Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Biblioteka na Cichej - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 sierpnia 2026
2639 pkt
punktów Virtualo

Biblioteka na Cichej - ebook

Opowieść o miłości, bliskości i o tym, że życie może być piękne nawet w listopadzie.

Niełatwo trafić do krakowskiej biblioteki przy ulicy Cichej. Jeśli już ktoś zapląta się w okolicy, zwykle nie zagląda do środka. Odrapane mury, witryna pełna staroci i przysypiająca za ladą pani Waleria. A jednak każdy, kto odważy się przestąpić próg, wyjdzie odmieniony. Nie tylko za sprawą książek…

Julia przyjeżdża do Polski z dwójką małych dzieci i bagażem tajemnic. Nina, niegdyś diwa estrady, teraz planuje zejść ze świata na własnych zasadach. Michał chce przejąć zakład introligatorski po dziadku. Losy tej trójki splatają się w magicznym miejscu ukrytym w sercu Krakowa.

Wejdź do „Biblioteki na Cichej” i zaczytaj się w historii, która rozgrzewa jak jesienna herbata z miodem, imbirem i cytryną.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68817-92-8
Rozmiar pliku: 8,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ulica Cicha

Nikt prawie nie odwiedzał biblioteki na Cichej. Może dlatego że nikt prawie o ulicy Cichej nie wiedział. Schowanej między Kochanowskiego a Batorego, w cieniu parku Szymborskiej. Trochę w cieniu całej tej trójki. Bo jak tu się wybić, gdy obok dwoje wielkich poetów i król?

Zresztą Cicha chciała pozostać cicha. Ceniła sobie spokój w miejskim zgiełku. Cztery kamienice czynszowe, punkt ksero, sklepik kolonialny i drugi, w stylu mydło i powidło, gabinet uzdrowiciela, wreszcie biblioteka. Niewielka i zaniedbana. I całe szczęście.

Bywały dni, gdy nikt tam nie zaglądał. Książki leżały wtedy na półkach, tak jak się leży w łóżku w leniwy niedzielny poranek, bez obaw, że ktoś je zabierze.

Bo kiedy już ktoś jakąś zabrał, musiało zadziać się to, co dzieje się zawsze, gdy odpowiednia historia trafia na odpowiednią duszę. „Klik”, jak mawiała Waleria. Słowo, zdanie, czasem okładka trafiały zbłąkanego przybysza tam, gdzie trzeba, i potem to już jak w kulodromie. Jedna zapadka otwierała kolejną, potem następną i jeszcze jedną… Trybiki maszyny zaczynały przepisywać kod tego, co miało się zdarzyć.

I mogłoby tak być i być bez końca, bo komu to przeszkadzało? Kilka zmienionych żyć w miesiącu to aż nadto dla małej biblioteki w wielkim mieście. Ale zawsze znajdzie się ten jeden ambitny urzędnik.Biblioteka na Cichej

„Rewitalizacja filii numer 59 Biblioteki Miejskiej na ulicy Cichej”. Tak sobie napisał w PowerPoincie i przedstawił plan na zebraniu. „Świetny pomysł, szanowny kolego, zupełnieśmy o niej zapomnieli”. Ochy, achy, klepanie po plecach, pieczątki.

Złożył wniosek, dostał dofinansowanie, urząd zabłysnął jak złoty ząb w ustach Jacka Sparrowa, a z końcem lata na Cichej zrobiło się głośno.

— „Przyjąć nowego pracownika, wyremontować pomieszczenia i aktywizować społeczność”? — Pani Waleria trzeci raz czyta maila z urzędu, bo a nuż gdzieś wyłapie, że to ten cały spam, o którym mówili na szkoleniu. — Po kiego grzyba? — spytała Catherine z okładki stojących na ladzie _Wichrowych Wzgórz_. — I na cholerę ta aktywizacja społeczna? Nie lepiej, jak każdy siedzi w domu? Sam się aktywuje, jak ma ochotę, a jak nie, to nie?

Płakała, modliła się do Wawrzyńca, patrona bibliotekarzy, dzwoniła nawet pod wskazany w mailu numer, choć kosztowało ją to skręt kiszek i niestrawność. Nic to. Z końcem sierpnia filia numer 59 została od środka odmalowana. Zaraz później pojawił się nowy pracownik — Michał.

No właśnie. Michał.

Młody. Narwany. Na pół etatu. Nie z tej ziemi. On książki do systemu wprowadzać będzie. On je, o zgrozo, poukłada. Jakby nie wiedział, że burzy porządek całego uniwersum.

— Czy to jest kara za niesegregowanie śmieci? Albo… za mój, malutki, mniejszy niż naparstek, nikomu niewadzący sekrecik? — pytała pani Waleria świętego Wawrzyńca i wszystkich świętych. A ci, jak na złość, ni hu-hu, zamilkli.

A już to, co wydarzyło się na początku września, to było o jeden most za daleko. Walerka chciała nawet urlop zdrowotny wziąć. Tylko gdzie ona odpocznie bardziej niż w bibliotece? Chyba nie u matki. Bo matki mają to do siebie, że odpocząć nie dają, jakby się bały, że kiedy dziecko (nawet dorosłe) raz usiądzie, to już przenigdy nie wstanie.

Dlatego została. Wpadła. Jak śliwka w kompot.Pomosty

— A któż tu przyjdzie, proszę pana, jak nikt tu nigdy nie przychodzi? — pytała, tym razem osobiście, Waleria urzędnika, który odwiedził bibliotekę po remoncie, żeby przekazać wieści. Tragiczne wieści.

— Seniorzy. To świetna okazja, by wyszli z domu.

— Ależ oni wychodzą i bez tego. Niechże pan zobaczy. Wystarczy, że chleb im się skończy, albo leki na cukrzycę, i wychodzą. Jak mają nogi, to wychodzą przecież.

— Nie chodzi o wyjście z konieczności. Chodzi o poczucie wspólnoty. Bycie potrzebnym. Aktywizację społeczną.

A ten znowu o tej aktywizacji. Aktywista jeden. „Społeczność to nie jest przecież ekspres do kawy, że się ją naciska i aktywuje”. Tak mu chciała powiedzieć, ale ten dalej bredził i do głosu dojść nie dał.

— Podobna akcja w Norwegii przyniosła wspaniałe rezultaty. Badania pokazały…

— Tu jest Polska, proszę pana. — Waleria się wzdrygnęła. Zabrzmiała jak skrajna nacjonalistka, a co to, to nie, Boże uchowaj. Ale kontynuowała, no jakoś przekonać go musi: — Nasi emeryci, proszę pana, wychowali się w PRL-u. Nie chcą się czuć potrzebni. Chcą mieć święty spokój, żeby nikt się ich nie czepiał, nie podsłuchiwał, nie przesłuchiwał, i zapas jedzenia w spiżarni chcą mieć. Wiem, co mówię, do emerytury zostały mi trzy lata.

— Zobaczy pani, pani Walkirio.

— Walerio…

— Obcokrajowcy poznają nasz język i kulturę, a seniorzy przestaną narzekać na samotność. Piękna symbioza.

— Ależ kto tu na samotność narzeka? Słyszy pan kogoś? Bo ja nikogo. Samotność to jest, proszę pana, przecież stan cudowny, bo można wtedy jeść i czytać i nikt nam nie przeszkadza. To tak, jakby pan narzekał na nowy samochód. „O, zmiłuj się, dobry Jezu! To życie, gdy się zasuwa po mieście Porsche, takie ciężkie”, no sam pan słyszy, że to bez sensu jest.

— Tu chodzi o przewlekłą samotność. Seniorzy tygodniami nie mają się do kogo odezwać, z kim podzielić troskami, do kogo uśmiechnąć. Cierpią przez to na depresję, zapadają na demencję, to są poważne sprawy, dlatego podejmujemy działania prewencyjne, pani Wa… wa… lencjo?

— Walerio. — Waleria poczuła, jak spada jej cukier przez to wszystko. — Przestaną może i narzekać na samotność, a zaczną na stawy biodrowe. Albo grypsko przywleką do domu. No sam niech pan powie, co gorsze. Ludzi w sezonie infekcyjnym z domów wyciągać i do biblioteki zaganiać? Co oni tu będą robić z tymi obcokrajowcami? Puzzle układać? Jeśli w ogóle ktoś przyjdzie, bo jak znam życie…

— A i pani udzieli się nutka optymizmu. Tchniemy w to miejsce ducha. Nazwiemy to… program „Pomosty”. Genialne, prawda? Sam to teraz wymyśliłem. To będzie sztos wizerunkowy i komunikacyjny.

— I to jest właśnie ten jeden most za daleko.

— Słucham?

— Nic, nic.

— Dziesiątego września filia pięćdziesiąt dziewięć zapoczątkuje nowy trend. Będą o mnie, to znaczy o nas, pisać gazety, portale, media społecznościowe. Sytuacja win-win. Rozumie pani?

— Win-win. Jasne. — Waleria zrobiła _Polish smile_, bo ona też była z pokolenia fanów świętego spokoju. I nie wierzyła urzędnikom. Chciała się nawet zbuntować, ale się bała, że ten mądrala wie coś o jej niesegregowanych śmieciach albo o, nie daj Bóg, innych rzeczach. Małych rzeczach, jak naparstek małych. Jeszcze ją zwolni z pracy i zatrudni drugiego takiego Michała, co to chce książki w komputerze więzić. Nie mogła im tego zrobić.

Pożegnała cierpiącego na ambicję, zaparzyła dziurawiec i korzystając z błogiej samotności, usiadła między regałami, na dziale science fiction, bo to wydało jej się teraz adekwatne.

— Win-win — mruknęła do moli ucztujących na pozycji _Zjawiska paranormalne_. Wyjęła z kieszeni stare Prince Polo, takie z białym nalotem, i zjadła, popijając dziurawcem. Pod skórą czuła, że zbliża się nawałnica.Nawałnica

Skoro już o nawałnicy mowa, najwyższy czas przenieść się z centrum na obwodnicę miasta.

_Tydzień później. Dziesiąty września_

Scena wyjęta z obrazu Tamary Łempickiej _Autoportret w zielonym Bugatti_. Trasa Kraków – Warszawa. Tuż przed świtem. Zamiast Bugatti — Alfa Romeo Spider. Pędziło pustą drogą ekspresową S7. Za kierownicą ona — Nawałnica. To znaczy Nina Świerczyńska. Ta Nina Świerczyńska. Omotana jedwabnym szalem, w rękawiczkach z jagnięcej skóry, z czerwoną szminką na ustach, siwymi włosami tańczącymi na wietrze.

Zmieniła pas. Silnik trzymała na wysokich obrotach. Odgarnęła kosmyki z czoła i skierowała się prosto na barierki. Grała ostatnią rolę w życiowym spektaklu. Sama się w niej obsadziła, sama ucharakteryzowała i sama napisała scenariusz.

I wszystko byłoby tak, jak sobie wymyśliła, gdyby nie silnik. Dwulitrowy, czterocylindrowy, w teorii, jasna mać, niezawodny.

W połowie drogi do barierek zaczął się dławić. Samochód zarzęził jak gruźlik w sanatorium. Opony porysowały asfalt. Zredukowała bieg, na moment wrzuciła luz, wbiła dwójkę, puściła sprzęgło i delikatnie zaczęła dodawać gazu, pulsacyjnie, tak jak to lubił.

— Dalej, jeszcze trochę. — Poprawiła szalik i ścisnęła mocniej kierownicę, jakby to miało w czymś pomóc.

Spod maski buchnął popielaty dym. Ni cholery nie było widać drogi przed nią, i co ważniejsze, nie było widać barierki.

— Nożeż kur. Trzydzieści pięć lat bez jednej usterki i postanawiasz zepsuć się akurat teraz? Brutusie? Dawaj, do cholery!

Ale auto było równie uparte, jak jego właścicielka.

Przejechało jaszcze z dwadzieścia metrów, potoczyło się w bok i rozkraczyło w poprzek pobocza. Ktoś zatrąbił. Czerwony Mini Cooper minął ją prawym pasem. Nina pokazała kierowcy środkowy palec. W rękawiczce.

Uchyliła okno. Popielaty dym wpadał do środka auta, aż zaczęła się krztusić.

— Jakież to włoskie. Oczarować, rozkochać i porzucić w najgorszym momencie. — Przeklęła pod nosem i wysiadła. Odeszła za barierkę, żeby pomyśleć. Coś zrobić musiała, miała przecież plan. I wtedy Alfa stanęła w płomieniach.

Trzy godziny później Świerczyńska była już w swoim mieszkaniu na Cichej. Brudna. Spocona. I głodna.

Po drodze minęła tę sąsiadkę, której miała nadzieję już nigdy nie oglądać.

— Dzień dobry — powiedziała tamta, wlekąc za sobą opasłego jamnika. Brzuchem froterował podłogę.

Świerczyńska nie odpowiedziała. Brzydziła się kłamstwem, nie mogła więc odpowiedzieć „dzień dobry”, a „dzień do dupy” mogłoby nazbyt zszokować tę od jamnika. Wystraszyłaby się, spadła ze schodów i umarła pierwsza. Dlatego Nina minęła ją bez słowa i weszła do siebie.

— Takie porządne auto. Takie solidne — powtarzała, zdejmując buty. — Trzydzieści pięć lat razem. Święci pańscy. Trzydzieści pięć. — Weszła w głąb mieszkania ledwo żywa. Niestety.

Poprawiła jedwabny obrus, którym przykryła pianino. Chciała paść na kanapę, ale zdążyła obłożyć ją folią malarską i kartonem. Przez chwilę przyglądała się więc jasnym śladom po obrazach na ścianie, pustym regałom i plikom dokumentów ułożonym w stosik na okrągłym stole.

— Czas na plan B — zarządziła. W końcu to ona pisała scenariusz.Plan B

Świerczyńska wzięła krótki prysznic w zimnej wodzie. Nie będzie przyszłym najemcom rachunków nabijać. Otuliła się ręcznikiem, stopy wytarła, żeby śladów na parkiecie nie zostawić, i odświeżyła kostium. Pogniótł się, jasna mać, i plamę miał od sadzy przy kołnierzu.

Chanel suit, rocznik siedemdziesiąty piąty. Już dawno wybrała go na strój do trumny. Wełna czesankowa, tweed, pepitka, odcień czekoladowy, na jedwabnej podszewce, z lamówką. Mogła znaleźć w szafie coś made in Poland. Z Telimeny albo od Baśki Hoff. Pewnie, że mogła. Choćby tę welurową suknię bordo, z poduszkami na ramionach, z Hofflandu. Odszytą tak, jak Francuzki nie potrafią. Albo zestaw z czarnej tafty, od Antkowiaka. Wypisz wymaluj trumienny. Tyle że Chanel suit to był cud. Dojrzałe awokado w koszyczku życia. Nie do zdobycia w poszarzałej Polsce.

A ona go miała. I była to jedyna rzecz, którą zdobyła przez łóżko. Nie żałowała. Romans z marynarzem trwał może tydzień, ale kostium… święci pańscy! Ilekroć miała go na sobie, czuła, że ta kobieta w lustrze i ona to jedność. Że w każdej nitce płynie jej krew, a linie skrojono wedle rezonansu jej ciała. I teraz chciała w tym stroju umrzeć. I basta.

Wystroiła się w niego. Już drugi raz tego dnia. Strząsnęła sadzę z kołnierza. Zeszło na szczęście bez śladu. Włosy rozpuściła i ułożyła znów w kok. Dwie srebrne wsuwki z jednej, dwie z drugiej strony, po jednej od góry i od dołu. Kredowy puder na twarz. Perłowe cienie do powiek od L’Oréal. Już ich nie robią. Trzymała resztki na wyjątkowe okazje. Czarne kreski tłustą kredką nad okiem. Szminka. MAC Ruby Woo. Utrwalacz. Tak, żeby nikt nie musiał po niej poprawiać.

Ułożyła na stoliku cztery pudełka leków nasennych. Zasypała kawę. Trzy kopiaste łyżki, na siekierę. Przepuściła wrzątek przez filtr. Ryflowana szklanka do połowy pełna. Wystarczyło tylko dodać whiskey. Wyjęła kształtną butelkę z szafki pod zlewem. Teeling Small Batch. Siedmioletnia.

— _Maybe this time I’ll be lucky_ — zanuciła ulubiony fragment z musicalu _Cabaret_.

Odetkała korek, powąchała i zaczęła mieszać solidne Irish Coffee.

— Niech żyje Irlandia. — Wzniosła toast, spojrzała w lustro, żeby upewnić się, że dobrze wygląda, i właśnie wtedy go dostrzegła.

Leśmian. Leżał między szafą a regałem, jakby był u siebie.

— Cholerny Leśmian. — Nie zauważyła whiskey rozlewającej się po stole. Wlepiła wzrok w tom wierszy _Łąka_, który jeszcze wiosną przyniosła z biblioteki. Przeczytała, odłożyła, a on zlał się z szarą ścianą. Leśmian kameleon.

Nie mogła go zostawić. No nie mogła.

Nie wierzyła niby w te brednie o duszach błąkających się po świecie przez niepozałatwiane sprawy. Ale pewności nie miała. Nie będzie się potem przez jednego nieoddanego Leśmiana między światami tułać, jasna mać.

Wytarła stół, wzięła łyk kawy, włożyła jesionkę, otuliła się szalem i wyszła do biblioteki.Zjawisko

— No całe szczęście, zapraszamy, zapraszamy. Myślałam już, że nikt nie przyjdzie. — Bibliotekarka, zazwyczaj przysypiająca za ladą flegmatyczka, teraz przywitała Świerczyńską w drzwiach, jakby właśnie na nią czekała.

— Ja tylko… — Nina sięgnęła do kieszeni po Leśmiana. Dopiero wtedy zauważyła, że od jej ostatniej wizyty biblioteka przeszła gruntowny remont. Ściany pokrywała kremowa farba, nowe drewniane regały wypełniały większą salę od strony dziedzińca, a w rogu tej mniejszej stworzono przytulną czytelnię. Znajomy zapach stęchlizny i wilgoci zmieszał się z wonią sklepu meblowego.

— Proszę tutaj, przy pierwszym stoliku. Mamy ciasto, herbatę. — Facet w garniturze, na oko urzędnik, pojawił się nagle jak skurcz w nocy i wciągnął ją w głąb pomieszczenia.

Nim zdążyła się odezwać, zdjął z niej płaszcz, rozsupłał z szyi jedwabny szalik.

— Co mi tu pan? — Odsunęła się.

— Proszę się rozgościć i nie denerwować. Za chwilę pewnie zjawią się kolejni goście.

Z „proszę się nie denerwować” było jak z „nie patrz w dół”. Komenda działała na opak.

— Szczerze mówiąc, spieszę się. — Nina spróbowała zawrócić. Poszukała wzrokiem bibliotekarki, płaszcza i szalika. — Oddam Leśmiana, zapłacę karę i wychodzę — powiedziała i zorientowała się, że nikt nie słucha.

W zazwyczaj pustych wnętrzach fili numer 59 nagle zaroiło się od ludzi. Przy wejściu stała ekipa telewizyjna. Przed kamerą prężył się ten w garniaku, na oko urzędnik. Deklamował okrągłe rzeczowniki, takie jak „inicjatywa”, „rewitalizacja”, „aktywacja” i „integracja”.

Bibliotekarka stała teraz w kącie sali z książkami i kiedy nikt nie patrzył (albo wydawało jej się, że nikt), podgryzała czekoladowy baton.

Za ladą uśmiechał się młokos wyjęty z innej scenografii. Wcześniej go tu nie widziała. Bluza z napisem „Stanford University”. Włosy, jakby ledwie co z łóżka wstał. Spojrzenie nieskażone udręką egzystencji. Ot, młody DiCaprio, z elementami Jamesa Deana.

— Halo… — Świerczyńska spróbowała złapać z nim kontakt wzrokowy, ale on patrzył w drugą stronę. Nie. Nie patrzył. Gapił się jak sroka w gnat w zjawisko, które właśnie stanęło w progu biblioteki.

Zjawisko miało na sobie szary sweter z długaśnymi rękawami. Legginsy. Na nosie okulary w okrągłych oprawkach, za nimi przerażone oczy, jak u sowy, co to ją ktoś budzi w środku dnia. Włosy splecione na szybko we francuza. Krótkie kosmyki rozmierzwione przy czole i skroniach. Z jego prawej strony przebierały nogami dwie małe istoty. Ten w garniaku natychmiast zaprosił całą trójkę do środka. Kamera na nich.

— Oho. I proszę. Widzą państwo. To działa. Oto jedna z uczestniczek tej wspaniałej inicjatywy. — Dziennikarka podstawiła zjawisku mikrofon pod nos. — Czy może się pani przedstawić?

— Hmmm? — Zjawisko rozciągnęło usta w uśmiech. Taki, co to od razu wypełnia całe pomieszczenie jak konfitura pączka.

— Imię? _What’s your name?_

— Aaa, Julia.

Młokos wyszedł zza lady. Przywitał się z tą w okularach. Dzieci poczęstował ciastem. Jakby to była jego biblioteka, jasna mać, a nie publiczna. „Witajcie w moich włościach, piękni nieznajomi”. Tak się zachowywał, cwaniaczek.

Bibliotekarka wytarła czekoladowe usta, przestała udawać regał, ruszyła w ich stronę, nagle oświecona, że to jej kolej.

— Proszę, o tutaj, do stolika. — Odsunęła krzesło naprzeciw Świerczyńskiej. „Aaa, Julia” zerknęła na dzieci. Znów się uśmiechnęła, aż Ninę zemdliło. Podeszła w jej stronę.

— I tak to wygląda, proszę państwa. Biblioteka na Cichej jako pierwsza wdrożyła program „Pomosty”, łączący seniorów z osobami, które chcą się nauczyć języka polskiego i dowiedzieć się więcej o naszej kulturze. Spotkania odbywają się raz w tygodniu, pierwsza tura potrwa do trzydziestego listopada.

— Proszę powiedzieć, co skłoniło pana do rozpoczęcia tego projektu? — spytała dziennikarka. Niezłą miała dykcję jak na młódkę.

Garniak deklamował dalej. Tymczasem okularnica usiadła naprzeciw Niny. Dzieci jadły ciasto. Mlaskały przy tym tak, że bolały uszy. Młokos zaprosił je do kącika z książkami i pluszakami. Patrzcie go, jaki uczynny.

Bibliotekarka, znowu schowana za regałami, rozganiała rumieńce starym „Przekrojem”. Kamera na Ninę i Julię.

— Zaszła jakaś pomyłka — powtórzyła po raz trzeci Świerczyńska.

— Po-mył-ka. — Julia otworzyła notes w lnianej oprawie i zapisała. — Dobrze?

— Chryste Panie… czeski film.

— Cieski? — Okularnica zamrugała. — Po czesku to ja nic. Ale po polsku, ja dużo rozumie, babcia moja była Polka. Polką była. Kochana babcia babunia. I mama dużo mówiła. I ja rozumie, tylko pisanie słabe, bo u nas inne literki, pani patrzy. — Julia zaprezentowała kartkę z zeszytu zapisaną pokraczną mieszanką cyrylicy i polskiego.

— Tego już za wiele, jasna mać. — Nina wstała. Rozejrzała się za swoją jesionką. I wyjściem ewakuacyjnym. I Markiem Koterskim, który wyskoczy z operatorki i krzyknie „cięcie!”, bo wszystko wskazywało na to, że kręcili tu kontynuację _Dnia Świra_.

Naraz od dźwięków, zapachów i ludzi zakręciło jej się w głowie. Padła na krzesło. Zorientowała się, że ostatnie, co trafiło do jej żołądka, to łyk kawy z whiskey, a wcześniej wczorajsza kolacja: stek z ziemniakami i resztka wiśniówki.

— Czy u pani dobrze? — spytała Julia, zmiękczając „cz” i „rz”. — Bo pani blada jak ściana. Tak się mówi, tak? Blada? Jak ściana?

Wywiadu dziennikarce udzielała teraz bibliotekarka. Z nerwów wyrywała kolejne guziki ze swetra. Urzędnik układał się do selfie na tle Niny i Julii. Ten młody, co tu nie pasował, patrzył to na dzieci wygłupiające się w kąciku czytelniczym, to na Julię.

— Halo, czy dobrze pani? Pani dobrze? Wody?

Nina próbowała zrozumieć dziwaczne przedstawienie, które oglądała. Żeby tylko oglądała! Grała w nim, choć nawet nie była na castingu, nie zabiegała o angaż, Leśmiana oddać chciała, odwrócić się i wyjść.

— Co pani czuje jako samotna seniorka, która wreszcie może z kimś porozmawiać? — Dziennikarka podetknęła jej mikrofon pod nos. Kamerzysta wycelował w nią ślepie kamery.

„Życie jest teatrem, aktorami ludzie”, przemknęło jej przez głowę, jakby jej to szepnął sufler znudzony.

I wtedy zrozumiała. Kiwnęła głową. Niby do okularnicy, na potwierdzenie, że jest okej. Niby do kamery. Niby suflerowi, że pojmuje. Święci pańscy. Im szybciej wejdzie w rolę łaknącej towarzystwa seniorki, tym szybciej stąd wyjdzie i wróci do własnego scenariusza.

— Czuję, że przystawiła mi pani mikrofon do twarzy bez ostrzeżenia — mruknęła.

Kamerzysta odwrócił się w stronę regałów i zrobił zbliżenie na książki. Prezenterka za nim. Zostały same przy stoliku. Ona i okularnica.

— Babcia była z Podlasia? — spytała uswetrzonej uczennicy. Na oko ledwo po dwudziestce.

— Z Sokółki.

— Czyli z Podlasia. Dlatego rozumie, a nie rozumiem. — Nina zabrała zeszyt, taki jak dawniej, szyty na grzbiecie na okrętkę, wzmocniony gazą. Skąd, u licha, taki miała i po cóż marnowała go na koślawe, pełne błędów zdania?

— Rozumie, a nie rozumie? Nic nie rozumie…

— No właśnie. Zjadasz „m”. Bo babcia była z Podlasia. Tamtejsza gwara połyka końcówki. Do tego zmienia „o” w „u” i „h” w „g” i zmiękcza głoski.

Nina przypomniała sobie miesiące ćwiczeń z mówienia polsko-ukraińsko-białoruskim narzeczem do roli Luby w _Krwawych koralach_.

— Dalej nie rozumie.

Świerczyńska poczuła, jak pali ją w przełyku. Geriatra mówił, że to refluks, ona jednak była pewna, że to wszystkie niewypowiedziane przekleństwa.

— Dlaczego to auto musiało się zepsuć akurat dziś? — mruknęła.

— Auto? Ma pani auto? Ja też i też popsute! — Julia rozpromieniła się jak Las Vegas po zmierzchu.

— Już nie mam. Spłonęło nad ranem.

— Spłonęło?

— Zapaliło się.

— No a moje zapalić nie chce. I w tym cały problem. Ja próbowała i próbowała i nic.

— Próbowałam!

— Pani też próbowała?

— Nie. Chodzi o to, że tam na końcu jest „m”. Em. Rozumiem. Próbowałam. Zidiociałam…

— Rozumie…

Absurd. Czysty Monty Python.

Nina spojrzała na wychodzącą z biblioteki ekipę TVP Kraków i garniaka żegnającego się z bibliotekarką w swetrze bez guzików. Droga wolna.

— Dobrze. Na mnie już czas. Do widzenia — burknęła, jakby sama dykcji nie miała.

Julia przygryzała końcówkę długopisu. Wyglądała teraz jak cała z włóczki wydziergana. Przez kogoś, kto uczy się dopiero, pętelkuje i myli ściegi.

— Rozumie. Do zobaczenia za tydzień. Ja bardzo dziękuję pani. Ja uczę się szybko. Szybko wchodzi mi do hłowy. Będzie dobrze.

Nic nie rozumiała. Zginie w tym mieście w tydzień. Ona i te dzieci.Łup

Nina zdążyła potknąć się na krawężniku, minąć punkt ksero i zakląć, żeby się pozbyć refluksu. I wtedy lunęło. Bez zapowiedzi, bez poprzedzającej ulewę mżawki i nisko latających jaskółek. Od razu łup. Ściana deszczu.

— Jeszcze mi zacieków na jedwabnym szalu brakowało, jasna mać. — Przeskoczyła nad kałużą, sama zdziwiona tym, jak łatwo jej to przyszło mimo haluksów. Widać mięśnie ciągle pamiętały musicalowe choreografie.

Przeszła na drugą stronę drogi. Odruchowo spojrzała na witrynę sklepu z mydłem i powidłem. Co jakiś czas pojawiały się tam nowe, dziwne przedmioty, w sam raz do kolejnego filmu Stanleya Kubricka, świeć Panie nad jego cudaczną duszą. Aż szkoda było przegapić. Tym bardziej że to ostatni raz, gdy tędy idzie.

— Przepraszam. — Ktoś poklepał ją po ramieniu. — Czy to pani…

Oderwała się od podziwiania porcelanowej zastawy dla lalek i nabojów śrutowych do wiatrówki.

— Tak, tak, to ja. Małgorzata z _Zakrystii_, Józka z _Pokrętnych losów więźniarek_, Luba z _Krwawych korali_ i Anna z _Romansu z nieznajomym_. Zdjęcie czy autograf? — Starała się ukryć zdziwienie. Ostatnio rzadko kto ją rozpoznawał. A raczej tamtą Ninę w tej Ninie.

— Yyyy, chciałem tylko spytać, czy to pani… wypadły chusteczki higieniczne. Leżały na chodniku. — Nastolatek zamachał jej przed nosem foliową paczką.

Właśnie tego Nina chciała uniknąć. Uczucia, że nie jest już sobą. I stawiania pasjansa z innymi pomarszczonymi pensjonariuszkami w Skolimowie, podczas gdy jakaś siksa pielęgniarka zaserwuje jej papkę brokułową, bez choćby szczypty pieprzu. Dlatego planowała ten dzień od miesięcy, tak jak się planuje spektakl. I zupełnie jak w teatrze, od rana, jak krew z nosa.

Zmierzyła gówniarza, który jej nie poznał, od adidasów po pryszcza na nosie, burknęła coś o straconym pokoleniu i przesiąknięta deszczem do najmniejszego mitochondrium w ciele ruszyła pod kamienicę, jakby zapomniała, że zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli coś może pójść źle, pójdzie źle. Albo jeszcze gorzej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij