Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Biblioteka Amorlin - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
6368 pkt
punktów Virtualo

Biblioteka Amorlin - ebook

Genialna oszustka.
Tajemniczy bibliotekarz
i magiczna biblioteka pełna sekretów.

Bestseller „USA Today” i „Independent Press”

Kasira miała odpracować wyrok więzienia i spędzić życie jako żołnierka, która poluje na magiczne stworzenia. Wolność jest jednak na wyciągnięcie ręki.

Cena?
Ostatni wielki przekręt.

Dziewczyna musi przeniknąć do Biblioteki Amorlin – potężnej instytucji strzegącej magicznej równowagi sześciu królestw – i doprowadzić do jej upadku.

Po tym, jak przyjmuje rolę nowej Asystentki Bibliotekarza, trafia do urzekającego świata pełnego niesamowitych ksiąg i magicznych istot. To miejsce kusi ją obietnicą spokoju, o jakim wcześniej nie śmiała nawet marzyć. Na drodze stoi jej jednak Allaster – zwierzchnik Amorlin, równie nieprzystępny, co pociągający.

Kasira nie wie, że mężczyzna skrywa potworne sekrety, które wkrótce mogą pochłonąć ich oboje.

„Poruszające przypomnienie, że raz utracony zachwyt można odnaleźć na nowo”
— Adrienne Young

Poznaj „Bibliotekę Amorlin" w przepięknym wydaniu w twardej oprawie, z barwionymi brzegami, wstążeczką i artami bohaterów w środku. To idealna powieść dla osób, które polubiły „Strażniczkę feniksa", „Five Broken Blades. Pięć pękniętych ostrzy" czy „Ruchomy zamek Hauru". Magiczna, wciągająca, przepiękna. Biblioteka Amorlin czeka właśnie na Ciebie!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384305119
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1.
Kasira

Tego dnia, gdy Kasira przystała do wojowników grupy Malikinar, złożyła dwie przysięgi: pierwszą swojemu oddziałowi, że zgładzi wszystkie napotkane bestie, i drugą sobie samej, że przetrwa.

Nigdy nie przypuszczała, że ich dotrzymanie okaże się tak cholernie trudne.

Spowity mrokiem Isherwood postękiwał wokół niej. Było to skupisko powyginanych gałęzi i atramentowo zielonych liści zakończonych kolcami cienkimi jak kościany pył. Bagnisty las rozciągał się wzdłuż niemal całej granicy Kalthos, a wśród jego listowia żyły najgroźniejsze bestie kontynentu.

Jej buty przy każdym kroku zatapiały się w mokrej ziemi, dłoń miała zaciśniętą na rękojeści miecza z vyloru. Kilka chwil wcześniej odłączyła się od swojego oddziału. Choć Malikowie byli niezrównanymi pogromcami bestii, ich główny talent to brutalna precyzja w posługiwaniu się mieczem, nie zaś skradanie się, dlatego nie miała wątpliwości, że stado alkatirów, na które polowali, usłyszy zbliżającą się grupę.

Nie chciała tam być, kiedy bestie zaatakują.

– Kas! – rozległ się syk, więc zwolniła, widząc przedzierającą się przez zarośla Revnę.

Dziewczyna uwolniła się z pnączy z głośnym przekleństwem i Kasira aż się wzdrygnęła, nasłuchując odgłosu łap sunących przez poszycie. Cisza. Niewielka polana, przy której się zatrzymali, równie dobrze mogłaby znajdować się w zupełnie innym świecie, taki panował tam spokój, bezruch. Isherwood potrafił zagłuszyć wszelkie dźwięki. Tu krzyki przepadały bez echa.

Zupełnie jak w więziennej celi.

– Co ty tu robisz? – spytała Revna.

– Poluję.

– Naruszasz procedury. Znowu.

Kasira zerknęła na nią wymownie, na co przyjaciółka odpowiedziała hardym spojrzeniem. Rude loki związała z tyłu paskiem skóry tyvera, którego zabiła, gdy dołączyła do Malikinar, a na jej alabastrowym obliczu lśniła cienka warstewka potu. Zwisające nisko korony drzew skutecznie odgradzały promienie słońca, ale to nie łagodziło dokuczającego im gorąca. Kasira czuła wilgoć zbierającą się nad jej brwią.

Nienawidziła wilgotnego klimatu, czarnego skórzanego pancerza ocierającego się o lepką skórę i ciężaru miecza przewieszonego przez plecy. Każdy krok stanowił przypomnienie, że jej życie nie należy już do niej. Nosiła je niczym kamienie przez rzekę, czekając na dzień, w którym pociągną ją na dno.

Revna uniosła brodę.

– Uznają, że tchórzysz. Naprawdę nie potrzebują kolejnego powodu, by cię nienawidzić, Kas.

– Zabiłam więcej bestii niż którekolwiek z nich.

– Nie w tym rzecz. – Revna spojrzała na towarzyszkę z ukosa, co oznaczało, że zamierza poruszyć delikatną kwestię. – Nigdy nie bierzesz drengi i nie świętujesz swoich zabójstw. Nie ma znaczenia, jak wiele bestii zabijasz, skoro połowa oddziału jest przekonana, że jesteś po stronie tych potworów.

Kasira nie odpowiedziała na niewypowiedziane przez przyjaciółkę pytanie: „A jesteś?”. Zabijała, bo na tym polegała jej praca. W przeciwnym razie trafiłaby z powrotem do Belvar, w mrok tak gęsty, że aż dławiący, do celi, w której ledwie mogła się wyprostować i gdzie towarzyszyło jej nieustanne drapanie pazurów w oddali.

– Kas? Kas!

Kasira wpatrywała się w dłoń na swoim ramieniu i powoli wracała do siebie. Zmartwienie na twarzy Revny przyprawiało ją o mdłości. Wyrwała rękę z uścisku przyjaciółki.

– Nic mi nie jest.

– Martwię się o ciebie. – Zielone oczy Revny zdradzały zwątpienie.

Kasira powstrzymała drwiące prychnięcie. Tak naprawdę miała na myśli to, że martwi się o jej duszę. Ale na co komu dusza, skoro nie można kupić za nią gorącego posiłku albo odegnać dzięki niej chłodu zimowej nocy?

Była w stanie przejmować się tylko jednym życiem naraz. To pośmiertne musiało poczekać.

– Nic mi nie jest – powtórzyła.

Najprostsze i najbardziej przydatne kłamstwo, jakie kiedykolwiek wypowiedziała. Te cztery słowa pozwoliły jej przetrwać w zimnej, pogrążonej w ciszy celi.

Revna nie zdążyła ich zakwestionować, bo powietrze rozdarł krzyk, a po nim spomiędzy drzew dobiegł je ogłuszający ryk alkatira.

– Nie ma za co – rzuciła tylko Kasira, po czym skoczyła głębiej w las.

Przyjaciółki znalazły swój oddział, pochłonięty walką na pobliskiej polanie. Stado stało tuż za wojakami. Bestii było znacznie mniej, ale nadrabiały rozmiarami i zaciekłością. Miały kocie ciała i jastrzębie łby oraz potężne skrzydła, pozwalające na dźwiganie dwa razy większego ciężaru niż własny. Wystarczyło, by alkatir rzucił się na żołnierza, a nieszczęśnik kończył z pogruchotanymi kośćmi. Mogły też rozszarpywać przeciwników potwornymi szponami.

Każdy inny oddział upadłby już pod naporem bestii, ale Malikowie nie byli zwykłymi żołnierzami. Rygorystyczne szkolenie i nieustannie toczone boje czyniły ich niezrównanymi w swoim fachu. Stawali się legendami, przed którymi drżały pozostałe królestwa. Nawet Kasira zastanawiała się, czy aby na pewno nie spłynęło na nich błogosławione światło Haidry.

Dobywszy miecza, dziewczyna stanęła przy Revnie i zaczęła obchodzić stado od boku. Cięła i rżnęła opierzone członki, a alkatiry padały z przeraźliwym rykiem. Uciszała je ciosami w gardziel, zapewniając im szybką śmierć. Oddział rozbił stado na dwoje i przedarł się przez nie od tyłu, po czym okrążył potwory i tym samym odciął im drogę ucieczki.

Kasira powaliła kolejną bestię, a jej wzrok padł na ranną samicę skuloną nisko nad ziemią. Stwór zamachnął się na nią umazanymi posoką pazurami. Uchyliła się i przeciągnęła ostrzem po boku potwora. Marne cięcie, ledwo drasnęła skórę. Bestia mogłaby uciec bez trudu, ale stała w miejscu i obnażała kły. Następny atak Kasiry okazał się skuteczny.

Gdy ciało alkatira padło na piach, dziewczyna zrozumiała, dlaczego bestia się nie ruszyła. Puchate młode kuliło się za truchłem matki. Jedno z jego złotych ślepi zamieniło się w krwawą miazgę. Kasira instynktownie wysunęła broń naprzód, ale zatrzymała się z mieczem w górze, nie mogąc oderwać wzroku od przerażonego malca.

Powinna go zabić. Malikowie wypełniali święty obowiązek. Jako wybrańcy Haidry tylko oni mogli dotykać bestii, nie plugawiąc przy tym swoich dusz. Tylko oni mogli je zabijać. A Kasira już wystarczająco naraziła się bogini. Mimo to stała jak zamrożona. Jakaś dawno pogrzebana część niej wstrzymała jej dłoń, a ona tylko patrzyła, jak młode rzuciło się do lasu.

Dopiero wtedy zauważyła ciszę panującą na polu walki. Ostatnie alkatiry zginęły albo uciekły, kilkoro żołnierzy opatrywali medycy z drugiego oddziału.

Oczy wszystkich pozostałych były zwrócone na nią.

– Widziałem to. – Do jej uszu dotarł głos kapitana Dessena. – Pozwoliłaś mu uciec.

Odwróciła się nieznacznie i zobaczyła rozbiegany wzrok mężczyzny oraz jego smukłe palce zaciskające się na biczu. Nawet otoczony oddziałem znakomicie wyszkolonych Malików wyglądał, jakby zaraz miał posikać się ze strachu, przerażony tym, jak daleko w las się zapuścił. Kasira nie miała pojęcia, jak to możliwe, by ktoś jego pokroju zdobył tak wysoką pozycję, ale władza rzadko trafiała do tych, którzy na nią zasługiwali.

– Nie było jej tu, kiedy bestie zaatakowały, panie – powiedział Jevin, mężczyzna o szczupłej twarzy i aparycji szczura. – Pewnie sama je tu zwabiła. Kottom nie można ufać.

– Miłośniczka bestii – szepnął ktoś zza jej pleców.

Revna już otwierała usta, aby coś wtrącić, ale Kasira rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. To nie była jedna z tych sytuacji, które przyjaciółka mogła rozwiązać ostrym słowem i pięścią.

– Więc? – Dowódca wiedział doskonale, że nie istniało żadne wiarygodne wyjaśnienie jej zachowania.

Choć powierzono mu piąty batalion zaledwie dwa miesiące wcześniej, od samego początku uważnie się jej przyglądał. Kasira była bowiem przestępczynią z wyrokiem, służącą w wojsku w ramach programu dla skazańców, i tylko dzięki Dessenowi nie gniła teraz w celi pozbawionej okien. Kapitan z rozkoszą wykorzystywał władzę, jaką nad nią miał.

Wkrótce będzie musiała jakoś to ukrócić.

Dowódca podniósł głos i zwrócił się do pozostałych:

– W nagrodę za łaskę okazaną przez Kottkę cały oddział posprząta po dzisiejszym starciu.

Przez polanę przetoczył się wściekły pomruk. Kasira czuła na karku gniewne spojrzenia. Doskonale wiedziała, co robi Dessen: celowo oszczędził jej indywidualnej kary i rozłożył odpowiedzialność na całą grupę. Chciał poróżnić ją z pozostałymi, by poza nim nie miała nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić.

Kiedyś ucieszyłoby ją takie wyzwanie, odnalazłaby wszystkie sznurki kapitana Dessena i nauczyłaby się za nie pociągać. Teraz jej umysł odruchowo analizował możliwe intrygi z desperacją zranionego zwierzęcia uciekającego przed jej mieczem – choć było już za późno.

Oddział rozdzielił się na grupy, część zabezpieczała teren, pozostali układali truchła alkatirów na stosie. Stwory zostaną spalone z nastaniem poranka, a dzięki łasce Haidry grzechy, które sprowadziły je na świat, przemienią się w popiół. Jutro żołnierze wyruszą na poszukiwania kolejnych ofiar. Systematycznie, stwór za stworem, aż wszystkie bestie i grzechy zostaną wyeliminowane ku chwale bogini.

Kasira podeszła do najbliższych zwłok – młodej samicy, którą zabiła – i zataszczyła je na stos. Pchnęła cielsko ostatni raz, rzucając je na pozostałe, a to łypnęło na nią złotym okiem. Za życia alkatiry były uosobieniem elegancji i siły. Martwe, lśniące srebrną posoką, wydawały się niesamowicie kruche.

Pracowała w milczeniu, unikając spojrzenia Revny. Wkrótce powietrze wypełnił odór rozkładu, wieczorny wietrzyk nie zdołał powstrzymać bezlitosnego jesiennego słońca. Smród zatykał jej nos i gardło, a mięśnie paliły ze zmęczenia. Jej towarzysze już szukali drengi, czyli łupów. Zbierali wszystko: zakrzywione, blisko dziesięciocentymetrowe pazury, śnieżnobiałe pióra, srebrne futro. Cokolwiek, co nadałoby się do przyczepienia do skórzanego pasa.

Kasira nie wzięła niczego.

Gdy ostatnie ciało spoczęło na stosie pogrzebowym, słońce wisiało już nisko nad ziemią. Żołnierze wrócili do obozu, w którym panował zgiełk, trwały bowiem przygotowania do przybycia Paratala, który miał zjawić się nazajutrz. Namioty naprostowano, skórzane zbroje wyczyszczono, a miecze z vyloru wypolerowano na błysk. Podwojono patrole stacjonujące wzdłuż granicy Isherwood, przez co jeszcze zmniejszono i tak już niewielki batalion. Paratal, głowa kościoła Haidry, był w ich ojczyźnie drugi po królu, dlatego na jego życie i bezpieczeństwo nie szczędzono wydatków.

– Revna, kochanie, gdzieś ty była? – odezwał się zachrypnięty głos Paskara, który już wyciągał do dziewczyny długie brązowe ramię, ale zaraz cofnął je z odrazą. – Co to za smród?

– Zdaje się, że zwą to odorem porażki. – Revna strzepnęła białe piórko z poplamionego skórzanego pancerza. – Pasuje do mojej nowej estetyki.

Paskar mruknął pod nosem.

– Szczerze, jestem gotów uznać to za poprawę.

Revna coś mu odpyskowała, a po chwili zaczęli przerzucać się obelgami i wymieniać kuksańce. Po chwili dziewczyna unieruchomiła jego głowę wprawnym chwytem i domagała się, by cofnął wszystko, co powiedział. Zanim się od siebie odsunęli, oddział dotarł do głównego placu, gdzie żołnierze zbierali się, aby zjeść przy ognisku.

Kasira najbardziej na świecie pragnęła teraz chwili dla siebie, by wyczyścić brud spod paznokci i w spokoju wypolerować miecz w zaciszu własnego namiotu, jednak misja przeciągnęła się na tyle, że kolacja już się zaczęła. Wiedziała, że jeśli teraz nie pójdzie zjeść, później niczego nie dostanie. Stanęli więc w kolejce, Revna opowiadała Paskarowi, ile bestii zdołała zgładzić. On należał do drugiego oddziału, w którego skład wchodzili medycy, skrybowie i kartografowie, i nie brał udziału w walkach. Członkowie drugiego oddziału spędzali większość czasu w obozie, gdzie były potrzebne ich zdolności, a Paskar był wśród nich najlepszym medykiem.

Kucharz nałożył Kasirze potrawkę z jęczmienia i niedbale pokrojonych warzyw korzeniowych. Połowę tego, co dostawali pozostali. Spojrzał jej wyzywająco w oczy, ale ona tylko chwyciła dodatkowo kubek marnego obozowego piwa i ruszyła dalej.

– Dołączysz do nas dzisiaj, Kas? – spytał Paskar, kiedy wydostali się z kolejki.

Jego twarz z łatwością rozjaśniała się w uśmiechu, który niewątpliwie ułatwiał mu stawianie na swoim. Był to taki rodzaj uśmiechu, który z lubością zaadaptowałaby na własne potrzeby, a potem schowała do swojego arsenału, razem z pozostałymi, do czasu, aż będzie jej potrzebny.

Revna złapała ją pod ramię i powiedziała:

– Oczywiście, że tak.

Kasira nie zająknęła się nawet, że to zły pomysł, choć sama już to wiedziała. Przy ognisku, z głowami pochylonymi w modlitwie, siedzieli żołnierze pierwszego oddziału. Revna również do niego przynależała, była prawowitą członkinią Malikinar. Kasira natomiast technicznie należała do oddziału trzeciego – Kottów, jak nazywano ich w pochodzącym z północy języku kalijskim. Znaczyło to tyle co Nikt, bo tym właśnie byli przestępcy w oczach bogini – nikim.

Większość członków trzeciego oddziału była pod stałym nadzorem i wykonywała proste zadania, których nie sposób spartaczyć. Ich pozycja nie była wiele wyższa od służby, ale Kasira wykazała się jako sprawna żołnierka, więc wypożyczono ją pierwszemu oddziałowi, choć jej nowi towarzysze przy każdej możliwej okazji przypominali jej, że nie jest jedną z nich.

Kiedy Revna szturchnęła Jevina i jeszcze innego Malika, żeby przesunęli się w bok i zrobili dla nich miejsce na kłodach, ci ustąpili, ale niechętnie. Jevin spojrzał na nią z takim niesmakiem, że gdyby była dzbanem mleka, niechybnie by skwaśniała. Chwycił przy tym za koraliki różańca owiniętego wokół nadgarstka, jakby te mogły go uchronić przed jej zepsuciem. Revna czekała, aż coś powie, ale on tylko się odwrócił.

Choć po dołączeniu do jednostki Malikinar Kasira usilnie próbowała trzymać się na uboczu, Revna przyciągnęła ją do siebie i otoczyła przyjaźnią niczym inwazyjne pnącze. I choć Kasira za nic nie przyznałaby tego na głos, właśnie ta więź utrzymywała ją na powierzchni. Wbrew zdrowemu rozsądkowi nadal potrzebowała kotwicy. Punktu zaczepienia, wokół którego mogła budować swoje kłamstwo, zgodnie z naukami Lorayi.

Tyle że tym razem nie było żadnej ofiary, żadnego planu, żadnej intrygi. Tym razem sztuczka polegała na tym, żeby przetrwać.

Gdy usiedli, ziemia zadrżała, aż wstrząsy przeszły przez cały obóz. Drzewa jęczały i drgały, kilka marnie postawionych namiotów zapadło się do środka. Kasira zebrała się w sobie, gotowa zareagować, ale trzęsienie przeszło równie szybko, jak się zaczęło.

Paskar strzepnął kropelki piwa z palców.

– Pojawiają się coraz częściej.

– Bogini jest niezadowolona – syknął niskim głosem Jevin. – Z powodu bestii, która… uciekła.

Kasira zacisnęła dłoń na kubku. Ludzie pokroju Jevina za wszystko obwiniali bestie, w Kalthos nie można było nawet potknąć się z własnej winy. Ale może o to chodziło. Może na tym polegała ta farsa. Potrzebowali kogoś, kogo można obarczyć winą za ich cierpienie, a kościół haidryjski dał im idealnego kozła ofiarnego. Dzięki temu, kiedy przed wiekiem władze oddały kraj bogini, lud przestał obwiniać przywódców za wszystkie niepowodzenia i zaczął mordować bestie – nader chętnie łykając wszelkie wymówki, byleby załagodzić własny ból.

„A może to wszystko prawda”, pomyślała, przyglądając się gruzłowatej bliźnie na spodzie dłoni. Może jej dziecięca fascynacja bestiami, jej ciekawość… Może to one ją zepsuły. Wystarczył jeden dotyk, by grzech zagnieździł się pod jej skórą, a zło zalęgło w piersi. Tak powiedzieli kapłani, kiedy próbowali wypalić zło z jej ciała. Jeśli nie okaże skruchy, to gdy nadejdzie Haidra, jej dusza trafi do zimnego czyśćca, skazana na wieczne potępienie w mroku i ciszy.

Pozostałości dawnej fascynacji powstrzymały jej dłoń przy małym alkatirze i była pewna, że jeszcze nie skończyła płacić za ten błąd.

Paskar zerkał nerwowo między Jevinem i Revną, która wyglądała, jakby zaraz miała nadziać go na widelec, wystarczyło jedno rzucone nieopatrznie słowo. Była równie oddaną wierną jak pozostali mieszkańcy Kalthos, ale jeszcze lojalniejszą przyjaciółką. Kasira na nią nie zasługiwała.

Paskar, najwidoczniej chcąc zmienić temat, wypalił:

– Słyszeliście, że Bibliotekarz w końcu ogłosił poszukiwania nowego Asystenta?

Kasira od razu zwróciła głowę w jego kierunku. Długie nogi miał wyciągnięte przed siebie i skrzyżowane w kostkach, a ciało przechylone tak, że barkiem dotykał ramienia Revny.

– Już myślałem, że tego nie zrobi.

Napięcie między Jevinem i Revną było wyczuwalne jeszcze przez chwilę, aż w końcu dziewczyna pociągnęła nosem, wpakowała sobie kawał chleba do ust i powiedziała:

– Współczuję błaznowi, którego wybierze.

– No nie wiem – odpowiedział Paskar z zawadiackim uśmiechem. – Słyszałem, że obecny Bibliotekarz jest całkiem atrakcyjny.

– Atrakcyjny diabeł to wciąż diabeł, Paskar – skwitowała Revna. – A gorszego niż Bibliotekarz nie ma. Prawda, Kas?

– Tak – odpowiedziała mechanicznie, jak nauczyła się już dawno temu.

Jakiekolwiek inne stwierdzenie zostałoby uznane za bluźnierstwo. Amorlin pełniło funkcję arbitra polityki międzynarodowej sześciu królestw oraz jedynego nadzorcy nad magią. Do tego te same bestie, na które polowali Malikinar, tam żyły w spokoju. Chronienie i badanie stworów było najważniejszym zadaniem Biblioteki. W Kalthos zaś traktowano je mieczem. Właśnie z tej różnicy w podejściu wynikała wieloletnia niechęć Kalijczyków do Biblioteki.

Dla nich była ona siedliskiem grzechu, a Bibliotekarz – jej mrocznym panem.

– Może to dlatego przyjeżdża Paratal – droczył się dalej Paskar, poruszając wymownie krzaczastymi brwiami. – Wybierze kogoś z nas.

Na jego żart odpowiedziało kilka pobladłych twarzy i rozgniewanych spojrzeń. Nikt poza nim się nie śmiał.

– Powinni wysłać któregoś z was. – Jevin splunął na ziemię pod stopami Kasiry. – Twoja dusza i tak jest przeklęta, Kottko.

Ledwo zdążył dokończyć zdanie, dostał w twarz strumieniem piwa, a potem także cynowym kubkiem rzuconym przez Revnę.

– Jeszcze słowo, a następny będzie nóż.

– Skierowanie broni przeciwko innemu Malikowi to… – zaczął Jevin, ale zamilkł, kiedy Revna wysunęła częściowo miecz z pochwy.

Towarzyszył temu uśmiech sugerujący, że ma w poważaniu zasadę, którą zamierzał wyrecytować.

– Nie powinieneś mówić w ten sposób o Bibliotece – wtrącił jeden z żołnierzy, który wcześniej był zajęty modlitwą, w jego oczach błyszczał zapał. – Haidra pragnie uwolnić od zepsucia bestii wszystkie dusze, nie wyłączając Bibliotekarza i jego magów. Gdybyśmy odwrócili się od tych najdotkliwiej cierpiących, czy naprawdę moglibyśmy rzec, że wypełniamy jej dzieło?

– Powinniśmy zmieść ich z powierzchni ziemi tak samo jak bestie – odpowiedziała Revna, a kilku innych żołnierzy mruknęło na znak zgody.

Potem wszyscy porzucili temat. Rozmowa zeszła na wizytację Paratala w kolejnych batalionach Malikinar oraz spekulacje wokół niedawnej serii kradzieży w obozie, jednak Kasira została myślami przy Bibliotece i historiach, które opowiadała jej matka.

Niewiele pamiętała sprzed pożaru, w którym zginęli jej rodzice. Nie potrafiła przywołać twarzy matki, jedynie czarne włosy, które spływały wokół bioder niczym jedwabne wstęgi. Pamiętała natomiast, kiedy matka pokazała jej stworzenie żyjące w strumieniu w pobliżu ich domu. Oraz to, jak położyła pokrytego łuskami talowella na jej dłoni i szepnęła cicho: „Widzisz, wcale nie jest taki straszny”.

Matka nauczyła ją patrzenia na bestie z ciekawością, a nie ze strachem, zaszczepiła w młodziutkiej Kasirze marzenie o zostaniu pierwszą od stu lat maginią z Kalthos.

Ach, jakże ona była wtedy głupia.

– Mówię wam, mamy pośród nas złodziejaszka. – Głos Revny wyrwał ją z zamyślenia. – Przepadł sztylet z vyloru podarowany mi przez ojca, kiedy dołączyłam do oddziału, a Kasira straciła srebrną szpilkę do włosów.

Paskar zdawał się nieprzekonany.

– Żaden Malik nie skalałby się kradzieżą. Cóż, może poza… – Zerknął w stronę Kasiry, a Revna przyłożyła mu w ramię na tyle mocno, że wykrzywił twarz.

Nie chodziło mu o Kasirę. Co prawda nie wiedzieli dokładnie, co miała na sumieniu, ale byli świadomi, że pracowała dla Thane’a Ryarcha, a on, choć parał się kradzieżą, to nie na tak skromną skalę. W samym oddziale nie brakowało jednak drobnych złodziejaszków, którzy mogli być odpowiedzialni za te kradzieże. Tak czy inaczej to była dobra okazja, by przeprosić towarzystwo i się ulotnić.

– Kas – zaczęła Revna.

– Nic się nie stało – powiedziała dziewczyna, wstając. – Jestem zmęczona. Zobaczymy się rano.

Paskar posłał jej przepraszające spojrzenie, ale ona oddała mu resztę swojego piwa i odeszła.

Wdzięczna za to, że w końcu jest sama, umyła się, założyła czystą tunikę i spodnie, a zanim wróciła do namiotu, który dzieliła z Revną, wyczyściła jeszcze skórzaną zbroję. Wypolerowawszy miecz, wcisnęła się w śpiwór i leżała ze wzrokiem wbitym w poszycie namiotu, bawiąc się złotymi koralikami różańca, który zwinęła Jevinowi z nadgarstka.

Ludzie zwykle myślą, że każdy szwindel to jakaś wyszukana, skomplikowana intryga, rozpisana na mnóstwo małych kroczków i wielkich, śmiałych kroków. Tak naprawdę jednak to może być proste kłamstwo albo upozorowanie sceny pozwalającej na stworzenie historii, której akurat potrzebujesz. Bywa, że to coś tak prozaicznego jak wykorzystanie okazji – chwili nieuwagi – dajmy na to kubka rzuconego w czyjąś twarz.

Były takie rzeczy, których Kasira nie mogła zaniechać, nawet w swoim stanie bliskim katatonii. Jej serce wciąż biło, płuca oddychały, a umysł analizował kolejne machlojki. Jutro znów się obudzi i wyruszy na polowanie. Jej miecz znów wrazi się w ciało, a ona znów zmyje posokę z dłoni i wróci do obozu pełnego ludzi, którzy jej nie ufają i których motywacji nie podziela. I znów, i znów, dzień za dniem.

Sen. Pobudka. Polowanie. Sen. Pobudka. Polowanie.

Ta rutyna stała się rytmem jej życia, poddała się jej, wykazując się przy tym wytrwałością godną muła. To pchało ją naprzód, kazało stawiać jedną stopę za drugą. Dzięki temu była w stanie przetrwać każdy dzień, potem tydzień, a zaraz minie już kolejny rok. Przeżyty rok.

Rok bliżej wolności.

W ten nieudolny sposób próbowała spełnić obietnicę, którą złożyły sobie z Lorayą. Kasira nie przetrwałaby w więzieniu jeszcze siedemnastu lat, a właśnie tam by była, gdyby nie Malikinar. Nie miała innego wyboru, innego życia, nic poza tym rytmem. To on kołysał ją do snu.

Sen. Pobudka. Polowanie. Sen. Pobudka. Polowanie.

Przetrwanie.Rozdział 2.
Kasira

Kasira obudziła się z krzykiem na ustach.

Minęło kilka chwil, zanim jej umysł zaczął nadążać za wzrokiem. Podczas tych paru sekund zwłoki – pomiędzy koszmarem a jawą – znów była w swojej celi w Belvar, gdzie ściany stały za blisko, a zatęchłym powietrzem nie dało się oddychać. W końcu jej oczy wyodrębniły sylwetkę drzemiącej obok Revny, której niskie chrapanie wypełniało namiot.

Nie pierwszy raz obudziły ją koszmary. Jeszcze przed Belvar nie przesypiała nocy. Wówczas spała obok niej kobieta tak przebiegła, że Kasira wszystkie nastoletnie lata poświęciła na próby dorównania jej umiejętnościom. Wtedy łatwo było wierzyć, że tak będzie już zawsze, że nic się nie zmieni. Teraz wiedziała, że świat może odmienić choćby zwykły podmuch wiatru.

Serce waliło jej boleśnie o żebra, kiedy wygramoliła się z łóżka, założyła buty i wyśliznęła się po cichu na polanę skąpaną w świetle pełni księżyca. Z pobliskiego namiotu dobiegało jakieś bełkotanie, mieszające się z poprzeinaczanymi wersami _W imię króla bestie będziem bić_. Poza tym w obozie panowała cisza; podczas świętowania wczorajszych triumfów nie zabrakło cienkiego piwa, ale ostatni hulacy zalegli już na posłaniach.

Gdziekolwiek indziej w Kalthos podobna rozpusta zostałaby surowo potępiona, ale nie wśród wybrańców Haidry. Malikinar wyrośli z grupy haidrańskich kapłanów, gdy religia dotarła na południe. Przez ostatnie dekady formacja znacznie zwiększyła liczebność i mimo powiązań z kościołem silnie wrosła w struktury wojskowe królestwa. Kasira była przekonana, że połowa Malików dołączyła do wojska tylko ze względu na większą swobodę; mieli dość upomnień, że pijąc i klnąc, plugawią swoje dusze.

Ruszyła przed siebie, ale po chwili oddech przyspieszył jej z nerwów, więc wymknęła się do Isherwood. Czasem bezmiar nieba sprawiał, że czuła się, jakby tonęła. Tyle lat spędziła zamknięta w celi, że ciasne przestrzenie wywoływały w niej nerwowość, ale jeszcze gorsze były te bezkresne, jak ocean.

„Nic z tego nie jest prawdą”. Przywołała znajomy głos. „To minie”.

Pokonała prawie trzydzieści metrów, zanim dotarła do ciał – nadal leżały na stosie i czekały, aż Paratal spali je podczas jutrzejszego obrzędu. Białe, opierzone kończyny alkatirów były powyginane pod najróżniejszymi kątami, skrzydła połamane jak papierowe latawce. Zasłoniła nos, by ochronić się od smrodu, nie potrafiła jednak oderwać wzroku od wpatrzonych w pustkę oczu martwych stworzeń.

Kapłani z sierocińca wpoili jej, że bestie są manifestacją ludzkich grzechów. Mówili, że kiedy ktoś łamie prawo, kłamie, oszukuje lub kradnie, przez jego grzech rodzi się kolejna bestia. Jedynym sposobem na oczyszczenie duszy było oddanie życia Haidrze albo mordowanie bestii w szeregach Malikinar. Dopiero wtedy, kiedy świat zostanie oczyszczony z grzechu, bogini powróci w ludzkim ciele, aby dokonać Ostatecznego Przebaczenia.

Nieważne, że międzynarodowe prawo ustanowione przez Bibliotekę zezwalało na zabijanie bestii wyłącznie w obronie własnej. W razie jakichkolwiek pytań rząd Kalthos wymyśliłby jakąś historyjkę o tym, że stado zaatakowało miasteczko i nie było czasu na wzywanie pomocy. Wszyscy jednak wiedzieli, że to czystki.

Patrząc na martwe stworzenia, pełne gracji nawet po śmierci, Kasira wcale nie czuła się oczyszczona.

Krzaki obok zaszeleściły i dziewczyna znieruchomiała. Spomiędzy drzew wychynęło stworzenie niewiele mniejsze od niej, światło księżyca spłynęło po smukłym białym ciele i błysnęło w złotym oku. Drugie było krwawą breją.

Młody alkatir.

Stworzenie obwąchało stos i wydało z siebie zbolały jęk.

– Cii – syknęła Kasira. – Usłyszą cię.

Maluch odwrócił się do niej gwałtownie, obnażając zęby i próbując unieść skrzydła, żeby wyglądać na większego, ale jedno z nich zwisało bezwładnie wzdłuż boku.

Kasira podeszła do zwierzęcia z szeroko rozłożonymi ramionami.

– Spadaj! – Klasnęła głośno i malec czmychnął z powrotem w las.

– Kasira? – odezwał się czyjś niewyraźny głos.

Spośród cieni wyłoniła się barczysta postać. Kapitan Dessen szedł teraz dużo swobodniejszym krokiem niż zwykle, a to za sprawą mylaku, z którym sobie zbytnio pofolgował. Magiczne wino było jednym z niewielu artefaktów, którego Biblioteka nie nakazywała konfiskować, i w ustach każdego, kto je wypił, przybierało inny smak. Kasira podejrzewała, że Dessen powiedziałby, że dla niego smakuje krwią bestii i kalijską stalą. Nie krył się z tym, że je ma, tak jak nie kazał żołnierzom ukryć stosu za nią. Nierzadko raczył się winem ze swoimi pupilami.

Kapitan spojrzał na nią lubieżnie, jedną dłonią gładząc przy tym bicz u swego boku.

– Tak mi się zdawało, że widziałem, jak idziesz w tę stronę. Przyszłaś ocenić swoją dzisiejszą robotę?

– To było udane polowanie, kapitanie. – Pod jego spojrzeniem od razu stawała się wyższa.

Wyprostowana. Stopy razem. Łopatki ściągnięte. Wzór żołnierki, jakiego oczekiwał. Nie musiał wiedzieć, że odrzuca ją niemal równie mocno jak zwłoki za jej plecami.

– Daj spokój, Kasiro, mówiłem ci nie raz, że kiedy jesteśmy sami, możesz mówić mi Harker.

Nie byli sami. Jevin i inni Malikowie stali za nim na linii drzew, ale oczy mieli zwrócone w stronę lasu, co było jasnym komunikatem: „Nic nie widzimy”.

Dessen chwiał się na nogach, ale wbijał w nią wzrok. Źrenice miał wielkie i czarne, a dłoń zaciskał mocno na rączce bicza.

– Natomiast bez względu na to, po co tu przyszłaś, łamiesz zasady. Jest późno. To już drugie przewinienie tego dnia.

Kasira była boleśnie świadoma, że nie ma przy sobie broni. Dysponowała jedynie sztyletem, miecz zostawiła w namiocie. Ale to nie był problem, który można by rozwiązać za pomocą stali. Zaraz Dessen przedstawi jej, w jak delikatnej sytuacji się znalazła, po czym spróbuje sięgnąć po to, po co tak naprawdę przyszedł – po nią.

– Chodź tu. – Zgiął palec w jasnym geście. Kiedy się nie poruszyła, jego oblicze spochmurniało. – Nie obchodzi mnie, ile zabijesz bestii. Jesteś tu tylko dzięki mojej dobrej woli i bez problemu mogę zawrócić cię tam, skąd przyszłaś. – Czyli do Belvar, do celi. Między pozbawione okien kamienne ściany, gdzie brakuje światła i powietrza.

– Popełniasz błąd – ostrzegła go.

Głos miała spokojny, ale umysł analizował wszystkie możliwe wyjścia. Dessen był zbyt pijany, żeby dał sobie cokolwiek wyperswadować logicznymi argumentami, i na tyle zuchwały, żeby zrealizować swoje zamiary. Przygotowywała się na ten moment, odkąd się zjawił – widziała, że od razu się nią zainteresował – ale nie miała jeszcze gotowego planu.

Dessen jęknął z frustracją.

– To ty popełniasz błąd. Sprzeciwiasz się rozkazom kapitana.

Dla większości oznaczałoby to dziesięć dodatkowych batów, oprócz dziesięciu za złamanie ciszy nocnej. Dla niej powrót do Belvar. Uległość zaś pozbawiłaby ją resztki sił, które jej pozostały.

Jakaś część niej od dawna pragnęła tej konfrontacji. Tego, by ktoś przyparł ją do muru, gdzie jedynym wyjściem byłaby walka. To ta sama część, która wiedziała, że ostatnie cztery lata były jedynie marną imitacją życia i nawet jeśli Kasira dotrwałaby w ten sposób do końca swojej dziesięcioletniej służby, straciłaby siebie.

Na tym polegał błąd Dessena: nie wiedział, co ona jest w stanie zrobić, aby przetrwać.

Gdy do niego podeszła, na jego twarzy pojawiło się zadowolenie. Oczekiwał, że mu ulegnie, że ugnie się w obliczu władzy, którą posiadał.

Nie spodziewał się natomiast, że wbije mu nóż w nogę.

Jego wrzask poniósł się przez polanę, a ona wyrwała ostrze i powiodła nim do jego szyi. Musiały odezwać się w nim instynkty wyćwiczone podczas szkolenia podobnego do tego, przez które przechodzą Malikowie, ponieważ złapał ją za łokieć i wykręcił jej ramię, zmuszając, by upuściła sztylet.

Ona jednak złapała broń drugą dłonią i wbiła ponownie.

W tym momencie dopadli do nich strażnicy, odciągnęli ją. Dessen mocno ściskał udo. Skórzana zbroja złagodziła obrażenia, ale kapitan nie był typem człowieka, który dobrze znosił ból. Nie był z nim zaznajomiony, nie miał go za wiernego towarzysza.

– Na kolana! – wrzasnął.

– Panie, twoja noga… – zaczął Jevin.

– JUŻ!

Pchnęli Kasirę na kolana, plecami do niego.

– Najwyższa pora, żeby ktoś pokazał ci, gdzie twoje miejsce, Kottko – syknął Jevin, pryskając śliną na jej policzek.

Kasira patrzyła prosto w las.

Oszuści mają wiele umiejętności, od talentu do czytania ludzi po zapamiętywanie szczegółów, ale ona nigdy nie wyróżniała się niczym poza kłamaniem. Okłamywała swoje ofiary, przyjaciół, nawet samą siebie – tworzyła intrygi tak zawiłe, że czasem sama się w nich gubiła, ale nigdy nie pozwoliła, by ktokolwiek ujrzał prawdę.

„Strzeż swojego serca” , szeptał głos Lorayi, jej nauczycielki. „Nigdy nie pozwól im dostrzec swojego strachu. Wykorzystają go przeciwko tobie”.

Jevin i drugi Malik rozłożyli jej ramiona na boki, a ona zwalczyła odruch, by przygotować się na pierwsze uderzenie. Dostawała już baty. Za pierwszym razem walczyła tak dziko, że ucierpiały nie tylko plecy. Po tym nauczyła się, by trwać w bezruchu.

Cios nadszedł bez ostrzeżenia, bicz rozdarł tunikę i pobliźnioną skórę ramion, tworząc piekącą szramę. Odebrało jej dech. Dessen uderzał raz za razem, szybkimi ruchami. Wiedziała, że nie przestanie, dopóki jej plecy nie zamienią się w krwawą miazgę. Nie miał zamiaru jej oszczędzić, a jeśli jakimś cudem by przeżyła, zostawi ją na pożarcie bestiom. Myślała jedynie o tym, że przynajmniej nie trafi do celi, do mroku tak gęstego, że nie było wiadomo, gdzie kończy się ciemność, a zaczyna człowiek.

Przynajmniej może znów zobaczy Lorayę.

– Dość! – Krzyk przedarł się przez szum krwi wypełniający jej uszy.

Poczuła muśnięcie bicza, gdy Dessen cofnął rękę, powstrzymując kolejne uderzenie. Głos przemówił ponownie i żołnierze ją obrócili. Czyjaś dłoń chwyciła ją za brodę i uniosła jej twarz ku kamieniowi emanującemu bladobłękitną poświatą.

Blask przesłonił jej wzrok, więc nie widziała twarzy stojącego przed nią przybysza. Padł rozkaz i jeden z Malików przerzucił ją sobie przez ramię. Jakaś część niej walczyła z ciemnością zagarniającą pole widzenia. Chciała kopać, krzyczeć i powiedzieć tej osobie, ktokolwiek to był, że nie powinna się wtrącać. Jednak jej ciało było odrętwiałe i dziwnie odległe, a powieki zbyt ciężkie. Ciemność wygrała.

Kasira weszła do namiotu Dessena przy szmerze głosów i zapachu trzaskającego drewna.

Wiedziona instynktem obróciła się w miejscu i przykucnęła, by sięgnąć do ostrza, którego już nie miała. Plecy zaprotestowały, ból przeszył całe jej ciało i niemal pozbawił ją przytomności, ale zmusiła się, by nie paść na ziemię.

Głosy zamarły.

Dessen gromił ją wzrokiem zza zastawionego stołu. Zranioną nogę, nad którą pochylał się medyk, położył na krześle. Siedziało z nim dwoje przybyszów: przystojny młodzieniec w nienagannych białych szatach ozdobionych złotymi płomieniami kościoła oraz niska kobieta w średnim wieku, przyodziana w królewski błękit kalijskiego dworu. Za nimi, w stanie najwyższego skupienia, stało kilku wartowników pałacowych. Mieli na sobie nieskazitelne mundury bogato wyszywane złotą nicią i obwieszone krzyżującymi się łańcuchami.

Paratal Helvarin miał dotrzeć do obozu dopiero rano, a mimo to siedział właśnie przy stole Dessena, mierząc apatycznym wzrokiem wszystko: od półmiska z chlebem i serem po materiałowe serwetki. Utarło się, że Paratalowie w chwili wyniesienia na urząd przyjmowali imiona legendarnych Malików, ale ten chłopaczyna w niczym nie przypominał wojownika, którego miano wybrał.

Był młodszy, niż się spodziewała, ledwo skończył dwadzieścia lat, ale miał twarz, która sprawiała, że ludzie zamierali i nie potrafili oderwać wzroku – ładną, odznaczającą się subtelną dystynkcją widoczną w krągłości pełnych ust i jasnych kędziorach. Nie uraczył Kasiry ani jednym spojrzeniem, natomiast kobieta uporczywie jej się przyglądała.

Coś było bardzo nie tak.

Nieznajoma stanęła przed Kasirą. Długie spodnie włożyła w białe skórzane buty, a na kurcie miała wyszyty herb Kalthos – skrzyżowane złote miecze. Z szerokimi ramionami i dwoma rzędami guzików na przedzie wyglądała jak dowódczyni wojskowa, ale najprawdopodobniej była arystokratką.

– Ani drgnij – rozkazała chropawym głosem. – Tylko naruszysz swoje rany, a i tak nie zdołasz uciec.

Dopiero wtedy Kasira zauważyła na swoim lewym nadgarstku kajdany przypięte łańcuchem do kołka w ziemi. Ktoś opatrzył jej plecy. Czuła bandaże owinięte wokół żeber i maść uśmierzającą ból na skórze.

– Co to ma znaczyć? – zapytała.

Kobieta zmierzyła ją badawczym spojrzeniem.

– Rzeczywiście, fizyczne podobieństwo jest niezaprzeczalne. Czarne włosy, zielone oczy, nawet kształt twarzy, choć ona jest wyższa i bardziej umięśniona. Mimo wszystko myślę, że to wystarczy.

Paratal Helvarin machnął dłonią.

– Znałaś Eirlanę lepiej niż ja. – Jego głos był równie aksamitny co rysy, nakazywał ludziom przybliżyć się i słuchać uważnie.

Kapitan Dessen prychnął szyderczo.

– Nie będzie z niej pożytku, pani ambasador. Należy wrzucić ją z powrotem tam, gdzie ją znaleźliśmy, nim… – urwał, sycząc, gdy medyk zaczął szyć ranę.

Ambasadorka mruknęła w zamyśleniu i cofnęła się do stołu po plik dokumentów. Przysunęła sobie krzesło i ustawiła je przed Kasirą, po czym usiadła na jego krańcu i starannie ułożyła jedną nogę na drugiej, balansując stosikiem na kolanie.

– Nazywasz się Kasira Vitalis? – spytała, patrząc na pierwszą kartkę.

– O co tu chodzi?

Ambasadorka przeszła do następnej strony.

– Jesteś oszustką i brałaś udział w kilku dużych przekrętach, w których wcielałaś się w rolę arystokratek i urzędniczek państwowych. Między innymi zinfiltrowałaś Bank Królewski, pomogłaś w ucieczce skazanego Credence’a Garvela w noc jego niedoszłej egzekucji i doprowadziłaś do wydania fałszywego zaświadczenia, wskutek czego doszło do zniknięcia całej dostawy rudy vyloru_._ Zgadza się?

Kasira miała wrażenie, że to wszystko wydarzyło się w innym życiu, choć była to prawda. Wyjawiła swoje przewiny, gdy zeznawała przeciwko Thane’owi w zamian za wolność. Mimo to nie rozpoznawała siebie w opowieści ambasadorki.

– Zdaje się, że zna pani odpowiedź – odparła. – Czego chcecie?

Kobieta zwróciła na nią spojrzenie chłodnych błękitnych oczu.

– Pytania zadaję tutaj ja. Ty odpowiadasz. Czy uczestniczyłaś w tych przekrętach?

Kasira zacisnęła zęby, po czym wycedziła:

– Tak.

– Zostałaś skazana na dwadzieścia lat odosobnienia, ale po upływie trzech obiecałaś dostarczyć informacje obciążające Thane’a Ryarcha w zamian za możliwość przystąpienia do programu pracy dla skazańców. Ze względu na twoją przeszłość uznano, że tylko oddział Malikinar zdoła nad tobą zapanować. Od tamtej pory z godnym podziwu oddaniem służysz koronie już cztery lata. Dzięki swoim umiejętnościom posługiwania się bronią jako członkini pierwszego oddziału cieszysz się nawet pewnymi przywilejami. Zgadza się?

– Tak.

– Nazywam się Vera Helsen i jestem ambasadorką dworu jego wysokości.

Kasira wzdrygnęła się na dźwięk jej nazwiska. Helsenowie byli starym arystokratycznym rodem, który zyskał na znaczeniu, kiedy wżeniła się w niego siostra ostatniego króla. Byli zaciekłymi rywalami Yadorów, czyli ostatniego z dawnych królewskich rodów, w walce o wpływy polityczne.

Ta kobieta nie była jedynie kalijską ambasadorką przy Bibliotece, była kuzynką króla.

Gdy Kasira łączyła kropki, Vera się uśmiechnęła.

– Przybyłam tu, by złożyć ci nową propozycję…

– Co takiego? – przerwał jej Dessen. – Bandytka właśnie dźgnęła starszego oficera. Jedyna propozycja, jaką można jej zaoferować, to wybór między mieczem a sznurem.

Ambasadorka westchnęła cicho.

– Kapitanie, pańska obecność tutaj wynika wyłącznie z faktu, że namiot, w którym przebywamy, należy do pana, nie zaś z tego, że pragnę pańskiej opinii. Proszę więcej nie przerywać.

Kasira ostrożnie przyjrzała się ambasadorce. Ubranie miała starannie wyprasowane, a białe buty – czyste mimo bez wątpienia kilku dni spędzonych w podróży. Nie próbowała ukryć szarych pasm, którymi był poprzetykany jej warkocz, i roztaczała niebezpieczną aurę, przywodzącą na myśl ostrze, które może opaść w każdym momencie.

Niezależnie od tego, co zamierzała jej zaoferować, Kasira spodziewała się, że tak naprawdę nie będzie miała wyboru.

– Powiedz, czego chcesz.

Ambasadorka uśmiechnęła się nieznacznie.

– Chcę, abyś została nową Asystentką Bibliotekarza Amorlin.

Kasira uznała, że się przesłyszała. Zapewne utrata sporej ilości krwi i ból namieszały jej w głowie, bo zdawało jej się, że…

– Co?

Urzędniczka odchyliła się na krześle.

– Prawo mówi, że Asystent musi zostać wybrany nie później niż rok po objęciu urzędu przez nowego Bibliotekarza, a to oznacza, że obecny Bibliotekarz musi zaakceptować kalijskiego Asystenta przed końcem tygodnia. Jako ambasadorce naszego kraju przy Bibliotece to mnie przypada wybór kandydata. Chcę wysłać ciebie.

– Po co?

Minęło blisko dwieście lat, odkąd funkcję Asystenta pełnił mieszkaniec Kalthos, ale Biblioteka znajdowała się na neutralnym terytorium, więc stanowisko Bibliotekarza obejmowały kolejno osoby z wszystkich sześciu królestw. Tyle tylko, że ostatnim razem, kiedy wybrano kalijskiego kandydata, haidranizm był ledwie szeptem na wietrze, a nie potężną religią, która przesiąkła w struktury królewskiego dworu. Kasira w zasadzie spodziewała się, że kiedy nadejdzie pora, korona odrzuci nominację, nie chcąc wspierać przetrwania stworzeń, które sama systematycznie tępi.

– Nasz informator podejrzewa, że dzieje się tam coś niedobrego – odpowiedziała Vera. – Allaster staje się coraz bardziej wycofany, jego czas i uwagę zajmuje coś, czym nie dzieli się ze swoimi magami. Chcę, abyś wkupiła się w łaski Bibliotekarza, odkryła, o co chodzi, i pomogła nam ułożyć plan odsunięcia Allastera St. Archera od władzy. Następnie zajmiesz jego miejsce na czele Biblioteki do momentu, w którym zdołamy przejąć nad nią kontrolę. Wtedy zwolnimy cię ze służby.

Kasira kilkukrotnie przeanalizowała słowa ambasadorki i nadal nie potrafiła wyłuskać z nich ani krztyny sensu. Biblioteki Amorlin nie można było przejąć. To niezależna od wszystkich sześciu królestw instytucja, bastion neutralności polityki międzynarodowej, nadzorujący bestie i wykorzystanie magii.

Nie można jej przejąć.

– Nie rozumiem – stwierdziła. – Na co wam Biblioteka?

Ambasadorka odpowiedziała z nagłym zapałem:

– Pora zwrócić wzrok poza granice Kalthos, dokąd nie dotarło jeszcze światło Haidry. Dzięki zasobom Biblioteki poniesiemy posłanie bogini do pozostałych królestw i na dobre rozprawimy się z bestiami.

Dopiero wtedy uwolnią się od zła i bólu. Dopiero wtedy Haidra powróci, aby okazać ludziom Ostateczne Przebaczenie i wskrzesić wiernych, by żyli w wiecznym pokoju. Kasira znała doktrynę kościoła, wiedziała też, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazła. Odnosiła niepokojące wrażenie, że balansuje nad przepaścią i może jedynie wybrać, w jaki sposób chciałaby runąć w dół.

Vera spojrzała jej w oczy.

– Ty nie wierzysz.

Kasira miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Nawet jeśli kiedyś poszukiwała światła Haidry, niewiele zostało z tej wiary. Po wszystkim, przez co przeszła z rąk sług bogini, nie mogło być inaczej. W ich świętych progach nie było miejsca dla dziewcząt, które mówiły o bestiach.

– A ty, pani?

Spojrzała na Paratala, który dłubał w resztkach jedzenia, nie zwracając choćby najmniejszej uwagi na ich rozmowę. Dessen natomiast obserwował je z żywym zainteresowaniem.

– Rozumiem, że dla kościoła byłoby to ważne zwycięstwo, a co za tym idzie – również dla sojuszników Paratala.

Vera pochyliła się do przodu, a jej uśmiech ociekał jadem.

– Musisz zrozumieć jedno, dziewczyno: jeśli jeszcze raz zakwestionujesz moją wiarę, zademonstruję ci jej siłę ostrzem.

A zatem to nie była czysta polityka. O nie, ambasadorka była dużo niebezpieczniejsza niż pierwszy lepszy polityk.

Kierowała się prawdziwą wiarą.

Kasira odpowiedziała równie zjadliwą miną.

– Nie.

– Słucham? – Vera otworzyła szeroko oczy.

– Powiedziałam: nie.

Nie chodziło wyłącznie o to, że Kasira nie chciała przykładać ręki do upadku Biblioteki, ani o to, że na samą myśl, że ta miałaby wpaść w łapy Kalthos, coś w niej pękło, choć nie powinno tam być już nic, co mogłoby pęknąć. Była pewna, że gdyby coś poszło nie tak, cała odpowiedzialność spadnie na nią i tylko na nią. Plan zakładał, że nikt się o niczym nie dowie. Wysłannicy przybyli nocą, by dobić targu pod osłoną mroku – przykrywką były oficjalne wizytacje kościoła wśród batalionów Malików – a na dodatek wybrali przestępczynię, której w razie potrzeby można się pozbyć.

Kasira nie miała zamiaru ginąć w wojnie tej kobiety.

Vera ściągnęła twarz.

– Nie jestem pewna, czy rozumiesz swoją sytuację. Jeśli odmówisz, dotychczasowe ustalenia przestaną obowiązywać. Próbowałaś zamordować przełożonego. Wrócisz do celi w Belvar, gdzie nie tylko odsiedzisz wyrok, lecz także dokonasz żywota. W pozbawionym okien pudle. – Ton ambasadorki złagodniał. – Ale możesz też zrealizować intrygę tysiąclecia. Pomyśl tylko, usuniesz z Biblioteki Allastera St. Archera. Przyznaj, że brzmi to lepiej niż zamknięcie w pomieszczeniu, w którym nie można nawet w pełni się wyprostować.

Iluzja wyboru – ulubiona sztuczka oszustów. Prezentujesz ofierze opcje, choć od samego początku wiesz, co wybierze, ponieważ tak naprawdę wcale nie ma wyboru. Kasira ścierpiałaby jeszcze sześć lat służby, nawet pod Dessenem. Śmierć również przyjęłaby z ochotą.

Ale nie zamierzała… nie mogła wrócić do Belvar.

Vera to wiedziała.

Paratal odrzucił z brzękiem widelec na stół i odchylił się na krześle.

– Vero, to naprawdę nasza najlepsza opcja? Zaczynam wątpić, czy ta dziewczyna w ogóle poradziłaby sobie z tym zadaniem. Bestie, które składamy w ofierze, wykazują więcej woli walki. Kogo miałaby nabrać?

Ambasadorka przechyliła głowę, jakby oczekiwała, że Kasira będzie się bronić. Ludzie są przekonani, że wszyscy oszuści to przebiegli, charyzmatyczni szarlatani – efekciarze, którzy grają z taką swadą, że nie sposób ustrzec się przed ich manipulacjami. Taki był Thane i to uwielbiał, ale ona i Loraya wybierały subtelność. Choć Kasira zawsze ryzykowała bardziej niż jej partnerka, po prostu lubiła życie na krawędzi.

Ostatecznie to zabiło Lorayę.

Vera przyjrzała jej się uważnie.

– Przed chwilą zagroziłam jej tym, czego boi się najbardziej, a ona nawet nie mrugnęła. Właśnie kogoś takiego chcemy. – Pochyliła się do przodu, by ustawić twarz na wysokości twarzy Kasiry. – Pytanie brzmi: Kasiro Vitalis, czego ty chcesz?

Te słowa dziwnie ją uderzyły. Czego chce? Minęło wiele lat, odkąd ostatni raz pozwoliła sobie zadać to pytanie, odkąd czuła się na tyle bezpiecznie, by chcieć czegokolwiek. Większość życia walczyła o przetrwanie, każdy dokonany wybór miał przybliżyć ją do realizacji właśnie tego celu, do spełnienia tej obietnicy.

Trzy lata spędziła w ciemnej celi, gdzie słowa „światło” i „życie” powoli traciły znaczenie. Początkowo uciekała się do śpiewu, ale w końcu nie mogła już znieść własnego głosu. Wtedy postawiła na opowieści. Zgromadziła ich sporo podczas życia na ulicy, zapamiętała wszystkie i otuliła się nimi niczym grubym płaszczem w mroźną noc.

Z czasem jednak znajoma otucha, którą oferowały, stała się monotonna i ckliwa, zamieniła się w kolejny ciężar i w końcu tylko wspomnienia chatki utrzymywały ją przy zdrowych zmysłach. Stworzyła sobie nową rzeczywistość, którą zbudowała we własnej głowie, potrafiła znaleźć się tam w ułamku sekundy, zapominając o bezruchu i ciszy. Ostatecznie nie miała już nic innego.

Kiedy przyszli do niej po informacje obciążające Thane’a Ryarcha, chętnie wyśpiewała im wszystko w zamian za wolność. Pierwsze kroki z powrotem w świetle dnia były niewyobrażalnie bolesne, jej ciało wynędzniało i ledwie zdołało ją nieść. Świat zdawał się niemożliwie wielki.

Przez kilka pierwszych tygodni w oddziale traktowali ją jak służącą. Albo nawet gorzej. Aż do dnia, kiedy zabiła relina, chude stworzenie przypominające psa, które wpadło do kantyny w poszukiwaniu pożywienia, a trafiło na nią. Po tym zdarzeniu wysłali ją na szkolenie i choć jej ciało powoli wracało do formy, część siebie straciła bezpowrotnie. Część niej została w tamtej celi.

Mimo to uznała, że może tak żyć. Że może spalić stare życie i wyjść z popiołu oczyszczona. Przynajmniej nie umarła. Przynajmniej oddychała świeżym powietrzem. Propozycja Very była jednak niczym zwierciadło, ukazała jej prawdę: to nie było życie…

…tylko przetrwanie.

Pragnienia są niebezpieczne. Dają innym władzę, czynią wrażliwym. Ale przecież Kasira nie spędziła czterech lat w Malikinar, żeby wrócić w mrok. Teraz miała szansę na coś lepszego, mogła spełnić obietnicę, którą złożyły sobie z Lorayą.

Przynajmniej tyle powinna jej dać.

– Chcę odzyskać swoje życie – powiedziała w końcu tonem modlitwy.

– Nie ma sprawy. – Vera uśmiechnęła się drapieżnie.Fot: Alex Hayashi

Kalyn Josephson jest autorką bestsellerów „New York Timesa”, okazjonalną piekarką i założycielką księgarni internetowej The Cove. Mieszka na kalifornijskim wybrzeżu z dwoma czarnymi kotami w domu, który wiecznie potrzebuje napraw. Jest autorką niewydanych jeszcze w Polsce: serii _Ravenfall_, dylogii _The Storm Crow_ oraz dylogii _This Dark Descent_.

_Biblioteka Amorlin_ to jej pierwsza powieść dla dorosłych. Więcej informacji o autorce można znaleźć na jej stronie internetowej: kalynjosephson.com.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij