Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bezruch - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
3680 pkt
punktów Virtualo

Bezruch - ebook

Intensywne śledztwo, niepokojące odkrycia i przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć.

Trwają poszukiwania chłopca porwanego przez zdesperowanego ojca. W trakcie śledztwa warszawscy policjanci w posowieckim bunkrze przypadkowo trafiają na makabryczne znalezisko – zmumifikowane ciało kobiety.

Wkrótce wychodzi na jaw, że korzenie tej zbrodni sięgają czasów PRL-u. Podkomisarz Olga Suszczyńska podejmuje próbę rozwikłania zagadki, która jest bardziej skomplikowana, niż ktokolwiek przypuszczał. Sprawa okazuje się wyjątkowo delikatna, gdyż jest powiązana z wpływowym kandydatem na prezydenta, wysoko postawionymi politykami, mafią, a nawet policją.

Kto i z jakiego powodu próbuje zatuszować zbrodnię sprzed lat? Czy Serbii uda się dotrzeć do prawdy?

Bezruchto świetnie skonstruowany kryminał, mocno osadzony w realiach polskiej historii, w którym tajemnice łączą przeszłość z teraźniejszością.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68542-31-8

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała. Czekała na kroki w ciemności. Kiedyś bałaby się ich, nieważne, czy to było człapanie starego, czy to ten młody, lepszy, suwał stopami. Kiedyś kroki znaczyły, że ten, który przyjdzie, zrobi jej krzywdę. Czasami taką zwyczajną, że dostanie po twarzy. Albo wyleje herbatę na spodnie.

Spodniom już wszystko jedno, ale wrzątku żal, bo nie piła dawno, i za tę herbatę, gdyby ją zostawił, oddałaby wiele.

Najgorzej było, kiedy zmuszali ją do siedzenia na golasa i ktoś patrzył na jej brudne ciało, a ona czuła wstyd najpierw z powodu nagości, a potem już tylko brudu, obwisłych piersi, skóry na brzuchu, szczeciny na nogach. Drżenia rąk. Kolan obitych jak jabłka. Nawet obgryzionych paznokci.

Na początku bała się nawet samej ciemności, ale potem przywykła, zdążyła się przekonać, że ciemność jest dobra. Pozwala się ukryć. Nie patrzeć w oczy. Nie czuć wstydu. Nie uciekać. Pozwala leżeć bez ruchu, być jak drewno. A może nawet jak kamień. Napisy w kamieniu trwają dłużej niż w drewnie. Ale najdłużej trwa to, co w sercu. W ciemności można przestać się bać. Bo kiedy leżysz bez ruchu w absolutnej ciemności, możesz zniknąć. Rozpuścić się jak grudka soli. Wystarczy poczekać. I mieć jeszcze tylko tych kilka kropel wilgoci.

Na początku zostawiali jej wodę w butelce po mleku. Takiej litrowej. Kiedy już była pusta, przykładała do niej ucho i wtedy butelka szumiała.

Wtedy bała się jeszcze ciemności i ten szum pomagał jej przetrwać. Za bardzo się bała, żeby zasnąć. Zdawało jej się, że za blaszanymi drzwiami ktoś jest. I tam oddycha. Takim dziwnym rwanym oddechem, jakby przez szmaty. Przerażała ją wizja, że to ciemność oddycha. Nienawidziła tego oddechu. Temperatury nieprzystającej do okoliczności. I tego, że ciemność nie potrafiła się dopasować. Nigdy nie była w sam raz. Ani obojętna.

Trzeba się wtedy bać. Więc lękała się jej drżenia, pulsowania, nagłych skurczy nabrzmiałej wężowej powłoki, lśniącej, oleistej, naładowanej elektrycznością.

Czasami, kiedy marzła na kość – bo brzydziły ją stare wojskowe pledy, które jej dali, nie wiadomo, kto ich dotykał ani co to były za plamy – i zapalali jej żarówkę podczas jedzenia, widziała te koce na tyle dokładnie, żeby wszystkich plam nauczyć się na pamięć. Mapa plam.

Nie chciała dotykać w ciemności żadnych plam, bo wtedy sama ciemność zdawała się ją dotykać. A kiedy miała gorączkę – na pewno czasami ją miewała – to ciemność drażniła ją zimną, obleśną, bliską miękkością pleśni.

Najbardziej bała się tego jej pulsowania. Dokładnie tak samo czuła się dawno, dawno temu, kiedy razem ze Stefankiem wysłuchiwali opowieści babci. Mama zawoziła ją na wieś do babci, a potem znikała, by robić karierę na uniwersytetach, dyskutować o słowach ludzi pochowanych przed wiekami w drewnianych skrzyniach i pod kamiennymi płytami sarkofagów; ludzi, którzy nie mieli już serc, płuc ani ust, ale wciąż gadali i gadali, a mama wyławiała w ich słowach sensy, niezrozumiałe dla nich samych, bo w dawnych czasach było za wcześnie, żeby wszystko ogarniać umysłem.

Babcia wycierała ręce w fartuch, głaskała Stefanka po włosach, a Aśkę po policzku. Wtedy dziewczynka wciągała głęboko do płuc zapach rosy, krowiego łajna i kurzej posoki, bo przecież skoro przyjeżdżali, babcia musiała nastawić rosół.

W ciągu dnia biegali po łąkach. Brudzili buty w błocie, nabierali brunatną breję w złączone ręce i ganiali kurczęta, żeby wylać im ją na głowy. Albo szturchali świnię łodygą lebiody. Świnia przekomarzała się z nimi, że niby tego nie czuje, nie widzi, ale jak tylko łodyga była blisko ryja, to chwytała ją i ciągnęła. Wtedy się śmiali i zdawało im się, że świnia śmieje się razem z nimi.

Wieczorami babcia nalewała zagotowanej wody do cynowej wanny, którą ustawiała na środku kuchni, blisko pieca. Wodę lała wiadrem, a gdy już się postarzała i osłabła – to garnkiem z czarnymi uszami.

Kiedy rozchlapali wszystko i włosy schły im pod szarymi kłębami ręczników, nakrywała oboje pierzyną, zapalała cztery świece w podstawce zabawkowej choinki, na której wierzchołku na krótkiej osi znajdował się pofałdowany blaszany baldachim. Gorące powietrze ze świec sprawiało, że baldachim zaczynał się obracać, a dzwoneczki dzwoniły. Myślała wtedy, że nadchodzą święta.

Potem się dowiedziała, że to była ruska choinka, więc żadne święta nie nadeszłyby z jej powodu. Ale i tak chciała, żeby to wszystko wróciło. Żeby przyszła babcia i zabrała ją stąd, z tej czeluści. Wie, że to czeluść, bo kazali jej tutaj zejść po drabinie, którą potem wyciągnęli na górę. Musiała zostać sama.

Babcia znała mnóstwo opowieści. Na przykład o skarbach ukrytych w lochach. Trzeba było odnaleźć wejście, przeżegnać się trzy razy, wpełznąć do środka i nigdy, ale to nigdy nie oglądać się za siebie. Kto się obejrzał – zamieniał się w kamień. A kamień nie chodzi. Nie może wrócić do światła. Nie ma rąk. Nie może zdobyć skarbu. A na dodatek wszystko pamięta. Czasami babcia zmieniała to i owo. Wtedy ten, kto się obejrzał, zamiast w kamień, zamieniał się w słup soli. Lepiej było być kamieniem niż słupem soli. Szczury nie mogły ugryźć kamienia, lubiły za to lizać sól.

To obrzydliwe, być słupem soli.

Wolała inne bajki. Na przykład o księżniczce na ziarnku grochu. Stefanek ją lubił, bo było tam miejsce dla księcia, dla rycerza. Dla kogoś, kto potrafiłby zabić smoka i uratować królestwo, a nie tylko być kamieniem.

W opowieści o księżniczce nie było wcale ciemności.

A teraz była wszędzie, ale Aśka bała się jej mniej niż światła. Ciemność oznaczała, że jest sama. Mogła w spokoju leżeć na czterech deskach, owinięta szmatami, i płakać. Nie sądziła, że człowiek może aż tak dużo płakać. I że jest tyle rodzajów płaczu: z bólu, głośny, niepohamowany, płacz kogoś, kto nie spodziewał się zła. Płacz z powodu zdartego kolana i wybitego zęba. Taki płacz ma koniec. Mama podnosi cię z ziemi, otrzepuje zabrudzone ręce, dmucha na nie albo całuje. Potem przytula i po bólu.

Inny natomiast jest płacz z bólu, który nie mija. Na przykład kiedy skórzana pałka trafia w udo pierwszy raz. Płacz ze zdumienia, że to prawda. Że oni naprawdę biją. Albo ten z powodu bólu zęba. Powiedziała im, że ząb boli i nie przestaje, że się ułamał kawałek, dziąsło puchnie, ale tylko wzruszali ramionami.

„Nic się nie da z tym zrobić. Napiszesz, co potrzeba, i może coś się poradzi. Polopirynę albo tabletkę z krzyżykiem”.

Ale nie chciała pisać. Nie wolno jej. Musi wytrzymać, myślała, musi wytrzymać, wszystko przecież ma swój koniec. Każda książka, burza i każdy kawałek chleba, choćby go tylko ssać, nawet nie gryźć, też ma kiedyś koniec.

Potem jednak się poddała. Pisała.

Pisała za wodę i chleb. Ale żadnych dokumentów. Listy pisała. Że tęskni. Że jej go brak. Żeby przyjechał po nią i zabrał ją z tego świata. Dopóki pisała, miała światło. Dziwne listy. Wiedziała, że to może być podstęp, ale nie potrafiła go rozgryźć. Mimo to postanowiła zaryzykować. To nie był gryps, ale szyfr. Wiadomość osobista. Trzeba ją ułożyć tak, żeby oni nie zrozumieli. Ale czy on będzie wiedział? Może gdyby nie była tak strasznie zmęczona z powodu braku snu, to napisałaby lepiej. Ale kiedy nie śpisz, tracisz czujność.

Ile można leżeć w ciemności, kiedy nie wiesz, która godzina ani jaki dzień? Ani jaka epoka? Przypomniał jej się Stachura, jak leży w swojej kurtce wojskowej przy torach w Bednarach pod lokomotywą i jak go wyciągają, wciąż żywego, ale już bez palców. Na gitarze nie zagra nigdy więcej „nie Brookliński Most, lecz na drugą stronę głową przebić się przez obłędu los, to jest dopiero coś!”.

Ona ma wszystkie palce. Ale nie wie, czy zagra, czy nie będzie się bała otworzyć ust. Tyle dni nie myła już zębów. Zęby bolą. To pewnie taki sam ból jak ten z bezsilności, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochasz, z powodu choroby, o której nikomu nie wolno powiedzieć. Dziwny jest wtedy płacz. Dużo łez i prawie żadnych dźwięków. Czasami krew na przygryzionej dłoni, żeby na chwilę zapomnieć. Albo ten dziwny skurcz, kiedy nie możesz złapać powietrza, gdzieś na granicy histerii.

Pewnego dnia usłyszała, że musi się umyć, bo ktoś do niej przyjedzie. Adwokat? No pewnie, że adwokat, a kto inny? Matka za granicą, brat nie wiadomo gdzie, babcia umarła na tę wstydliwą chorobę – zapomniała, kim jest, nie pamiętała nawet, żeby załatwiać się do toalety. Brzydziła się wtedy babką, myślała, że lepiej jej będzie u sióstr, a teraz sama ma obsikane nogi, i nic. To nie boli. Nie przeszkadza, ale skoro ma przyjść adwokat, to się umyje.

Stał nad nią i patrzył, jak się pochyla nad obitą, dużą białą miednicą, chyba wiadro wody tam weszło. Woda zimna, ale nie szkodzi. Odwróciła się do niego tyłem, kiedy usiadła w tej miednicy, rozchlapując dookoła.

Potem dał jej czystą koszulę. Bluzę. Takie bluzy to chyba nosi wojsko. Długi rękaw. Jakby dres, zielona.

Nie pachniała niczym. Może trochę szczurem.

Czasami, żeby nie zwariować, przypominała sobie po kolei opowiadania o Sherlocku Holmesie.

„Ranek był mglisty, chmurny, nad dachami domów unosił się ciemny obłok, będący jakby odbiciem zabłoconych ulic”¹.

Kiedy szła do toalety, wiedziała, że tam jest światło. Wyglądało to jak jakiś niedokończony bunkier, bo z sufitu i podłogi sterczały końce przewodów oraz prętów zbrojeniowych. Pordzewiałe, martwe, ale niecięte i niepołamane.

Na początku próbowała wszystko zapamiętywać.

Olejną lamperię w kolorze rdzawej czerwieni. Stół obity blachą. Rdzawe plamy na blacie. Metalowy kubek z czarną rączką. Gdyby dostawała gorącą herbatę, parzyłby jej wargi. Ale dawali tylko wodę. Chociaż nie, pierwszego dnia i kilka razy potem dostała kawę inkę. Dziwny zapach i smak. Z termosu. Młody jej przynosił. Kawa i ciastko, myślała, chociaż to była jedynie bułka i serek homogenizowany. Chciało jej się śmiać za każdym razem, kiedy widziała tę nazwę. Homogenizowany. Jakby ktoś z serka chciał uczynić człowieka.

– Niech się pani nie martwi – pocieszał ją młody. – To nie potrwa długo. Kilka dni i po sprawie.

Na początku miała nadzieję. Potem straciła rachubę czasu. Wydawało jej się, że ciemność trwa bez końca. Nauczyła się ich rozpoznawać po tym, jak chodzą. Stary stawiał stopy mocno, słyszała, jak rozchlapuje wodę. Młody ciągnął stopy po ziemi. Na początku zdawało jej się to niemożliwe. Słyszeć kroki przez stalowe drzwi? To musiały być omamy. Przesłyszenia. Fantomy. Ale kiedy zostawiają cię w kompletnej ciemności, skazaną tylko na węch i słuch, zaczynasz słyszeć coraz więcej. Podobnie jest ze smakiem. Nawet zwyczajna bułka z masłem smakuje wówczas niesamowicie.

Na początku nie jadła ani nie piła. Prosiła wtedy o telefon, żeby powiadomili jej brata, mamę, kogokolwiek. Nie rozumiała, dlaczego telefon nie przysługuje. Potem próbowała tłumaczyć, że to przecież pomyłka, ona nie zrobiła nic złego. Kiedy zostawała sama, wciąż i wciąż rozpamiętywała, jak ją zatrzymali, gdy wracała ze spaceru z psem profesora. Najpierw siedziała w normalnym więzieniu, w izolatce. Niczego nie podpisuj, na zeznaniach domagaj się adwokata, a jak przyjedzie, to żądaj, żeby zapisywali wszystkie pytania. Ale nie było przesłuchań. Przewieźli ją do tego miejsca, nie wie gdzie, bo miała na głowie worek.

Potem milczała. Próbowali ją zmusić do pisania. Zacięła się. Nie jadła. Zaczęła jeść dopiero, kiedy próbowała się uczesać palcami i w ręku została jej garść włosów. Wtedy wzięła bułkę od młodego. Coś z nim było nie tak. Posuwał nogami, jakby wiecznie był zmęczony. Wycofany. Może chory na coś? Może nie lubił ciemności? Może nie był szczęśliwy, trzymając ją tutaj, nie wiadomo gdzie?

– No właśnie, może mi pan powie, gdzie my w sumie jesteśmy?

– Niech się pani nie martwi – pocieszał ją. – To już długo nie potrwa.

Nie wierzyła, ale on w końcu jednak przyszedł, przyniósł jej sweter, majtki, męskie, ale i tak była mu wdzięczna. I czyste spodnie. Trzymał ją, kiedy szli po schodach. Nie dał jej patrzeć na tamten straszny korytarz. Ale ona wiedziała już, że tam nie wolno spojrzeć, nie wolno za żadne skarby świata. Ale gdy tylko zamykała oczy, wciąż widziała ten oderwany język. I o mało nie zemdlała, bo kiedy wyszli na zewnątrz, wszystkie zapachy odurzyły ją naraz: noc, ziemia, kwiaty, drzewa, zwierzęta. Najbardziej noc. Ptaki się płoszyły, kiedy szli, a raczej kiedy ją ciągnął, bo nie miała siły. Samochód jakiś ciasny, dał jej się napić wódki, dobrze robi, wódka zawsze dobrze robi. Zaciskała zęby, żeby nie rzygać. Żołądek palił. Jechali chyba po ciemku, nie umiała sobie przypomnieć, a potem już zwyczajnie, drogą. A droga pusta. Żadnego innego samochodu. Kierowca niedbale trzymał kierownicę.

– Niech się pani nie martwi – powiedział przez zaciśnięte wargi. – Nie martw się, niech się martwi martwią. Uciekliśmy, i to najważniejsze.

A teraz siedziała unieruchomiona przy stole. Najpierw poruszała dłonią. Drewno musiało być spróchniałe. A potem napięła mięśnie, szarpnęła i gwóźdź wyszedł ze stołu. Jedną dłoń miała wolną.ROZDZIAŁ 1

Teraz

– Nie, nie mogę zasnąć wieczorem, więc to chyba oczywiste, że się nie wyspałam. – Olga potarła palcami spuchnięte oczy, ale nie pomogło. Były nabrzmiałe i twarde. Jakby miała tam piasek.

– Nie dbasz o siebie. – Głos Szymona dobiegał jakby z oddali. No jak miał być z bliska, skoro dzieliło ich trzysta sześćdziesiąt kilometrów, cztery godziny jazdy, pieprzona kwarantanna, strach, żal, tajemnica.

– Dbam, mam nawet maseczkę na twarzy.

– Ale nie sypiasz. Wiesz, sen dobrze hobi na mechanizmy immunologiczne. A tak już jest z wihusami, że trzeba mieć przeciwcia…

– Seks robi najlepiej. – Chciała na niego warknąć, ale jak warczeć na kogoś, kiedy ta maseczka jest w kwiaty? Tylko taką udało się załatwić. Ktoś w jej kamienicy powkładał sąsiadom maseczki do skrzynek na listy. Żoliborz umie się odnaleźć w trudnym czasie.

Miała na końcu języka, że powinien być tutaj, z nią, razem, a nie w jakimś pieprzonym Wrocławiu. Chciała mu przypomnieć, że mówił, iż załatwi przeniesienie, i co? Teraz, w tej kwarantannie?

– Tak, wiem, chciałbym…

– Nie pierdol, wiesz? Lubię cię i wiele ci mogę darować, ale…

– Ale, Olu – przerwał jej – przecież hozumiesz, jesteśmy na piehwszej linii fhontu.

– Na pierwszej linii frontu to jest pani ze sklepu, w którym kupuję chleb, rozumiesz? Widzę, jak jej się trzęsą ręce i jak chciałaby być w domu z dziećmi czy z wnukami, bo stara już jest, ale stoi tam i sprzedaje ten chleb, nie wiem, ile tych chlebów, bułek, sto? Dwieście? Każdemu „dzień dobry”, „do widzenia”. Ona jest na pierwszej linii frontu. Albo listonosz, albo ci co śmieci wywożą, wiesz, co może być w takich śmieciach?

– Wiem – wszedł jej w słowo. – Wiem. Tym się właśnie zajmuję. Grzebaniem w ludzkich śmieciach.

Nie powiedziała nic.

– Jesteś tam?

– Uspokoiłam się. – Westchnęła. – Nie wiem, co mnie naszło. Przepraszam. Po prostu chciałabym, żebyś był tutaj. Zapieprzamy jak osły, ale jutro wreszcie mam wolny dzień. Będę oglądała Netflixa i jadła.

– Nie mogę przyjechać.

– Wiem. A ja nie mogę dłużej gadać. Gruby idzie. Mordę ma skwaszoną, jakby mieli jednak wprowadzić ten stan wyjątkowy.

– Nie, u nas już po i nic nie…

– Ale wszystkich ściągnął, więc jest coś poważnego. – Wyłączyła komórkę, bo Gruby odkaszlnął w dłoń zaciśniętą w pięść.

Raz, drugi.

Poruszyli się i spojrzeli po sobie.

– To nie wirus, kochani. – Młodszy inspektor Kazimierz Leśmian skulił się w sobie, jakby bolał go brzuch, a potem sięgnął prawą ręką do rękawa swetra i wyciągnął stamtąd chusteczkę.

Staroświecką, płócienną, nie widziała czegoś takiego od dziecka.

– To grypa. – Wytarł nos i wsadził chustkę do rękawa.

Milczeli. Ktoś zaszurał krzesłem.

– Zbadałem się. Mam wyniki testu, rano przyszły. Jest negatywny.

Milczeli. Wiedzieli, że bał się od kilku dni. Był na spotkaniu z ministrem środowiska, a potem telewizja podała, że minister ma koronawirusa.

– Gdybyśmy pracowali w szkole, powiedziałbym, że jeśli ktoś z was się boi albo ma dziecko, albo nie wiem, starą matkę pod opieką, to może pracować zdalnie. – Uśmiechnął się. – Żart taki to miał być.

– Ha, ha – zaśmiał się Pisarski z prewencji.

– No dobrze. – Leśmian odkaszlnął jeszcze raz. – Jak jedni z was już wiedzą, a inni właśnie się dowiadują, mamy sytuację… – Podszedł do stolika, na którym Wiśniewski z dochodzeniówki stawiał laptopa.

Poczekali chwilę, aż nagrzeje się rzutnik.

– Myślałem, że mamy stan wojenny – powiedział Pisarski. – Zostań w domu, nie idź na wybory.

– Mylił się pan. – Młodszy inspektor potarł łysą głowę. Wszyscy wiedzieli, że nie lubią się z Pisarskim, bo Leśmian przyszedł z dobrą zmianą, a to się ludziom nie podobało. Zwłaszcza tym, co ze swoimi poprzednimi szefami pracowali od dekady albo i dłużej.

Cisza była nieznośna. Ludzie oglądali coś w swoich telefonach. Nikt poza Olgą nie miał na twarzy maseczki. Czuła się z tym, jakby była naga, ale postanowiła być twarda. Teraz musiała być bezwzględnie twarda. Musieli to wyczuć, bo nikt się nie zaśmiał, kiedy pierwszy raz przyszła do roboty z maską na twarzy. A może sami też się bali? Przed kulą obroni cię kamizelka, a przed koronawirusem co? Jej matka powiedziałyby, że Bóg, ale skoro episkopat przyznał, że lepiej nie chodzić do kościoła, to znaczy, że Bóg nie ratuje przed wirusem. Och, mogłaby to powiedzieć matce, ale przecież nieżywi nie słuchają.

– Dobra, mam – powiedział Wiśniewski.

Spojrzała na ekran.

Blond włosy, niebieskie oczy, uśmiechnięty, sympatyczny. Gdyby potrzebowała chłopaka i miała Tindera, przesunęłaby jego zdjęcie w prawo, wyrażając swoją aprobatę.

– Jarosław Hełczyński, lat trzydzieści osiem, niekarany, ratownik medyczny, zatrudniony w szpitalu w Bundes… Bundeswehr… ja pierd… co za język – zdenerwował się Leśmian. – Bundeswehrkrankenhaus. Krankenhaus. No. Wczoraj uprowadził syna, Artura, lat pięć, z domu jego matki w Aninie. No, wrzuć mi zdjęcie chłopca.

Na ekranie pojawiła się fotografia dziecka w niebieskim sweterku.

– Zabrał chłopca z podwórka – kontynuował Leśmian. – Babcia, Jadwiga Wolska, próbowała mu przeszkodzić, ale bezskutecznie, Hełczyński powiedział, że ma prawo widywać się z synem. To prawda, ma prawo, ale powinien był to uzgodnić z matką, Haliną Wolską, lat trzydzieści sześć, pielęgniarką, poznali się w pracy, w szpitalu. Mieli dziecko, ślub, rozwód, niebieską kartę, cały zestaw. Ona twierdziła, że się nad nią znęca, dowodów nie było, w końcu go nagrała, jak straszył, że zabije ją i tego chłopca. Wtedy chłopiec miał dwa lata, pożarli się o jej romans. Wiadomo, szpital, nocne dyżury, takie sprawy się zdarzają, dowodów nie było, ale Hełczyński twierdził, że kobieta go puszcza kantem z doktorem Janickim. Może miał rację, bo teraz ona i doktor razem mieszkają.

Olga usłyszała szmer. Faceci zaczęli ze sobą rozmawiać gdzieś za jej plecami.

– Już? – Leśmian odczekał chwilę. Potarł dłonią łysą czaszkę. Wyglądał źle. Ciekawe, czy to naprawdę grypa, pomyślała, czy po prostu pęka, przerasta go to wszystko, że musi stać przed nimi i udawać, że sam nie jest obsrany ze strachu. Przecież ma rodzinę. Pewnie się boi, że przywlecze to do domu. Ona by się bała. Nie miała rodziny, a i tak się bała. Nawet kiedy do niej strzelali, nawet gdy wisiała za nogi z workiem na głowie, nie czuła aż takiego strachu.

– Już? – powtórzył dowódca.

– Panie inspektorze, jak on… jak on w Niemczech pracuje, to jak? Przez te zamknięte granice przejechał?

– Przejechał. Wiśnia, weź powiedz, co wiesz.

– Przejechał przez granicę dwa dni temu, przez Kołbaskowo. Zameldował, że wraca do kraju, wypełnił kartę na kwarantannę, podał adres Aleje Jerozolimskie pięćdziesiąt pięć. Nie stawił się tam, nikt go tam nie zna, uprzedzając wasze pytania, nie ma możliwości sprawdzenia, czy ludzie na granicy podają właściwe dane. Dziecko zabrał około południa, a o trzynastej siedem wysłał SMS do byłej żony, że zabije siebie i chłopca. Że nie da syna obcemu facetowi. – Wiśniewski spojrzał w papiery. – „Ty kurwo, nie zostawię własnego dziecka obcemu facetowi. Nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani Arturka”.

– No ale tu nie ma nic, że chce go zabić, tylko że ona go nie zobaczy.

– Ale ona zadzwoniła do niego od razu pod ten numer i wtedy jej powiedział. Tak zeznała. Że postanowił zabić dziecko, a potem siebie. Po tym, jak się rozłączył, próbowała ponownie dzwonić, ale już tylko słyszała, że abonent czasowo niedostępny, a potem, że nie ma takiego numeru.

– Połamał kartę.

– Tak, prawdopodobnie zniszczył kartę. Zgłosiła się do nas, koledzy z siódmego komisariatu przyjęli zgłoszenie o czternastej trzynaście, no i się zaczęło. Tu mam treść zgłoszenia. – Wiśniewski zaczął znowu szeleścić papierami.

– Nie no, kurwa, Wiśnia. – Leśmian podniósł ręce do góry. – To nie sąd, nie czytaj papierów, bo nie ma czasu. Ten telefon należał do jakiegoś faceta ze Szczecina. Jak chłopaki do niego zadzwonili w nocy, to się okazało, że mu ukradli samochód razem z tym telefonem. Żółty Renault. Babcia nie pamięta, jakim samochodem był u nich ten Hełczyński, ale twierdziła, że żółty. No i mamy to auto, bo dzisiaj rano policjanci z posterunku w Łącku znaleźli Renaulta. W środku są ślady krwi. Nie wiemy jeszcze czyje, niewiele krwi, jak po skaleczeniu raczej, albo może z nosa. W samochodzie nie znaleziono ani Hełczyńskiego, ani tego dzieciaka. Jest decyzja, że szukamy.

– Czego szukamy?

– Ich szukamy.

– Ale gdzie?

– No dookoła tego Łącka.

– Łącka śliwowica najlepsza – mruknął któryś. – Siedemdziesiąt procent jak nic.

Kilku się roześmiało. Napięcie odrobinę zelżało.

– To nie jest to miejsce – powiedział Leśmian. – Śliwowicę gdzieś w górach robią, a to jest Łąck koło Płocka.

Minęło kilka godzin.

Była siedemnasta dwadzieścia pięć. Serbia parkowała Forda przy wąskiej drodze w okolicach Środonia. Z każdej strony Łącka ruszały ekipy poszukujące. Po Hełczyńskim i dziecku ani śladu. Z przeglądu monitoringów wiadomo, że nie byli widziani na żadnej stacji benzynowej. W telewizji pokazali zdjęcie ojca i syna. Żadnego odzewu, ale ludzie mogli mieć dość telewizji. Od początku kwarantanny tylko jęk i ten sam strach. Jakby niektórzy prowadzący mieli satysfakcję, czytając, że wreszcie jest dziesiąta ofiara w Polsce. W każdym razie numer kontaktowy policji milczał. A to się nigdy dotąd nie zdarzało. Zawsze było mnóstwo zgłoszeń. Zawsze ktoś widział gościa podobnego do tego, którego poszukiwały służby.

A teraz nic.

Cisza.

Nie wróżyło to dobrze.

– To tutaj? Jesteśmy we właściwym miejscu?

Wąska droga, las, skrawki pól, niebieskie niebo. Wyż znad Skandynawii. Zimny, słoneczny, aż bolały oczy, tak pięknie.

– Tutaj. – Kosiński sprawdził koordynaty. – W takich sprawach możesz mi zaufać.

Uśmiechnęła się. Tak. W kwestiach dotyczących komputerów, smartfonów i wszystkich tych nowych technologii mogła mu ufać.

– Muszę rozprostować nogi. – Otworzył drzwi i do środka natychmiast wpadły chłód i zapach lasu wymieszany ze smrodem obornika. Budynki, które minęli minutę temu, to pewnie jakaś chlewnia. Takie miejsca zawsze są daleko od ludzi. Patrzyła, jak Kosiński wyciąga z kieszeni czapkę i wsuwa na czoło, a potem, jak wygrzebuje papierosy. W tej zielonej kurtce, dużej, za obszernej, w wąskich spodniach i ciężkich, czarnych skórzanych butach wyglądał jak wielki ptak. Widziała go, jak idzie na drogę, przygarbiony, zmarznięty. Marabut. Jeśli wychowała kogoś w życiu na psa, to właśnie jego. Dobrze go wychowała, bo jest tam, gdzie potrzeba. Nie spieprzył, nie zaszył się w domu, nie próbował iść na zwolnienie.

Zapaliłaby teraz. Oj, zapaliłaby, ale nie możesz, dziewczyno, wiesz, że nie możesz.

Włączyła radio. Sekundę trwało, zanim RDS namierzył nową częstotliwość.

– Liczba przypadków zakażenia koronawirusem w Polsce wzrosła do dziewięciuset pięćdziesięciu siedmiu – powiedział jakiś nowy, nieznany głos. Pomyślała, że wyrzucają teraz z Trójki, kogo się da. – Nowe potwierdzone przypadki dotyczą pacjentów między innymi z województwa dolnośląskiego i wielkopolskiego. Podczas dzisiejszej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki mówił o kolejnych ograniczeniach, które wprowadza rząd w odpowiedzi na rozprzestrzeniającą się pandemię.

– Jadą! – krzyknął Kosiński.

– Och, kurwa. – Wyłączyła radio, założyła maseczkę i spojrzała w lusterko. Wyglądała fatalnie. Jak kaczka. Wyciągnęła ze schowka broń i wygrzebała się z auta. Sprawdziła magazynek. W porządku. Zatrzasnęła i wsunęła do kabury pod ramieniem, zanim pierwszy wóz zdążył zaparkować. Żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej wysypywali się spod plandeki przemarznięci i wystraszeni. Może gdyby pracowała jako dziennikarka w lokalnej telewizji, dałaby się oszukać, ale była policyjnym psem i umiała poznać, czy ktoś szpanuje, czy nie. Widziała, że nadrabiali miną. Chłopaki bardziej niż dziewczyny. Nie miała do nich żalu. Ta ich dziewczyna, porucznik Karpińska, znak Polski Walczącej na naszywce, na wąskim pasku nad kieszonką na piersi, ustawiła ludzi w dwuszeregu. Spojrzała na Serbię.

– Podkomisarz Olga Suszczyńska. – Serbia stanęła przed nimi i dopiero teraz chyba naprawdę poczuła, jak jest zimno. I jak groteskowo musi wyglądać tutaj, w lesie, w maseczce w kolorowe kwiatki. Zsunęła ją na szyję.

– Podkomisarz Olga Suszczyńska. – Teraz zabrzmiało lepiej. Podniosła wzrok. Czerwona smuga słońca odcinała ziemię od zimnego frontu, który wisiał nad lasem jak podarta szmata. – Boicie się. Wiem. Dzisiaj wszyscy się boimy tego pieprzonego wirusa. Ja też. Wiem, że macie rodziny. Niektórzy małe dzieci. Myślicie teraz, że waszym obowiązkiem jest być z nimi. Że jak wstępowaliście do wojska, to miało być inaczej. I że tu marnujemy wszyscy czas, bo prawdopodobieństwo, że to my znajdziemy tego chłopca, jest równe zeru. To prawda. Ale ten chłopiec, Artur, pięć lat, nie ma nawet ciepłej kurtki, bo kiedy ojciec go porwał, był w takiej lekkiej, środek dnia, słońce, ciepło. On też się boi. Boi się, bo chyba już wie, że jego tata zwariował. Bądźcie czujni. Idziemy. Północ, północny zachód, tyralierą, człowiek od człowieka co cztery metry. Nie gromadzimy się, bo wtedy będę musiała was aresztować.

Nikt się nie zaśmiał. Ktoś zakaszlał.

A ona się roześmiała.

– Bez żartów mi tutaj – rzuciła Olga. – Macie przeżyć. Ten facet, Hełczyński, uważajcie na niego, jakby się okazało, że go znaleźliście. Cholera wie, co to za jeden. Desperat. Wtedy lepiej nie podchodzić za blisko.

– Mamy pojemniki z gazem łzawiącym, podoficerowie broń krótką – obwieściła Karpińska.

– Umie pani strzelać, pani…

– Porucznik Karpińska. – Nie wyciągnęła ręki. – Sto pocisków w każdy czwartek. Jak minie to wszystko, możemy spróbować.

– Latarki w dłoń i idziemy – powiedziała głośno Serbia. – Co cztery metry, tyralierą.

Rozwinęli się jak zepsuta gąsienica. Niektórzy mierzyli krokami odległość. Śmiali się, gadali. Ktoś się potknął, bo nierówny teren. Pospolite ruszenie, pomyślała Serbia i posłała Kosińskiego na drugi koniec grupy. Żeby przynajmniej było wiadomo, na jakiej szerokości idą. Mieli maszerować godzinę, potem przesunąć się o całą szerokość szeregu i zawrócić.

I tak do skutku.

To będzie ciężka noc.

Ruszyli. Zmrok zdążył się już zakorzenić pomiędzy pniami drzew, skłębiony, czepiający się wszystkiego, co nie było z gumy ani ortalionu. Najgorszy był ten las. Niskie, uprawowe świerki, gęste, nogi można połamać na wykrotach. Słyszała, jak wojsko człapie, jak się gramoli, sapie, prycha, pokasłuje, jak depcze, uderza czubkami butów o korzenie, klnie, marudzi, ale idzie niestrudzenie krok za krokiem, omiatając pień po pniu nierówną, połamaną linią światła.

Poza śmieciami i pordzewiałymi kawałkami kół od rowerów, butelek i resztek plastikowych toreb nie znaleźli niczego.

Potem wyszli na drogę. Za nią był stary las. Wysoki, smukły, sosnowy, wszystkie drzewa pochylone w jedną stronę, na wschód, jakby każdego dnia przygniatał je ten sam wiatr. Poszycie było miękkie, czasami tylko sterty igieł i niskie krzewy, albo gęste kępy zarośli. Wtedy szereg żołnierzy znowu się chwiał, bo nie wiedzieli, czy mają iść, napierać, czy czekać na tych kilku, co utknęli, żeby przejrzeć te chaszcze, busz, przepłoszyć jakieś nocne zwierzę. Nie, to jeszcze nie noc, jakaś osiemnasta z minutami, zaraz zaterkoce jej stoper w komórce i będzie musiała przestawić swoją drużynę i iść z powrotem. Gdzie są? Google Maps pokazuje jakieś zadupie.

Wyszli na drogę, a za nią pola, ale jakby nieużywane. Brnęli po kolana w zeschniętych łodygach chwastów, lebiody, Bóg wie czego, dzikiej róży, bo łodygi kolczaste, czepliwe, zaciągały nitki spodni. Niebo granatowe. Znowu zagajnik, stara droga z betonowych płyt poprzerastana trawą, zaropiała, płyty jumbo, pomyślała, dawno nie widziała tego wynalazku popularnego w czasach komuny. Za drogą pordzewiały drut kolczasty na betonowych słupach, pochylony w stronę, z której nadeszli. Miejscami połamany, przeżarty rdzą, ale gdzieniegdzie wciąż się trzymał.

– Szlag by to trafił – powiedziała. Zatrzymała się. W lewo od niej tyraliera zrobiła to samo. Światełko przy światełku. Spojrzała na zegarek w telefonie. Jeszcze osiem minut. Osiem minut powinni iść, zanim zawrócą.

– Pani podkomisarz, co robimy? – Karpińska podeszła cicho jak duch.

– Nie wiem, kurwa, jak zaczniemy przełazić przez ten drut, to się wszystko popieprzy… cała ta tyraliera.

– Mieliśmy iść godzinę…

– Zostało siedem minut… nie możemy zawrócić. – Olga zapragnęła, żeby zadzwonił koordynator z informacją, że znaleźli dziecko i mogą wracać do domu.

– Lisicka! Lisicka do mnie! – zawołała porucznik.

Tamta przybiegła ciężkim truchtem. Otyła, nalana, w świetle latarek czerwona z wysiłku. Czy robią im w ogóle jakieś testy sprawnościowe?

– Na rozkaz. – Gruba dziewczyna wyprostowała się, okropnie dysząc.

– Nożyce masz?

– Tak jest.

– To wyciągaj. Tnij co cztery metry, żeby nie gubić szeregu. – Karpińska popatrzyła na Olgę, lekko podnosząc brwi. Cień uśmiechu.

– Damy radę, co nie?

Gruba przecięła siedem strun pordzewiałego drutu przed Olgą.

Pięć minut później ktoś zaczął krzyczeć. Daleko po lewej stronie.

Pobiegła. W tej robocie wiesz, jak brzmi krzyk kogoś, kto się naprawdę boi. Krzaki, spróchniałe drzewa, nikt tu nie sprzątał od lat, wdepniesz, noga grzęźnie jak w bagnie. Serbia szarpie, sznurówki zaczepiają się o korzeń, okrzyków więcej, widzi, że jakieś sto metrów od niej coraz więcej światełek, jeszcze pięćdziesiąt metrów, już, podnosi głowę.

Mężczyzna wisi na pasku od spodni. Spodnie zjechały do kostek, kurtka długa, zakrywa go na szczęście, bo uda rude od zaschniętej kupy. Opuściła oczy. Na buty. Brązowe, piękne, wysoka podeszwa, przeszyte poczwórną nitką, jakby wieczne, niezniszczalne. Wytłoczony na skórze wizerunek drzewa… Skrzyp, skrzyp, wiatr zawiał i poruszył trupem.

– Co teraz? – Porucznik obudziła Serbię z letargu.

– To on, ten ojciec. No co, zabezpieczamy, nie zadeptajcie śladów, okej? Kosiński!

– Jestem, jestem. – Robił telefonem zdjęcia, korzystając z tego, że dookoła dość świateł.

– Dzwoń do naszych, że mamy Hełczyńskiego, i wyślij im namiary.

– Tak, tak, już.

Żołnierki i żołnierze rozstąpili się w półkolu.

– Dajcie światło, ale starajcie się nie zadeptać za wiele, okej? Na dół latarki, jemu już nie pomożemy.

Poświecili. Serbia pochyliła się, uklęknęła.

Mów do mnie, pomyślała, mów do mnie, skąd przyszedłeś, mów, co z dzieckiem? Podniosła wzrok i poświeciła na ręce mężczyzny. Podrapane, brudne, pokaleczone. Ale krwi na nich niewiele. Na rękawach wcale. Spojrzała wyżej. Gdybyś podciął dziecku gardło, byłoby trochę krwi, co nie? Nie wiedziała, czy oszukuje samą siebie, ale chciała przecież, żeby ten chłopiec, Artur, żył.

Przywarła do ziemi. Dotknęła ją dłonią. Metr od drzewa, na którym wisiał Hełczyński, leżał kawał pnia. Stary, zbutwiały, ale kiedyś był równo ucięty. Jakiś metr długości.

Rozejrzała się. Żadnego innego podobnego pniaka nie było widać. Poświeciła po okolicznych drzewach. Same cienkie pniaczki, samosieje, krzewy, w większości iglasta drobnica. A to, na którym wisiał, dąb, stary, duży. Wybrał drzewo, które go utrzyma. Ale skąd ten pień?

Przyjrzała się glebie. Nie była harcerką, ale miała nosa do śladów.

Były tam podbiegnięte wilgocią wgłębienia. Może to jego ślady? Może kiedy dźwigał ten pniak, był na tyle ciężki, żeby je zostawić? Ruszyła za nimi. Niedaleko. Pięćdziesiąt metrów.

– Iść za panią, pani podkomisarz?! – krzyknęła porucznik. – Potrzebuje pani światła?

– Nie, zostańcie tutaj, zaraz wrócę.

Dotarła do miejsca, skąd Hełczyński wziął pniak, nietrudno poznać, bo leżała ich tam cała sterta. Spróchniałe, oplecione kłączami perzu, zakurzone, jakby tkwiły tam od półwiecza, porozsychane, zszarzałe i obsrane przez ptaki. Ale nieprzegniłe. Kopnęła w trawę kilka razy czubkiem buta. Twarde. Pod trawą, igliwiem i cieniutką, może centymetrową warstewką gleby zobaczyła beton. Omiotła latarką dookoła. Tak, tu musiało coś istnieć w jakiejś nieokreślonej przeszłości. Wszystkie drzewa były niskie i słabe, jak niedożywione dzieci. Gałęzie do samej ziemi. Nikt tu nie zaglądał od lat. Ale dalej, pięćdziesiąt metrów stąd, rosły już wielkie, stare konary, widziała ich cienie. A pod nimi rząd białych światełek. Latarki. Oświetliła teren dookoła siebie.

Było tam zagłębienie w ziemi. Jakby wejście do okopu.

– Kosiński! Kosa! Dawaj tu, tylko ostrożnie, nie pozadeptuj za wiele, chyba coś mam! – krzyknęła, bo kiedy podeszła bliżej, zobaczyła pozarastane zielenią schody. I zardzewiałe, ciężkie wrota. Uchylone. Od strony zawiasów świeże kupki rdzy. Ktoś je otworzył całkiem niedawno.

– Hej! Artur! – zawołała.

Nic. Cisza.

Kurwa, pomyślała, nie żyje. Ten chuj jednak zabił syna…

– Jestem.

Kosiński poświecił swoją latarką.

– Rękawiczki masz?

Skinął głową. Podał jej latarkę, wyciągnął z kieszeni lateksowe rękawiczki i założył je raz-dwa. Po kontuzji ręki sprzed paru miesięcy nie pozostał ślad.

– Dobra, idziemy.

– A twoje rękawiczki?

– Fuck you – mruknęła i poczekała, aż otworzy drzwi szerzej.

Weszła pierwsza. Korytarz, pajęczyny, ślady jakiegoś zwierzęcia, może lis, może borsuk, kostki mniejszych zwierząt, ktoś miał tu spiżarnię. Brud. Dwa metry dalej kolejne drzwi. Po obu stronach korytarza.

– Jakiś pieprzony bunkier – zauważył Kosiński. – Jak z gry komputerowej o wampirach.

– Głupi jesteś. Artur! Artur!

Nic.

Zajrzeli za pierwsze drzwi. Łóżko, z materaca została szmata, kiedyś w paski, i zgniłe siano. I biurko. Porozsychana sklejka. Jakieś papiery, długopis Zenith, obudowa wciąż w granatowym kolorze, kieliszki, szklanki, w szufladzie butelka.

– Zostaw, szukamy ciała.

Drugie pomieszczenie puste, trzecie wyglądało jak siłownia: skrzynki, przełączniki, dźwignie, ebonitowe tablice z bezpiecznikami. Do tego fotel, same sprężyny, po poszyciu nie został nawet ślad. Sporo kabli, w kącie skrzynki w maskującym szarym kolorze, napisy po rosyjsku, nie rozumiała.

– Hej, tutaj. – Kosiński wychylił się zza szafy z bezpiecznikami. – Tu było jakieś przejście.

Ruszyła za nim. Wąsko.

– Tu uważaj… – Przeskoczył.

W połowie długości korytarza, na całą jego szerokość ział w podłodze kwadratowy otwór. Metr na półtora, oceniła. Skoczyła. Nie zachwiała się, ale Kosiński i tak ją złapał.

– Czekaj, poświecę. – Nachyliła się nad czeluścią. Światło latarki odbiło się na odblaskowych naszywkach na niebieskiej kurtce.

– Jest dziecko – powiedziała. – Kurwa, wysoko, jakieś dwa metry.

Omiotła ściany w korytarzyku. Nie było drabiny.

– Pomożesz mi zejść i poszukasz jakiegoś sznura czy drabiny. Coś znajdziesz.

Kosiński nie zaoponował. Serbia zsunęła się w głąb, aż zawisła na rękach. Zamajtała w powietrzu nogami. Kosiński zaparł się o ziemię.

– Daj rękę, opuszczę cię, ile się da.

– No gdzie w tych rękawiczkach, kurwa – wysapała.

Ściągnął bez wahania. Wsadziła latarkę do ust i podała mu jedną rękę. Chwycił mocno i opuścił ją tyle, ile był w stanie. To wciąż nie wystarczyło, ale puściła go i skoczyła. Było niżej, niż się spodziewała. Stopy zagłębiły się w czymś mięsistym.

Kurwa, w dziecko wpadłam, pomyślała i natychmiast zrobiło jej się niedobrze, ale nie mogła rzygać, w ustach ciągle ta latarka. Wzięła ją do ręki i zmusiła się, żeby spojrzeć w dół.

Nie, nie wpadła w żadne zwłoki. To były koce, szmaty, jakieś worki, sienniki. Jej stopa tkwiła w rozerwanej poduszce. Pióra zgniły, pleśń je przeżarła. Ktoś musiał przez otwór w suficie nawrzucać tu śmieci. To zamortyzowało jej skok.

Uklęknęła na tym wszystkim i dotknęła szyi dziecka. Poczuła puls. Silny, zdrowy. Chłopiec spał.

– Artur, Artur! – Szarpnęła go za ramię. – Obudź się.

Otworzył oczy z wysiłkiem, mrużąc je od światła.

– Tata? – zapytał.

Opuściła latarkę.

– Nie bój się, tata nic ci już nie zrobi.

– Ja się nie boję taty, ja się boję ducha. Tata powiedział, żebym poczekał, że on przyplowadzi pomoc.

Wzruszyła się na to „l”.

– No właśnie mnie przysłał, żebym cię znalazła. – Chciało jej się płakać. – Tu nie ma żadnego ducha. Zaczekamy, mój przyjaciel znajdzie drabinę i wyciągniemy cię.

Chłopiec usiadł.

– A po co masz to? – Dotknął jej maseczki.

– Żeby nie kaszleć. I żeby nie wdychać takich małych żyjątek, co przenoszą chorobę. Boję się zachorować.

– Ja się boję ducha.

– Duchów nie ma.

– Jest duch, naplawdę, stlaszny duch.

Pokręciła głową, a potem go przytuliła. Za ten strach, za zimno, za kwarantannę, za swoją samotność i pieprzone wojsko Macierewicza, które dało jednak radę, za tego ojca tchórza, co wisiał na dworze, majtając nogami w nowiutkich butach.

– Boisz się? – zapytał chłopiec.

– Nie. Już nie.

– A ja się stlasznie boję. Jak tata mi rzucił lampkę, to się nie bałem, ale potem mi zgasła i się boję.

– Nie, Artur, duchów nie ma.

– Chodź, pokażę ci.

– Nie ma duchów.

– Chodź! – Usłyszała w jego głosie, że poczuł się urażony.

– Kosiński! Kosa! – krzyknęła.

Nic, cisza. Miała nadzieję, że nie wpadł w kolejną dziurę.

– No dobrze, pokaż mi.

– O tam.

Chłopiec stanął i wyciągnął rękę przed siebie. Zaświeciła. Zobaczyła, że to nie zsyp, że jest w pomieszczeniu, z którego można przejść dalej, przez grube stalowe drzwi pomalowane kiedyś szarą farbą. Znowu ruskie litery. Omiotła światłem salę, w której się znajdowali. Po przeciwnej stronie były podobne drzwi.

– Sama zobacz, tam jest – powtórzył Artur.

Weszła. Za pustym, zakurzonym drewnianym stołem siedziała stara kobieta. Ramiona na stole, głowa na ramionach. Włosy białe, czerwony sweter.

Serbia podeszła bliżej.

Przyjrzała się dokładnie. Kobieta nie była stara. Była całkiem wyschnięta. Mumia. Duch.ROZDZIAŁ 7

Otworzyła lodówkę. W środku było przeraźliwie pusto. Dwie puszki śledzi, ogórki kiszone w plastikowym worku z Biedronki, pół litra Finlandii, nieruszone, bo teraz nie mogła przecież alkoholu, stary hummus w słoiku i kiełbasa. Wysuszona. Czy, jak się teraz mówiło, dojrzewająca. Pół butelki mleka. Nie była pewna, czy kobieta w ciąży powinna pić kawę, ale doszła do wniosku, że skoro nie pije alkoholu ani nie pali, a ochotę na papierosa miała wielką, to sobie przynajmniej naparzy cały dzbanek kawy. I poleży do południa. Włączy telewizję i będzie po prostu odpoczywać. Za oknem pięć stopni. Słońce. Piękna, dobra sobota. Powinna ją spędzić z kimś, kto będzie ją drapał po plecach albo głaskał po pośladkach. Powinna się wybrać do IKEA, żeby znaleźć łóżeczko dla dziecka, ale sama nie miała ochoty. Zresztą nie była pewna, czy w ogóle można teraz jeździć do takich sklepów, czy są pootwierane. I czy w ogóle powinna wychodzić z domu. Ale jeśli ona nie pojedzie do roboty, to kto? Te małolaty z pokolenia „Y” czy „Z”? Oni pierwsi spieprzają na L4, jak tylko coś się dzieje. Nie rozumieją, co to znaczy służba. Powinna zadzwonić do Kowalskiego w sprawie tych listów.

Czajnik zagwizdał, wyrywając ją z zamyślenia. Zalała kawę, ale kiedy dodała mleka, wszystko się skisiło.

Jasny gwint, nie ma kiedy iść do sklepu, pomyślała, wyrzucając karton do przepełnionego kubła. Tak, potrzebny jej był w domu facet z krwi i kości, a nie tylko ze wspomnień i marzeń.

Zalała drugą kawę, upiła łyk i poczuła się źle, bo kawa bez mleka z pewnością nie była wskazana dla kobiety w ciąży. Sięgnęła po komórkę. Dziesiąta siedem. Jedenaście połączeń. Pięć od Szymona. Pięć od Leśmiana. Jedno od Siwego. Siwy, Doliński, jej były szef, wychowawca, mentor, przyjaciel. Zawdzięczała mu życie i to, kim się stała.

Kiedy straciła córkę i odszedł od niej mąż, Olga miała tylko jego – starego śledczego, który siedział z nią i nic nie mówił. Dał jej robotę od razu, kiedy tylko wyszła ze szpitala i psycholog pozwoliła jej wrócić do pracy. Nic wielkiego, papiery z nierozwikłanych spraw, ale to jej pozwoliło pracować w milczeniu i uczyć się tego, że zawsze jest jakaś droga. I że papiery trzeba czytać uważnie.

Dzisiaj Siwy nie pracował już w policji. Był jednym z tych, którym PiS obniżył emeryturę: chorym na raka byłym esbekiem, rozżalonym wobec dobrej zmiany, która dotknęła go po dwudziestu kilku latach służby dla wolnej Rzeczpospolitej.

Zadzwoniła najpierw do niego.

– No jak tam, córuchna? Nie zapomniałaś o starym psie? – Miał niepewny głos.

– Przepraszam, że nie dzwoniłam. Pewnie się teraz przejmujesz. Ten wirus i w ogóle?

– Że jestem w grupie podwyższonego ryzyka przez białaczkę? Powiem ci, że i tak, i nie… Byłbym głupi, gdybym powiedział, że się nie przejmuję. Ale już się nauczyłem żyć z granatem w ręce. Pewnie więcej wiem o ostrożności niż ktokolwiek inny. Nawet ten zabawny minister zdrowia. Swoją drogą, ciekawa jest ta nowa twarz PiS-u, co nie?

– Nie wiem. – Skrzywiła się, kiedy siorbnęła rozpuszczalnej bez mleka. – Rzadko oglądam telewizję.

– A powinnaś, bo teraz jesteś jakby bliżej polityki.

Milczała. To było zaskakujące stwierdzenie.

– Nie mam czasu na politykę – powiedziała po chwili. – Naprawdę. Teraz jest więcej roboty niż zwykle, a najgorsze dopiero przed nami, kiedy ludzie zaczną głupieć na tej kwarantannie.

– Jak zawsze dużo pracujesz… nie dbasz o siebie.

– Dbam, dbam. Nie piję.

– Ale telewizji nie oglądasz, nie wiesz, co się dzieje na świecie.

– A powinnam?

– Powinnaś. Polityka się robi naprawdę ciekawa.

– Sądzisz, że ja naprawdę nie mam ważniejszych spraw? Ile razy słyszeliśmy o zamachu stanu w ciągu ostatnich kilku lat? Z piętnaście, dwadzieścia? Dobrze, że nie mamy innych zmartwień. U mnie na przykład pusta lodówka i nie wiem, czy powinnam teraz w sklepie pokazać legitymację, że muszę natychmiast zrobić zakupy i jestem na służbie, a nie na kwarantannie, chociaż bym chciała.

– Chciałabyś, naprawdę?

– Marzę o tym, żeby leżeć i głaskać kogoś po gołym tyłku.

– Ten twój nie dzwoni?

– Dzwonił, ale nie odebrałam. Spałam jak kamień. Naprawdę mam za dużo roboty.

– A tak, słyszałem, słyszałem, że masz do zrobienia polityczną robotę.

– Gdzie słyszałeś?

A więc za pierwszym razem się nie przesłyszała. Zgodnie z zapewnieniami ludzi z ministerstwa o Cichej nie wiedziało więcej niż dziesięć osób, a o tym, że to Olga będzie prowadzić tę sprawę, miało wiedzieć tylko pięć.

– Mam u tego Ziobry kilku starych przyjaciół.

– Tak starych, jak myślę?

– Dobre psy przydają się w każdej sforze.

– Wiesz, że nie powinieneś mnie pytać o to śledztwo? – Zagrała w otwarte karty.

– Dlaczego?

– Bo tego mnie nauczyłeś. Uważaj na tych, którzy będę cię znienacka pytać o sprawy, o których nie powinni wiedzieć.

– Ha, ha, ha – roześmiał się. – Mogę już być na tej emeryturze, skoro tak, bo dobrze cię nauczyłem. Ale powinienem był nauczyć więcej.

– Żebym nie dała po sobie poznać, że to zauważyłam?

– Dokładnie córuchna, dokładnie.

– Muszę przed tobą udawać?

Milczenie.

– Nie, nie musisz.

– Masz jakiś powód, żeby mnie o to pytać?

– Inny niż zawodowa ciekawość? Tak. Mam… Być może od twojego dochodzenia zależy, kto zostanie w Polsce prezydentem. Zdajesz sobie z tego sprawę?

– Aż tak?

– Tak. Srają tam w gacie, że jak się wyda o dochodzeniu w sprawie Kowalskiego, to podniesie się krzyk, że to pisowska prowokacja. Że szyją buty Kowalskiemu, bo chcą wygrać za wszelką cenę.

– A nie chcą? Przed chwilą mówiłeś, że chcą.

Siwy milczał. Czuła, że ma ochotę ją jeszcze o coś zapytać, ale się nie odważy.

– No a ty jak się czujesz? Masz zaopatrzenie? Przywieźć ci coś?

– Mam wszystko. Jest taki sklep u nas, na Mokotowie, przysyła mi zakupy do domu. Nie muszę wychodzić.

– No pytaj – powiedziała w końcu, żeby mieć to już za sobą.

– Rozpoznał ją?

– Po co ci to wiedzieć?

– Ci, od których wiem, że robisz tę sprawę, nie mogą przecież do ciebie zadzwonić. A ciekawi są.

– Aż tak?

– Tak, że ich to zżera.

– Rozpoznał – oznajmiła, bo była pewna, że gdyby tego nie zrobiła, Siwy zdobyłby tę informację tak czy inaczej. Od Grzegorczyka, od Leśmiana, od kogoś w Pałacu Mostowskich, kto prędzej czy później się dowie. A z psami jest tak, że jeśli trzymasz kiełbasę w ręku, nie gapią się na boki. Siwy sam udzielił jej kiedyś tej lekcji.

Rozłączyła się bez pożegnania.

To teraz Szymon czy Leśmian? A może do Kowalskiego? Tak. Włączyła telewizję. Dopiła kawę, czytając na pasku, że łączna liczba zakażeń w Polsce wzrosła do tysiąca czterystu trzydziestu sześciu i że szesnaście przypadków jest śmiertelnych, a minister zdrowia zapowiada, że za tydzień liczba zakażeń może dojść do dziesięciu tysięcy. Pomyślała, że świat, jaki znała do tej pory, rozpada się w gruzy, i zadzwoniła do Kowalskiego.

„Number you are trying to reach is currently unavailable” – usłyszała. „Please, try again later”.

– No wreszcie! – Leśmian odebrał po drugim sygnale. – Nie wyciszaj telefonu w czasie, gdy naprawdę muszę mieć z tobą kontakt.

Przeprosiła bez słowa wyjaśnienia. Ale zrozumiał.

– O której się położyłaś?

– Przed drugą.

– Co mi powiesz?

– Pytasz, czy Kowalski rozpoznał tę Cichą?

– Uhmmm.

– Tak. Rozpoznał.

– Bez wątpliwości?

Opowiedziała mu o znamieniu i o tym, jak zobaczył twarz.

– Pytał o coś?

– O czas zgonu. To znaczy kiedy, zdaniem Grzegorczyka, mogła umrzeć.

– I co na to Grzegorczyk?

– Że nie wie jeszcze.

– A naprawdę wie?

– Nie. Nie wie. Będzie wiedział, jak zbada zęby, gęstość kości, nie wiem co jeszcze. Wtedy ustali jej wiek w chwili śmierci. Inaczej się nie da.

– A ty byłaś tam na miejscu?

– W bunkrze? No byłam, kiedy znalazłam tego chłopca. Ale potem nie.

– To pojedź. Weź Kosińskiego i jedźcie dzisiaj. Wiem, że jesteś zmęczona, że ci się należy wolny dzień, ale proszę, zrób to. Coś mi tu śmierdzi, bo za dużo ludzi się pyta o tę sprawę. Jeszcze ktoś tam wpadnie przed wami i pozaciera ślady.

– Sądzisz, że są tam jakieś ślady?

– Nie wiem, ale wolę, żebyś to sprawdziła. Chcesz techników od razu? – Nie dał jej wyboru. – Zostawili drabinę, żebyś mogła zejść do tej piwnicy.

– Nie. Wezmę tylko Kosę. Jak znajdziemy coś ciekawego, to ekipa zabezpieczy. Jeśli na nic nie wpadniemy, to tę drabinę zabrać?

– Nie. Ktoś z ministerstwa będzie to oglądał. Informuj mnie. Jeśli nie odbiorę, oddzwonię. Mamy tu naradę zaraz w ministerstwie.

– W tej sprawie?

– Tego by brakowało. Na bulwarach nad Wisłą tysiące ludzi, w parkach, na Plantach w Krakowie. No poszaleli. Rząd chce wprowadzić nowe zasady kwarantanny, chcą wiedzieć, czy możemy to wyegzekwować, współdziałać z wojskiem, ze strażą miejską. No jedźcie i informuj mnie.

Kiedy dodzwoniła się do Kosińskiego, tkwił w kolejce do Lidla. Był już drugi przed wejściem do sklepu.

– Bo wpuszczają określoną liczbę ludzi, no wiesz, stoisz i czekasz na dworze. Ale zaraz wchodzę, więc jeśli czegoś potrzebujesz, mów, to ci kupię.

Nie wiedziała, czego potrzebuje. Powiedziała, żeby pakował jak leci. Wszystko się przyda.

Umówili się, że wystartują za godzinę. Zrobiła sobie śniadanie. Śledzie, ogórki, hummus. Niesłony, ale ujdzie.

Potem nastawiła płytę Hey Unplugged, z tą piosenką, w której Kasia Nosowska śpiewa, że „jeśli zwątpisz choć raz, to choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę, powrotów nie będzie”, i zadzwoniła do Szymona.

– Hej… – Wzięła głęboki oddech. – Chciałam ci powiedzieć, że będę mamą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij