Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

BEZIMIENNY - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2026
45,99 zł
4599 pkt
punktów Virtualo

BEZIMIENNY - ebook

Pod osłoną nocy mężczyzna bez twarzy i bez przeszłości składa przysięgę, której złamanie oznacza śmierć.
Nikt nie zna jego prawdziwego celu. Nikt nie wie, po czyjej tak naprawdę jest stronie.

Nikt nie jest tym, kim się wydaje. Nikt nie jest bezpieczny.
A najgroźniejszą bronią w tym świecie jest imię, którego nikt nie zna.

Bezimienny to pierwszy tom niezwykłego cyklu sięgającego poza ramy definicji literatury.
To mroczna, brutalna opowieść pełna intryg i tęsknoty za nienazwanym

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397137608
Rozmiar pliku: 480 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Kadzielnice huczały płomieniami. Rzucany przez nie blask walczył z ciemnością o oblicza dostojników. Skupili się przy krawędzi tarasu jednej z wież wznoszących się wysoko nad dachami domostw. Nocny wiatr targał bielą peleryn, odsłaniał smukłe sylwetki wciśnięte w skorupy srebrzystych pancerzy.

Białocień zapatrzył się w ciepłe łuny Przystani. Z wyżyn tarasu miasto wyglądało spokojnie, jak wiele rzeczy, którym nie sposób przyjrzeć się z bliska. Jeden z dostojników zbliżył się, położył mu dłoń na ramieniu.

– Czekamy już długo – powiedział. – Co zrobisz, jeśli nie przyjdzie?

– Cierpliwości, hrabio Roanie – odpowiedział Białocień. – Tacy jak on pojawiają się w odpowiedniej chwili. Czuję jego obecność…

– Lecz ta zwłoka… – hrabia Roan nie był przekonany. – To zbyt ryzykowne.

– Chciałbyś go zastąpić, drogi Roanie? – odezwał się jeden z dostojników.

– Naturalnie, że nie – przyznał hrabia Roan. – Jednak uważam…

– Tak też myślałem – uciął tamten.

Ogólne poruszenie stłumiło dalszą rozmowę. Trzasnęły tarasowe odrzwia. Odziany w czerń człowiek zmierzał ku nim po ruchomej od cieni posadzce. Twarz miał skrytą pod chustami, jedynie lewe oko tliło się widocznie.

Białocień pomyślał, że przypomina grudę lodu. Chłonął następujące po sobie chwile z podziwem i rozbawieniem. Dostojnicy schodzili z drogi, niektórzy cofali się. Wiedział, że jest świadkiem potyczki między fascynacją a strachem. Tacy ważni, tacy niepokonani w tych srebrzystych zbrojach, myślał Białocień, i boleśnie słabi. Doprawdy, powiedział sobie w duchu, człowiek ten emanuje niezwykłą siłą.

Gdy zamaskowany przekroczył środek tarasu, gdy dzieliło go zaledwie kilka kroków od Białocienia, zatrzymał się i klęknął, potem ukłonił się, dotykając czołem kamieni posadzki. Kilku szlachetnie urodzonych westchnęło z podziwem. Stojący najbliżej Białocienia zerkali to na niego, to na człowieka w czerni.

Białocień zacisnął pięść by opanować drżenie. Zaczerpnął zimnego powietrza w rozpalone piersi.

– Jesteś – przemówił.

– Jestem – odparł zamaskowany, spokojem głosu powalał z nóg.

– Powstań – rozkazał Białocień, mimo że chciał, aby ta chwila trwała wiecznie.

Zamaskowany powstał, powiódł wzrokiem po zebranych, zawiesił go na Białocieniu.

_Sztylet pobłyskujący w ciemności ślepej ulicy_ – pomyślał Białocień, odpowiadając na spojrzenie odsłoniętego oka.

– Jak cię zwą? – zapytał.

– Szpetny.

– Przez charakter czy twarz? – zakpił hrabia Roan.

Nikt nie zauważył, kiedy Szpetny wziął głębszy oddech.

– Przez twarz – odparł, nie odrywając wzroku od czystego spojrzenia człowieka, któremu złożył hołd.

Obydwaj próbowali się wyczuć, przejrzeć, odgadnąć. Wzrok ich nie znał sprzeciwu. Jeden spowity szarpaną wiatrem bielą, w potężnym srebrze, drugi w czerni, która zdawała się opierać podmuchom zimnego wiatru, otoczony cieniem.

Szpetny zamrugał, uciekł wzrokiem w cienie pełzające po posadzce. Białocień uśmiechnął się z satysfakcją.

– Niech wszyscy tutaj zebrani będą świadkami naszych słów – zaczął, z jego subtelnej twarzy spłynęły wszelkie oznaki emocji. – Czy jesteś gotów, Szpetny?

– Jestem gotów.

– Rzekłeś… Od tej chwili nie istniejesz dla świata ani dla nas. Zapominamy cię i przeklinamy. Jeśli zawiedziesz…

– Wiem.

– Oby Imperium ci wybaczyło…

– I wam – odparł Szpetny. Uniósł wzrok, napotkał jasne spojrzenie.

Białocień uśmiechnął się choć drżały mu usta. Gwiazda wisząca nad oceanem mroku, porównał w myślach patrzące nań oko Szpetnego.

Tym razem sam uciekł spojrzeniem.

* * *

Jaskrawy często wsłuchiwał się w trzask ognia. Wierzył, że to pomaga, sprawia, że myśli łatwiej jest formować, są giętkie jak żelazo w kuźni. Ogień miał w sobie coś nieopisanego, co nie pozwalało oderwać wzroku, jakby w jego błyskach i lśnieniach, w jego migotaniu czaiły się całe gromady odległych światów. Niezależnie od pory roku w gabinecie Jaskrawego palenisko zawsze było żywe, zawsze coś się tliło, jakiś płomyk drżący, rozżarzony popiół.

Żołnierze zwykli żartować, że generał zawarł pakt z małym demonem, który, aby istnieć, potrzebuje stałego ognia. Byli też tacy, którzy otwarcie mówili o sojuszu Jaskrawego z potężnymi bytami innych światów…

Dziś ogień na palenisku trzaskał ciszej, zimny wiatr huczał w kominie.

– Będzie zamach – generał powtórzył pod nosem, smakując znaczenie każdego słowa. Zerknął na pułkownika.

Sztylski opierał się plecami o ścianę. Oczy miał zamknięte, twarz wykrzywioną. Mimo półmroku gorzała w niej wściekłość, Jaskrawy widział ją dobrze, mięśnie szczęki pułkownika drgały.

– Pewne to wieści? – spytał generał.

– Tak – rzucił Sztylski. – Czeka za drzwiami…

– Wprowadź go.

– Generale – pułkownik spojrzał na Jaskrawego tlącymi się żarem oczami – nie każ mi być świadkiem waszej rozmowy… Nie wiem, czy zdołam nad sobą zapanować.

Jaskrawy pokiwał głową.

– Będziesz musiał Sztylski, będziesz musiał… Wprowadź go.

* * *

Sztylski uświadomił sobie, jak bardzo drażni go wycie wiatru w kominie. Wyjął z plecionego kosza grube polano. Nim cisnął je w ogień, zerknął na gościa. Wiele by dał, by móc rozwalić polano na jego głowie.

– Kto by pomyślał… – głos pułkownika lepił się od pogardy. – Taka osobistość…

Polano bardzo wolno zajmowało się ogniem. W gabinecie nieco pojaśniało.

– Każdy ma jakieś słabości – odparł hrabia Roan.

– Słabością nazywasz udział w spisku? – generał nachylił się w jego stronę. – Nic nie usprawiedliwia zdrady!

– Liczcie się ze słowami, generale Jaskrawy.

Trzasnęło. Ogień sypnął iskrami. Generał zacisnął dłonie w pięści.

– Zapominasz się, hrabio Roanie… – powiedział. – Niebezpiecznie się zapominasz! Nie jesteśmy w twoich salonach. Tutaj jesteś mój… Jedno moje słowo, a zawloką cię w najmroczniejsze miejsce, którego nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Pułkownik Sztylski uniósł brwi. Nie spodziewał się takich słów z ust generała, nie w zaistniałej sytuacji. Oto zaszczycił ich swoją osobą spadkobierca jednego z najpotężniejszych rodów w Imperium, rodu Skrzydlatych. Był to ród prawie tak stary, jak Imperium. Rządził się własnymi prawami i wielokrotnie nie liczył z władzą generałów. Inne wielkie rody liczyły się z jego polityką, te pomniejsze zaś lgnęły ku niemu, jak robactwo lgnie nocą do światła lampy.

Co innego jednak martwiło pułkownika. Pałace i twierdze Skrzydlatych rozrzucone były po ziemiach wszystkich pięciu prefektur, to z kolei podsuwało ponure wnioski – zarzewia spisku mogły być w całym Imperium, a nie tylko w Przystani.

Hrabia Roan, w odpowiedzi na słowa generała, zmienił pozycję na krześle i roześmiał się szczerze. Popatrzył na swoje białe rękawiczki leżące na stole.

– Drogi generale – rzekł. – To wy się zapominacie. Czyż mógłbym przychodzić do was w odwiedziny, tak ważne… – tu zawiesił głos – odwiedziny ważne dla interesu nas wszystkich, bez żadnego zabezpieczenia?

Pułkownik prychnął. Generał milczał.

– Mówicie o zdradzie – kontynuował hrabia. – Ależ jakiej, zapytam. Kto zdradził? Kogo? Bezimiennego? Ten nie żyje przecież. Ani ty generale, ani ja, ani tu obecny pułkownik, nikt, dosłownie nikt nam znany nie jest w stanie wskazać następcy tronu. A dlaczego? Bo to nie my rządzimy, generale. Jesteśmy marionetkami… Następca tronu pojawia się – hrabia Roan pstryknął palcami. – Ot, tak po prostu…, a my nie mamy nic do powiedzenia. Co to za kpina? – Dobrze wiesz hrabio, że tak jest od wieków – powiedział Jaskrawy.

– Przykro mi – odparł hrabia, głos miał znudzony. – Może wam, generałom jest tak wygodnie, ale istnieje wiele ludzi, którym nie podoba się wasz porządek. Mamy tego dość, tak jak i was. Przez całe wieki poniżaliście nas, traktowaliście jak smród, którego dyskretnie się unika. Teraz wszystko się odmieni. Wystarczy, generale Jaskrawy… Nie przekonasz mnie.

Marionetki zbudziły się z długiego snu…

– Marionetki! – prychnął Jaskrawy.

– Zgadza się – potwierdził hrabia Roan. – Bo czym byliśmy, jeśli nie marionetkami Bezimiennego?

– Czy ty naprawdę myślisz, że garstka szlachty ma jakieś szanse w starciu z potęgom Imperium? – zapytał Jaskrawy już spokojniej.

– Nie rozumiesz, generale – powiedział hrabia. – Marionetki to nie tylko szlachta. Jesteśmy wszędzie, nawet tutaj, w twoim gmachu. Tak, nawet tutaj mamy swoich ludzi. Jesteś sam generale Jaskrawy. Nie wiesz, kto jest twoim wrogiem, a kto sprzymierzeńcem.

Pułkownik Sztylski chciał coś powiedzieć, ale Jaskrawy powstrzymał go gestem.

– Bezimienny przed koronacją jest słaby – hrabia spokojnie ciągnął dalej. – Bardzo słaby. Jest tylko następcą tronu, jakim każdy z nas mógłby być. Nie patrz tak na mnie, generale, wiemy o tym już od dawna. I nie tylko o tym. Wiemy wiele więcej niż wy, generałowie Imperium, moglibyście przypuszczać. Wyobraź sobie, generale Jaskrawy, że gdy my siedzimy tutaj i prowadzimy tę miłą rozmowę, ku stolicy zmierza straszny cień. Widziałem go. Czułem jego potęgę. Nikt mu się nie oprze… Nikt. Już wkrótce dopadnie waszego następcę tronu. To nieuniknione. Chciałem, żebyście o tym wiedzieli. Niech to będzie sprawiedliwa rozgrywka.

– Sprawiedliwa rozgrywka? – zapytał z niedowierzaniem pułkownik.

– To wy chcecie ratować Imperium.

Sztylski nie wytrzymał.

– A ty skórę! – rzucił.

– Cóż – hrabia uśmiechnął się. – Nie potrafię przewidzieć przyszłości.

– Wynoś się – Jaskrawy cisnął przez zęby.

Hrabia Roan z zadowoleniem sięgnął po białe rękawiczki.

Jaskrawy przetarł twarz dłonią, westchnął.

– Co, jeśli ten dureń blefuje? – zapytał pułkownik.

– A jeśli nie? – odpowiedział pytaniem generał.

– No to mamy kłopot.

– Tak, mamy kłopot – zgodził się generał.

Ogień w palenisku sypnął iskrami.

* * *

Stygło bezruchem wsparte o kamień kolumny na zaśmieconej wiórami posadzce. Chociaż zamknięto je w kształt, nie miało świadomości kształtu, zatem prawdy, która godziłaby całość. Fizjonomią uczłowieczone, lecz z drewna. Nie ukończone, bo korpusu nie wieńczyła głowa.

Każdą częścią z osobna chłonęło rytmiczne postukiwania. Trwały już bardzo długo, aż rytmiczność i głośność poczęły wykruszać się, ustępowały miejsca delikatnej dokładności. Dokładność kryła zapowiedź końca.

Białocień dmuchnął, wióra posypały się na posadzkę. Przyjrzał się uważnie żłobieniom na drewnianej głowie. W miejscu, gdzie powinna być twarz układały się w zawiły ideogram. Odłożył dłuto.

Wziął głowę w dłonie i podszedł do ciała. Umocował ją na kulistej wypukłości sterczącej z korpusu. Chwycił kukłę za nogi i przeciągnął na środek pracowni. Kukła fakt przeciągnięcia przyjęła obojętnie.

Białocień cofnął się kilka kroków, chwila była odpowiednia. Wyciągnął przed siebie dłoń. W pracowni zbudził się gorący wiatr. Wirował, miotał wiórami, szarpał brudną bielą jego koszuli. Kukła zadrżała, nogi wyprostowały się, zaszurały gwałtownie drewnem stóp, ręce wystrzeliły w boki, całość drewnianej fizjonomii przemknął spazm. Wygięło ją do granic możliwości. Krótkie mgnienie i trzaśnie jak łamana gałąź… Zadygotała makabrycznie. W końcu zawisła nad posadzką.

Białocień kiwnął palcem. Kukła uniosła się z pozycji leżącej do pionu. Wyprężyła się, znowu zadrżała. Wiatr zamarł. Zwiesiła głowę, zgarbiła się, ramiona jej opadły luźno wzdłuż ciała. _Jak stalowa_ _struna_ – pomyślał. Obszedł ją dookoła. Jakże inna była teraz, wisząc nad zimną posadzką, kilka cali od tego bezwładnego ciała, które ciągnął za nogi. Chociaż pogrążona w odmętach nieświadomości, to bezpowrotnie daleka od martwego.

– Jesteś poprzez Imię – rzekł. Zbliżył się do niej i chwycił ostry podbródek. – Głowa, korpus, ręce, nogi oraz spoiwo, jakim są stawy… Każda z tych części jest naczyniem Imienia. Stawy nie mają wymyślnej konstrukcji, lecz drzemie w nich nadludzka zręczność podległa Imieniu.

Głowa nie ma twarzy, lecz jest obrazem Imienia. Korpus nie ma serca… – Białocień dotknął opuszkami palców gładkiego drewna. – … lecz jest tarczą Imienia.

Nasycał przestrzeń wokół ciała spokojem głosu. Każde ze słów przenikało drewniany twór, wzbudzało wewnętrzne drgania, godząc ze sobą wszystkie części.

– Ręce nie mają dłoni – mówił daje – lecz są orężem Imienia. Nogi nie mają mięśni ani ścięgien, lecz drzemią w nich szybkość i moc wybicia podległe Imieniu…

Spojrzeniem ogarnął swojej dzieło. _Gdyby takie_ _ciało, było ciałem ludzkim…_ – pomyślał i uciął myśl uśmiechem, którym nie powodowała czystość czy obojętność, ale pustka. Oddalił się.

Posadzka pracowni otworzyła się bezgłośnie okręgiem przepaści pod nieruchomym tworem. Wokół ciała kukły zamigotały cztery prostokątne lustra. Otoczyły je, podobne czterem stronom świata. Poczęły krążyć leniwie, zapamiętywały, odtwarzały najdrobniejszy detal.

_Płótna doskonałe_ – pomyślał Białocień.

– Z pyłu rodzą się mgławice – powiedział. – Bądź liczna jak pył…

Lustra rozbłysły, światło zalało pracownię. Studnia w posadzce ziała czernią. Na tle jasności ciała spadały strumieniem w czerń.

* * *

Na rozkaz generała Jaskrawego, pułkownik wybrał najlepszych dwudziestu trzech oficerów, stąd też wzięła się ich nazwa – G23. Byli to ludzie zaprawieni w wielu bojach, umysły wojenne. Każdy z nich miał za sobą kompletne studia w Akademii Oficerskiej i Wojskowym Instytucie Imperium. Zostali dokładnie sprawdzeni. Grupę, którą tworzyli, obłożono najwyższą klauzulą tajności. Cel był tylko jeden – dotrzeć do Marionetek i wniknąć w ich szeregi. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, na biurku generała pojawiły się wstępne raporty mówiące o sytuacji w mieście. Z raportów wynikało, że wróg jest dosłownie wszędzie i jeśli ktokolwiek trzymał porządek w Przystani i ziemiach prefektury Tygrysa, to tym kimś był generał i jego aura. Było gorzej niż Jaskrawy myślał.

* * *

Rozległo się pukanie do drzwi. Nim Jaskrawy odpowiedział, Sztylski już wszedł. Nie ukrywał zdenerwowania. Generał uniósł brwi.

– Jest gorzej niż myślałem, generale – powiedział pułkownik. – Przepytałem ludzi…. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Ten znak pojawił się jednej nocy i co śmieszniejsze, ktoś go wypalił na murach i ścianach kamienic. Naliczyłem już dziewięć identycznych znaków, każdy w innej części miasta.

Sztylski rzucił kartkę na stół.

– Skopiowałem go.

Jaskrawy wziął kartkę, spojrzał. Twarz miał niewzruszoną, ale w środku cały stężał.

– Jesteś pewny, że tak wygląda? – zapytał, nie odrywając wzroku od kartki.

– Tak.

Znak był prostym zobrazowaniem złożoności. Składały się na niego trzy trójkąty rożnych rozmiarów, wpisane w siebie, na zasadzie odwrotności.

Generał odłożył kartkę.

– To nie wszystko – powiedział pułkownik. – Pod znakami były jeszcze wypalone napisy.

– Napisy? Co mówiły?

– Przebudzeni i Nowy Porządek…

Generał spojrzał raz jeszcze.

– Przebudzeni – powtórzył. – Nowy Porządek… Dobrze. Rozstaw ludzi w miejscach, gdzie są te znaki. Coś trzeba z tym zrobić. Zwołuję posiedzenie sztabu na wieczór.

Pułkownik zasalutował. Już miał wychodzić, obejrzał się.

– Generale, czy pan wie, co ten znak oznacza?

– Nie mam pojęcia, Sztylski – powiedział generał.

Kiedy Jaskrawy został sam, stanął przed lustrem. Popatrzył na wewnętrzną stronę swoich dłoni. Jego odbicie powtarzało ruchy. Kilka razy zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je. Odbicie stało się niewyraźne. Wewnętrzna strona dłoni pokryła się czarnymi liniami. Składały się w trzy trójkąty różnej wielkości, wpisane w siebie. Znak był identyczny, jak ten na kartce, tyle że odwrócony. Łupnęło. Po drugiej stronie lustra stał tamten. Uderzył głową w taflę, potem pięścią. Do generała docierało stłumione dudnienie. Tamten nie miał twarzy albo miał najstraszniejszą twarz jaką generał widział. Jaskrawy z trudem oderwał wzrok.

– Szaleństwo… – mruknął i raz jeszcze popatrzył na swoje dłonie. Odetchnął głęboko. Pieczęć generała Jaskrawego powoli bledła, aż na dłoniach nie został po nim ślad.

* * *

Pojawił się w błysku. Cień wił się wokół niego jak najmroczniejsze myśli, których nigdy nie ubiera się w słowa.

– Nic nie mówcie panowie, nie ma takiej potrzeby – powiedział Białocień do dwóch generałów. – Nie będę zabierał wam cennego czasu, którego wszystkim zdaje się coraz bardziej brakować. Nie przyszedłem, aby was wysłuchiwać. Wasz los jest mi zupełnie obojętny, ale mniemam, że wy jesteście nim zainteresowani…

Gniew zbruździł oblicze jednego. Powietrze przesycił zapach żelaza i rdzy, gdy generał bryznął swą aurą w intruza.

– To na nic panie, nie kłopocz się, po co ta furia? Wasza potęga nie jest w stanie mnie dosięgnąć. Innym powietrzem oddycham niż wy i z innej niż wy substancji jestem ulepiony. Drugiemu zdziwienie ściągnęło brwi na czole.

– Rzecz w tym, że Imperium upadnie… – powiedział Białocień, wyprzedzając pytania. – Tak, widzę, jak na mnie patrzycie, ale takie są fakty. Przyszedł kres Imperium, kres wszystkiego, co było wam znane. Pozostaje tylko pytanie, po której stronie staniecie? Żyjecie w iluzji panowie, jesteście cieniami dawnych generałów… Daję wam możliwość wyboru, możliwość sięgnięcia po siłę, która została wam zabrana wieki temu. Chociaż nie gwarantuję, że spodoba się wam to, co nadchodzi. Jednak lepsze to niż czekać na zgubę.

Milczeli.

– Trzy dni – powiedział Białocień.

Dwaj generałowie zostali sami. Po intruzie nie było śladu.

– Imperium upadnie – powiedział barczysty.

– Tak, to chyba poważna sprawa – dodał drugi beztrosko. – Strasznie się nudziłem, wiesz?

– Chyba nie mówisz poważnie?

– Cóż… – uśmiechnął się drugi.

Uśmiech miał piękny i zimny, jak mróz.

* * *
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij