Biały Wieczór (1) - ebook
Zimowy Kraków, Wigilia i pozornie zwyczajny wieczór. Wśród rozmów, wspomnień i spotkań powracają rzeczy, które nigdy nie zostały naprawdę przepracowane. To opowieść o tym, co kryje się pod powierzchnią codzienności — o napięciu, które narasta powoli, o wyborach, które wydają się niewinne, i o granicach, które łatwo przekroczyć. Nie każda historia świąteczna przynosi ukojenie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-890-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lato tego roku należało do wyjątkowo pięknych na Wyspach Brytyjskich. Najstarsi mieszkańcy wspominali, że tak dobrze nie było chyba od lat sześćdziesiątych. Najpopularniejszym sposobem korzystania z tej rzadkiej pogody było rozstawianie dmuchanych basenów w przydomowych ogródkach, wspólne barbecue z sąsiadami, mycie samochodów przed domem czy malowanie płotów — wszystko to w akompaniamencie kosiarek pracujących od rana do wieczora. Każdy zdawał sobie sprawę z ulotności tej chwili, więc cieszył się nią tu i teraz, bez zbędnego narzekania, że jutro zapewne znów będzie padać.
Adam był jednak zupełnie inny. Zawsze wybiegał myślami gdzieś daleko, jakby uciekał przed zastaną rzeczywistością — niezależnie od tego, czy była przyjemna, czy ponura. Mając darowane piękne lato, marzył o surowej polskiej zimie, a zimą fantazjował o tym, jak wspaniale byłoby wygrzewać się na Kanarach. Przez to swoje malkontenctwo nigdy nie potrafił w pełni cieszyć się chwilą.
Tego słonecznego dnia usiadł z książką w cieniu drzewa i spróbował zagadnąć Alicję, która w pełni korzystała z uroków lata.
— Może kiedyś wybierzemy się na święta do Polski?
— Możemy pojechać tam przed świętami albo po nich — odpowiedziała spokojnie. — Też poczujesz atmosferę. A same święta wolę spędzać w domu.
— Oj tam, w domu! Co roku siedzimy w domu. A ja przecież nie namawiam cię na Kanary, tylko na najbardziej tradycyjne święta, jakie można sobie wymarzyć.
— U twoich czy u moich rodziców? — zapytała z zaczepnym uśmiechem.
— Ani u moich, ani u twoich.
— To jak ty to sobie wyobrażasz?
— Możemy polecieć do twojego ukochanego Zakopanego albo do Krakowa. Pójść na pasterkę do Bazyliki Mariackiej albo innej świątyni z wielowiekową tradycją. Tam będzie twój Mickiewicz, twoje Planty…
— Może i bym chciała — przerwała mu — ale ja jednak wolę Boże Narodzenie w domu.
— Przecież to, co proponuję, też jest jak dom. Mówiłaś ostatnio, że w Zakopanem odpoczywasz lepiej niż na Majorce.
— A jak ty sobie wyobrażasz przemieszczanie się zimą? Polską zimą?
— Możemy przecież wypożyczyć samochód na lotnisku.
— Pamiętasz, że to ja jestem jedynym kierowcą w tej rodzinie? Tobie zabrali prawo jazdy.
— Zdaję sobie z tego sprawę.
— Dobra, możemy teraz o tym nie rozmawiać? Mam dziś jeszcze wiele rzeczy do zrobienia.Rozdział II
Adam nieco sposępniał — jak zwykle wtedy, gdy coś nie szło po jego myśli. Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę z emocjami, starając się nad nimi zapanować. Wiedział, że gdy wymykają się spod kontroli, nigdy nie kończy się to dobrze. Zrobił kilka łyków wody i wrócił do przerwanej lektury, a Alicja tymczasem skierowała się do domu.
Po chwili wróciła z miską świeżego prania. Jej smukła sylwetka i długie nogi przyciągały spojrzenia — nie tylko jego. W słońcu lakier na paznokciach delikatnie połyskiwał, gdy rozwieszała kolejne rzeczy.
Adam zerkał to do książki, to na Alicję — z uporem, który zdradzał coś więcej niż zwykłe roztargnienie. W końcu parsknęła śmiechem, rozładowując napięcie wiszące w powietrzu.
— Jak ty się bezczelnie gapisz. Najbardziej mnie wkurza, jak tak patrzysz obcym kobietom na stopy.
— Teraz akurat patrzę na ciebie.
— A kto ci pozwolił? — zapytała, po czym niedbale rzuciła na stopy szmatkę, którą przed chwilą ścierała kurz z suszarki.
Byłby to może początek czegoś więcej, gdyby w drzwiach domu nie pojawiły się dzieci, przypominając o swojej obecności.
— A to wy w taki piękny dzień zamierzacie siedzieć w domu? — zapytał Adam.
— Ja jestem umówiony popołudniu na minigolfa z Rogerem i jego rodzicami — odpowiedział siedmioletni Konrad.
— A ty?
— Ja sobie wtedy spokojnie pogram w jego pokoju — odparł czternastoletni Michał.
— Może byś trochę posiedział na słońcu, bo ostatnio jakiś blady jesteś — odezwała się Alicja.
— Blady, bo ciągle siedzi i gra — dodał ojciec.
Chłopcy, nie czekając na dalsze uwagi, szybko opuścili ogród i zniknęli w chłodnym wnętrzu domu.
— Dobra, trzeba by rozpalić grilla, bo inaczej obiad zjemy dopiero na kolację — zdecydował Adam.
— No to bierz się do roboty, bo będę musiała cię ukarać.
— Tak jest, proszę pani.
Z przyjemnego odrętwienia wyrwały go dźwięki dziecięcej wrzawy dobiegające z pokoju na poddaszu. Sprowadziły go na ziemię.
— No cóż — skwitowała Alicja z lekkim uśmiechem.
Odwróciła się i, kołysząc biodrami, weszła do domu.Rozdział III
Wieczorem, a właściwie nocą, mieli wreszcie chwilę tylko dla siebie. Chcieli obejrzeć jakiś serial, pobyć razem — bez ciągłych przerwań. Choć nawet o tej porze nigdy nie mieli pewności, że spokój potrwa długo.
Adam nie oczekiwał zbyt wiele. Z doświadczenia wiedział, że wieczór najpewniej skończy się jak zwykle — Alicja zaśnie w połowie odcinka. Co jakiś czas zerkał więc w jej stronę, próbując ocenić, czy jest jeszcze szansa na rozmowę.
Tym razem jednak wyglądała inaczej. Mniej zmęczona. Bardziej obecna.
— Co tak na mnie zerkasz? — rzuciła zaczepnie.
— A nie mogę? Podobasz mi się.
Zaśmiała się cicho, po czym wstała i przeciągnęła się leniwie. Ruszyła w stronę schodów, a w jej ruchach było coś wyraźnie zamierzonego.
— Zostań — powiedziała, nie odwracając się.
W jej głosie było coś, co natychmiast odebrało mu oddech.
Czekanie zawsze było najtrudniejsze.
Po kilkunastu minutach usłyszał stukot obcasów na schodach. Gdy pojawiła się w drzwiach, zamilkł. Choć znał ją od lat, potrafiła go wciąż onieśmielić.
Miała na sobie tylko jego marynarkę, włosy upięła w niedbały kok. Usiadła w fotelu i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
— Podejdź.
Zbliżył się bez słowa.
— Pomóż mi zdjąć buty.