Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Biały Dom - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
44,93
4493 pkt
punktów Virtualo

Biały Dom - ebook

Ciekawość to katalizator rozwoju, który czasem kończy się nad przepaścią.

Krętymi ścieżkami pełnymi miejsc kultu i niewolniczych grobów Andrzej Pilipiuk prowadzi nas przez czas i przestrzeń. Doktor Skórzewski śledzi raczkujące początki tajemniczej transfuzji krwi. W odległym Fajum bada starożytne pochówki w poszukiwaniu zaginionego panaceum cenniejszego niż złoto. Dzięki snom i wizjom szamańskim mierzy się z tajemniczą chorobą, która ma swoje początki w Białym Domu.

Przeszłość dopada również Roberta Storma, który pobłogosławiony przez ucznia Rasputina musi wypełnić przepowiednię i ruszyć na poszukiwania Trójcy Świętej.

To pasjonujący zbiór opowiadań. Jeden z tych, do których wraca się po wielekroć.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-294-5
Rozmiar pliku: 3,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KWIAT ZAGUBIONY W PIASKACH

Jezioro Mälaren, Szwecja, wrzesień 1903 roku

Nieduży parostatek, puszczając z komina kłęby dymu, dzielnie pruł wodę. Podróż wlokła się niemiłosiernie, bo co dwa albo trzy kwadranse zatrzymywali się na przystaniach przy wsiach i miasteczkach. Słońce jeszcze trochę grzało, ale podmuchy wiatru przenikały na wskroś. Doktor Paweł Skórzewski postawił kołnierz i mimowolnie podziwiał krajobraz. Przed jego oczyma przesuwały się wspaniałe lasy. Jesień wybarwiła liście złoto i brązowo. Osady mniejsze i większe rozrzucone na brzegach wyglądały podobnie. Pobielone ściany murowanych domów, rudobrązowe ściany drewnianych. Szwedzi prawie nie używali gontów, dominowały dachówki.

Sporą część pasażerów stanowili mieszkańcy prowincji wracający na zimę do domów. Ci lepiej sytuowani mieli kufry i walizki obite skórą, ci biedniejsi – woskowanym płótnem lub zgoła malowaną tekturą. Doktor wiódł krótką pogawędkę z sympatyczną płowowłosą dziewczyną. Mówiła po niemiecku prostymi szkolnymi zdaniami, co jakiś czas dorzucając pojedyncze szwedzkie słowa. Wspominała, że pracowała całe lato w manufakturze szczotek i odłożyła trochę pieniędzy, ale zimę chce spędzić w domu wśród bliskich.

– Zboża z naszych pól starczy najwyżej do Wielkanocy – wyjaśniła. – A kartofli najwyżej do Nowego Roku. Trzeba dokupić...

Na brzegu, wzdłuż przeoranych pól, ciągnęły się wały kamieni, mniejszych i większych, przez całe pokolenia wydzieranych z ziemi. W kilku miejscach doktor wypatrzył ludzi, którzy zanurzeni do pasa wyciągali coś wiadrami z wody.

– Nasza ziemia to piach i kamienie – wytłumaczyła Szwedka, widząc jego zainteresowanie. – A muł z dna jeziora jest bardzo gęsty. Wydobywamy go każdej jesieni i rozrzucamy po polach. Dzięki temu gleba staje się żyzna. Wodorosty i trzciny też się wybiera, do wiosny wygniją, wtedy wystarczy łajna z obory dorzucić i przeorać. Robimy tak od czasów naszych dziadów. Wozimy też na pola liście z lasów.

Doktor podziękował za wyjaśnienia.

– W Egipcie mają łatwiej – powiedział. – Co roku rzeka Nil przybiera, wylewa z koryta i pokrywa wodą pola. Wraz z nurtem niesie masę mułu, który nadaje glebie niezwykłą żyzność. A klimat pozwala zbierać plony dwa razy w ciągu roku. W ogóle nie znają zimy.

– A to pastor czytał nam z Biblii. Patriarcha Józef przepowiedział faraonowi siedem lat tłustych, a potem nieurodzaj. – Dziewczyna błysnęła elokwencją. – A pan był w Egipcie?

– Wiosną tego roku. Nawet widziałem wielki kanał nawadniający poprowadzony z Nilu do oazy Fajum, nazywany Kanałem Praojca Józefa.

– A w Ziemi Świętej? – Oczy dziewczyny zalśniły zainteresowaniem.

– Jak na razie nie zdarzyło mi się.

– Był u nas odczyt kaznodziei, opowiadał o chłopach z Dalarny, którzy opuścili swe gospodarstwa i dziś żyją w pobliżu Jerozolimy. Pisarka Selma Lagerlöf wydała o tym powieść, ale nie czytałam...

Dobili do mola. Dziewczyna pożegnała się i pobiegła po trapie. Skórzewski odprowadził ją wzrokiem. Zelowane buciki błysnęły nowymi podeszwami, warkocze podskoczyły na plecach i tyle ją widział.

– Zabawna mała – mruknął.

Parostatek zawył syreną, koła łopatkowe uderzyły w wodę i ruszyli dalej. Doktor dzień wcześniej rzucił okiem na mapę. Wisiała w holu hotelowym. Jezioro Mälaren skojarzyło mu się z wielkim rozbryzgiem niebieskiego atramentu. Jednak w labiryncie wysp i odnóg sternik, pełniący zarazem funkcję kapitana, bez trudu odnajdywał drogę. Jego pomocnik w każdym porcie z małpią zręcznością zeskakiwał na nabrzeże, zakładał cumy, wysuwał trap, wyrzucał na deski worki z pocztą, dźwigał skrzynki z przesyłkami. Trzeci z członków załogi, rosły chłop, wykonywał obowiązki palacza. Pilnował pieca i zarazem obsługiwał pracę maszyny parowej. Przez uchylone drzwi widać było, jak pracowicie szufluje węgiel w palenisko i co jakiś czas popatruje z frasunkiem na manometr... Parowiec miał już swoje lata. Purchle i rdzawe zacieki na ścianach nadbudówki wiele mówiły o korozji toczącej blachy. Elementy mosiężne były aż wyślizgane od wieloletniego pucowania. Ale stateczek dzielnie pruł do przodu, nie zważając na wiatr. Sztokholm opuścili wczesnym rankiem, teraz było już późne popołudnie. Doktor wstał z ławki i przespacerował się dla rozruszania kości.

– Bald später. – Staruszek siedzący za sterem też znał sporo niemieckich słów i chętnie ich używał, ale w przeciwieństwie do dziewczyny nie zawsze pamiętał ich właściwe znaczenie.

To później czy niebawem? – zirytował się w duchu Skórzewski.

– Wir werden aussprechen – ciągnął sternik. – Ausschweinen? Ausschwimmen? – sprostował z niepewną miną. – Sigtuna ist... – Zabrakło mu słowa, więc tylko machnął dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku.

– Sigtuna ist in der Nähe – podpowiedział litościwie Polak.

– Abgemacht! – ucieszył się sternik, energicznie kręcąc kołem. – Sie werden später aussteigen, sehr gut!

Ominęli cypel. Przed nimi rozlewała się szeroko kolejna odnoga jeziora. Wiatr osłabł, byli teraz zasłonięci ścianą lasu. Po lewej mignęło skupisko głazów leżących wśród drzew. Minęła ich niewielka łódź. Czterech mężczyzn wiosłowało wytrwale, piąty, lepiej ubrany, sterował, trzymając między łydkami czarną skórzaną lekarską torbę. Skórzewski gestem pozdrowił nieznanego kolegę po fachu. Ten odwzajemnił pozdrowienie. Wiatr zmienił kierunek. Doktor z przyjemnością pił haustami chłodne, pachnące lasem powietrze.

– Sigtuna! – Sternik wskazał gestem niewielkie miasteczko widoczne już na przeciwległym brzegu.

Osada od strony wody sprawiała sielskie wrażenie. Domy były przeważnie parterowe. Niektóre lśniły bielą tynków, ale dominował widok grubych belek pomalowanych rudobrązową farbą. Słońce skrzyło się w szybkach. Podpłynęli w pobliże nabrzeża, koła zatrzymały się, silnik parowy przeszedł na jałowy bieg, lecz łajba posuwała się nadal chyba samą siłą rozpędu... Pomocnik pojawił się na pokładzie. Sięgnął po linę. Mężczyzna w pocztowym mundurze stojący na pomoście odebrał cumę. Dobili. Doktor pożegnał się uprzejmie ze sternikiem, ujął swoją walizkę i zszedł po skrzypiącym trapie na ląd. Wyjął z kieszeni karteluszek z naszkicowanym planem osady. Ruszył przed siebie. Po lewej widział uchylone gościnnie wrota i szyld. Zapach kawy i ciasteczek przyjemnie podrażnił mu żołądek. Droga w prawo prowadziła do ruin kościoła. Gigantyczna budowla spojona z szarych głazów wręcz przytłaczała swoim ogromem. Lekarz przystanął i przez długą chwilę podziwiał szare mury. Choć zniszczone, nadal dumnie pięły się ku niebu. Mimowolnie rozejrzał się, szukając śladów miasta towarzyszącego równie imponującej świątyni, ale wokół rozciągał cię tylko niewielki cmentarzyk i towarzyszący mu niewielki protestancki kościółek z czerwonej cegły. Ba! Nie spostrzegł nawet śladu dawnych murów miejskich. Domy widoczne za drzewami były równie skromne.

– Widzę, szanowny przybyszu, że interesują pana nasze zabytki – zagadnął gościa przechodzący obok staruszek.

Dziadek wyglądał na emerytowanego nauczyciela, a może urzędnika z dużego miasta, który po latach pracy wrócił do rodzinnego gniazda. Mówił po niemiecku z mocnym akcentem, ale zrozumiale. Doktor już wcześniej zauważył, że znajomość tego języka jest w Szwecji niemal powszechna.

– Nie spodziewałem się tak okazałych ruin...

– ...w tak małej wiosce? – Dziadek uśmiechnął się kpiąco. – A co pan powiesz na to, że mamy jeszcze dwa równie okazałe rozwaliska? To była Katedra pod wezwaniem Świętego Olafa. Idąc dalej tą drogą, znajdzie pan równie okazałe pozostałości Kościoła Świętego Piotra, a w lesie za miasteczkiem jeszcze Kościoła Świętego Larsa. Dawne kroniki notują, że świątyń było więcej, aż siedem. Cóż, w średniowieczu to właśnie malutka dziś Sigtuna była rezerwową stolicą Szwecji. Dziś jesteśmy tylko karłami stojącymi na barkach gigantów. – Posmutniał. – Mogę panu jakoś pomóc?

– Szukam letniego domu profesora Karla Piehla.

– W następnej uliczce, taki z werandą malowaną na biało. – Autochton machnął dłonią, wskazując kierunek. – Profesor to jest uczony człowiek. Nawet te egipskie hieroglify umie odczytać... Ale tak sobie czasem myślę, na co mu kopać w piachu Afryki? Jestem przekonany – zniżył głos – że i u nas niejedno mógłby znaleźć. Tu, jak wspomniałem, było ważne miasto. A koło Uppsali wznoszą się kurhany z czasów wikingów. To trzeba badać, a nie jakieś tam mumie... Jeszcze z tych egipskich truposzy zaraza jakaś wylezie. – Wzdrygnął się.

Doktor podziękował za informacje i ruszył dalej. Po chwili był już na miejscu. Profesor Karl siedział na szerokiej ławie wystawionej przed dom. Wygasłą fajkę z długim cybuchem trzymał w dłoni.

„...i znów palimy długie fajki w Uppsali, zaklinając przyszłość...” – przypomniał sobie lekarz.

Na dźwięk kroków uczony podniósł głowę i osłonił oczy, robiąc daszek z dłoni. Fajka w magiczny wręcz sposób znikła gdzieś za ławką lub w kieszeni archeologa. Profesor dobiegał pięćdziesiątki. Z profilu trochę przypominał cara Mikołaja, ale był wyraźnie starszy i nosił krótszą brodę. Druciane okulary błysnęły przyjaźnie.

– No, nareszcie – krzyknął, zrywając się na równe nogi. – Wyszedłbym na przystań, ale spodziewałem się pana, panie kolego, dopiero pojutrze. Żono! – zawołał w głąb domu. – Podaj, proszę, wino z lodem. A do tego herbatę. Albo nie! Nastaw dobrą kawę! I coś do kawy by się przydało. Nie odmówi pan, doktorze?

– Nie odmówię.

– A za godzinkę obiad. Jagnięcina duszona z żurawiną. Nasza specjalność.

– Też nie odmówię – uśmiechnął się Polak. – Tylko najważniejsza kwestia... Hotelu tu zapewne nie znajdę, ale czy jest w tym miasteczku jakiś zajazd?

– Mowy nie ma! Mamy przygotowany pokój. Jest pan naszym gościem! Mam nadzieję, że zatrzyma się pan kilka dni? Pokażemy panu lokalne ciekawostki. Chmurzy się... Zapraszam na werandę.

Wygodne fotele ustawiono przy okrągłym stole nakrytym szydełkową serwetą. Skórzewski zauważył, że szyby w oknach są podwójne. Pomieszczenie miało też własny żeliwny piecyk. Przez okno spostrzegł dwie nastoletnie dziewczyny szczotkujące klacz koło szopy.

– To moje córki, Hedviga Arsinoe Karolina i Aurora Berenika Kristina. Syn w Sztokholmie u krewnych. Widzę, że widok pieca pana zaskoczył. Zimą w tych stronach miewamy przeważnie piętnaście do dwudziestu stopni mrozu – wyjaśnił Szwed. – A bywa i zimniej. Sztokholm ma łagodniejszy mikroklimat, wpływ morza jednak łagodzi mrozy. Najchłodniejsze miesiące spędzamy w Uppsali, ale czasem przyjedziemy też tu, żeby odpocząć od życia akademickiego. Proszę spocząć, opuszczę pana na chwilę, żona woła.

Skórzewski zapadł w miękki fotel. Na ścianie nad wejściem umieszczono elegancko oprawioną reprodukcję stalorytu Henriego-Pierre’a Picou Kleopatra na Nilu. Doktor oparł się wygodnie i popatrując na dziewczęta zajęte przy zwierzaku, uśmiechnął się mimowolnie do swoich wspomnień...

Oaza Fajum, siedem miesięcy wcześniej

– Tu będzie stromo – ostrzegł Ahmed.

Wielbłąd kojarzył się doktorowi Skórzewskiemu z pająkiem. Dziwnie stawiał długie nogi, a przy tym trząsł i kołysał się na boki. Do tego cuchnął. Zapach jego sierści przypominał woń starego koca, który kilka razy namókł na deszczu, a potem nie został dobrze wysuszony. Jakby tego było mało, idące przodem zwierzę co jakiś czas puszczało bąki śmierdzące fermentującą trawą.

– Zachciało mi się egzotyki – mruknął doktor pod nosem. – Z drugiej strony głupio było odrzucić zaproszenie...

Profesora Karla Piehla poznał kilka lat wcześniej w Petersburgu. Szwedzki uczony przyjechał na kongres naukowy wygłosić cykl wykładów o odczytywaniu hieroglifów. I pech prawdziwy – pod sam koniec pobytu dostał nagłego ataku wyrostka robaczkowego. Rejs i operacja w Szwecji nie wchodziły w grę, więc wylądował w miejskim szpitalu pod opieką Skórzewskiego. Po operacji rana dłuższy czas się goiła. Uczony nudził się jak mops, a w Polaku znalazł wdzięcznego słuchacza. Skórzewski wspomniał kiedyś, że zawsze ciekawiły go sekrety Egiptu, ale nie miał nigdy okazji wypuścić się w tamte strony. I oto trzy lata po owym spotkaniu wyjął ze skrzynki kopertę z zaproszeniem. Do listu załączony był bilet na parostatek Gdańsk–Aleksandria i drugi – na pociąg z Aleksandrii do Kairu.

W efekcie telepał się teraz na grzbiecie cuchnącego bydlęcia maszerującego przez skaliste pustynne wzgórza na południe od oazy Fajum. Kilka godzin temu zostawili za sobą dolinę oraz miasteczko, leżące pośrodku oazy o tej samej nazwie. Przemierzyli rozległe pola zasilane kanałami irygacyjnymi. Następnie przecięli pasmo wzgórz, z których roztaczał się wspaniały widok na oazę oraz widoczne na horyzoncie jezioro Karun. Teraz posuwali się w dół stoku, ku rozległej dolinie upstrzonej mniejszymi i większymi plamami zieleni. Doktor dobrze jeździł konno, lecz podróżowanie na grzbiecie dromadera różniło się zasadniczo. Przede wszystkim był znacznie dalej od ziemi. W dodatku nie mógł się przyzwyczaić do dziwacznego rytmu kroków zwierzęcia.

– Do godziny będziemy na miejscu – dobiegł go głos przewodnika.

Chłopak mówił świetnie po francusku i dobrze po angielsku. Z tego, co wspomniał na postoju, ukończył szkołę w Kairze. Chwalił się też, że już trzeci raz bierze udział w wykopaliskach u profesora Piehla. Doktor poprawił szerokoskrzydły kowbojski kapelusz, przywieziony mu kiedyś przez jednego z ekspacjentów z Ameryki. Przed sobą widział rozległą plamę zieleni. Słońce opadało już ku horyzontowi.

– Dolina Wadi el-Rayan – powiedział chłopak.

– Tam w dole też jest jezioro? – zainteresował się Polak.

– Czasami jest, a czasami nie ma – zauważył filozoficznie przewodnik. – Jak zima chłodna i wilgotna, spadają deszcze. Wypełnią nieckę, jezioro wtedy wraca i wszystko na jego brzegach się zieleni. Wiosną jeszcze można krowy i kozy wypasać. Latem już zostaje tylko błoto, które twardnieje na kamień. Ale w studniach woda jest cały czas. Jednak gdy przyjdą suche zimy, to nawet przez dziesięć lat z rzędu jeziora nie ma. Studnie w końcu też się wyczerpują... Anglicy mówią, że trzeba wykopać odnogę od kanału i puścić tu wodę z Nilu.

– Masz na myśli ten kanał, który widziałem po drodze, prowadzący z doliny do jeziora w oazie?

– Bahr Jusuf. – Arab skinął głową. – Koptyjski mnich, którego spotkałem w ruinach klasztoru Dajr al-Naqlūn, twierdził, że wykopano go na polecenie patriarchy Józefa w czasach, gdy z rozkazu faraona został zarządcą spichlerzy w Egipcie. Jego dzieje opisuje zarówno wasza Biblia, jak i sura dwunasta Koranu.

Wioska, która ukazała się ich oczom w zapadającym zmierzchu, wyglądała raczej nędznie. Domy wzniesiono z gliny, tu i ówdzie wtykając w nią obrobione kamienie pamietające zapewne czasy faraonów oraz pojedynczo antyczne rzymskie cegły. Budynki pokrywała dachówka, przy czym Skórzewski przysiągłby, że większa jej część także pochodziła z odzysku. We wnętrzach zapalono już lampy i kaganki. Szyby w oknach były raczej marnej jakości – grube, pofalowane, ewidentnie odlane w jakimś lokalnym warsztacie. Intensywna woń zwierzęcego łajna niosła się wokół zabudowań.

Wielbłądy, krocząc dostojnie, rozgoniły wielkie stado zabiedzonych kóz. Kobiety czerpiące wodę ze studni na widok doktora pospiesznie zakrywały twarze. Dzieci ciekawie wyjrzały przez okna. Mężczyźni drzemiący w cieniu nielicznych rachitycznych drzewek oliwnych, słysząc człapanie zwierząt, uchylali powieki i wymamrotawszy zwyczajowe „salam”, ponownie pogrążali się w półdrzemkę.

Bieda z nędzą, ocenił doktor, wodząc spojrzeniem po chatach i opłotkach.

Po drodze widział niejedno, ale ci ludzie sprawiali wrażenie, jakby naprawdę bardzo cienko przędli... Ubrania suszące się na tyczkach były mocno znoszone. Profesor Karl na swoją kwaterę wynajął niewielki arabski dom. Uczony musiał wypatrzyć ich z daleka, bo stał w progu uśmiechnięty. Ahmed krzyknął gardłowo. Wielbłądy zatrzymały się i położyły. Polak zsunął się na ziemię. Pierwszy krok sprawił, że zatoczył się i pewnie upadłby, gdyby archeolog nie pochwycił go w porę za ramię.

– To trochę jak zejść z pokładu okrętu po kilku dniach rejsu. – Uśmiechnął się. – Twardy grunt pod stopą sprawia, że zataczamy się jak pijani. Cieszę się, panie kolego. – Uściskał przybysza. – Zapraszam w moje skromne progi.

Przez wąski korytarzyk weszli do saloniku oświetlonego kilkoma lampami naftowymi.

– Przeklęte ciemności, nomen omen egipskie – zażartował gospodarz. – Po zmroku nie da się pracować, a jeszcze bym posiedział... Niestety, wzrok już nie ten.

Wskazał gestem kolonialne angielskie biurko. Na blacie zalegało kilka sporych strzępów papirusu, szkło powiększające oraz bruliony z notatkami i słowniki. Na stoliku w drewnianej misie leżała garść drobnych przedmiotów, najprawdopodobniej wydobytych tego dnia.

– Słyszałem, że niedawno wydał pan kolejną książkę o odczytywaniu hieroglifów...

– To akurat nie są tak stare papirusy. Pochodzą z okresu po podboju i włączeniu Egiptu w skład Imperium Rzymskiego. Greka i łacina były moją pasją od najmłodszych lat – wyjaśnił uczony. – Cały czas uczę się koptyjskiego i staroegipskiego. Przy czytaniu hieroglifów radzę sobie z pomocą słownika nieocenionego Champolliona. Niestety, choć jest to praca fundamentalna, od dawna już potrzeba nowszego opracowania uwzględniającego kolejne tysiące odczytanych słów. Ale pochwalę się, że i ja wniosłem pewien wkład.

– Wspomniał pan wtedy w Petersburgu, że język egipski rozwijał się przez trzy tysiące lat i w zasadzie przydałoby się kilka słowników, każdy dla innego okresu.

– Owszem. Historia Egiptu to niezmierzona otchłań czasu. Wystarczy sobie uświadomić, że świtający nam właśnie wiek dwudziesty od czasów Kleopatry dzieli krótszy odcinek czasu niż ten, który minął od budowy piramidy faraona Cheopsa do rządów tej władczyni... Konkretnie o jakieś siedemset lat krótszy! Ale gadam i gadam, a pan zmęczony drogą w tym upale. Proszę się odświeżyć po podróży. Kolację zaraz nam podadzą.

Łazienka została wyposażona w mosiężny prysznic. Doktor rozejrzał się wokoło, ale nigdzie nie spostrzegł piecyka ani termy. Jednak gdy odkręcił kran, woda okazała się przyjemnie ciepła. Zaintrygowany zaczął badać to zjawisko i wypatrzył rurkę biegnącą do góry. Znikała w stropie.

Pewnie na dachu ustawiono beczkę pomalowaną na czarno i napełnioną wodą, domyślił się. Nagrzała się przez cały dzień w tym upale. Sprytne. I pożyteczne.

Z przyjemnością użył porządnego mydła i spłukał ciało, zmywając pot i kurz. Założył świeżą koszulę. Gdy wrócił do saloniku, dwie arabskie dziewczyny właśnie nakrywały do stołu.

– Baranina z papryką i ryżem, zapiekane bakłażany, a na deser proponuję miejscowe ciasto daktylowe, świeże figi i łyczek etiopskiego wina. – Szwed wykonał zachęcający gest. – Parzą tu świetną kawę, ale to raczej nie przed snem... Napijemy się jej rano. Na dobry początek kolejnego dnia.

– Jestem tak głodny, że zjadłbym wielbłąda z kopytami. – Polak rozsiadł się wygodnie na skórzanej poduszce.

Przez dobre dziesięć minut posilali się w milczeniu. Skórzewski, wędrując po imperium, przywykł do zapachu i smaku zarówno baraniny, jak i koźlęciny.

– Opowie pan coś o tych wykopaliskach? – poprosił gość.

– Oaza Fajum to bardzo ciekawe miejsce. Długo lekceważono te tereny. Obecnie coraz częściej przykuwa wzrok archeologów i staje się źródłem fenomenalnych odkryć. Jej otoczenie natomiast jest znacznie słabiej zbadane. Choć kilkanaście lat temu nasz wielki kolega, sir Petrie, zdołał odnaleźć komorę grobową w piramidzie w Al-Lahun, to raptem kilkanaście mil stąd, grobowiec był niestety pusty. Wyrabowano go jeszcze w starożytności. Lecz złodzieje przegapili ureusa, złotą ozdobę z korony faraona. Wspaniały zabytek. Mam na koncie różne ciekawe znaleziska, ale nic, co mógłbym choćby porównać z tym małym arcydziełem... Natomiast tu, gdzie się obecnie znajdujemy, była wioska zamieszkana pospołu przez Egipcjan i greckich kolonistów, a obok rezydencja bogatego rzymskiego kupca. Liczę na odkrycia, może mniej spektakularne, choć potencjalnie równie ważne. A kto wie... może ważniejsze?

Uczony przerwał, by pociągnąć łyk wina. Skórzewski uniósł kieliszek i przepił do niego. Profesor kontynuował:

– Dla pełnego obrazu muszę zacząć trochę od końca. Moja fascynacja starożytnością zaczęła się od lektury klasyków greckich i rzymskich oraz poznania łaciny i greki. Potem zaintrygowały mnie hieroglify. Ich zgłębianie wymusiło poznanie podstaw języka koptyjskiego, a jak już poznałem koptyjski, zaciekawiły mnie pisma wczesnochrześcijańskie sporządzone w tym języku. Teraz, zatoczywszy jakby krąg, znów wróciłem do tekstów łacińskich, choć równolegle pracuję i nad starszymi dokumentami, bo uczelnia domaga się ode mnie kolejnego tomu o tekstach hieroglificznych. Pańskie zdrowie, doktorze.

Wypili kolejny łyk. Etiopskie wino było bardzo smaczne, lecz dość mocne. Skórzewski, słuchając monologu znajomego, wyczuł, że Szwed nie bardzo ma tu do kogo otworzyć usta. Słowa wylewały się jak wzburzona rzeka, która nagle przerwała tamę.

– Czyli ma pan dużo pracy... – zagadnął gość.

– Dziesiątki tysięcy skalsyfikowanych tekstów czeka na przeczytanie... Ad meritum romanum – zażartował. – Badania spuścizny starożytnej Grecji i Rzymu napotykają bardzo wiele przeszkód. Przede wszystkim szczupłość źródeł. Mamy ich rozpaczliwie niewiele. Oblicza się, że dysponujemy zaledwie jednym procentem dzieł starożytnych, o których wiemy, że istniały... Gdy padał Rzym, ustały dostawy papirusu, a papier nie był jeszcze znany. Rozsypujące się antyczne zwoje i kodeksy wymagały co jakiś czas przepisania. U progu średniowiecza jedynym dostępnym surowcem był pergamin. W dodatku ratowaniem tej spuścizny zajmowali się mnisi w klasztorach. Wiele starożytnych pism uznali za niemoralne i skazali na zapomnienie. W dodatku pracowali dokładnie, ale rozpaczliwie powoli. Można powiedzieć: przegrali wyścig z czasem...

– Szczerze powiedziawszy, nie interesowałem się jakoś głębiej tymi zagadnieniami. Myślałem, że w najstarszych i najszacowniejszych bibliotekach znajdują się manuskrypty powstałe jeszcze w czasach rzymskich – zauważył gość.

– Niestety, myli się pan. Na północ od basenu Morza Śródziemnego nie przetrwała żadna starożytna księga – wyjaśnił uczony. – Jedynym wyjątkiem są ruiny Pompejów. Od pierwszych wykopalisk podjętych w osiemnastym wieku do dziś odnaleziono kilka tysięcy zwojów papirusowych. Nieliczne, zamknięte w skrzyniach i pojemnikach glinianych, były kruche, ale zachowując ogromną ostrożność, zdołano je rozwinąć. Część zwęglonych próbowano odzyskać w wieku dziewiętnastym. Większość to zdeformowane wałki wyglądające jak węgiel drzewny. Zachowano je w magazynach muzealnych, lecz wątpię, żeby ich odczytanie było kiedykolwiek możliwe. Próbowano je nawet nawilżać różnymi substancjami, ale po prostu puchną i rozsypują się na pył lub zmieniają w błoto. Mam pewną teorię... Promienie doktora Röntgena. Skoro umiemy dziś prześwietlić na wylot ludzkie ciało i obejrzeć kości oraz narządy wewnętrzne, to kto wie, może kiedyś zdołamy spojrzeć w głąb warstw spalenizny i odszukać litery kreślone przez starożytnych skrybów?

– Pomysł zgoła fantastyczny. – Skórzewski pokręcił głową. – Ale... kto wie! Fotografie dzięki promieniowaniu mamy od niecałych dziesięciu lat, a już w tej chwili widać, jak bardzo poprawiła się ich jakość. Może kiedyś to, o czym pan mówi, będzie możliwe... Z tego, co słyszałem, pojedyncze utwory greckich klasyków są znane z przekładów ormiańskich, gruzińskich i arabskich. Być może coś jeszcze uda się znaleźć w Etiopii.

– Szczerze mówiąc, wątpię. To były obrzeża naszej oikoumene. W dodatku jakość tych przekładów... Khm... wierność oryginałom nie była mocną stroną dawnych tłumaczy.

– Mamy ten sam problem w Rosji – westchnął Skórzewski. – Proszę sobie wyobrazić, sięgnąłem niedawno do przekładu pamiętników Humboldta. Miałem kiedyś w ręku oryginał i przyznam, że przecierałem oczy. Rosyjski tłumacz inaczej podzielił tekst, wstawił tytuły śródrozdziałów, w kilku miejscach, gdzie uczony relacjonował po prostu, czego dowiedział się od miejscowych, tłumacz ubarwił to, przekształcając w dialogi... Pańskie zdrowie, profesorze, i już nie przerywam.

– Dla badaczy spuścizny klasycznej Egipt okazał się szansą, której wartość trudno przecenić. Żyli tu Grecy, żyli Rzymianie. Zachowywali swoją kulturę przez pokolenia. Mieli teatry i wystawiali swoje sztuki. Mieli biblioteki, archiwa rodzinne, prywatne księgozbiory. Sprowadzali nowości literackie. Suchy klimat sprawia, że szanse przetrwania papirusów rosną. Komisja Starożytności nakazuje zwracać szczególną uwagę na każdy zapisany skrawek. W Muzeum Egipskim oprócz rękopisów hieroglificznych zebrano całe skrzynie niesklasyfikowanych dokumentów łacińskich i greckich. Trzeba tylko sztabu przeszkolonych ludzi, którzy poświęcą kilka lat. Tak, lat... – Urwał nagle zamyślony. – Na południe stąd... – machnął dłonią – od kilku lat trwają wykopaliska w osadzie leżącej w miejscu starożytnego miasta Oksyrynchos. To dopiero skarbnica! Znaleziono tam apokryficzną Ewangelię Tomasza, fragmenty innych apokryfów i pism chrześcijańskich, w tym hymn do Trójcy Świętej datowany na trzeci wiek naszej ery. To chyba najważniejszy jak do tej pory tekst rzucający nam odrobinę światła na muzykę kościelną tamtego okresu! Z tekstów greckich i egipskich zabezpieczono liczne papirusy medyczne. Ba! Podejrzewa się nawet, że w tym miejscu mogła istnieć szkoła, w której kształcono lekarzy i farmaceutów. Wisienką na torcie tamtych wykopalisk jest kilka nieznanych nam wcześniej wierszy legendarnej Safony.

– Fascynujące.

– Kolejny, mniejszy, skarbczyk mądrości starożytnych znaleziono nieopodal stąd. W oazie Fajum znajdują się ruiny starożytnego miasta Szedet, a w nim świątynia boga Sobka.

– Tego z głową krokodyla? – upewnił się doktor.

– Dokładnie tego samego. Pana nagłej śmierci, a zarazem bóstwa, które w zaświatach otwiera zmarłym oczy... Obok ruin świątyni natrafiono na cmentarzysko z mumiami świętych krokodyli. Pomagałem tam przed kilku laty w badaniach. Przeżytki religii egipskiej dość długo zachowywały żywotność. Jak wspomniałem, był moment, kiedy na jednej ziemi żyli wyznawcy dawnych bogów egipskich, osadnicy greccy, którzy przybywali tu od czasów ptolemejskich, niosąc religię własną, Rzymianie administrujący podbitą prowincją oraz coraz liczniejsi chrześcijanie. Wieża Babel języków, kultur i religii. Co szczególnie ciekawe, starożytni balsamiści, przygotowując zdechłe gadziny do pogrzebu, wypchali im brzuchy ogromną ilością makulatury papirusowej. Brałem udział w wydobyciu i wstępnej selekcji tych dokumentów. Oczywiście to benedyktyńska robota, trzeba je delikatnie rozprostowywać, próbować dopasować oderwane fragmenty. Niektóre egzemplarze są posklejane ze sobą, powalane smołą, żywicą i innymi substancjami... Ale natrafiłem wśród nich na pozostałości, nazwijmy to, archiwum gospodarczego kupca o nazwisku Marcus Lucjusz Krator. Był to trop... intrygujący na tyle, że postanowiłem poszukać odpowiedzi na moje pytania w ziemi. No i teraz rozkopuję jego rezydencję.

– Nic mi to nazwisko nie mówi...

– Na tle wielkiej historii to tylko pyłek, choć może się okazać, że pyłek niezwykle istotny. Czy słyszał pan kiedyś o sylfium?

– Obawiam się, że nie.

– A może o Apicjuszu?

– Coś mi się tak jakby kojarzy, ale nie przypomnę sobie chyba w tej chwili... – Skórzewski bezskutecznie grzebał w pamięci. – Wykształcenie klasyczne nie jest moją mocną stroną. – Westchnął.

– Tak naprawdę nazywał się Marcus Gavius. Żył w czasach cesarza Tyberiusza. Był autorem słynnej książki kucharskiej. Zawierała ponad czterysta przepisów na rozmaite dania, zarówno wykwintne, jak i bardziej pospolite. Dzieło to dotrwało szczęśliwie do naszych czasów w postaci w miarę wiernego odpisu z czwartego wieku. Daje nam wgląd w to, co jadali starożytni... Traktat ten zawiera opis przyprawy zwanej sylfium z podanymi przykładami zastosowania. Podobnie jak na przykład szafran, nawet niewielka ilość podkreślała i wzbogacała smak potraw.

– Ciekawe.

– Ale to dopiero początek wielkiej przygody. Sylfium pozyskiwano z rośliny zwanej sylfionem. Było sprzedawane w trzech postaciach: jako suszone liście, bryłki żywicy pobieranej przez nacinanie łodyg rosnących roślin lub podobne kawałki czegoś w rodzaju kauczuku, lateksu z bulwy korzeniowej. Ta trzecia postać była znacznie droższa. Apicjusz rozwodził się też nad tym, że żywność z dodatkiem sylfium powinna być podawana osobom chorym i osłabionym. Zaintrygowało mnie to i zacząłem szukać informacji o tym zielu. Raz jeszcze sięgnąłem do traktatów medycznych, zarówno tych już nam znanych, jak i tych zapisanych na papirusach z Oksyrynchos, ale tym razem czytałem je, próbując wyłuskać z gąszczu liter informacje o tej roślinie. Pedanios Dioskurydes w swoim wiekopomnym dziele De Materia Medica poświecił obszerny ustęp sylfium. Ten uczony i farmaceuta twierdził, że ziele to leczyło nieomal wszystko. Zwalczało przepuklinę, usuwało wole na gardle i kurzajki, uwalniało od chorób piersiowych, a nawet niszczyło narośla, które dziś nazwalibyśmy nowotworowymi. Było też pomocne w chorobach żołądka, jelit i nerwów... Działało również przeczyszczająco.

– Coś podobnego – zdumiał się Skórzewski. – Księga recept Dioskurydesa w Rosji była w powszechnym użyciu chyba jeszcze na początku dziewiętnastego wieku! I szczerze powiedziawszy, dla lekarzy był to autorytet godny najwyższego uznania. Jego mieszanki ziołowe na prowincji stosowane są po dziś dzień. Włócząc się po Syberii, kilka razy widziałem u swoich kolegów i lokalnych aptekarzy zaczytane do cna egzemplarze.

– Wydaje mi się, że badając zastosowanie tej substancji, natrafiłem mimowolnie na korzenie legendy o panaceum. Sylfium leczyło, jak wspomniałem, różne choroby skóry. Pozwalało wygoić zakażone rany. Dodawało radości życia i wigoru. Przywracało starcom potencję. Leczyło serce, nerki, wątrobę. Uspokajało nerwowych. Pobudzało melancholików. To nie wszystko. Soranus z Efezu w swoim dziele o ginekologii utrzymywał, że niewielkie kulki lateksu pozyskanego z tej rośliny zażywane doustnie w postaci balsamu wywoływały miesiączkę u kobiet. Zalecał picie tego środka raz w miesiącu, co może wskazywać na właściwości poronne tegoż specyfiku. Z kolei Asklepiades z Bitynii używał plastrów z sylfium do leczenia chorób serca. Hipokrates też wyrażał się z wielkim uznaniem o produktach z tej rośliny. Co więcej, uczony ten zdołał zdobyć nasiona sylfionu i próbował wysiać je w Grecji, ale nie wykiełkowały. Hipokrates, jak wiadomo, interesował się nowotworami. Określenie „rak” zawdzięczamy właśnie jemu.

– Ciekawe... Czy jesteśmy w stanie zidentyfikować tę roślinę?

– W tym właśnie problem, że nie. – Profesor pokręcił głową. – Istnieją dwie teorie, oficjalna i mniej oficjalna... Wedle oficjalnej ta historia skończyła się w sposób idiotyczny. Sylfion rósł w jednym tylko miejscu, na wybrzeżu libijskim, w pobliżu starożytnej Cyreny. Jej władcy monopolizowali handel. Eksport do Rzymu i innych ważnych miast imperium przynosił krociowe zyski. Wizerunek tego ziela umieszczono nawet na monetach. Niestety sylfion był kapryśny, nie poddawał się uprawie. Zbierano wyłącznie dziko rosnące egzemplarze. No i przetrzebiono... Spadała podaż tej substancji. Wraz ze spadkiem podaży wzrosły ceny. Rosnące ceny spowodowały, że na terenie wokół Cyreny zaczęto gorączkowo poszukiwać każdego krzaczka, aż przyszła chwila, gdy sylfiony zostały całkowicie wyplenione. Ta roślina zaginęła. Zniknęła z powierzchni ziemi. Pliniusz Starszy napisał nawet, że ostatni znaleziony pęd zjadł osobiście cesarz Neron. Wedle wersji nieoficjalnej, której ślady znalazłem w innych źródłach, wielki Pliniusz się mylił. Prawda jest odrobinę bardziej złożona. Owszem, za czasów tego uczonego roślinę wytępiono na terenie jej pierwotnych siedlisk. Jednak jeszcze przez co najmniej dwa stulecia produkty z niej pozyskiwane docierały do cesarstwa z terenów dzisiejszej Libii. Później i te zasoby się wyczerpały, może też zmienił się klimat, bo import prawie ustał.

– Prawie? – podchwycił Skórzewski.

– W zbiorach z Oksyrynchos natrafiłem na trzy papirusy zapisane po łacinie. Wynika z nich, że w chwili gdy handel tą przyprawą zaczął się ostatecznie załamywać, przez ostatnie kilkadziesiąt lat dostawy monopolizowała jedna jedyna rodzina. Ród niejakiego Marcusa Kratora. Tego samego, którego notatki i księgi rachunkowe wydobyliśmy z mumii krokodyli spoczywających zaledwie kilkanaście mil stąd. Nikt już nie dysponował tą substancją, ale on nadal dostarczał bogatym klientom susz, żywicę i lateks. Produkty pozyskiwane zarówno z łodyg, jak i z korzenia. Na imporcie sylfium wspomniany kupiec zbudował ogromną fortunę. Jego agenci żądali cen absolutnie zaporowych, lecz znajdowali nabywców... Wreszcie po jego śmierci i to źródło uległo wyczerpaniu.

– Czyli ta rodzina posiadała, dajmy na to, ostatnią plantację?

– Raczej nie. Ta roślina zawsze żyła dziko, jak wspomniałem, narzekano na to, że nie poddaje się uprawie. Myślę, że ten człowiek znał po prostu ostatnie dzikie siedliska sylfionu. Roślina rosła gdzieś w naturze, w niedostępnych miejscach Sahary. Krator i jego synowie strzegli tej tajemnicy niezwykle starannie. A potem albo ostatnie egzemplarze przepadły, albo zmarł ostatni członek rodu znający lokalizację źródła. W pierwszym przypadku historia tej rośliny dobiegła definitywnie końca. W drugim jest cień szansy... I dlatego poszedłem tropem kupca Kratora. Zabrałem się do rozkopywania jego posiadłości.

Skórzewski milczał przez chwilę zamyślony.

– Myśli pan, że w tajemnicy zbierano sylfion gdzieś tutaj? – spytał.

– Raczej nie w pobliżu domu. Ten człowiek był zbyt znany. Wiedziano, że jest dostawcą. Egipcjanie też cenili sobie tę roślinę. Gdyby sylfion rósł w pobliżu osiedli ludzkich, ktoś wcześniej czy później wyśledziłby miejsce, a wtedy hordy poszukiwaczy złupiłyby uprawy. Ale być może gdzieś w okolicy... Aura w sumie podobna, choć tereny wokół Cyreny mają łagodniejszy klimat. Jest tam wilgotno i odczuwa się bryzę od morza. Myślę, że zbierał sam, z rodziną, no i oczywiście rękoma zaufanych niewolników. Dbał, żeby nikt nie poznał miejsca, skąd pochodzi towar. Był monopolistą. Ostatnim strażnikiem sekretu... Ale umarł. Z jakiegoś powodu nikt nie kontynuował jego dzieła. Może jednak sylfion rośnie nadal gdzieś w Egipcie! – Archeolog wrócił do dręczącej go myśli. – Niezidentyfikowany albo nawet sklasyfikowany przez botaników, tylko że pod zupełnie nową nazwą... W każdym razie, gdy tylko zlokalizowałem folwark należący do „monopolisty”, wgryzłem się w ziemię. A przy okazji objechałem okolice i przyglądałem się rosnącemu tu zielsku. Bez skutku.

– Sądzi pan, że w tak suchym klimacie uda się natrafić na pozostałości suszu, może także wyschnięte na wiór grudki żywicy albo nasiona? Słyszałem, że zdołano namoczyć i doprowadzić do kiełkowania zboże znalezione w egipskich grobowcach.

– To też, ale liczę po cichu, że może gdzieś tu znajdą się dokumenty stanowiące resztę jego archiwum. Księgi rachunkowe, korespondencja z klientami i tak dalej. Jak na razie pozostałem z moimi nadziejami – westchnął Szwed. – To znaczy strzępów papirusu mam kilkaset, ale niestety jak do tej pory nie natrafiłem na żaden ślad.

– Czym się zajmował ten człowiek na co dzień?

– Niczym szczególnym. Był bogaty, miał folwark, wiódł życie na poły próżniacze. Poślubił dziewczynę z lokalnego arystokratycznego rodu. Mieli co najmniej trzech synów. Jeden był niemalże armatorem, miał cztery własne okręty handlowe.

– Obywatel rzymski i egipska księżniczka... Prawie jak Cezar i Kleopatra – uśmiechnął się doktor.

– Prawie, ale bez otoczki politycznej, w dodatku dobre dwieście lat później.

– Folwark bogacza wżenionego w egipską szlachtę. Ale dlaczego tutaj? Ten młody, Ahmed, wspominał, że miejscowe jezioro jest bardzo kapryśne.

– To był znacznie wilgotniejszy okres. Jezioro nie wysychało. Nie brakowało im wody do picia ani do innych prac. Znalazłem tu nawet pozostałości niewielkiej sieci kanałów z tamtego okresu. Deszcze także padały o wiele częściej. Wokół mamy piach, ale gdy się w niego wgryzłem, zobaczyłem warstwy jak w tym waszym polskim cieście, które jest ciemne i jasne na przemian...

– Chodzi zapewne o makowiec? – domyślił się Skórzewski. – Skąd niby je pan zna?!

– Jadłem kiedyś, mieliśmy na uniwersytecie w Uppsali wizytę kilku ludzi z Krakowa. Doskonałe, rzekłbym. W każdym razie ten teren to taki właśnie makowiec. Na przemian warstewki jasne i czarne. Resztki pradawnej próchnicy i piach nawiany przez wiatry z pustyni. Próchnica powstawała w okresach bardziej wilgotnych, gdy wyrastały tu trawy i zboża, gdy roślinność, można rzec, od nowa kolonizowała ten niegościnny skrawek ziemi. A potem przychodziły burze piaskowe i pokrywały glebę pyłem. Okres rzymski to gruba warstwa humusu. Przez sto pięćdziesiąt, może dwieście lat mieszkańcy tej wsi spokojnie gospodarowali. Później przyszedł kilkusetletni okres suszy. Myślę, że głód i brak wody wypędził stąd ludzi... Ale z czasem wrócili.

Uczony polał dla odmiany z mniejszej butelki.

– Nazywają ten napój Nocami Lewantu. Prosit′. – Uniósł kieliszek.

Wypili. Nalewka z daktyli była mocna, aromatyczna i wcale nie taka słodka, jak by się można było spodziewać.

– Pan pali?

– Nie.

– Ja, jeśli pan pozwoli, zakurzę sobie fajeczkę przed snem... Ale wyjdźmy może przed dom.

Stanęli koło progu. Na zewnątrz było teraz przyjemnie. Nagrzana ziemia oddawała jeszcze ciepło całego upalnego dnia, a wiatr znad pustyni przyjemnie ochłodził im czoła. Trzasnęła zapałka i profesora spowiła chmura wonnego dymu. Panowała niemal absolutna cisza.

– Ciemności, nomen omen, egipskie – zażartował Skórzewski.

– Miejscowi są biedni. Praca na wykopaliskach to dla nich szansa zarobku, ale nie na tyle dobrego, żeby palić światło po nocy. Proszę spojrzeć na gwiazdy.

Nieboskłon faktycznie rozjarzały miliony świecących punktów. Droga Mleczna jasną wstęgą przecinała niebo.

– Stoimy na tej samej ziemi i patrzymy na te same konstelacje co starożytni – powiedział archeolog. – W takich chwilach mam poczucie potęgi czasu. Ulotności naszego istnienia... Tyle pokoleń było przed nami, tyle jeszcze przyjdzie po nas...

Zaciągnął się głębiej. Skórzewski wyłapał w tytoniowej woni jakąś inną nutę. Konopie? Haszysz? I chyba jeszcze coś innego.

– Widzę, że oczy się panu kleją – odezwał się archeolog.

– Wszystko, o czym pan opowiada, jest fascynujące, ale daleka droga za mną, a nie przywykłem do takich upałów – wyjaśnił Polak.

– No cóż, my, ludzie północy, potrzebujemy nawet kilku lat, żeby się tu zaaklimatyzować. Proponuję udać się na spoczynek, a rankiem oprowadzę pana po wykopach i jeszcze na spokojnie pogadamy.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij