Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Biała róża. Niedźwiedź i czarodziej - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
3799 pkt
punktów Virtualo

Biała róża. Niedźwiedź i czarodziej - ebook

A gdyby Jaś i Małgosia drogę znaczyli okruchami… magii?

Minęły ponad dwa lata od wydarzeń w górskiej chacie, które rozdzieliły Janka i Małgorzatę. Wiedźma została uwięziona, ale czarna magia wciąż sączy się do ziemi i sieje zamęt w Beskidach.

Janek dysponuje trzema fotografiami ukochanej i garścią wspomnień, które powracają do niego w niezwykle realistycznych snach. Gdy z pomocą Liry, tajemniczej dziewczyny obdarzonej niezwykłą mocą, zaczyna odkrywać ich znaczenie, przekonuje się, że granica między człowiekiem a bestią jest niezwykle cienka…

Małgorzata zgłębia tajemnice magii i usilnie próbuje zrozumieć własną przeszłość. Poszukiwania prowadzą ją do nastoletniego czarodzieja, którego ambicje znacznie wyprzedzają zdrowy rozsądek… i który może sprawić, że jej własne plany legną w gruzach.

Jednocześnie Janek i Małgosia za wszelką cenę próbują odnaleźć ścieżkę do siebie. Tyle że w cieniu górskich szczytów, gdzie magia nigdy nie działa tak, jak powinna, nie będzie to łatwe. Zwłaszcza gdy na drodze staną im wiedźmy, gadające zwierzęta i moce, których lepiej nie drażnić…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-757-1
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

– Je­steś pew­na, że ru­sza w po­dróż dziś póź­nym po­po­łu­dniem? Za­sta­nów się do­brze, pro­szę. – Ła­zik za­marł na mo­ment z pió­rem za­wie­szo­nym nad kart­ką pa­pie­ru, na któ­rą zdą­ży­ła już skap­nąć sa­mot­na kro­pla atra­men­tu. Drozd, któ­ry przy­siadł na wy­pło­wia­łym od słoń­ca pa­ra­pe­cie, dziob­nął nie­rów­ną kra­wędź kart­ki swo­im po­ma­rań­czo­wym dzio­bem i nie­cier­pli­wie skro­bał pa­zur­ka­mi po chro­po­wa­tej drew­nia­nej po­wierzch­ni, jak­by od razu chciał wzbić się w po­wie­trze z przy­wią­za­ną do nóż­ki wia­do­mo­ścią.

– Tak, je­stem pew­na. Wi­dzia­łam jego bi­let. – Siwa, nie­mal bia­ła wie­wiór­ka kich­nę­ła z roz­ma­chem, aż zsu­nę­ła się z ramy uchy­lo­ne­go okna.

– To­kaj, tak? – za­py­tał Ła­zik, skro­biąc pió­rem po kart­ce.

– Zga­dza się – przy­tak­nę­ła wie­wiór­ka, ocie­ra­jąc wil­got­ny no­sek swo­im pu­szy­stym ogo­nem.

– Do­brze! – Ła­zik do­skro­bał resz­tę wia­do­mo­ści, zwi­nął ją w cia­sny ru­lo­nik i wło­żył do nie­wiel­kiej skó­rza­nej to­re­becz­ki, przy­tro­czo­nej do pra­wej nóż­ki droz­da. To­reb­ka cza­ro­dziej­skim spo­so­bem za­mknę­ła się sama, kie­dy tyl­ko li­ścik zna­lazł się w jej wnę­trzu. – Spryt­ne, ma­gicz­ne udo­god­nie­nie – szep­nął do sie­bie i uśmiech­nął się pod no­sem: ko­re­spon­do­wał z Mał­go­rza­tą już od wie­lu mie­się­cy, a skó­rza­na to­re­becz­ka była gwa­ran­cją, że wia­do­mość nie zo­sta­nie po­rwa­na przez wiatr w cza­sie lotu.

Drozd wsko­czył zwin­nie na ze­wnętrz­ny pa­ra­pet i po­że­gnał się z Ła­zi­kiem ski­nie­niem ma­łe­go łeb­ka.

– Leć do niej. Niech się spie­szy, bo słoń­ce już wy­so­ko i… Niech uwa­ża na sie­bie – po­wie­dział chło­pak.

Drozd ćwierk­nął w od­po­wie­dzi w swo­im śpiew­nym ję­zy­ku i trze­ma ru­cha­mi zwin­nych skrzy­deł zna­lazł się wy­so­ko nad do­mem. Po chwi­li był już tyl­ko ma­leń­kim czar­nym punk­ci­kiem na tle błę­kit­ne­go nie­ba i kłę­bią­cych się na za­cho­dzie ob­ło­ków. Ze­rwał się chłod­ny wiatr, aż za­szu­mia­ły wy­so­kie brzo­zy, któ­rych li­ście po­zła­cał blask wrze­śnio­we­go słoń­ca.

Go­spo­darz po­zwo­lił si­wiu­teń­kiej wie­wiór­ce wspiąć się na swo­je ra­mię i ra­zem wy­szli przez prze­szklo­ne drzwi na nie­wiel­ki wy­bru­ko­wa­ny ta­ras, oto­czo­ny z każ­dej stro­ny przez gę­sto ro­sną­ce drze­wa o bia­ło-czar­nej ko­rze i wy­so­kie tra­wy o sze­ro­kich zie­lo­nych li­ściach. Usiadł na wy­stru­ga­nym z pnia­ka krze­śle, a wte­dy zwie­rzak zbiegł na okrą­gły stół, na któ­rym sta­ły już daw­no osty­gła kawa i mi­ska z orze­cha­mi.

Gry­zoń po­rwał dwa orze­chy z mi­ski i z za­pa­łem za­czął je po­chła­niać, nie przej­mu­jąc się wca­le lą­du­ją­cy­mi wo­kół okru­cha­mi. Jego siwe fu­tro po­wie­wa­ło na wie­trze, a ko­sma­te koń­ców­ki obu uszu drga­ły jak roz­dy­go­ta­ne pło­mie­nie świec. Co ja­kiś czas zer­kał na Ła­zi­ka czar­ny­mi jak noc ocza­mi, ob­ser­wu­jąc z za­cie­ka­wie­niem, jak męż­czy­zna do­pi­ja zim­ną kawę i krzy­wi się z nie­sma­kiem.

– Dziś chy­ba peł­nia? Spo­tkasz się z Jan­kiem, Liro? – za­py­tał ten, od­sta­wia­jąc na stół ku­bek, w któ­rym zo­sta­ły już tyl­ko smo­li­ste fusy.

Wie­wiór­ka ski­nę­ła łeb­kiem i za­ję­ła się ko­lej­nym orze­chem.

– Za­czy­na nad tym pa­no­wać, ale… Ale jego ma­gia jest inna niż moja – rzu­ci­ła mię­dzy łap­czy­wy­mi kę­sa­mi i po­dra­pa­ła się łap­ką za pra­wym uchem.

– Wy­ja­śnij mi to, Liro. Pro­szę – od­parł, wy­cią­ga­jąc nogi na sto­ją­cy przed nim ta­bo­ret.

– Ja mogę zmie­niać się, kie­dy tyl­ko chcę. Ja­nek prze­mie­nia się je­dy­nie w cza­sie peł­ni księ­ży­ca – wy­ja­śni­ła pi­skli­wym gło­si­kiem, jak­by sta­ra­ła się ukryć przed nim nie­pew­ność i…strach?

Ła­zik wsłu­chał się w uspo­ka­ja­ją­cy szum brzo­zo­wych li­ści i sze­lest wy­so­kiej tra­wy. Słoń­ce zni­ży­ło się jesz­cze bar­dziej, ry­su­jąc ciem­ną czer­wie­nią kon­tur ota­cza­ją­cych ta­ras drzew i po­sy­ła­jąc w stro­nę jego zmę­czo­nej twa­rzy ostat­nie tchnie­nia cie­pła. Lira – tak mało o niej wie­dział, cho­ciaż zna­li się pra­wie rok. Do­brze za­pa­mię­tał dzień, kie­dy do drzwi jego domu za­pu­ka­ła Mał­go­rza­ta. Zmie­ni­ła się. Tak. Zde­cy­do­wa­nie róż­ni­ła się od tam­tej za­gu­bio­nej isto­ty, któ­rą spo­tkał dwa lata temu na szczy­cie Skrzycz­ne­go. W ten wrze­śnio­wy dzień, za­le­d­wie rok temu, na jej twa­rzy było wię­cej smut­ku, bólu i roz­te­rek. To­wa­rzy­szy­ła jej ni­ska, wy­chu­dła dziew­czy­na o bia­łych wło­sach, zmie­sza­nych z ciem­niej­szy­mi pa­sma­mi si­wi­zny. Nie po­tra­fił okre­ślić, ile ma lat – sta­ła przed nim pa­ty­ko­wa­ta na­sto­lat­ka o bla­dej buzi i dziw­nych oczach za­su­szo­nej sta­rusz­ki. Ma­gia, któ­ra od niej ema­no­wa­ła, mia­ła w so­bie ja­kiś dzi­ki i nie­okieł­zna­ny po­smak, jak­by ta nie do koń­ca nad nią pa­no­wa­ła.

– Lira po­mo­że nam zna­leźć cza­ro­dzie­ja. Jest bar­dzo czu­ła na ma­gię i wszyst­kie jej za­bu­rze­nia, a do tego ma nie­sa­mo­wi­cie wy­czu­lo­ne zmy­sły, no i po­tra­fi po­ru­szać się bez­sze­lest­nie na­wet w gę­stym le­sie.

– Ona? – za­py­tał zdzi­wio­ny.

– Tak. Chy­ba nie wąt­pisz we mnie, Ła­zi­ku? – Jej brew unio­sła się do góry w groź­nym ge­ście.

Ła­zik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zbyt dłu­go tkwi­my w mar­twym punk­cie, cza­row­ni­co. Nie od­rzu­cę two­jej pro­po­zy­cji, ale… Sama na nią spójrz.

Wą­tła Lira za­drża­ła jak ga­łąz­ka na wie­trze, kich­nę­ła z roz­ma­chem i z bły­skiem zmie­ni­ła się w si­wiu­teń­ką wie­wiór­kę, któ­ra nie­sa­mo­wi­cie szyb­ko wspię­ła się po ścia­nie na dach, skro­biąc pa­zur­ka­mi prze­bie­gła po ka­le­ni­cy i w mniej niż pół mi­nu­ty zna­la­zła się na ra­mie­niu chło­pa­ka, ła­sko­cząc jego ucho pu­szy­stym ogo­nem.

Jak zna­la­zła dro­gę do wnę­trza domu? Był pew­ny, że po­za­my­kał wszyst­kie okna.

– Te­raz ro­zu­miem, co masz na my­śli – od­parł z po­jed­naw­czym uśmie­chem.

I tak, po sied­miu la­tach spę­dzo­nych w sa­mot­no­ści, znów z kimś za­miesz­kał. Cho­ciaż sło­wo _za­miesz­kał_ tro­chę na wy­rost opi­su­je łą­czą­cą go z Lirą re­la­cję: po pro­stu choć przez chwi­lę nie był w domu sam, a wie­wiór­ka w so­bie tyl­ko zna­nych po­rach dnia od­wie­dza­ła go przy ku­chen­nym sto­le albo w tym skry­tym ką­ci­ku na ta­ra­sie, gdzie wśród brzóz i wy­so­kich traw mo­gła po­czuć się jak w le­sie. W grun­cie rze­czy była tyl­ko ko­lej­nym dziec­kiem, któ­re ja­kaś zła wiedź­ma nie­udol­nie pró­bo­wa­ła za­mknąć w cie­le zwie­rzę­cia. Zmie­ni­ła się przez te kil­ka­na­ście mie­się­cy, po­si­wia­ła bar­dziej, wo­kół jej czar­nych lśnią­cych oczu po­ja­wi­ły się zie­lon­ka­we ob­wód­ki, krze­szą­ce co ja­kiś czas nik­ną­ce w ciem­no­ści źre­nic iskry.

Ale przede wszyst­kim…

– Daw­no nie wi­dzia­łem cię w ludz­kiej po­sta­ci, Liro – po­wie­dział ci­cho Ła­zik.

Znie­ru­cho­mia­ła z czwar­tym orze­chem w łap­kach.

– Ma­gia po­stę­pu­je – szep­nę­ła, kła­dąc nad­gry­zio­ny sma­ko­łyk na po­doł­ku.

– Nie ro­zu­miem – od­parł chło­pak i zbli­żył się do niej, po­chy­la­jąc się nad sto­łem.

Tak. Te­raz wy­raź­nie do­strzegł zie­lon­ka­we iskier­ki ża­­­­­rzą­ce się w jej oczach oraz nie­zdro­wo lśnią­ce okrę­gi wo­­­­­­­kół tę­czó­wek. Nie spodo­ba­ła mu się ta ze­psu­ta zie­leń. Przez uła­mek se­kun­dy wy­da­wa­ło mu się, że blask cuch­nie ba­gnem.

– Ja też na po­cząt­ku nie ro­zu­mia­łam, ale Mał­go­rza­ta roz­wia­ła moje wąt­pli­wo­ści.

Nie spusz­czał z niej wzro­ku, nie po­na­glał do mó­wie­nia.

– Cza­row­ni­ca od­wie­dzi­ła nas ja­kiś ty­dzień temu.

– Nas?

– Tak. Prze­sie­dzia­ły­śmy całą noc na da­chu i wy­ja­śni­ła mi, że ten urok, któ­ry rzu­ci­ła na mnie wiedź­ma… Mogę zmie­niać się w wie­wiór­kę, mogę też być dziew­czy­ną, ale ma­gia, któ­ra za każ­dym ra­zem po­wo­du­je prze­mia­ny, wy­czer­pu­je się. Jest sil­niej­sza w cza­sie peł­ni, ale… Może się zda­rzyć tak, że wy­czer­pie się do tego stop­nia, że… – za­wa­ha­ła się, pysz­czek jej za­drżał. – No po pro­stu prze­sta­nie dzia­łać. I zo­sta­nę na za­wsze w jed­nej po­sta­ci – za­koń­czy­ła, smęt­nie po­cią­ga­jąc no­sem.

– Bo­isz się, że zo­sta­niesz na za­wsze wie­wiór­ką? – szep­nął Ła­zik.

Lira kil­ko­ma mru­gnię­cia­mi prze­go­ni­ła łzy z oczu.

– Nie boję się. Ja po pro­stu nie umiem zde­cy­do­wać, kim chcę po­zo­stać na resz­tę ży­cia.

– Nie da się tego od­wró­cić? Mał­go­rza­ta mia­ła zna­leźć ja­kiś spo­sób – głos mu się ła­mał. Zie­lo­ny blask bił co­raz wy­raź­niej z oczu Liry.

Zwie­rząt­ko po­ki­wa­ło ze smut­kiem gło­wą.

– Nie bój się, coś wy­my­śli­my. – Wziął je ostroż­nie na swo­­­­­­­ją dłoń.

Zie­leń sku­mu­lo­wa­ła się w głę­bi źre­nic wie­wiór­ki. Przy­mknę­ła po­wie­ki, mi­mo­wol­nie wy­da­ła z sie­bie sła­by jęk bólu. Wy­raź­nie wal­czy­ła z czymś, co tra­wi­ło ją od środ­ka. Ła­zik nie bar­dzo wie­dział, jak jej po­móc. Z pu­szy­ste­go ogo­na na dłoń chło­pa­ka wy­padł ja­kiś lśnią­cy sre­brem przed­miot, do któ­re­go przy­wią­za­ny był krót­ki sznu­rek. Me­da­lion był nie­wie­le więk­szy od gro­szów­ki i przed­sta­wiał drze­wo. Wo­kół ozdo­bio­nej ma­lut­ki­mi list­ka­mi ko­ro­ny i od­sło­nię­tych ko­rze­ni opla­tał się sznur zło­żo­ny z nie­zli­czo­nych, splą­ta­nych ze sobą wę­złów.

Przyj­rzał mu się bli­żej i do­strzegł, że lnia­ny sznu­re­czek zo­stał prze­gry­zio­ny przez wy­jąt­ko­wo ostre zęby. Zęby, któ­re z ła­two­ścią kru­szy­ły twar­de łu­pi­ny orze­chów. Wie­wiór­ka usia­dła na jego dło­ni i spoj­rza­ła wprost w jego piw­ne oczy. Czuł chłód i smród bi­ją­ce od zgni­łe­go bla­sku. W jed­nej chwi­li szum drzew umilkł, a pra­cu­ją­ca w od­da­li ko­siar­ka sta­ła się le­d­wie sły­szal­nym szme­rem.

Trwa­ła przed nim, a on mógł tyl­ko bez­rad­nie ści­skać w swo­jej dło­ni me­da­lion.

– Cza­row­ni­ca zro­bi­ła go dla mnie. Amu­let, któ­ry miał spo­wol­nić dzia­ła­nie uro­ku. Dziew­czy­na? Czy wie­wiór­ka? Po co mam wy­bie­rać, Ła­zi­ku? A je­śli nie chcę wy­bie­rać? O to cho­dzi! Chcę, żeby było jak do tej pory i… – za­wa­ha­ła się, za­drża­ła na kra­wę­dzi jego dło­ni.

– Coś ty naj­lep­sze­go zro­bi­ła, Liro? – szep­nął. Nie mógł się po­ru­szyć, nie mógł na­wet mru­gnąć po­wie­ką, czuł na so­bie tyl­ko ten ohyd­ny blask. Spo­wi­jał jego cia­ło, wy­peł­niał umysł pa­ra­li­żu­ją­cym chło­dem, od­bie­rał wła­dzę nad mową i ru­chem.

Lira uśmiech­nę­ła się nie­zbyt przy­jem­nie.

– Nie miej mi tego za złe. By­łeś do­brym go­spo­da­rzem, ale… prze­szka­dzał­byś tyl­ko. Bo wi­dzisz, tak się skła­­­­­da, że cał­kiem nie­daw­no zna­la­złam roz­wią­za­nie mo­je­go pro­ble­mu. – Ze­sko­czy­ła z po­wro­tem na sto­lik, wzię­ła tyle orze­chów, ile była w sta­nie unieść w ma­leń­kich łap­kach i pod­bie­gła do kra­wę­dzi bla­tu. Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, spoj­rza­ła w oczy spa­ra­li­żo­wa­ne­go opie­ku­na i po­zwo­li­ła, żeby wiatr zmierz­wił jej fu­ter­ko.

Oko­li­cę znów wy­peł­nił szum li­ści.

_Nie! Nie zo­sta­wiaj mnie! Nie rób głupstw… Pro­szę!_ – Ła­zik krzy­czał w my­ślach.

– Wszy­scy sta­nie­my przed czasz­ką – szep­nę­ła.

Jed­nym su­sem znik­nę­ła w wy­so­kiej tra­wie.

•

Ciem­ny na­syp ko­le­jo­wy ucie­kał na pół­noc, gdzie nik­nął ostrym za­krę­tem wśród gę­stwi­ny bu­ko­we­go lasu, któ­ry cią­gnął się wszę­dzie, jak okiem się­gnąć, na wschód od lśnią­cej li­nii to­rów. Mo­kre od desz­czu szy­ny ko­le­jo­we roz­wi­dla­ły się w wiel­kie, nie­sa­mo­wi­cie splą­ta­ne drze­wo o cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność nocy cie­niut­kich ga­łąz­kach. Sre­bro szyn tu i ów­dzie upstrzo­ne było czer­wie­nią (szcze­gól­nie w miej­scach, gdzie pło­nę­ły świa­tła ostrze­gaw­cze za­wie­szo­ne na wy­so­kich be­to­no­wych słu­pach trak­cyj­nych) lub żół­cią (tam, gdzie pło­nę­ły wiel­kie elek­trycz­ne lam­py, któ­re były jed­nak tak brud­ne, że da­wa­ne przez nie świa­tło nie do­cie­ra­ło do zie­mi). Po za­chod­niej stro­nie wy­so­kie­go na­sy­pu umo­ści­ła się sze­ro­ka łąka po­ro­śnię­ta wy­so­ką tra­wą upstrzo­ną po­zo­sta­ły­mi po noc­nym desz­czu kro­pel­ka­mi, któ­re lśni­ły w de­li­kat­nej po­świa­cie księ­ży­ca w peł­ni. Od za­cho­du dął wiatr, któ­ry wła­śnie prze­go­nił stąd so­lid­ną bu­rzę, a te­raz oczysz­czał nie­bo z resz­tek chmur.

– Za­po­wia­da się po­god­ny pią­tek – szep­nął Ed­mund i po­stu­kał w szkieł­ko ze­gar­ka. Za sie­dem mi­nut mia­ła na­dejść pół­noc, a on miał do prze­to­cze­nia jesz­cze czte­ry peł­ne skła­dy. – I tak od trzy­dzie­stu lat… – wes­tchnął, za­rzu­ca­jąc na ra­mię cięż­ki pręt słu­żą­cy do na­sta­wia­nia zwrot­nic pod od­po­wied­ni­mi ką­ta­mi.

Ru­szył żwa­wym kro­kiem, roz­ga­nia­jąc ogar­nia­ją­ce ko­ści zim­no. Wy­so­ko po­nad nim gó­ro­wa­ło po­je­dyn­cze świa­tło biu­row­ca, w któ­rym Mło­dy (_Mar­cin, Mi­chał, Ma­ciej…?_ – Za­po­mniał już jak miał na imię, za­wsze przy­cho­dzi­li z za­pa­łem i za szyb­ko re­zy­gno­wa­li, więc stwier­dził ja­kieś dzie­sięć lat temu, że bę­dzie zwra­cał się do każ­de­go z nich per _mło­dy_) już pew­nie szy­ko­wał go­rą­cą kawę i ka­nap­ki, o ile ze­stre­so­wa­ny, z no­sem przy­tknię­tym do szy­by nie pró­bo­wał go cały czas wy­pa­try­wać w ciem­no­ści. Ro­ze­śmiał się sam do sie­bie, bo każ­dy _mło­dy_ uwa­żał go za sła­be­go, bez­u­ży­tecz­ne­go star­ca, któ­re­go… In­ny­mi sło­wy – choć cał­kiem nie­daw­no za­rze­kał się, że bę­dzie prze­ta­czał wa­go­ny aż do śmier­ci – zo­stał za­szu­flad­ko­wa­ny przez swo­ich ko­le­gów jako E-ME-RYT.

Mi­nął dwu­dzie­sty siód­my słup na swo­jej dro­dze i z brzę­kiem odło­żył cięż­ki pręt.

– Jesz­cze dwa mie­sią­ce… Wy­trzy­maj, Mun­dziu – wes­tchnął cięż­ko, od­szedł dwa kro­ki na bok i ulżył swo­je­mu prze­peł­nio­ne­mu pę­che­rzo­wi.

Bez pro­ble­mu wło­żył gru­by me­tro­wy pręt do na­sa­dy me­cha­ni­zmu i na­pie­ra­jąc na nie­go cię­ża­rem za­le­d­wie klat­ki pier­sio­wej, na­sta­wił zwrot­ni­cę. Szy­ny z głu­chym zgrzy­tem wsko­czy­ły na miej­sce, aż po­nad bu­ko­wy las wzle­cia­ło kil­ka roz­bu­dzo­nych pta­ków. Po­pra­wił rę­ka­wy fla­ne­lo­wej ko­szu­li i nie­spiesz­nie ru­szył do ko­lej­nej zwrot­ni­cy, cho­ciaż sta­lo­wy drąg co­raz bar­dziej cią­żył mu na ra­mie­­­­niu. _Mło­dy… Tak, dziw­ny chło­pak_ _z nie­go_ _i wca­le nie­po­dob­ny_ _do_ _Stasz­ka _– po­my­ślał, idąc przed sie­bie po śli­skich, na­mok­nię­tych od desz­czu pod­kła­dach. Wciąż nie mógł przy­po­mnieć so­bie jego imie­nia, a lśnią­cy nad oko­li­cą księ­życ wca­le nie kwa­pił się do pod­po­wie­dzi.

Przy­sta­nął i za­pa­lił la­tar­kę, któ­rą do tej pory miał przy­tro­czo­ną do pa­ska.

– Pew­nie za­jąc, sta­ry dur­niu – wark­nął sam do sie­bie, kie­dy snop żół­te­go świa­tła omiótł tory za nim, a on do­strzegł je­dy­nie śla­dy wła­snych mo­krych po­de­szew, od­ci­śnię­te na sczer­nia­łym drew­nie. Wpa­try­wał się w miej­sce za sobą jesz­cze przez pół mi­nu­ty, po czym zga­sił la­tar­kę i ru­szył da­lej w stro­nę słu­pa nu­mer trzy­dzie­ści je­den. Wy­da­wa­ło mu się, że… _Nie­waż­ne!_ – zga­nił się w my­ślach, któ­re uci­chły, kie­dy do­tarł do ko­lej­nej zwrot­ni­cy.

Tym ra­zem ko­niec prę­ta nie chciał wsko­czyć na miej­sce. Ed­mund mu­siał wspo­móc się la­tar­ką, ale kie­dy wresz­cie uda­ło mu się na­sta­wić zwrot­ni­cę we wła­ści­wej po­zy­cji, co trwa­ło ab­sur­dal­nie dłu­go, znów wy­da­ło mu się, że gdzieś poza za­się­giem świa­tła, w ciem­no­ści nocy, u stóp na­sy­pu, zwin­nie prze­mknął ja­kiś cień. Wpa­try­wał się przez dłuż­szą chwi­lę w dół, tam, gdzie po nie­da­wa­nym desz­czu szu­miał płyt­ki po­tok wy­peł­nia­ją­cy rów me­lio­ra­cyj­ny, ale snop z la­tar­ki koń­czył się ja­kiś metr od miej­sca, gdzie wy­da­wa­ło mu się, że wi­dział… _To_ _nie­moż­li­we!_ – Nie był pe­wien, czy po­wie­dział te sło­wa na głos, czy tyl­ko w my­ślach uci­szył na­tręt­ne wspo­mnie­nie.

_Ale…_ – I tego _ale_ nie po­tra­fił już za­trzy­mać.

_O czym mó­wił przy wie­czor­nej ka­wie ten Mło­dy? Kie­dy rzę­si­ście pa­dał deszcz,_ _a wy so­bie wy­god­nie sie­dzie­li­ście skry­ci_ _w cie­płym_ _i su­chym biu­rze, za­gry­za­jąc ciast­ka_ _z dże­mem_ _i po­pi­ja­jąc je gorz­kim na­po­jem._ _O czym_ _on_ _mó­wił?_ – Na­tłok my­śli ude­rzył go tak gwał­tow­nie, że mu­siał wes­przeć się o ko­lej­ny be­to­no­wy słup.

– Coś sta­ło się z sio­strą Mło­de­go… z cór­ką Stasz­ka – szep­nął i wi­dząc ob­ło­czek pary wy­do­by­wa­ją­cy się z jego wła­snych ust, utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że po­wie­dział te sło­wa na głos.

_Tak, cała wieś_ _o tym mówi._ _A ju­tro mają roz­po­cząć się po­szu­ki­wa­nia. Zbie­ra­ją lu­dzi_ _i sam zgło­si­łeś się_ _do_ _po­mo­cy, pa­mię­tasz?_ – Nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak ski­nie­niem gło­wy przy­tak­nąć wła­snym kon­sta­ta­cjom. – _Ale_ _co_ _ten Mło­dy po­wie­dział?_ – Na­tar­czy­wa myśl znów wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię, aż Ed­mund mu­siał przy­sta­nąć. Cięż­ki pręt z brzę­kiem upadł na ka­mie­nie.

Wol­ną ręką chwy­cił się za gło­wę, wy­pusz­cza­jąc na zie­mię la­tar­kę. Jak przez mgłę sły­szał trzask obu­do­wy, któ­ra pę­kła i le­ża­ła te­raz u jego stóp w ka­wał­kach.

– Ktoś przy­szedł do niej… W ze­szłym ty­go­dniu! – wy­chry­piał, pró­bu­jąc nie­zdar­nie się­gnąć do sta­lo­we­go drą­ga.

_Tak, przy­szedł._ _I co_ _da­lej?_ _Co_ _da­lej po­wie­dział Mło­dy?_ – szep­nę­ły gło­sy we­wnątrz jego czasz­ki.

– Wy­szła z nim na ze­wnątrz w środ­ku nocy… Zo­sta­wi­ła swój me­da­lik z Mat­ką Bo­ską i po­szła w ciem­ny las, ale… – Sa­mot­ny sta­ry czło­wiek w ciem­no­ści za­wa­hał się.

_Ale co?_ – za­py­tał głos.

– Ale wró­ci­ła, o po­ran­ku… Po­twor­nie bla­da, oka­le­czo­na i po­dra­pa­na przez ga­łę­zie… Żywa – wy­chry­piał. Gdy­by nie pręt, któ­ry uda­ło mu się wresz­cie uchwy­cić, osu­nął­by się na ko­la­na, ale kur­czo­wo za­ci­snął na nim rękę i trwał zgię­ty wpół na środ­ku to­rów, kil­ka kro­ków za zwrot­ni­cą przy słu­pie nu­mer trzy­dzie­ści je­den.

_Je­steś pew­ny,_ _że_ _żywa?_ – We­wnętrz­ny gło­sik za­chi­cho­tał i Ed­mund po raz pierw­szy za­sta­no­wił się, czy do­trwa do po­cząt­ku eme­ry­tu­ry w zdro­wiu psy­chicz­nym. – _Prze­cież znasz_ _aż za_ _do­brze_ _te_ _ob­ja­wy, praw­da? Już je wi­dzia­łeś_ _i to_ _nie tyl­ko ty… Wiesz,_ _co_ _trze­ba te­raz zro­bić, praw­da? Po­ka­zał ci ten me­da­lik? Mło­dy po­ka­zał ci me­da­lik swo­jej sio­stry!?_ – Ed­mund czuł, że po po­licz­ku ciek­ną mu łzy.

– Tak! Nie wy­glą­dał na ze­rwa­ny! Wy­glą­dał, jak­by ktoś sam z wła­snej woli go roz­piął i zdjął – łkał, a sło­wa le­d­wo prze­ci­ska­ły się przez jego gar­dło.

_Za­tem przy­ję­ła go ca­łym swo­im ser­cem, praw­da?_ _I do­brze wiesz,_ _co to_ _ozna­cza, praw­da? Praw­da? Czym jest praw­da… Praw­da, praw­da_ – ostat­nie sło­wo od­bi­ja­ło się echem w jego gło­wie. Po­biegł na oślep przed sie­bie, ale po dwu­dzie­stu kro­kach po­tknął się o źle usta­wio­ny pod­kład ko­le­jo­wy i ru­nął na twarz.

Ota­cza­ły go ci­sza, chłód i na­tar­czy­wa wil­goć, któ­ra wdzie­ra­ła się w jego cia­ło pa­ra­li­żu­ją­cym zim­nem. Rzę­si­sty deszcz znów za­czął pa­dać bez ostrze­że­nia, a on le­żał zzięb­nię­ty na twar­dych nie­rów­nych pod­kła­dach ko­le­jo­wych, czu­jąc pod swo­im cia­łem wrzy­na­ją­ce się, nie­wy­god­nie ka­mie­nie. Po­ja­wi­ła się przed nim na uła­mek se­kun­dy i choć za­po­mniał jej imie­nia, był pe­wien, że to ona – jego mar­twa od pię­ciu lat mał­żon­ka. Pa­trzy­ła na nie­go smut­nym spoj­rze­niem wy­bla­kłych oczu, ale ką­ci­ki jej ust uśmie­cha­ły się. Od­wza­jem­nił uśmiech, choć z wiel­kim tru­dem. Ból roz­cho­dził się po ca­łym cie­le, pul­so­wał we wnę­trzu klat­ki pier­sio­wej i koń­czył się de­ner­wu­ją­cym mro­wie­niem w dło­niach i sto­pach. _Po­wiedz Mło­de­mu. Po­wiedz mu_ _o Po­la­nie Pa­ste­rzy._ _I po­roz­ma­wiaj. Po­roz­ma­wiaj_ _z resz­tą. Zrób to, za­nim uczy­nisz co­kol­wiek in…_ – mó­wi­ła do nie­go tym sa­mym spo­koj­nym gło­sem co za­wsze.

Wi­zja roz­my­ła się. Sta­nął przed nim wiel­ki czar­ny wilk.

Ed­mund spoj­rzał pro­sto w żół­te śle­pia. _Znasz_ _te_ _oczy_ – pi­snął ci­cho we­wnętrz­ny gło­sik.

Be­stia spię­ła się do sko­ku.

•

– Za­baw­nie wy­glą­dasz, kie­dy się prze­mie­niasz – za­chi­cho­ta­ła i zwin­nie wspię­ła się po ko­na­rze drze­wa, przy­sia­da­jąc na naj­niż­szej ga­łę­zi sta­rej ol­chy. Wie­ko­we drze­wo chy­li­ło się nad nie­wiel­ką po­lan­ką, po­kry­tą w ca­ło­ści mięk­kim mchem i wy­so­ką tra­wą. Po pół­noc­nej stro­nie ro­sło kil­ka do­rod­nych bo­ro­wi­ków o lśnią­cych od wil­go­ci ka­pe­lu­szach.

Lira usia­dła wy­god­nie mię­dzy ol­cho­wy­mi szysz­ka­mi i spoj­rza­ła pro­sto w oto­czo­ny chmu­ra­mi księ­życ. Tej nocy – pierw­szej nocy peł­ni – jego blask był jesz­cze dość męt­ny, prze­są­czo­ny bar­dziej ta­jem­ni­czą mgłą niż wy­raź­ną srebr­ną ma­gią. Dwa bliź­nia­cze od­bi­cia tań­czy­ły w czar­nych źre­ni­cach wie­wiór­ki, ale nie zdo­ła­ły prze­go­nić zie­lon­ka­wych iskie­rek, któ­re swo­im bla­skiem ko­lo­ro­wa­ły kra­wę­dzie jej tę­czó­wek. Za­wsze cie­szył ją blask księ­ży­ca, przy­jem­ne chłod­ne świa­tło, któ­re da­wa­ło jej uko­je­nie, szcze­gól­nie w jej ludz­kiej po­sta­ci, z któ­rej… Nie, nie mo­gła zmie­nić się te­raz – wy­raź­nie czu­ła, że zo­sta­ło jej nie­wie­le prze­mian i że każ­da ko­lej­na może być tą ostat­nią.

Czasz­ka była jej ostat­nią na­dzie­ją. Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. Nie była do koń­ca pew­na, czy jest na tyle spryt­na, żeby prze­chy­trzyć tego, któ­ry jej pil­nu­je.

Ol­cha za­drża­ła, kie­dy wiel­ki bru­nat­ny niedź­wiedź otarł się bo­kiem o jej sze­ro­ki pień.

– Spo­koj­nie, mi­siu – szep­nę­ła z tym sa­mym chi­cho­tem.

Niedź­wiedź, z wi­bru­ją­cym w noc­nym po­wie­trzu ry­kiem, na­parł na ko­nar i drze­wo prze­chy­li­ło się jesz­cze bar­dziej w kie­run­ku pod­mo­kłej czę­ści łącz­ki.

– Mi­siu! – pi­snę­ła Lira i ra­zem z kil­ko­ma szysz­ka­mi spa­dła wprost na grzbiet niedź­wie­dzia.

Wpi­ła swo­je łap­ki w jego fu­tro. Zwierz z wark­nię­ciem ru­szył przed sie­bie, prze­dzie­ra­jąc się przez gę­sty młod­nik. Cie­niut­kie ga­łąz­ki brzó­zek skro­ba­ły ją nie­przy­jem­nie po pyszcz­ku. Za­sło­ni­ła się swo­im pu­szy­stym ogo­nem i wtu­li­ła cia­śniej w sztyw­ne bru­nat­ne fu­tro, czu­jąc jak boki wiel­kie­go niedź­wie­dzia ocie­ra­ją się o więk­sze drze­wa i zry­wa­ją z nich ka­wał­ki kory. Las prze­rze­dził się i nie­spo­dzie­wa­nie zo­stał za nimi. Jed­nym po­tęż­nym sko­kiem zna­leź­li się na szczy­cie na­sy­pu ko­le­jo­we­go, a niedź­wie­dzie pa­zu­ry za­dzwo­ni­ły o lśnią­ce szy­ny. Wierz­gnął tyl­ny­mi ła­pa­mi, wy­rzu­ca­jąc w po­wie­trze garść ka­mie­ni, któ­re po­to­czy­ły się aż do rowu me­lio­ra­cyj­ne­go, z plu­skiem lą­du­jąc w wo­dzie.

Wy­tra­ci­li tem­po bie­gu i przez chwi­lę ma­sze­ro­wa­li wy­raź­nie wol­niej wzdłuż pu­ste­go to­ro­wi­ska. Od­wa­ży­ła się usiąść na jego grzbie­cie i za­raz ogar­nął ją przy­jem­nie chłod­ny po­wiew noc­ne­go po­wie­trza. Ostroż­nie wspię­ła się na czu­bek jego wiel­kie­go łba.

– Do­kąd idzie­my, mi­siu? – za­py­ta­ła, szczy­piąc go w ko­sma­te ucho.

Za­rzu­cił łbem i wark­nął ze zło­ścią.

– Prze­pra­szam. Już się nie gnie­waj, wraż­liw­cu – od­par­ła z chi­cho­tem.

_Tam…_ – usły­sza­ła we wnę­trzu swo­jej ma­łej czasz­ki mę­ski głos.

Niedź­wiedź na­wet nie prze­rwał mar­szu, ostroż­nie i bez­gło­śnie sta­wia­jąc łapy.

– Uda­ło ci się, mi­siu! Po­wie­dzia­łeś coś wresz­cie! – pi­snę­ła, na­chy­la­jąc się nad jego sze­ro­kim czo­łem i pró­bu­jąc spoj­rzeć mu pro­sto w oczy.

_Tam… Patrz…_ – znów ode­zwał się mę­ski głos, aż usia­dła z po­wro­tem mię­dzy usza­mi. Nie mia­ła od­wa­gi po­wie­dzieć mu, żeby mó­wił ci­szej. Nie chcia­ła go znie­chę­cić.

Niedź­wiedź przy­sta­nął i przy­siadł na za­dzie.

_Ci­sza…_ – szep­nął znów ten sam głos.

Wstał, zro­bił trzy głę­bo­kie wde­chy i ostroż­nie ru­szył przed sie­bie, z roz­wa­gą sta­wia­jąc łapy. Po dzie­się­ciu czuj­nych kro­kach Lira za­uwa­ży­ła, co spra­wi­ło, że zwierz wresz­cie zwol­nił: na środ­ku to­rów klę­czał czło­wiek, a le­d­wie kil­ka me­trów przed nim stał wy­prę­żo­ny do sko­ku czar­ny wilk. Do­strze­gła w ciem­no­ści jego żół­te śle­pia i peł­ną kłów pasz­czę ocie­ka­ją­cą śli­ną. Świa­tło księ­ży­ca na­zna­czy­ło srebr­nym kon­tu­rem jego nie­rów­ne ko­sma­te fu­tro, w kil­ku miej­scach prze­rwa­ne przez wą­skie bla­de bli­zny. Niedź­wiedź szedł pew­nie przed sie­bie w kom­plet­nej ci­szy, w któ­rej mo­gła usły­szeć szem­rzą­cą w dole na­sy­pu wart­ką wodę i spo­wol­nio­ne bi­cie wiel­kie­go ser­ca bru­nat­ne­go ku­dła­cza. Z jego noz­drzy ula­ty­wa­ła mgieł­ka jego wła­sne­go chra­pli­we­go od­de­chu. Lira spoj­rza­ła na wil­ka. Z jego py­ska nie wy­do­by­wa­ło się nic in­ne­go, poza cuch­ną­cą gę­stą śli­ną, któ­ra gru­da­mi ka­pa­ła na pod­kła­dy ko­le­jo­we.

Nie wi­dział ich. Żół­te śle­pia sku­pio­ne były na czło­wie­ku.

– Prze­myśl to, mi­siu – szep­nę­ła Lira do le­we­go ucha. We wnę­trzu jej czasz­ki roz­legł się dźwięk, któ­ry nie mógł być ni­czym in­nym jak prych­nię­ciem.

Niedź­wiedź wy­ko­nał tu­zin bez­sze­lest­nych kro­ków. Na­gle uniósł się w po­tęż­nym sko­ku. Lira w ostat­niej chwi­li chwy­ci­ła się moc­niej ko­sma­te­go fu­tra. Wy­lą­do­wa­li mię­dzy czło­wie­kiem a wil­kiem i do­pie­ro wte­dy król le­śnych kniei wy­dał z sie­bie po­tęż­ny ryk. Mach­nął uzbro­jo­ną w pa­zu­ry łapą. Kun­del za­sko­wy­czał tyl­ko i uciekł na wschód z pod­ku­lo­nym ogo­nem, zni­ka­jąc po kil­ku su­sach w gę­stych za­ro­ślach Czar­no­le­sia. Niedź­wiedź trą­cił swo­im wil­got­nym no­sem ra­mię le­żą­ce­go na zie­mi męż­czy­zny, a Lira zbie­gła zwin­nie na jego ple­cy.

_Ze­mdlał…_ – usły­sza­ła głos, jak­by tro­chę spo­koj­niej­szy i cich­szy.

– Chy­ba tak. Ale od­dy­cha – od­par­ła, de­li­kat­nie mu­ska­jąc łap­ką czu­bek nosa ko­le­ja­rza.

_Mu­si­my ucie­kać, Liro… Szyb­ko, wska­kuj!_ – Tym ra­zem głos był znów do­no­śniej­szy.

Z prze­ciw­nej stro­ny do­tarł do ich uszu tu­pot stóp i dy­sze­nie, a kie­dy wspię­ła się z po­wro­tem na grzbiet to­wa­rzy­sza, do­strze­gła drga­ją­cy w ciem­no­ści snop świa­tła la­tar­ki.

– Pę­dem, mi­siu. Na po­la­nę! – szep­nę­ła.

Zła­pa­ła się kur­czo­wo kę­pek sier­ści i po­zwo­li­ła, aby pęd wia­tru roz­wiał jej wła­sne ko­smy­ki si­wych – nie­mal bia­łych – wło­sów, kie­dy niedź­wiedź sko­czył z sa­me­go szczy­tu na­sy­pu. Źle wy­li­czył od­le­głość, bo z plu­skiem i wście­kłym wark­nię­ciem wy­lą­do­wał w lo­do­wa­tej wo­dzie na dnie rowu me­lio­ra­cyj­ne­go. Zi­ry­to­wa­ny wy­ka­ra­skał się na brzeg i ru­szył kil­ka­set me­trów przed sie­bie wil­got­ną od desz­czu łąką, zo­sta­wia­jąc za sobą nie­przy­tom­ne­go czło­wie­ka, do któ­re­go wła­śnie do­cie­ra­ło roz­dy­go­ta­ne świa­tło la­tar­ki.

_Prze­pra­szam…_ – Za­sa­pa­ny szept wy­rwał ją z chłod­ne­go odrę­twie­nia.

– Nic nie szko­dzi, mi­siu – od­par­ła, cho­ciaż zęby szczę­ka­ły jej z zim­na.

W tra­wie za nimi cią­gnął się sze­ro­ki czar­ny ślad, któ­ry ni­czym lśnią­cy wąż wił się aż pod samą kra­wędź gę­ste­go lasu. Omi­nę­li wy­ra­sta­ją­cy nad łąką drew­nia­ny szkie­let my­śliw­skiej am­bo­ny, bo obo­je po­czu­li w noz­drzach nie­przy­jem­ny za­pach źle wy­su­szo­ne­go ty­to­niu, a Li­rze wy­da­wa­ło się na­wet, że tuż pod ni­skim po­kry­tym papą dasz­kiem do­strze­gła ludz­kie syl­wet­ki. W bla­dym świe­tle pierw­szej nocy peł­ni nie mo­gła stwier­dzić tego na pew­no, ale we wnę­trzu am­bo­ny naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­li się dwaj my­śli­wi.

Skrę­ci­li w stro­nę lasu.

_Pie­prze­ni… Kłu­sow­ni­cy…_ – do­tarł do niej pe­łen nie­na­wi­ści głos.

– Masz ra­cję, mi­siu. Sta­raj się nie krzy­czeć, kie­dy do mnie mó­wisz, bo dzwo­ni mi od tego w uszach – rzu­ci­ła, wy­krę­ca­jąc swo­ją prze­mo­czo­ną kit­kę.

_Prze­pra­szam… Każ­de… Sło­wo… Wy­po­wia­dam… Jak­bym… Ła­pał… Od­dech… Wy­nu­rza­jąc… Się… Z… Wody…_ – Zdy­sza­ny niedź­wiedź oparł się bo­kiem o mło­dą brzo­zę. Chu­dziut­kie drzew­ko zła­ma­ło się z su­chym trza­skiem i z ło­sko­tem ru­nę­ło na zie­mię.

Zwierz po­dra­pał się pa­zu­rem za uchem.

– Nie przej­muj się, mi­siu. Opa­nu­jesz wszyst­ko, po­trze­ba tyl­ko wię­cej cza­su i… – za­czę­ła spo­koj­nie.

Jej to­wa­rzysz ryk­nął do­no­śnie.

– …jesz­cze wię­cej cier­pli­wo­ści – do­koń­czy­ła z chi­cho­tem.

Jed­nym ru­chem zadu prze­pchnął spróch­nia­ły ko­nar wiel­kie­go buka, któ­ry za­gra­dzał im dro­gę. Drew­nia­ny kloc z mla­śnię­ciem i bul­go­ta­niem za­głę­bił się w ba­gni­stej sa­dzaw­ce. We­szli na nie­mal okrą­głą po­la­nę, na któ­rej nie ro­sło nic in­ne­go poza wy­so­ką, się­ga­ją­cą niedź­wie­dzio­wi do po­ło­wy grzbie­tu tra­wą i sa­mot­ną brzo­zą, któ­rej kora bie­la­ła w świe­tle księ­ży­ca. Trze­ma su­sa­mi zna­leź­li się w cie­niu szem­ra­ją­cych ci­cho brzo­zo­wych ga­łę­zi, a tam Lira ze­sko­czy­ła z grzbie­tu na le­żą­cy u pod­sta­wy drze­wa pła­ski ka­mień.

Otrze­pa­li się i w kil­ka se­kund osu­szy­li swo­je fu­tra. Usie­dli na ka­mie­niu.

_Cie­ka­we… Co… To… Za… Czło­wiek_ – ode­zwał się głos.

Lira tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. W wą­skiej szpa­rze mię­dzy ka­mie­nia­mi zna­la­zła orzech, któ­ry te­raz sta­ra­ła się roz­łu­pać zę­ba­mi. Na próż­no, wciąż było jej zim­no i trzę­sła się tak bar­dzo, że zdo­bycz raz po raz wy­pa­da­ła jej z ła­pek. Niedź­wiedź wziął prze­ką­skę w dwa pa­zu­ry i bez więk­sze­go wy­sił­ku zmiaż­dżył sko­rup­kę. Po­dał jej na otwar­tej ła­pie miąższ. Lira z za­pa­łem za­czę­ła chru­pać przy­smak, jed­no­cze­śnie wtu­la­jąc się w cie­płe fu­tro to­wa­rzy­sza.

Niedź­wiedź wes­tchnął.

_Jak… Ćwi­czyć… Żeby… Le­piej… Mó­wić?_ – za­py­tał głos.

– Roz­ma­wiać. W tej chwi­li mó­wie­nie spra­wia ci wy­si­łek, bo je­steś w cie­le niedź­wie­dzia. Twój mózg nie jest przy­zwy­cza­jo­ny do mó­wie­nia, dla­te­go to ta­kie trud­ne. Ale nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, że za­czy­nasz mó­wić co­raz płyn­niej, mi­siu? – od­par­ła wie­wiór­ka, zli­zu­jąc z ła­pek reszt­ki sma­ko­ły­ka.

Bru­nat­ny ol­brzym ob­li­zał wiel­kim ję­zo­rem swój pysk.

_Czy… Ty… Też… Tak… Mia­łaś? Mó­wi­łaś… Przez…_ – Na koń­cu po­stu­kał się pa­zu­rem w czo­ło.

Lira za­chi­cho­ta­ła.

– Nie, mi­siu. Moja ma­gia jest tro­chę inna niż two­ja. Po­cho­dzi od in­nej wiedź­my… – Za­drża­ła na samo wspo­mnie­nie złej cza­row­ni­cy, któ­ra po­rwa­ła ją z jej ro­dzin­nej wio­ski i zmie­ni­ła w wie­wiór­kę. – Ale to było set­ki lat temu. Na cie­bie czas też nie bę­dzie miał wpły­wu, mi­siu. Jed­nak… – za­wa­ha­ła się. Zie­lo­ny błysk w jej oku spra­wił, że nie­przy­jem­na po­świa­ta pa­dła na ka­mień, na któ­rym sie­dzie­li.

Niedź­wiedź spoj­rzał na nią.

_Jed­nak?_ – za­py­tał wy­jąt­ko­wo ci­cho.

– Nie­waż­ne, mi­siu. Nie­waż­ne – od­par­ła gorz­ko. Zde­cy­do­wa­ła się nie mó­wić mu o tym, że cho­ciaż ich ma­gia jest inna, to w grun­cie rze­czy dzia­ła po­dob­nie i jego prze­mia­ny też kie­dyś się skoń­czą.

Jej to­wa­rzysz wpa­try­wał się w księ­życ, a srebr­ny blask roz­le­wał się po jego sze­ro­kim py­sku, czo­le i po­mię­dzy usza­mi, gdzie fu­tro two­rzy­ło ster­czą­cą do góry kęp­kę. Z naj­więk­szą do­kład­no­ścią po­tra­fi­ła do­strzec każ­dy, na­wet naj­mniej­szy wło­sek. I choć wszyst­ko po­wo­li przy­sła­nia­ła zie­lon­ka­wa mgła, to… Wy­raź­nie czu­ła w swo­im ma­łym wie­wiór­czym ser­dusz­ku cie­pło.

Cie­pło, któ­re­go nie czu­ła od se­tek lat.

_Opo­wiesz… mi… zno­wu… o… niej?_ – za­py­tał, za­uwa­ża­jąc, że fak­tycz­nie prze­rwy mię­dzy wy­ra­za­mi ro­bią się krót­sze i nie musi tak gwał­tow­nie wal­czyć o _my­ślo­wy od­dech_ przed każ­dym ze słów. – _Mał­go­sia? Tak… ma… na… imię… Praw­da… Liro?_

– Tak… – szep­nę­ła za­my­ślo­na. Sta­ra­ła się ukryć złość, któ­ra w niej wez­bra­ła. Nie była jed­nak w sta­nie stłu­mić zie­lo­ne­go bla­sku, któ­ry za­czął są­czyć się z jej źre­nic co­raz bar­dziej wi­docz­nym stru­mie­niem. Nie­wie­le więk­sze od frag­men­tów kwia­to­we­go pył­ku dro­bin­ki zgni­łe­go świa­tła za­czę­ły osa­dzać się na jej po­wie­kach. Strzą­snę­ła je wierz­chem dło­ni i kich­nę­ła z roz­ma­chem.

Niedź­wiedź spoj­rzał na nią z tro­ską na py­sku.

_Chy­ba… się… prze­zię­bi­łaś. Te… zie­lo­ne… to… też… two­ja… ma­gia?_ – za­py­tał ci­cho, spo­koj­nie i czu­le, jak­by mó­wił do młod­szej sio­stry. Nie z taką czu­ło­ścią, ja­kiej od nie­go ocze­ki­wa­ła po mie­sią­cach zna­jo­mo­ści.

_Tak, te­raz zie­leń_ _to_ _moja ma­gia._ _I wkrót­ce two­ja. Wy­star­czy,_ _że_ _zdo­bę­dzie­my czasz­kę! I…_ – Już mia­ła od­po­wie­dzieć, cho­ciaż zszo­ko­wał ją i tro­chę prze­ra­ził ogrom zło­ści, któ­ry się w niej sku­mu­lo­wał w cią­gu tej krót­kiej roz­mo­wy. W ostat­niej chwi­li ugry­zła się w ję­zyk. Mia­ła tyl­ko na­dzie­ję, że nie od­czy­tał ani nie usły­szał jej my­śli. Zer­k­nę­ła na nie­go ukrad­kiem, ale nie wy­czy­ta­ła z jego py­ska ni­cze­go, co…

Obo­je jed­no­cze­śnie usły­sze­li ten sam dźwięk: ci­che me­ta­licz­ne klik­nię­cie, któ­re spra­wi­ło, że ku­dła­te uszy drgnę­ły za­uwa­żal­nie.

Sko­czy­ła w stro­nę niedź­wie­dzia, sły­sząc jak w jego gar­dle ro­dzi się wi­bru­ją­cy ba­so­wy ryk.

I tak było już za póź­no… Na­stęp­ne ci­che me­ta­licz­ne klik­nię­cie. A po nim roz­ry­wa­ją­cy noc­ną ci­szę huk po­dwój­ne­go wy­strza­łu z du­bel­tów­ki.

– Ja­nek! – krzyk­nę­ła.

Niedź­wiedź ze­rwał się w górę, od­trą­ca­jąc ją przed­nią łapą. Po­le­cia­ła w krza­ki je­żyn.

– Ła­duj! Bo uciek­nie! – wrza­snął ktoś od wschod­niej stro­ny.

Sły­sza­ła zbli­ża­ją­cych się my­śli­wych. Roz­ta­cza­li wo­kół sie­bie nie­przy­jem­ny za­pach sła­bej ja­ko­ści ty­to­niu. Zna­ła ten za­pach, po­dob­nie jak zna­ła głos krzy­czą­cej wcze­śniej ko­bie­ty, któ­ra… Nim zdą­ży­li za­ła­do­wać na nowo strzel­bę, niedź­wiedź ryk­nął ze zło­ścią i pu­ścił się pę­dem przed sie­bie, roz­trą­ca­jąc swo­im wiel­kim ciel­skiem ga­łę­zie i tra­tu­jąc mniej­sze drzew­ka.

Księ­życ w mil­cze­niu przy­glą­dał się kłó­cą­cej się dwój­ce my­śli­wych, ucie­ka­ją­ce­mu w sza­leń­czym tem­pie niedź­wie­dzio­wi oraz si­wej wie­wiór­ce unie­ru­cho­mio­nej po­mię­dzy kol­cza­sty­mi ga­łąz­ka­mi je­żyn.

Pierw­sza noc peł­ni po­wo­li mi­ja­ła, a on nie mógł już do­cze­kać się na­stęp­nej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij