Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Big Short. Wewnątrz machiny zagłady - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 września 2026
4099 pkt
punktów Virtualo

Big Short. Wewnątrz machiny zagłady - ebook

Kultowa książka odsłaniająca kulisy największego kryzysu finansowego naszych czasów.

Prawdziwa historia globalnego kryzysu z 2008 roku zaczyna się rok wcześniej, na rynku instrumentów pochodnych opartych na kredytach hipotecznych wysokiego ryzyka, masowo udzielanych zadłużonym Amerykanom.

Wśród nielicznych, którzy dostrzegali nadciągającą katastrofę, jeszcze mniej osób miało odwagę postawić zakład na swoją prognozę i dzięki temu zarobić miliardy. Michael Lewis snuje fascynującą opowieść o ludziach, którzy przejrzeli mechanizmy rynku,zanim system runął pod ciężarem chciwości, korupcji i bezwzględnej kalkulacji.

Na podstawie książki powstał film Big Short (2015), nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8335-989-2
Rozmiar pliku: 622 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Do dziś pozostaje to dla mnie zagadką, dlaczego bank inwestycyjny z Wall Street był gotów płacić mi setki tysięcy dolarów za udzielanie porad inwestycyjnych dorosłym ludziom. Miałem dwadzieścia cztery lata i żadnego doświadczenia w tym zakresie, a przy tym nieszczególnie interesowało mnie odgadywanie, które akcje i obligacje pójdą w górę, a które w dół. Podstawową funkcją Wall Street było alokowanie kapitału: decydowanie, do kogo powinien on trafić, a do kogo nie. Możesz mi wierzyć, że nie miałem o tym bladego pojęcia. Nigdy nie przeszedłem żadnego kursu rachunkowości, nigdy nie prowadziłem firmy, nigdy nawet nie miałem własnych oszczędności, którymi mógłbym zarządzać. W 1985 roku przypadkiem trafiłem do pracy w Salomon Brothers, a już w 1988 roku stamtąd odszed­łem jako znacznie bogatszy człowiek. Jednak nawet teraz, po napisaniu książki o tych doświadczeniach, cała ta sytuacja wciąż wydaje mi się wręcz absurdalna — i jest to jeden z powodów, dla których tak łatwo było mi wyrzec się zarabiania pieniędzy w ten sposób. Doszedłem do wniosku, że nie da się tego długo ciągnąć. Uznałem, że wcześniej czy później ktoś zdemaskuje mnie jako oszusta, a wraz ze mną wiele osób podobnych do mnie. Wierzyłem, że wcześniej czy później musi nastąpić jakieś wielkie rozliczenie i Wall Street się otrząśnie, a setki, jeśli nie tysiące młodych ludzi takich jak ja, którzy nie mieli kwalifikacji do tego, by zawierać transakcje na wysokie kwoty, inwestując cudze pieniądze, albo namawiać innych do gry rynkowej, wylecą z pracy i zostaną na dobre usunięte z branży finansowej.

Kiedy po raz pierwszy zabrałem się do spisywania swoich doświadczeń — zatytułowałem tę książkę Poker kłamców: wspinaczka po ruinach Wall Street — wyszedłem z pozycji młodego człowieka uważającego, że usunął się z tej gry we właściwym momencie, kiedy jeszcze wszystko układało się nieźle. Po prostu napisałem wiadomość i wetknąłem ją do butelki pozostawionej dla tych, którzy będą przechodzić tę samą drogę w odległej przyszłości. Doszedłem do wniosku, że jeżeli dobrze poinformowany insider nie uwieczni tego wszystkiego na papierze, nikt później zwyczajnie nie uwierzy, że to się rzeczywiście wydarzyło.

Do tamtej pory prawie wszystko, co pisano o Wall Street, dotyczyło rynku akcji. Od samego początku to wokół niego toczyło się życie Wall Street. Moja książka natomiast dotyczyła głównie rynku obligacji, ponieważ właśnie tam zaczęto zarabiać jeszcze większe pieniądze, pakując, sprzedając i przetasowując rosnące długi Ameryki. I to również uznałem za sytuację, której nie da się długo utrzymać. Zakładałem, że tworzę powieść historyczną o latach 80. XX wieku w Ameryce, kiedy to wielki naród stracił rozum w kwestii finansów. Spodziewałem się, że przyszli czytelnicy będą zbulwersowani faktem, że w 1986 roku dyrektor generalny Salomon Brothers, John Gutfreund, otrzymał wynagrodzenie w wysokości 3,1 miliona dolarów, mimo iż praktycznie doprowadził firmę do ruiny. Oczekiwałem, że będą ze zdumieniem słuchać historii Howiego Rubina, tradera obligacji hipotecznych w Salomon Brothers, który po przeniesieniu się do Merrill Lynch w krótkim czasie doprowadził do straty 250 milionów dolarów. Spodziewałem się, że będą zszokowani tym, iż prezesi gigantów z Wall Street mieli ledwie mgliste pojęcie o skomplikowanym ryzyku, jakie podejmowali ich traderzy obligacji.

Tak właśnie to sobie wyobrażałem; nigdy bym nie przypuszczał, że przyszły czytelnik może spojrzeć wstecz na którąkolwiek z tych historii lub na moje osobliwe doświadczenia i stwierdzić: „Jakież to urocze”. Uroczo naiwne. Nawet przez chwilę nie podejrzewałem, że finansowe lata 80. w rzeczywistości potrwają jeszcze przez dwie pełne dekady, ani że różnica ilościowa między zarobkami na Wall Street a zarobkami w normalnej gospodarce przerodzi się w różnicę jakościową. Że trader obligacji może zarabiać 47 milionów dolarów rocznie i czuć się wyzyskiwany. Że rynek obligacji hipotecznych, wymyślony przez specjalistów z Salomon Brothers, który zrazu wydawał się całkiem zręcznym wynalazkiem, spowoduje największą w dziejach katastrofę finansową. Że dokładnie dwadzieścia lat po tym, jak Howie Rubin okrył się niesławą wskutek skandalu z utratą 250 milionów dolarów, inny trader obligacji hipotecznych o imieniu Howie, pracujący w Morgan Stanley, straci 9 miliardów dolarów na jednej transakcji hipotecznej i pozostanie właściwie nieznany nikomu poza wąskim kręgiem osób wtajemniczonych w Morgan Stanley, i nikt poza nimi się nie dowie, co tak naprawdę uczynił i dlaczego.

Kiedy usiadłem do pisania pierwszej książki, nie miałem żadnego wielkiego planu, poza tym, że chciałem opowiedzieć historię, którą uważałem za niezwykłą. Gdyby ktoś podsunął mi kilka drinków, a potem zapytał, jaki ta książka będzie miała wpływ na świat, powiedziałbym coś w stylu: „Mam nadzieję, że studenci próbujący podjąć decyzję, co począć ze swoim życiem, przeczytają ją i uznają, że wielką głupotą jest oszukiwanie siebie i innych oraz porzucanie własnych pasji i zainteresowań tylko po to, by zostać finansistą”. Miałem nadzieję, że jakiś bystry student z Uniwersytetu Stanowego Ohio, który naprawdę pragnął zostać oceanografem, przeczyta moją książkę, odrzuci ofertę Goldman Sachs i wyruszy na przygodę oceaniczną.

Jednak ta moja intencja się nie spełniła. Sześć miesięcy po publikacji Pokera kłamców otrzymywałem mnóstwo listów od studentów Uniwersytetu Stanowego Ohio, którzy dopytywali się, czy mogę podzielić się z nimi jeszcze jakimiś sekretami dotyczącymi Wall Street. Traktowali moją książkę jak poradnik.

Przez dwie dekady od chwili opuszczenia świata finansów czekałem na upadek Wall Street, jaką znałem. Skandaliczne premie, niekończąca się parada nieuczciwych traderów, afera, która pogrążyła Drexel Burnham, afera, która zniszczyła Johna Gutfreunda i doprowadziła do upadku Salomon Brothers, kryzys po upadku Long-Term Capital Management, funduszu hedgingowego mojego dawnego szefa Johna Meriwethera, bańka internetowa… W pewnym sensie system finansowy nieprzerwanie był dyskredytowany. Tym niemniej wielkie banki z Wall Street, które znajdowały się w centrum tego wszystkiego, nadal bez przeszkód rozwijały działalność, podobnie jak stale rosły kwoty wynagrodzeń, które rozdawały dwudziestosześciolatkom za wykonywanie zadań pozbawionych oczywistej użyteczności społecznej. Bunt amerykańskiej młodzieży przeciwko kulturze pieniądza nigdy nie nastąpił. Po co zrywać ze światem swoich rodziców, skoro można go kupić w całości i sprzedać kawałek po kawałku?

W pewnym momencie przestałem czekać. Założyłem, że najwyraźniej nie dojdzie do takiego skandalu ani nagłego zwrotu akcji, który byłby wystarczająco poważny, żeby doprowadzić do upadku systemu.

Wtedy właśnie objawiła się Meredith Whitney, która podzieliła się ze światem niecodzienną wiadomością. Whitney była mało znaną analityczką badającą przedsiębiorstwa finansowe i pracującą w mało znanej firmie finansowej Oppenheimer & Co. Przestała być mało znana 31 października 2007 roku, w dniu, w którym przewidziała, że koncern Citigroup wskutek fatalnego zarządzania swoimi interesami będzie musiał znacznie obniżyć dywidendę albo zbankrutować. Nigdy nie jest do końca jasne, co danego dnia powoduje znaczące zmiany na giełdzie, jednak 31 października było dość oczywiste, że to Meredith Whitney sprowokowała załamanie na rynku akcji. Do zakończenia dnia handlu giełdowego kobieta, o której wcześniej praktycznie nikt nie słyszał i którą można było w zasadzie kompletnie zignorować, przyczyniła się do spadku wartości akcji Citigroup o 8 procent, a wartości całej amerykańskiej giełdy — o 390 miliardów dolarów. Cztery dni później dyrektor generalny koncernu Chuck Prince złożył rezygnację. Dwa tygodnie później zarząd Citigroup obniżył dywidendę.

Od tego momentu Meredith Whitney stała się niekwestionowanym finansowym autorytetem na miarę E.F. Hutton1: kiedy mówiła, ludzie słuchali. Jej przesłanie było jasne: jeśli chcesz wiedzieć, ile naprawdę warte są firmy z Wall Street, przyjrzyj się chłodnym okiem bezwartościowym aktywom, które posiadają dzięki pożyczonym pieniądzom, i wyobraź sobie, ile można by za nie uzyskać w przypadku wyprzedaży. Jej zdaniem ogromna rzesza wysoko opłacanych osób zatrudnionych w tych firmach nie była warta złamanego grosza. Przez cały 2008 rok śledziła twierdzenia bankierów i brokerów, którzy jakoby dzięki stworzeniu rezerw lub zwiększeniu kapitału rozwiązali swoje problemy, i odpowiadała im:

— Mylicie się. Nadal nie zdajecie sobie sprawy z tego, w jak fatalną sytuację wpędziło was nieudolne zarządzanie. Nadal nie uwzględniliście jeszcze miliardowych strat na obligacjach hipotecznych typu subprime. Wartość waszych papierów wartościowych jest tak samo iluzoryczna jak wartość waszych pracowników.

Przeciwnicy Whitney mieli jej za złe, że przywiązuje się zbyt wielką wagę do jej stwierdzeń, a blogerzy zarzucali jej, że po prostu dopisuje jej szczęście. Ale nikt nie mógł odmówić jej racji. To prawda, że po części opierała swoje prognozy na zgadywaniu. Nie miała możliwości precyzyjnie przewidzieć, co stanie się z firmami z Wall Street, ani nawet oszacować rozmiaru ich strat na rynku kredytów hipotecznych typu subprime. Ale nawet ich prezesi tego nie wiedzieli.

— Albo tego nie wiedzieli, albo wszyscy są kłamcami — podkreśliła — ale zakładam, że po prostu nie mieli o tym pojęcia.

Oczywiście Meredith Whitney nie doprowadziła do upadku Wall Street. Po prostu najgłośniej i najbardziej dobitnie wyraziła pogląd, który okazał się znacznie bardziej wywrotowy dla porządku społecznego niż, powiedzmy, rozmaite kampanie różnych prokuratorów generalnych stanu Nowy Jork wymierzone przeciwko korupcji panującej na Wall Street. Gdyby zwykły skandal mógł zniszczyć wielkie banki inwestycyjne z Wall ­Street, te już dawno by zniknęły z powierzchni ziemi. Whitney nie twierdziła, że bankierzy z Wall Street są skorumpowani. Twierdziła, że są głupi. Ludzie, którym powierzono zadanie alokacji majątku klientów, najwyraźniej nie wiedzieli nawet tego, jak zarządzać własnym kapitałem.

Przyznaję, że przeszło mi przez myśl: „Gdybym został w branży finansowej, to sam mógłbym spowodować podobną katastrofę”. Bohaterami zamieszania w Citigroup byli ci sami ludzie, z którymi pracowałem w Salomon Brothers; kilku z nich uczestniczyło w moich szkoleniach w Salomon Brothers. W pewnym momencie nie mogłem się już powstrzymać: zadzwoniłem do Meredith Whitney. Było to w marcu 2008 roku, tuż przed upadkiem Bear Stearns, kiedy los tego banku inwestycyjnego jeszcze nie był całkiem przesądzony. Pomyślałem: „Jeśli ona ma rację, to naprawdę może być moment, w którym świat finansów zostanie ostatecznie okiełznany, tak jak to powinno być uczynione na początku lat 80.”. Byłem ciekawy, czy ma rację, ale także chciałem wiedzieć, skąd w ogóle się wzięła ta młoda osoba, która swoimi stwierdzeniami była w stanie wywołać krach na giełdzie.

Na Wall Street rozpoczęła pracę w 1994 roku, po ukończeniu studiów na wydziale filologii angielskiej Uniwersytetu Browna.

— Kiedy zjawiłam się w Nowym Jorku, nie miałam pojęcia o istnieniu firm analitycznych — wyznała.

Ostatecznie znalazła posadę w Oppenheimer & Co., a potem przydarzyło się jej coś niesamowitego: trafiła na szkolenie do człowieka, który pomógł jej nie tylko w budowaniu kariery, ale także w kształtowaniu światopoglądu. Nazywał się Steve Eisman.

— Po podjęciu decyzji dotyczącej Citi — opowiadała — jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przydarzyły, był telefon od Steve’a, który powiedział mi, jak bardzo jest ze mnie dumny.

Nigdy nie słyszałem o Steve’ie Eismanie, więc puściłem jej słowa mimo uszu.

Potem jednak natrafiłem na wiadomość, że mało znany nowojorski fundusz hedgingowy, kierowany przez Johna Paulsona, zarobił około 20 miliardów dolarów dla swoich inwestorów i prawie 4 miliardy dolarów dla siebie. Była to największa kwota, jaką ktokolwiek zgarnął tak szybko na Wall Street. Co więcej, osiągnął to, obstawiając przeciwko obligacjom hipotecznym typu subprime, które właśnie pogrążały Citigroup i wszystkie inne wielkie banki inwestycyjne na Wall Street. Banki inwestycyjne na Wall Street są jak kasyna w Las Vegas: ustalają kursy. Klient, który gra z nimi w gry o sumie zerowej, może od czasu do czasu wygrać, ale nie uda mu się tego dokonywać systematycznie i nigdy tak spektakularnie, żeby doprowadzić kasyno do bankructwa. Jednak John Paulson był klientem Wall Street. Oto lustrzane odbicie tej samej niekompetencji, na którą zwracała uwagę Meredith Whitney, zyskując swoją renomę. Kasyno źle oceniło szanse w swojej własnej grze i przynajmniej jedna osoba to dostrzegła. Zadzwoniłem ponownie do Whitney, by zapytać ją, tak jak pytałem innych, czy zna kogoś, kto przewidział katastrofę związaną z kredytami hipotecznymi typu subprime, dzięki czemu przygotował się do tego odpowiednio i zbił na tym fortunę. Kto jeszcze to zauważył, zanim samo kasyno się zorientowało, że ruch koła ruletki stał się przewidywalny? Kto jeszcze wewnątrz czarnej skrzynki współczesnych finansów rozpoznał wadliwe działanie jej mechanizmów?

Do końca 2008 roku zdążyła powstać długa i stale wydłużająca się lista ekspertów, którzy twierdzili, że przewidzieli katastrofę, ale jednocześnie istniała znacznie krótsza lista osób, które faktycznie to zrobiły. Spośród nich jeszcze mniej miało odwagę postawić zakład na swoją prognozę. Nie jest łatwo myśleć samodzielnie wśród masowej histerii — dojść do przekonania, że większość informacji finansowych jest błędna, że najważniejsze osoby ze świata finansów albo kłamią, albo są w błędzie — samemu nie będąc szaleńcem. Whitney podała kilka nazwisk ze sporządzonej własnej listy, wymieniając głównie inwestorów, którym osobiście doradzała. Gdzieś pośrodku zestawienia plasował się John Paulson. Na samym szczycie listy był Steve Eisman.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

------------------------------------------------------------------------

1.

1 Nawiązanie do legendarnej kampanii reklamowej jednej z największych amerykańskich firm inwestycyjnych E.F. Hutton z lat 70. XX wieku, w której wykorzystano hasło: „Kiedy E.F. Hutton mówi, ludzie słuchają” .
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij