Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Biblja a gwiazdy: sto pytań, stawionych biblistom, oraz sto odpowiedzi, dla ludzi, umiejących myśleć własną głową - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Biblja a gwiazdy: sto pytań, stawionych biblistom, oraz sto odpowiedzi, dla ludzi, umiejących myśleć własną głową - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 310 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZED­MO­WA

Bi­bl­ja jako po­mnik pi­śmien­nic­twa sa­kral­ne­go była do­tąd i jest wciąż jesz­cze pod wzglę­dem swej sza­ty li­te­rac­kiej księ­gą za­mknię­tą na siedm pie­czę­ci dla uczo­nych współ­cze­snych, a przedew­szyst­kiem dla teo­lo­gów, hu­ma­ni­stów, hi­sto­ry­ków i fi­lo­zo­fów.

Je­że­li pod wzglę­dem eg­ze­ge­zy re­li­gij­nej i etycz­nej sza­now­ni spe­cja­li­ści speł­ni­li na­ogół swe za­da­nie w spo­sób do­sta­tecz­ny, je­że­li pod wzglę­dem ba­da­nia war­to­ści, prze­ka­za­nych nam przez prze­szłość od­pi­sów Bi­bl­ji, i po­praw­ne­go wy­da­wa­nia tek­stów ory­gi­na­łu za­słu­gu­ją nie­raz na­wet na wiel­kie uzna­nie, to już go­rzej rzecz się ma z eg­ze­ge­zą hi­sto­rycz­ną, gdyż nie umia­no od­róż­niać okre­śleń kro­ni­kar­skich od sym­bo­licz­nych, a naj­go­rzej rze­czy sto­ją, gdy cho­dzi o ro­ze­zna­nie for­my li­te­rac­kiej i jej ob­ra­zów re­to­rycz­nych. Tu eg­ze­ge­za uczo­na a wła­ści­wie eg­ze­ge­za szko­lar­ska, ze wszyst­kich stron opa­ten­to­wa­na i oplom­bo­wa­na, mo­gła była za­do­wol­nić tyl­ko wiel­kie masy ubo­gich du­chem pro­stacz­ków w imię nie­ty­le za­sa­dy, ile ob­ser­wa­cji, że "dla wie­rzą­ce­go wszyst­ko jest moż­li­we" (Ma­rek IX, 22), ale nie dała ab­so­lut­nie nic tym, któ­rzy we­dle Ori­ge­ne­sa "chcie­li i mo­gli się­gać głę­biej w zro­zu­mie­nie rze­czy" (Con­tra Cel­sum IV, 49).

Owa eg­ze­ge­za szko­lar­ska bra­ła w swe ręce uczo­ne rze­czy wiel­kie i przed­sta­wia­ła je my­śli­cie­lom w po­sta­ci ba­je­czek dla dzie­ci, nie słu­cha­jąc ostrze­żeń wspo­mnia­ne­go Ori­ge­ne­sa, że Bi­bl­ję pi­sa­no tak, iżby ro­zu­mia­no jej tekst przedew­szyst­kim sym­bo­licz­nie. To też gdy­by baj­ki Ezo­pa we­szły były w ob­ręb pi­śmien­nic­twa sa­kral­ne­go chrze­ści­jań­stwa, "po­wo­ła­ni" spe­cja­li­ści wy­kła­da­li­by z ka­tedr z naj­więk­szą po­wa­gą o kra­jach, w któ­rych lwy i osły są ob­da­rzo­ne ludz­ką mową, a cia­ła mar­twe za­cho­wu­ją się, jak isto­ty żywe i ob­da­rzo­ne dow­ci­pem. Z taką prze­cież po­wa­gą wy­kła­da­no o trzy­stu li­sach, przez Sam­so­na zwią­za­nych za ogo­ny i z we­tknię­te­mi po­chod­nia­mi pusz­czo­nych w zbo­że, i… o odźwier­nej w domu ar­cy­ka­pła­na ży­dow­skie­go, po­ma­wia­jąc go o fe­mi­nizm, na któ­ry nie po­zwo­lił­by so­bie ża­den ar­cy­bi­skup ka­to­lic­ki, gdy­by mu eman­cy­pant­ki za­pro­po­no­wa­ły por­tjer­kę za­miast por­tje­ra w sie­ni jego pa­ła­cu.

Ale pod tym wzglę­dem nie róż­nił się eg­ze­ge­ta ka­to­lic­ki od eg­ze­ge­ty pro­te­stanc­kie­go, a od obu szy­der­ca, któ­ry pró­bo­wał ich wy­śmie­wać, nie zda­jąc so­bie spra­wy, jak sam by­wał śmiesz­ny w bra­niu do­słow­nem tek­stów bi­blij­nych. Wsze­la­ko wy­nik osta­tecz­ny pra­cy owej eg­ze­ge­zy szko­lar­skiej i jej prze­ciw­ni­ków był na ca­łym fron­cie ten sam: lu­dzie świa­tli od­wró­ci­li się od Bi­bl­ji, o ile sa­mych sie­bie trak­to­wa­li szcze­rze, bio­rąc jej tek­sty za zbiór po­mie­sza­nych z hi­stor­ją mi­tów.

Do wła­ści­we­go ro­zu­mie­nia sza­ty li­te­rac­kiej Bi­bl­ji zbli­ża­li się w cią­gu ostat­nich stu kil­ku­dzie­się­ciu lat aż do dni na­szych tyl­ko pi­sa­rze nie­licz­ni, jak Du­pu­is, Vol­ney, Nork, Hugo Winc­kler, Al­fred Je­re­mias, Franz Boll i może jesz­cze ja­cyś inni. Ale je­dy­nie zbli­ża­li się. Klu­cza do ode­mknię­cia ta­jem­ni­cze­go zam­ku nie od­na­leź­li. Nie­sły­cha­nie waż­nej re­la­cji Hi­po­li­ta (Re­fu­ta­tio omnium ha­ere­sium albo Phi­lo­so­phu­me­na) nie­tyl­ko nie umia­no oce­nić, ale treść jej wy­szy­dzo­no, co uczy­nił tak na­wet zna­ko­mi­ty ba­dacz, jak Bo­uché-Lec­ler­cq (L'Astro­lo­gie gre­cque, str. 609). A dzia­ło się to dla­te­go, iż star­szym uczo­nym bra­ko­wa­ło źró­deł, któ­re do­pie­ro póź­niej wy­pły­nę­ły, zaś młod­szym ta­len­tu i cza­su, gdyż eru­dy­cja obo­wiąz­ko­wa prze­gna­ła ze­wsząd nie­obo­wiąz­ko­wy ta­lent, a czas trze­ba było po­świę­cać pra­cy pe­da­go­gicz­nej na uni­wer­sy­te­tach i za­gad­nie­niom, uzna­nym przez wie­dzę urzę­do­wą. Inni, od­da­ni tak zwa­nej kry­ty­ce tek­stu­al­nej Bi­bl­ji, co­raz bar­dziej od­da­la­li się od ro­zu­mie­nia sza­ty li­te­rac­kiej tego po­mni­ka a wła­ści­wie zbio­ro­wi­ska po­mni­ków. Ko­men­ta­rze ich, nie­raz wiel­ce uczo­ne, są za­ra­zem do­ku­men­ta­mi na­iw­no­ści i py­chy, zwłasz­cza wte­dy, gdy au­to­ro­wie tych ko­men­ta­rzów do­ma­ga­li się wy­kre­śla­nia z Bi­bl­ji wer­se­tów, nie zga­dza­ją­cych się… z ich dok­try­na­mi. Tu pra­ca tej eg­ze­ge­zy szko­lar­skiej za­czę­ła być w swych skut­kach już wprost groź­ną, gdyż wio­dła do zu­chwa­łe­go kie­re­szo­wa­nia tek­stów, w któ­rych dla praw­dzi­we­go ba­da­cza uro­nie­nie jed­ne­go sło­wa może ucho­dzić za fakt ka­ta­stro­fal­ny.

Szcze­gól­niej ujem­ny wpływ eg­ze­ge­za szko­lar­ska wy­war­ła na li­te­ra­tu­rę prze­kła­dów Bi­blii, prze­zna­czo­nych dla nie­prze­bra­nych tłu­mów lu­dzi in­te­li­gent­nych, któ­rzy nie mogą lub nie chcą się­gać do ory­gi­na­łów i któ­rzy po­prze­sta­ją na roz­włó­cza­niu po książ­kach i pod­ręcz­ni­kach owych dziw­nych prze­two­rów al­chem­ji eg­ze­ge­tycz­nej czci­god­nych bi­bli­stów. O ile wiel­ka re­for­ma­cja przy­słu­ży­ła się umy­sło­wo­ści eu­ro­pej­skiej wy­wo­ła­niem prze­kła­dów Bi­bl­ji na ję­zy­ki na­ro­do­we, o tyle wła­śnie w mia­rę wy­cho­dze­nia z mody to­cze­nia wo­jen re­li­gij­nych, mor­do­wa­nia się wza­jem­ne­go lu­dzi róż­nych wy­znań i pa­le­nia na sto­sie lu­dzi od­mien­ne­go do­gma­tu, a usta­la­nia się mody słu­cha­nia wska­zań bie­żą­ce­go ro­zu­mu, czy­li nie­do­sta­tecz­nie po­in­for­mo­wa­ne­go ra­cjo­na­li­zmu, taż re­for­ma­cja ręką swych li­be­ra­li­stów, wy­pły­wa­ją­cych w stu­le­ciu dzie­więt­na­stym, spo­wo­do­wa­ła co­raz więk­sze od­chy­la­nie się w tych prze­kła­dach od tek­stów ory­gi­na­łu he­braj­skie­go, czy grec­kie­go. Wy­obra­ża­no so­bie, że wraz z po­stę­pem nauk fi­lo­lo­gicz­nych do­sko­na­lić się będą tłu­ma­cze­nia. Sta­ło się wręcz od­wrot­nie. Wraz z po­stę­pem nauk fi­lo­lo­gicz­nych roz­po­czę­ło się mo­der­ni­zo­wa­nie Bi­bl­ji, ra­cjo­na­li­zo­wa­nie jej wy­sło­wie­nia, za­cie­ra­nie zna­czeń pier­wot­nych i prze­to wy­pa­cza­nie jej my­śli istot­nej. Naj­star­si tłu­ma­cze Bi­bl­ji, jak Hie­ro­nim, sta­li epo­ko­wo bli­żej po­ję­cia­mi swe­mi i tra­dy­cja­mi au­to­rów Bi­bl­ji, zwłasz­cza au­to­rów No­we­go Te­sta­men­tu, niż tłu­ma­cze póź­niej­si, a tłu­ma­cze dzi­siej­si za­tra­ci­li z tą prze­szło­ścią wszel­ki zwią­zek i wszel­kie czu­cie.

Sta­ra za­sa­da ka­to­lic­ka, w tym wy­pad­ku naj­zgod­niej­sza z no­wo­cze­sną za­sa­dą na­uko­wą, wi­docz­na jesz­cze u ta­kich tłu­ma­czów, jak nasz nie­śmier­tel­ny Wu­jek, któ­re­go w cza­sach ostat­nich pe­wien odłam du­cho­wień­stwa pol­skie­go za­czął naj­nie­słusz­niej uwa­żać za prze­sta­rza­łe­go, brzmia­ła: Nie ro­zu­miem, ale tak jest w ory­gi­na­le, i prze­to tłu­ma­czę do­słow­nie! Albo: Idę za Hie­ro­ni­mem, gdyż on chy­ba le­piej to ro­zu­miał od nas! Tym­cza­sem za­sa­da pro­te­stanc­ka, wy­kar­mio­na na roz­wiel­moż­nia­ją­cym się ra­cjo­na­li­zmie fi­lo­zo­ficz­nym na­szych cza­sów, gło­si­ła: Nie ro­zu­miem, więc w ory­gi­na­le musi być źle.

a prze­to obo­wią­za­ny je­stem po­pra­wić tekst w prze­kła­dzie! Albo: Prze­cież Vul­ga­ta Hie­ro­ni­ma jest mum­ją wo­bec prze­kła­du Lu­tra, po­pra­wio­ne­go przez ko­mi­sje uczo­ne w wy­da­niu naj­pierw "Pro­be­bi­bel" a na­stęp­nie "Durch­ge­se­he­ne Bi­bel" (po­rów. A. Pott, Der Text des Neu­en Te­sta­ments, str. 3 i 10). Chęć zna­le­zie­nia "tek­stu ka­no­nicz­ne­go" (tak­że po­mysł!) pro­wa­dzi­ła do dys­po­zy­cji wy­kre­śla­nia wer­se­tów za wer­se­ta­mi z No­we­go Te­sta­men­tu. Ta­kich dys­po­zy­cyj z wy­ra­zem roz­ka­zo­daw­czym "Stre­iche" (Wy­kreśl!) sam Pott daje aż na dwu­dzie­stu dwóch stron­ni­cach (str. 61–82).

Od­bie­ra się wra­że­nie, jakg­dy­by ja­kiś obłęd ogar­nął tych lu­dzi, tak prze­cież uczo­nych i ską­di­nąd za­słu­żo­nych! (1)

Ten kie­ru­nek pro­te­stanc­ki a tak ucze­nie nie­nau­ko­wy zy­skał w świe­cie aka­de­mic­kim do tego stop­nia sta­no­wi­sko po­tęż­ne, że ule­gli mu na­wet pew­ni teo­lo­go­wie ka­to­lic­cy, oba­wia­jąc się za­rzu­tu nie­uc­twa, lub co naj­mniej my­śle­nia nie­współ­cze­sne­go. Że jed­nak wła­dza ko­ściel­na nic jesz­cze w sto­sun­ku do nich nie stra­ci­ła na sile, prze­to po­sta­no­wi­li: stać na sta­no­wi­sku daw­nem, ile­kroć bę­dzie się zda­wa­ło, że wy­ma­ga tego do­gma­ty­ka, od­rzu­ca­na czę­ścio­wo lub cał­ko­wi­cie przez pro­te­stan­tów, a na­to­miast prze­rzu­cać się na sta­no­wi­sko nowe, gdy bę­dzie się zda­wa­ło, iż za­cho­dzą wy­pad­ki, w któ­rych owa do­gma­ty­ka nie krę­pu­je. Po­wsta­ła stąd za­baw­na po­ło­wicz­ność, któ­rej kla­sycz­nym wy­ra­zem, jest nowy prze­kład pol­ski księ­dza pro­fe­so­ra je­zu­ity Wła­dy­sła­wa Szcze­pań­skie­go "Czte­rech Ewan­ge­lij" ze wstę­pem i ko­men­ta­rza­mi (str. XXXII, 611, Kra­ków 1917), wy­da­ny z za­sił­ku Aka­dem­ji Umie­jęt­no­ści w Kra­ko­wie, Kasy imie­nia Mia­now­skie­go w War­sza­wie i ar­cy­bi­sku­pa Dal­bo­ra w Po­zna­niu, prze­kład, za­opa­trzo­ny nie­tyl­ko środ­ka­mi pie­nięż­ne­mi na­szych naj­czci­god­niej­szych in­sty­tu­cyj na­uko­wych, ale ist­ną po­wo­dzią apro- – (1) Wszel­kie war­jan­ty po­sia­da­ją dla ba­da­cza tek­stów bi­blij­nych zna­cze­nie pierw­szo­rzęd­ne. Nie mam tu na­tu­ral­nie na my­śli zwy­kłych po­my­łek prze­pi­sy­wa­czy, ale ta­kie od­mia­ny, jak za­miast "po­tym" war­jant "po dwóch dniach", jak za­miast "sześć­dzie­siąt sta­jań" war­jant "siedm sta­jań" albo za­miast "wie­niec gwiazd dwu­na­stu" war­jant "wie­niec przez gwiazd dwa­na­ście". Nie moż­na tedy na pod­sta­wie wiel­kie­go zbio­ru od­pi­sów usta­lać jed­ne­go tek­stu, ale trze­ba wszyst­kie od­pi­sy uwa­żać za ma­ter­jał do zro­zu­mie­nia ca­ło­ści.

bat, po­win­szo­wań, bło­go­sła­wieństw, i za­twier­dzo­ny (a jak­że!) przez osob­ną ko­mi­sję cen­zu­ral­ną, zło­żo­ną z piet­na­stu wiel­ce po­waż­nych znaw­ców, tyl­ko kwe­stja, cze­go – a to wszyst­ko dla­te­go, by nie­śmier­tel­ny prze­kład Wuj­ka uśmier­cić, wy­trą­cić go z rąk pol­skich, a umy­sło­wość na­szą jesz­cze bar­dziej od­da­lić od zro­zu­mie­nia sza­ty li­te­rac­kiej i spo­wi­te­go w nią cia­ła my­ślo­we­go naj­więk­sze­go po­mni­ka li­te­rac­kie­go, że aku­rat prócz tego jest jesz­cze po­mni­kiem re­li­gji chrze­ści­jań­skiej…

Umiem usza­no­wać wszel­ki wy­si­łek my­ślo­wy, ale pod wa­run­kiem, że się czci­god­nej cał­kiem pra­cy dusz­pa­ster­skiej nie bę­dzie po­da­wa­ło za pra­cę ba­daw­czą, od­po­wia­da­ją­cą wy­ma­ga­niom no­wo­cze­snej na­uki, i że ci wy­si­leń­cy stać będą rze­czy­wi­ście na sta­no­wi­sku szu­ka­nia praw­dy, a nie będą uwa­ża­li sie­bie za je­dy­nie upraw­nio­nych eg­ze­ge­tów na pod­sta­wie swych świę­ceń, ty­tu­łów i ka­tedr. Wy­ma­gam też zdol­no­ści do dys­ku­sji umie­jęt­nej. A już uwa­żać sie­bie mu­szę za cał­kiem zwol­nio­ne­go z praw wszel­kiej ce­re­mon­ji, gdy tacy wy­si­leń­cy za­ty­ka­ją so­bie uszy ba­weł­ną dzie­cin­ne­go lub star­cze­go upo­ru, ko­rzy­sta­jąc za­ra­zem z fun­du­szów in­sty­tu­cyj na­uko­wych na­szej bied­nej Pol­ski, gdy czuć się daje brak tych fun­du­szów na dzie­ła istot­nie na­uko­we i wiel­ce war­to­ścio­we.

Po ogło­sze­niu mych stu­djów "Czy­nią­cy sto, czy­nią­cy sześć­dzie­siąt i czy­nią­cy trzy­dzie­ści" (1916), "Ho­ro­sko­py świę­te przy­po­wie­ści ewan­ge­licz­nych, czy­li ob­ra­zy nie­ba glo­bu­so­we­go, ilu­stru­ją­ce te przy­po­wie­ści" (1917) i "Sen Fa­ra­ona a obie kon­ste­la­cje Sied­miu Wo­łów' (1917), za­le­d­wie szczu­plut­ka gar­stecz­ka za­cisz­nych teo­lo­gów i hu­ma­ni­stów zwró­ci­ła się do mnie i to pri­va­tis­si­me, bo­jąc się wi­docz­nie dy­gni­ta­rzy pa­nu­ją­cej opin­ji, przy­czem naj­lep­si z po­mię­dzy nich, czy­li naj­grun­tow­mej zor­jen­to­wa­ni, wy­ra­zi­li zdu­mie­nie, cze­mu ich tego nie uczo­no w se­mi­nar­jach i na aka­dem­jach, gdyż praw­do­po­dob­nie przy­pusz­cza­li, że wy­na­la­złem za­gra­ni­cą ja­kąś zło­tą żyłę i prze­ku­wam ją na mo­ne­tę w Pol­sce obie­go­wą. Ci po­czci­wi zresz­tą lu­dzie nie wie­rzą, by pol­ska gło­wa mo­gła coś sa­mo­dziel­nie od­na­leźć, zwłasz­cza je­że­li to nie są rze­czy z za­kre­su tak już uzna­nych ba­dań przy­ro­do­znaw­czych lub roz­my­ślań ma­te­ma­tycz­nych, bo dziś w tych dzie­dzi­nach "nie­masz nic nie­moż­li­we­go wie­rzą­ce­mu". Ale poza tą ma­luch­ną gar­stecz­ką cała wiel­ka resz­ta uczo­nych w Pi­śmie i w in­nych rze­czach wy­trzesz­czy­ła oczy i mimo uka­zy­wa­nych prze­ze mnie źró­deł bra­ła moje stu­dja za wy­twór fan­ta­zji "zdol­ne­go" pu­bli­cy­sty, w któ­rym do­pa­trzyć się ba­da­cza wprost jej nie wy­pa­da­ło, i naj­spo­koj­niej czę­sto­wa­ła da­lej na wy­kła­dach swe­mi ba­jecz­ka­mi nie­szczę­śli­we ple­mię stu­den­tów, za­leż­ne od ich eg­za­mi­na­tor­skie­go ołów­ka, sta­wia­ją­ce­go stop­nie z wy­ucze­nia się na­pa­mięć i na­wy­ryw­ki ar­se­na­łu mą­dro­ści urzę­do­we­go mi­strzo­stwa.

To też po­sta­no­wi­łem wy­stą­pić z pra­cą, któ­ra wpra­wi­ła­by w nie­ma­ły kło­pot tych uczo­nych w Pi­śmie, a nad ich py­chą na­iw­ną, opo­wia­da­ją­cą ba­jecz­ki my­śli­cie­lom, za­wi­sła na wło­sku cza­su, jak ja­kiś miecz Da­mo­kle­sa.

Wia­do­mo, że lu­dzie umy­słem sta­rzy mu­szą umie­rać w at­mos­fe­rze swo­ich po­glą­dów, sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nych ka­te­dra­mi i pa­ten­ta­mi. Ale śmierć ich może być spo­koj­na, lub peł­na wiel­kie­go nie­po­ko­ju. Al­bo­wiem pod­ra­sta­ją po­ko­le­nia nowe, któ­re nie po­sia­da­ją jesz­cze za­sta­rza­łych uprze­dzeń, któ­re są zdol­ne pró­bo­wać my­śleć wła­snym mó­zgiem, i któ­re na­wet lu­bią pod­da­wać re­wi­zji dok­try­ny i… ko­mu­na­ły swych wy­nio­słych mi­strzów, któ­rych to ko­mu­na­łów i dok­tryn mu­szą się uczyć na­pa­mięć i zda­wać z nich eg­za­mi­ny w po­cie czo­ła i drżącz­ce ner­wo­wej. Po­sta­no­wi­łem więc na­pi­sać coś dla tych sa­pe­re au­su­ris, czy­li dla tych, któ­rzy w przy­szło­ści będą mie­li od­wa­gę zo­stać mą­dry­mi.

* * *

Dnia 31 paź­dzier­ni­ka 1517 roku na drzwiach ko­ścio­ła zam­ko­we­go w Wit­ten­ber­dze wiel­ki he­re­zjar­cha Mar­cin Lu­ter przy­bił 95 tez, w któ­rych wy­po­wie­dział woj­nę sta­re­mu świa­tu. Sta­ło się to ha­słem no­we­go ru­chu re­li­gij­ne­go, któ­ry prze­kształ­cił zu­peł­nie sto­sun­ki eu­ro­pej­skie.

Nie na­le­żę do wy­znaw­ców tego po­tęż­ne­go he­re­zjar­chy, a już naj­dal­szy je­stem od chę­ci wznie­ca­nia walk re­li­gij­nych. Dążę je­dy­nie do na­uko­we­go wy­ja­śnie­nia sza­ty li­te­rac­kiej Bi­bl­ji i jej ob­ra­zów re­to­rycz­nych, aby umy­sło­wość współ­cze­sna nie bra­ła tego czci­god­ne­go po­mni­ka za zbiór ba­je­czek, ale za ar­cy­dzie­ło ów­cze­snej mą­dro­ści i ów – cze­sne­go gen­ju­szu pi­sar­skie­go. Cho­dzi mi na­tu­ral­nie o wy­wo­ła­nie cał­ko­wi­te­go pod tym wzglę­dem prze­wro­tu w na­uce.

W tym celu sta­wiam bi­bli­stom sto py­tań, na któ­re w ar­se­na­łach swej wie­dzy od­po­wie­dzi nie znaj­dą. Aby zaś uwol­nić świat umy­sło­wy od no­we­go za­le­wa­nia po­to­pem czczej ich dia­lek­ty­ki, wspie­ra­nej w spo­sób nie­raz naj­za­baw­niej­szy i wprost kom­pro­mi­tu­ją­cy przez nie­szczę­sną fi­lo­lo­gję, cią­ga­ną bru­tal­nie za wło­sy, rzu­cam im za­ra­zem sto od­po­wie­dzi, aby za­miast od­da­wa­nia się rze­ko­mo zboż­nym i rze­ko­mo umie­jęt­nym de­kla­ma­cjom, za­czę­li na­resz­cie uczyć się tego, co jest nie­zbęd­ne, i w wy­ni­ku tej pil­no­ści za­słu­ży­li rze­czy­wi­ście na ka­te­dry i ty­tu­ły, da­ją­ce im w oczach nie­świa­do­me­go rze­czy ogó­łu pa­tent au­to­ry­te­tu, a któ­ry to au­to­ry­tet po­zwa­lam tu so­bie za­kwe­stjo­no­wać.

Wiem zbyt do­brze jako już do­świad­czo­ny pi­sarz, że nie­ru­cha­wość umy­słu ludz­kie­go jest nie­obli­czal­nie wiel­ka, ale i to wiem, że myśl bywa nie­kie­dy dy­na­mi­tem, roz­sa­dza­ją­cym bez­dusz­ne bry­ły naj­po­twor­niej­szych roz­mia­rów. Dy­na­mit tej my­śli kła­dę pod ko­lo­sal­ną bry­łę szko­lar­skiej eg­ze­ge­zy bi­blij­nej, aby nią wstrzą­snąć i aby ją skru­szyć.

Czy­tel­ni­cy świa­tli prze­ko­na­ją się, że Bi­bl­ja na­tem zy­ska, i że ten ka­mień wę­giel­ny, na któ­rym dźwi­gnię­to wiel­ki gmach chrze­ści­jań­stwa, za­słu­gu­je do­praw­dy na mia­no ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­ne­go. Al­bo­wiem do­tych­cza­so­wa eg­ze­ge­za, jak już za­zna­czy­łem, od­stra­sza­ła tyl­ko od Bi­bl­ji wszyst­kich lu­dzi ro­zum­nych i kry­tycz­nych a zbroj­nych w za­so­by wie­dzy współ­cze­snej. Prze­ra­ża­ją­cy ma­ter­ja­lizm tej eg­ze­ge­zy szko­lar­skiej, przed­sta­wia­ją­cy sym­bo­li­kę jako rze­czy­wi­stość, ten przy­ziem­ny ma­te­ria­lizm, przy­pi­su­ją­cy so­bie szczyt spi­ry­tu­ali­zmu, czy­li uskrzy­dle­nia du­cho­we­go, wy­wo­łał tyl­ko zu­peł­ną dla Bi­bl­ji obo­jęt­ność. Nowa eg­ze­ge­za, opar­ta na źró­dłach nie­na­gan­nych, zwal­czy ten ma­ter­ja­lizm i przy­wró­ci tek­stom bi­blij­nym ich wiel­ką war­tość pier­wot­ną. To, co wy­da­wa­ło się bez­sen­sow­ną nie­raz baj­ką, wy­stą­pi jako myśl gen­jal­na. Je­że­li zaś praw­dzi­we są sło­wa je­zu­ity Wła­dy­sła­wa Szcze­pań­skie­go, że "Ko­ściół żad­nej nie sta­wia tamy stu­djom kry­tycz­nym nad sa­me­mi tek­sta­mi i ko­dek­sa­mi, któ­re nam Pi­smo Świę­te prze­ka­za­ły" (Czte­ry Ewan­gel­je, na str. XXVII), to nie­chaj on sam ra­zem z eg­ze­ge­ta­mi urzę­do­wy­mi, któ­rzy stra­ci­li wszel­ki wpływ na całą in­te­li­gen­cję współ­cze­sną, ma od­wa­gę i po­czu­cie obo­wiąz­ku do­kład­ne­go prze­stu­djo­wa­nia tych stu py­tań i tych stu od­po­wie­dzi, aby jego woj­sko umy­sło­we nie spóź­ni­ło się z tem zno­wu o ja­kieś kil­ka wie­ków, jak się spóź­ni­ło w sto­sun­ku do my­śli ko­per­ni­kań­skiej. A może wte­dy zno­wu na­stą­pi zbli­że­nie po­mię­dzy nimi a in­te­li­gen­cją współ­cze­sną. Zaś pol­scy teo­lo­go­wie pro­te­stanc­cy, któ­rzy u nas za­kła­da­ją pierw­szy swój fa­kul­tet pol­ski, nie­chaj od­ra­zu we­zmą nowe ce­gły do no­wych fun­da­men­tów, by w eg­ze­ge­zie bi­blij­nej sza­ty li­te­rac­kiej i ukry­tej w niej idei tak nie byli za­co­fa­ni i w swem za­co­fa­niu śmiesz­nie upar­ci, jak ich zresz­tą tak czci­god­ni i rze­czy­wi­ście tak ucze­ni ko­le­dzy za­gra­nicz­ni.

A pol­skim hu­ma­ni­stom, hi­sto­ry­kom, fi­lo­zo­fom i li­te­ra­tom po­wiem, że wy­bi­ja ostat­nia go­dzi­na re­na­ni­zmu, czy­li mo­der­ni­zo­wa­nia Je­zu­sa i opo­wie­ści ewan­ge­licz­nych. Trze­ba umieć zna­leźć dy­stans po­mię­dzy daw­no­ścią a dzi­siej­szo­ścią. Wte­dy zbli­ży­my się do praw­dy, wiel­ko­ści i pięk­na tej daw­no­ści.

Jako trze­ba było z mo­zo­łem od­cy­fro­wać hie­ro­gli­fy egip­skie i kli­ny as­sy­ryj­skie, tak za­brać się na­le­ży do od­cy­fro­wa­nia dziś kryp­to­gra­ficz­nych form sty­lu sa­kral­ne­go Bi­bl­ji, jego ob­ra­zów re­to­rycz­nych i za­gad­ko­wych wy­sło­wień, iżby ma­ją­cy uszy sły­sze­li, ma­ją­cy oczy uj­rze­li, a ma­ją­cy ro­zum zro­zu­mie­li.STO PY­TAŃ

Ce­chą zna­mien­ną sty­lu pi­sar­skie­go Bi­bl­ji, a W szcze­gól­no­ści No­we­go Te­sta­men­tu, zwłasz­cza Ewan­gel­ji i Apo­ka­lip­sy Jana, są twier­dze­nia, sprzecz­ne z ziem­ską rze­czy­wi­sto­ścią i co­dzien­ne­mi jej do­świad­cze­nia­mi, jakg­dy­by w imię za­sa­dy, że to, co jest nie­moż­li­we dla lu­dzi, jest w zu­peł­no­ści moż­li­we dla Boga (Mar. X, 27; Za­char­jasz VIII, 6).

Do tych twier­dzeń na­le­żą tak­że pew­ni­ki, któ­rych wąt­pli­wość po bliż­szej ana­li­zie rzu­ca się w oczy.

Ze sta­no­wi­ska sty­li­sty­ka, czy­li ba­da­cza sty­lów pi­sar­skich, będą to na­ogół tak zwa­ne oksy­mo­ro­ny, czy­li fi­gu­ry re­to­rycz­ne, za­sa­dza­ją­ce się na łą­cze­niu cech prze­ciw­nych, jak w pie­śni "Bóg się ro­dzi", w któ­rej mowa o tem, że "ogień krzep­nie" a "blask ciem­nie­je" i "ma gra­ni­ce nie­skoń­czo­ny".

O tych me­praw­do­po­do­bień­stwach mówi się jed­nak w Bi­bl­ji tak, jak o czemś zwy­kłem i po­wszech­nie zna­nem, że na­su­wać się musi mnie­ma­nie, iż cho­dzi o rze­czy­wi­stość zgo­ła inną, niż ta, któ­rą dziś mamy na my­śli.

Po­nie­waż jed­nak przy­zwy­cza­ili­śmy się do tych nie­praw­do­po­do­bieństw od dzie­ciń­stwa, prze­to nas nie rażą, a gdy przy roz­pa­try­wa­niu tek­stów po­czy­na­ją nas ra­zić, wte­dy jak lu­dzie, po­zo­sta­ją­cy pod wpły­wem duru su­ge­stjo­ne­ra lub hyp­no­ty­ze­ra, usi­łu­je­my wy­twa­rzać ob­ja­śnie­nia przy po­mo­cy fi­lo­lo­gji i hi­stor­ji, jak to czy­ni urzę­do­wa eg­ze­ge­za bi­blij­na, otrzy­mu­jąc w re­zul­ta­cie osta­tecz­nym tyl­ko jesz­cze więk­sze za­gma­twa­nie rze­czy.

Tym­cza­sem owe nie­zwy­kło­ści nie­tyl­ko po­zo­sta­ją nadal nie­zwy­kło­ścia­mi, ale w oczach ba­da­cza sty­lów pi­sar­skich ukła­da­ją się w całe sze­re­gi ka­te­go­ryi, jak to wy­ka­że przy­to­czo­ne ni­żej, sto przy­kła­dów.

1. OSIO­ŁEK, NA KTÓ­RYM ŻA­DEN CZŁO­WIEK NIG­DY NIE SIE­DZIAŁ (Mar. XI, 2 – 4; Łuk. XIX, 30).

Wy­ra­że­nie to nie za­wie­ra po­zor­nie nic szcze­gól­ne­go. Zda­wa­ło się, że cho­dzi tu o "jucz­ne zwie­rzę, któ­re jesz­cze lu­dziom nie słu­ży­ło", jak pi­sze za in­ny­mi eg­ze­ge­ta­mi je­zu­ita Szcze­pań­ski (Czte­ry Ewan­gel­je, str. 261). Wsze­la­ko ten sam wer­set gło­si, że osio­łek był "przy­wią­za­ny", a nie­co da­lej, że stał na dro­dze przy­wią­za­ny do wrót. Więc już słu­żył lu­dziom w ja­kiś spo­sób, W do­dat­ku wie­my z Plu­tar­cha, że "osioł uwią­za­ny" na­le­żał do po­jęć sym­bo­licz­nych, al­bo­wiem Egip­cja­nie wy­ci­ska­li na buł­kach ofiar­nych wi­ze­ru­nek osła zwią­za­ne­go (De Isi­de et Osi­ri­de, 30). Rzecz wi­kła się jesz­cze bar­dziej, gdy ze­sta­wi­my wer­set Mar­ka z wer­se­ta­mi ana­lo­gicz­ne­mi in­nych au­to­rów bi­blij­nych. U pro­ro­ka Za­char­ja­sza (IX, 9) mowa o tem, iż zba­wi­ciel je­dzie na ośli­cy i ośląt­ku rów­no­cze­śnie. Tedy eg­ze­ge­ci pro­te­stanc­cy , pra­gnąc księ­gi cu­dów spro­wa­dzić do rzę­du ksiąg, opi­su­ją­cych zja­wi­ska na­tu­ral­ne, przy po­mo­cy sztucz­ki fi­lo­lo­gicz­nej chcie­li wy­tłu­ma­czyć, że w he­brajsz­czyź­nie i gre­czyź­nie łącz­nik "i" zna­czy tu "czy­li"; za­miast tedy tłu­ma­czyć wzo­rem Wuj­ka "wsia­da­ją­cy na ośli­cę i na źre­bię, syna ośli­cy", tłu­ma­czy­li, jak Kautzsch, "re­itet auf einem Esel, auf einem Fül­len, dem Jun­gen einer Ese­lin", a za nimi po­szedł żyd pol­ski Cyl­kow, pi­sząc: "na oślę­ciu przy­je­dzie, na mło­dym źreb­cu oślim". W roz­mo­wie oso­bi­stej je­zu­ita Szcze­pań­ski, bar­dzo dum­ny ze swo­jej wie­dzy fi­lo­lo­gicz­nej, – tłu­ma­czył mi za­wzię­cie, że taki prze­kład jest zgod­ny z wy­ma­ga­nia­mi fi­lo­lo­gji. Ale jak­by na urą­go­wi­sko ta­kim sztucz­kom fi­lo­lo­gicz­nym czy­ta­my u Ma­te­usza (XXI, 2 – 7) nie­tyl­ko o tem, że wcho­dzą w grę dwa Osioł­ki, ośli­ca i ośląt­ko, ale i to, że ucznio­wie wło­ży­li swe sza­ty "na nie" a po­tem wsa­dzi­li Je­zu­sa "na nie". Tekst jest tak wy­raź­ny, że u Ma­te­usza sam je­zu­ita Szczie­pań­ski nie mógł od nie­go od­stą­pić w prze­kła­dzie i po­prze­stał tyl­ko na sfał­szo­wa­niu przy­to­czo­ne­go tam wer­se­tu Za­char­ja­szo­we­go, pi­sząc w ślad za in­no­wier­ca­mi "do­siadł oślę­cia, mło­de­go źre­bię­cia ośli­cy" i wy­wód swój fi­lo­lo­gicz­ny zło­żył w przy­pi­sku, za­rzu­ca­jąc au­to­ro­wi Vul­ga­ty prze­kład błęd­ny (Czte­ry Ewan­gel­je, str. 125). Na­der cie­ka­wy jest roz­wój sty­li­stycz­ny w ewan­gel­jach po­ję­cia Za­char­ja­szo­we­go. Ma­te­usz idzie za­tem­po – ię­ciem ści­śle, Jan skra­ca cy­ta­tę Za­char­ja­sza (XII, 15), mó­wię wy­raź­nie, że skra­ca a nie prze­ina­cza, za­zna­cza­jąc "nie­zro­zu­mie­nie" uczniów (XII, 16), gdy Ma­rek i Łu­kasz pi­szą o osioł­ku, na któ­rym nikt nig­dy jesz­cze nie sie­dział. Po­tem się prze­ko­na­my, jak każ­dy z nich z tego sa­me­go źró­dła wy­pro­wa­dzał swój ob­raz.

2. GRÓB, W KTÓ­RYM NIKT NIE LE­ŻAŁ (Łuk. XXIII, 53; Jan XIX, 41).

I tu mamy po­zo­ry zu­peł­nej na­tu­ral­no­ści, a do­pie­ro przy bliż­szem roz­pa­trze­niu się ta cał­ko­wi­ta na­tu­ral­ność zni­ka. Grób ma się znaj­do­wać w ogro­dzie (Jan XIX, 41), w któ­rym znaj­du­je się ogrod­nik (XX, 15), ale ma być wy­ku­ty w ska­le (Mat. XXVII, 60). Albo tedy znaj­do­wa­ła się w ogro­dzie ska­la, albo też ogród znaj­do­wał się na ska­le. W do­dat­ku czy­ta­my u Jana, że ogród znaj­do­wał się na miej­scu, gdzie Je­zu­sa ukrzy­żo­wa­no (XIX, 41). We­dle Ma­te­usza ma to być ogród dy­gni­ta­rza Jó­ze­fa, czy też wła­sność jego ma sta­no­wić tyl­ko grób, któ­ry so­bie w ska­le wy­kuł. Ale wy­glą­da to tak dziw­nie w ze­sta­wie­niu z wer­se­ta­mi in­nych ewan­ge­li­stów, że sta­now­czo kryć się tu musi ja­kaś za­gad­ka, gdy w do­dat­ku mamy ana­lo­gję sty­li­stycz­ną i po "osioł­ku, na któ­rym nikt nie sie­dział" czy­ta­my o "gro­bie, w któ­rym nikt nie le­żał".

3. RO­BAK, KTÓ­RY NIE UMIE­RA (Mar. IX, 43; Iza­jasz LXVI, 24).

Zno­wu ta sama for­ma sty­li­stycz­na. Mar­ny ro­bak, a po­sia­da ce­chę nie­śmier­tel­no­ści, któ­rej po­zba­wio­ny jest czło­wiek.

4. OGIEŃ, KTÓ­RY NIE GA­ŚNIE (Mar. IX, 43; Iza­jasz LXVI, 24).

Wciąż ta sama for­ma sty­li­stycz­na. Zna­mien­ne, że ze­sta­wia się tu z ogniem, któ­ry nie ga­śnie, ro­ba­ka, któ­ry nie umie­ra. Ro­bak ognio­wy wszedł do po­jęć pi­sa­rzów ko­ściel­nych (Au­gu­styn, De ci­vi­ta­te Dei, XXI, 9). W wie­ku XV do­stał się na­wet do jed­ne­go z od­pi­sów Jó­ze­fa Flaw­ju­sza "Dzie­jów woj­ny ży­dow­skiej prze­ciw­ko Rzy­mia­nom" (p Fla­vii Jo­se­phi ope­ra, wy­da­nie Nie­se­go, t. VI, str. XLVII). Je­zu­ita Szcze­pań­ski taki daje tu ko­men­tarz: "Ro­ba­kiem, gry­zą­cym w pie­kle po­tę­pio­nych, są – zda­niem Oj­co­wi teo­lo­gów – wy­rzu­ty su­mie­nia, tra­pią­ce tych nie­szczę­śli­wych" (Czte­ry Ewan­gel­ją, str. 253). Jest to eg­ze­ge­za re­li­gij­na, ale nie sty­li­stycz­na, sko­ro ów "ro­bak, któ­ry nie umie­ra" znaj­du­je się jako fi­gu­ra re­to­rycz­na w jed­nym rzę­dzie z "ogniem, któ­ry nie ga­śnie", z "gro­bem, w któ­rym nikt nie le­żał" i z "osioł­kiem, na któ­rym nikt nie sie­dział".

5. KRZAK, KTÓ­RY PŁO­NIE, A NIE SPŁO­NIE (Exo­dus III, 2).

I zno­wu ta sama fi­gu­ra re­to­rycz­na. Słusz­nie robi uwa­gę Ba­entsch w swym ko­men­ta­rzu (Exo­dus, str. 19), iż od­bie­ra się wra­że­nie, jakg­dy­by była mowa o krza­ku zna­nym.

6. RO­ŚLI­NA, KTÓ­RA WY­RA­STA BEZ KO­RZE­NIA (Mat. XIII, 5-6; Mar. IV, 5-6).

Je­zus mówi o tej ro­śli­nie w przy­po­wie­ści, a tłu­my słu­cha­ją… i nie prze­czą, jakg­dy­by zna­ły taką ro­śli­nę. Wo­gó­le cały ten ustęp jest wiel­ce zna­mien­ny. Ro­śli­na wy­ra­sta szyb­ko, bo nie po­sia­da "głę­bo­ko­ści zie­mi", lecz gdy słoń­ce wscho­dzi, usy­cha, bo "nie­ma ko­rze­nia". Je­zu­ita Szcze­pań­ski pró­bu­je zno­wu na­krę­cać tekst do ziem­skie­go rze­czy wy­tłu­ma­cze­nia. Więc po­wia­da, że nie jest mowa w tek­ście o wscho­dzie słoń­ca, ale o jego gó­ro­wa­niu, gdy "przy­pie­ka" i na ro­śli­nę "dzia­ła che­micz­nie" (Czte­ry Ewan­gel­je, str. 77), przy­tem prze­krę­ca tekst, pi­sząc "bo zie­mia nie była głę­bo­ka", gdy w ory­gi­na­le wy­glą­da na to, jakg­dy­by owa ro­śli­na wca­le zie­mi nie mia­ła.

7. DRZE­WO WY­RA­STA­JĄ­CE Z WÓD (Eze­chjel XXXI, 4).

Drze­wa wy­ra­sta­ją z zie­mi a nie z wody. W do­dat­ku drze­wo to jest tak ol­brzy­mie, iż miesz­kać pod nim mają wszyst­kie zwie­rzę­ta i wszyst­kie na­ro­dy (XXXI, 6). Upa­tru­ję tu pod wzglę­dem sty­li­stycz­nym tak­że for­mę oksy­mo­ro­nu, czy­li za­sa­dę łą­cze­nia cech prze­ciw­nych. Drze­wo wy­ra­sta­ją­ce z wód sta­no­wi tę samą ka­te­gor­ję, co krzak, któ­ry pło­nie, a nie spło­nie, co ogień, któ­ry nie ga­śnie, co ro­bak, któ­ry nie umie­ra, co grób, w któ­rym nikt nie le­żał, i co osio­łek, na któ­rym nikt nig­dy nie sie­dział.

8. DRZE­WA, KTÓ­RE CHO­DZĄ, JAK LU­DZIE (Mar. VIII, 24).

Je­zus pyta uzdro­wio­ne­go ślep­ca czy już coś wi­dzi, a ten od­po­wia­da, że wi­dzi lu­dzi, cho­dzą­cych, jak drze­wa. Już i le­ka­rze bra­li się do wy­ja­śnia­nia cho­rób i ule­czań bi­blij­nych wo­gó­le a śle­po­ty w szcze­gól­no­ści (po­rów. Dr. Gu­stav Wolt­zen­dorff, Ge­sun­dhe­it­sp­fle­ge und Me­dizn der Bi­bel. Chri­stus als Arzt. Stu­dien und Be­trach­tun­gen, Wies­ba­den 1903, na str. 56). Acz­kol­wiek Je­zus wy­stę­pu­je w ewan­gel­jach jako le­karz cu­dow­ny, czy­li nie ma­ją­cy nic wspól­ne­go z me­dy­cy­ną na­uko­wą, jed­na­ko­woż w epo­ce, kie­dy wia­ra w cuda nad­zwy­czaj­nie osła­bła, teo­lo­go­wie bar­dzo skwa­pli­wie zbie­ra­li ta­kie "na­tu­ral­ne wy­ja­śnie­nia". Idąc za nie­mi, je­zu­ita Szcze­pań­ski po­świę­ca naj­pierw ści­słość Wuj­ka, któ­ry tu wier­nie od­dał tekst ory­gi­na­łu w sło­wach: "Wi­dzę lu­dzie jak drze­wa cho­dzą­ce", na­stęp­nie tekst prze­krę­ca, pi­sząc: "Wi­dzę lu­dzi, bo wi­dzę ich niby drze­wa, cho­dzą­cych", a wresz­cie po­wia­da, że jako wie­czo­rem nie moż­na od­róż­nić drzew wi­dzia­nych, "tak i ów śle­py, któ­ry jesz­cze cał­ko­wi­cie wzro­ku nie od­zy­skał, wi­dział łu­dzi, ale ich do­kład­nie ro­ze­znać nie mógł" (Czte­ry Ewan­gel­je, str. 245). Tym­cza­sem cały ten na­cią­ga­ny ko­men­tarz, nie mo­gą­cy ist­nieć bez po­fał­szo­wa­nia tek­stu ory­gi­na­łu, wprost śmiesz­nie wy­glą­da wo­bec rzę­du fi­gur re­to­rycz­nych, mia­no­wi­cie: drze­wa cho­dzą­ce jak lu­dzie, drze­wo wy­ra­sta­ją­ce z wód, ro­śli­na wy­ra­sta­ją­ca bez ko­rze­nia i t… d.

9. FIGA, KTÓ­RA NA WIE­KI NIE RO­DZI OWO­CU (Mar. XI, 14).

Jest to jed­nak figa, któ­ra nie­gdyś ro­dzi­ła owo­ce, tyl­ko Je­zus żad­ne­go owo­cu na niej nie zna­lazł i dla­te­go ją prze­klął. Prze­cież musi to za­sta­na­wiać, że Je­zus, tak do­bro­tli­wy, któ­ry nie po­zwa­la mó­wić bra­tu "raka" (Mat. V, 22), prze­kli­na figę, że aku­rat nie mia­ła owo­cu wte­dy, gdy nie był czas na figi (XI, 13),

Je­zu­ita Szcze­pań­ski, po­mi­ja­jąc tu skrzęt­nie stro­nę mo­ral­ną, po­wia­da (str. 262), że "są­dząc po li­ściach", cho­dzić mo­gło o "kwia­ty" figi, przy­czem tu po­wo­łu­je się na Plin­ju­sza (Hist… nat. XVI, 26), jak w kwe­stji "osioł­ka uwią­za­ne­go" nie po­wo­łał się na Plu­tar­cha. Upa­tru­ję i tu for­mę oksy­mo­ro­nu, czy­li za­sa­dę łą­cze­nia cech sprzecz­nych: Je­zus do­bro­tli­wy a prze­kli­na. Aby zaś nie było wąt­pli­wo­ści mo­ral­nej, prze­kli­na figę, na któ­rej owoc nie był czas. Więc cho­dzić tu musi o ja­kąś figę sym­bo­licz­ną i o ja­kiś jej owoc, bę­dą­cy nie na cza­sie.

10. TRZOS, KTÓ­RY SIĘ NIE ZU­ŻY­WA (Łuk. XII, 33).

Jest tu wy­raź­nie mowa o trzo­sie w zna­cze­niu sym­bo­licz­nem. Ale mamy tę samą for­mę lo­ku­cyj­ną. Mowa jest o rze­czy, któ­ra nie po­sia­da swej ce­chy zna­mien­nej, czy­li ce­chy znisz­czal­no­ści.

11. TRZOS, W KTÓ­RYM NIE­MA PIE­NIĘ­DZY (Mat. X, 9).

Je­zus po­wia­da uczniom, aby w swych trzo­sach nie no­si­li ani sre­bra, ani zło­ta. Cze­mu nie mówi im, by nie no­si­li trzo­sów? Trzos słu­ży tyl­ko do no­sze­nia pie­nię­dzy. Bez tego jest zbęd­ny. A więc cho­dzi o taki trzos, któ­re­go ce­chą jest to, że nie­ma w nim pie­nię­dzy a jed­nak jest taki, któ­ry go nosi. Gdy­by nam ktoś dziś po­wie­dział: "Nie noś pie­nię­dzy w port­mo­net­ce", od­po­wie­dzie­li­by­śmy mu tak: "Mów: nie noś port­mo­net­ki". Bo ja­kiż cel mia­ło­by wte­dy jej no­sze­nie?

12. SA­DZAW­KA NA ZWIE­RZĘ­CEJ (Jan V, 2).

Tak jest do­słow­nie w tek­ście grec­kim: έπί τή προβατίιχή χογνμβήδα (po­rów. So­den, Die Schri­ften des Neu­en Te­sta­ments II, 407), tak w Vul­ga­cie: su­per pro­ha­ti­ca pi­sci­na (No­vum Te­sta­men­tum, ed. Word­sworth i Whi­te, Oxford i Lon­dyn 1911), na­to­miast w wy­da­niach mniej po­praw­nych po­dług nie­któ­rych ko­dek­sów wy­raz "su­per" opusz­czo­no. Wy­ra­że­nie "na zwie­rzę­cej" jest jakg­dy­by skró­tem wy­ra­że­nia "na zwie­rzę­cej fi­gu­rze": έπί τή προβατίιχή őψει su­per pro­ba­ti­ca vi­sio­ne pi­sci­na sło­wem: sa­dzaw­ka na zwie­rzę­ciu. Sa­dzaw­ka ta mia­ła po­sia­dać pięć kruż­gan­ków. Rzecz pro­sta, że je­że­li pój­dzie­my za to­kiem opo­wia­da­nia, za­my­ka­jąc oczy na sza­tę li­te­rac­ką, to mo­że­my dojść do ta­kich przy­pusz­czeń, na ja­kie się zdo­by­ła eg­ze­ge­za do­tych­cza­so­wa. Tu na­wet Wu­jek tłu­ma­czy: "owcza sa­dzaw­ka". Lecz zwa­żyć na­le­ży, że rze­czow­nik grec­ki πδόβαϊογ ozna­czał wo­gó­le wszel­kie zwie­rzę czwo­ro­noż­ne (Pape, Grie­chisch-deut­sches Hand wör­ter­buch, wyd. 3), co stwier­dza tak­że je­zu­ita Zo­rell (Novi Te­sta­men­ti Le­xi­kon Gra­ecum, Pa­ryż 1911). A pier­wot­nie taka była na­zwa dla wszyst­kich, zwie­rząt czwo­ro­noż­nych. Gdy­by zresz­tą okre­śle­nie "sa­dzaw­ka na zwie­rzę­cej" było w ewan­ge­liach je­dy­ne, mo­gli­by­śmy przejść nad niem mil­cząc. Ale gdy stoi w rzę­dzie oksy­mo­ro­nów, trze­ba wresz­cie wziąć je pod uwa­gę, tem bar­dziej, że za­raz z inną jesz­cze spo­tka­my się sa­dzaw­ką.

13. SA­DZAW­KA PO­SŁA­NA (Jan IX, 7).

Czy­ta­my, że śle­py, któ­ry się umył w uka­za­nej przez Je­zu­sa sa­dzaw­ce, od­zy­skał wzrok. Sa­dzaw­ka na­zy­wa się Si­lo­am, a tekst ewan­gel­ji gło­si, że wy­raz ten zna­czy "po­sła­ny". Źró­dło zwa­ne Si­loa ist­nia­ło rze­czy­wi­ście w Je­ro­zo­li­mie (p. Jó­zef Flaw­jusz, Dzie­je woj­ny ży­dow­skiej prze­ciw­ko Rzy­mia­nom, przekł. A. Nie­mo­jew­skie­go, w sko­ro­wi­dzu na str. 564). To też rzecz nie bu­dzi­ła­by za­sta­no­wie­nia, gdy­by nie do­da­tek cie­ka­wy ewan­ge­li­sty, że na­zwa a ozna­cza "po­sła­ny". Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że mamy do czy­nie­nia z dzie­ła­mi pi­śmien­nic­twa naj­po­waż­niej­sze­go, mu­si­my twier­dzić, że kry­je się tu ja­kaś za­gad­ka, do cze­go zresz­tą upo­waż­nia nas cały sze­reg po­przed­nich oksy­mo­ro­nów. Sło­wem, sta­wiam kwe­stję, że cho­dzi tu o ja­kąś sa­dzaw­kę ru­cho­mą, mo­gą­cą wę­dro­wać. Brzmi to bar­dzo pa­ra­dok­sal­nie, ale nie moż­na oczu za­my­kać na tekst.

14. SKARB, DO KTÓ­RE­GO ŻA­DEN ZŁO­DZIEJ SIĘ NIE ZBLI­ŻY (Łuk. XII, 33).

Tu przy­najm­niej wy­raź­nie po­wie­dzia­no, że skarb ów znaj­du­je się w nie­bie. Ale to nie roz­wią­zu­je kwe­stji. Wszak w nie­bie byli anio­ło­wie, któ­rzy upa­dli (Hiob IV, 18; 2 Pio­tra II, 4; Judy 6). Po­ku­sa, jak zło­dziej, za­kra­dła się do ich serc i skarb stra­ci­li.

15. SZA­TA, KTÓ­RA NIE BYŁA SZY­TA (Jan XIX, 23).

Za ce­chę zna­mien­ną sza­ty wła­śnie to uwa­ża­my, że jest szy­ta. Zno­wu mowa o przed­mio­cie, po­zba­wio­nym swej ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­nej.

16. DÓŁ, W KTÓ­RYM. NIE­MA WÓDY (Ge­ne­sis XXXVII, 24; Je­rem­jasz XXXVIII, 6).

W mi­cie o Ikar­jo­sie jest tak­że mowa… o dole, któ­ry nie­ma wody (Ro­scher, Le­xi­kon II, 111).

17. RĘCE, KTÓ­RE NIE SĄ UMY­WA­NE (Mar. VII, 2).

Ucznio­wie Je­zu­sa je­dzą rę­ka­mi bez uprzed­nie­go do­ko­ny­wa­nia ablu­cyj ry­tu­al­nych. W świe­cie ży­dow­skim było to na­tu­ral­nie fak­tem, bu­dzą­cym zgor­sze­nie. Z dal­sze­go tek­stu wy­ni­ka, iż Je­zus wal­czy z czczą for­ma­li­sty­ką, by czczo­no Boga ser­cem a nie war­ga­mi. Ale jed­nak pod wzglę­dem sty­li­stycz­nym mamy tu tę samą ka­te­gor­ję, co osioł, na któ­rym nikt nie sie­dział, grób, w któ­rym nikt nie le­żał i t… p.

18. SZA­RAŃ­CZA, KTÓ­RA NIE NISZ­CZY RO­ŚLIN­NO­ŚCI (Apo­ka­lip­sa Jana IX, 3 – 4).

Ce­chą zna­mien­ną sza­rań­czy jest wła­śnie to, że nisz­czy ro­ślin­ność. We­dle Dłu­go­sza w r. 1335 "nie­sły­cha­ne mnó­stwo sza­rań­czy, po­dzie­lo­nej na osob­ne ćmy i roje, na­wie­dzi­ło Pol­skę wten­czas, gdy zbo­ża i za­sie­wy już się były wy­sy­py­wa­ły w kło­sya po­ja­wi­ła się w ta­kich chmu­rach, że słoń­ce swo­im cie­niem za; kry­ła; tak zaś gru­bą war­stwą za­le­gła zie­mię, że się w niej koń­skie ko­py­ta cho­wa­ły. Wszę­dzie za­tem, gdzie­kol­wiek pa­dła, nie­tyl­ko zbo­ża i ro­śli­ny, ale na­wet ziar­na i ko­rze­nie żar­łocz­nie po­ja­dła" (Dzie­ła wszyst­kie, t. IV, str. 160). Bar­dzo też cie­ka­wy ar­ty­kuł o sza­rań­czy znaj­du­je się w Rieh­ma "Han­dwör­ter­buch des bi­bli­schen Al­ter­tums" (wyd. 2, str. 624 – 627) pió­ra We­se­ra w opra­co­wa­niu Gie­se­brech­ta do wy­da­nia dru­gie­go. Ale tu nie cho­dzi o sza­rań­czę, nisz­czą­cą ro­ślin­ność, tyl­ko o sza­rań­czę, któ­ra tak nie nisz­czy ro­ślin­no­ści, jak ist­nie­je sa­dzaw­ka na zwie­rzę­ciu, ogień, któ­ry nie ga­śnie i ro­bak, któ­ry nie umie­ra.

19. ŚWIA­TŁOŚĆ, KTÓ­REJ NIE OGAR­NIA­JĄ CIEM­NO­ŚCI (Jan I, 5).

By zbli­żyć się do tego ro­dza­ju po­wie­dzeń, trze­ba so­bie przy­po­mnieć z Me­ta­mor­foz Apu­le­ju­sa sło­wa: "O pół­no­cy wi­dzia­łem słoń­ce w peł­nym bla­sku" (po­rów. Apu­le­jus, Der gol­de­ne Esel, Ro­de­sche Über­set­zung, wyd. 5, na str. 232).
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: