Bezimienne Miasto - ebook
Gdzieś na pustyni Półwyspu Arabskiego, z dala od karawanowych szlaków, z piasku wyłaniają się ruiny starsze niż wszystko, co znamy. Żaden podróżnik o nim nie wspomina, żadna legenda nie wymienia jego nazwy – a jednak ono tam jest. Czeka. Bohater Lovecrafta postanawia zrobić to, czego nie odważył się nikt przed nim: zejść pod ziemię i sprawdzić, kto naprawdę zbudował to miejsce. I dlaczego korytarze wykute w skale są tak dziwnie niskie. Klasyczne, wczesne opowiadanie mistrza grozy, w którym czuć już wszystko, co później uczyniło go legendą – duszną atmosferę, narastający niepokój i poczucie, że są rzeczy, których ludzki umysł nie powinien oglądać. Krótka rzecz, ale taka, że po lekturze człowiek dwa razy się zastanowi, zanim zajrzy w ciemny kąt.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368887952 |
| Rozmiar pliku: | 431 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Daleko, w pustyni Arabii, leży bezimienne miasto, rozpadające się i nieme, o niskich murach niemal pogrzebanych pod piaskami niezliczonych wieków. Musiało wyglądać tak samo, zanim położono pierwsze kamienie Memfis i gdy cegły Babilonu nie były jeszcze wypalane. Nie ma legendy tak starej, by nadać mu imię lub przypomnieć, że kiedykolwiek żyło; mówi się o nim tylko szeptem przy ogniskach i mamroczą o nim staruchy w namiotach szejków, tak iż wszystkie plemiona stronią od niego, choć same do końca nie wiedzą czemu. Właśnie o tym miejscu śnił szalony poeta Abdul Alhazred w noc poprzedzającą tę, w której zaśpiewał swój niewytłumaczalny dwuwiersz:
„Nie jest umarłe to, co wiecznie spać może,
A w eonach osobliwych i śmierć umrzeć może.”
Powinienem był wiedzieć, że Arabowie mają słuszne powody, by unikać bezimiennego miasta, miasta opisywanego w osobliwych opowieściach, lecz nie widzianego przez żadnego żywego człowieka – a jednak wzgardziłem ich przestrogami i wyruszyłem ze swoim wielbłądem w nietknięte pustkowia. Ja jeden je widziałem, i dlatego żadne inne oblicze nie nosi tak ohydnych zmarszczek strachu jak moje; dlatego żaden inny człowiek nie drży tak okropnie, gdy nocny wiatr potrząsa szybami. Kiedy natknąłem się na nie w upiornej ciszy bezkresnej nocy, spojrzało na mnie, chłodne od promieni zimnego księżyca pośród pustynnego upału. A gdy odwzajemniłem to spojrzenie, zapomniałem o triumfie odkrycia i zatrzymałem się wraz z wielbłądem, by zaczekać na świt.
Czekałem godzinami, aż wschód zsiwiał i zgasły gwiazdy, a szarość przeszła w róż obrzeżony złotem. Usłyszałem jęk i ujrzałem burzę piasku wzbijającą się pomiędzy starożytnymi kamieniami, choć niebo było czyste, a rozległe połacie pustyni zastygły w bezruchu. Wtem nad odległym brzegiem pustyni wynurzyła się płonąca krawędź słońca, widziana przez maleńką, mijającą już burzę piaskową, i w gorączkowym uniesieniu zdało mi się, że z jakiejś odległej głębi dobiegł mnie melodyjny dźwięk metalu, witający ognisty dysk, jak Memnon wita go znad brzegów Nilu. W uszach mi dzwoniło, a wyobraźnia kipiała, gdy wiodłem powoli wielbłąda przez piaski ku temu niememu kamiennemu miejscu – miejscu zbyt staremu, by je pamiętał Egipt i Meroë; miejscu, które ja jeden z żyjących widziałem.