Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bezmiar żalu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3600 pkt
punktów Virtualo

Bezmiar żalu - ebook

Podkomisarz Ewa Piórkowska po trudnym i rozczarowującym śledztwie w rodzinnych Nowinach przenosi się do Kielc i zaczyna pracę w wydziale kryminalnym. Ta zmiana jest jej potrzebna, a wsparcie prokuratora Dawida Zygadło pomaga jej odzyskać równowagę. Pewnego dnia policja otrzymuje zgłoszenie o zbrodni w elitarnej szkole w Chęcinach. Na boisku prestiżowej placówki znaleziono martwą Zuzannę Seweryn – uczennicę ostatniej klasy, szkolnej gwiazdy i liderki. Ewa wraz z Dawidem otrzymuje tę sprawę. Okazuje się, że Zuzanna nie była tak lubiana, jak mogło się wydawać. Za perfekcyjnym wizerunkiem kryły się konflikty, manipulacje i upokorzenia. Lista podejrzanych rośnie z każdym dniem. Jakby tego było mało, chłopakiem ofiary jest Konrad Mochocki, siostrzeniec Marka i Andrzeja – ludzi, którzy kiedyś sprawili, że zarówno Piórkowska, jak i Zygadło zaczęli wątpić w sprawiedliwość. Kto naprawdę miał powód, by zabić szkolną gwiazdę? Ilu ludzi skrywa sekret, który może wszystko zniszczyć?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-6701-332-1

FRAGMENT KSIĄŻKI

12 WRZEŚNIA, PIĄTEK 2008 ROKU, CHĘCINY

– Super, że jesteś! Wszy­scy na cie­bie cze­kają! – zawo­łała rudo­włosa dziew­czyna z sze­ro­kim uśmie­chem w stronę blon­dynki, która wła­śnie wkro­czyła do ogrodu z gra­cją kogoś, kto zawsze przy­ciąga uwagę. Jej dłoń spo­czy­wała w ręku przy­stoj­nego nie­bie­sko­okiego chło­paka. Razem wyglą­dali jak żyw­cem wyjęci z reklamy luk­su­so­wego życia – ide­alni, pewni sie­bie, nie­re­alni. – Dziew­czyny już cze­kają, są pod­ja­rane – dodała z oży­wie­niem.

– Sorry, ale zatrzy­mała nas pilna potrzeba – odparła blon­dynka, mru­ga­jąc poro­zu­mie­waw­czo do swo­jego towa­rzy­sza. On zaśmiał się na jej alu­zję.

– Chce­cie coś do picia? – zapy­tała ruda, z entu­zja­zmem popra­wia­jąc włosy, które opa­dały jej na ramiona w luź­nych falach.

– Jeśli masz coś lep­szego niż piwo z beczki, to chęt­nie – powie­działa blon­dynka z pogardą w gło­sie, roz­glą­da­jąc się po roz­le­głym ogro­dzie.

Wokół, przy bla­sku lam­pio­nów, mło­dzi ludzie bawili się w rytm muzyki dobie­ga­ją­cej z gło­śni­ków.

– Jasne! Moi rodzice mają barek pełen naj­lep­szych alko­holi – zaświer­go­tała rudo­włosa i bez cze­ka­nia na odpo­wiedź znik­nęła w głębi domu, pozo­sta­wiw­szy ich samych.

Blon­dynka przy­glą­dała się bawią­cym się rówie­śni­kom.

– Coraz wię­cej prze­cięt­nia­ków przyj­mują do tej szkoły – wyszep­tała niby do sie­bie, choć dosko­nale wie­działa, że nie­bie­sko­oki ją sły­szy.

– Chło­paki z dru­żyny z chę­cią pomogą ci w eli­mi­na­cjach. – Pochy­lił się ku niej. W jego gło­sie pobrzmie­wała nuta roz­ba­wie­nia.

– Świet­nie, na to liczy­łam – odpo­wie­działa, nawet na niego nie patrząc, jakby to, co powie­dział, było rów­nie oczy­wi­ste jak to, że była w cen­trum uwagi.

Rudo­włosa wró­ciła bły­ska­wicz­nie z dwoma kie­lisz­kami wypeł­nio­nymi kolo­ro­wym alko­ho­lem. Z dumą podała je blon­dynce i jej towa­rzy­szowi, ocze­ku­jąc słów uzna­nia, które nie padły.

– Zaczy­najmy. – Blon­dynka unio­sła kie­li­szek, patrząc na tłum z wyż­szo­ścią.

Ruda gospo­dyni odwró­ciła się w stronę zgro­ma­dzo­nych, z rękami w górze, by przy­cią­gnąć ich uwagę.

– Halo, uwaga! – zaczęła. – Wszyst­kie dziew­czyny, które zgło­siły się do eli­mi­na­cji do dru­żyny che­er­le­ade­rek, pro­szę podejść tutaj! – zawo­łała dono­śnie, prze­krzy­ku­jąc muzykę i gwar roz­mów.

Jej głos prze­bił się przez hałas imprezy. To był moment, na który wszy­scy cze­kali.

Zain­te­re­so­wane dziew­czyny zaczęły gro­ma­dzić się w grupkę, liczącą około dwu­dzie­stu osób. Część z nich szep­tała ner­wowo, inne stały wypro­sto­wane, aby od razu zro­bić jak naj­lep­sze wra­że­nie. Blon­dynka sta­nęła przed nimi, uśmie­cha­jąc się non­sza­lancko.

– Jak dobrze wie­cie, bycie che­er­le­aderką to przede wszyst­kim dobra pre­zen­cja – mówiła sta­now­czym tonem. Chciała stwo­rzyć wra­że­nie, że wygła­szała ważną prze­mowę. – Nikt nie chce patrzeć na brzyd­kie albo grube dziew­czyny. – Jej słowa zawi­sły w powie­trzu. Wśród dziew­czyn poja­wiło się kilka spe­szo­nych spoj­rzeń, a grupka mło­dych męż­czyzn sto­ją­cych z boku par­sk­nęła śmie­chem. Blon­dynka kon­ty­nu­owała: – Bycie w mojej dru­ży­nie to genialny wygląd, wyczu­cie rytmu i ela­stycz­ność. Dla­tego każdy z tych ele­men­tów zosta­nie dziś prze­te­sto­wany. A na końcu zostaną te dwie dziew­czyny, które naprawdę zasłu­gują na miej­sce w dru­ży­nie.

– Zawsze myśla­łam, że pom­po­niara powinna po pro­stu machać pom­po­nami – rzu­ciła dziew­czyna z asy­me­tryczną fry­zurą. Jej ton był prze­sy­cony sar­ka­zmem i natych­miast przy­cią­gnął uwagę całego towa­rzy­stwa. Bez­ce­re­mo­nial­nie spoj­rzała na blon­dynkę. Kon­trast mię­dzy nimi był ude­rza­jący. Tamta pre­zen­to­wała nie­na­ganny, dopra­co­wany w każ­dym detalu wygląd, pod­czas gdy ona ema­no­wała non­sza­lan­cją w spor­to­wych szor­tach i luź­nym topie na ramiącz­kach. – W sumie małpa też by dała radę – dodała i uśmiech­nęła się szy­der­czo.

Zapa­dła pełna napię­cia cisza, która bły­ska­wicz­nie wytrą­ciła rudo­włosą z rów­no­wagi.

– Ej, skąd się tu wzię­łaś? – wyce­dziła. – Nikt cię nie zapra­szał.

Nato­miast blon­dynka, ku zdzi­wie­niu zgro­ma­dzo­nych, uśmiech­nęła się i zmie­rzyła bun­tow­niczkę lodo­wa­tym spoj­rze­niem.

– Po co tu przy­szłaś? Podobno nami gar­dzisz.

Bun­tow­niczka wzru­szyła ramio­nami, ale w jej oczach poja­wił się błysk eks­cy­ta­cji.

– Rok w rok ta sama szopka. Gno­isz nowe laski, uda­jesz, że to rekru­ta­cja, a tak naprawdę jarasz się tym, że możesz się nad kimś pastwić. Musisz czuć wła­dzę, bo bez tego jesteś nikim – powie­działa ostro. – Nie daj­cie się wkrę­cić – mówiła gło­śno, spo­glą­da­jąc dookoła. – Ona nie szuka żad­nych kan­dy­da­tek. Potrze­buje ofiary, aby pod­nieść sobie samo­ocenę.

Twarz blon­dynki stę­żała, a w jej oczach bły­snęła wście­kłość.

Rudo­włosa rów­nież już kipiała ze zło­ści i w końcu nie wytrzy­mała:

– To moja impreza. Spa­daj, Saro!

Nasto­latka uśmiech­nęła się lekko. Osią­gnęła cel.

– Z wielką przy­jem­no­ścią – odparła i odwró­ciła się na pię­cie. Zanim ruszyła do wyj­ścia, dodała jesz­cze przez ramię: – Dziew­czyny, nie daj­cie się. Ona chce was tylko wyko­rzy­stać.

Kiedy mijała blon­dynkę, ta nachy­liła się do niej i syk­nęła cicho:

– Jesteś żało­sna i zawsze będziesz sama.

Sara zatrzy­mała się, patrząc jej w oczy. Miała sta­now­cze spoj­rze­nie.

– Wolę być sama, niż dawać ci poczu­cie, że jesteś naj­lep­szym, co mnie w życiu spo­tkało – wyszep­tała. – Uda­jesz liderkę, ale wciąż jesteś małą dziew­czynką, która chce zaim­po­no­wać tatu­siowi.

Ostat­nie słowa były wypo­wie­dziane tak cicho, by tylko blon­dynka mogła je usły­szeć. Twarz liderki napięła się w gnie­wie.

– Kon­rad, pokaż jej, gdzie są drzwi – rzu­ciła, nawet nie zer­ka­jąc na chło­paka. Jej wzrok był utkwiony w Sarze, toczyły nieme star­cie, w któ­rym słowa były zbędne.

Chło­pak auto­ma­tycz­nie ruszył w stronę bun­tow­niczki. Sta­nął przed nią, suge­ru­jąc kie­ru­nek wyj­ścia.

– Ty też kie­dyś przej­rzysz na oczy – stwier­dziła Sara, mija­jąc go z unie­sioną głową.

Kon­rad otwo­rzył sze­roko drzwi i cze­kał, aż wyj­dzie, a następ­nie zatrza­snął je z impe­tem.

– Skoro śmieci się już wynio­sły, możemy zaczy­nać – oznaj­miła blon­dynka z zado­wo­le­niem, spo­glą­da­jąc po zgro­ma­dzo­nych. Jej głos był teatralny. Reszta impre­zo­wi­czów natych­miast zare­ago­wała, okla­ski i śmie­chy prze­to­czyły się przez tłum, jakby opo­wie­działa naj­lep­szy żart wie­czoru. – Pierw­sze zada­nie jest pro­ste. Musi­cie przejść od jed­nego końca basenu do dru­giego w samej bie­liź­nie. Jury, czyli ja i kole­dzy z dru­żyny piłki noż­nej, oce­nimy, czy się nada­je­cie, czy nie – przed­sta­wiła plan z uśmie­chem, dając ilu­zję, że to ma być nie­winna zabawa.

Wśród dziew­czyn chcą­cych dołą­czyć do dru­żyny che­er­le­ade­rek roz­le­gły się pełne nie­po­koju szepty. Jedne patrzyły na sie­bie zdez­o­rien­to­wane, inne wymie­niały ukrad­kowe spoj­rze­nia, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, czy to na pewno nie żart. Po chwili dwie wyco­fały się i bie­giem opu­ściły rzą­dek, w któ­rym stały.

– Cenię samo­kry­tykę i reali­styczne spoj­rze­nie na wła­sne moż­li­wo­ści – rzu­ciła blon­dynka chłodno, spo­glą­da­jąc za odcho­dzą­cymi. – Zostało was więc osiem­na­ście, a ja mam tylko dwa miej­sca w dru­ży­nie. Lepiej pokaż­cie, na co was stać.

Jej słowa wywo­łały mie­szankę emo­cji – prze­ra­że­nie, wstyd i deter­mi­na­cję.

Dziew­czyny, wyraź­nie spięte, powoli zaczy­nały przy­swa­jać zasady gry. W tłu­mie sły­chać było gwizdy i komen­ta­rze chło­pa­ków, a blon­dynka stała jak kró­lowa, cze­ka­jąc na pierw­szą odważną.

Świa­tła imprezy tań­czyły na powierzchni basenu, nada­jąc miej­scu kli­mat jak z fil­mo­wej sce­no­gra­fii. Ale dla uczest­ni­czek ten obraz miał smak wyroku.

Blon­dynka roz­sia­dła się w samym cen­trum na leżaku, oto­czona kole­gami z dru­żyny pił­kar­skiej. W dłoni obra­cała drinka, a jej spoj­rze­nie prze­szy­wało uczest­niczki niczym lód.

Po chwili w końcu pierw­sza odważna wyszła na „wybieg” przy base­nie. Miała na sobie pro­stą baweł­nianą bie­li­znę, która akcen­to­wała jej krą­głe kształty. Zanim zdą­żyła się ruszyć, roz­legł się rechot i jeden z chło­pa­ków wtrą­cił:

– Lepiej paso­wa­ła­byś na maskotkę dru­żyny, na przy­kład miśka!

Tłum wybuchł śmie­chem. Blon­dynka prze­wró­ciła oczami, teatral­nie wes­tchnęła i zabrała głos:

– Uwa­żasz, że ktoś chce patrzeć na wie­lo­ryba? Szu­kam che­er­le­ade­rek, a nie osób, które mogą rekla­mo­wać obóz dla gru­ba­sów.

Oce­niana zaci­snęła wargi, ale zanim coś odpo­wie­działa, blon­dynka mach­nęła ręką.

– Następna!

Kolejna dziew­czyna, wysoka i szczu­pła, pode­szła do zada­nia z więk­szą pew­no­ścią. Jed­nak zanim zdą­żyła przejść połowę drogi, jeden z chło­pa­ków zawo­łał szy­der­czo:

– Nogi jak precle!

Blon­dynka spoj­rzała na uczest­niczkę z per­fid­nym uśmie­chem i powie­działa:

– Nie dość, że masz krzywe nogi, to jesz­cze wyglą­dasz, jak­byś przez tydzień nie cze­sała wło­sów. Kosz­mar!

Śmie­chy nara­stały, a kan­dy­datka spu­ściła wzrok, chcąc znik­nąć z pola widze­nia. Blon­dynka jed­nak nie pozwo­liła jej odejść bez ostat­niego ciosu:

– Zrób sobie przy­sługę i wbij sobie do głowy, że jesteś brzydka.

Następne dziew­czyny szły jak na ska­za­nie. A blon­dynka wyty­kała każdą nie­do­sko­na­łość – zaokrą­glony brzuch, mało wyra­zi­sty biust, zbyt dużą ilość pie­gów na twa­rzy.

– Czy my orga­ni­zu­jemy casting do hor­roru? Spójrz­cie na tę twarz! Co to ma być, cha­rak­te­ry­za­cja na Hal­lo­ween? – rzu­ciła w stronę kolej­nej dziew­czyny, która nie zdo­łała powstrzy­mać łez i wybie­gła z ogrodu.

Tłum wiwa­to­wał, śmiał się i kla­skał. Dru­żyna pił­kar­ska prze­ści­gała się w kąśli­wych komen­ta­rzach, a każda kolejna uwaga blon­dynki była przyj­mo­wana jak żart wie­czoru.

– Czy w tej szkole są w ogóle ładne dziew­czyny? Następna! – zawo­łała z pod­łym uśmie­chem.

Dla niej to była gra, zabawa, spo­sób na poka­za­nie, kto tu rzą­dzi. A dla uczest­ni­czek, które się przed nią prze­cha­dzały, to była trauma. Każda z nich została upo­ko­rzona.

Po przej­ściu wszyst­kich dziew­czyn blon­dynka unio­sła kie­li­szek:

– Zostały te, które mogą spoj­rzeć w lustro. Cza­sami bru­talna szcze­rość to naj­lep­sza przy­sługa, jaką można komuś wyświad­czyć.

