-
nowość
-
promocja
Bezpieczna opcja - ebook
Bezpieczna opcja - ebook
W miłości jak w sporcie – bez ryzyka nie ma wygranej
Julia jest przekonana, że wreszcie spełnia swoje największe marzenie o miłości. Wkrótce ma wyjść za mąż za Marka, odnoszącego sukcesy prawnika z wpływowej warszawskiej rodziny. W dniu przymiarki sukni ślubnej nakrywa go jednak z inną kobietą, a jej idealny świat rozpada się na kawałki.
Ku jej zaskoczeniu pomocną dłoń wyciąga do niej Igor – przybrany brat Marka, cyniczny, arogancki kapitan reprezentacji Polski w siatkówce, który wydaje się zaprzeczeniem wszystkiego, w co Julia wierzy.
Za jego sprawą jej życie wkracza na zupełnie nieznane tory. Mieszkanie w apartamencie sportowca, praca dla kadry narodowej i wyjazd na mistrzostwa Europy – to zdecydowanie nie brzmi jak „bezpieczna opcja”, którą zawsze wybierała Julia.
Tymczasem największym wyzwaniem w tej układance okazuje się Igor. Mężczyzna, którego od początku nie potrafiła znieść i od którego nieoczekiwanie nie umie odwrócić wzroku…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-800-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JULIA
Kojarzycie niepoprawne romantyczki? Te słodkopierdzące laski, które reagują piskliwym „Och!”, gdy usłyszą ckliwą historyjkę o tym, jak Harry poznał Sally? Te, których oczy napełniają się łzami, kiedy para z filmu lub książki tuż przed końcem rozstaje się w dramatycznych okolicznościach, chociaż wiedzą, że fabuła ma _happy end_? Albo te, które za każdym razem, gdy przelotnie spojrzy na nie przystojniak w metrze, czują, że to właśnie TEN facet, TA wspaniała, romantyczna historia?
Tak. To właśnie ja. Ta słodkopierdząca laska. A przynajmniej taka byłam jeszcze niespełna trzy lata temu. Teraz jestem po prostu romantyczką. Zakochaną i spełnioną. Wreszcie znalazłam tego jedynego i właśnie rozpoczyna się nowy rozdział mojego _love story_.
Łzy wzruszenia przysłaniają mi prezentację na laptopie. Ściskając nos u nasady, odchylam głowę do tyłu. Nie mogę się teraz rozbeczeć, nie, kiedy jeszcze nie skończyłam tego wiekopomnego dzieła. Wciąż wymaga kilku poprawek. Wkrótce _Historia poznania Julii i Marka_ ujrzy światło dzienne, chwytając za gardła blisko dwieście mniej lub bardziej znanych mi osób. Z naciskiem na mniej. Poza trzema koleżankami ze studiów i ich mężami wszyscy zaproszeni na ślub goście to krewni mojego narzeczonego, a także tak zwani przyjaciele rodziny. Oczywiście nie mojej, ja jestem sierotą.
Prezentacja z naszymi słodkimi zdjęciami dobiega końca. Skupiam uwagę na ekranie laptopa, bo uwielbiam dwie ostatnie plansze. Pojawia się „KONIEC”. Wyobrażam sobie lekkie poruszenie w tłumie, ludzi dyskretnie ocierających mokre policzki i zerkających na mnie z uznaniem. A wtedy pojawia się jeszcze jedna plansza prezentacji z napisem: „ALE JEDNOCZEŚNIE POCZĄTEK”.
Bum! Śmiało, proszę państwa, niech łzy wzruszenia leją się strumieniami.
Jestem szczęśliwa. Czy mogę powiedzieć to głośno? Aż trudno uwierzyć, że jeszcze trzy lata temu nie wierzyłam w swój _happy end._ Dopadł mnie potrzydziestkowy kryzys. Nie wiem, czy istnieje takie określenie, podobnie jak samo zjawisko, ale jestem przekonana, że to, czego doznałam dzień po trzydziestych urodzinach, to właśnie to. Kiedy z przodu masz dwójkę, wciąż jesteś przed trzydziestką, ale w momencie, gdy pojawia się tam trójka, automatycznie wpadasz w otchłań pod nazwą „przed czterdziestką”. Nagle w twojej głowie odzywają się głosy: czas na zaręczyny, a ty nawet nie masz chłopaka; czas na męża, a jeszcze się nie zaręczyłaś; kiedy ślub?; kiedy dziecko?; czy twoja praca umożliwi ci spłatę kredytu hipotecznego?; ostatni gwizdek, żeby przejść na dietę, metabolizm nie działa jak kiedyś; czy wiesz, czym jest rezerwa jajnikowa; czy to cholerny siwy włos?
Zegar tyka.
Czujesz oddech na karku.
Wprawdzie nigdy nie uważałam swojego życia za totalną porażkę, ale nagle przytłaczająca stała się myśl, że to, co mam teraz, pozostanie takie na zawsze. A w tym wszystkim najgorszy stał się strach przed samotnością.
Podsumowując, mój status na dzień po trzydziestych urodzinach przedstawiał się następująco: ledwo wiążąca koniec z końcem singielka z duszą niepoprawnej romantyczki, średnio zadbana, z kompleksami, bez faceta i perspektyw na zmianę. W tym czasie koleżanki ze studiów wyszły za mąż i urodziły dzieci. No i nie zapominajmy o klątwie, która ciąży na kobietach z mojej rodziny od pokoleń. Matka, babka i prababka – żadna z nich nigdy nie przeżyła prawdziwej, szczerej miłości ze szczęśliwym zakończeniem. Głęboko w środku zawsze wierzyłam, że z jakiegoś powodu to właśnie ja będę tą, która odwróci zły los. I… stało się. Spotkałam Marka.
To cudowna historia wyjęta wprost z komedii romantycznej, które tak uwielbiam (nic więc dziwnego, że postanowiłam zrobić z niej prezentację). Marek razem ze wspólnikiem otworzyli kancelarię prawną w lokalu obok gabinetu fizjoterapii, w którym pracuję. Pewnego dnia zamykałam gabinet, a Marek kancelarię – drzwi do obu lokali dzielą dwa metry. Oboje byliśmy zamyśleni i zmęczeni po całym dniu pracy, więc nie zwróciliśmy na siebie uwagi. Ja ruszyłam w lewo, on w przeciwnym kierunku i… tak! Zderzyliśmy się! Na chodnik wysypały się dokumenty z teczki Marka.
– Och! Przepraszam – zawołałam słodko. Tak przynajmniej chcę to zapamiętać.
Kucnęliśmy jednocześnie, żeby pozbierać papiery. Nasze dłonie zetknęły się przypadkiem, spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i przepadliśmy. Strzała amora przebiła nasze serca. Dałabym sobie rękę uciąć, że w tle leciało _When you say nothing at all_, a ja wyglądałam w tamtym momencie jak Julia Roberts.
Rumienię się na samo wspomnienie tego niezręcznego, ale jakże uroczego momentu poznania miłości mojego życia. Wkrótce po tym Marek zaprosił mnie na randkę. Czy muszę mówić, że była idealna? Restauracja z wyłączną rezerwacją stolików, fikuśne monoporcje niczym dzieła sztuki, kwartet smyczkowy i takie tam superromantyczne sprawy. Szybko zrozumiałam, że Marek to równie wrażliwa dusza jak ja. Do tego dżentelmen. Nie naciskał w sprawach łóżkowych, a kiedy wreszcie do czegoś między nami doszło, uszanował to, że wolę nie rozbierać się do końca i kochać przy zgaszonym świetle. Po prostu ideał.
Nie jestem typem supermodelki ani filigranowej bohaterki z komedii romantycznych czy mafijnych romansów. „Jej pośladki idealnie mieściły się w jego dłoniach”. To chyba z jakiejś książki, nie o mnie. Na pewno nie o mnie. Delikatnie rzecz ujmując, mam masę kompleksów. Największe z udami, tyłkiem i piersiami – są zdecydowanie za duże. Całkiem dobrze opanowałam sztukę kamuflażu. Potrafię ubrać się tak, aby nieco zamaskować swoje defekty. Nie jestem więc idealna, ale przynajmniej mam idealnego faceta, który mnie kocha i akceptuje granice, jakie wyznaczam.
Dziś mojego wspaniałego nastroju nie jest w stanie zepsuć nawet zbliżająca się kolacja w domu rodzinnym Marka. Nie żebym nie kochała rodziny Tomalów. Jego tata to zdystansowany człowiek, nieco oschły, ale jednocześnie mądry i wyrozumiały, a macocha to świetna babka, która cieszy się z planowania wesela równie mocno jak ja. Zdecydowanie ma ciśnienie na zostanie babcią. Każda okazja do bliższego poznania ludzi, których wkrótce będę nazywać mamą i tatą, jest dla mnie powodem do radości.
Malutkim problemem, który – no dobrze, może nie tak malutkim, tylko mierzącym prawie dwa metry wzrostu – jest przybrany brat Marka, Igor. Ten koleś to kawał… Nie, jego nie da się opisać jednym słowem.
Dla większości dziewczyn jest pewnie spełnieniem mokrych snów, dla mnie koszmarem na jawie. Odkąd jestem z Markiem, widziałam go zaledwie trzy razy, bo Igor jest zawodowym siatkarzem. Gra w najbardziej utytułowanym klubie w kraju i właśnie powołano go do podstawowego składu reprezentacji Polski na mistrzostwa Europy. W dodatku jest kapitanem. Większość życia spędza w trasie. To, że mnie kompletnie nie zna, nie powstrzymuje go od bycia impertynenckim gburem. Podczas tych zaledwie trzech spotkań wykorzystał każdą okazję, aby dać mi do zrozumienia, że jestem przesłodzona i naiwna, a do tego na mój widok zawsze robi minę w stylu „rzygam tęczą”. W przeciwieństwie do jego matki ucieszyłam się na wieść, że w dniu ślubu będzie na meczu wyjazdowym. Marek też za nim nie przepada, więc naprawdę nikt nie straci na jego nieobecności.
Z Markiem mamy spotkać się na miejscu, w domu jego rodziców na Mokotowie, ponieważ na osiemnastą ma umówionego klienta w kancelarii i nie zdąży wrócić do naszego mieszkania. Na szczęście nie musi się nawet przebierać, bo w pracy zawsze wygląda elegancko. Ja zwykle potrzebuję trochę czasu na doprowadzenie się do przyzwoitego stanu, a i tak nie osiągnę efektu, po którym ktoś spojrzałby na mnie i określił mnie mianem eleganckiej kobiety. Pewnie pomogłaby wymiana garderoby. I fryzjer. I kosmetyczka. Marek byłby w siódmym niebie, gdybym wyrzuciła wszystkie swoje sukienki w kwiatki, szerokie dżinsy i obszerne T-shirty i odstawiła tandetne pierścionki i kolczyki, które zdobią moje uszy od góry do dołu („odstawiła” to dobre słowo, bo chyba jestem od nich uzależniona).
W głębi duszy jestem chyba hipiską, choć mój sąsiad, pan Antoni, woli określenie „kobieta wiking”. Wiele już o sobie słyszałam, ale kobieta wiking? Bez jaj! Przyjazny staruszek raczej nie chciał mnie urazić. Tłumaczył się, że chodzi o pewną dzikość mojej urody. Mam długie jasnobrązowe włosy, które w zależności od światła mogą wydawać się rude, są gęste i pofalowane, a do tego jakkolwiek bym je uczesała, ostatecznie i tak sprawiają wrażenie nieułożonych. W genetycznym pakiecie dostałam również piwne oczy, bladą cerę i piegi. Naprawdę chcę wierzyć, że staruszkowi nie chodziło o mój bujny biust.
Kilka minut przed dwudziestą zatrzymuję samochód przed bramą i czekam, aż oko kamery łypiące na mnie z góry sczyta rejestrację starego Forda. Pogwizduję do przypadkowej piosenki z radia, choć powoli zaczynam czuć lekkie zdenerwowanie. Nie ma się czego bać, powtarzam sobie, gdy stalowe skrzydła bramy otwierają się z głuchym jękiem, a moim oczom ukazuje się żwirowy podjazd w tunelu starych drzew, których powykrzywiane gałęzie kołyszą się na niespokojnym wietrze. Nieśmiało wrzucam jedynkę i wciskam pedał gazu. Drobne kamyczki trzeszczą pod naporem kół.
Otoczenie szybko się zmienia. Żwir przechodzi w brukową kostkę, stare drzewa w geometrycznie przycięte krzewy. Zbliżam się do odrestaurowanej zabytkowej willi i dostrzegam wolną przestrzeń obok czyjegoś samochodu. Nie czyjegoś. To czarne BMW X5 Igora. Potężna bestia. I tak się składa, że ta bestia stoi krzywo, zajmując stanowczo za dużo miejsca (nawet jego auto krzyczy: „Jestem panem tego świata!”). Niestety uświadamiam to sobie dopiero po zaparkowaniu. Nie dam rady otworzyć drzwi. Zatrzaskuję je więc z powrotem, cofam, wykręcam tak, aby zwiększyć odległość między pojazdami, i ponownie parkuję. Na moje oko nie jest źle, choć żeby się wydostać, muszę wypolerować tyłkiem karoserię beemki, ale co tam, ani jej to nie zaszkodzi, ani mnie. Pewnie jest czystsza niż moja szczoteczka do zębów.
Po wszystkim spoglądam w stronę domu i dostrzegam wysoką postać na werandzie ozdobionej białymi rzeźbami i mnóstwem kwiatów.
Igor Tomala stoi w szerokim rozkroku, z rękoma założonymi na klacie, i przygląda mi się spod ściągniętych brwi. Niech to, miał stąd dobry widok na mój popis gracji.
Przyklejam do twarzy uprzejmy uśmiech i kieruję się w stronę schodów.
Facet jak zwykle wygląda na lekko poirytowanego. O ile mam wiele obiekcji co do jego pochmurnej miny, tak nie mogę przyczepić się do wyglądu. Jest przystojny i elegancki w niewymuszony sposób. Ma na sobie szare spodnie w kratę od garnituru, brązowe skórzane buty i pasujący do nich pasek. Śnieżnobiałą koszulę rozpiął pod szyją, a rękawy podwinął. Materiał opina jego szerokie barki, ale nie tak, jak to bywa w przypadku kolesi, którzy zakładają koszule o rozmiar mniejsze, aby podkreślić, jak bardzo są napakowani. W jego przypadku ubranie leży jak druga skóra. Na nadgarstku Igora błyszczy prosty stalowy zegarek.
– Mój samochód nawet nie musnął twojego! – wołam, siląc się na swobodny ton. Do tego posyłam przyszłemu szwagrowi swój flagowy, uroczy uśmiech.
– Ale co innego tak – odpowiada tym swoim szorstkim, beznamiętnym głosem, jakby wcale nie myślał teraz o moim tyłku.
Moje wnętrzności zamieniają się miejscami, ale nie daję tego po sobie poznać. Taką przynajmniej mam nadzieję. Cholera, ja się tego człowieka boję!
– Jak miło, że przyjechałeś na rodzinną kolację – staram się zabrzmieć uprzejmie, a przynajmniej neutralnie.
Wspinam się na ostatni schodek werandy.
– Nie wątpię.
– Macie przerwę w meczach? – Chcę go ominąć i wejść do domu, ale stanął (założę się, że specjalnie) przy samych drzwiach. Jestem pewna, że czeka, aż poproszę go, aby łaskawie się przesunął. – Marek śledził ostatnio tabele, mówił, że sezon dobrze wam poszedł.
Okej. W tej kwestii nie jestem świnią i nie zamierzam ironizować. Bo za to, że Igor jest jednym z najlepszych siatkarzy w Polsce – z Warszawskimi Orłami zajmuje pierwsze miejsce w PlusLidze, a wkrótce z kadrą narodową ma szansę na puchar mistrzostw Europy – należy mu się szacunek. Cała reszta jest jednak do bani.
Z gardła Igora wydostaje się śmiech kipiący drwiną.
– Marek interesuje się sportem? Czyżby zwąchał okazję, jak można na nim zarobić?
– Och, całkiem zapomniałam – mówię słodkim głosikiem, żeby zaraz dodać ze złością – że obwiniasz go o całe zło tego świata. Marek śledzi twoje sukcesy, bo jesteś jego bratem.
Po śmiechu nie ma śladu, a ciemnobrązowe oczy wpatrują się teraz we mnie tak długo i intensywnie, że aż cała się spinam. Naprawdę żałuję, że Igor to dupek. Ktoś tak przystojny, wysportowany i utalentowany mógłby stworzyć piękną, romantyczną historię. Niestety nie widzę dla niego ratunku.
– Mogę? – Wskazuję głową drzwi, a właściwie potężne ciało, które je całkiem przysłania. Na ustach Igora ponownie wykwita cwany uśmieszek i dopiero po chwili dociera do mnie, jak to zabrzmiało. – Wejść. Czy… mogę wejść? – dukam, tylko się pogrążając.
– Czy ty właśnie świntuszysz w myślach, Julietto? – Zaśmiewa się w głos.
Marszczę gniewnie brwi. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo w rzeczywistości pewnie wyglądam na zmieszaną i onieśmieloną. Facet ma przewagę, góruje nade mną wzrostem i posturą. Nie jestem drobna, ale też nie przesadnie duża – mimo to przy mężczyznach zawsze czułam się… sama nie wiem, jak to nazwać. Na usta ciśnie mi się słowo „toporna”, choć przecież wiem, że to tylko echo moich kompleksów, skrzywionej samooceny karmionej książkowymi i filmowymi ideałami. Tą dziwną potrzebą, by czuć się drobną kobietką w ramionach mężczyzny. Igor jest jedynym facetem, przy którym naprawdę wydaję się sobie malutka. Tyle że w tym przypadku działa to na moją niekorzyść. Nie ma w tym nic fajnego.
Czuję, jak na moje policzki wstępują rumieńce. Robi mi się gorąco. Otwieram usta, żeby coś z siebie wykrztusić, na przykład żeby nie nazywał mnie Juliettą, na szczęście ratuje mnie Linda.
– Julio, moja kochana! – Rozkłada ręce na powitanie. – Dlaczego stoicie przed domem? Czy Marek już jedzie? Nie chcę, żeby pieczeń wystygła.
Igor przesuwa się nieznacznie w bok, żeby mnie przepuścić. Oczywiście robi to z premedytacją, bo wie, że nie jestem drobna jak jego matka i potrzebuję więcej przestrzeni, żeby przejść. Ten idiota już na starcie chce mnie poniżyć, pokazać, co o mnie myśli. Jestem pewna, że jego niechęć wobec mnie wynika w dużej mierze z oceny mojej sylwetki. Pewnie nie rozumie, dlaczego jego brat nie spotyka się z jakąś supermodelką.
On sam jest zawodowym sportowcem, jego ciało to perfekcyjna rzeźba. Szczęściarz nie musi nawet szczególnie się wysilać, aby to podkreślić. Wystarczy biała koszula z podwiniętymi rękawami i szare eleganckie spodnie, żeby w oczy rzuciły się szeroka klata, silne przedramiona i długie, umięśnione nogi. Jego twarz – bo jak wiemy, Bóg nie jest w takich kwestiach sprawiedliwy – też jest ładna. Nie w taki klasyczny sposób jak w przypadku Marka, który zdecydowanie bardziej pasuje do bohatera powieści romantycznej, ale to wciąż ładna, intrygująca twarz. Jest w niej coś zadziornego, coś, co stawia go raczej w roli czarnego charakteru (zły do szpiku kości, ale koniec końców wszystkie kobiety i tak do niego wzdychają).
Tak czy owak, obaj bracia to przystojniacy, ale gołym okiem widać, że nie są spokrewnieni. Marek ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i jest niebieskookim szatynem o jasnej karnacji, zaś Igor to dwumetrowy brunet o dużych ciemnobrązowych oczach ocienionych długimi jak na faceta rzęsami. Niekiedy jego tęczówki wydają się niemal czarne, a granica między nimi i źrenicami zupełnie zanika. Przysięgłabym, że dzieje się tak za każdym razem, gdy na mnie patrzy. Dziś pierwszy raz widzę go z brodą. Jest gęsta i profesjonalnie przystrzyżona. Dzięki niej Igor wygląda poważniej, a już na pewno groźniej. Jego skóra ma odcień czekolady z dużą ilością mleka – pewnie powinnam od tego zacząć, ponieważ to coś, co zwraca uwagę jako pierwsze. Linda, jego mama, to piękna czarnoskóra kobieta pochodząca z Portugalii. Przyjechała do Polski jako nastolatka. Nie znam dokładnie jej historii, wiem tylko tyle, że Igor jest owocem jej związku z Polakiem, który zmarł, gdy ta była jeszcze w ciąży.
Omijam Igora z wysoko uniesioną głową. Niefortunnie biodrem ocieram się o jego udo. To ledwie muśnięcie, ale wystarczy, żebym spaliła się na popiół.
Podążam za Lindą, udając, że nic się nie wydarzyło, bo w gruncie rzeczy nic się nie wydarzyło, ale ja, do cholery, czuję, jakbym właśnie zrobiła coś złego. Myśl, że Igor idzie teraz za mną, ogląda moje krągłości z najgorszej możliwej perspektywy, ocenia, wyśmiewa i krytykuje, mrozi mi krew w żyłach. Jedynym pocieszeniem jest to, że dobrze się dziś ubrałam. Zamiast spodni podkreślających wielki tyłek wybrałam zwiewną, kwiecistą sukienkę do kolan, która dzięki lekkiemu rozkloszowaniu od bioder ukrywa niedoskonałości.
Moje spięcie w obecności Igora spowodowane jest nie tylko tym, że koleś mnie nie lubi. Związane jest także z pewną wstydliwą tajemnicą, którą zamierzam zabrać do grobu i której nie wyjawię, nawet gdyby poddawano mnie wymyślnym torturom. Jak wiadomo, sny to coś, czego nie kontrolujemy. Nie ma dowodów na to, że mają jakikolwiek związek z naszymi uczuciami, pragnieniami… No dobrze, koniec tłumaczenia. Mam na swoim koncie erotyczny sen z Igorem. Niekiedy odnoszę wrażenie, że on o wszystkim wie. Gdy patrzy na mnie w ten tajemniczy i chłodny sposób, niemal słyszę jego myśli kierowane w moją stronę: WIEM O WSZYSTKIM.
Dlaczego to musiało spotkać właśnie mnie? Będę nosiła to brzemię do końca życia i nawet jeśli tłumaczę sobie, że nie miałam na to wpływu, to poczucie winy potrafi nieźle przygniatać. Szczególnie gdy sceny ze snu stają mi przed oczami w najmniej oczekiwanym momencie. Na przykład wtedy, kiedy robię sobie dobrze. Wystarczy, że zacznę się pieścić, a nic nie jest w stanie odgonić tych grzesznych myśli – wspomnienia snu, w którym wiję się i krzyczę, podczas gdy on wykazuje się niebywałą sprawnością palców i języka. „Jesteś cholernie wkurzającą dziewczyną, Julietto”.
– O czym tak myślisz, Julietto? – Głos Igora staje się rzeczywisty, wibrując tuż przy moim uchu.
Wzdrygam się i czerwienię. Nieśmiało patrzę mu w oczy, ale natychmiast tego żałuję, bo tańczące w nich iskierki rozbawienia tylko pogarszają sytuację.
Cholerka, w mojej romantycznej historii nie ma miejsca na takie wpadki.
– Gdzie ten Marek? – irytuje się Linda, omiatając wzrokiem suto zastawiony stół. Imię mojego narzeczonego w jej ustach sprowadza mnie na ziemię. Znów dopada mnie poczucie winy i wstyd. – Pieczeń wystygnie.
– Na pewno zatrzymało go coś ważnego – z kuchni dobiega niski głos Henryka, na dźwięk którego sztywnieje mi kark.ROZDZIAŁ 2
IGOR
Jestem gnojem. Największym gnojem, jakiego widział świat. Jeśli piekło istnieje, mam już w nim zarezerwowane miejsce. Nienawidzenie przybranego brata to jedno, ale pożądanie jego przyszłej żony to już szczyt wszystkiego.
Nie zmienia to faktu, że przyjemnie było patrzeć, jak Julia ociera swój seksowny tyłek o mój samochód, a później się rumieni, przez co piegi na jej policzkach stają się ciemniejsze. Tyle mojego. Żałuję jedynie, że nie włożyła spodni w stylu tych, które miała na spędzie rodzinnym w zeszłe lato. Tamtego dnia przez całe popołudnie poprawiała długą, luźną koszulę zakrywającą jej biodra, ale po kilku lampkach wina wreszcie przestała się pilnować i nie zauważyła, kiedy ta się podwinęła. Na samo wspomnienie tych cudownych kształtów robi mi się ciasno w spodniach. Na szczęście charakterek tej dziewczyny szybko sprowadza mnie na ziemię i sprawia, że zaczynam jej mniej żałować w kontekście ślubu z Markiem. Laska jest stanowczo zbyt słodka, urocza i pozytywna.
Kątem oka dostrzegam, jak spina się na dźwięk głosu Henryka. Mój ojczym jest szorstki i bezuczuciowy, czyli dokładnie taki, jak jego syn i mój przybrany brat Marek, ale z jakiegoś powodu Julia dostrzega tę cechę tylko u starszego z rodu.
Dziewczyna się prostuje. Widzę, jak zaciska zęby, a sekundę później uśmiecha się promiennie. Ojczym ledwie unosi kąciki ust, ale naiwna Julietta zadowala się tym ochłapem, jakby właśnie wygrała los na loterii.
Teatrzyk czas zacząć.
– A więc to prawda, że nie będzie cię na ślubie? – Henryk zwraca się do mnie, choć zna odpowiedź, w dodatku nie od dziś.
Siadam do stołu. Przelotnie zerkam na matkę, której błagalne spojrzenie tylko czekało, aż je uchwycę, i przypominam sobie, że jestem tu dla niej.
– Tak się złożyło – rzucam, jakby zapamiętanie, że gram, kurwa, w reprezentacji Polski i w dniu wiekopomnego ślubu mam z drużyną pierwszy mecz mistrzostw Europy na wyjeździe, było takie trudne.
– To ślub twojego brata.
Brata… dobre sobie.
Gryzę się w język. _Jesteś tu dla matki, pamiętaj._
Zdaję sobie sprawę, że ten człowiek nigdy nie będzie ze mnie dumny, bo nie uznał mnie za swojego syna, podobnie jak uprawiania zawodowego sportu nie uważa za prawdziwą pracę. Zresztą nie sport jest tu problemem. Mógłbym zgarnąć Nobla z fizyki, a on i tak poklepałby mnie po ramieniu, mówiąc: „Dobrze ci poszło, ale Nobel tylko z jednej dziedziny?”.
Nagle odzywa się Julia, a co więcej, zwraca się właśnie do mnie.
– Wspaniale, że lecicie do Lizbony.
Dlaczego nie zacznie swojej ukochanej gadki o ślubie i całym tym romantycznym gównie? Ach, tak. Przecież wiem, co właśnie robi. Gra w grę pod tytułem „Jak zakamuflować tę sztywną, śmierdzącą atmosferę” albo, jak kto woli, „Udawajmy, że właśnie jemy kolację w normalnej rodzinie”.
– Będziecie mieli czas na zwiedzanie? – dodaje, wpatrując się we mnie intensywnie piwnymi oczami. Oczekuje odpowiedzi, więc robię dokładnie to samo. Świdruję ją wzrokiem. Mam nadzieję, że umiejętnie to odczyta.
Po chwili ucieka spojrzeniem w pusty talerz i poprawia się na krześle. Jeden zero dla mnie.
– Mamy napięty grafik – odpowiadam. – Ale może chcesz mi coś polecić? Byłaś kiedyś w Portugalii? – Nie wiem, dlaczego w to brnę. Chyba spodobało mi się peszenie jej. Zdecydowanie chcę więcej.
– Nie, nie byłam. Za daleko na podróż autem, a samolotami nie latam.
– Dlaczego?
– Ze strachu.
– Serio? Jak możesz bać się czegoś, czego nigdy nie przeżyłaś?
– Cóż, mowa o zamknięciu w maszynie lecącej średnio dwanaście tysięcy kilometrów nad ziemią.
– Chcesz powiedzieć, że nigdy nie byłaś za granicą? – Rozsiadam się na krześle nieco nonszalancko.
– Nie miałam okazji, ale szczerze mówiąc, kompletnie tego nie potrzebuję.
– Podróżowania? Zwiedzania? – Czuję na sobie ciężar spojrzenia matki, jednak nie przestaję. – Odkrywania innych kultur? Próbowania pysznego jedzenia?
Przygryziona warga przyciąga moje spojrzenie. Szkoda, że z tych różowych ust wychodzą słowa wielbiące największego dupka na ziemi. To nie wina Julii. Jest zbyt słodka, uprzejma, miła, skromna – wszystko to działa mi na nerwy, ale w głębi duszy wiem, skąd się biorą moje uprzedzenia wobec niej. Wystarczy, że jest narzeczoną Marka. Jeśli kocha mojego przybranego brata, nie może być dobrą osobą. Nie powstrzymuje mnie to jednak przed wyobrażaniem sobie, jak idealnie te pełne wargi wyglądałyby na moim kutasie.
– Jestem rasową domatorką – odpowiada Julia.
Przyznaję, mam małą obsesję na punkcie wyglądu tej bladej pieguski. Sam nie wiem, co fascynuje mnie w niej bardziej. Dekolt usiany piegami? Ciekawe, czy pokrywają również piersi… A może chodzi o włosy, których koloru nie potrafię jednoznacznie określić? Trudno stwierdzić, czy są brązowe, czy rude.
Oczywiście wiem, że nie mogę pożądać tej dziewczyny, i bynajmniej nie ma to związku z wyrzutami sumienia. Mam gdzieś mojego parszywego braciszka i bycie uczciwym wobec niego. Po prostu nigdy więcej nie pozwolę sobie na zazdrość o to, co należy do niego.
– Rozumiem – nie rezygnuję z dyskusji. – Czyli ślub, dom z ogródkiem, dzieci, psy i tego typu rzeczy. – Moje słowa ociekają drwiną, którą dziewczyna natychmiast wychwytuje. Widzę to po tym, jak znów zaciska zęby i mruży oczy, próbując zamordować mnie wzrokiem.
– Stworzycie wspaniałą rodzinę. – Z odsieczą przychodzi matka. Kładzie dłoń na drobnych palcach Julii i obdarowuje ją łagodnym spojrzeniem. – Już nie mogę się doczekać!
Gest matki sprawia, że zwracam uwagę na dłonie narzeczonej mojego brata, na których znajdują się tylko dwa pierścionki: złoty z zielonym szkiełkiem, no i ten z wielkim białym diamentem, który dostała od Marka na zaręczyny. Zastanawia mnie ten nagły minimalizm, bo chociaż widziałem ją ledwie trzy razy w życiu, zarejestrowałem, że ma zamiłowanie do bogatego zdobienia palców i uszu. Pamiętam, że poświęciłem nawet chwilę zastanawiając się, czy uważam to za bardziej kiczowate, czy seksowne.
Matka przenosi wzrok na mnie. Biedna, musi boleć ją głowa od siedzenia w takim napięciu. Jedzenie kolacji przy jednym stole ze mną i moim ojczymem jest jak siedzenie na tykającej bombie. Przy czym to mnie uważa za zapalnik.
Sięgam po szklankę. Zimna woda przyjemnie chłodzi gardło. Postanawiam odpuścić.
Jak tylko przekonuję samego siebie, że nie warto przesadnie angażować się w to spotkanie, spływa na mnie spokój. Jestem ostatnią osobą, która w tym gronie może komuś czegoś zazdrościć. Osiągnąłem sukces, który zawdzięczam wyłącznie sobie. Swojej ciężkiej pracy, determinacji i wielu wyrzeczeniom. Nie bez znaczenia są też lata rozmów z psychologiem sportowym i wyjaśnienie sobie, jak niektóre sprawy z przeszłości usiłowały odebrać mi dumę i radość z tego, co mam. Jednak z jakiegoś powodu odczuwam nagły skok ciśnienia krwi, gdy matka wspomina o ślubie Marka i Julii z takim entuzjazmem, jakby to było największe osiągnięcie w rodzinie. Zdecydowanie większe od tego, że jej rodzony syn zdobył z drużyną wszystko, co było do wzięcia w sezonie, i został powołany do kadry narodowej na mistrzostwa Europy w siatkówce. Kibicują mi i wielbią mnie miliony ludzi w tym kraju, a ja nadal czuję, że dla własnej matki jestem gorszy od przysposobionego syna – prawnika, który rok temu otworzył ze wspólnikiem kancelarię w centrum Warszawy.
– Wybaczcie spóźnienie!
Wreszcie wpada Marek i zaczyna witać się ze wszystkimi po kolei. W naszym przypadku kończy się na szybkim uścisku dłoni.
Z ojcem również wymienia uścisk, klepią się plecach. Moja matka dosłownie rzuca mu się na szyję. Zaraz potem Marek nachyla się do Julii i całuje w policzek, rzucając cicho:
– Gdzie sukienka ode mnie? – Po czym rozsiada się na krześle obok.
Julia, jak zawsze, próbuje przykryć zakłopotanie uśmiechem. Dyskretnie chwyta dekolt sukienki w kwiaty i podciąga go w górę. Mam dziwne przeczucie, że będzie wykonywać ten ruch przez cały wieczór, podobnie jak robiła to z koszulą na letnim pikniku.
Chciałbym wierzyć, że się przesłyszałem, ale siedzę zbyt blisko. Ten idiota zamiast powiedzieć swojej dziewczynie, jak pięknie dziś wygląda, tylko przyczepił się do tego, że nie włożyła sukienki wybranej przez niego. Jeśli o mnie chodzi, też nie jestem fanem tych zwiewnych kiecek, które ukrywają atuty (chociaż dekolt jest niczego sobie, na pewno nie odsłania piersi w wulgarny sposób), jednak ta dziewczyna została hojnie obdarowana przez naturę, więc musiałaby chyba włożyć worek pokutny, żeby całkiem zasłonić swoje bujne kształty. Ale ja, do cholery, nie jestem jej narzeczonym, tylko obcym kolesiem, który stanowczo za dużo myśli o jej seksownym ciele. To Marek powinien ślinić się na jej widok, nie ja.
Matka wchodzi w rolę gospodyni domu. Zaczyna tłumaczyć, co jest na stole, wszyscy chwalą zapachy i wygląd potraw, zupełnie jakby nie wiedzieli, że to nie ona je przygotowała, a pracująca dla rodziny kucharka. Julia też podejmuje tę grę, przechodząc do porządku dziennego nad niezbyt miłym powitaniem, które zaserwował jej narzeczony. Tylko ja gotuję się w środku i wyobrażam sobie, jak wyglądałaby gęba Marka zatopiona w sosie z tej soczystej pieczeni.
Przez kolejne dwie godziny słucham o nudnych prawniczych sprawach. Zabawne, że Henryk tak często podkreśla, jak bardzo jest dumny z kancelarii syna, podczas gdy większość spraw Marek prowadzi na jego zlecenie. Mój ojczym jest właścicielem sieci luksusowych hoteli w Warszawie, a Marek od zawsze był przygotowywany na przejęcie rodzinnego biznesu. Tak więc życiowa ścieżka, którą objął mój braciszek, tylko na pozór jest realizacją własnych planów i ambicji. Docelowo i tak chodzi o reprezentowanie interesów tatusia.
Nie brakuje też tematów o przewodnim kolorze wesela, rodzajach kwiatów i zbliżającej się przymiarce sukni ślubnej. Wspaniale, że nie będzie mi dane zobaczyć finału tego cyrku. Okazję do spotkania z całą rodziną będę miał dopiero za dwa miesiące podczas corocznego pikniku na koniec lata. To tradycja, którą matka i ojczym kultywują od dwóch dekad. Każdego roku dwudniowa impreza odbywa się w innej lokalizacji i zjeżdża się na nią cała rodzina, a także przyjaciele i wspólnicy Henryka. To jedno z największych wydarzeń warszawskiej śmietanki towarzyskiej. W tym roku jedziemy na Mazury. Za każdym razem matka podkreśla, jak ważna dla rodziny jest moja obecność, a ja robię to dla niej, wychodząc z założenia, że będę miał spokój przez kolejny rok.
– Po ślubie powinnaś zdecydowanie mniej pracować. – Wracam na ziemię, gdy ojczym zwraca się do Julii. – Pewnie gdy pojawią się dzieci, zostaniesz w domu. Ale do tego czasu może warto pomyśleć o zmianie profesji. Praca biurowa w godzinach od ósmej do szesnastej wydaje się rozsądniejsza. W moich hotelach wciąż szukają kogoś do księgowości. Czy Marek nie wspominał, że masz fakultet z finansów?
– Och, to bardzo miłe – odpowiada – ale nie wyobrażam sobie zajmować się czymkolwiek innym niż fizjoterapią.
– Marek mówił, że nie masz najlepszych warunków, i do tego miewasz problemy z urlopem.
Marek mówił. Marek wspomniał.
Dyskretnie zerkam na zegarek i zastanawiam się, jak długo muszę tu jeszcze siedzieć, żeby wewnętrznie nie umrzeć, a jednocześnie nie sprawić przykrości matce zbyt wczesnym odejściem od stołu. Tak bardzo chciałbym już wskoczyć w szerokie bawełniane dresy i luźny T-shirt, otworzyć piwo IPA, które chłodzi się w mojej lodówce, i obejrzeć skróty ligowych meczów.
– To prawda, szef nie jest zbyt wyrozumiały. Po ślubie rozejrzę się za innym gabinetem. – Widać, że Julia bardzo się stara nie urazić przyszłego teścia.
Dałbym wiele, żeby zobaczyć ją, kiedy przestaje się tak przesadnie kontrolować.
– Ta branża jest specyficzna, wątpię, żebyś w innym miejscu znalazła lepsze warunki.
Julia wkłada do ust ziemniaka. No cóż moja matka jak zwykle zignorowała fakt, że jej przyszła synowa jest wegetarianką, więc jedyne, co może zjeść tego wieczoru, to właśnie ziemniaki i sałata. Dziewczyna uśmiecha się z pełnymi ustami i kiwa głową, a ja czuję się lekko pobudzony tym spektaklem.
– Kochanie, niech nasze dzieci robią to, w czym czują się najlepiej. – Muszę przyznać, że postawa matki, która zwykle ulega mężowi, nieco mnie zaskakuje.
– Masowanie obcych ludzi to chyba nie jest najlepszy wybór – odburkuje Henryk.
Przyglądam się drobnej grdyce Julii wolno przesuwającej się pod cienką skórą szyi.
_No, dalej, dziewczyno. Powiedz mu, do cholery, o czym myślisz._
– Właściwie fizjoterapia to coś więcej niż masaż.
_Tylko tyle? Naprawdę sądzisz, że obronisz się w tej nierównej walce, będąc potulna jak baranek?_
– Fizjoterapia w ostatnich latach mocno się rozwinęła i rośnie na nią zapotrzebowanie – wtrącam się, bo to widowisko przestaje mnie już bawić. – W sporcie zdecydowanie częściej mamy do czynienia z fizjoterapeutami niż ortopedami. Pomagają wrócić ludziom do sprawności po urazach, kontuzjach i operacjach.
Usta Henryka wykrzywiają się w kwaśnym uśmiechu. Zwracam się bezpośrednio do niego:
– Podobno szykujesz się na wstawienie endoprotezy biodra. Po operacji będziesz potrzebował kogoś takiego jak Julia.
Policzki dziewczyny płoną, rozchylone wargi wyrażają zdziwienie.
– Doprawdy? – Henryk ściąga krzaczaste brwi. – To ciekawe – dodaje i skupia uwagę na pieczeni.
Czuję na sobie wzrok Julii. Czekałem na to. Chcę zobaczyć wdzięczność, choćby drobne skinienie, a może nawet uśmiech. Chcę zobaczyć, że jest pod wrażeniem. Ale ona tylko mruży oczy. A mnie bardzo nie podoba się to badawcze, podejrzliwe spojrzenie.