BIAŁE NOCE - ebook
Gdy pacjentka odbiera sobie życie, psycholog Piotr Sadowski odkrywa, że cisza po niej nie zostaje w gabinecie — zostaje w nim. W zasypanym śniegiem Wilczynie, gdzie zima jest długa, a ludzie milczą dłużej niż ona, Sadowski daje się wciągnąć w śledztwo, które nie chce się ułożyć w żadną logiczną całość. Każdy trop jest jak pęknięcie na lodzie. A pod lodem czeka prawda, która nie zamierza go oszczędzić…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-836-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Poznań, 2 lata temu
Śmierć przyszła nocą, jak zawsze. Piotr Sadowski obudził się nie od dźwięku telefonu, lecz od ciszy, która poprzedzała jego dzwonienie. Była to cisza gęsta jak stygnący wosk, cisza, która osiadała na sercu niczym szron na liściach, gdy jesień przechodzi w zimę bez ostrzeżenia.
Telefon zadzwonił dopiero potem.
— Doktor Sadowski? — Głos matki Karoliny był jak szkło pękające pod naporem mrozu. — Karolina… ona… proszę przyjechać. Natychmiast.
Piotr nie zadał pytań. Wiedział, że istnieją chwile, gdy słowa są zbędne, gdy prawda objawia się w milczeniu między jednym oddechem a drugim. Ubrał się w ciemności, nie zapalając światła, jakby jasność mogła przedwcześnie objawiać to, co i tak już wiedział.
Poznań o trzeciej nad ranem był miastem duchów. Ulice świeciły pustką, latarnie rzucały blade kręgi światła na asfalt mokry od pierwszych jesiennych deszczów. Piotr jechał przez miasto jak przez sen, w którym każdy kolejny zakręt prowadził głębiej w ciemność, każdy kolejny kilometr oddalał go od człowieka, którym był jeszcze godzinę temu.
Mieszkanie Karoliny znajdowało się na trzecim piętrze kamienicy z początku XX wieku. Piotr wspinał się po schodach powoli, każdy stopień cięższy od poprzedniego, jakby grawitacja nagle zmieniła swoje prawa. Przy drzwiach czekała matka dziewczyny — kobieta o twarzy wydrążonej żalem, oczach czerwonych od płaczu, który już się skończył, pozostawiając jedynie suchą pustkę.
— W łazience — wyszeptała, nie podnosząc wzroku. — Nie mogę… nie mogę tam wejść ponownie.
Piotr skinął głową i przekroczył próg. Mieszkanie było małe, przytulne jeszcze wczoraj, dziś już naznaczone piętnem, które żadne sprzątanie nie było w stanie usunąć. Zapach śmierci nie był jeszcze wyraźny — to przyjdzie później. Teraz unosił się w powietrzu jedynie zapach strachu, samotności i końca.
Drzwi łazienki były uchylone. Piotr pchnął je delikatnie, jakby obawial się obudzić kogoś, kto już nigdy się nie obudzi.
Karolina leżała w wannie wypełnionej wodą, która zdążyła już ostygnąć. Miała na sobie białą koszulę nocną, która unosiła się wokół jej ciała jak skrzydła anioła, który zapomniał, jak się lata. Twarz miała spokojną, młodą, piękną — śmierć nie zdążyła jeszcze zostawić na niej swoich śladów. Tylko nadgarstki, zanurzone w wodzie, opowiadały prawdziwą historię.
Piotr uklęknął przy wannie i po raz pierwszy od lat poczuł, jak łzy same napływają mu do oczu. Nie płakał. Łzy po prostu były — jak deszcz, jak oddech, jak puls, który nagle stał się zbyt głośny w ciszy łazienki.
— Przepraszam — wyszeptał do dziewczyny, która już go nie słyszała. — Przepraszam, Karolino.
Pamięć przeniosła go z powrotem o tydzień. Ostatnia sesja. Karolina siedziała naprzeciwko niego w jego gabinecie, bawiąc się długimi, jasnymi włosami. Mówiła o uniwersytecie, o trudnościach z koncentracją, o snach, które nie dawały jej spokoju. Piotr słuchał, notował, analizował. Profesjonalnie. Chłodno. Nie dostrzegł.
— Czasami myślę, że byłoby łatwiej po prostu… odpuścić — powiedziała wtedy, a on zinterpretował to jako zmęczenie, nie jako wołanie o pomoc.
— Wszyscy czasami tak myślimy — odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad notatek. — To naturalne.
Naturalne. Jak bardzo się mylił.
Teraz, klęcząc przy wannie, Piotr zdał sobie sprawę, że był ślepcem prowadzącym ślepca. Psycholog, który nie potrafił odczytać najważniejszych sygnałów. Profiler, który przegapił najważniejszy profil — profil rozpaczy.
Na szafce w łazience leżał pamiętnik Karoliny. Cienki, w różowej okładce, jak z czasów, gdy była jeszcze dzieckiem. Piotr sięgnął po niego drżącymi rękami. Kartki były wypełnione delikatnym, dziewczęcym pismem.
„15 października. Byłam dziś u doktora Sadowskiego. Próbowałam mu powiedzieć, ale nie potrafię. Jak można powiedzieć komuś, że śmierć wydaje się jedyną ucieczką? Jak można wyjaśnić, że każdy dzień to walka, której już nie chcę prowadzić?”
Piotr przewracał kolejne strony, każda następna była jak cios w serce.
„20 października. Znowu te sny. Śnię, że tonę, ale woda jest ciepła i przyjazna. Budzę się z żalem. Dr Sadowski mówi, że to symboliczne. Nie wie, że to proroctwo.”
„22 października. Ostatnia wizyta. Patrzyłam na niego i widziałam dobrego człowieka, który próbuje pomóc. Ale niektórych rzeczy nie da się naprawić. Niektóre dusze są po prostu zbyt zmęczone.”
Pamiętnik wyślizgnął się z rąk Piotra i upadł na podłogę z cichym stukotem, który w ciszy łazienki zabrzmiał jak wystrzał. Piotr patrzył na Karolinę — na dziewczynę, którą nie umiał uratować, na pacjentkę, której sygnały przegapił, na człowieka, który odszedł, bo nikt nie potrafił go zatrzymać.
Cisza. Tylko cisza i zimno, które sączyło się przez uchylone okno.
Kiedy w końcu wyszedł z mieszkania, świt już się zaczynał. Poznań budził się powoli, ludzie spieszyli do pracy, życie toczyło się dalej, obojętne na to, że jedna z jego część właśnie się skończyła. Piotr jechał przez miasto, które nagle stało się obce, przez ulice, które prowadziły donikąd.
W swoim gabinecie zasiadł przy biurku i patrzył na swoje dyplomy wiszące na ścianie. Magister psychologii. Doktor nauk humanistycznych. Certyfikat profilera kryminalnego. Papierowe dowody kompetencji, które okazały się bezwartościowe w najważniejszym momencie.
Na biurku leżały akta innych pacjentów. Ludzie, którzy mu zaufali. Ludzie, którzy liczyli na to, że potrafi ich zrozumieć, pomóc, uratować. Piotr patrzył na te teczki i widział w każdej z nich potencjalną porażkę, kolejną Karolinę, którą może przegapić.
Wstał i podszedł do okna. Poznań rozciągał się przed nim w porannym świetle — miasto pełne życia, nadziei, ale też rozpaczy, której nie potrafił dostrzec. Gdzieś tam, w tych ulicach, ktoś inny może właśnie podejmował decyzję, której Piotr nie będzie umiał powstrzymać.
Telefon na biurku zadzwonił. Pewnie pacjent, który chciał umówić wizytę. Lub policja z prośbą o pomoc w kolejnej sprawie. Świat, który wymagał od niego odpowiedzi, których nie miał.
Piotr nie odebrał. Zamiast tego sięgnął po kartkę papieru i napisał krótki list rezygnacyjny. Słowa przychodziły z trudem, każde następne cięższe od poprzedniego. Kiedy skończył, złożył kartkę na pół i położył na środku biurka.
Wziął płaszcz i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Za nim pozostał gabinet pełen niedokończonych historii, nieopowiedzanych prawd i pytań, na które nie znał odpowiedzi. Przed nim rozciągała się droga, która prowadziła daleko od Poznania, od wspomnień, od winy, która osiadła na jego sercu jak śnieg, który już nigdy nie roztaje.
Ale czy można uciec przed samym sobą? Czy istnieje miejsce na ziemi, gdzie nie dosięgają nas duchy naszych porażek?
Piotr nie znał odpowiedzi na te pytania. Wiedział tylko, że musi spróbować.ROZDZIAŁ 1: PENSJONAT
Śnieg padał od czterech dni, cichy i nieustępliwy, jakby zima postanowiła zatrzeć granice między ziemią a niebem. Piotr Sadowski stał przy oknie kuchni, trzymając w dłoniach kubek z kawą, którą zaparzył godzinę temu i nie wypił. Była już letnia, gorzka. Nie miało to znaczenia.
Pensjonat „Pod Sosnami” skrzypiał pod ciężarem lodu. Stare drewno pracowało w mrozie — westchnienia, jęki, szepty w ścianach. Piotr nauczył się rozróżniać te dźwięki: które należały do budynku, a które do ludzi próbujących się w nim ukryć. Bo wszyscy tu przybyli, żeby się ukryć. Przed sobą. Przed innymi. Przed czymś.
Tak jak on.
Przez oszronione szyby widział dom Jurewiczów po drugiej stronie zamarzniętego jeziora. Dwupiętrowy, z czerwonej cegły, zbyt duży jak na tę dziurę. Zbyt nowy. Tomasz Jurewicz postawił go pięć lat temu, kiedy wrócił z Warszawy z pieniędzmi i planami przekształcenia Wilczyna w kurort. Plany spaliły na panewce, ale dom został — pomnik próżności w krajobrazie pokornych drewnianych chat.
Piotr pociągnął łyk zimnej kawy. Gorzka masa zebrała się na języku. Połknął.
W domu Jurewiczów świeciło się światło na parterze. Kuchnia, pomyślał. Zawsze kuchnia o tej porze. Szósta rano, świat jeszcze śpiący pod puchem śniegu, a ona już tam była.
Julia.
Zobaczył jej sylwetkę — cień poruszający się za firanką. Dziewczyna. Dziewiętnaście lat, twarz jak z obrazu prerafaelitów, oczy starsze niż powinny. Widywał ją czasem w wiosce, zawsze sama, zawsze z książką pod pachą. Unikała ludzi. Rozpoznawał w niej rodzaj samotności, który znał zbyt dobrze.
— Już wstałeś.
Głos za jego plecami sprawił, że kubek drgnął w jego dłoni. Kawa ochlapała brzeg. Piotr nie odwrócił się.
— Nie spałem — powiedział.
Kroki na wyświechtanym linoleum. Zapach tanich perfum i papierosowego dymu, który wsiąkł w ubrania i nie chciał wyjść.
— Ja też nie mogę spać — ciągnęła Grażyna, właścicielka pensjonatu. Kobieta po sześćdziesiątce, z twarzą pooraną przez lata jak pole przez pług. — Wilgotność w pokoju siedem. Znowu. Trzeba będzie kogoś sprowadzić.
Piotr milczał. Wiedział, że nie sprowadzi nikogo. Grażyna mówiła o naprawach od trzech miesięcy — od kiedy tu przyjechał, wynajął pokój na piętrze, pokój z widokiem na jezioro, i przestał odpowiadać na telefony.
— Kawy? — spytała.
— Mam.
— To zimne.
— Wiem.
Cisza rozlała się między nimi, gęsta jak smoła. Piotr czuł jej wzrok na swoim karku. Grażyna była ciekawska, ale nie bezczelna. Jeszcze nie zadała pytania, na które wszyscy tu czekali: Dlaczego tu jesteś?
— Podobno będzie odwilż — powiedziała w końcu. — Meteorolodzy mówią, że w przyszłym tygodniu.
— Meteorolodzy kłamią.
Parsknęła śmiechem — krótkim, suchym, pozbawionym radości.
— No, może i tak.
Odeszła, pozostawiając za sobą smugę papierosowego dymu i niewypowiedzianych pytań. Piotr usłyszał, jak włącza ekspres w kącie kuchni, jak otwiera szafkę, jak sypie cukier do kubka — trzy łyżeczki, zawsze trzy.
Dom Jurewiczów znów przyciągnął jego wzrok. Światło w kuchni zgasło. Julia wyszła — zobaczył ją przez frontowe drzwi, szczupłą postać w granatowej kurtce, z plecakiem na ramieniu. Szkoła? Nie, szkoła dopiero za dwie godziny. Biblioteka, może. Albo po prostu ucieczka.
Wszyscy uciekamy, pomyślał.
Odłożył kubek na blat. Porcelana stuknęła o drewno — odgłos ostry, ostateczny w porannej ciszy.
— Pan Sadowski?
Odwrócił się. W drzwiach kuchni stała młoda para z pokoju cztery. Miesiąc miodowy, zgadywał, choć nie nosili obrączek. Ona miała twarz bladą ze zmęczenia, on — oczy człowieka, który nie śpi z powodów innych niż miłość.
— Tak? — Piotr starał się, żeby głos brzmiał neutralnie.
— Przepraszamy, że przeszkadzamy. — Kobieta uśmiechnęła się niepewnie. — Zastanawialiśmy się… czy jest może jakieś miejsce w okolicy, gdzie można… no wie pan, zjeść śniadanie? Coś innego niż…
Nie dokończyła, ale Piotr rozumiał. Grażyna serwowała te same bułki i żółty ser od lat.
— W Wilczynie jest gospoda — powiedział. — Dwadzieścia minut pieszo wzdłuż drogi.
— W taki śnieg?
Wzruszył ramionami.
Para wymieniła spojrzenia — rozmowa bez słów, którą prowadzą tylko ludzie naprawdę się znający.
— Dziękujemy — mruknął mężczyzna i cofnęli się.
Piotr wrócił do okna. Julia zniknęła, połknięta przez białość. Śnieg padał dalej, niezmordowany, zasypując ślady, które zostawiła.
Tak jak zasypywał wszystkie ślady.
Tak jak powinien.
Zmierzch nad Wilczynem przychodził jak wyrok — szybko i bezlitośnie. Piotr stał przy oknie swojego pokoju, obserwując jak dzień wycofuje się za horyzont, zostawiając po sobie tylko blade smugi fioletu na niebie. Temperatura spadała z każdą minutą. Czuł to nawet przez szybę — zimno promieniujące z jeziora, wdzierające się w szpary między ramami, osadzające się na parapecie jak niewidzialny szron.
Lornetka ciążyła w jego dłoni. Kupił ją w Warszawie, lata temu, do obserwacji ptaków — tak przynajmniej tłumaczył sobie wtedy. Teraz wiedział lepiej. Zawsze chodziło o ludzi. O to, co robią, gdy myślą, że nikt nie patrzy.
Przez szkła Zeissa dom Jurewiczów wyłaniał się ostro, niemal namacalnie. Okna jak podświetlone ekrany w ciemności. Salon na parterze, dużo szkła, widok na jezioro. Piotr dostrzegł ruch — sylwetka mężczyzny, szeroka, dominująca. Tomasz Jurewicz. Nawet z tej odległości emanował agresją, sposobem poruszania się, zajmowania przestrzeni.
Piotr wyregulował ostrość. Detale wypełzły z mroku.
Tomasz gestykulował gwałtownie, ramiona szerokie, palec wskazujący wymierzony jak broń. Jego twarz — nawet przez lornetkę Piotr widział napięcie szczęki, żyły na szyi. Mówił coś, usta poruszały się szybko, bezlitośnie.
Anna stała naprzeciwko, mniejsza, jakby kurczyła się z każdą sekundą. Jej ręce uniesione defensywnie, dłonie otwarte. Cofała się. Krok, drugi. Plecy niemal przy ścianie.
Piotr znał tę choreografię. Widział ją setki razy — w aktach, na nagraniach, w salach przesłuchań. Taniec dominacji i podporządkowania. Stary jak ludzkość.
Przemoc domowa, pomyślał mechanicznie, etykieta wypływająca z lat praktyki. Ale zaraz potem — coś innego. Niepokój. Znajomy ucisk w żołądku.
Tomasz zrobił krok do przodu. Anna nie miała już dokąd się cofnąć.
I wtedy pojawiła się Julia.
Dziewczyna weszła do kadru od strony kuchni, ciemne włosy związane w kucyk, w dżinsach i szarej bluzie. Młoda, dziewiętnastoletnia, ale w sposobie, w jaki stanęła między rodzicami — coś starego, wyuczonego. Piotr widział to natychmiast: ona już to robiła. Wiele razy.
Julia powiedziała coś do ojca. Jej twarz — spokojna, kontrolowana. Za spokojna jak na dziewiętnastolatkę. Tomasz odwrócił się do niej, gniew przekierowany na nowy cel. Jego usta poruszały się szybciej, ostrzej.
Anna wykorzystała moment. Wycofała się, znikła gdzieś w głębi domu.
Piotr obserwował Julię — jak przyjmuje słowa ojca, jak jej ramiona napinają się minimalnie, jak broda unosi się o milimetr. Opór. Cichy, stonowany, ale obecny.
Tomasz machnął ręką — gest odrzucenia, pogardy — i odwrócił się, zostawiając córkę samą w salonie. Zniknął w cieniu korytarza.
Julia została. Stała nieruchomo przez długą chwilę, a potem jej ramiona opadły. Podniosła rękę do twarzy — może ocierała łzy, może tylko zmęczenie — i wtedy, przypadkiem czy nie, spojrzała w stronę okna.
Piotr cofnął się instynktownie, chociaż wiedział, że z tej odległości, w ciemności, nie mogła go zobaczyć. Ale przez sekundę, zanim opuścił lornetkę, jego oczy spotkały się z jej oczami przez zimną przestrzeń między domami.
Odłożył lornetkę na parapet. Ręce lekko drżały.
Cisza w pokoju była absolutna. Tylko ciche tykanie grzejnika i własny oddech. Za oknem jezioro leżało czarne i nieruchome, lód trzymający wodę w bezruchu. Wszystko zamrożone. Wszystko czekające.
Piotr odwrócił się od okna, ale obraz został — wypalony na siatkówkach, zapisany w neuronach. Anna cofająca się. Julia interweniująca. Tomasz dominujący.
Trójkąt przemocy.
Znał statystyki. Wiedział, jak takie sytuacje się kończą. W większości przypadków — niczym. Ciągną się latami, dziesiątkami lat. Ludzie przyzwyczajają się do piekła, gdy jest jedynym domem, jaki znają.
Ale czasem — czasem coś pęka.
I wtedy ktoś umiera.
Podszedł do biurka, otworzył laptop. Blask ekranu rozjaśnił pokój niebieskim światłem. Zaczął pisać notatkę — data, godzina, obserwacje. Stary nawyk z czasów profilera.
Ale dlaczego? Dlaczego to robi?
Nie potrafił odpowiedzieć. Nie jeszcze.
Zamknął laptop i położył się na łóżku, wpatrując się w sufit.
Za oknem noc zagęszczała się jak smoła.
Noc nie przynosiła ulgi. Nigdy nie przynosiła.
Piotr leżał w ciemności, wsłuchany w ciszę tak gęstą, że zdawała się mieć wagę. Przygniatała go do materaca, wypełniała płuca, osiadała na powiekach. W Poznaniu nigdy nie było tak cicho. Tam zawsze coś brzęczało, warczało, żyło — tramwaje na Głogowskiej, pijackie głosy pod blokiem, syreny karetek pędzących do szpitala. Tutaj cisza miała jakość niemal fizyczną, jak woda, w której tonął.
Zegar w salonie wybił drugą. Metaliczny dźwięk przebił mrok, zawisł w powietrzu, rozpłynął się.
Karolina.
Jej imię pojawiło się bez zaproszenia, jak zawsze. Piotr zacisnął powieki, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Nie mogło. Widział ją teraz tak wyraźnie, jakby leżała obok — ciemne włosy rozsypane na poduszce, dłoń wyciągnięta w jego stronę, palce lekko zgięte, jakby zamarła w geście sięgania. Zawsze sięgała. On nigdy nie zdążył złapać.
Odwrócił się na bok. Pościel pachniała świeżością, może lawendą — cokolwiek gospodyni dodawała do prania. Zapach był przyjemny, obcy, niewłaściwy. Wszystko tutaj było niewłaściwe.
„Wyjedziesz, to uciekniesz” — powiedziała mu Magda podczas ostatniej sesji. Jego terapeutka miała ten irytujący zwyczaj mówienia prawdy w chwilach, gdy najmniej chciał jej słuchać. „Geograficzna zmiana nie leczy traumy, Piotrze. Ona jedzie z tobą”.
Miała rację. Trauma jechała z nim, siedziała teraz na krawędzi łóżka, oddychała jego oddechem, patrzyła jego oczami w sufit.
Za oknem las szumiał cicho, monotonnie. Dźwięk przypominał morze, choć Piotr wiedział, że to tylko wiatr przesuwający się przez sosny. Próbował skupić się na tym szumie, policzyć oddechy — stara technika, którą sam uczył pacjentów. Wdech na cztery, zatrzymaj na siedem, wydech na osiem. Ciało powinno się rozluźnić, umysł wyciszyć.
Nie działało. Nigdy nie działało, gdy liczył własne oddechy.
Pamięć była bezlitosna. Zawsze przychodziła nocami, w tych godzinach między snem a czuwaniem, gdy umysł tracił kontrolę nad tym, co przepuszcza, a co blokuje. Widział teraz tamten pokój — ściany w kolorze zgniłej zieleni, fluorescencyjne światło, twarz Damiana Kowalczyka po drugiej stronie stołu. Chłopak miał dwadzieścia dwa lata, blade niebieskie oczy, spokojny głos.
„Ona krzyczała?” — zapytał Piotr.
„Na początku”.
„Jak długo?”
„Nie wiem. Może godzinę. Może dwie”.
Głos Damiana był pozbawiony emocji, jakby opowiadał o wymianie opon w samochodzie. To właśnie wtedy Piotr powinien był przerwać. Powinien był wstać, wyjść, powiedzieć, że potrzebuje przerwy. Nie wstał. Słuchał dalej, zadawał kolejne pytania, schodził coraz głębiej w umysł, w którym nie powinien był się znaleźć.
A potem wrócił do domu i znalazł Karolinę w łazience.
Piotr usiadł gwałtownie, czując, jak serce wali mu w żebrach. Pot kleił mu koszulkę do pleców, mimo że w pokoju było chłodno. Sięgnął po szklankę wody na nocnym stoliku — ciepła, nieświeża, ale mokra. Wypił jednym haustem.
Telefon na stoliku pokazywał 2:47. Za oknem wciąż panowała nieprzenikniona ciemność. Tutaj, z dala od miejskich świateł, noc była absolutna. Piotr wyobraził sobie jutro — kolejny dzień w tym wynajętym domu, kolejne godziny wypełnione niczym. Może pójdzie nad jezioro. Może pojedzie do miasteczka po zakupy. Może przeczyta kolejny rozdział książki, którą przywiózł i do której nie potrafi się zmobilizować.
Jutro będzie taki sam dzień jak dzisiaj, pomyślał. I pojutrze też. I wszystkie następne.
Ironia sytuacji nie umknęła mu — psycholog, który latami uczył innych, jak radzić sobie z traumą, sam nie potrafił stanąć na nogi. Terapeuta bez narzędzi. Profiler, który zgubił się we własnym umyśle.
Położył się z powrotem, patrząc w sufit. Cisza wróciła, ciężka i lepka.
Sen nie nadchodził. Wiedział, że nie nadejdzie.ROZDZIAŁ 2: ZNALEZISKO
Mróz miał kolor. Piotr wiedział to teraz z całkowitą pewnością — był biały, ale nie śnieżna biel, raczej ta z kości, z martwych palców. Powietrze kłuło płuca jak drobne szpilki lodu, a każdy oddech zamieniał się w obłoczek pary, który natychmiast zamierał w bezruchu.
Parking przed ośrodkiem był pusty. Prawie pusty.
Samochód stał pod starą brzozą, czarny Mercedes, którego Piotr widział już wcześniej — wieczorem, gdy Tomasz Jurewicz przejeżdżał przez główną aleję z warkotem silnika, który brzmiał jak prowokacja w zimowej ciszy. Teraz silnik też pracował, niski pomruk w martwej scenerii, ale było w tym dźwięku coś niewłaściwego. Coś końcowego.
Okna zaparowane. Całkowicie białe od środka.
Piotr zatrzymał się w pół kroku. Jego instynkt — ten stary, policyjny, który myślał, że już umarł — zaczął się budzić jak zwierzę po zimowej hibernacji. Wolno. Boleśnie.
Podszedł bliżej.
Śnieg chrzęścił pod butami, głośno, obscenicznie głośno. Świat wokół był cichy jak wnętrze trumny. Żadnych ptaków. Żadnych głosów. Tylko ten silnik, mruczący swoją monotonną pieśń śmierci.
Dotknął maski. Ciepła. Jak skóra z gorączką.
Powinien odejść. Powinien zawrócić i wrócić do pokoju, do swojej ucieczki, do swojego milczenia. Ale jego dłoń już sięgała do klamki, palce w rękawiczce już chwytały metal.
Otworzył drzwi.
Zapach uderzył go jak pięść. Spaliny, ciężkie, mdłe, nasycone śmiercią. I coś jeszcze — słodkawy odór, który znał, który pamiętał z tamtych miejsc, z tamtych scen, które przysięgał sobie zapomnieć. Woniał go trzewia, krew, odchody — to, co ciało robi, gdy przestaje być człowiekiem.
Tomasz Jurewicz siedział za kierownicą, głowa odrzucona do tyłu, usta lekko rozchylone. Oczy otwarte, ale niewidzące, pokryte już tym mlecznym nalotem, który przychodzi, gdy życie ucieka zbyt szybko, by zdążyć zamknąć powieki. Skóra miała kolor wosku.
Piotr nie oddychał. Nie mógł. Nie chciał wpuszczać tego powietrza do płuc.
Jego umysł pracował automatycznie, katalogując szczegóły: pozycja ciała — naturalna, rozluźniona; dłonie na kolanach — żadnych śladów walki; ubranie — niezmięte. Wąż od rury wydechowej, czerwony, niedbale wepchnięty przez szparę w tylnym oknie. Profesjonalnie nieprofesjonalny. Albo odwrotnie.
To miało wyglądać jak samobójstwo.
Ale Piotr widział samobójstwa. Widział ich dziesiątki. I to nie było samobójstwo.
Coś w ułożeniu węża. Coś w wyrazie twarzy Jurewicza — nie było tam rozpaczy, tylko zaskoczenie. Jak u kogoś, kto zasnął w jednym świecie, a obudził się w zupełnie innym. Albo wcale się nie obudził.
Cofnął się. Drzwi zatrzasnęły z cichym kliknięciem.
Cisza wróciła, ale była teraz inna. Gęstsza. Pełna oczekiwania.
Piotr odwrócił się i dopiero wtedy ją zobaczył — sylwetkę w oknie na pierwszym piętrze, nieruchomą jak portret. Julia. Patrzyła prosto na niego, jej twarz biała jak papier, oczy jak dwie czarne dziury.
Patrzyła. I wiedziała, że on wie.
To nie był koniec jego ucieczki.
To był początek czegoś znacznie gorszego.
Telefon ważył w dłoni jak kawałek lodu. Piotr stał w ciemności korytarza, słuchając mechanicznego głosu operatorki 112, który pytał o adres, charakter zdarzenia, czy ofiara oddycha. Słowa wychodziły z jego ust automatycznie, wypracowane lata temu, gdy jeszcze potrafił patrzeć na śmierć bez tego paraliżującego chłodu w żołądku.
— Wilczyn, ulica Leśna siedem. Mężczyzna, około czterdziestu pięciu lat. Nie żyje. Rana kłuta klatki piersiowej.
Cisza po drugiej stronie trwała sekundę za długo.
— Pan jest lekarzem?
— Byłem profilerem.
Słowo zawisło między nimi jak wyrok. Operatorka odchrząknęła, ton jej głosu stwardniał.
— Patrol jedzie. Proszę nie dotykać niczego.
Piotr rozłączył się i oparł czołem o zimną ścianę. Tapeta pachniała stęchlizną i czymś słodkawym — może wanilią z płynących ze świec w salonie. Za drzwiami Julia płakała bezgłośnie, skulona przy ciele ojca, które już zaczynało sztywnieć. Anna stała nieruchomo, patrząc w okno, w tę białą nicość za szybą.
Wrócił do salonu. Światło jarzeniówki w kuchni rzucało na podłogę ostry prostokąt, w którym widać było każdy detal: wzór parkietu, ciemną plamę krwi rozlaną w nierównym kręgu, dłoń Tomasza Jurewicza z palcami wykrzywionymi w ostatnim skurczu.
Piotr przyklęknął metr od ciała, nie dotykając niczego. Profiler w nim budził się niechętnie, jak stary pies wyrwany ze snu. Krew — świeża, jeszcze lepka. Rana pojedyncza, precyzyjna, między czwartym a piątym żebrem. Ktoś wiedział, co robi. Albo miał cholernie dużo szczęścia.
Nóż leżał pół metra dalej. Kuchenny, z drewnianą rękojeścią. Żadnych śladów walki — krzesła stały równo, na stole nietkniętą kolacja stygła pod folią. Tomasz upadł tam, gdzie został ugodzony. Szybko, niespodziewanie.
— Ile czasu? — spytał cicho, nie patrząc na Annę.
— Co?
— Ile czasu od… od tego?
Usłyszał, jak przełyka ślinę.
— Nie wiem. Może dziesięć minut. Może piętnaście.
Zbyt długo jak na świadka. Zbyt krótko jak na szok.
Reflektory policyjnego radiowozu rozświetliły okna pół godziny później, zamieniając białą noc w pulsujący niebieski koszmar. Piotr wstał z krzesła przy oknie, czując jak kolana mu drętwiały. Silnik zgasł. Drzwi trzasnęły. Kroki na schodach — pewne, miarowe.
Otworzył, zanim zdążyli zapukać.
Ewa Witecka miała dokładnie taki wyraz twarzy, jaki pamiętał — kamień oszlifowany latami pracy w wydziale kryminalnym. Ale oczy, te ciemne oczy, rozszerzyły się na ułamek sekundy, gdy go rozpoznała.
— Sadowski?
Jej głos był niższy, niż zapamiętał. Szorstki od papierosów i zim spędzonych na mazurskich komisariatach.
— Witecka.
Stała w drzwiach w granatowej kurtce z policyjnym logo, śnieg topniał na jej ramionach. Za nią widział młodego technika z walizką, bladego jak ściana.
— Co ty tu, do cholery, robisz? — Pytanie zabrzmiało jak oskarżenie.
— Wynajmuję pokój. — Wskazał głową w głąb domu. — Oni też tu mieszkają.
Ewa zmrużyła oczy. Znał to spojrzenie — analizowała, katalogowała, szukała niespójności.
— Oni to kto?
— Anna Jurewicz. Właścicielka. I jej córka.
— A ofiara?
— Mąż pani Jurewicz.
Coś przesunęło się po jej twarzy — cień podejrzenia, może rozczarowania.
— Więc znowu jesteś na miejscu zbrodni. — Nie było w tym pytania.
— Nie szukałem tego.
— Nigdy nie szukałeś. — Weszła do środka, otrzepując śnieg z butów. — A jakoś zawsze było.
Zapach jej perfum — coś ziołowego, rozmaryn może — zmieszał się z wonią krwi i strachu. Piotr cofnął się, robiąc jej miejsce. Technik przeszedł obok nich, trzymając walizkę jak tarczę.
— Gdzie ciało?
— Salon. Prosto.
Ewa ruszyła korytarzem, ale zatrzymała się po dwóch krokach.
— Dotykałeś czegoś?
— Nie.
— Przesunąłeś coś?
— Nie.
— Rozmawiałeś z nimi?
— Minimalnie.
Odwróciła się, patrząc mu prosto w oczy. W jarzeniowym świetle jej twarz wyglądała na wykutą z granitu.
— Będę musiała przesłuchać cię jako pierwszego. Wiesz o tym, prawda?
— Wiem.
— I wiesz, że jeśli cokolwiek ukrywasz…
— Nie ukrywam.
Skłamał. Ukrywał zawsze. Przed Ewą, przed sobą, przed całym światem. Ukrywał, dlaczego uciekł z Poznania, dlaczego przestał być profilerem, dlaczego jego ręce drżały, gdy patrzył na krew.
Ewa skinęła głową, ale nie uwierzyła. Widział to w napięciu jej szczęki, w sposobie, w jaki zacisnęła palce na latarce.
— Zostań tutaj. Nie ruszaj się.
Została go w korytarzu jak podejrzanego. Bo nim był — oni wszyscy byli. W tej białej nocy, w tym domu pełnym tajemnic, każdy był winny, dopóki nie udowodniono inaczej.
A Piotr znał tę grę. Kiedyś ją prowadził.
Pokój przesłuchań pachniał wilgocią i metalem, jakby ściany pocił się strach wszystkich, którzy przez nie przewinęli. Piotr siedział przy stole z laminatu, który kiedyś próbował udawać drewno, a teraz był tylko bladą karykaturą czegoś żywego. Tak jak on sam — pomyślał, zanim zdążył to powstrzymać.
Ewa Witecka stała przy oknie, odwrócona plecami, sylwetka zarysowana na tle śnieżnej bieli za szybą. Nie patrzyła na niego, ale Piotr czuł jej uwagę jak dotyk na karku. Policjantka miała w sobie coś z drapieżnika — cierpliwość, która była tylko odwleczonym atakiem.
— Dlaczego obserwowałeś dom Jurewiczów? — Jej głos był spokojny, niemal obojętny, ale w tym spokoju kryło się oskarżenie.
Piotr splótł dłonie na stole. Palce miał zimne, choć w pomieszczeniu było duszno od grzejnika warczącego pod oknem.
— Nie obserwowałem — powiedział. — Mieszkam naprzeciwko. Trudno nie widzieć.
— Nie widzieć to jedno. — Ewa odwróciła się, oparła biodra o parapet. Światło z okna tworzyło wokół niej aureolę, uniemożliwiając odczytanie wyrazu twarzy. Celowy zabieg, zauważył. — Pani Kowalska zeznała, że stał pan pod ich domem. Dwukrotnie. Że patrzył pan w okna.
Wspomnienie starej baby z psem, która przyglądała mu się spod oka tamtego wieczoru, gdy wracał ze spaceru. Jak mogła wiedzieć, na co patrzy? Jak mogła rozróżnić zwykłe roztargnienie od czegoś gorszego?
— Jestem psychologiem — odparł, i słowa zabrzmiały w jego ustach jak przyznanie się do winy. — Zawodowa deformacja. Ludzie mnie interesują.
Ewa przechyliła głowę. Gest był niewielki, ale pełen znaczenia.
— To podejrzane, nie uważa pan?
— Co dokładnie?
— Że psycholog, który rzekomo przyjechał tu odpocząć od ludzi, akurat interesuje się rodziną, w której dochodzi do morderstwa.
Rzekomo. Słowo zawisło między nimi jak ostrze.
Piotr poczuł znajome ciążenie w piersi, to samo, które towarzyszyło mu podczas każdego przesłuchania w Warszawie. Wiedza, że każde słowo może być bronią, każda cisza — przyznaniem. Tyle że wtedy to on zadawał pytania. Siedział po właściwej stronie stołu.
— Nie wiedziałem, że dojdzie do morderstwa — powiedział powoli. — Nikt nie wiedział.
— Ale coś pan widział. — Ewa zrobiła krok w jego stronę, i nagle światło przestało ją chronić. Miała twarz zmęczonej kobiety, która widziała za dużo i ufała za mało. — Inaczej by pan nie patrzył.
Okno było uchylone — ledwie, szczelina nie szersza niż palec — ale zimno wślizgiwało się do środka jak coś żywego. Piotr poczuł je na skórze, pod kołnierzykiem. Przypomniał sobie tamten wieczór, trzy dni temu. Światło w oknach domu Jurewiczów. Sylwetki za firankami. Nagły ruch — ktoś podniósł rękę, ktoś cofnął się. Kłótnia? Może. A może tylko zwykła, domowa choreografia.
— Widziałem rodzinę — powiedział w końcu. — Nic więcej.
— Rodzinę. — Ewa usiadła naprzeciwko niego, założyła ręce na piersi. — Co pan w nich widział, doktorze Sadowski? Profesjonalnie.
Pułapka była zbyt oczywista, by w nią wpaść, i zbyt precyzyjna, by ją zignorować.
— Napięcie — przyznał. — Ale każda rodzina jest napięta. To nie czyni nikogo mordercą.
— A co czyni?
Pytanie zawisło w powietrzu. Piotr wiedział, że powinna paść odpowiedź, ale ta, którą znał, była zbyt ciężka. Zbyt osobista. W Warszawie nauczył się, że ludzi nie czyni mordercami pojedyncza decyzja. To seria małych ustępstw, drobnych zdrad samego siebie, aż w końcu linia między tym, kim jesteś, a tym, czym możesz się stać, zaciera się jak ślady na śniegu.
— Nie wiem — skłamał. — Przestałem to rozumieć.
Ewa patrzyła na niego długo, a w jej oczach Piotr zobaczył coś, czego nie spodziewał się zobaczyć — nie podejrzenie, ale rozpoznanie. Jakby ona też znała ciężar pytań bez odpowiedzi.
— Dobrze — powiedziała w końcu, podnosząc się. — Ale nie wyjeżdża pan z Wilczyna. Będę miała jeszcze pytania.
Nie była to prośba.
Piotr wrócił do ciepła jak nurek wynurzający się z głębiny — zbyt szybko, z płucami pełnymi niewłaściwego powietrza. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, odcinając go od nocy, ale zimno zostało, wplątane w jego ubranie, w włosy, w skórę. Stryj Henryk skinął głową z fotela przy kominku, gestem starszego mężczyzny, który już wszystko widział i nic go nie zaskakuje.
Salon wyglądał tak samo jak pół godziny temu — te same twarze, ten sam półmrok — ale Piotr widział go teraz inaczej. Jakby ktoś przesunął dekoracje o kilka centymetrów w lewo i wszystko było niemal właściwe, tylko niemal.
— Podobno znalazł się w stodole. — Głos pani Kamińskiej z apteki, cichy jak szmer paciorków różańca. — Powiesił się. Sama myśl…
— Tomasz zawsze był… niestabilny. — To pan Wroński, emerytowany nauczyciel. Dobierał słowa ostrożnie, jak ktoś, kto wie, że każde zostanie zapamiętane.
Piotr nalał sobie kawy z termosu na kredensie. Porcelana stuknęła głośniej, niż zamierzał. Kilka osób spojrzało w jego stronę, potem szybko odwróciło wzrok.
Niestabilny. Słowo jak plaster na ropiejącą ranę.
— Pani Anna to dobra kobieta. — Starsza pani w ciemnej chustce, sąsiadka pewnie. — Tyle wycierpiała z tym człowiekiem. Teraz przynajmniej będzie miała spokój.
Spokój. Takie proste, takie ostateczne.
Piotr pił kawę i słuchał. To była umiejętność, której nauczył się dawno temu, zanim wszystko się posypało: jak być obecnym, nie będąc widocznym. Jak słuchać przestrzeni między słowami.
— Julia jest taka młoda. — Kolejny głos, kobiecy, współczujący. — Co za tragedia, stracić ojca w taki sposób.
— Lepiej stracić takiego ojca, niż mieć go dalej — mruknął ktoś z tyłu pokoju.
Cisza. Gęsta jak dym.
Piotr obserwował ich twarze w migotliwym świetle kominka. Każda twarz to mapa, każda linia wyryta przez konkretne emocje. Tu — ulga zamiast smutku. Tam — ciekawość zamiast współczucia. A w kącie, przy oknie, kobieta z wąskimi ustami patrzyła w śnieg z wyrazem, którego nie umiał nazwać.
Samobójstwo? — pomyślał, obracając kubek w dłoniach. Porcelana była ciepła, ale jego palce pozostały zimne. — Nie jestem pewien.
To przyszło nagle, jak wspomnienie starego snu. Nie logika, nie dowód — tylko instynkt, coś pod skórą. Ciało na sniegu, ten dziwny kąt szyi, sposób, w jaki ręce leżały zbyt blisko boków. Szczegóły, których nie powinien był zauważyć. Szczegóły, których nie mógł nie zauważyć.
Coś tu nie gra.
— Pan jest tym psychologiem z Warszawy, prawda? — Stryj Henryk stał teraz obok niego, pojawił się bezszeleśnie jak cień. — Przyjechał pan w odwiedziny?
— Potrzebowałem ciszy.
— Ciszę ma pan teraz. — Stary mężczyzna uśmiechnął się bez radości. — Tyle ciszy, ile tylko pan chce. Wilczyn to dobre miejsce na milczenie.
Przez okno Piotr widział dom Jurewiczów po drugiej stronie ulicy. Światło w oknach, sylwetki za zasłonami. Życie toczyło się dalej, jak zawsze, jak musi.
Ale w stodole, w śniegu, w kącie martwej szyi — tam było coś, co nie pasowało.
Dopił kawę. Gorzka, zimna już.
— Znał pan rodzinę Jurewiczów? — zapytał cicho.
Henryk spojrzał na niego długo, badawczo.
— W Wilczynie wszyscy znają wszystkich — powiedział w końcu. — To właśnie jest problem.ROZDZIAŁ 3: SAMOBÓJSTWO?
Gabinet komendantki pachniał starym linoleum i kawą z ekspresu, która stała zbyt długo. Piotr siedział przy biurku Ewy Witeckiej, obserwując, jak przekłada teczkę z jednej strony na drugą, jakby sama czynność mogła zmienić to, co znajdowało się w środku.
Za oknem śnieg sypał monotonnie, bezgłośnie.
— Tomasz Jurewicz — zaczęła w końcu, otwierając akta. — Czterdzieści pięć lat, chirurg ortopeda w szpitalu powiatowym. Znaleziony przez żonę dwudziestego stycznia o szóstej rano. Powieszenie. Belka w garażu, własnoręcznie wykonana pętla z liny żeglarskiej.
Jej palec przesunął się po maszynie do pisania wydrukowanym zeznaniom. Piotr zauważył, że paznokcie miała obgryzione do żywego mięsa.
— Żadnych śladów walki — ciągnęła. — Żadnych obrażeń obronnych. Toksykologia czysta, poza standardowym poziomem alkoholu. Trzy promile. List pożegnalny znaleziony na biurku w domu, własnoręczny, potwierdzony przez grafolog.
— Co było w liście? — zapytał Piotr.
Ewa spojrzała mu w oczy. Przez ułamek sekundy dostrzegł w nich coś, co mogło być zmęczeniem albo czymś głębszym.
— „Przepraszam. Nie dam rady”. Podpisane.
Cisza zagęściła się między nimi jak coś namacalnego. Za ścianą ktoś przeklinał cicho, szuflada zatrzasnęła się z metalicznym brzękiem.
— Krótko — zauważył Piotr.
— Samobójcy rzadko są wylewni.
Wyjęła kolejną kartkę. Jej dłoń drżała nieznacznie, choć może to tylko światło jarzeniówki rzucało niepokojące cienie.
— Długi — powiedziała. — Półtora miliona złotych. Kredyty konsumpcyjne, pożyczki pozabankowe. Część z tych mniej… oficjalnych źródeł. Był pod presją. Dwa miesiące temu ktoś wybił mu szybę w samochodzie. Miesiąc temu znalazł zdechłego kota na progu. Klasyczne metody.
Piotr milczał, przetwarzając informacje. W jego głowie układały się obrazy: mężczyzna w średnim wieku, chirurg z drżącymi rękami, który wraca do pustego domu. Strach. Wstyd. Alkohol jako jedyny sposób na sen.
— Depresja? — zapytał.
— Nie był leczony, ale żona zeznała, że ostatnio zmienił się. Wycofany, nerwowy. Pił więcej niż zwykle.
— A córka?
Ewa zawahała się. To była niewielka pauza, ledwo wyczuwalna, ale Piotr łowił takie momenty całe życie.
— Julia nic nie zauważyła. Studiuje w Warszawie, przyjeżdża rzadko. Ostatni raz widziała ojca w Boże Narodzenie.
— Miesiąc temu.
— Tak.
Piotr wstał, podszedł do okna. Wilczyn rozciągał się pod nim w bieli i szarości, miasteczko zamrożone w czasie jak owad w bursztynie. Gdzieś tam, w jednym z tych domów, Anna Jurewicz budziła się w pustym łóżku. Gdzieś Julia próbowała zrozumieć, dlaczego.
— Sprawa zamknięta — powiedziała Ewa za jego plecami. Jej głos brzmiał płasko, urzędowo. — Prokuratura nie wniosła o dalsze śledztwo. Wszystko się zgadza.
Piotr odwrócił się. Spojrzał na nią długo, aż opuściła wzrok.
— Wszystko się zgadza — powtórzył cicho.
— Piotrze…
— Chirurg ortopeda — przerwał jej. — Człowiek, który całe życie ratuje ludziom kończyny. Który wie dokładnie, jak działa anatomia szyi, jakie są punkty kompresji, jak długo trwa utrata przytomności. Taki człowiek wieszałby się?
— Ludzie w desperacji nie myślą racjonalnie.
— Właśnie że myślą. Inaczej, ale myślą. — Oparł się o parapet. Zimno z okna przenikało przez materiał spodni. — Trzy promile alkoholu. To znaczy, że ledwo stał na nogach. Jak wszedł po drabinie? Jak zawiązał pętlę?
— Mamy zdjęcia. Pętla była prosta, żaden marynarski węzeł.
— Ale skuteczna.
Ewa zamknęła teczkę. Gest ostateczny, definitywny.
— To nie twoja sprawa — powiedziała cicho. — Nie twoje śledztwo. Nie twoja wina.
Ostatnie słowa zawisły między nimi jak coś toksycznego. Piotr poczuł, jak napina się w nim coś starego, dawno pogrzebanego.
— Wiem — odpowiedział w końcu.
Ale oboje wiedzieli, że kłamie.
Ewa czekała przy jego samochodzie jak zimowa zjawa — długi granatowy płaszcz, włosy związane ciasno, dłonie schowane w kieszeniach. Piotr zobaczył ją przez oszronione szyby gospody, zanim jeszcze wyszedł. Wiedział, że to nie przypadek. Wiedział też, że powinien czuć irytację, ale zamiast tego poczuł coś zupełnie innego — gorące ukłucie gdzieś pod żebrami, które nie miało nic wspólnego z pracą.
Mróz uderzył go w twarz jak otwarta dłoń. Minus dwanaście, może więcej. Powietrze ostre, krystaliczne, palone w płucach.
— Przypadkowe spotkanie? — zapytał, zatrzymując się trzy kroki od niej. Bezpieczna odległość. Zawodowa odległość.
— W Wilczynie nie ma przypadków. — Jej głos był niski, chropowaty od zimna albo od papierosów, których nie paliła. — Wszyscy wiedzą wszystko.
— A co wiedzą o mnie?
— Że nie jesteś turystą. — Wyszła z cienia samochodu, zbliżyła się o pół kroku. Jej oddech tworzył małe obłoczki pary między nimi. — Że pytasz o Jurewiczów. Że Julia Cię wynajęła.
Piotr poczuł, jak napina się jego szczęka. Informacje podróżowały w małych miasteczkach szybciej niż w policyjnych bazach danych.
— Prywatna sprawa — powiedział. — Porada psychologiczna.
— Gówno prawda. — Powiedziała to bez złości, niemal z rozbawieniem. Podeszła bliżej, teraz dzielił ich może metr. Zobaczył jej oczy — szare, zimne jak lód na jeziorze, ale z czymś pod spodem. Czymś ciepłym i niebezpiecznym. — Dlaczego tu jesteś, Piotr?
Użycie imienia było intymne. Celowe. Piotr znał tę grę — przestrzeń osobista, pierwsza nazwa, zbudowanie połączenia albo zdominowanie rozmówcy. Ewa grała dobrze.
— Julia ma prawo do odpowiedzi — odparł. Jego głos brzmiał spokojniej, niż się czuł.
— Julia ma prawo do terapii. Nie do amatorskiego śledztwa. — Ewa przekrzywiła głowę. — Wiesz, co sprawdziłam? Byłeś dobry. Bardzo dobry. Dwanaście rozwiązanych spraw, profil psychologiczny, współpraca z prokaturą. A potem co? Rok przerwy. Żadnej praktyki. Żadnych publikacji.
Coś ścisnęło mu gardło. Wiedział, że sprawdzi — każdy dobry glina by sprawdził — ale usłyszenie tego na głos było jak dotknięcie otwartej rany.
— To nie twoja sprawa — powiedział cicho.
— Staje się moją, kiedy zaczynasz zadawać pytania o zamknięte dochodzenie. — Jeszcze krok. Teraz stali tak blisko, że czuł ciepło jej ciała, które przebijało się przez warstwy tkaniny. — Nie mieszaj się, Piotr.
To było ostrzeżenie, ale wypowiedziane głosem, który brzmiał jak zaproszenie. Piotr zobaczył, jak jej wzrok na ułamek sekundy spada na jego usta, potem wraca do oczu. Szybko. Profesjonalnie. Ale zobaczył.
— A jeśli nie przestanę? — zapytał, nie cofając się.
— To będziemy mieli problem. — Jej dłoń wyszła z kieszeni, przez moment zawisła w powietrzu między nimi. Mogła go dotknąć. Mogła go odepchnąć. Zrobiła ani jedno, ani drugie. — Nie znam cię na tyle, żeby wiedzieć, czy jesteś uparty czy po prostu głupi.
— Może jedno i drugie.
Uśmiechnęła się — pierwszy prawdziwy uśmiech, który od niej zobaczył. Znikł szybko, jak płomień zapałki na wietrze.
— To by wyjaśniało wiele. — Cofnęła się wreszcie, zerwała tę dziwną intymność, która narosła między nimi. — Tomasz Jurewicz był pijakiem, tyranem i skurwielem. Ale dochodzenie było czyste. Świadkowie, dowody, zeznania. Anna siedzi, bo jest winna.
— A Julia?
— Julia jest dzieckiem, które straciło oboje rodziców w jeden miesiąc. — W głosie Ewy pojawiło się coś miękkiego, niemal czułego. — Potrzebuje pomocy, nie kolejnych traum.
— Może prawda by jej pomogła.
— Albo by ją zniszczyła. — Ewa odwróciła się, zrobiła kilka kroków w stronę swojego służbowego samochodu, potem zatrzymała się, spojrzała przez ramię. — Masz gdzie spać?
Pytanie było tak nieoczekiwane, że Piotr potrzebował chwili, żeby odpowiedzieć.
— Pokój nad gospodą.
— Zimno tam?
— Idzie przeżyć.
Kiwnęła głową, jakby to potwierdzało jakąś jej wewnętrzną teorię.
— Uważaj na siebie, Piotr. — Powiedziała to cicho, ale na tyle głośno, żeby usłyszał przez zimną ciszę. — Wilczyn nie lubi obcych, którzy grzebią w starych sprawach.
Wsiadła do samochodu i odjechała, zostawiając go samego na pustym parkingu. Piotr stał jeszcze długo, czując, jak mróz wżera się w jego kości, ale nie był pewien, czy to właśnie zimno sprawia, że czuje ten dziwny dreszcz na karku.
Wiedział jedno: Ewa Witecka była niebezpieczna. I nie chodziło tylko o jej odznakę.
Parking leżał przed nim jak otwarta rana w ciele lasu.
Piotr zatrzymał się przy krawędzi utwardzonego gruntu, gdzie asfalt przechodził w zbity śnieg. Witecka odjechała dziesięć minut temu, jej subaru pozostawiło na świeżym puchu wyraźne bruzdy, które już zaczynał zasypywać nowy opad. Zimno wgryzało się w policzki, w szczeliny przy kołnierzu, w przestrzeń między skarpetką a nogawką spodni. Minus dwanaście. Może trzynaście.
Cisza była niemal materialna.
Stanął tam, gdzie — według protokołu — zaparkował samochód Tomasza Jurewicza. Volvo. Ciemnoszare. Kierunek: tyłem do lasu, przodem do drogi. Logiczne. Łatwiejszy wyjazd po treningu.
Ale coś nie pasowało.
Piotr przykucnął, ignorując protest kolan, i przyjrzał się powierzchni. Śnieg, który spadł po odkryciu ciała, przykrył większość śladów, ale nie wszystkie. Pod świeżą warstwą, w miejscach, gdzie wiatr zdmuchnął puch, widniały starsze ślady. Zamarzniętą skorupę łamał ostrożnie, palcami w rękawiczkach.
Dwa zestawy śladów opon.
Pierwsze: szerokie, wyraźne, prowadziły prosto od wjazdu do miejsca, gdzie znaleziono volvo. Zimowe opony, dobry bieżnik. Pasowały do samochodu ofiary.
Drugie: węższe, płytsze, częściowo zatarte. Prowadziły skośnie, jakby kierowca parkował w pośpiechu lub niepewnie. Kończyły się trzy metry na prawo od pierwszych.
Dwa samochody.
Piotr wyjął telefon. Aparat był stary, ale wystarczający. Robił zdjęcia metodycznie, z różnych kątów, wykorzystując blade światło przedpołudnia. Kliknięcie migawki brzmiało obsceniczne w tej ciszy. Każde zdjęcie było naruszeniem, inwazją w miejsce, które chciało już zapomnieć.
Podszedł bliżej do linii drzew. Tutaj śnieg był głębszy, nietknięty, dziewiczy. Ale przy samej krawędzi lasu, tam gdzie cienie sosen tworzyły naturalną osłonę, znalazł coś jeszcze: ślady stóp. Niewielkie. Rozmiar trzydzieści siedem, może trzydzieści osiem. Prowadziły od miejsca, gdzie kończyły się drugie ślady opon, do ścieżki biegowej.
Kobieta?
Przykucnął ponownie. Ślad był płytki, ale wyraźny — but sportowy, może adidas, może nike. Trudno stwierdzić. W każdym razie nie męski rozmiar. Nie Tomasz Jurewicz.
Zapalił papierosa, choć obiecał sobie, że nie będzie. Dym palił płuca inaczej niż w Warszawie — ostrzej, czystszą. Patrzył na parking, próbując odtworzyć sekwencję.
Tomasz przyjeżdża. Parkuje. Wychodzi. Zaczyna trening.
Ktoś inny przyjeżdża później. Parkuje niedbale, w pośpiechu. Wychodzi. Idzie tą samą ścieżką.
Żeby biegać?
Żeby zabić?
Wiatr szarpnął konarami sosen i na parking spadła kolejna porcja śniegu, miękka i obojętna. Natura nie przechowywała sekretów długo. Za tydzień, może wcześniej, wszystkie ślady znikną. Parking będzie znowu dziewiczy, czysty, niewinny.
Piotr zrobił jeszcze kilka zdjęć, potem schował telefon.
W kieszeni wibrował — esemens od Witeckiej. Sekcja jutro 10:00. Będziesz?
Będzie.
Ruszył w stronę samochodu, ale po kilku krokach odwrócił się. Spojrzał na las, na ścieżkę, którą Tomasz Jurewicz przebiegł ostatni raz. Drzewa stały ciemne i milczące, jak świadkowie, którzy zapomnieli mowy.
Albo którzy nie chcieli mówić.
Wsiadł do audi. Silnik zapalił niechętnie. Ogrzewanie dmuchnęło lodowatym powietrzem.
Dwa samochody.
To zmieniało wszystko.