiedniego wykształcenia i ogłady. Pierwsza nazywa mnie Cyganką za każdym razem, gdy naruszam surowe reguły szkolne, druga obawia się, że pewnego dnia mogę naprawdę stać się Cyganką. Ratuję się z sideł beduińskości, aby wpadać w pułapkę Cyganów.
Ilość moich kolorowych kolczyków i bransolet zwiększała się każdego miesiąca, a zakonnica, która poświęciła się Chrystusowi i zakonowi, odbierała je, jedną po drugiej, z bolesnym dla mnie okrucieństwem, oczyszczając mnie z brudów „zacofanego Wschodu”. Wrzucała je potem do pudełka na biurku, przygotowanego na drobne grzeszki – po jego prawej stronie stała figurka Matki z Synem¹, a po lewej pokryty jakby zastygłą krwią krzyż². Moje włosy coraz bardziej stawały się szalone i uparte, a matka coraz bardziej się bała. Jej zaklinania stawały się coraz bardziej świętobliwe: „Na Boga, na Boga, nie wyjdę z tobą na ulicę, jeśli będziesz mieć takie włosy!!”.
Dla przezwyciężania ich porozumienia oraz ich podejrzliwości – owej Europejki, wysłanniczki Chrystusa, i tej beduinki, wysłanniczki strachu – kłamstwo stawało się dla mnie coraz bardziej życiową koniecznością. Aby przezwyciężyć siebie i strach, musiałam kłamać.
W ową chłodną niedzielę los chciał, żeby matka spotkała przy
bramie zamkniętej szkoły zakonnicę, która oświadczyła w brytyjskim angielskim, że w szkole nie ma żadnego nauczyciela ani żadnego ucznia. Moja matka, którą życie nauczyło jedynie beduińskiego dialektu jako języka surowej egzystencji, gniewu i milczenia, zrozumiała, że jej córka, która wyszła rano z domu pod pretekstem powtórek zarządzonych przez nauczycieli przed egzaminem gimnazjalnym, okłamała ją. W tamtym momencie dla mojej matki kłamstwo równało się haniebnemu postępkowi. Drugi prowadzi do pierwszego, a pierwsze ujawnia drugi. Zakonnica zaś znalazła w owym grzechu nie lada jaką okazję, aby okazać się w traktowaniu mnie surowszą i okrutniejszą. Następnego dnia w swoim gabinecie znajdzie uświęconą przyjemność w robieniu mi wyrzutów:
– Look at yourself! You are like a gipsy!
Każda z nich dwóch odmalowała mi mój grzech zgodnie ze swoimi zasadami moralnymi. Jedna jako grzech włóczenia się z przyjaciółkami napiętnowanymi wymykającą się spod kontroli cywilizacją, a druga jako grzech śmiertelny, jakim jest potajemne spotykanie się z ukochanym „zabawiającym się” moimi dziewiczymi uczuciami!
Przeszłyśmy ulicę Abbasa w kierunku stacji autobusowej. Kroki matki były dalekie, i twarz również. Nie bałam się kary, bo miałam w pamięci, jakiego rodzaju kar doświadczyłam. Szła szybko i od czasu do czasu spoglądała za siebie. Za każdym razem, gdy odległość między nami się zmniejszała, jej kroki stawały się większe. Szłam za nią, nucąc słowa piosenki, której słuchałyśmy, ja i Nadira, częściej niż dziesięć razy w ciągu dnia. Używanie radioodbiornika, zmonopolizowane w domu przez matkę, nie dawało mi okazji do słuchania piosenek z szalonego Zachodu.
Time, it needs time
To win back your love again
I will be there, I will be there
Love, only love
Can bring back your love someday
I will be there, I will be there³
Dotarłyśmy do stacji. Odwróciła się i gniewnie zaszeptała: „Jak się nie wstydzisz? Jeszcze śpiewasz? Tego się uczysz od swoich nic niewartych przyjaciółek?”.
Czy uwierzyłaby wtedy, że nauczyłam się owych piosenek od przyjaciółek jak najdalszych od grzechu i jak najbliższych Boga. Uwierzy dopiero po latach, kiedy już nie będzie potrzeby kłamania. Dopiero po latach.
1 Matka z Synem – autorce chodzi o Matkę Boską z Dzieciątkiem. Według nauk islamu Jezus (arab. Isa), syn Marii (arab. Marjam), jest jednym z głównych proroków, którzy głosili wiarę w jedynego Boga. Jako prorok cieszy się u muzułmanów wielkim szacunkiem.
2 Krzyż (oblany zastygłą krwią) – autorka ma na myśli krucyfiks. Muzułmanie uważają, że to nie Jezus został ukrzyżowany. Zamiast niego na krzyżu umarł jakiś inny człowiek.
3 Fragment piosenki _Still Loving You_ niemieckiego zespołu Scorpions z 1984 r.JAK GWIAZDY SPADAJĄ Z NIEBA (A HUŚTAWKA DALEJ TAŃCZYŁA SZATAŃSKI TANIEC)
Cienka strużka lepkiej krwi płynęła po ziemi. Szybko wysychała, zostawiając czerwoną plamę świadczącą o tym, że była rana. Jeszcze jedna plama krwi pozostała na ubraniu Dżawahir. Duża okrągła plama poniżej brzucha. Jej matka w skrytości prosiła Pana Boga, żeby to, co zakazane, nie było się już wydarzyło…
Starsze kobiety dawały sobie znaki oczyma z babską chytrością, której symbole tylko one odczytywały, a dziewczęta chowały się za lękiem o niewinność. Młodzieńcy po cichutku wycofywali się z sytuacji, której jedynie stare kobiety mogły zaradzić. Natomiast Habbaba Hisin tylko potrząsała głową. Czy ktoś inny oprócz niej mógł wiedzieć, jakie zagrażające zło ukrywała przeklęta prymitywna huśtawka? Mądrość, którą zdobyła z racji swojego wieku i z powodu przesiadywania z mężczyznami ze wsi, wystarczała, aby widziała to, czego inni nie widzieli.
Kilku chłopców, którzy spędzali większość dnia na poszukiwaniu rozrywki w pozostałościach po żydowskiej osadzie wynurzającej się z wierzchołka góry, zrobiło huśtawkę z ogromnej opony po ciężarówce. Zręcznie i lekko wyciągnęli ją z kupy żelastwa stanowiącej granice wioski i oddzielającej od cywilizowanego świata, a następnie przywiązali grubym sznurem do potężnego dębu.
Pięciu albo sześciu z nich siadało na huśtawce, a dwóch zajmowało się popychaniem.
Wydawało się, że niebo było blisko. Bliżej niż ziemia. Ich stopy przyzwyczajone do przekradania się przez wszystkie granice dotykały granic nieba. Huśtawka fruwała z nimi wysoko, aż do żydowskiej osady pod ich stopami. Okrzyki radości i upojenia przywodziły im na myśl baśń o dżinnach¹, które zamieszkują stary dąb.
„To drzewo jest zamieszkane przez duchy” – powtarzali dorośli, aby trzymać dzieci z daleka od swoich posiedzeń pod dębem. Dzieci jednak nie odchodziły.
Dżawahir z towarzyszkami zatrzymywała się poobserwować młodzieńców fruwających wysoko po niebie wioski. Szeptały między sobą.
– Bujałaś się kiedyś na huśtawce?
– Nie, ani razu. Chciałabym pohuśtać się tak jak oni!
– Boję się… bo gdybyśmy spadły?
– Spadły jak z nieba gwiazdy…
– Ach…
Ich oczy mierzyły odległość, jaką huśtawka przebywała między krańcami nieba. Za każdym razem, gdy wznosiła się wysoko, ich ręce ściągały w dół brzegi sukienek.
– A jeśli wiatr porwie mi sukienkę?! – jedna z nich zapytała siebie z przerażeniem.
Krzyki radości napełniały wioskę i budziły w dziewczętach tłumione łobuzerstwo. Każda wycieczka huśtawki pomiędzy krańcami nieba przybliżała je do drzewa grzechu.
Wystawanie Dżawahir w tym miejscu było uparte jak jej charakter. Nie opuści miejsca, dopóki nie nasyci się smakiem powietrza nad drzewem. Instynkt podpowiadał jej, że zabawa z huśtawką jest na krawędzi zawstydzającego postępku. Och, gdyby ją to powstrzymało. Czyż nie ośmieliła się tańczyć na weselu ciotki między obcymi ludźmi? Tamtego wieczora mężczyźni z rodziny zwołali pilną naradę, a potem podjęli kategoryczną decyzję, by zatuszować sprawę i natychmiast odesłać ją z powrotem do siedziby klanu.
W południe chłopcy rozeszli się po bliskich i dalekich łąkach, niosąc pasterzom jedzenie. A huśtawka tańczyła przed dziewczętami w szatańskim tańcu.
Zatrzymały ją i tłocząc się, stanęły na niej.
Nie ma pewności, że jutro nadejdzie, ani nie ma pewności, że szatan będzie wciąż w pobliżu. Huśtawka lekko wyruszyła między krańce nieba. W kwietniowe południe wilgotny wiaterek płynął między fruwającymi w różne strony sukienkami i łaskotał puszek na udach. Niebo nigdy nie było tak bezchmurne.
Czy to kwiecień? Czy niebo nad wioską? Czy może huśtawka dosięgnęła innego nieba?
Dżawahir szeptała przyjaciółce do ucha: „Widziałaś? Mówiłam ci, że drzewo jest zamieszkane!”.
Po dwóch ciałach rozeszło się drżenie. Czyżby dżinny były tak miłe?
Zanim huśtawka skończyła podróż między dwoma niebami, urwał się sznur i dziewczęta rozsypały się wokoło drzewa. Ogromna opona wylądowała w dolinie, a sznur tańczył dalej taniec dżinnów.
Kobiety rzuciły się pospiesznie. Każda z nich upewniała się, czy nic się nie stało jej córce, albo wymierzonym policzkiem, albo przekleństwem. Tylko Dżawahir, upadłszy daleko od drzewa, wciąż leżała na ziemi, gdzie czyhały na nią ostre skały. Wstała z wielką trudnością. Widziała kamienie zabarwione krwią.
Zbadała ręce i stopy; nigdzie nie było zadrapania. Ręką bezwiednie zaczęła macać podbrzusze. Zobaczyła krew. Nie czuła bólu, ale szloch kobiet wokół niej był nożem, który zabił jej dzieciństwo!
Nie było jej tam. Była jej krew, tam gdzie grzebie samą siebie.
Biada jej matce.
Ta gdy zobaczyła, co się stało, wykrzyknęła: „Wysuszyłaś mi krew, niech Bóg wysuszy twoją!”. Miała to na myśli bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Oby jej krew wyschła. Oby wyschła i zamiast tak płynąć zamieniła się w kamień.
W chacie matka powiedziała Dżawahir, że przybyła Habbaba Hisn. Odetchnęły z ulgą. Rana jest na udzie. Tę głęboką ranę Habbaba pokryła ziarenkami kawy i gniotła tak długo, aż krew wyschła. Podziękowała Panu Bogu…
„Bóg ustrzegł ją i nas” – rzekła matka.
Celowo podniesionym głosem, żeby słyszały ją inne kobiety, Habbaba stwierdziła: „Chwała Bogu, dziewczyna jest nienaruszona”.
Po kilku dniach huśtawka znowu zaczęła dotykać nieba. W południe chłopcy rozchodzili się na łąki, niosąc jedzenie, a kobiety tłoczyły się koło huśtawki. Śmiały się i żartowały z dżinnami drzewa. Dżawahir i przyjaciółki stały daleko. Ich oczy mierzyły odległość między skrajami nieba, a ręce mocniej trzymały brzegi sukienek.
Habbaba obserwowała je z daleka. Potrząsała głową, mrucząc do swojego sznura modlitewnego: „To Pan Bóg chroni przed złem”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
wydawnictwodialog.pl
1 Dżinny – według tradycji muzułmańskiej to trzecia (obok ludzi i aniołów) kategoria istot rozumnych. Są wspominane wielokrotnie w Koranie; jedna z sur nosi tytuł _Dżinny_. Stworzone z ognia bez dymu, są niewidoczne, mogą przybierać dowolną postać. Dzieli się je na dobre i złe; dobre pomagają ludziom, a złe (ifryty i ghule) szkodzą ludziom. Czasami w islamie do złych dżinnów zalicza się szajtana (szatana). W tradycji muzułmańskiej, podobnie jak w chrześcijańskiej, to anioł, który nie chciał pokłonić się Adamowi, pierwszemu stworzonemu przez Boga człowiekowi (Koran, 15:390–34, 17:61).