Śmie­chy znów wypeł­niły ogród, a blon­dynka, zado­wo­lona ze swo­jego „spek­ta­klu”, opa­dła na leżak. Nie dostrze­gała, że na obrze­żach tłumu nie­które dziew­czyny stały w mil­cze­niu z oczami peł­nymi łez i gniewu. Upo­ko­rzone wie­działy, że tej nocy nie zapo­mną ani słów blon­dynki, ani jej szy­der­czego śmie­chu, który odbi­jał się w ich gło­wach jak echo znie­wagi.

Po chwili kró­lowa cere­mo­nii znów się ode­zwała:

– Czas na rundę drugą – oznaj­miła. Wstała z leżaka i pew­nym kro­kiem prze­cha­dzała się przed dziew­czy­nami, które prze­trwały pierw­sze zada­nie. – Zostało was dzie­sięć, więc osiem musi odpaść. Teraz spraw­dzimy wasze poczu­cie rytmu. Każda z was pokaże sek­sowną solówkę do wybra­nego utworu.

Te słowa wywo­łały nową falę nie­po­koju wśród dziew­czyn. Kilka z nich ner­wowo popra­wiło włosy, inne zaci­snęły dło­nie na bio­drach, pró­bu­jąc dodać sobie odwagi. W tle roz­brzmie­wała muzyka, taneczne hity, z domi­nu­ją­cymi basami, które pod­kre­ślały rosnące napię­cie.

– No, co tak sto­icie? Rusz­cie się! I pamię­taj­cie, że w che­er­le­adingu liczy się show. Jeśli nie potra­fi­cie tań­czyć, to jak zamier­za­cie roz­grze­wać tłumy na sta­dio­nie? – fuk­nęła blon­dynka, prze­wra­ca­jąc oczami. Wyglą­dała per­fek­cyj­nie – od ide­al­nie uło­żo­nej fry­zury po maki­jaż. Była jak wzór nie­do­ści­gnio­nego stylu.

Pierw­sza kan­dy­datka, drobna bru­netka, nie­śmiało wyszła na śro­dek. Wybrała popu­larny popowy hit Brit­ney Spe­ars i zaczęła się poru­szać, ale była zde­ner­wo­wana, widać było, że tań­czy w stra­chu.

– To ma być solówka czy pró­bu­jesz roz­grzać się przed gim­na­styką korek­cyjną? – sko­men­to­wał jeden z chło­pa­ków, a tłum wybuchł śmie­chem.

Blon­dynka unio­sła rękę, uci­sza­jąc ich, i spoj­rzała na dziew­czynę z prze­sad­nym współ­czu­ciem.

– Taki taniec to jak prośba o jał­mużnę pod kościo­łem. Następna!

Bru­netka szybko ucie­kła na bok, wal­cząc z łzami.

Jako następna wyszła wysoka blon­dynka o mode­lo­wej syl­wetce. Jej pew­ność sie­bie była wyczu­walna, choć widać było, że obser­wuje tłum, spo­dzie­wa­jąc się jakiejś zło­śli­wej uwagi. Wybrała dyna­miczną laty­no­ame­ry­kań­ską pio­senkę i zaczęła tań­czyć z wyczu­ciem. Jej ruchy były płynne i pełne wdzięku. Wyda­wało się, że robi dobre wra­że­nie, gdy znów jeden z chło­pa­ków prze­rwał jej występ gło­śnym gwiz­dem:

– Co tak się szcze­rzysz, to nie reklama pasty do zębów!

Blon­dynka zaśmiała się gło­śno

– Jesteś sztuczna jak z Pho­to­shopa – rzu­ciła. – Tra­ge­dia.

Dziew­czyna zbla­dła i zaci­snęła wargi, sta­ra­jąc się nie poka­zać, jak bar­dzo ją to dotknęło. Bez słowa wró­ciła na swoje miej­sce, pró­bu­jąc ukryć emo­cje, które w niej wzbie­rały.

Kolejne uczest­niczki rów­nież pró­bo­wały swo­ich sił, ale żadna nie unik­nęła ostrza kry­tyki. Niska sza­tynka, która wybrała ener­ge­tyczny utwór disco, dała z sie­bie wszystko. Brak natu­ral­nej gra­cji nad­ra­biała ener­gią i pew­no­ścią sie­bie, ale to nie wystar­czyło.

– To ma być taniec czy dziwne rytu­ały ple­mienne? – zadrwił ktoś z tłumu, wywo­łu­jąc falę śmie­chu.

– Myśla­łaś, że to było sek­sowne? – wtrą­ciła blon­dynka. Jej ton był pełen znie­cier­pli­wie­nia. – To nie aero­bik dla senio­rów, tylko selek­cja che­er­le­ade­rek. Następna!

Każda dziew­czyna wcho­dziła na śro­dek jak owca pro­wa­dzona na rzeź. Blon­dynka bez­li­to­śnie pozba­wiała je pew­no­ści sie­bie komen­ta­rzami, które tra­fiały z chi­rur­giczną pre­cy­zją.

– Z takim poczu­ciem rytmu nawet mio­tła mia­łaby więk­sze szanse na wej­ście do dru­żyny.

– Może spró­buj w zespole coun­try. Taniec na linie bar­dziej by ci paso­wał.

– Nie wiem, co było gor­sze: twój taniec czy ten kosz­marny strój. W czymś takim wsty­dzi­ła­bym się poka­zać nawet na zadu­piu w ciemną noc.

Kąśliwe słowa blon­dynki padały jedno po dru­gim, wywo­łu­jąc mie­szankę śmie­chu i zaże­no­wa­nia wśród zgro­ma­dzo­nych. Gdy ostat­nia kan­dy­datka skoń­czyła swoją próbę, liderka wstała z leżaka, klasz­cząc powoli.

– Wygląda na to, że z dzie­się­ciu kan­dy­da­tek zostały tylko cztery – oznaj­miła. Spoj­rzała na wybrane dziew­czyny z zado­wo­le­niem. – A więc przed wami ostat­nia kon­ku­ren­cja – ogło­siła. – Naj­trud­niej­sza, ale poka­zu­jąca, jak bar­dzo chce­cie być w dru­ży­nie.

Jej słowa zabrzmiały zło­wiesz­czo, a w oczach dziew­czyn, które prze­trwały poprzed­nie rundy, poja­wił się lęk. Kan­dy­datki zer­kały ner­wowo to na sie­bie nawza­jem, to na blon­dynkę, która prze­cią­gała moment mil­cze­nia, celowo budu­jąc napię­cie.

– Che­er­le­aderka musi być nie tylko ładna, zgrabna i ryt­miczna, ale także… ela­styczna – powie­działa z prze­sło­dzo­nym uśmie­chem. Ale w jej spoj­rze­niu kryło się coś nie­ludz­kiego. – I w tej kon­ku­ren­cji pomogą mi kole­dzy.

Chłopcy z dru­żyny pił­kar­skiej, dotąd roz­ło­żeni na leża­kach, rzu­cili sobie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Wysoki bru­net z zuchwa­łym uśmie­chem uniósł brwi w pyta­ją­cym geście, a blon­dynka ski­nęła głową, potwier­dza­jąc coś, co pozo­stało nie­wy­po­wie­dziane.

– Każda z was pój­dzie z jed­nym z chło­pa­ków na górę do sypialni – pole­ciła tonem, jakby pro­po­no­wała coś zupeł­nie zwy­czaj­nego. – Tam będzie­cie miały szansę poka­zać, na co was stać. Moi przy­ja­ciele oce­nią, czy jeste­ście wystar­cza­jąco zaan­ga­żo­wane, żeby dołą­czyć do dru­żyny.

Słowa zawi­sły w powie­trzu, a po nich zapa­dła cisza. Część impre­zo­wi­czów spoj­rzała po sobie, zmie­szana, ale nikt nie odwa­żył się ode­zwać. Byli uczest­ni­kami gry, którą pro­wa­dziła blon­dynka. Gry, w któ­rej ona usta­lała zasady. W gło­wach nie­któ­rych tłu­kło się uspra­wie­dli­wie­nie: „To prze­cież tylko zabawa”.

– To jakiś żart – prze­rwała ciszę jedna z dziew­czyn.

Blon­dynka zmie­rzyła ją chłod­nym wzro­kiem. Patrzyła na nią niczym na wadliwy pro­dukt. Po krót­kiej chwili odparła z iro­nicz­nym uśmie­chem:

– Jeśli uwa­żasz, że to żart, to nie powin­naś tu być. W tej dru­ży­nie nie ma miej­sca dla tych, które nie wie­dzą, jak wal­czyć o swoje. Jeśli chcesz zre­zy­gno­wać, droga wolna. Che­er­le­ading to dys­cy­plina dla odważ­nych, a nie dla tchó­rzy. – Zro­biła dra­ma­tyczną pauzę, po czym dodała: – Zosta­jesz?

Jeden z chło­pa­ków wstał, przy­cią­ga­jąc uwagę bru­netki.

– Chodź, spraw­dzimy, czy jesteś tak giętka, jak się wydaje – rzu­cił z drwią­cym uśmie­chem i wycią­gnął do niej rękę.

Bru­netka spoj­rzała na niego, a potem na blon­dynkę. Na jej twa­rzy poja­wiła się mie­szanka gniewu i upo­ko­rze­nia. Zro­biła krok do tyłu, uno­sząc dum­nie głowę.

– Nie. Nie będę w tym uczest­ni­czyć.

Blon­dynka wes­tchnęła teatral­nie i roz­ło­żyła ręce w geście prze­sad­nego współ­czu­cia.

– Szkoda. W takim razie żegnamy cię. Pamię­taj tylko, że suk­ces wymaga poświę­ceń. Ale nie każdy ma w sobie odwagę, by się poświę­cić – dodała z cynicz­nym uśmie­chem.

Bru­netka zmie­rzyła ją wzro­kiem peł­nym nie­na­wi­ści, zanim odwró­ciła się na pię­cie i znik­nęła w tłu­mie. Jej zde­cy­do­wany krok mówił wię­cej niż jakie­kol­wiek słowa.

Wokół zapa­no­wała cisza, a reszta dziew­czyn, które pozo­stały, ner­wowo zer­kała na sie­bie. Toczyły wewnętrzną walkę, co zro­bić. Blon­dynka unio­sła brew, widząc ich waha­nie.

– No i co? Macie zamiar stać tu całą noc? – zapy­tała. – Czyżby i was to prze­ro­sło? – spy­tała z wyzwa­niem w gło­sie. – Jeśli tak, to może zakończmy tę farsę i prze­stańmy mar­no­wać czas.

Trzy dziew­czyny wymie­niły nie­pewne spoj­rze­nia, a chłopcy, sie­dzący na leża­kach, cze­kali, która pierw­sza odważy się speł­nić żąda­nie blon­dynki. Atmos­fera gęst­niała. Tłum obser­wo­wał sytu­ację w ciszy. Nie było wia­domo, czy to jesz­cze gra, czy już coś, co prze­kro­czyło gra­nice akcep­to­wal­nego zacho­wa­nia.

Twa­rze trzech dziew­czyn, które pozo­stały w „grze”, wyra­żały nie­pew­ność. Żadna z nich jed­nak nie chciała być tą, która się podda. Blon­dynka zaśmiała się, roz­ko­szu­jąc się wido­kiem ich walki wewnętrz­nej. Potem kla­snęła w dło­nie.

– Tro­chę deter­mi­na­cji! Tego ocze­kuję od człon­kiń mojej dru­żyny! – powie­działa, roz­glą­da­jąc się po twa­rzach zgro­ma­dzo­nych.

Wska­zała na wyso­kiego blon­dyna o aro­ganc­kim uśmie­chu.

– Blaze, ta jest twoja – oznaj­miła, kiwa­jąc głową w stronę rudo­wło­sej dziew­czyny, która odru­chowo spu­ściła wzrok. Nie­pew­nie pode­szła do niego, pró­bu­jąc ukryć drże­nie dłoni.

– Misiek ty weź tę – dodała, wska­zu­jąc na drugą dziew­czynę, która stała z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

Trze­cia z dziew­czyn, wysoka bru­netka, spoj­rzała na blon­dynkę nie­mal bła­gal­nym wzro­kiem, ale ta tylko uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

– A twoim part­ne­rem będzie Kubi – oznaj­miła, wska­zu­jąc na musku­lar­nego chło­paka z fry­zurą na kla­sycz­nego pił­ka­rza.

Nasto­la­tek puścił do dziew­czyny oko z bez­czel­nym uśmie­chem.

Blon­dynka ponow­nie roz­sia­dła się wygod­nie na leżaku i dodała:

– Macie dwa­dzie­ścia minut. Liczę na szcze­gó­łowe raporty.

Słowa te zawi­sły w powie­trzu jak osta­teczny wer­dykt, a dziew­czyny z tru­dem powstrzy­my­wały łzy, gdy pod­cho­dziły do przy­dzie­lo­nych im chło­pa­ków.

A oni, uśmie­cha­jąc się w spo­sób, który jed­no­znacz­nie zdra­dzał ich inten­cje, ruszyli na górę z dziew­czy­nami, pro­wa­dząc je jak tro­fea. W tłu­mie roz­le­gały się szepty, wymie­niano poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Atmos­fera sta­wała się nie­przy­jemna, wszy­scy wyczu­wali, że gra­nica jed­nak została prze­kro­czona.

Tylko blon­dynka wyglą­dała na zado­wo­loną. Czuła się kró­lową, patrzącą na pod­da­nych posłusz­nie wyko­nu­ją­cych jej roz­kazy. Miała na twa­rzy uśmiech pełen samo­za­do­wo­le­nia, w jej oczach błysz­czała wyż­szość, któ­rej nikt nie miał odwagi zakwe­stio­no­wać.

Po upły­wie wyzna­czo­nego czasu na scho­dach poja­wiły się dwie pary. Blaze i Misiek pro­wa­dzili swoje towa­rzyszki, które wyglą­dały na zmie­szane, ale sta­rały się zacho­wać twarz. Blaze, z sze­ro­kim uśmie­chem, pod­szedł do blon­dynki i ode­zwał się gło­śno, tak by wszy­scy sły­szeli:

– Ta mała ma w sobie ducha walki. Nie tylko jest ela­styczna, ale i pełna ini­cja­tywy.

Misiek zaś, kle­piąc swoją part­nerkę po ple­cach, rzu­cił z roz­ba­wie­niem:

– Zde­cy­do­wa­nie zasłu­guje na miej­sce w dru­ży­nie. Poka­zała, że potrafi dać z sie­bie wszystko.

Blon­dynka kla­snęła w dło­nie i uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem.

– Wła­śnie tego ocze­ki­wa­łam! Gra­tu­la­cje, dziew­czyny. Witamy w dru­ży­nie che­er­le­ade­rek!

Z tłumu roz­le­gły się brawa i wiwaty, ale po chwili uwaga wszyst­kich sku­piła się na Kubim, który scho­dził na dół sam.

– Co się stało? – Blon­dynka unio­sła brew z zain­te­re­so­wa­niem.

Kubi wzru­szył ramio­nami.

– Roz­pła­kała się, jak tylko zaczą­łem ścią­gać spodnie. Wybie­gła z pokoju, zanim cokol­wiek zdą­ży­łem zro­bić.

Blon­dynka zaśmiała się gło­śno, bez cie­nia współ­czu­cia.

– Cóż, nie każdy ma to, co trzeba, by być w dru­ży­nie. Lepiej, że wyszło to teraz. – Obró­ciła się w stronę zgro­ma­dzo­nych, uno­sząc ręce w trium­fal­nym geście. – Tylko dwie dziew­czyny miały odwagę i deter­mi­na­cję, by przejść wszyst­kie próby. Okla­ski dla nich!

Tłum posłusz­nie kla­skał, choć na twa­rzach nie­któ­rych malo­wał się nie­smak. Blon­dynka jed­nak zda­wała się zupeł­nie nie zauwa­żać mie­sza­nych reak­cji. Zbli­żyła się do nowo przy­ję­tych człon­kiń dru­żyny i objęła je ramio­nami.

– Ciesz­cie się tą chwilą, bo to był przed­smak tego, co was czeka. – W tych sło­wach pobrzmie­wała słodko-gorzka nuta iro­nii.23 MARCA, PONIEDZIAŁEK 2009 ROKU, KIELCE

Od ponad ośmiu mie­sięcy pod­ko­mi­sarz Ewa Piór­kow­ska miesz­kała i pra­co­wała w Kiel­cach. Cał­kiem dobrze pora­dziła sobie z przej­ściem do więk­szej jed­nostki niż ta w Nowi­nach. Począt­kowo oba­wiała się, jak przyjmą ją nowi kole­dzy, lecz jej pozy­tywne nasta­wie­nie, bystrość i pra­co­wi­tość szybko zyskały uzna­nie zespołu. Współ­pra­cow­nicy doce­nili jej opa­no­wa­nie i umie­jęt­ność radze­nia sobie w naj­bar­dziej wyma­ga­ją­cych sytu­acjach, co pomo­gło jej płyn­nie wto­pić się w rytm pracy komendy w Kiel­cach.

Nie przy­dzie­lono jej sta­łego part­nera, dla­tego uczest­ni­czyła w róż­nych akcjach, wspie­ra­jąc tych, któ­rzy aku­rat potrze­bo­wali pomocy. Taka róż­no­rod­ność obo­wiąz­ków jej odpo­wia­dała. Każde nowe zada­nie było oka­zją do nauki i zdo­by­cia cen­nego doświad­cze­nia. Praca w Kiel­cach otwo­rzyła przed nią moż­li­wość anga­żo­wa­nia się w sprawy, które w Nowi­nach były rzad­ko­ścią lub nie zda­rzały się wcale, co dodat­kowo moty­wo­wało ją do dzia­ła­nia.

Naczel­nik Paweł Misz­kiel wzbu­dzał w Ewie respekt i sza­cu­nek. Od początku zauwa­żyła, że dbał o swo­ich ludzi i sta­rał się, aby każdy czuł się czę­ścią zespołu. Pro­ku­ra­tor Dawid Zyga­dło, z któ­rym Ewa się zaprzy­jaź­niła, potwier­dził jej spo­strze­że­nia. Według niego Misz­kiel był czło­wie­kiem, który zawsze wycią­gał pomocną dłoń, pod warun­kiem że ktoś dzia­łał uczci­wie i zgod­nie z zasa­dami. Ta świa­do­mość dopin­go­wała Ewę do pracy. Chciała udo­wod­nić, że jej miej­sce w wydziale nie było przy­pad­kowe, lecz wyni­kało z umie­jęt­no­ści i zaan­ga­żo­wa­nia.

Jak każ­dego poranka Piór­kow­ska wła­śnie zmie­rzała w stronę miesz­ka­nia pro­ku­ra­tora, bo mieli razem jechać do pracy. Biuro Dawida mie­ściło się nie­da­leko komendy, więc wspólne dojazdy były wygodne. Po prze­pro­wadzce do Kielc Ewa wyna­jęła dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w bloku, które znaj­do­wało się zale­d­wie dwie klatki od miesz­ka­nia Zyga­dły. To on zapro­po­no­wał jej tę loka­li­za­cję. Chciał, aby czuła się pew­niej w nowym mie­ście.

Poznali się pod­czas wspól­nej sprawy w Nowi­nach. W ciągu ostat­nich ośmiu mie­sięcy ich rela­cja stała się bli­ska, ale ni­gdy nie poja­wiły się żadne roman­tyczne uczu­cia. Oboje czuli, że nie cią­gnie ich do sie­bie w tym sen­sie. Lubili spę­dzać razem czas, jed­nak ich więź miała wyłącz­nie cha­rak­ter przy­ja­ciel­ski.

Już na początku prze­dys­ku­to­wali temat swo­jej rela­cji. Spro­wo­ko­wała ich do tego suge­stia byłej dziew­czyny Dawida, Ady, która wyje­chała z jego syn­kiem w podróż dookoła świata. Ada suge­ro­wała, że Ewa i Dawid mogliby stwo­rzyć udany zwią­zek. Jed­nak ani jedno, ani dru­gie nie widziało sie­bie w takim ukła­dzie. Dawid nie był gotowy na coś sta­łego. Wolał nie­zo­bo­wią­zu­jące spo­tka­nia z młod­szymi kobie­tami. Ewa nato­miast chciała part­nera, który wie­działby, czego chce od życia, i miałby podobne prio­ry­tety jak ona.

Osta­tecz­nie zgo­dzili się, że płasz­czy­zna przy­jaźni zupeł­nie im odpo­wiada. Dziś Ewa bez waha­nia mogła powie­dzieć, że Dawid jest jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, i czuła się z tym dobrze. Rela­cja z nim była dla niej waż­nym wspar­ciem w nowym miej­scu, zarówno w pracy, jak i poza nią.

Naci­snęła przy­cisk dzwonka i chwilę cze­kała, aż drzwi miesz­ka­nia pro­ku­ra­tora się otwo­rzą. Ku jej zdzi­wie­niu w progu zamiast Dawida poja­wiła się blon­dynka ubrana jedy­nie w krótki T-shirt i figi. Widok ten zasko­czył ją, ponie­waż Zyga­dło zazwy­czaj pozby­wał się swo­ich towa­rzy­szek nie­mal od razu po upoj­nych chwi­lach. Kobiety nie zosta­wały u niego do rana.

– Słu­cham? – zapy­tała nie­pew­nie, wbi­ja­jąc w Ewę oce­nia­jący wzrok.

– To ja słu­cham – odpo­wie­działa z obu­rze­niem Piór­kow­ska. – Kim pani jest i co pani robi u mnie w miesz­ka­niu? – dodała sta­now­czym tonem. Kobieta zamarła, a na jej twa­rzy poja­wiło się prze­ra­że­nie. – Gdzie jest mój mąż? – Ewa uda­wała ziry­to­waną żonę.

Liczyła, że Dawid doceni jej małą impro­wi­za­cję, zwłasz­cza że naj­praw­do­po­dob­niej nie zamie­rzał się już z tą kobietą spo­tkać.

– Dawid jest pani mężem? – Blon­dynka chwy­ciła spodnie leżące na komo­dzie i zaczęła je ner­wowo wkła­dać.

– Od dzie­się­ciu lat. – Ewa skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i obser­wo­wała, jak dziew­czyna w panice zbiera swoje rze­czy.

– Nie mówił, że jest żonaty – tłu­ma­czyła się tamta, narzu­ca­jąc na sie­bie kurtkę.

– Zaraz mu o tym przy­po­mnę – fuk­nęła Ewa. – A dla pani lepiej będzie, jeśli opu­ści pani moje miesz­ka­nie.

Dziew­czyna kiw­nęła głową i wybie­gła na klatkę scho­dową, wcią­ga­jąc na nogi buty typu emu. Zabawne było to, że dziew­czyny nie zdzi­wiło, iż Ewa zadzwo­niła do drzwi, zamiast otwo­rzyć je wła­snym klu­czem, skoro tu miesz­kała.

Gdy drzwi zamknęły się za kobietą z hukiem, Piór­kow­ska wybu­chła śmie­chem. Młode kobiety, z któ­rymi spo­ty­kał się Dawid, były naiwne. Dobre na chwilę, ale z żadną z nich ani on, ani Ewa nie zna­leź­liby wspól­nego języka na dłuż­szą metę.

Dawid zgry­wał bez­tro­skiego hedo­ni­stę, lecz Ewa podej­rze­wała, że tęsk­nił za Adą. Wie­dział, iż ich ponowny zwią­zek jest mało praw­do­po­dobny. Był reali­stą i rozu­miał, że to, co łączyło go z Adą, należy już do prze­szło­ści.

Weszła do kuchni i od razu włą­czyła eks­pres do kawy. Znała poranne rytu­ały Dawida, dla­tego zawsze poja­wiała się u niego przy­naj­mniej pół godziny wcze­śniej, zanim mieli wspól­nie jechać do pracy. Pro­ku­ra­tor nie ruszał się z domu bez kubka czar­nej kawy i cze­goś na ząb, co zwy­kle przy­no­siła ze sobą. Oboje szybko przy­zwy­cza­ili się do tej rutyny, która z cza­sem nabrała natu­ral­no­ści. Patrząc na nich z boku, ktoś mógłby pomy­śleć, że są dobrym mał­żeń­stwem, które zna się na wskroś i doga­duje bez słów.

– Zaraz muszę wycho­dzić. Nie wiem, czy zdążę ci zro­bić kawę – usły­szała jego głos z przed­po­koju.

Kilka sekund póź­niej Zyga­dło poja­wił się w kuchni, miał na sobie tylko ręcz­nik owi­nięty wokół bio­der. Wyglą­dał atrak­cyj­nie. Jego świetna syl­wetka i ujmu­jąca apa­ry­cja tłu­ma­czyły łatwość przy­cią­ga­nia mło­dych kobiet. Był szar­mancki, a czter­dzie­ści lat i dosko­nała forma dzia­łały na jego korzyść. Posia­dał kla­syczną urodę: syme­tryczną twarz z mocno zary­so­waną szczęką i zaro­stem, który doda­wał mu męsko­ści. Jasne, prze­ni­kliwe oczy przy­cią­gały uwagę, kon­tra­stu­jąc z ciem­niej­szymi, sta­ran­nie uło­żo­nymi wło­sami.

– Ewa?! Co tutaj robisz? – rzu­cił zasko­czony, gdy w pół­mroku kuchni dostrzegł przy­ja­ciółkę, a nie kobietę, z którą spę­dził ostat­nią noc. – Gdzie ona jest? – zapy­tał czuj­nie.

– Jeśli mi powiesz, jak miała na imię, to wyja­śnię, co z nią zro­bi­łam – oświad­czyła roz­ba­wiona Ewa, kła­dąc dło­nie na bio­drach.

Dawid spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem, a potem wypu­ścił powie­trze z rezy­gna­cją.

– Nie wiem, ale liczy­łem na seks przed pracą – odpo­wie­dział żar­to­bli­wie.

Ewa zaczęła się śmiać. Fakt, że nie zada­wał sobie nawet trudu, by zapa­mię­tać imiona dziew­czyn, z któ­rymi sypia, zawsze ją bawił.

– No cóż, zamiast seksu będą pyszne świeże pasz­te­ciki – zako­mu­ni­ko­wała, wykła­da­jąc na talerz wypieki kupione w osie­dlo­wej pie­karni.

– Też dobrze – odparł z uśmie­chem. – Tylko coś na sie­bie włożę.

Pięć minut póź­niej wró­cił do kuchni w błę­kit­nej koszuli z kra­wa­tem i w gra­na­to­wych spodniach gar­ni­tu­ro­wych. Wyglą­dał jak z okładki maga­zynu o praw­ni­kach. Usiadł naprze­ciwko Ewy i się­gnął po pasz­te­cik.

– Gdzie ty je znaj­du­jesz? – Patrzyła na niego z roz­ba­wie­niem. – Ta dzi­siej­sza w ogóle była peł­no­let­nia? – Nie mogła powstrzy­mać się od uszczy­pli­wo­ści.

– Mam taką nadzieję – rzu­cił z uśmie­chem, a Ewa prze­wró­ciła oczami. – Gdy mam wolny wie­czór i nie chce mi się wysi­lać, wcho­dzę na wideo czaty. Zawsze znaj­dzie się jakaś, która chęt­nie pój­dzie na kola­cję i skusi się na dobry seks – wyja­śnił, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Ewa nie mogła się nadzi­wić, z jaką lek­ko­ścią pod­cho­dził do tych spraw. Sama była na trzech rand­kach, odkąd prze­pro­wa­dziła się do Kielc, i tylko jedna z nich zakoń­czyła się czymś wię­cej niż kola­cją. Spo­tkała się z tym męż­czy­zną dwa razy, poszli do łóżka, ale osta­tecz­nie uznała, że to nie to. Dla­tego myśl o kolej­nych rand­kach sta­no­wiła dla niej wyzwa­nie, które nie­ła­two było pod­jąć.

Dawid śmiał się z jej podej­ścia i twier­dził, że za dużo ana­li­zuje, zamiast po pro­stu cie­szyć się chwilą. Ale ona wie­działa, czego chce. Zale­żało jej na czymś wię­cej niż tylko na zaspo­ko­je­niu fizycz­nym. Chciała zna­leźć kogoś, kto podzieli jej war­to­ści i stwo­rzy z nią trwały zwią­zek. Dawid tego nie rozu­miał, ale akcep­to­wał jej wybory, a ona akcep­to­wała jego. Taka przy­jaźń była dla nich ide­alna.

– Mam cie­ka­wostkę – oznaj­mił Dawid, się­ga­jąc po kolejny pasz­te­cik. Ewa unio­sła brew.

– Że na obsza­rze stu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych nie ma już laski, któ­rej byś nie zali­czył? – rzu­ciła z roz­ba­wie­niem, gry­ząc pasz­te­cik.

– To też – odparł z sze­ro­kim uśmie­chem. – Ale tym razem cho­dzi o cie­bie.

Ewa zmarsz­czyła brwi, sku­pia­jąc na nim wzrok.

– Wczo­raj był u mnie z doku­men­tami aspi­rant Lech Szaro – zaczął Zyga­dło, a Piór­kow­ska natych­miast wes­tchnęła. Lech, choć sym­pa­tyczny, był naj­więk­szym plot­ka­rzem w ich wydziale. Nawet kobiety nie inte­re­so­wały się tak innymi jak on.

– I co tym razem wymy­ślił? – zapy­tała ze znu­że­niem.

– Powie­dział, że Tymon Nadol­ski się w tobie pod­ko­chuje.

Ewa prze­wró­ciła oczami.

– Lech chyba cią­gle myśli, że jest w liceum – burk­nęła.

– Tymon ci się nie podoba? – dopy­ty­wał Dawid.

– Jest moim kolegą z wydziału – wyja­śniła rze­czowo. – Nie inte­re­sują mnie romanse w pracy. Wiesz o tym. – Spoj­rzała na niego zna­cząco.

– Ja go lubię – stwier­dził Dawid. – Robi swoje i jest cał­kiem nie­zły z wyglądu.

Ewa rzu­ciła mu kpiące spoj­rze­nie.

– To się z nim umów. – Wyszcze­rzyła zęby w teatral­nym uśmie­chu. – Zdo­bę­dziesz nowe doświad­cze­nia.

Dawid zaśmiał się pod nosem.

– Ejjj, chcę dla cie­bie dobrze.

– Pora­dzę sobie sama – zapew­niła i urwała temat. – Zbie­ramy się? Mam tro­chę papier­ko­wej roboty do nad­ro­bie­nia.

– Ja też. – Dawid wstał od stołu. – Zapy­taj naczel­nika, czy koło połu­dnia puści cię do Tymań­skiego. Mam mieć wyniki sek­cji z wczo­raj­szego zabój­stwa.

– Jasne, chęt­nie wezmę w tym udział. Cze­goś takiego jesz­cze nie widzia­łam – odparła Ewa, wkła­da­jąc ostat­nie naczy­nia do zmy­warki.

Ruszyli do wyj­ścia. Dopiero gdy jechali w stronę komendy, Ewa się ode­zwała:

– Masz jakieś plany na wie­czór?

– Nie – odpo­wie­dział bez zasta­no­wie­nia.

– Pój­dziesz ze mną do rodzi­ców na kola­cję? Mama ma imie­niny – wyja­śniła i dodała: – Rodzice cię lubią, a kiedy jesteś ze mną, to nie wypy­tują o moje pry­watne sprawy.

Dawid na nią spoj­rzał.

– A będzie twoja sio­stra? – zapy­tał.

Ewa wyczuła w jego pyta­niu dziwną nadzieję, która nie do końca jej się spodo­bała. To nie było zwy­kłe neu­tralne pyta­nie; w jego tonie kryło się coś, co brzmiało pra­wie jak ocze­ki­wa­nie.

Wes­tchnęła ciężko. San­dra, jej młod­sza sio­stra, była jej cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Wysoka, smu­kła, z ide­alną figurą mimo trójki dzieci, wyglą­dała jak modelka. Ewa, w porów­na­niu z nią, miała bar­dziej kobiece kształty, peł­niej­szy biust, zaokrą­glone bio­dra, które kie­dyś, w młod­szych latach, były jej kom­plek­sem. Czę­sto porów­ny­wała się z San­drą, zasta­na­wia­jąc się, jak to moż­liwe, że jej sio­stra wyglą­dała, jakby miała oso­bi­stego tre­nera i die­te­tyka, pod­czas gdy ona sama musiała się sta­rać, by osią­gnąć zado­wa­la­jący efekt. Kie­dyś zazdro­ściła San­drze syl­wetki. Z bie­giem lat jed­nak nauczyła się akcep­to­wać swoje ciało.

– Będzie – odparła w końcu, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać nie­po­ko­jącą myśl o ocze­ki­wa­niach Dawida wobec jej sio­stry. – Nie mie­szaj jej w gło­wie – dodała sta­now­czo. – Poza tym będzie z nią Arek – przy­po­mniała o mężu San­dry. – Więc raczej jej nie zba­je­ru­jesz – zażar­to­wała, pró­bu­jąc zła­go­dzić ton, choć w jej gło­sie wciąż pobrzmie­wała nuta czuj­no­ści.

Lubili Arka oboje, dobrze się z nim doga­dy­wali. Był zabawny i bez­pre­ten­sjo­nalny. Ewa była pewna, że Arek nie zda­wał sobie sprawy, jakie wra­że­nie Dawid robi na jego żonie. Choć Zyga­dło ni­gdy nie prze­kro­czył gra­nicy przy­zwo­ito­ści, jego natu­ralny urok, pew­ność sie­bie i nie­winne kom­ple­menty nie pozo­sta­wały bez wpływu na San­drę. Przy nim czuła emo­cjo­nalną burzę.

– Obie­cuję, będę wzo­ro­wym gościem – oznaj­mił Dawid z szel­mow­skim uśmie­chem.

Zapar­ko­wał na par­kingu przed komendą, wysie­dli i każde ruszyło w swoją stronę.

– Do zoba­cze­nia w połu­dnie w kry­mi­nałce¹ – zawo­łał jesz­cze za Ewą, kiedy wcho­dziła przez drzwi. Poki­wała tylko głową na znak, że usły­szała.

1. Kry­mi­nałka – slan­gowe okre­śle­nie pro­sek­to­rium w śro­do­wi­sku poli­cyj­nym lub medycz­nym.15 WRZEŚNIA, PONIEDZIAŁEK 2008 ROKU, WIECZÓR, CHĘCINY

Nor­bert zapu­kał do drzwi pokoju Diany. Wie­dział, że o tej porze nie powi­nien się tu poja­wiać, ale nie potra­fił pocze­kać do jutra. Wcze­śniej dzwo­nił do przy­ja­ciółki wie­lo­krot­nie, lecz bez skutku. Domy­ślał się, dla­czego nie odbie­rała. Dla­tego nie chciał zosta­wiać jej samej z tym, co się wyda­rzyło. A gdyby ktoś go tu przy­ła­pał, wytłu­ma­czy się tro­ską o kole­żankę i jej stan psy­chiczny. Był pewien, że mu uwie­rzą.

Stał przed drzwiami, a nie­po­kój nara­stał z każdą sekundą. Cisza za nimi była nie­na­tu­ralna, duszna, aż czuł, jak żołą­dek ści­ska mu się w bole­snym skur­czu. Dopiero po trze­ciej serii natar­czy­wego puka­nia roz­legł się meta­liczny szczęk zamka. Drzwi uchy­liły się powoli, nie­pew­nie, jakby z dru­giej strony ktoś wal­czył ze sobą, czy w ogóle je otwo­rzyć. W szcze­li­nie uka­zała się twarz Diany – blada, z oczami czer­wo­nymi od łez, a jej spoj­rze­nie było prze­peł­nione smut­kiem.

– Cześć, mogę wejść? – Sta­rał się, by jego głos brzmiał łagod­nie. – Widzia­łem, co Zuzanna zro­biła – dodał.

Diana zawa­hała się, ale w końcu kiw­nęła głową i uchy­liła drzwi sze­rzej. Nor­bert szybko wsu­nął się do środka i zamknął za sobą drzwi.

Dowie­dział się, co się stało, z kla­so­wego maila. Zuzanna nie tylko upo­ko­rzyła Dianę, ale zro­biła to w wyjąt­kowo podły spo­sób.

– Jak się trzy­masz? – zapy­tał, spo­glą­da­jąc na nią z tro­ską.

Dziew­czyna wes­tchnęła głę­boko, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje. Jej dło­nie drżały, a spoj­rze­nie wędro­wało gdzieś w bok, uni­ka­jąc jego wzroku.

– Jestem taka głu­pia – powie­działa w końcu. – Myśla­łam, że dla mnie będzie inna. Chyba mnie zaćmiło. Sądzi­łam, że nie jest aż tak wredna.

– Kiedy to się stało? – Nor­bert nie ukry­wał nie­po­koju w gło­sie.

– Pod koniec waka­cji. Była impreza… – zaczęła cicho. – Chcia­łam się dostać do dru­żyny. Wie­dzia­łam, że Zuzanna o tym decy­duje. Powie­działa, że muszę udo­wod­nić, że mam odwagę.

Diana prze­łknęła ślinę, ramiona jej się zatrzę­sły.

– Kazała mi wejść na stół, tań­czyć, jak­bym była w klu­bie go-go, żeby „udo­wod­nić, że mam odwagę i nie jestem sztyw­niarą”, a potem wcią­gnęła w to chło­pa­ków. Dwóch. Powie­działa przy wszyst­kich, że jeśli naprawdę chcę być w dru­ży­nie, mam im poka­zać, że potra­fię „zado­wo­lić face­tów”. Naj­pierw myśla­łam, że żar­tuje, ale oni zaczęli mnie obła­piać, a ona to nakrę­cała. Inni stali dookoła i patrzyli. A ja… ja nie potra­fi­łam się sprze­ci­wić. Byłam w szoku, chcia­łam, żeby to się skoń­czyło. – Głos Diany się zała­mał, łzy popły­nęły stru­mie­niami. – Teraz każdy w szkole o tym wie.

Nor­bert poczuł, jak coś w nim pęka. Serce waliło mu w piersi, a pię­ści same się zaci­snęły.

– Jak ja się teraz pokażę w szkole? – wyszep­tała Diana. – Wszy­scy widzieli. Ona zro­biła ze mnie pośmie­wi­sko… i dziwkę.

– Nie jesteś dziwką – prze­rwał jej ostro, a w jego gło­sie drżała wście­kłość. – To ona cię do tego zmu­siła. To ona prze­kro­czyła wszyst­kie gra­nice.

Diana spoj­rzała na niego nie­pew­nie, a w jej oczach było coś wię­cej niż roz­pacz – czy­ste, palące poczu­cie wstydu.

– Przy­kro mi i wiem, że teraz już za późno na „a nie mówi­łem”. Ale nie możemy jej odpu­ścić. Nie pozwo­limy, żeby wygrała. Razem sobie z tym pora­dzimy – powie­dział, a jego głos był łagodny, pełen wspar­cia. – Prze­gięła i myśli, że wszystko jej wolno. Wmó­wiła ludziom, że jest lep­sza od nas, a to nie­prawda – nakrę­cał się Nor­bert. – Jeste­śmy w tej szkole, bo każde z nas jest w czymś dobre. Ona nie jest wyjąt­kiem, a sta­wia się na pie­de­stale. Za długo na to pozwa­la­li­śmy.

Diana spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem, nie była pewna, czy mówi serio. W jego oczach dostrze­gła jed­nak deter­mi­na­cję.

– Naprawdę mi pomo­żesz? – zapy­tała, na­dal łka­jąc.

– Oczy­wi­ście – zapew­nił ją Nor­bert. Uśmiech­nął się i objął ją ostroż­nie. – Zawsze.

Diana pozwo­liła się objąć. Czuła, że choć jej świat roz­padł się na kawałki, Nor­bert wciąż przy niej trwał. Wie­działa, że czeka ich bez­względna walka z Zuzanną, ale naj­waż­niej­sze było to, że nie była w niej sama.23 MARCA, PONIEDZIAŁEK 2009 ROKU, KIELCE

Ewa spę­dziła przed­po­łu­dnie na mono­ton­nej pracy przy biurku, wypeł­nia­jąc kolejne doku­menty i raporty, które nie miały końca. Chwi­lami rozu­miała, dla­czego nie­któ­rzy z jej kole­gów przy­my­kali oko na drobne uchy­bie­nia lub pomi­jali nie­istotne szcze­góły – każde, nawet naj­mniej­sze zda­rze­nie ozna­czało dodat­kowy stos papier­ko­wej roboty.

Ale ona nie nale­żała do tych, któ­rzy odwra­cają wzrok. Ceniła porzą­dek i dokład­ność.

Nagle z wypeł­nia­nia kolej­nego for­mu­la­rza wyrwał ją męski głos:

– Cześć.

Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła uśmiech­nię­tego Tymona Nadol­skiego.

– Dziś pra­cu­jemy razem – oznaj­mił.

– Miło – odparła, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. Nie miała nic prze­ciwko współ­pracy z Tymo­nem. Nie był szcze­gól­nie roz­mowny, ale dzia­łał szybko i spraw­nie. Przy nim była pewna, że w razie akcji może na niego liczyć.

Przy­po­mniała sobie roz­mowę z Dawi­dem na jego temat, co skło­niło ją do przyj­rze­nia się kole­dze uważ­niej. Był wysoki i szczu­pły, z jasnymi blond wło­sami kon­tra­stu­ją­cymi z ciem­nymi oczami. Ta kom­bi­na­cja, w połą­cze­niu z jasną cerą, nada­wała mu cha­rak­te­ry­styczny wygląd. Jego uroda była ory­gi­nalna, choć zupeł­nie nie w jej typie.

Męż­czy­zna zauwa­żył, że mu się przy­gląda, bo odchrząk­nął i zapy­tał:

– Coś się stało?

To wyrwało ją z zamy­śle­nia.

– Nie, nic – wyja­śniła i zmie­niła temat. – W połu­dnie mam zamiar pójść do pro­sek­to­rium. Dok­tor Tymań­ski będzie oma­wiał przy­pa­dek wczo­raj­szego wypadku na budo­wie. Idziesz ze mną?

Tymon skrzy­wił się i pokrę­cił głową.

– O nie, dzięki. Chło­paki opo­wia­dały, że zastali ludzki szasz­łyk. Jeśli nie muszę, wolę tego nie oglą­dać.

Widok czło­wieka, który spadł z ósmego pię­tra wprost na wysta­jące pręty zbro­je­niowe, rze­czy­wi­ście nie nale­żał do przy­jem­nych. Jed­nak takie przy­padki były poucza­jące, zwłasz­cza gdy oma­wiał je ktoś tak kom­pe­tentny jak Tymań­ski. Uwiel­biała jego pre­cy­zję i spo­sób tłu­ma­cze­nia szcze­gó­łów.

Zresztą pato­log był w jej typie, ale zacho­wała to dla sie­bie. Nie wspo­mi­nała o tym nawet Dawi­dowi, bo zaraz pró­bo­wałby ją swa­tać z leka­rzem, a tego zde­cy­do­wa­nie chciała unik­nąć. Praca to praca, a mie­sza­nie do niej uczuć mogło pro­wa­dzić wyłącz­nie do pro­ble­mów.

– Spoko, rozu­miem – odpo­wie­działa i wró­ciła do raportu.

Tymon przez moment jesz­cze stał obok, jakby chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł zna­leźć odpo­wied­nich słów. W końcu cicho wes­tchnął i odszedł, pozo­sta­wiw­szy ją z wra­że­niem, że liczył na więk­szą ini­cja­tywę z jej strony, by pod­trzy­mać roz­mowę.

Pięt­na­ście minut przed dwu­na­stą Ewa zapu­kała do drzwi biura naczel­nika. Kiedy usły­szała krót­kie „pro­szę”, uchy­liła drzwi i wsu­nęła głowę do środka.

– Sze­fie, mam pyta­nie – zaczęła, przy­cią­ga­jąc uwagę siwo­wło­sego męż­czy­zny, który ode­rwał wzrok od moni­tora.

– Ewa, wejdź, wejdź – zachę­cił ją, ruchem dłoni wska­zu­jąc krze­sło naprze­ciwko biurka.

Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Pomiesz­cze­nie, choć nie­wiel­kie, było przy­tulne, jak na stan­dardy miej­skiej komendy. Jasne ściany kon­tra­sto­wały z ciem­nym, lekko pory­so­wa­nym biur­kiem, na para­pe­cie stał nie­wielki fikus, który doda­wał wnę­trzu odro­binę życia.

– Dok­tor Tymań­ski za kwa­drans będzie oma­wiał sprawę wczo­raj­szego wypadku na budo­wie. Mogła­bym pójść posłu­chać? – zapy­tała, a jej głos zdra­dzał entu­zjazm. – Na razie nie mamy z Tymo­nem żad­nej pracy w tere­nie, a raporty skoń­czy­łam – dodała, chcąc uprze­dzić ewen­tu­alne obiek­cje.

– Jasne, idź – pozwo­lił jej naczel­nik z pew­no­ścią w gło­sie, a w jego tonie pobrzmie­wała nuta zado­wo­le­nia. Cenił ludzi, któ­rzy z wła­snej ini­cja­tywy chcieli posze­rzać wie­dzę.

– Dzięki, sze­fie – powie­działa rado­śnie i już się odwra­cała, by wyjść, kiedy znów się ode­zwał:

– Wiesz co, Ewa? Dawno nie mia­łem takiego przy­padku jak ty.

Zatrzy­mała się i odwró­ciła głowę w jego stronę z zacie­ka­wie­niem.

– Co pan naczel­nik ma na myśli?

– Nie boisz się pracy w tere­nie, wyry­wasz się do naj­gor­szych zadań, chęt­nie idziesz do pro­sek­to­rium, a do tego ni­gdy nie kom­bi­nu­jesz, jak się zerwać wcze­śniej z pracy. To rzad­kość – wyja­śnił z uśmie­chem pod nosem.

Ewa unio­sła lekko pod­bró­dek, czu­jąc, jak jej serce rośnie z dumy.

– Lubię tę robotę – odparła z prze­ko­na­niem. – W Nowi­nach zwy­kle mało się działo, więc teraz nad­ra­biam, żeby nie odsta­wać od kole­gów.

– Jak tak dalej pój­dzie, to prze­go­nisz ich wszyst­kich – skwi­to­wał z apro­batą.

Słowa naczel­nika dodały jej pary. Naprawdę się sta­rała i chciała nad­ro­bić stra­cone lata, kiedy w jej poprzed­nim miej­scu pracy bra­ko­wało wyzwań. Praca w wydziale kry­mi­nal­nym była wyma­ga­jąca, cza­sem bru­talna, ale to wła­śnie napę­dzało ją do dzia­ła­nia. Lubiła jeź­dzić na zda­rze­nia z doświad­czo­nymi poli­cjan­tami, nie tylko dla­tego, że mogli ją wiele nauczyć, ale też dla­tego, że chęt­nie dzie­lili się obo­wiąz­kami, które dla nich były już rutyną.

– Dzię­kuję, sze­fie – powie­działa i ski­nęła głową na poże­gna­nie.

Wypa­dła z gabi­netu nie­mal bie­giem i się­gnęła po tele­fon. Na wyświe­tla­czu mignęła wia­do­mość od Dawida: „Cze­kam przed pro­sek­to­rium”. Przy­spie­szyła jesz­cze bar­dziej. Nie chciała się spóź­nić na spo­tka­nie z jed­nym z naj­lep­szych pato­lo­gów w mie­ście.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij