Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bezpieczna opcja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
4299 pkt
punktów Virtualo

Bezpieczna opcja - ebook

W miłości jak w sporcie – bez ryzyka nie ma wygranej

Julia jest przekonana, że wreszcie spełnia swoje największe marzenie o miłości. Wkrótce ma wyjść za mąż za Marka, odnoszącego sukcesy prawnika z wpływowej warszawskiej rodziny. W dniu przymiarki sukni ślubnej nakrywa go jednak z inną kobietą, a jej idealny świat rozpada się na kawałki.

Ku jej zaskoczeniu pomocną dłoń wyciąga do niej Igor – przybrany brat Marka, cyniczny, arogancki kapitan reprezentacji Polski w siatkówce, który wydaje się zaprzeczeniem wszystkiego, w co Julia wierzy.

Za jego sprawą jej życie wkracza na zupełnie nieznane tory. Mieszkanie w apartamencie sportowca, praca dla kadry narodowej i wyjazd na mistrzostwa Europy – to zdecydowanie nie brzmi jak „bezpieczna opcja”, którą zawsze wybierała Julia.

Tymczasem największym wyzwaniem w tej układance okazuje się Igor. Mężczyzna, którego od początku nie potrafiła znieść i od którego nieoczekiwanie nie umie odwrócić wzroku…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-800-4
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

JU­LIA

Ko­ja­rzy­cie nie­po­praw­ne ro­man­tycz­ki? Te słod­ko­pier­dzą­ce la­ski, któ­re re­agu­ją pi­skli­wym „Och!”, gdy usły­szą ckli­wą hi­sto­ryj­kę o tym, jak Har­ry po­znał Sal­ly? Te, któ­rych oczy na­peł­nia­ją się łza­mi, kie­dy para z fil­mu lub książ­ki tuż przed koń­cem roz­sta­je się w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, cho­ciaż wie­dzą, że fa­bu­ła ma _hap­py end_? Albo te, któ­re za każ­dym ra­zem, gdy prze­lot­nie spoj­rzy na nie przy­stoj­niak w me­trze, czu­ją, że to wła­śnie TEN fa­cet, TA wspa­nia­ła, ro­man­tycz­na hi­sto­ria?

Tak. To wła­śnie ja. Ta słod­ko­pier­dzą­ca la­ska. A przy­naj­mniej taka by­łam jesz­cze nie­speł­na trzy lata temu. Te­raz je­stem po pro­stu ro­man­tycz­ką. Za­ko­cha­ną i speł­nio­ną. Wresz­cie zna­la­złam tego je­dy­ne­go i wła­śnie roz­po­czy­na się nowy roz­dział mo­je­go _love sto­ry_.

Łzy wzru­sze­nia przy­sła­nia­ją mi pre­zen­ta­cję na lap­to­pie. Ści­ska­jąc nos u na­sa­dy, od­chy­lam gło­wę do tyłu. Nie mogę się te­raz roz­be­czeć, nie, kie­dy jesz­cze nie skoń­czy­łam tego wie­ko­pom­ne­go dzie­ła. Wciąż wy­ma­ga kil­ku po­pra­wek. Wkrót­ce _Hi­sto­ria po­zna­nia Ju­lii i Mar­ka_ uj­rzy świa­tło dzien­ne, chwy­ta­jąc za gar­dła bli­sko dwie­ście mniej lub bar­dziej zna­nych mi osób. Z na­ci­skiem na mniej. Poza trze­ma ko­le­żan­ka­mi ze stu­diów i ich mę­ża­mi wszy­scy za­pro­sze­ni na ślub go­ście to krew­ni mo­je­go na­rze­czo­ne­go, a tak­że tak zwa­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ny. Oczy­wi­ście nie mo­jej, ja je­stem sie­ro­tą.

Pre­zen­ta­cja z na­szy­mi słod­ki­mi zdję­cia­mi do­bie­ga koń­ca. Sku­piam uwa­gę na ekra­nie lap­to­pa, bo uwiel­biam dwie ostat­nie plan­sze. Po­ja­wia się „KO­NIEC”. Wy­obra­żam so­bie lek­kie po­ru­sze­nie w tłu­mie, lu­dzi dys­kret­nie ocie­ra­ją­cych mo­kre po­licz­ki i zer­ka­ją­cych na mnie z uzna­niem. A wte­dy po­ja­wia się jesz­cze jed­na plan­sza pre­zen­ta­cji z na­pi­sem: „ALE JED­NO­CZE­ŚNIE PO­CZĄ­TEK”.

Bum! Śmia­ło, pro­szę pań­stwa, niech łzy wzru­sze­nia leją się stru­mie­nia­mi.

Je­stem szczę­śli­wa. Czy mogę po­wie­dzieć to gło­śno? Aż trud­no uwie­rzyć, że jesz­cze trzy lata temu nie wie­rzy­łam w swój _hap­py end._ Do­padł mnie po­trzy­dziest­ko­wy kry­zys. Nie wiem, czy ist­nie­je ta­kie okre­śle­nie, po­dob­nie jak samo zja­wi­sko, ale je­stem prze­ko­na­na, że to, cze­go do­zna­łam dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach, to wła­śnie to. Kie­dy z przo­du masz dwój­kę, wciąż je­steś przed trzy­dziest­ką, ale w mo­men­cie, gdy po­ja­wia się tam trój­ka, au­to­ma­tycz­nie wpa­dasz w ot­chłań pod na­zwą „przed czter­dziest­ką”. Na­gle w two­jej gło­wie od­zy­wa­ją się gło­sy: czas na za­rę­czy­ny, a ty na­wet nie masz chło­pa­ka; czas na męża, a jesz­cze się nie za­rę­czy­łaś; kie­dy ślub?; kie­dy dziec­ko?; czy two­ja pra­ca umoż­li­wi ci spła­tę kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go?; ostat­ni gwiz­dek, żeby przejść na die­tę, me­ta­bo­lizm nie dzia­ła jak kie­dyś; czy wiesz, czym jest re­zer­wa jaj­ni­ko­wa; czy to cho­ler­ny siwy włos?

Ze­gar tyka.

Czu­jesz od­dech na kar­ku.

Wpraw­dzie ni­g­dy nie uwa­ża­łam swo­je­go ży­cia za to­tal­ną po­raż­kę, ale na­gle przy­tła­cza­ją­ca sta­ła się myśl, że to, co mam te­raz, po­zo­sta­nie ta­kie na za­wsze. A w tym wszyst­kim naj­gor­szy stał się strach przed sa­mot­no­ścią.

Pod­su­mo­wu­jąc, mój sta­tus na dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach przed­sta­wiał się na­stę­pu­ją­co: le­d­wo wią­żą­ca ko­niec z koń­cem sin­giel­ka z du­szą nie­po­praw­nej ro­man­tycz­ki, śred­nio za­dba­na, z kom­plek­sa­mi, bez fa­ce­ta i per­spek­tyw na zmia­nę. W tym cza­sie ko­le­żan­ki ze stu­diów wy­szły za mąż i uro­dzi­ły dzie­ci. No i nie za­po­mi­naj­my o klą­twie, któ­ra cią­ży na ko­bie­tach z mo­jej ro­dzi­ny od po­ko­leń. Mat­ka, bab­ka i pra­bab­ka – żad­na z nich ni­g­dy nie prze­ży­ła praw­dzi­wej, szcze­rej mi­ło­ści ze szczę­śli­wym za­koń­cze­niem. Głę­bo­ko w środ­ku za­wsze wie­rzy­łam, że z ja­kie­goś po­wo­du to wła­śnie ja będę tą, któ­ra od­wró­ci zły los. I… sta­ło się. Spo­tka­łam Mar­ka.

To cu­dow­na hi­sto­ria wy­ję­ta wprost z ko­me­dii ro­man­tycz­nej, któ­re tak uwiel­biam (nic więc dziw­ne­go, że po­sta­no­wi­łam zro­bić z niej pre­zen­ta­cję). Ma­rek ra­zem ze wspól­ni­kiem otwo­rzy­li kan­ce­la­rię praw­ną w lo­ka­lu obok ga­bi­ne­tu fi­zjo­te­ra­pii, w któ­rym pra­cu­ję. Pew­ne­go dnia za­my­ka­łam ga­bi­net, a Ma­rek kan­ce­la­rię – drzwi do obu lo­ka­li dzie­lą dwa me­try. Obo­je by­li­śmy za­my­śle­ni i zmę­cze­ni po ca­łym dniu pra­cy, więc nie zwró­ci­li­śmy na sie­bie uwa­gi. Ja ru­szy­łam w lewo, on w prze­ciw­nym kie­run­ku i… tak! Zde­rzy­li­śmy się! Na chod­nik wy­sy­pa­ły się do­ku­men­ty z tecz­ki Mar­ka.

– Och! Prze­pra­szam – za­wo­ła­łam słod­ko. Tak przy­naj­mniej chcę to za­pa­mię­tać.

Kuc­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie, żeby po­zbie­rać pa­pie­ry. Na­sze dło­nie ze­tknę­ły się przy­pad­kiem, spoj­rze­li­śmy so­bie pro­sto w oczy i prze­pa­dli­śmy. Strza­ła amo­ra prze­bi­ła na­sze ser­ca. Da­ła­bym so­bie rękę uciąć, że w tle le­cia­ło _When you say no­thing at all_, a ja wy­glą­da­łam w tam­tym mo­men­cie jak Ju­lia Ro­berts.

Ru­mie­nię się na samo wspo­mnie­nie tego nie­zręcz­ne­go, ale jak­że uro­cze­go mo­men­tu po­zna­nia mi­ło­ści mo­je­go ży­cia. Wkrót­ce po tym Ma­rek za­pro­sił mnie na rand­kę. Czy mu­szę mó­wić, że była ide­al­na? Re­stau­ra­cja z wy­łącz­ną re­zer­wa­cją sto­li­ków, fi­ku­śne mo­no­por­cje ni­czym dzie­ła sztu­ki, kwar­tet smycz­ko­wy i ta­kie tam su­per­ro­man­tycz­ne spra­wy. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że Ma­rek to rów­nie wraż­li­wa du­sza jak ja. Do tego dżen­tel­men. Nie na­ci­skał w spra­wach łóż­ko­wych, a kie­dy wresz­cie do cze­goś mię­dzy nami do­szło, usza­no­wał to, że wolę nie roz­bie­rać się do koń­ca i ko­chać przy zga­szo­nym świe­tle. Po pro­stu ide­ał.

Nie je­stem ty­pem su­per­mo­del­ki ani fi­li­gra­no­wej bo­ha­ter­ki z ko­me­dii ro­man­tycz­nych czy ma­fij­nych ro­man­sów. „Jej po­ślad­ki ide­al­nie mie­ści­ły się w jego dło­niach”. To chy­ba z ja­kiejś książ­ki, nie o mnie. Na pew­no nie o mnie. De­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, mam masę kom­plek­sów. Naj­więk­sze z uda­mi, tył­kiem i pier­sia­mi – są zde­cy­do­wa­nie za duże. Cał­kiem do­brze opa­no­wa­łam sztu­kę ka­mu­fla­żu. Po­tra­fię ubrać się tak, aby nie­co za­ma­sko­wać swo­je de­fek­ty. Nie je­stem więc ide­al­na, ale przy­naj­mniej mam ide­al­ne­go fa­ce­ta, któ­ry mnie ko­cha i ak­cep­tu­je gra­ni­ce, ja­kie wy­zna­czam.

Dziś mo­je­go wspa­nia­łe­go na­stro­ju nie jest w sta­nie ze­psuć na­wet zbli­ża­ją­ca się ko­la­cja w domu ro­dzin­nym Mar­ka. Nie że­bym nie ko­cha­ła ro­dzi­ny To­ma­lów. Jego tata to zdy­stan­so­wa­ny czło­wiek, nie­co oschły, ale jed­no­cze­śnie mą­dry i wy­ro­zu­mia­ły, a ma­co­cha to świet­na bab­ka, któ­ra cie­szy się z pla­no­wa­nia we­se­la rów­nie moc­no jak ja. Zde­cy­do­wa­nie ma ci­śnie­nie na zo­sta­nie bab­cią. Każ­da oka­zja do bliż­sze­go po­zna­nia lu­dzi, któ­rych wkrót­ce będę na­zy­wać mamą i tatą, jest dla mnie po­wo­dem do ra­do­ści.

Ma­lut­kim pro­ble­mem, któ­ry – no do­brze, może nie tak ma­lut­kim, tyl­ko mie­rzą­cym pra­wie dwa me­try wzro­stu – jest przy­bra­ny brat Mar­ka, Igor. Ten ko­leś to ka­wał… Nie, jego nie da się opi­sać jed­nym sło­wem.

Dla więk­szo­ści dziew­czyn jest pew­nie speł­nie­niem mo­krych snów, dla mnie kosz­ma­rem na ja­wie. Od­kąd je­stem z Mar­kiem, wi­dzia­łam go za­le­d­wie trzy razy, bo Igor jest za­wo­do­wym siat­ka­rzem. Gra w naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nym klu­bie w kra­ju i wła­śnie po­wo­ła­no go do pod­sta­wo­we­go skła­du re­pre­zen­ta­cji Pol­ski na mi­strzo­stwa Eu­ro­py. W do­dat­ku jest ka­pi­ta­nem. Więk­szość ży­cia spę­dza w tra­sie. To, że mnie kom­plet­nie nie zna, nie po­wstrzy­mu­je go od by­cia im­per­ty­nenc­kim gbu­rem. Pod­czas tych za­le­d­wie trzech spo­tkań wy­ko­rzy­stał każ­dą oka­zję, aby dać mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem prze­sło­dzo­na i na­iw­na, a do tego na mój wi­dok za­wsze robi minę w sty­lu „rzy­gam tę­czą”. W prze­ci­wień­stwie do jego mat­ki ucie­szy­łam się na wieść, że w dniu ślu­bu bę­dzie na me­czu wy­jaz­do­wym. Ma­rek też za nim nie prze­pa­da, więc na­praw­dę nikt nie stra­ci na jego nie­obec­no­ści.

Z Mar­kiem mamy spo­tkać się na miej­scu, w domu jego ro­dzi­ców na Mo­ko­to­wie, po­nie­waż na osiem­na­stą ma umó­wio­ne­go klien­ta w kan­ce­la­rii i nie zdą­ży wró­cić do na­sze­go miesz­ka­nia. Na szczę­ście nie musi się na­wet prze­bie­rać, bo w pra­cy za­wsze wy­glą­da ele­ganc­ko. Ja zwy­kle po­trze­bu­ję tro­chę cza­su na do­pro­wa­dze­nie się do przy­zwo­ite­go sta­nu, a i tak nie osią­gnę efek­tu, po któ­rym ktoś spoj­rzał­by na mnie i okre­ślił mnie mia­nem ele­ganc­kiej ko­bie­ty. Pew­nie po­mo­gła­by wy­mia­na gar­de­ro­by. I fry­zjer. I ko­sme­tycz­ka. Ma­rek był­by w siód­mym nie­bie, gdy­bym wy­rzu­ci­ła wszyst­kie swo­je su­kien­ki w kwiat­ki, sze­ro­kie dżin­sy i ob­szer­ne T-shir­ty i od­sta­wi­ła tan­det­ne pier­ścion­ki i kol­czy­ki, któ­re zdo­bią moje uszy od góry do dołu („od­sta­wi­ła” to do­bre sło­wo, bo chy­ba je­stem od nich uza­leż­nio­na).

W głę­bi du­szy je­stem chy­ba hi­pi­ską, choć mój są­siad, pan An­to­ni, woli okre­śle­nie „ko­bie­ta wi­king”. Wie­le już o so­bie sły­sza­łam, ale ko­bie­ta wi­king? Bez jaj! Przy­ja­zny sta­ru­szek ra­czej nie chciał mnie ura­zić. Tłu­ma­czył się, że cho­dzi o pew­ną dzi­kość mo­jej uro­dy. Mam dłu­gie ja­sno­brą­zo­we wło­sy, któ­re w za­leż­no­ści od świa­tła mogą wy­da­wać się rude, są gę­ste i po­fa­lo­wa­ne, a do tego jak­kol­wiek bym je ucze­sa­ła, osta­tecz­nie i tak spra­wia­ją wra­że­nie nie­uło­żo­nych. W ge­ne­tycz­nym pa­kie­cie do­sta­łam rów­nież piw­ne oczy, bla­dą cerę i pie­gi. Na­praw­dę chcę wie­rzyć, że sta­rusz­ko­wi nie cho­dzi­ło o mój buj­ny biust.

Kil­ka mi­nut przed dwu­dzie­stą za­trzy­mu­ję sa­mo­chód przed bra­mą i cze­kam, aż oko ka­me­ry ły­pią­ce na mnie z góry sczy­ta re­je­stra­cję sta­re­go For­da. Po­gwiz­du­ję do przy­pad­ko­wej pio­sen­ki z ra­dia, choć po­wo­li za­czy­nam czuć lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. Nie ma się cze­go bać, po­wta­rzam so­bie, gdy sta­lo­we skrzy­dła bra­my otwie­ra­ją się z głu­chym ję­kiem, a moim oczom uka­zu­je się żwi­ro­wy pod­jazd w tu­ne­lu sta­rych drzew, któ­rych po­wy­krzy­wia­ne ga­łę­zie ko­ły­szą się na nie­spo­koj­nym wie­trze. Nie­śmia­ło wrzu­cam je­dyn­kę i wci­skam pe­dał gazu. Drob­ne ka­mycz­ki trzesz­czą pod na­po­rem kół.

Oto­cze­nie szyb­ko się zmie­nia. Żwir prze­cho­dzi w bru­ko­wą kost­kę, sta­re drze­wa w geo­me­trycz­nie przy­cię­te krze­wy. Zbli­żam się do od­re­stau­ro­wa­nej za­byt­ko­wej wil­li i do­strze­gam wol­ną prze­strzeń obok czy­je­goś sa­mo­cho­du. Nie czy­je­goś. To czar­ne BMW X5 Igo­ra. Po­tęż­na be­stia. I tak się skła­da, że ta be­stia stoi krzy­wo, zaj­mu­jąc sta­now­czo za dużo miej­sca (na­wet jego auto krzy­czy: „Je­stem pa­nem tego świa­ta!”). Nie­ste­ty uświa­da­miam to so­bie do­pie­ro po za­par­ko­wa­niu. Nie dam rady otwo­rzyć drzwi. Za­trza­sku­ję je więc z po­wro­tem, co­fam, wy­krę­cam tak, aby zwięk­szyć od­le­głość mię­dzy po­jaz­da­mi, i po­now­nie par­ku­ję. Na moje oko nie jest źle, choć żeby się wy­do­stać, mu­szę wy­po­le­ro­wać tył­kiem ka­ro­se­rię be­em­ki, ale co tam, ani jej to nie za­szko­dzi, ani mnie. Pew­nie jest czyst­sza niż moja szczo­tecz­ka do zę­bów.

Po wszyst­kim spo­glą­dam w stro­nę domu i do­strze­gam wy­so­ką po­stać na we­ran­dzie ozdo­bio­nej bia­ły­mi rzeź­ba­mi i mnó­stwem kwia­tów.

Igor To­ma­la stoi w sze­ro­kim roz­kro­ku, z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi na kla­cie, i przy­glą­da mi się spod ścią­gnię­tych brwi. Niech to, miał stąd do­bry wi­dok na mój po­pis gra­cji.

Przy­kle­jam do twa­rzy uprzej­my uśmiech i kie­ru­ję się w stro­nę scho­dów.

Fa­cet jak zwy­kle wy­glą­da na lek­ko po­iry­to­wa­ne­go. O ile mam wie­le obiek­cji co do jego po­chmur­nej miny, tak nie mogę przy­cze­pić się do wy­glą­du. Jest przy­stoj­ny i ele­ganc­ki w nie­wy­mu­szo­ny spo­sób. Ma na so­bie sza­re spodnie w kra­tę od gar­ni­tu­ru, brą­zo­we skó­rza­ne buty i pa­su­ją­cy do nich pa­sek. Śnież­no­bia­łą ko­szu­lę roz­piął pod szy­ją, a rę­ka­wy pod­wi­nął. Ma­te­riał opi­na jego sze­ro­kie bar­ki, ale nie tak, jak to bywa w przy­pad­ku ko­le­si, któ­rzy za­kła­da­ją ko­szu­le o roz­miar mniej­sze, aby pod­kre­ślić, jak bar­dzo są na­pa­ko­wa­ni. W jego przy­pad­ku ubra­nie leży jak dru­ga skó­ra. Na nad­garst­ku Igo­ra błysz­czy pro­sty sta­lo­wy ze­ga­rek.

– Mój sa­mo­chód na­wet nie mu­snął two­je­go! – wo­łam, si­ląc się na swo­bod­ny ton. Do tego po­sy­łam przy­szłe­mu szwa­gro­wi swój fla­go­wy, uro­czy uśmiech.

– Ale co in­ne­go tak – od­po­wia­da tym swo­im szorst­kim, bez­na­mięt­nym gło­sem, jak­by wca­le nie my­ślał te­raz o moim tył­ku.

Moje wnętrz­no­ści za­mie­nia­ją się miej­sca­mi, ale nie daję tego po so­bie po­znać. Taką przy­naj­mniej mam na­dzie­ję. Cho­le­ra, ja się tego czło­wie­ka boję!

– Jak miło, że przy­je­cha­łeś na ro­dzin­ną ko­la­cję – sta­ram się za­brzmieć uprzej­mie, a przy­naj­mniej neu­tral­nie.

Wspi­nam się na ostat­ni scho­dek we­ran­dy.

– Nie wąt­pię.

– Ma­cie prze­rwę w me­czach? – Chcę go omi­nąć i wejść do domu, ale sta­nął (za­ło­żę się, że spe­cjal­nie) przy sa­mych drzwiach. Je­stem pew­na, że cze­ka, aż po­pro­szę go, aby ła­ska­wie się prze­su­nął. – Ma­rek śle­dził ostat­nio ta­be­le, mó­wił, że se­zon do­brze wam po­szedł.

Okej. W tej kwe­stii nie je­stem świ­nią i nie za­mie­rzam iro­ni­zo­wać. Bo za to, że Igor jest jed­nym z naj­lep­szych siat­ka­rzy w Pol­sce – z War­szaw­ski­mi Or­ła­mi zaj­mu­je pierw­sze miej­sce w Plu­sLi­dze, a wkrót­ce z ka­drą na­ro­do­wą ma szan­sę na pu­char mi­strzostw Eu­ro­py – na­le­ży mu się sza­cu­nek. Cała resz­ta jest jed­nak do bani.

Z gar­dła Igo­ra wy­do­sta­je się śmiech ki­pią­cy drwi­ną.

– Ma­rek in­te­re­su­je się spor­tem? Czyż­by zwą­chał oka­zję, jak moż­na na nim za­ro­bić?

– Och, cał­kiem za­po­mnia­łam – mó­wię słod­kim gło­si­kiem, żeby za­raz do­dać ze zło­ścią – że ob­wi­niasz go o całe zło tego świa­ta. Ma­rek śle­dzi two­je suk­ce­sy, bo je­steś jego bra­tem.

Po śmie­chu nie ma śla­du, a ciem­no­brą­zo­we oczy wpa­tru­ją się te­raz we mnie tak dłu­go i in­ten­syw­nie, że aż cała się spi­nam. Na­praw­dę ża­łu­ję, że Igor to du­pek. Ktoś tak przy­stoj­ny, wy­spor­to­wa­ny i uta­len­to­wa­ny mógł­by stwo­rzyć pięk­ną, ro­man­tycz­ną hi­sto­rię. Nie­ste­ty nie wi­dzę dla nie­go ra­tun­ku.

– Mogę? – Wska­zu­ję gło­wą drzwi, a wła­ści­wie po­tęż­ne cia­ło, któ­re je cał­kiem przy­sła­nia. Na ustach Igo­ra po­now­nie wy­kwi­ta cwa­ny uśmie­szek i do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do mnie, jak to za­brzmia­ło. – Wejść. Czy… mogę wejść? – du­kam, tyl­ko się po­grą­ża­jąc.

– Czy ty wła­śnie świn­tu­szysz w my­ślach, Ju­liet­to? – Za­śmie­wa się w głos.

Marsz­czę gniew­nie brwi. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je, bo w rze­czy­wi­sto­ści pew­nie wy­glą­dam na zmie­sza­ną i onie­śmie­lo­ną. Fa­cet ma prze­wa­gę, gó­ru­je nade mną wzro­stem i po­stu­rą. Nie je­stem drob­na, ale też nie prze­sad­nie duża – mimo to przy męż­czy­znach za­wsze czu­łam się… sama nie wiem, jak to na­zwać. Na usta ci­śnie mi się sło­wo „to­por­na”, choć prze­cież wiem, że to tyl­ko echo mo­ich kom­plek­sów, skrzy­wio­nej sa­mo­oce­ny kar­mio­nej książ­ko­wy­mi i fil­mo­wy­mi ide­ała­mi. Tą dziw­ną po­trze­bą, by czuć się drob­ną ko­biet­ką w ra­mio­nach męż­czy­zny. Igor jest je­dy­nym fa­ce­tem, przy któ­rym na­praw­dę wy­da­ję się so­bie ma­lut­ka. Tyle że w tym przy­pad­ku dzia­ła to na moją nie­ko­rzyść. Nie ma w tym nic faj­ne­go.

Czu­ję, jak na moje po­licz­ki wstę­pu­ją ru­mień­ce. Robi mi się go­rą­co. Otwie­ram usta, żeby coś z sie­bie wy­krztu­sić, na przy­kład żeby nie na­zy­wał mnie Ju­liet­tą, na szczę­ście ra­tu­je mnie Lin­da.

– Ju­lio, moja ko­cha­na! – Roz­kła­da ręce na po­wi­ta­nie. – Dla­cze­go sto­icie przed do­mem? Czy Ma­rek już je­dzie? Nie chcę, żeby pie­czeń wy­sty­gła.

Igor prze­su­wa się nie­znacz­nie w bok, żeby mnie prze­pu­ścić. Oczy­wi­ście robi to z pre­me­dy­ta­cją, bo wie, że nie je­stem drob­na jak jego mat­ka i po­trze­bu­ję wię­cej prze­strze­ni, żeby przejść. Ten idio­ta już na star­cie chce mnie po­ni­żyć, po­ka­zać, co o mnie my­śli. Je­stem pew­na, że jego nie­chęć wo­bec mnie wy­ni­ka w du­żej mie­rze z oce­ny mo­jej syl­wet­ki. Pew­nie nie ro­zu­mie, dla­cze­go jego brat nie spo­ty­ka się z ja­kąś su­per­mo­del­ką.

On sam jest za­wo­do­wym spor­tow­cem, jego cia­ło to per­fek­cyj­na rzeź­ba. Szczę­ściarz nie musi na­wet szcze­gól­nie się wy­si­lać, aby to pod­kre­ślić. Wy­star­czy bia­ła ko­szu­la z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i sza­re ele­ganc­kie spodnie, żeby w oczy rzu­ci­ły się sze­ro­ka kla­ta, sil­ne przed­ra­mio­na i dłu­gie, umię­śnio­ne nogi. Jego twarz – bo jak wie­my, Bóg nie jest w ta­kich kwe­stiach spra­wie­dli­wy – też jest ład­na. Nie w taki kla­sycz­ny spo­sób jak w przy­pad­ku Mar­ka, któ­ry zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pa­su­je do bo­ha­te­ra po­wie­ści ro­man­tycz­nej, ale to wciąż ład­na, in­try­gu­ją­ca twarz. Jest w niej coś za­dzior­ne­go, coś, co sta­wia go ra­czej w roli czar­ne­go cha­rak­te­ru (zły do szpi­ku ko­ści, ale ko­niec koń­ców wszyst­kie ko­bie­ty i tak do nie­go wzdy­cha­ją).

Tak czy owak, obaj bra­cia to przy­stoj­nia­cy, ale go­łym okiem wi­dać, że nie są spo­krew­nie­ni. Ma­rek ma sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i jest nie­bie­sko­okim sza­ty­nem o ja­snej kar­na­cji, zaś Igor to dwu­me­tro­wy bru­net o du­żych ciem­no­brą­zo­wych oczach ocie­nio­nych dłu­gi­mi jak na fa­ce­ta rzę­sa­mi. Nie­kie­dy jego tę­czów­ki wy­da­ją się nie­mal czar­ne, a gra­ni­ca mię­dzy nimi i źre­ni­ca­mi zu­peł­nie za­ni­ka. Przy­się­gła­bym, że dzie­je się tak za każ­dym ra­zem, gdy na mnie pa­trzy. Dziś pierw­szy raz wi­dzę go z bro­dą. Jest gę­sta i pro­fe­sjo­nal­nie przy­strzy­żo­na. Dzię­ki niej Igor wy­glą­da po­waż­niej, a już na pew­no groź­niej. Jego skó­ra ma od­cień cze­ko­la­dy z dużą ilo­ścią mle­ka – pew­nie po­win­nam od tego za­cząć, po­nie­waż to coś, co zwra­ca uwa­gę jako pierw­sze. Lin­da, jego mama, to pięk­na czar­no­skó­ra ko­bie­ta po­cho­dzą­ca z Por­tu­ga­lii. Przy­je­cha­ła do Pol­ski jako na­sto­lat­ka. Nie znam do­kład­nie jej hi­sto­rii, wiem tyl­ko tyle, że Igor jest owo­cem jej związ­ku z Po­la­kiem, któ­ry zmarł, gdy ta była jesz­cze w cią­ży.

Omi­jam Igo­ra z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą. Nie­for­tun­nie bio­drem ocie­ram się o jego udo. To le­d­wie mu­śnię­cie, ale wy­star­czy, że­bym spa­li­ła się na po­piół.

Po­dą­żam za Lin­dą, uda­jąc, że nic się nie wy­da­rzy­ło, bo w grun­cie rze­czy nic się nie wy­da­rzy­ło, ale ja, do cho­le­ry, czu­ję, jak­bym wła­śnie zro­bi­ła coś złe­go. Myśl, że Igor idzie te­raz za mną, oglą­da moje krą­gło­ści z naj­gor­szej moż­li­wej per­spek­ty­wy, oce­nia, wy­śmie­wa i kry­ty­ku­je, mro­zi mi krew w ży­łach. Je­dy­nym po­cie­sze­niem jest to, że do­brze się dziś ubra­łam. Za­miast spodni pod­kre­śla­ją­cych wiel­ki ty­łek wy­bra­łam zwiew­ną, kwie­ci­stą su­kien­kę do ko­lan, któ­ra dzię­ki lek­kie­mu roz­klo­szo­wa­niu od bio­der ukry­wa nie­do­sko­na­ło­ści.

Moje spię­cie w obec­no­ści Igo­ra spo­wo­do­wa­ne jest nie tyl­ko tym, że ko­leś mnie nie lubi. Zwią­za­ne jest tak­że z pew­ną wsty­dli­wą ta­jem­ni­cą, któ­rą za­mie­rzam za­brać do gro­bu i któ­rej nie wy­ja­wię, na­wet gdy­by pod­da­wa­no mnie wy­myśl­nym tor­tu­rom. Jak wia­do­mo, sny to coś, cze­go nie kon­tro­lu­je­my. Nie ma do­wo­dów na to, że mają ja­ki­kol­wiek zwią­zek z na­szy­mi uczu­cia­mi, pra­gnie­nia­mi… No do­brze, ko­niec tłu­ma­cze­nia. Mam na swo­im kon­cie ero­tycz­ny sen z Igo­rem. Nie­kie­dy od­no­szę wra­że­nie, że on o wszyst­kim wie. Gdy pa­trzy na mnie w ten ta­jem­ni­czy i chłod­ny spo­sób, nie­mal sły­szę jego my­śli kie­ro­wa­ne w moją stro­nę: WIEM O WSZYST­KIM.

Dla­cze­go to mu­sia­ło spo­tkać wła­śnie mnie? Będę no­si­ła to brze­mię do koń­ca ży­cia i na­wet je­śli tłu­ma­czę so­bie, że nie mia­łam na to wpły­wu, to po­czu­cie winy po­tra­fi nie­źle przy­gnia­tać. Szcze­gól­nie gdy sce­ny ze snu sta­ją mi przed ocza­mi w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. Na przy­kład wte­dy, kie­dy ro­bię so­bie do­brze. Wy­star­czy, że za­cznę się pie­ścić, a nic nie jest w sta­nie od­go­nić tych grzesz­nych my­śli – wspo­mnie­nia snu, w któ­rym wiję się i krzy­czę, pod­czas gdy on wy­ka­zu­je się nie­by­wa­łą spraw­no­ścią pal­ców i ję­zy­ka. „Je­steś cho­ler­nie wku­rza­ją­cą dziew­czy­ną, Ju­liet­to”.

– O czym tak my­ślisz, Ju­liet­to? – Głos Igo­ra sta­je się rze­czy­wi­sty, wi­bru­jąc tuż przy moim uchu.

Wzdry­gam się i czer­wie­nię. Nie­śmia­ło pa­trzę mu w oczy, ale na­tych­miast tego ża­łu­ję, bo tań­czą­ce w nich iskier­ki roz­ba­wie­nia tyl­ko po­gar­sza­ją sy­tu­ację.

Cho­ler­ka, w mo­jej ro­man­tycz­nej hi­sto­rii nie ma miej­sca na ta­kie wpad­ki.

– Gdzie ten Ma­rek? – iry­tu­je się Lin­da, omia­ta­jąc wzro­kiem suto za­sta­wio­ny stół. Imię mo­je­go na­rze­czo­ne­go w jej ustach spro­wa­dza mnie na zie­mię. Znów do­pa­da mnie po­czu­cie winy i wstyd. – Pie­czeń wy­sty­gnie.

– Na pew­no za­trzy­ma­ło go coś waż­ne­go – z kuch­ni do­bie­ga ni­ski głos Hen­ry­ka, na dźwięk któ­re­go sztyw­nie­je mi kark.ROZDZIAŁ 2

IGOR

Je­stem gno­jem. Naj­więk­szym gno­jem, ja­kie­go wi­dział świat. Je­śli pie­kło ist­nie­je, mam już w nim za­re­zer­wo­wa­ne miej­sce. Nie­na­wi­dze­nie przy­bra­ne­go bra­ta to jed­no, ale po­żą­da­nie jego przy­szłej żony to już szczyt wszyst­kie­go.

Nie zmie­nia to fak­tu, że przy­jem­nie było pa­trzeć, jak Ju­lia ocie­ra swój sek­sow­ny ty­łek o mój sa­mo­chód, a póź­niej się ru­mie­ni, przez co pie­gi na jej po­licz­kach sta­ją się ciem­niej­sze. Tyle mo­je­go. Ża­łu­ję je­dy­nie, że nie wło­ży­ła spodni w sty­lu tych, któ­re mia­ła na spę­dzie ro­dzin­nym w ze­szłe lato. Tam­te­go dnia przez całe po­po­łu­dnie po­pra­wia­ła dłu­gą, luź­ną ko­szu­lę za­kry­wa­ją­cą jej bio­dra, ale po kil­ku lamp­kach wina wresz­cie prze­sta­ła się pil­no­wać i nie za­uwa­ży­ła, kie­dy ta się pod­wi­nę­ła. Na samo wspo­mnie­nie tych cu­dow­nych kształ­tów robi mi się cia­sno w spodniach. Na szczę­ście cha­rak­te­rek tej dziew­czy­ny szyb­ko spro­wa­dza mnie na zie­mię i spra­wia, że za­czy­nam jej mniej ża­ło­wać w kon­tek­ście ślu­bu z Mar­kiem. La­ska jest sta­now­czo zbyt słod­ka, uro­cza i po­zy­tyw­na.

Ką­tem oka do­strze­gam, jak spi­na się na dźwięk gło­su Hen­ry­ka. Mój oj­czym jest szorst­ki i bez­u­czu­cio­wy, czy­li do­kład­nie taki, jak jego syn i mój przy­bra­ny brat Ma­rek, ale z ja­kie­goś po­wo­du Ju­lia do­strze­ga tę ce­chę tyl­ko u star­sze­go z rodu.

Dziew­czy­na się pro­stu­je. Wi­dzę, jak za­ci­ska zęby, a se­kun­dę póź­niej uśmie­cha się pro­mien­nie. Oj­czym le­d­wie uno­si ką­ci­ki ust, ale na­iw­na Ju­liet­ta za­do­wa­la się tym ochła­pem, jak­by wła­śnie wy­gra­ła los na lo­te­rii.

Te­atrzyk czas za­cząć.

– A więc to praw­da, że nie bę­dzie cię na ślu­bie? – Hen­ryk zwra­ca się do mnie, choć zna od­po­wiedź, w do­dat­ku nie od dziś.

Sia­dam do sto­łu. Prze­lot­nie zer­kam na mat­kę, któ­rej bła­gal­ne spoj­rze­nie tyl­ko cze­ka­ło, aż je uchwy­cę, i przy­po­mi­nam so­bie, że je­stem tu dla niej.

– Tak się zło­ży­ło – rzu­cam, jak­by za­pa­mię­ta­nie, że gram, kur­wa, w re­pre­zen­ta­cji Pol­ski i w dniu wie­ko­pom­ne­go ślu­bu mam z dru­ży­ną pierw­szy mecz mi­strzostw Eu­ro­py na wy­jeź­dzie, było ta­kie trud­ne.

– To ślub two­je­go bra­ta.

Bra­ta… do­bre so­bie.

Gry­zę się w ję­zyk. _Je­steś tu dla mat­ki, pa­mię­taj._

Zda­ję so­bie spra­wę, że ten czło­wiek ni­g­dy nie bę­dzie ze mnie dum­ny, bo nie uznał mnie za swo­je­go syna, po­dob­nie jak upra­wia­nia za­wo­do­we­go spor­tu nie uwa­ża za praw­dzi­wą pra­cę. Zresz­tą nie sport jest tu pro­ble­mem. Mógł­bym zgar­nąć No­bla z fi­zy­ki, a on i tak po­kle­pał­by mnie po ra­mie­niu, mó­wiąc: „Do­brze ci po­szło, ale No­bel tyl­ko z jed­nej dzie­dzi­ny?”.

Na­gle od­zy­wa się Ju­lia, a co wię­cej, zwra­ca się wła­śnie do mnie.

– Wspa­nia­le, że le­ci­cie do Li­zbo­ny.

Dla­cze­go nie za­cznie swo­jej uko­cha­nej gad­ki o ślu­bie i ca­łym tym ro­man­tycz­nym gów­nie? Ach, tak. Prze­cież wiem, co wła­śnie robi. Gra w grę pod ty­tu­łem „Jak za­ka­mu­flo­wać tę sztyw­ną, śmier­dzą­cą at­mos­fe­rę” albo, jak kto woli, „Uda­waj­my, że wła­śnie jemy ko­la­cję w nor­mal­nej ro­dzi­nie”.

– Bę­dzie­cie mie­li czas na zwie­dza­nie? – do­da­je, wpa­tru­jąc się we mnie in­ten­syw­nie piw­ny­mi ocza­mi. Ocze­ku­je od­po­wie­dzi, więc ro­bię do­kład­nie to samo. Świ­dru­ję ją wzro­kiem. Mam na­dzie­ję, że umie­jęt­nie to od­czy­ta.

Po chwi­li ucie­ka spoj­rze­niem w pu­sty ta­lerz i po­pra­wia się na krze­śle. Je­den zero dla mnie.

– Mamy na­pię­ty gra­fik – od­po­wia­dam. – Ale może chcesz mi coś po­le­cić? By­łaś kie­dyś w Por­tu­ga­lii? – Nie wiem, dla­cze­go w to brnę. Chy­ba spodo­ba­ło mi się pe­sze­nie jej. Zde­cy­do­wa­nie chcę wię­cej.

– Nie, nie by­łam. Za da­le­ko na po­dróż au­tem, a sa­mo­lo­ta­mi nie la­tam.

– Dla­cze­go?

– Ze stra­chu.

– Se­rio? Jak mo­żesz bać się cze­goś, cze­go ni­g­dy nie prze­ży­łaś?

– Cóż, mowa o za­mknię­ciu w ma­szy­nie le­cą­cej śred­nio dwa­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów nad zie­mią.

– Chcesz po­wie­dzieć, że ni­g­dy nie by­łaś za gra­ni­cą? – Roz­sia­dam się na krze­śle nie­co non­sza­lanc­ko.

– Nie mia­łam oka­zji, ale szcze­rze mó­wiąc, kom­plet­nie tego nie po­trze­bu­ję.

– Po­dró­żo­wa­nia? Zwie­dza­nia? – Czu­ję na so­bie cię­żar spoj­rze­nia mat­ki, jed­nak nie prze­sta­ję. – Od­kry­wa­nia in­nych kul­tur? Pró­bo­wa­nia pysz­ne­go je­dze­nia?

Przy­gry­zio­na war­ga przy­cią­ga moje spoj­rze­nie. Szko­da, że z tych ró­żo­wych ust wy­cho­dzą sło­wa wiel­bią­ce naj­więk­sze­go dup­ka na zie­mi. To nie wina Ju­lii. Jest zbyt słod­ka, uprzej­ma, miła, skrom­na – wszyst­ko to dzia­ła mi na ner­wy, ale w głę­bi du­szy wiem, skąd się bio­rą moje uprze­dze­nia wo­bec niej. Wy­star­czy, że jest na­rze­czo­ną Mar­ka. Je­śli ko­cha mo­je­go przy­bra­ne­go bra­ta, nie może być do­brą oso­bą. Nie po­wstrzy­mu­je mnie to jed­nak przed wy­obra­ża­niem so­bie, jak ide­al­nie te peł­ne war­gi wy­glą­da­ły­by na moim ku­ta­sie.

– Je­stem ra­so­wą do­ma­tor­ką – od­po­wia­da Ju­lia.

Przy­zna­ję, mam małą ob­se­sję na punk­cie wy­glą­du tej bla­dej pie­gu­ski. Sam nie wiem, co fa­scy­nu­je mnie w niej bar­dziej. De­kolt usia­ny pie­ga­mi? Cie­ka­we, czy po­kry­wa­ją rów­nież pier­si… A może cho­dzi o wło­sy, któ­rych ko­lo­ru nie po­tra­fię jed­no­znacz­nie okre­ślić? Trud­no stwier­dzić, czy są brą­zo­we, czy rude.

Oczy­wi­ście wiem, że nie mogę po­żą­dać tej dziew­czy­ny, i by­naj­mniej nie ma to związ­ku z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Mam gdzieś mo­je­go par­szy­we­go bra­cisz­ka i by­cie uczci­wym wo­bec nie­go. Po pro­stu ni­g­dy wię­cej nie po­zwo­lę so­bie na za­zdrość o to, co na­le­ży do nie­go.

– Ro­zu­miem – nie re­zy­gnu­ję z dys­ku­sji. – Czy­li ślub, dom z ogród­kiem, dzie­ci, psy i tego typu rze­czy. – Moje sło­wa ocie­ka­ją drwi­ną, któ­rą dziew­czy­na na­tych­miast wy­chwy­tu­je. Wi­dzę to po tym, jak znów za­ci­ska zęby i mru­ży oczy, pró­bu­jąc za­mor­do­wać mnie wzro­kiem.

– Stwo­rzy­cie wspa­nia­łą ro­dzi­nę. – Z od­sie­czą przy­cho­dzi mat­ka. Kła­dzie dłoń na drob­nych pal­cach Ju­lii i ob­da­ro­wu­je ją ła­god­nym spoj­rze­niem. – Już nie mogę się do­cze­kać!

Gest mat­ki spra­wia, że zwra­cam uwa­gę na dło­nie na­rze­czo­nej mo­je­go bra­ta, na któ­rych znaj­du­ją się tyl­ko dwa pier­ścion­ki: zło­ty z zie­lo­nym szkieł­kiem, no i ten z wiel­kim bia­łym dia­men­tem, któ­ry do­sta­ła od Mar­ka na za­rę­czy­ny. Za­sta­na­wia mnie ten na­gły mi­ni­ma­lizm, bo cho­ciaż wi­dzia­łem ją le­d­wie trzy razy w ży­ciu, za­re­je­stro­wa­łem, że ma za­mi­ło­wa­nie do bo­ga­te­go zdo­bie­nia pal­ców i uszu. Pa­mię­tam, że po­świę­ci­łem na­wet chwi­lę za­sta­na­wia­jąc się, czy uwa­żam to za bar­dziej ki­czo­wa­te, czy sek­sow­ne.

Mat­ka prze­no­si wzrok na mnie. Bied­na, musi bo­leć ją gło­wa od sie­dze­nia w ta­kim na­pię­ciu. Je­dze­nie ko­la­cji przy jed­nym sto­le ze mną i moim oj­czy­mem jest jak sie­dze­nie na ty­ka­ją­cej bom­bie. Przy czym to mnie uwa­ża za za­pal­nik.

Się­gam po szklan­kę. Zim­na woda przy­jem­nie chło­dzi gar­dło. Po­sta­na­wiam od­pu­ścić.

Jak tyl­ko prze­ko­nu­ję sa­me­go sie­bie, że nie war­to prze­sad­nie an­ga­żo­wać się w to spo­tka­nie, spły­wa na mnie spo­kój. Je­stem ostat­nią oso­bą, któ­ra w tym gro­nie może ko­muś cze­goś za­zdro­ścić. Osią­gną­łem suk­ces, któ­ry za­wdzię­czam wy­łącz­nie so­bie. Swo­jej cięż­kiej pra­cy, de­ter­mi­na­cji i wie­lu wy­rze­cze­niom. Nie bez zna­cze­nia są też lata roz­mów z psy­cho­lo­giem spor­to­wym i wy­ja­śnie­nie so­bie, jak nie­któ­re spra­wy z prze­szło­ści usi­ło­wa­ły ode­brać mi dumę i ra­dość z tego, co mam. Jed­nak z ja­kie­goś po­wo­du od­czu­wam na­gły skok ci­śnie­nia krwi, gdy mat­ka wspo­mi­na o ślu­bie Mar­ka i Ju­lii z ta­kim en­tu­zja­zmem, jak­by to było naj­więk­sze osią­gnię­cie w ro­dzi­nie. Zde­cy­do­wa­nie więk­sze od tego, że jej ro­dzo­ny syn zdo­był z dru­ży­ną wszyst­ko, co było do wzię­cia w se­zo­nie, i zo­stał po­wo­ła­ny do ka­dry na­ro­do­wej na mi­strzo­stwa Eu­ro­py w siat­ków­ce. Ki­bi­cu­ją mi i wiel­bią mnie mi­lio­ny lu­dzi w tym kra­ju, a ja na­dal czu­ję, że dla wła­snej mat­ki je­stem gor­szy od przy­spo­so­bio­ne­go syna – praw­ni­ka, któ­ry rok temu otwo­rzył ze wspól­ni­kiem kan­ce­la­rię w cen­trum War­sza­wy.

– Wy­bacz­cie spóź­nie­nie!

Wresz­cie wpa­da Ma­rek i za­czy­na wi­tać się ze wszyst­ki­mi po ko­lei. W na­szym przy­pad­ku koń­czy się na szyb­kim uści­sku dło­ni.

Z oj­cem rów­nież wy­mie­nia uścisk, kle­pią się ple­cach. Moja mat­ka do­słow­nie rzu­ca mu się na szy­ję. Za­raz po­tem Ma­rek na­chy­la się do Ju­lii i ca­łu­je w po­li­czek, rzu­ca­jąc ci­cho:

– Gdzie su­kien­ka ode mnie? – Po czym roz­sia­da się na krze­śle obok.

Ju­lia, jak za­wsze, pró­bu­je przy­kryć za­kło­po­ta­nie uśmie­chem. Dys­kret­nie chwy­ta de­kolt su­kien­ki w kwia­ty i pod­cią­ga go w górę. Mam dziw­ne prze­czu­cie, że bę­dzie wy­ko­ny­wać ten ruch przez cały wie­czór, po­dob­nie jak ro­bi­ła to z ko­szu­lą na let­nim pik­ni­ku.

Chciał­bym wie­rzyć, że się prze­sły­sza­łem, ale sie­dzę zbyt bli­sko. Ten idio­ta za­miast po­wie­dzieć swo­jej dziew­czy­nie, jak pięk­nie dziś wy­glą­da, tyl­ko przy­cze­pił się do tego, że nie wło­ży­ła su­kien­ki wy­bra­nej przez nie­go. Je­śli o mnie cho­dzi, też nie je­stem fa­nem tych zwiew­nych kie­cek, któ­re ukry­wa­ją atu­ty (cho­ciaż de­kolt jest ni­cze­go so­bie, na pew­no nie od­sła­nia pier­si w wul­gar­ny spo­sób), jed­nak ta dziew­czy­na zo­sta­ła hoj­nie ob­da­ro­wa­na przez na­tu­rę, więc mu­sia­ła­by chy­ba wło­żyć wo­rek po­kut­ny, żeby cał­kiem za­sło­nić swo­je buj­ne kształ­ty. Ale ja, do cho­le­ry, nie je­stem jej na­rze­czo­nym, tyl­ko ob­cym ko­le­siem, któ­ry sta­now­czo za dużo my­śli o jej sek­sow­nym cie­le. To Ma­rek po­wi­nien śli­nić się na jej wi­dok, nie ja.

Mat­ka wcho­dzi w rolę go­spo­dy­ni domu. Za­czy­na tłu­ma­czyć, co jest na sto­le, wszy­scy chwa­lą za­pa­chy i wy­gląd po­traw, zu­peł­nie jak­by nie wie­dzie­li, że to nie ona je przy­go­to­wa­ła, a pra­cu­ją­ca dla ro­dzi­ny ku­char­ka. Ju­lia też po­dej­mu­je tę grę, prze­cho­dząc do po­rząd­ku dzien­ne­go nad nie­zbyt mi­łym po­wi­ta­niem, któ­re za­ser­wo­wał jej na­rze­czo­ny. Tyl­ko ja go­tu­ję się w środ­ku i wy­obra­żam so­bie, jak wy­glą­da­ła­by gęba Mar­ka za­to­pio­na w so­sie z tej so­czy­stej pie­cze­ni.

Przez ko­lej­ne dwie go­dzi­ny słu­cham o nud­nych praw­ni­czych spra­wach. Za­baw­ne, że Hen­ryk tak czę­sto pod­kre­śla, jak bar­dzo jest dum­ny z kan­ce­la­rii syna, pod­czas gdy więk­szość spraw Ma­rek pro­wa­dzi na jego zle­ce­nie. Mój oj­czym jest wła­ści­cie­lem sie­ci luk­su­so­wych ho­te­li w War­sza­wie, a Ma­rek od za­wsze był przy­go­to­wy­wa­ny na prze­ję­cie ro­dzin­ne­go biz­ne­su. Tak więc ży­cio­wa ścież­ka, któ­rą ob­jął mój bra­ci­szek, tyl­ko na po­zór jest re­ali­za­cją wła­snych pla­nów i am­bi­cji. Do­ce­lo­wo i tak cho­dzi o re­pre­zen­to­wa­nie in­te­re­sów ta­tu­sia.

Nie bra­ku­je też te­ma­tów o prze­wod­nim ko­lo­rze we­se­la, ro­dza­jach kwia­tów i zbli­ża­ją­cej się przy­miar­ce suk­ni ślub­nej. Wspa­nia­le, że nie bę­dzie mi dane zo­ba­czyć fi­na­łu tego cyr­ku. Oka­zję do spo­tka­nia z całą ro­dzi­ną będę miał do­pie­ro za dwa mie­sią­ce pod­czas co­rocz­ne­go pik­ni­ku na ko­niec lata. To tra­dy­cja, któ­rą mat­ka i oj­czym kul­ty­wu­ją od dwóch de­kad. Każ­de­go roku dwu­dnio­wa im­pre­za od­by­wa się w in­nej lo­ka­li­za­cji i zjeż­dża się na nią cała ro­dzi­na, a tak­że przy­ja­cie­le i wspól­ni­cy Hen­ry­ka. To jed­no z naj­więk­szych wy­da­rzeń war­szaw­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. W tym roku je­dzie­my na Ma­zu­ry. Za każ­dym ra­zem mat­ka pod­kre­śla, jak waż­na dla ro­dzi­ny jest moja obec­ność, a ja ro­bię to dla niej, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że będę miał spo­kój przez ko­lej­ny rok.

– Po ślu­bie po­win­naś zde­cy­do­wa­nie mniej pra­co­wać. – Wra­cam na zie­mię, gdy oj­czym zwra­ca się do Ju­lii. – Pew­nie gdy po­ja­wią się dzie­ci, zo­sta­niesz w domu. Ale do tego cza­su może war­to po­my­śleć o zmia­nie pro­fe­sji. Pra­ca biu­ro­wa w go­dzi­nach od ósmej do szes­na­stej wy­da­je się roz­sąd­niej­sza. W mo­ich ho­te­lach wciąż szu­ka­ją ko­goś do księ­go­wo­ści. Czy Ma­rek nie wspo­mi­nał, że masz fa­kul­tet z fi­nan­sów?

– Och, to bar­dzo miłe – od­po­wia­da – ale nie wy­obra­żam so­bie zaj­mo­wać się czym­kol­wiek in­nym niż fi­zjo­te­ra­pią.

– Ma­rek mó­wił, że nie masz naj­lep­szych wa­run­ków, i do tego mie­wasz pro­ble­my z urlo­pem.

Ma­rek mó­wił. Ma­rek wspo­mniał.

Dys­kret­nie zer­kam na ze­ga­rek i za­sta­na­wiam się, jak dłu­go mu­szę tu jesz­cze sie­dzieć, żeby we­wnętrz­nie nie umrzeć, a jed­no­cze­śnie nie spra­wić przy­kro­ści mat­ce zbyt wcze­snym odej­ściem od sto­łu. Tak bar­dzo chciał­bym już wsko­czyć w sze­ro­kie ba­weł­nia­ne dre­sy i luź­ny T-shirt, otwo­rzyć piwo IPA, któ­re chło­dzi się w mo­jej lo­dów­ce, i obej­rzeć skró­ty li­go­wych me­czów.

– To praw­da, szef nie jest zbyt wy­ro­zu­mia­ły. Po ślu­bie ro­zej­rzę się za in­nym ga­bi­ne­tem. – Wi­dać, że Ju­lia bar­dzo się sta­ra nie ura­zić przy­szłe­go te­ścia.

Dał­bym wie­le, żeby zo­ba­czyć ją, kie­dy prze­sta­je się tak prze­sad­nie kon­tro­lo­wać.

– Ta bran­ża jest spe­cy­ficz­na, wąt­pię, że­byś w in­nym miej­scu zna­la­zła lep­sze wa­run­ki.

Ju­lia wkła­da do ust ziem­nia­ka. No cóż moja mat­ka jak zwy­kle zi­gno­ro­wa­ła fakt, że jej przy­szła sy­no­wa jest we­ge­ta­rian­ką, więc je­dy­ne, co może zjeść tego wie­czo­ru, to wła­śnie ziem­nia­ki i sa­ła­ta. Dziew­czy­na uśmie­cha się z peł­ny­mi usta­mi i kiwa gło­wą, a ja czu­ję się lek­ko po­bu­dzo­ny tym spek­ta­klem.

– Ko­cha­nie, niech na­sze dzie­ci ro­bią to, w czym czu­ją się naj­le­piej. – Mu­szę przy­znać, że po­sta­wa mat­ki, któ­ra zwy­kle ule­ga mę­żo­wi, nie­co mnie za­ska­ku­je.

– Ma­so­wa­nie ob­cych lu­dzi to chy­ba nie jest naj­lep­szy wy­bór – od­bur­ku­je Hen­ryk.

Przy­glą­dam się drob­nej grdy­ce Ju­lii wol­no prze­su­wa­ją­cej się pod cien­ką skó­rą szyi.

_No, da­lej, dziew­czy­no. Po­wiedz mu, do cho­le­ry, o czym my­ślisz._

– Wła­ści­wie fi­zjo­te­ra­pia to coś wię­cej niż ma­saż.

_Tyl­ko tyle? Na­praw­dę są­dzisz, że obro­nisz się w tej nie­rów­nej wal­ce, bę­dąc po­tul­na jak ba­ra­nek?_

– Fi­zjo­te­ra­pia w ostat­nich la­tach moc­no się roz­wi­nę­ła i ro­śnie na nią za­po­trze­bo­wa­nie – wtrą­cam się, bo to wi­do­wi­sko prze­sta­je mnie już ba­wić. – W spo­rcie zde­cy­do­wa­nie czę­ściej mamy do czy­nie­nia z fi­zjo­te­ra­peu­ta­mi niż or­to­pe­da­mi. Po­ma­ga­ją wró­cić lu­dziom do spraw­no­ści po ura­zach, kon­tu­zjach i ope­ra­cjach.

Usta Hen­ry­ka wy­krzy­wia­ją się w kwa­śnym uśmie­chu. Zwra­cam się bez­po­śred­nio do nie­go:

– Po­dob­no szy­ku­jesz się na wsta­wie­nie en­do­pro­te­zy bio­dra. Po ope­ra­cji bę­dziesz po­trze­bo­wał ko­goś ta­kie­go jak Ju­lia.

Po­licz­ki dziew­czy­ny pło­ną, roz­chy­lo­ne war­gi wy­ra­ża­ją zdzi­wie­nie.

– Do­praw­dy? – Hen­ryk ścią­ga krza­cza­ste brwi. – To cie­ka­we – do­da­je i sku­pia uwa­gę na pie­cze­ni.

Czu­ję na so­bie wzrok Ju­lii. Cze­ka­łem na to. Chcę zo­ba­czyć wdzięcz­ność, choć­by drob­ne ski­nie­nie, a może na­wet uśmiech. Chcę zo­ba­czyć, że jest pod wra­że­niem. Ale ona tyl­ko mru­ży oczy. A mnie bar­dzo nie po­do­ba się to ba­daw­cze, po­dejrz­li­we spoj­rze­nie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij