Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bilans ujemny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
36,35
3635 pkt
punktów Virtualo

Bilans ujemny - ebook

W świecie wielkich finansów wszystko musiało się zgadzać. Do dnia, w którym sędzia bez emocji odczytał wyrok: prawie 8 lat pozbawienia wolności. Zamiast eleganckich garsonek i biznesowych restauracji — policyjne łańcuchy zwane „pajączkiem”, upokarzający striptiz na komendę. To nie jest amerykański film akcji ani ubarwiona fikcja literacka. To surowa, niefiltrowana i pisana chłodnym okiem finansistki prawda o polskim więziennictwie kobiet. Książka napisana całkowicie bez cenzury. Ku przestrodze.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-590-3
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W ŚWIECIE FINANSÓW WSZYSTKO MUSI SIĘ ZGADZAĆ. AKTYWA. PASYWA. RACHUNEK ZYSKÓW I STRAT. PRZEZ LATA PILNOWAŁAM, ŻEBY MÓJ BILANS ZAWSZE WYCHODZIŁ NA ZERO ALBO NA PLUS. BYŁAM W TYM DOBRA. DZIAŁAŁAM METODYCZNIE, WIERZĄC, ŻE NAD KAŻDYM CHAOSEM MOŻNA ZAPANOWAĆ ZA POMOCĄ LICZB I ARKUSZY KALKULACYJNYCH. MYLIŁAM SIĘ. MÓJ PORZĄDEK LEGŁ W GRUZACH W DNIU, W KTÓRYM USŁYSZAŁAM SUCHY, OSTATECZNY DŹWIĘK ZATRZASKIWANYCH RYGLI. WTEDY ZROZUMIAŁAM, ŻE MÓJ NAJWAŻNIEJSZY ŻYCIOWY BILANS JEST GŁĘBOKO UJEMNY. W SYSTEMIE PENITENCJARNYM SZYBKO OCHRZCZONO MNIE „FINANSÓWKĄ”. DLA STRAŻNIKÓW I PROCEDUR BYŁAM TYLKO KOLEJNYM NUMEREM W KARTOTECE. DLA WSPÓŁOSADZONYCH — KOBIETĄ „OD CYFEREK”, KIMŚ Z ZUPEŁNIE INNEJ PLANETY. W WIĘZIENIU NIE MA JEDNAK ZNACZENIA, JAKIE MASZ WYKSZTAŁCENIE, JAKIE STANOWISKO PIASTOWAŁAŚ NA WOLNOŚCI ANI ILE PIENIĘDZY KIEDYŚ PRZELEWAŁO SIĘ PRZEZ TWOJE KONTO. ZA MURAMI CAŁA TA WIELKOMIEJSKA OTOCZKA PĘKA JAK BAŃKA MYDLANA. TAM WALUTA JEST ZUPEŁNIE INNA. PŁACI SIĘ CZASEM. SPOKOJEM. PAPIEROSAMI. KAWĄ. I PIERWOTNĄ UMIEJĘTNOŚCIĄ PRZETRWANIA KOLEJNEJ DOBY. NIE PISZĘ TEJ KSIĄŻKI PO TO, ŻEBY SIĘ WYBIELAĆ. NIE SZUKAM WSPÓŁCZUCIA ANI TANIEGO ROZGRZESZENIA. POPEŁNIŁAM BŁĘDY, ZA KTÓRE PRZYSZŁO MI ZAPŁACIĆ NAJWYŻSZĄ MOŻLIWĄ CENĘ. PISZĘ TO, PONIEWAŻ WIĘKSZOŚĆ LUDZI ZNA WIĘZIENIE WYŁĄCZNIE Z SERIALI, FILMÓW I SENSACYJNYCH NAGŁÓWKÓW PRASOWYCH. A PRAWDA WYGLĄDA INACZEJ. JEST ZNACZNIE CICHSZA, BARDZIEJ BRUDNA I O WIELE BARDZIEJ UPOKARZAJĄCA, NIŻ KOMUKOLWIEK SIĘ WYDAJE. TO HISTORIA O CAŁKOWITEJ UTRACIE KONTROLI. O DOJMUJĄCEJ SAMOTNOŚCI. O LUDZIACH, KTÓRYCH NIGDY NIE SPODZIEWAŁAM SIĘ SPOTKAĆ, I O TYM, JAK PRZERAŻAJĄCO CIENKA JEST GRANICA MIĘDZY NORMALNYM, DOSTATNIM ŻYCIEM A TOTALNĄ KATASTROFĄ.Rozdział 1: Szpilki na betonie

WJECHAŁAM TAM TAK, JAK STAŁAM — W SZPILKACH, ELEGANCKIEJ SUKIENCE I Z WALIZKĄ PEŁNĄ UBRAŃ, KTÓRE ZA CHWILĘ MIAŁY STAĆ SIĘ CAŁKOWICIE BEZUŻYTECZNE. STUKANIE MOICH OBCASÓW O WIĘZIENNY BETON BRZMIAŁO ABSURDALNIE. JESZCZE KILKA GODZIN WCZEŚNIEJ BYŁAM KOBIETĄ Z POUKŁADANYM, DYNAMICZNYM ŻYCIEM. TELEFON, WIECZNIE ZAPEŁNIONY KALENDARZ SPOTKAŃ, SETKI MAILI, SKROJONE NA MIARĘ GARNITURY, BIZNESOWE RESTAURACJE, ROZMOWY O WIELKICH PIENIĄDZACH I ROCZNYCH WYNIKACH FINANSOWYCH SPÓŁKI. A POTEM ZATRZASNĘŁY SIĘ ZA MNĄ DRZWI. W ŚWIECIE FINANSÓW DETALE ŚWIADCZĄ O STATUSIE. W WIĘZIENIU DETALE TRAFIAJĄ DO DEPOZYTU W SZAREJ, BEZDUSZNEJ KOPERCIE. MÓJ ZEGAREK — PREZENT OD MĘŻA PO NARODZINACH DZIECKA — ZNIKNĄŁ W SZUFLADZIE RAZEM Z BIŻUTERIĄ I WSZYSTKIM, CO PRZYPOMINAŁO MOJE WCZEŚNIEJSZE ŻYCIE. W ZAMIAN DOSTAŁAM WIĘZIENNY ZESTAW STARTOWY: DWA GRYZĄCE, SZORSTKIE KOCE, PLATERĘ, DOŁEK, PLASTIKOWE SZTUĆCE I STO MILILITRÓW TANIEGO SZAMPONU Z LAKONICZNĄ ADNOTACJĄ, ŻE MUSI MI TO WYSTARCZYĆ „NA JAKIŚ CZAS”. NAGLE CAŁY MÓJ DOTYCHCZASOWY ŚWIAT, WSZYSTKIE MOJE AMBICJE I WSPOMNIENIA, MUSIAŁY ZMIEŚCIĆ SIĘ W JEDNEJ PLASTIKOWEJ KUWECIE I BRUDNEJ ŚCIERCE DO NACZYŃ. TO BYŁ MÓJ PIERWSZY, NAMACALNY BILANS UJEMNY. W CIĄGU ZALEDWIE JEDNEJ GODZINY WSZYSTKO, CO DEFINIOWAŁO MNIE NA WOLNOŚCI, PRZESTAŁO MIEĆ JAKIEKOLWIEK ZNACZENIE. TRAFIŁAM NA CELĘ PRZEJŚCIOWĄ. MOJĄ TOWARZYSZKĄ ZOSTAŁA MŁODA DZIEWCZYNA, KTÓREJ POLICJA PODCZAS GWAŁTOWNEGO ZATRZYMANIA NIE POZWOLIŁA NAWET SPŁUKAĆ ODŻYWKI Z WŁOSÓW. PO DZIESIĘCIU DNIACH W CELI CHEMIA ZASCHŁA, TWORZĄC NA JEJ GŁOWIE JEDEN WIELKI, ZBITY KOŁTUN. W KOŃCU WŁOSY TRZEBA BYŁO OBCIĄĆ MASZYNKĄ PRAWIE DO SAMEJ SKÓRY. PATRZYŁAM NA TEN PROCES I PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU POCZUŁAM AUTENTYCZNY, PARALIŻUJĄCY STRACH. NIE BAŁAM SIĘ SAMEGO BUDYNKU. NIE BAŁAM SIĘ CIĘŻKICH KRAT W OKNACH. BAŁAM SIĘ TEGO, ŻE TEN SYSTEM ZACZNIE OBDZIERAĆ MNIE Z MOJEJ WŁASNEJ TOŻSAMOŚCI. KAWAŁEK PO KAWAŁKU. TAMTEGO PIERWSZEGO WIECZORU WYDARZYŁO SIĘ COŚ, Z CZEGO DZISIAJ, Z PERSPEKTYWY CZASU, SAMA SIĘ ŚMIEJĘ. JEDNA Z DZIEWCZYN NA ODDZIALE DESPERACKO CHCIAŁA ZAPALIĆ PAPIEROSA, ALE NIE MIAŁA OGNIA. BYŁAM WTEDY JESZCZE ŚWIEŻA, MENTALNIE TKWIŁAM PO DRUGIEJ STRONIE ŻYCIA — TEJ KORPORACYJNEJ, BEZPIECZNEJ, GDZIE WIĘKSZOŚĆ PROBLEMÓW ZAŁATWIA SIĘ UPRZEJMYM TELEFONEM LUB ASERTYWNĄ ROZMOWĄ. NIEWIELE MYŚLĄC, PODESZŁAM DO ŚCIANY I NACISNĘŁAM DOMOFON, CZYLI W WIĘZIENNYM ŻARGONIE „BETON”. — CZY BYŁABY MOŻLIWOŚĆ POŻYCZENIA OGNIA? — ZAPYTAŁAM Z NIENAGANNĄ, BIZNESOWĄ GRZECZNOŚCIĄ, GDY USŁYSZAŁAM SZUM ŁĄCZNIKA. PO DRUGIEJ STRONIE ZAPADŁA DŁUGA, CIĘŻKA CISZA. STRAŻNIK PO PROSTU ZANIEMÓWIŁ. — CELĘ OTWIERA SIĘ PO WIECZORNYM APELU TYLKO I WYŁĄCZNIE W PRZYPADKU BEZPOŚREDNIEGO ZAGROŻENIA ŻYCIA — USŁYSZAŁAM W KOŃCU CHŁODNY, WYPRANY Z EMOCJI GŁOS ODDZIAŁOWEGO. GDY PUŚCIŁAM PRZYCISK, POCZUŁAM NA SOBIE WZROK WSZYSTKICH DZIEWCZYN W CELI. PATRZYŁY NA MNIE JAK NA WARIATKĘ. — TO FAKTYCZNIE NIE TA RANGA PROBLEMU. PRZEPRASZAM I DOBRANOC — ODPOWIEDZIAŁAM DO GŁOŚNIKA. W CELI ZROBIŁO SIĘ CICHO. TO BYŁA MOJA PIERWSZA, BRUTALNA LEKCJA WIĘZIENIA. TUTAJ UPRZEJMOŚĆ I KORPORACYJNE NAWYKI NIE DZIAŁAJĄ. A HIERARCHIA JEST TAK SAMO TWARDA I NIEUSTĘPLIWA JAK BETONOWE ŚCIANY, KTÓRE MNIE OTACZAŁY.Rozdział 2: Koniec kokonu

DWA TYGODNIE SPĘDZONE NA PRZEJŚCIÓWCE OKAZAŁY SIĘ MOIM NIEOFICJALNYM KOKONEM OCHRONNYM. OSIEM METRÓW KWADRATOWYCH PRZESTRZENI, PRYWATNY PRYSZNIC BEZPOŚREDNIO W CELI I TYLKO JEDNA WSPÓŁOSADZONA. NAIWNIE MYŚLAŁAM WTEDY: „NIE JEST TAK ŹLE. SKORO TO TAK WYGLĄDA, TO JAKOŚ DA SIĘ PRZEŻYĆ TEN WYROK”. NIE MIAŁAM POJĘCIA, ŻE SYSTEM FUNDUJE MI JEDYNIE OKRES PRÓBNY. PRAWDZIWY KRYMINAŁ ZACZYNA SIĘ DOPIERO PO CZTERNASTU DNIACH. LUKSUS SKOŃCZYŁ SIĘ NAGLE, BEZ ŻADNEGO OSTRZEŻENIA. KAZANO MI SIĘ PAKOWAĆ I PRZENIESIONO MNIE NA ZWYKŁĄ, SZEŚCIOOSOBOWĄ CELĘ O CHARAKTERZE „ZAMKU” — CO OZNACZAŁO, ŻE BYŁYŚMY ZAMKNIĘTE PRZEZ WIĘKSZOŚĆ DOBY. WOLNOŚĆ OSOBISTA SKURCZYŁA SIĘ DO KILKU METRÓW KWADRATOWYCH DUSZNEGO POMIESZCZENIA, W KTÓRYM GĘSTY DYM PAPIEROSOWY UNOSIŁ SIĘ NIEMAL BEZ PRZERWY. BYŁAM OSOBĄ CAŁKOWICIE NIEPALĄCĄ, ALE W TAMTYM MOMENCIE NA ODDZIALE NIE BYŁO WOLNYCH MIEJSC DLA TAKICH JAK JA. TRAFIŁAM DO PALARNI. DZIEWCZYNY NIESPECJALNIE PRZEJMOWAŁY SIĘ MOIM KASZLEM; PAPIEROSY ODPALAŁY JEDNA OD DRUGIEJ. BYŁ MAJ, ROBIŁO SIĘ CORAZ CIEPLEJ, A POWIETRZE W CELI STAŁO W MIEJSCU. JEDYNĄ SZANSĄ NA ODDECH BYŁA JEDNA GODZINA SPACERU DZIENNIE NA BETONOWYM RINGU. ZAMIAST MATERACY ZASTAŁAM TAM TAK ZWANE „3-KOSTKI” — TRZY TWARDE, BRUDNE I WYSŁUŻONE KAWAŁKI SZMACIANEGO NIE WIADOMO CZEGO, KTÓRE ROZJEŻDŻAŁY SIĘ POD CIĘŻAREM CIAŁA PRZEZ CAŁĄ NOC. JEŚLI NIGDY NA CZYMŚ TAKIM NIE SPAŁEŚ, NIE MASZ POJĘCIA, CZYM JEST PRAWDZIWY, RWĄCY BÓL PLECÓW. CZŁOWIEK BUDZIŁ SIĘ RANO BARDZIEJ ZMĘCZONY I POŁAMANY, NIŻ BYŁ W MOMENCIE ZASYPIANIA. WIĘZIENNA CODZIENNOŚĆ BARDZO SZYBKO SPROWADZIŁA MNIE NA ZIEMIĘ RÓWNIEŻ W KWESTII HIGIENY. PRYSZNIC W CELI ZNIKNĄŁ. ZOSTAŁO NAM JEDYNIE OBSKURNE WC W KĄCIE I MAŁA UMYWALKA Z ZIMNĄ WODĄ. PRAWDZIWA KĄPIEL PRZYSŁUGIWAŁA NAM NA OGÓLNEJ ŁAŹNI ZALEDWIE DWA RAZY W TYGODNIU. PO KILKU DNIACH NA NOWYM BLOKU WRESZCIE DOCZEKAŁAM SIĘ SWOJEJ PIERWSZEJ WYPISKI. JAKO EKONOMISTKA WIEDZIAŁAM, ŻE DOBRE RELACJE I KAPITAŁ SPOŁECZNY SĄ W TYM MIEJSCU WALUTĄ RÓWNIE WAŻNĄ JAK KAWA CZY TYTOŃ. POSTANOWIŁAM ZROBIĆ GEST NA DOBRY POCZĄTEK. POCZĘSTOWAŁAM DZIEWCZYNY DOBRĄ KAWĄ I KUPIŁAM DLA CELI PACZKĘ TYTONIU. WTEDY JEDNA Z BARDZIEJ ŻYCZLIWYCH, DOŚWIADCZONYCH OSADZONYCH USIADŁA OBOK MNIE I DAŁA MI CENNĄ RADĘ, KTÓRĄ ZAPAMIĘTAŁAM NA ZAWSZE: — NIGDY NIE TRZYMAJ KODU DO KARTY TELEFONICZNEJ NORMALNIE ZAPISANEGO W NOTESIE. KARTY ZNIKAJĄ TU SZYBCIEJ, NIŻ ZDĄŻYSZ MRUGNĄĆ. NAJLEPIEJ NAUCZ SIĘ NUMERÓW DO BLISKICH NA PAMIĘĆ ALBO ZAPISUJ JE SZYFREM, ŻEBY TYLKO TY WIEDZIAŁA, JAKA JEST PRAWIDŁOWA KOLEJNOŚĆ CYFR. INACZEJ KTOŚ PODEJRZY KARTĘ I WYDZWONI TWOJE MINUTY W PIĘĆ SEKUND. TELEFON Z RODZINĄ PRZYSŁUGIWAŁ NAM TYLKO RAZ DZIENNIE. DOKŁADNIE OSIEM MINUT. TYLKO TYLE DOSTAWAŁAŚ OD SYSTEMU NA USŁYSZENIE GŁOSU MĘŻA CZY DZIECKA, NA POWIEDZENIE, ŻE JESZCZE ŻYJESZ I DAJESZ RADĘ, NA ZŁAPANIE KRÓTKIEJ, ROZPACZLIWEJ CHWILI NORMALNOŚCI. DOPIERO ZA KRATAMI CZŁOWIEK ZACZYNA ROZUMIEĆ, ILE POTRAFI WAŻYĆ TE OSIEM MINUT. I JAK ŁATWO MOŻNA JE STRACIĆ. PEWNEGO DNIA WRÓCIŁAM Z OBOWIĄZKOWEGO SPACERU, PRZEKROCZYŁAM PRÓG CELI I OD RAZU POCZUŁAM, JAK SKACZE MI CIŚNIENIE. MOJA PLASTIKOWA KUWETA Z RZECZAMI OSOBISTYMI BYŁA PRZESUNIĘTA. MINIMALNIE. O CENTYMETR. ALE DLA MNIE TO WYSTARCZYŁO. DZIEWCZYNY BYŁY MŁODE I NAIWNIE MYŚLAŁY, ŻE „FINANSISTKA OD CYFEREK” NIE ZAUWAŻY TAK DROBNEJ ZMIANY. ZAUWAŻYŁAM NATYCHMIAST. JESZCZE Z LAT PRACY W KORPORACJI WYNIOSŁAM ŻELAZNĄ ZASADĘ AUDYTORSKĄ: NIE UFAJ I BEZWZGLĘDNIE SPRAWDZAJ. W WIĘZIENIU TA ZASADA PRZESTAJE BYĆ OBJAWEM PARANOI — STAJE SIĘ JEDYNYM GWARANTEM PRZETRWANIA. TYM RAZEM NIC MI NIE ZGINĘŁO, BO OBIEKTYWNIE RZECZ BIORĄC, NIE MIAŁAM JESZCZE CZEGO UKRAŚĆ. ALE W KLATCE PIERSIOWEJ ZOSTAŁO COŚ ZNACZNIE GORSZEGO NIŻ STRATA MATERIALNA. ŚWIADOMOŚĆ, ŻE CZYJEŚ OBCE, WROGIE RĘCE GRZEBAŁY W MOICH PRYWATNYCH RZECZACH. W ŚWIECIE, W KTÓRYM ODEBRANO MI WOLNOŚĆ, INTYMNOŚĆ I GODNOŚĆ, TA MAŁA, PLASTIKOWA KUWETA BYŁA JEDYNYM MIEJSCEM, KTÓRE DESPERACKO PRÓBOWAŁAM JESZCZE NAZYWAĆ SWOIM. WIĘZIENIE JEDNAK BARDZO SZYBKO, DZIEŃ PO DNIU, WYPROWADZAŁO MNIE Z TEGO BŁĘDU.Rozdział 3: Transport

W KOŃCU PRZYSZEDŁ DZIEŃ, KTÓREGO BAŁA SIĘ KAŻDA Z NAS — DZIEŃ TRANSPORTU DO INNEJ JEDNOSTKI PENITENCJARNEJ. OD SAMEGO RANA NA ODDZIALE DAŁO SIĘ WYCZUĆ GĘSTE, ELEKTRYZUJĄCE NAPIĘCIE. ZA KRATAMI CZŁOWIEK UCZY SIĘ MASKOWAĆ EMOCJE DO PERFEKCJI, ALE STRACH JEST TAM SPECYFICZNĄ SUBSTANCJĄ. JEST FIZYCZNIE WYCZUWALNY W POWIETRZU, JAK ZAPACH POTU I TANICH PAPIEROSÓW POD CELĄ. KIEDY USŁYSZAŁAM SWOJE NAZWISKO, KAZANO MI NATYCHMIAST SPAKOWAĆ CAŁY DOBYTEK I STANĄĆ POD KRATĄ. KILKA PLASTIKOWYCH TOREB, PARĘ UBRAŃ, DOKUMENTY I SZCZOTECZKA DO ZĘBÓW. CAŁY MÓJ ŚWIAT, CAŁE MOJE OBECNE ŻYCIE, MIEŚCIŁO SIĘ W MOICH DWÓCH DŁONIACH. TRAFIŁAM DO DUŻEGO, OGÓLNOPOLSKIEGO TRANSPORTU ETAPOWEGO. GDY WPROWADZONO MNIE DO WNĘTRZA POTĘŻNEJ WIĘŹNIARKI, POCZUŁAM, JAK KREW ODPŁYWA MI Z TWARZY. BYŁAM JEDYNĄ KOBIETĄ WŚRÓD KILKUNASTU MĘŻCZYZN, KTÓRYCH POZAMYKANO W CIASNYCH, METALOWYCH KLATKACH. SŁUŻBA WIĘZIENNA TRAKTOWAŁA NAS JAK ŁADUNEK CARGO. ZACZEPKI ZACZĘŁY SIĘ, ZANIM KIEROWCA ZDĄŻYŁ WBIĆ PIERWSZY BIEG. Z MROKU KLATEK POSYPAŁY SIĘ GŁUPIE, WULGARNE TEKSTY, PYTANIA, ŚMICHY I ORDYNARNE KOMENTARZE RZUCANE PRZEZ METALOWE PRĘTY. JEDNI WIĘŹNIOWIE KRZYKIEM PRÓBOWALI SIĘ DOWIEDZIEĆ, ZA JAKIE PARAGRAFY SIEDZĘ, INNI PO PROSTU SZUKALI JAKIEJKOLWIEK ROZRYWKI, BY ZABIĆ POTWORNĄ NUDĘ PODRÓŻY. PATRZYŁAM PROSTO PRZED SIEBIE, W JEDEN PUNKT NA ŚCIANIE. NIE REAGOWAŁAM NA ZACZEPKI, NIE MRUGAŁAM POWIEKAMI. W DUCHU JEDYNIE PANICZNIE ODLICZAŁAM SEKUNDY. SAMOCHÓD DO TRANSPORTU OSADZONYCH PRZYPOMINAŁ CIASNĄ, ZARDZEWIAŁĄ PUSZKĘ. SMRÓD NIEMYTYCH CIAŁ, POTU, STAREGO TYTONIU I SPALIN MIESZAŁ SIĘ Z SZARYM, PRZYGNĘBIAJĄCYM ŚWIATŁEM, KTÓRE WPADAŁO PRZEZ MIKROSKOPIJNE OTWORY WENTYLACYJNE. BRAK TRADYCYJNYCH OKIEN SPRAWIAŁ, ŻE PO PEWNYM CZASIE CAŁKOWICIE STRACIŁAM ORIENTACJĘ W PRZESTRZENI I POCZUCIE CZASU. JECHALIŚMY TAK W HAŁASIE SILNIKA PRZEZ OKOŁO TRZY GODZINY. POTEM NASTĄPIŁA SZYBKA PRZESIADKA NA MNIEJSZY POJAZD, TAK ZWANĄ „SUKĘ”. DALSZĄ CZĘŚĆ DROGI ODBYWAŁAM JUŻ W CAŁKOWITEJ SAMOTNOŚCI, ŚCIŚNIĘTA W MAŁYM, BLASZANYM BOKSIE. KOLEJNE CZTERY GODZINY POTWORNEGO JEDNOSTAJNEGO HUKU, DUSZNEGO POWIETRZA I WALKI Z WŁASNYMI, NAJCZARNIEJSZYMI MYŚLAMI. W POŁOWIE DROGI STRAŻNIK OTWORZYŁ BOKS I WRĘCZYŁ MI TAK ZWANĄ „TRANSPORTÓWKĘ” — RACJĘ ŻYWNOŚCIOWĄ NA CZAS PODRÓŻY. DOSTAŁAM BOCHENEK CZERSTWEGO CHLEBA, KILKA SUROWYCH MARCHEWEK, CAŁĄ CEBULĘ, MAŁĄ KOSTKĘ NAJTAŃSZEJ MARGARYNY, SEREK TOPIONY I WIĘZIENNE MIĘSO — GOTOWANĄ SOJĘ W WORECZKU, KTÓRA Z WYGLĄDU I ZAPACHU DO ZŁUDZENIA PRZYPOMINAŁA TANIĄ KARMĘ DLA PSA. PATRZYŁAM NA TEN ZESTAW NA MOICH KOLANACH. TO WŁAŚNIE WTEDY, W TAMTEJ CIASNEJ BLASZANEJ KLATCE, OSTATECZNIE ZROZUMIAŁEM, ŻE W TYM SYSTEMIE NAWET JEDZENIE MA JEDNO, NADRZĘDNE ZADANIE: SKUTECZNIE ODEBRAĆ CZŁOWIEKOWI OSTATNIE RESZTKI LUDZKIEJ NORMALNOŚCI. KIEDY PO WIELU GODZINACH CIĄGŁEJ JAZDY SAMOCHÓD W KOŃCU SIĘ ZATRZYMAŁ, A CIĘŻKIE DRZWI SIĘ OTWORZYŁY, BYŁAM BRUDNA, SKRAJNIE ZMĘCZONA I FIZYCZNIE WYKOŃCZONA. MIAŁAM WRAŻENIE, ŻE TEN JEDEN DZIEŃ TRWAŁ CAŁĄ WIECZNOŚĆ. STAŁAM NA NOWYM DZIEDZIŃCU, PATRZĄC NA NIEZNANE MI MURY. ZACZYNAŁ SIĘ KOLEJNY ETAP MOJEGO WYROKU.Rozdział 4: Wersalu się zachciało

W NOWYM ZAKŁADZIE KARNYM NA DZIEŃ DOBRY PRZYWITAŁA MNIE KWINTESENCJA WIĘZIENNEGO SYSTEMU: BARDZO MŁODY FUNKCJONARIUSZ SŁUŻBY WIĘZIENNEJ. MÓGŁ MIEĆ NAJWYŻEJ DWADZIEŚCIA LAT. OD PIERWSZEJ SEKUNDY BYŁO WIDAĆ, ŻE MUNDUR I CIĘŻKI PĘK KLUCZY PRZY PASIE UDERZYŁY MU DO GŁOWY. ROZPACZLIWIE, NIEMAL KARYKATURALNIE CHCIAŁ ZADEMONSTROWAĆ SWOJĄ ABSOLUTNĄ WŁADZĘ NAD LUDŹMI, KTÓRYCH WŁAŚNIE MU POWIERZONO. NADGORLIWY, AGRESYWNY I OSTENTACYJNIE AROGANCKI. ODZYWAŁ SIĘ DO MNIE PER „TY”, A MOMENTAMI MÓWIŁ O MNIE W TRZECIEJ OSOBIE, JAKBY ROZMAWIAŁ Z POWIETRZEM ALBO PRZEDMIOTEM. W TYM ŚWIECIE CZŁOWIEK MA PRZESTAĆ BYĆ CZŁOWIEKIEM NATYCHMIAST PO PRZEKROCZENIU CIĘŻKIEJ, STALOWEJ BRAMY. BYŁAM SKRAJNIE WYCIEŃCZONA PO CAŁYM DNIU KOSZMARNEGO TRANSPORTU ETAPOWEGO, ALE W PEWNYM MOMENCIE MOJA WRODZONA ASERTYWNOŚĆ WZIĘŁA GÓRĘ. PO PROSTU NIE WYTRZYMAŁAM. SPOJRZAŁAM MU PROSTO W OCZY I POWIEDZIAŁAM SPOKOJNYM, OPANOWANYM GŁOSEM: — PANIE FUNKCJONARIUSZU, JEST PAN BARDZO MŁODYM CZŁOWIEKIEM. METRYKALNIE MOGŁABYM BYĆ PANA MATKĄ. TO, ŻE NOSZĘ STATUS OSADZONEJ, NIE OZNACZA, ŻE PRZESTAŁAM BYĆ ISTOTĄ LUDZKĄ. MOJĄ KARĄ WYZNACZONĄ PRZEZ SĄD JEST WIĘZIENIE, PRZYMUSOWA IZOLACJA OD RODZINY I CAŁKOWITA UTRATA DOTYCHCZASOWEGO ŻYCIA. NAPRAWDĘ NIE MA POTRZEBY, ABY KARAŁ MNIE PAN DODATKOWO BEZCELOWYM PONIŻANIEM. MUNDUROWY ZAMARŁ. SPOJRZAŁ NA MNIE Z NIESKRYWANĄ POGARDĄ, PO CZYM NA CAŁYM KORYTARZU WYBUCHŁA HISTERIA. ZACZĄŁ WRZESZCZEĆ NA CAŁE GARDŁO. Z JEGO UST POSYPAŁY SIĘ RYNSZTOKOWE WULGARYZMY, ZWIEŃCZONE TEKSTEM, KTÓRY ZAPAMIĘTAM DO KOŃCA ŻYCIA: — OHO, PATRZCIE JĄ! WERSALU SIĘ PANIUSI ZACHCIAŁO!
W TAMTEJ MINUCIE, STOJĄC NA OBCYM, ZIMNYM KORYTARZU, ZROZUMIAŁAM SMUTNĄ PRAWDĘ: NIEKTÓRZY LUDZIE, DOSTAJĄC NAJMNIEJSZY OCHŁAP WŁADZY NAD DRUGIM CZŁOWIEKIEM, BŁYSKAWICZNIE ZAMIENIAJĄ SIĘ W POTWORY. NASTĘPNYM PRZYSTANKIEM BYŁ MAGAZYN. TAM DOWIEDZIAŁAM SIĘ, ŻE WSZYSTKIE MOJE ZAPASY ŻYWNOŚCIOWE ZAMKNIĘTE W METALOWYCH PUSZKACH MUSZĄ ZOSTAĆ NATYCHMIAST WYRZUCONE — PROCEDURY ZABRANIAŁY POSIADANIA METALU NA CELACH. WIEDZIAŁAM JUŻ Z DOŚWIADCZENIA, JAK TAKIE URZĘDOWE „WYRZUCANIE” WYGLĄDA W PRAKTYCE I W CZYICH ŻOŁĄDKACH LĄDUJĄ KONSERWY. PONOWNIE URUCHOMIŁAM CHŁODNY, NEGOCJACYJNY TON: SPOKOJNIE OŚWIADCZYŁAM, ŻE ZOSTAWIĘ PUSZKI NA MAGAZYNIE JAKO MÓJ DEPOZYT, A NASTĘPNEGO DNIA, PODCZAS REGULAMINOWEGO OTWARCIA CEL, PRZEŁOŻĘ ICH ZAWARTOŚĆ DO DOZWOLONYCH, PLASTIKOWYCH POJEMNIKÓW. W TEN SPOSÓB, DZIĘKI ZIMNEJ KRWI, URATOWAŁAM TRZY PEŁNOWARTOŚCIOWE KONSERWY. ZA KRATAMI CZŁOWIEK UCZY SIĘ KOMBINOWAĆ W GRANICACH ROZSĄDKU W UŁAMKU SEKUNDY. JEŚLI JESTEŚ BIERNY, SYSTEM I WSPÓŁOSADZENI ZJEDZĄ CIĘ ŻYWCEM. ZANIM JEDNAK W OGÓLE DOPUSZCZONO MNIE NA BLOK MIESZKALNY, CZEKAŁA MNIE OSTATECZNA BLOKADA UPOKORZENIA: PONOWNA, SZCZEGÓŁOWA KONTROLA OSOBISTA. ŁĄCZNIE Z PEŁNYM STRIPTIZEM I OBOWIĄZKOWYM PRZYSIADEM BEZ MAJTEK NA ŚRODKU POKOJU PRZESZUKAŃ. TO SĄ TE SUROWE, FIZJOLOGICZNE REALIA PROCEDUR WIĘZIENNYCH, O KTÓRYCH AUTORZY KRYMINAŁÓW RZADKO PISZĄ GŁOŚNO. PO PRZEJŚCIU TEGO PIEKŁA TRAFIŁAM NA ROZMOWĘ Z WYCHOWAWCZYNIĄ. KU MOJEMU OGROMNEMU ZASKOCZENIU, PO DRUGIEJ STRONIE BIURKA ZASTAŁAM CIEPŁĄ, SPOKOJNĄ KOBIETĘ. PRZEJRZAŁA MOJE AKTA I ZAUWAŻYŁA, ŻE JESTEM OSOBĄ NIEPALĄCĄ. ZAPEWNIŁA MNIE, ŻE ULOKUJE MNIE NA BLOKU DLA NIEPALĄCYCH. PAMIĘTAM, ŻE POCZUŁAM WTEDY OGROMNĄ ULGĘ. „CHOCIAŻ TUTAJ NIE BĘDĘ MUSIAŁA BEZ PRZERWY ODDYCHAĆ CUDZYM DYMEM I BUDZIĆ SIĘ Z BÓLEM PŁUC” — POMYŚLAŁAM. NIE WIEDZIAŁAM JESZCZE, ŻE WIĘZIENIE ZAWSZE MA W ZANADRZU KOLEJNĄ NIESPODZIANKĘ. GDY CIĘŻKIE SKRZYDŁO NOWEJ CELI ZATRZASNĘŁO SIĘ ZA MOIMI PLECAMI, ŁZY BEZSILNOŚCI W KOŃCU WYSCHŁY, A PIERWSZE, NAJTRUDNIEJSZE EMOCJE OPADŁY. BRUTALNA PROZA ŻYCIA ZMUSIŁA MNIE DO NATYCHMIASTOWEGO DZIAŁANIA. WIĘZIENIE NIE ZNOSI PRÓŻNI ANI ROZCZULANIA SIĘ NAD WŁASNYM LOSEM. MOJE PIERWSZE ZADANIE BYŁO UPOKARZAJĄCE W SWOJEJ TRYWIALNOŚCI: UŚCIELIĆ SZORSTKĄ PRYCZĘ I POUKŁADAĆ NIELICZNE ZAPASY. DO DYSPOZYCJI DOSTAŁAM JEDNĄ, JEDYNĄ PÓŁKĘ W MAŁEJ, ODRAPANEJ METALOWEJ SZAFCE. OD TERAZ TO BYŁA CAŁA MOJA PRYWATNA PRZESTRZEŃ NA ZIEMI. WSZYSTKIE RESZTKI KOMFORTU, DO KTÓRYCH ZDĄŻYŁAM PRZYWYKNĄĆ W POPRZEDNIEJ JEDNOSTCE, BEZPOWROTNIE PRZESZŁY DO HISTORII. MÓJ BILANS LUKSUSU GWAŁTOWNIE ZJECHAŁ GŁĘBOKO PONIŻEJ ZERA. PRAWDZIWY SZOK PRZYSZEDŁ JEDNAK WIECZOREM, PODCZAS PRZYGOTOWAŃ DO SNU. W SZEŚCIOOSOBOWEJ CELI MIAŁYŚMY DO DYSPOZYCJI ZALEDWIE DWIE PLASTIKOWE MISKI. ZANIM KTÓRAKOLWIEK Z NAS MOGŁA UŻYĆ NACZYNIA DO INTYMNEJ HIGIENY, TRZEBA BYŁO DOKONAĆ MAKABRYCZNEGO RYTUAŁU: DOKŁADNIE WYPARZYĆ PLASTIK WRZĄTKIEM Z CZAJNIKA. POWÓD BYŁ PROZAICZNY. W DRUGIEJ MISCE, ZANURZONE W LODOWATEJ WODZIE, CHŁODZIŁY SIĘ HERMETYCZNIE ZAPAKOWANE WĘDLINY. BYŁ ŚRODEK UPALNEGO LATA, W CELI PANOWAŁ NIEZNOŚNY, LEPKI ZADUCH, A O LODÓWCE MOGŁYŚMY JEDYNIE POMARZYĆ. DZIEWCZYNY RADZIŁY SOBIE WSZELKIMI SPOSOBAMI, BY JEDZENIE PO PROSTU SIĘ NIE ZEPSUŁO. ŚWIADOMOŚĆ, ŻE SZEŚĆ DOROSŁYCH KOBIET MUSI DZIELIĆ TO SAMO NACZYNIE, BY ZMYĆ Z SIEBIE BRUD CAŁEGO DNIA I SCHŁODZIĆ PORCJĘ KIEŁBASY, BYŁA DLA MNIE — BYŁEJ DYREKTORKI FINANSOWEJ, KTÓRA JESZCZE NIEDAWNO SYPIAŁA WYŁĄCZNIE W HOTELACH PREMIUM — BARIERĄ PSYCHICZNĄ NIEMAL NIE DO PRZEJŚCIA. W TAMTYM MOMENCIE OSTATECZNIE POŻEGNAŁAM SIĘ Z POJĘCIEM INTYMNOŚCI. GDY ZA OKNAMI ZAPADŁ ZMROK, DZIEWCZYNY URUCHOMIŁY „WIĘZIENNE SZKIEŁKO”, JAK W ŻARGONIE NAZYWANO STARY, KINESKOPOWY TELEWIZOR ZAWIESZONY POD SUFITEM NA METALOWYM STELAŻU. Z WYRAŹNYM OŻYWIENIEM ŚLEDZIŁY LOSY CELEBRYTÓW W PROGRAMIE HOTEL PARADISE. TO WŁAŚNIE W TAMTEJ MINUCIE ZROZUMIAŁAM PONURY, NIEMAL IRONICZNY ŻART LOSU. LEŻĄC NA SWOJEJ PRYCZY, MIAŁAM ZEROWY KĄT WIDZENIA NA EKRAN. WIDZIAŁAM TYLKO CZARNĄ OBUDOWĘ. NOWY DOM NA DZIEŃ DOBRY ZAFUNDOWAŁ MI CAŁKOWITĄ ALIENACJĘ NAWET OD RESZTEK POPKULTURY. MIMO TWARDEGO, ZNISZCZONEGO MATERACA, KTÓRY PAMIĘTAŁ ZAPEWNE UBIEGŁĄ DEKADĘ, POTWORNE ZMĘCZENIE WIELOGODZINNYM TRANSPORTEM WZIĘŁO GÓRĘ. ZASNĘŁAM W UŁAMKU SEKUNDY.Rozdział 5: Bilans luksusu i 12 kilogramów jedzenia

RANO RZECZYWISTOŚĆ NIE DAŁA MI ŻADNEJ TARYFY ULGOWEJ. DOKŁADNIE O 6:00 RANO KORYTARZEM WSTRZĄSNĄŁ PRZERAŹLIWY DŹWIĘK PORANNEGO APELU. GODZINĘ PÓŹNIEJ PODANO ŚNIADANIE, A PUNKTUALNIE O 8:00 WYBIŁA PORA MOJEGO PIERWSZEGO SPACERU W NOWYM MIEJSCU. KIEDY STRAŻNIK OTWORZYŁ DRZWI I WYPROWADZIŁ NAS NA ZEWNĄTRZ, POCZUŁAM CHARAKTERYSTYCZNY, OSTRY UCISK W KLATCE PIERSIOWEJ. SPACERNIAK OKAZAŁ SIĘ PONURYM, WYBETONOWANYM WYBIEGIEM, OTOCZONYM POTĘŻNYM, WYSOKIM MUREM Z ZACIEKAMI OD DESZCZU. U GÓRY, ZAMIAST CZYSTEGO BŁĘKITU NIEBA, WZROK NAPOTYKAŁ GĘSTĄ SIATKĘ STALOWĄ I ZWOJE DRUTU OSTRZOWEGO, UZBROJONEGO W ŻYLETKI. PONAD NASZYMI GŁOWAMI, PO SPECJALNYM METALOWYM POMOŚCIE NA KORONIE MURU, MIAROWYM, CIĘŻKIM KROKIEM PRZECHADZAŁ SIĘ ODDZIAŁOWY, OSTENTACYJNIE DEMONSTRUJĄC SWOJĄ BROŃ I ABSOLUTNĄ KONTROLĘ. NA ŚRODKU TEGO PLACU STAŁA PRYMITYWNA SIŁOWNIA POD CHMURKĄ — ZARDZEWIAŁY ROWEREK STACJONARNY I KILKA PRZYRZĄDÓW, ZAPROJEKTOWANYCH EWIDENTNIE POD CIĘŻKĄ, MĘSKĄ ANATOMIĘ. MY, KOBIETY, STRUCHLAŁE, SKURCZONE W SOBIE I MILCZĄCE, CHODZIŁYŚMY PO PROSTU BEZ CELU DOOKOŁA WYBIEGU, KREŚLĄC STOPAMI NIEWIDZIALNE, POWTARZALNE KRĘGI NA BETONIE. NA SPACERNIAKU TŁOCZYŁY SIĘ TEŻ OSADZONE Z INNYCH BLOKÓW. W POWIETRZU UNOSIŁ SIĘ GĘSTY, GRYZĄCY DYM Z NAJTAŃSZYCH PAPIEROSÓW, A ZIEMIĘ USYPYWAŁY TYSIĄCE PETÓW. DZIEWCZYNY, WYRAŹNIE ZAINTRYGOWANE NOWĄ TWARZĄ W STADZIE, PODCHODZIŁY BLIŻEJ I PRÓBOWAŁY ZAGADYWAĆ. CHOĆ W GRUNCIE RZECZY BYŁY POPRAWNE, OD RAZU DOSTRZEGŁAM NIEWIDZIALNĄ, BEZWZGLĘDNĄ HIERARCHIĘ. WSZYSTKIE BEZ WYJĄTKU CZUŁY OGROMNY RESPEKT PRZED MOJĄ CELĄ, A ZWŁASZCZA PRZED MILCZĄCĄ JUSTYNĄ, KTÓREJ CHŁODNE, INTELIGENTNE SPOJRZENIE I CIAŁO POKRYTE WIĘZIENNYMI TATUAŻAMI DZIAŁAŁY NA RESZTĘ GRYPSUJĄCYCH JAK NIEWIDZIALNA TARCZA OCHRONNA. BYŁAM POD JEJ NIEOFICJALNĄ PROTEKCJĄ, CHOĆ W TAMTEJ CHWILI NIE ROZUMIAŁAM JESZCZE WSZYSTKICH KONSEKWENCJI TEGO UKŁADU. PO RÓWNEJ GODZINIE ZARYGLOWANO NAS Z POWROTEM. JEDNAK JESZCZE PRZED OBIADEM ZAMEK W DRZWIACH SZCZĘKNĄŁ PONOWNIE. ODDZIAŁOWY ZAKOMUNIKOWAŁ, ŻE IDZIEMY NA „WYPISKĘ”. JUSTYNA SZTURCHNĘŁA MNIE LEKKO ŁOKCIEM W ŻEBRA I SZEPNĘŁA KONSPIRACYJNIE: — TEN AKURAT KLAWISZ JEST W PORZĄDKU. LUDZKI GOŚĆ. RUSZYŁYŚMY BETONOWĄ KLATKĄ SCHODOWĄ W DÓŁ. GDY MINĘŁYŚMY MASYWNE, STALOWE WROTA, ZATRZYMAŁAM SIĘ NA MOMENT, GWAŁTOWNIE TRACĄC ODDECH W PIERSIACH. ZNALAZŁYŚMY SIĘ NA OGROMNEJ PERONCE. MOIM OCZOM UKAZAŁA SIĘ GIGANTYCZNA, TRÓJPIĘTROWA PRZESTRZEŃ Z CHARAKTERYSTYCZNYMI, KRATOWANYMI PODESTAMI, PRZEZ KTÓRE PRZEŚWITYWAŁY NIŻSZE KONDYGNACJE I CHODZĄCY NA DOLE STRAŻNICY. WOKÓŁ, JAK W UPIORNYM, BETONOWYM ULU, CIĄGNĘŁY SIĘ NIESKOŃCZONE RZĘDY CIĘŻKICH DRZWI Z NUMERAMI CEL, A PRZEZ SAM ŚRODEK BIEGŁY ŻELAZNE, AŻUROWE SCHODY ŁĄCZĄCE TE ODIZOLOWANE OD ŚWIATA POZIOMY. TO BYŁO DOKŁADNIE TAKIE WIĘZIENIE, JAKIE DO TEJ PORY ZNAŁAM WYŁĄCZNIE Z MROCZNYCH, HOLLYWOODZKICH FILMÓW. POCZUŁAM GŁĘBOKI SZOK I TOTALNE NIEDOWIERZANIE. MOJA PODŚWIADOMOŚĆ KRZYCZAŁA, ŻE TO TYLKO KOSZMARNY SEN, Z KTÓREGO ZA CHWILĘ SIĘ OBUDZĘ. POWOLI PODESZŁYŚMY DO SIATKOWANYCH, PANCERNYCH KLATEK PRZY OKIENKU KANTYNY. TO BYŁ WIĘZIENNY SKLEP — JEDYNE MIEJSCE, GDZIE OSADZENI POSIADAJĄCY JAKIKOLWIEK LEGALNY KAPITAŁ NA SWOIM KONCIE MOGLI TRZY RAZY W MIESIĄCU DOKONAĆ ZAKUPÓW. I WŁAŚNIE WTEDY, W TAMTEJ KRÓTKIEJ SEKUNDZIE, PO RAZ PIERWSZY TWARZĄ W TWARZ ZDERZYŁAM SIĘ Z NAJCIĘŻSZĄ, NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNĄ KATEGORIĄ TEGO ŚWIATA. DO KLATKI Z SIATKI PO DRUGIEJ STRONIE OKIENKA WSZEDŁ POTĘŻNY, NIEPRZYZWOICIE UMIĘŚNIONY MĘŻCZYZNA. MIAŁ SZEROKI KARK I POTĘŻNĄ POSTURĘ. CO NAJWAŻNIEJSZE — MIAŁ NA SOBIE JASKRAWY, JADOWICIE POMARAŃCZOWY KOMBINEZON. W WIĘZIENNYM KODZIE OZNACZAŁO TO JEDNO: KATEGORIA „N”. WIĘZIEŃ SKRAJNIE NIEBEZPIECZNY. CAŁA JEGO ŁYSA GŁOWA, TWARZ, SKRONIE, SZYJA I POTĘŻNE, ŻYLASTE PRZEDRAMIONA BYŁY GĘSTĄ, SINĄ MAPĄ WIĘZIENNYCH TATUAŻY. RESZTĘ CIAŁA MASKOWAŁ OSTRY, POMARAŃCZOWY KOLOR UBRAŃ. ZA NIM, JAK WIERNY CIEŃ, PODĄŻAŁ DRUGI — NIŻSZY, DROBNIEJSZY, ALE RÓWNIE ŁYSY I TAK SAMO NAZNACZONY TUSZEM POD SKÓRĄ. WIELKI MĘŻCZYZNA ZATRZYMAŁ SIĘ PRZY LADZIE, SPOJRZAŁ NA SPRZEDAWCĘ I ZAPYTAŁ LODOWATYM, NISKIM BASEM, CZY MOGĄ ZOSTAĆ OBSŁUŻENI BEZ KOLEJKI, PONIEWAŻ POTĘŻNIE IM SIĘ SPIESZY NA ODDZIAŁ. NASZ ODDZIAŁOWY SPOJRZAŁ NA NASZĄ SKROMNĄ, KOBIECĄ PIĄTKĘ, SZYBKO SKALKULOWAŁ CZAS W GŁOWIE I SKINĄŁ POTULNIE GŁOWĄ NA ZGODĘ. WIEDZIAŁ DOSKONALE, ŻE ROZLICZENIE SKOMPLIKOWANYCH ZAKUPÓW PIĘCIU KOBIET ZAJMIE MU WIEKI, A Z CZŁOWIEKIEM W POMARAŃCZOWYM KOMBINEZONIE NIKT W TYM BUDYNKU NIE CHCIAŁ WCHODZIĆ W POLEMIKĘ. TO, CO WYDARZYŁO SIĘ PRZY OKIENKU W CIĄGU NASTĘPNYCH MINUT, NATYCHMIAST URUCHOMIŁO WE MNIE MÓJ UŚPIONY, ZAWODOWY INSTYNKT EKONOMISTY. TEN GIGANTYCZNY CZŁOWIEK W POMARAŃCZOWYM KOMBINEZONIE, OPERUJĄC WIĘZIENNYMI TALONAMI I KONTEM DEPOZYTOWYM, BEZ MRUGNIĘCIA OKIEM ROBIŁ ZAKUPY ZA SIEBIE I SWOJEGO DROBNIEJSZEGO KOMPANA. KUPOWALI HURTOWO: MIĘSO, NABIAŁ, SŁODYCZE I KILOGRAMY KAWY. W TYM MIEJSCU NIE MA MIEJSCA NA BŁĘDY W OBLICZENIACH. KIEDY KUPUJESZ W KANTYNIE, STAWIASZ KAŻDĄ RZECZ NA WADZE, A SYSTEM NA BIEŻĄCO POKAZUJE CI AKTUALNY TONAŻ. WIĘZIENNY REGULAMIN JEST POD TYM WZGLĘDEM BEZWZGLĘDNY, CHŁODNY I PRECYZYJNIE WYLICZONY. MAKSYMALNIE SZEŚĆ KILOGRAMÓW ŻYWNOŚCI NA JEDNĄ WYPISKĘ — URZĘDNICY STWORZYLI TEN LIMIT Z APTEKARSKĄ DOKŁADNOŚCIĄ, ABY ZA WSZELKĄ CENĘ ZAPOBIEC GROMADZENIU ZAPASÓW I NIELEGALNEMU HANDLOWI CELNEMU. DO TEGO DOCHODZIŁO RESTRYKCYJNE OGRANICZENIE DO DZIESIĘCIU LITRÓW NAPOJÓW ORAZ ZALEDWIE JEDNA LUB DWIE SZTUKI ARTYKUŁÓW CHEMICZNYCH. CI DWAJ MĘŻCZYŹNI Z KATEGORII „N” ZNALI TE LICZBY NA PAMIĘĆ. WYCZYŚCILI TEN REGULAMINOWY LIMIT MECHANICZNIE, Z CHIRURGICZNĄ PRECYZJĄ, DO OSTATNIEGO, POJEDYNCZEGO GRAMA. GDY ZAPAKOWALI SWOJE MONSTRUALNE TORBY, ODESZLI W MILCZENIU W ESKORCIE CZUJNYCH STRAŻNIKÓW. DOPIERO WTEDY MY, JEDNA PO DRUGIEJ, PODESZŁYŚMY DO OKIENKA, BY ZROBIĆ SWOJE SKROMNE ZAKUPY. CHWILĘ PÓŹNIEJ, W ABSOLUTNEJ, GĘSTEJ CISZY, RUSZYŁYŚMY KORYTARZEM Z POWROTEM NA NASZ ODDZIAŁ. GDY CIĘŻKA KLAPA CELI ZATRZASNĘŁA SIĘ ZA NAMI, USIADŁAM BEZWŁADNIE NA SWOJEJ PRYCZY, BEZSKUTECZNIE SZUKAJĄC WZROKIEM EKRANU TELEWIZORA, NA KTÓRY Z MOJEGO MIEJSCA NIE MIAŁAM ŻADNEGO KĄTA WIDZENIA. W GŁOWIE WCIĄŻ PULSOWAŁ MI TEN AGRESYWNY, JADOWICIE POMARAŃCZOWY KOLOR I PORAŻAJĄCA PUSTKA W OCZACH TAMTEGO CZŁOWIEKA. OBRAZ TEJ BEZWZGLĘDNEJ SIŁY ORAZ OSTATECZNA ŚWIADOMOŚĆ, POD JAK SUROWYM, ODCZŁOWIECZONYM DACHEM PRZYSZŁO MI TERAZ SPĘDZAĆ KOLEJNE LATA, NA STAŁE ZAPISAŁY SIĘ W MOIM NOWYM, ŻYCIOWYM BILANSIE. WIĘZIENIE NIE KOŃCZY SIĘ NA GRUBYCH KRATKACH W OKNACH. ONO POWOLI, NIEZAUWAŻALNIE WCHODZI CZŁOWIEKOWI DO GŁOWY. ZMIENIA ARCHITEKTURĘ SPOSOBU MYŚLENIA. ODBIERA RESZTKI PRYWATNOŚCI. UCZY POKORY — CZASEM BRUTALNIEJ I GŁĘBIEJ, NIŻ POWINNO. NAJGORSZE Z PERSPEKTYWY CZASU WCALE NIE BYŁY BRUDNE CELE, LODOWATA WODA ANI GRYZĄCE KOCE Z DEPOZYTU. NAJGORSZA BYŁA TA PRZERAŻAJĄCA PLASTYCZNOŚĆ LUDZKIEJ PSYCHIKI; TO, JAK SZYBKO CZŁOWIEK ZACZYNA PRZYZWYCZAJAĆ SIĘ DO RZECZY, KTÓRE JESZCZE KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ NA WOLNOŚCI WYDAŁYBY SIĘ CAŁKOWICIE NIE DO ZAAKCEPTOWANIA. TO BYŁ JEDNAK DOPIERO POCZĄTEK TEJ HISTORII. BO ZA CIĘŻKIMI, WIĘZIENNYMI DRZWIAMI NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNE NIE SĄ WCALE STALOWE KRATY. NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNE JEST TO, ŻE PO PEWNYM CZASIE PO PROSTU PRZESTAJESZ JE ZAUWAŻAĆ.Rozdział 6: Sześć minut wrzątku

JAKO FINANSISTKA CAŁE ŻYCIE KONTROLOWAŁAM SWOJE OTOCZENIE. CENIŁAM PRYWATNOŚĆ, PORZĄDEK, STRUKTURĘ I ŚWIĘTY SPOKÓJ. W WIĘZIENIU KOBIET SZYBKO ZROZUMIAŁAM, ŻE PIERWSZĄ RZECZĄ, KTÓRĄ SYSTEM CI ODBIERA, WCALE NIE JEST WOLNOŚĆ. JEST NIĄ INTYMNOŚĆ. ZOSTAŁAM BRUTALNIE ODARTA Z GODNOŚCI NA RZECZ BEZDUSZNYCH PROCEDUR. NAJBARDZIEJ BOLESNĄ LEKCJĄ TEGO NOWEGO STANU RZECZY BYŁA DLA MNIE PIERWSZA ŁAŹNIA. DZIEŃ ŁAŹNIOWY W KRYMINALE TO NIE JEST ZWYKŁY PRYSZNIC. TO PERFEKCYJNIE NAOLIWIONA, LOGISTYCZNA MACHINA UPOKORZENIA. WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ, GDY ODDZIAŁOWA Z HUKIEM OTWORZYŁA DRZWI NASZEJ CELI I WYKRZTUSIŁA KRÓTKĄ KOMENDĘ. MIAŁAM ZALEDWIE KILKA CHWIL, ŻEBY W PANICE ZŁAPAĆ SZORSTKI RĘCZNIK I PLASTIKOWĄ MISKĘ. SZŁYŚMY GRUPĄ — KILKANAŚCIE KOBIET, RAMIĘ W RAMIĘ, CIASNYM KORYTARZEM, KTÓRY PACHNIAŁ STĘCHŁYM TYNKIEM, WILGOCIĄ I TANIM, SZARYM MYDŁEM. WESZŁYŚMY DO PIERWSZEGO POMIESZCZENIA. ROZBIERALNIA. WOKÓŁ MNIE BYŁO ZERO ZASŁONEK, ZERO JAKIEJKOLWIEK PRYWATNOŚCI. KILKANAŚCIE OBCYCH KOBIET ZACZĘŁO ZRZUCAĆ Z SIEBIE UBRANIA NA ROZKAZ STRAŻNICZKI. PO MINUCIE STAŁAM TAM CAŁKOWICIE NAGA, POŚRÓD CIAŁ ZNISZCZONYCH PRZEZ NARKOTYKI, ALKOHOL, WIELOLETNIE ZANIEDBANIA I GŁĘBOKIE RANY. ALE BYŁY TAM TEŻ DZIEWCZYNY TAKIE JAK JA — PRZERAŻONE, Z TAK ZWANYCH „DOBRYCH DOMÓW”, KTÓRE JESZCZE NIEDAWNO NOSIŁY ELEGANCKIE GARSONKI. CZUŁAM NA SKÓRZE CIĘŻKI, LEPKI WZROK WSPÓŁOSADZONYCH. W MOJEJ GŁOWIE JAK SZALONA DUDNIŁA TYLKO JEDNA, PARALIŻUJĄCA MYŚL: CZY W TEJ GRUPIE SĄ LESBIJKI? CZY KTÓRAŚ PATRZY NA MNIE W OKREŚLONY SPOSÓB? WSTYD I GŁĘBOKIE SKRĘPOWANIE PARALIŻOWAŁY MOJE STOPY, KTÓRE Z OBRZYDZENIEM MUSIAŁAM POSTAWIĆ NA ZIMNEJ, ŚLISKIEJ I BRUDNEJ POSADZCE. — PRZEJŚCIE! — WRZASNĘŁA ODDZIAŁOWA. Z RĘCZNIKIEM ŚCIŚNIĘTYM W DRŻĄCEJ DŁONI, NAGA, MUSIAŁAM PRZEJŚĆ NA OCZACH WSZYSTKICH DO KOLEJNEJ SALI. WESZŁAM POD PRYSZNIC. MOIM OCZOM UKAZAŁ SIĘ DŁUGI RZĄD KAFELKÓW I WYSTAJĄCYCH ZE ŚCIANY OBSKURNYCH RUREK. BRAK JAKICHKOLWIEK ZASŁONEK, JEDYNIE SYMBOLICZNE, PLASTIKOWE ŚCIANKI PO BOKACH, KTÓRE W ŻADEN SPOSÓB NIE UKRYWAŁY CIAŁA. NA TO WSZYSTKO Z BOKU PATRZYŁA ODDZIAŁOWA. MIAŁA ZNUDZONY WZROK, JAKBY LICZYŁA SZTUKI BYDŁA NA TAŚMIE PRODUKCYJNEJ W RZEŹNI. I WTEDY ZACZĄŁ SIĘ PRAWDZIWY KOSZMAR, NA KTÓRY NIKT — ŻADEN PRAWNIK ANI ŻYCIOWE DOŚWIADCZENIE — MNIE NIE PRZYGOTOWAŁ. WODA ZOSTAŁA WŁĄCZONA CENTRALNIE, JEDNYM GŁÓWNYM ZAWOREM DLA CAŁEJ GRUPY. STRAŻNICZKA UDERZYŁA W STOPER. MIAŁAM DOKŁADNIE SZEŚĆ MINUT. PRZEZ TEN ABSURDALNIE KRÓTKI CZAS MUSIAŁAM ZROBIĆ WSZYSTKO: ZMOCZYĆ SIĘ, WYSZOROWAĆ CAŁE CIAŁO I UMYĆ DŁUGIE WŁOSY. ZANIM JEDNAK ZDĄŻYŁAM NAŁOŻYĆ SZAMPON, Z RUR BUCHNĄŁ POTWORNY, PARZĄCY ŻAR. INŻYNIERIA TEGO MIEJSCA NIE PRZEWIDZIAŁA CZEGOŚ TAKIEGO JAK REGULACJA TEMPERATURY. Z METALOWYCH KOŃCÓWEK GWAŁTOWNIE POLECIAŁ CZYSTY WRZĄTEK. SKÓRA NATYCHMIAST ZACZĘŁA MNIE PIEC, ROBIĄC SIĘ CHOROBLIWIE CZERWONA. CZAS NIEUBŁAGANIE UCIEKAŁ. WOKÓŁ MNIE ROZLEGŁY SIĘ PISKLIWE KRZYKI INNYCH DZIEWCZYN, POTWORNY HAŁAS PARUJĄCEJ WODY I PANICZNA, ZWIERZĘCA WALKA O KAŻDĄ SEKUNDĘ POD STRUMIENIEM. MYŁAM GŁOWĘ W SZALONYM LOCIE. CHEMICZNA PIANA ZALEWAŁA MI OCZY, A PO POLICZKACH PŁYNĘŁY ŁZY. SAMA NIE WIEDZIAŁAM, CZY PŁACZĘ Z FIZYCZNEGO BÓLU, CZY Z KOMPLETNEJ BEZSILNOŚCI WOBEC BEZDUSZNOŚCI TEGO SYSTEMU. ZANIM ZDĄŻYŁAM DOKŁADNIE SPŁUKAĆ GĘSTĄ ODŻYWKĘ, WODA NAGLE ZNIKNĘŁA. W USZACH ZAREKLAMOWAŁ TYLKO GŁOŚNY, METALICZNY SYK RUR. KONIEC. WYSZŁAM Z ŁAŹNI Z CZERWONĄ, POPARZONĄ GORĄCĄ WODĄ SKÓRĄ. BYŁAM NIEDOMYTA, Z DRAŻNIĄCYMI RESZTKAMI PIANY ZA USZAMI I GŁĘBOKO ZAWSTYDZONA. WRACAŁAM DO CELI W CAŁKOWITYM MILCZENIU, KURCZOWO TULĄC DO PIERSI MOKRY RĘCZNIK, KTÓRY SŁUŻYŁ MI ZA JEDYNĄ TARCZĘ. TO BYŁ TEN OSTATECZNY MOMENT, W KTÓRYM DOTARŁO DO MNIE, GDZIE NAPRAWDĘ SIĘ ZNAJDUJĘ. WERSAL SIĘ SKOŃCZYŁ. ZACIĘŁA SIĘ BEZWZGLĘDNA WALKA O PRZETRWANIE.Rozdział 7: Pajączek i pięć par oczu

W WIĘZIENIU DNIEM NAJWIĘKSZEJ PRÓBY NIE JEST WCALE DZIEŃ ZATRZYMANIA. PRAWDZIWY SĄD OSTATECZNY ROZGRYWA SIĘ PODCZAS ROZPRAWY APELACYJNEJ. TO WTEDY WAŻĄ SIĘ LOSY NAJBLIŻSZYCH LAT ŻYCIA, A ZEGAR EGZEKUCYJNY RUSZA NA DOBRE. PRZEZ WIELE MIESIĘCY KARMIŁAM SIĘ NADZIEJĄ. ANALIZOWAŁAM Z ADWOKATEM KAŻDE SŁOWO AKTU OSKARŻENIA, LICZYŁAM NA ZMNIEJSZENIE WYROKU, NA JAKIKOLWIEK HUMANITARNY GEST SYSTEMU, KTÓRY POZWOLIŁBY MI SZYBCIEJ WRÓCIĆ DO NORMALNOŚCI. DO ŚWIATA, W KTÓRYM LICZBY UKŁADAŁY SIĘ W BEZPIECZNE ARKUSZE KALKULACYJNE, A NIE W LATA SPĘDZONE W IZOLACJI. TAMTEGO DNIA WSTAŁAM O ŚWICIE. W GŁOWIE MIAŁAM POTWORNY MĘTLIK. ZANIM ZDĄŻYŁAM ZEBRAĆ MYŚLI, ODDZIAŁOWA Z GŁOŚNYM TRZASKIEM OTWORZYŁA KLAPĘ CELI. — WOKANDA! — RZUCIŁA KRÓTKO. WYSZŁAM NA PERONKĘ. PRZESZŁYŚMY DO POKOJU PRZESZUKAŃ. KONTROLA OSOBISTA BYŁA RUTYNĄ, STANDARDEM, Z KTÓRYM KAŻDA OSADZONA MUSI SIĘ POGODZIĆ. SYSTEM WIĘZIENNY NIE WYPUŚCI CIĘ Z ODDZIAŁU BEZ STRIPTIZU. MUSISZ STAĆ NAGA PRZED OBCĄ OSOBĄ, UDOWADNIAJĄC, ŻE POD SKÓRĄ I W FAŁDACH UBRAŃ NIE WYNOSISZ NICZEGO POZA WŁASNYM STRACHEM. GDY ZESZŁAM NA PARTER, PRZEJĘLI MNIE POLICJANCI. PROCEDURY BEZPIECZEŃSTWA UDERZYŁY WE MNIE Z CAŁĄ BEZWZGLĘDNOŚCIĄ. ZAŁOŻYLI MI TAK ZWANEGO PAJĄCZKA — CIĘŻKIE ŻELAZNE KAJDANKI NA NOGI, POŁĄCZONE GRUBYM ŁAŃCUCHEM Z KAJDANKAMI NA RĘKACH. OD TEJ CHWILI MOJE CIAŁO PRZESTAŁO NALEŻEĆ DO MNIE. STAL WRZYNAŁA SIĘ W KOSTKI I NADGARSTKI. MUSIAŁAM IŚĆ OSTROŻNYMI, NIENATURALNYMI TIPTOPAMI, WALCZĄC O RÓWNOWAGĘ PRZY KAŻDYM KROKU. JEDEN FAŁSZYWY RUCH OZNACZAŁ BOLESNY UPADEK TWARZĄ NA BETON. PROWADZILI MNIE PRZEZ KRĘTE, WILGOTNE KORYTARZE UKRYTE W PIWNICACH. DO BUDYNKU SĄDU WCHODZIŁYŚMY JAKIMŚ PODZIEMNYM, MROCZNYM PRZEJŚCIEM. PACHNIAŁO TAM STĘCHLIZNĄ, HISTORIĄ LUDZKICH DRAMATÓW I STARYM TYNKIEM. ISTNY HORROR. POTEM ZACZĘŁA SIĘ WSPINACZKA: SCHODAMI W GÓRĘ, SCHODAMI W DÓŁ, A KAŻDY STOPIEŃ WYMAGAŁ TYTANICZNEGO WYSIŁKU, BY SKOORDYNOWAĆ RUCH ZABLOKOWANYCH NÓG I RĄK. SZCZĘK ŁAŃCUCHÓW ODBIJAŁ SIĘ ECHEM OD PUSTYCH ŚCIAN. ZANIM TRAFIŁAM NA SALĘ, ZAMKNIĘTO MNIE W POCZEKALNI. SIEDZIAŁAM ZA GRUBĄ SIATKĄ, CZUJĄC SIĘ JAK PIES W KOJCU. CZEKAŁAM NA WYROK. GDY W KOŃCU WPROWADZONO MNIE NA SALĘ SĄDOWĄ, CZAS ZWOLNIŁ. WSZYSTKIE OCZY OBECNYCH NATYCHMIAST ZWRÓCIŁY SIĘ W MOIM KIERUNKU. STAŁAM ZA PANCERNĄ SZYBĄ, ZASZCZUTA, SPARALIŻOWANA, KOMPLETNIE NIE WIEDZĄC, CO MAM ZE SOBĄ ZROBIĆ. BYŁAM MAGISTREM EKONOMII, FINANSISTKĄ. MIAŁAM WYROK ZA OSZUSTWO FINANSOWE. NIKOGO NIE ZAMORDOWAŁAM, NIGDY NIE BYŁAM AGRESYWNA, A W TAMTYM MOMENCIE CZUŁAM SIĘ TRAKTOWANA TAK, JAKBYM MIAŁA USŁYSZEĆ WYROK DOŻYWOCIA. I WYROK ZAPADŁ. SĘDZIA ODCZYTAŁ FORMUŁĘ BEZ CIENIA EMOCJI W GŁOSIE. NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO. WYROK Z PIERWSZEJ INSTANCJI ZOSTAŁ UTRZYMANY W MOCY. PIĘĆ MINUT. DOKŁADNIE TYLE TRWAŁO SPOTKANIE Z WYMIAREM SPRAWIEDLIWOŚCI, KTÓRE PRZYPIECZĘTOWAŁO MOJĄ PRZYSZŁOŚĆ NA NIEMAL DEKADĘ. MATKO, POMYŚLAŁAM, CZUJĄC, JAK CAŁE POWIETRZE UCHODZI Z MOICH PŁUC. PRAWIE OSIEM LAT. TO JEST SZMAT CZASU. JAK TO PRZEŻYĆ? JAK PRZETRWAĆ?
DROGA POWROTNA BYŁA NAJDŁUŻSZĄ I NAJGORSZĄ PODRÓŻĄ W MOIM ŻYCIU. W GŁOWIE HUCZAŁO MI TYLKO JEDNO, PANICZNE PYTANIE: JAK MAM IM O TYM POWIEDZIEĆ? WRACAM NA CELĘ, DO DZIEWCZYN, KTÓRE CZEKAŁY NA DOBRE WIEŚCI. TERAZ TO NAPRAWDĘ POTWORNIE SIĘ BAŁAM. PO POWROCIE NA ODDZIAŁ MACHINA RUSZYŁA OD NOWA. OCZYWIŚCIE KOLEJNA KONTROLA OSOBISTA, KOLEJNY STRIPTIZ — ZUPEŁNIE TAK, JAKBYM MIAŁA TECHNICZNĄ MOŻLIWOŚĆ PRZEMYCENIA CZEGOKOLWIEK NA OCZACH ESKORTUJĄCYCH MNIE POLICJANTÓW I CZUJNYCH STRAŻNIKÓW. W KOŃCU STANĘŁAM PRZED KLAPĄ SWOJEJ CELI. TWARZĄ DO ŚCIANY, BO TAKIE BYŁY ZASADY. NIE INACZEJ. ZZA PLECÓW DOBIEGŁ MNIE CHARAKTERYSTYCZNY ODGŁOS KLUCZY ODDZIAŁOWEJ. TEN DŹWIĘK SZURAJĄCYCH O METAL KLUCZY BYŁ DLA MNIE NIE DO ZNIESIENIA. W CIĄGU DNIA POTRAFIŁ IRYTOWAĆ, ALE W NOCY, W ABSOLUTNEJ CISZY, STAWAŁ SIĘ CZYSTYM HORROREM. ODDZIAŁOWA PRZEKRĘCIŁA ZAMEK I PCHNĘŁA CIĘŻKIE SKRZYDŁO. — WCHODŹ — RZUCIŁA. STANĘŁAM W PROGU. ZA MOIMI PLECAMI ROZLEGŁ SIĘ POTWORNY, GŁUCHY TRZASK ZAMYKANYCH DRZWI. W CELI ZAPADŁA GROBOWA CISZA. PIĘĆ PAR OCZU NATYCHMIAST SPOCZĘŁO NA MOJEJ TWARZY. DZIEWCZYNY PATRZYŁY NA MNIE W NAPIĘCIU, WYCZEKUJĄC JAKICHKOLWIEK INFORMACJI. WTEDY STAŁO SIĘ COŚ, CZEGO SAMA SIĘ PO SOBIE NIE SPODZIEWAŁAM. ZUPEŁNIE NIE WIEM, SKĄD NAGLE WZIĘŁAM W SOBIE TĘ SIŁĘ, ALE UNIOSŁAM WYSOKO GŁOWĘ, SPOJRZAŁAM IM PROSTO W OCZY I POWIEDZIAŁEM PEWNYM, MOCNYM GŁOSEM: — PRAWIE OSIEM LAT WYROKU. DAM RADĘ. W CELI PRZEZ SEKUNDĘ WISIAŁO MILCZENIE. JAKO PIERWSZA RUSZYŁA SIĘ JUSTYNA. PODESZŁA DO MNIE BLISKO, ZMIERZYŁA MNIE WZROKIEM OD GÓRY DO DOŁU I SKWITOWAŁA KRÓTKO: — O KURWA, DZIEWCZYNO. MASZ JAJA I PSYCHĘ BABY Z JAJAMI. PEŁEN SZACUN. NIGDY, DO KOŃCA ŻYCIA NIE ZAPOMNĘ TEJ CHWILI. CAŁE NAPIĘCIE NAGLE PĘKŁO. PODCHODZIŁY DO MNIE PO KOLEI I UŚCISKAŁY MNIE WSZYSTKIE PIĘĆ. WTEDY, W TAMTEJ JEDNEJ SEKUNDZIE, POCZUŁAM POTĘŻNĄ ULGĘ. WIEDZIAŁAM, ŻE TRAFIŁAM NA ŚWIETNĄ CELĘ. CHOĆ DZIEWCZYNY ODSIADYWAŁY WYROKI ZA NAJRÓŻNIEJSZE PRZESTĘPSTWA, POD TĄ CELĄ BYŁYŚMY PO TO, ABY SIĘ WSPIERAĆ. NIE BYŁO TAM MIEJSCA NA FAŁSZ. TA KRÓTKA CHWILA TRIUMFU I SOLIDARNOŚCI MIAŁA JEDNAK SWÓJ TRAGICZNY CIEŃ. WSZYSTKIE DOSKONALE WIEDZIAŁYŚMY, ŻE PO UPRAWOMOCNIENIU SIĘ WYROKU PRAWO STAJE SIĘ BEZWZGLĘDNE. NIE MOGŁAM JUŻ ZOSTAĆ NA CELI DLA ARESZTANTEK. MUSIAŁAM ZOSTAĆ PRZENIESIONA NA CELĘ DLA „PETEK” — KOBIET ZE STAŁYM WYROKIEM. PŁAKAŁYŚMY WTEDY WSZYSTKIE RAZEM, SIEDZĄC NA WIĘZIENNYCH PRYCZACH. JA UMIERAŁAM W ŚRODKU ZE STRACHU. PRZETRWAŁAM PIERWSZY SZOK, ZYSKAŁAM SZACUNEK, A TERAZ SYSTEM ZNOWU RZUCAŁ MNIE W NIEZNANE. NIE MIAŁAM POJĘCIA, GDZIE TRAFIĘ, NA JAKĄ CELĘ ZOSTANĘ RZUCONA I Z JAKIMI KOBIETAMI PRZYJDZIE MI DZIELIĆ KOLEJNY KAWAŁEK MOJEGO OŚMIOLETNIEGO WYROKU.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij