Facebook - konwersja

Billy Budd - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 264 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AU­TO­RA

Rok 1797, w któ­rym roz­gry­wa się ni­niej­sza opo­wieść, na­le­ży do okre­su, kie­dy to – jak dziś uwa­ża każ­dy my­śli­ciel – do­szło w świe­cie chrze­ści­jań­skim do kry­zy­su, któ­re­go wiel­kiej, choć na­ów­czas nie prze­wi­dy­wa­nej do­nio­sło­ści, nie prze­wyż­szy­ła żad­na inna era za­no­to­wa­na w dzie­jach. Cel, wy­zna­czo­ny przez du­cha owej epo­ki, obej­mo­wał na­pra­wie­nie dzie­dzicz­nych krzywd Sta­re­go Świa­ta. We Fran­cji zo­sta­ło to w pew­nej mie­rze krwa­wo do­ko­na­ne. Ale cóż po­tem? Sama Re­wo­lu­cja na­tych­miast prze­mie­ni­ła się w krzyw­dzi­ciel­kę, jesz­cze bar­dziej cie­mię­ską od kró­lów. Za Na­po­le­ona wpro­wa­dzi­ła na tro­ny par­we­niu­szow­skich mo­nar­chów i roz­po­czę­ła tę prze­wle­kłą udrę­kę nie­usta­ją­cej woj­ny, któ­rej osta­tecz­nym pa­rok­sy­zmem było Wa­ter­loo. W owych la­tach na­wet naj­mę­dr­si nie mo­gli prze­wi­dzieć, że wy­ni­kiem tego wszyst­kie­go bę­dzie coś, co póź­niej nie­któ­rzy my­śli­cie­le naj­wy­raź­niej uzna­li nie­mal na ca­łej li­nii za po­li­tycz­ny po­stęp dla Eu­ro­pej­czy­ków.

Otóż, jak o tym bę­dzie wspo­mnia­ne na in­nym miej­scu, wła­śnie coś z re­wo­lu­cyj­ne­go du­cha ośmie­li­ło w Spi­the­ad za­ło­gi okrę­tów wo­jen­nych do po­wsta­nia prze­ciw­ko praw­dzi­wym, za­daw­nio­nym krzyw­dom, a po­tem, na Nore, do wy­su­nię­cia nie­umiar­ko­wa­nych i agre­syw­nych żą­dań, któ­rym zdo­ła­no się z po­wo­dze­niem prze­ciw­sta­wić do­pie­ro wów­czas, gdy pro­wo­dy­rów po­wie­szo­no ku prze­stro­dze za­ko­twi­czo­nej tam flo­ty. Jed­nak­że ana­lo­gicz­nie do od­dzia­ły­wa­nia Re­wo­lu­cji w ogó­le, Wiel­ki Bunt, choć przez An­gli­ków na­tu­ral­nie uwa­ża­ny wów­czas za po­twor­ny, nie­wąt­pli­wie dał pierw­szy uta­jo­ny bo­dziec do bar­dzo do­nio­słych re­form w bry­tyj­skiej ma­ry­nar­ce.ROZ­DZIAŁ I (OPO­WIA­DA­NIE WTA­JEM­NI­CZO­NE­GO)

Przed wy­na­le­zie­niem stat­ku pa­ro­we­go, czy może wte­dy czę­ściej niż dzi­siaj, uwa­gę czło­wie­ka, któ­ry prze­cha­dzał się po na­brze­żach każ­de­go znacz­ne­go por­tu mor­skie­go, zwra­ca­ła nie­kie­dy gru­pa ogo­rza­łych ma­ry­na­rzy z flo­ty wo­jen­nej albo han­dlo­wej, ubra­nych od­święt­nie i prze­by­wa­ją­cych za prze­pust­ką na lą­dzie. W pew­nych przy­pad­kach eskor­to­wa­li oni albo – ni­czym przy­bocz­na straż – ze­wsząd ota­cza­li ja­kąś wy­bit­ną po­stać, na­le­żą­cą do ich gro­na, któ­ra po­stę­po­wa­ła na­przód wraz z nimi, jak Al­de­ba­ran po­śród po­mniej­szych gwiazd swej kon­ste­la­cji. Owym zna­mie­ni­tym osob­ni­kiem był Uro­dzi­wy Ma­ry­narz z cza­sów mniej pro­za­icz­nych – czy to z flo­ty wo­jen­nej, czy han­dlo­wej. Bez żad­ne­go wi­do­me­go śla­du cheł­pli­wo­ści, ra­czej z nie­dba­łą swo­bo­dą wła­ści­wą mo­nar­chom z uro­dze­nia, zda­wał się on przyj­mo­wać spon­ta­nicz­ne hoł­dy swo­ich ko­le­gów.

Przy­po­mi­nam so­bie przy­pa­dek dość nie­zwy­kły. W Li­ver­po­olu, pół stu­le­cia temu, uj­rza­łem w cie­niu wiel­kie­go, brud­ne­go muru (za­wa­dy od daw­na już usu­nię­tej), któ­ry od­dzie­lał Dom Ksią­żę­cy od uli­cy, zwy­kłe­go ma­ry­na­rza tak czar­ne­go, że mu­siał nie­wąt­pli­wie być ro­do­wi­tym Afry­ka­ni­nem z nie­ska­żo­nej krwi Cha­ma – po­stać pro­por­cjo­nal­ną, wzro­stu znacz­nie wyż­sze­go niż prze­cięt­ny. Dwa koń­ce barw­nej je­dwab­nej chust­ki, za­ło­żo­nej luź­no na szy­ję, tań­czy­ły mu na od­sło­nię­tym he­ba­nie tor­su; w uszach miał duże zło­te pier­ście­nie, a na kształt­nej gło­wie zsu­nię­ty w tył szkoc­ki be­ret z kra­cia­stą opa­ską.

Było upal­ne lip­co­we po­łu­dnie, to­też twarz jego lśni­ła od potu, pro­mie­nie­jąc bar­ba­rzyń­skim we­se­lem. Rzu­cał na pra­wo i lewo jo­wial­ne uwa­gi, bły­ska­jąc bia­ły­mi zę­ba­mi, i kro­czył ocho­czo po­środ­ku gro­ma­dy ko­le­gów-ma­ry­na­rzy. Ta zaś skła­da­ła się z ta­kie­go do­bo­ru ple­mion i barw skó­ry, że Ana­cha­ris Clo­ots mógł­by ją do­sko­na­le po­pro­wa­dzić przed pierw­sze Zgro­ma­dze­nie Fran­cu­skie jako przed­sta­wi­cie­li Rasy Ludz­kiej. Za każ­dym spon­ta­nicz­nym hoł­dem, skła­da­nym przez prze­chod­niów owej czar­nej ludz­kiej pa­go­dzie – hoł­dem, któ­re­go wy­ra­zem było za­milk­nię­cie i zdu­mio­ne spoj­rze­nie, a rza­dziej wy­krzyk­nik – pstro­ka­ta świ­ta ob­ja­wia­ła taką dumę z przed­mio­tu tego po­dzi­wu, ja­kiej nie­za­wod­nie do­świad­cza­li asy­ryj­scy ka­pła­ni na wi­dok swe­go wiel­kie­go rzeź­bio­ne­go byka, gdy wier­ni pa­da­li przed nim na twarz. Ale wróć­my do rze­czy.

Je­że­li nie­kie­dy Uro­dzi­wy Ma­ry­narz z owych cza­sów ob­no­sił się po lą­dzie ni­czym ja­kiś mor­ski Mu­rat, to jed­nak nie miał w so­bie nic z dan­dy­so­wa­te­go Bila Ju­na­ka – za­baw­ne­go osob­ni­ka, dzi­siaj już pra­wie za­po­mnia­ne­go, ale nie­kie­dy spo­ty­ka­ne­go w po­sta­ci jesz­cze uciesz­niej­szej od pier­wo­wzo­ru, u ste­ru stat­ków na burz­li­wym ka­na­le Erie lub, co praw­do­po­dob­niej­sze, pe­ro­ru­ją­ce­go w nad­brzeż­nych knaj­pach. Nie­zmien­nie bie­gły w swym nie­bez­piecz­nym rze­mio­śle, był on po­nad­to mniej albo wię­cej zna­mie­ni­tym pię­ścia­rzem czy za­pa­śni­kiem. Łą­czył siłę z uro­dą. Po­wta­rza­no so­bie opo­wie­ści o jego wy­czy­nach. Na lą­dzie był szer­mie­rzem, na wo­dzie rzecz­ni­kiem in­nych, za­wsze pierw­szym do wszyst­kie­go. Gdy trze­ba było zre­fo­wać mar­sie przy sil­nym wie­trze – już sie­dział okra­kiem na noku na­wietrz­nej rei, ze sto­pą w oli­no­wa­niu jak w strze­mie­niu, cią­gnąc obu­rącz za oko liny ni­czym za uzdę, w po­sta­wie wiel­ce przy­po­mi­na­ją­cej mło­de­go Alek­san­dra kieł­zna­ją­ce­go ogni­ste­go Bu­ce­fa­ła. Prze­pysz­na po­stać, wy­rzu­co­na wy­so­ko w burz­li­we nie­bo jak­by ro­ga­mi Tau­ru­sa, we­so­ło za­ga­du­ją­ca do mo­zo­lą­cych się to­wa­rzy­szy.

Mo­ral­na jego na­tu­ra rzad­ko prze­czy­ła po­wierz­chow­no­ści. W isto­cie, nie do­peł­nio­na nią uro­da i siła, za­wsze po­cią­ga­ją­ca w do­sko­na­łym oka­zie mę­sko­ści, nie mo­gła­by jed­nak wy­wo­ły­wać tego ro­dza­ju hoł­dów, ja­kie w nie­któ­rych przy­pad­kach od­bie­rał Uro­dzi­wy Ma­ry­narz od swo­ich mniej szczo­drze ob­da­rzo­nych to­wa­rzy­szy.

Ta­kim to wzo­rem do­sko­na­ło­ści, przy­najm­niej ze­wnętrz­nie, a po­nie­kąd też i w swej na­tu­rze, acz­kol­wiek z pew­ny­mi istot­ny­mi od­chy­le­nia­mi, któ­re zo­sta­ną ujaw­nio­ne w toku ni­niej­szej opo­wie­ści, był mo­dro­oki Bil­ly Budd – albo Dzie­ci­na, jak go w koń­cu po­ufa­le na­zy­wa­no z uwa­gi na oko­licz­no­ści, któ­re póź­niej przy­to­czy­my – dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni for­top­man we flo­cie pod ko­niec ostat­niej de­ka­dy wie­ku osiem­na­ste­go. Do służ­by kró­lew­skiej do­stał się na krót­ko przed okre­sem, w któ­rym roz­gry­wa się ni­niej­sza opo­wieść, za­bra­ny na Cie­śni­nach z po­kła­du wra­ca­ją­ce­go do kra­ju stat­ku han­dlo­we­go i przy­mu­so­wo wcie­lo­ny do za­ło­gi wy­pły­wa­ją­ce­go w mo­rze sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­dzia­ło­we­go okrę­tu Jego Kró­lew­skiej Mo­ści „Nie­po­skro­mio­ny”, któ­ry to okręt, co w owych go­rącz­ko­wych cza­sach nie było zgo­ła nie­zwy­kłe, mu­siał wyjść z por­tu bez na­le­ży­te­go kom­ple­tu za­ło­gi. Ofi­cer wer­bun­ko­wy, po­rucz­nik Ratc­lif­fe, le­d­wie uj­rzaw­szy Bil­la na schod­ni, sko­czył pro­sto do nie­go, jesz­cze za­nim for­mal­nie ze­bra­no do prze­glą­du na po­kła­dzie ru­fo­wym za­ło­gę stat­ku.

I tyl­ko Bil­la wy­brał. Bo czy to dla­te­go, że inni, kie­dy ich przed nim usta­wio­no, wy­pa­dli nie­ko­rzyst­nie po Bil­lu, czy też że miał nie­ja­kie skru­pu­ły z uwa­gi na fakt, że owe­mu stat­ko­wa han­dlo­we­mu nie­co bra­ko­wa­ło lu­dzi – jak­kol­wiek tam było, ofi­cer za­do­wo­lił się swo­im pierw­szym, od­ru­cho­wym wy­bo­rem. Ku zdzi­wie­niu za­ło­gi, choć i ku du­żej sa­tys­fak­cji po­rucz­ni­ka, Bil­ly nie zgła­szał sprze­ci­wu. Ale też wszel­ki sprze­ciw był­by rów­nie da­rem­ny, jak pro­test szczy­gła wsa­dzo­ne­go do klat­ki.

Wi­dząc tę zgo­dę bez skar­gi, moż­na po­wie­dzieć nie­le­d­wie ocho­czą, ko­le­dzy z za­ło­gi skie­ro­wa­li na ma­ry­na­rza zdu­mio­ne spoj­rze­nia, peł­ne mil­czą­ce­go wy­rzu­tu. Ka­pi­tan stat­ku był jed­nym z tych za­cnych śmier­tel­ni­ków, spo­ty­ka­nych w każ­dym za­wo­dzie – na­wet naj­skrom­niej­szym – ro­dza­jem czło­wie­ka, któ­re­go każ­dy zgod­nie na­zy­wa „przy­zwo­itym”. I – rzecz nie tak dziw­na, jak by się mo­gło zda­wać – choć był ora­czem zmą­co­nych wód i całe ży­cie zma­gał się z nie­sfor­nym ży­wio­łem, po­czci­wiec ni­cze­go bar­dziej nie mi­ło­wał w głę­bi ser­ca niż zwy­kłej ci­szy i spo­ko­ju. Poza tym li­czył lat pięć­dzie­siąt albo oko­ło tego, był nie­co skłon­ny do oty­ło­ści, miał miłą twarz po­zba­wio­ną za­ro­stu i o przy­jem­nej ce­rze – twarz ra­czej peł­ną, ludz­ką i ro­zum­ną w wy­ra­zie. W po­god­ny dzień, przy po­myśl­nym wie­trze, je­że­li wszyst­ko szło do­brze, pe­wien me­lo­dyj­ny ton jego gło­su zda­wał się być praw­dzi­wym, nie ha­mo­wa­nym wy­ra­zem we­wnętrz­nej na­tu­ry. Był bar­dzo roz­trop­ny, bar­dzo su­mien­ny, ale w nie­któ­rych przy­pad­kach za­le­ty owe sta­wa­ły się przy­czy­ną nad­mier­ne­go nie­po­ko­ju. Pod­czas rej­su, do­pó­ki jego sta­tek znaj­do­wał się w po­bli­żu lądu, nie było snu dla ka­pi­ta­na Gra­ve­lin­ga. Brał so­bie bar­dzo do ser­ca ową po­waż­ną od­po­wie­dzial­ność, nie ma­ją­cą aż ta­kiej wagi dla nie­któ­rych in­nych ka­pi­ta­nów.

W cza­sie gdy Bil­ly Budd był na dole w for­kasz­te­lu i zbie­rał swo­je ma­nat­ki, ofi­cer z „Nie­po­skro­mio­ne­go”, człek krzep­ki i ob­ce­so­wy, by­najm­niej nie zbi­ty z tro­pu tym, że ka­pi­tan Gra­ve­ling po­mi­nął zwy­cza­jo­we uprzej­mo­ści przy tak nie­mi­łej dlań oka­zji – po­mi­nię­cie to spo­wo­do­wa­ne było po pro­stu za­tro­ska­niem – bez ce­re­mo­nii za­pro­sił się do ka­ju­ty, a tak­że na flasz­kę z sza­fecz­ki na spi­ry­tu­alia, któ­ry to scho­wek jego wy­traw­ne oko na­tych­miast wy­kry­ło. W isto­cie był on jed­nym z tych wil­ków mor­skich, w któ­rych wszyst­kie tru­dy i nie­bez­pie­czeń­stwa ma­ry­nar­skie­go ży­cia pod­czas wiel­kich, prze­wle­kłych wo­jen jego epo­ki nig­dy nie przy­tłu­mi­ły wro­dzo­nej chęt­ki do uciech zmy­sło­wych. Obo­wiąz­ki swe za­wsze wy­peł­niał su­mien­nie, ato­li obo­wią­zek bywa nie­kie­dy su­chy, to­też był za tym, aże­by, kie­dy tyl­ko się da, zwil­żać jego su­chość użyź­nia­ją­cym wy­wa­rem moc­nych pły­nów. Wła­ści­cie­lo­wi ka­ju­ty nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak tyl­ko ode­grać rolę przy­mu­so­we­go go­spo­da­rza z moż­li­wie naj­więk­szą gra­cją i skwa­pli­wo­ścią. Jako nie­zbęd­ne do­dat­ki do flasz­ki, po­sta­wił w mil­cze­niu przed nie­po­ha­mo­wa­nym go­ściem ku­bek i dzba­nek z wodą. Prze­pro­sił jed­nak, iż sam nie bę­dzie w tym uczest­ni­czył, i po­sęp­nie pa­trzał, jak nie stro­pio­ny ofi­cer spo­koj­nie roz­cień­czył grog odro­bi­ną wody, po czym wy­chy­lił go trze­ma hau­sta­mi i od­su­nął pu­sty ku­bek, nie tak da­le­ko wszak­że, by nie móc go się­gnąć bez tru­du, a jed­no­cze­śnie roz­siadł­szy się wy­god­nie i ob­li­zaw­szy war­gi z ogrom­ną sa­tys­fak­cją, spoj­rzał pro­sto na go­spo­da­rza.

Po owych po­czy­na­niach ka­pi­tan prze­rwał mil­cze­nie, a w jego gło­sie cza­ił się smęt­ny wy­rzut:

– Po­rucz­ni­ku, za­bie­ra mi pan naj­lep­sze­go z mo­ich lu­dzi, klej­not po­mię­dzy nimi.

– Tak, wiem – od­parł tam­ten, na­tych­miast przy­su­wa­jąc so­bie ku­bek, by go po­now­nie na­peł­nić. – Wiem o tym. Bar­dzo mi przy­kro.

– Prze­pra­szam, ale pan mnie nie ro­zu­mie, po­rucz­ni­ku. Niech pan po­słu­cha. Nim wzią­łem na po­kład tego mło­de­go czło­wie­ka, mój for­kasz­tel był ja­ski­nią swa­rów. Czar­ne to były chwi­le na stat­ku, po­wia­dam panu. Tra­pi­łem się tak, że na­wet faj­ka nie mo­gła mnie po­cie­szyć.

Ale zja­wił się Bil­ly i było to tak, jak gdy­by ksiądz ka­to­lic­ki za­pro­wa­dził spo­kój w ir­landz­kiej spe­lun­ce. Nie żeby im pra­wił ka­za­nia albo mó­wił czy ro­bił coś szcze­gól­ne­go – ale biła od nie­go cno­ta, cu­krząc wszyst­kich skwa­szo­nych. Przy­lgnę­li do nie­go ni­czym szer­sze­nie do me­la­sy – wszy­scy z wy­jąt­kiem przy­wód­cy ca­łej zgrai, tego ma­syw­ne­go, ko­sma­te­go chło­pa z ogni­sto­ru­dy­mi ba­ka­mi. Być może przez za­zdrość o no­we­go przy­by­sza, mnie­ma­jąc, że taki „słod­ki i miły chłop­czy­na”, jak go drwią­co na­zy­wał wo­bec in­nych, nie może mieć du­cha wal­czą­ce­go ko­gu­ta, po­sta­no­wił ko­niecz­nie wy­wo­łać ja­kąś pa­skud­ną awan­tu­rę. Bil­ly za­cho­wy­wał cier­pli­wość, za­ga­dy­wał do nie­go miło – bo on, po­rucz­ni­ku, jest tro­chę taki jak ja, dla któ­re­go wszel­kie kłót­nie są nie­na­wist­ne – ale nic nie po­ma­ga­ło. No i któ­re­goś dnia, pod­czas dru­giej psiej wach­ty, Rudy Bak w obec­no­ści in­nych, pod po­zo­rem, że po­ka­zu­je Bil­lo­wi, skąd wy­kra­wa się po­lę­dwi­cę na bef­sztyk – był bo­wiem nie­gdyś rzeź­ni­kiem – bez­czel­nie wy­mie­rzył mu kuk­sań­ca pod że­bra. Bil­ly, szyb­ki jak bły­ska­wi­ca, pu­ścił w ruch swą pięść. Przy­pusz­czam, że wca­le nie za­mie­rzał osią­gnąć aż ta­kie­go skut­ku, ale w każ­dym ra­zie spra­wił temu krzep­kie­mu dur­nio­wi okrop­ne cię­gi. Trwa­ło to chy­ba z pół mi­nu­ty. Jak mi Bóg miły, drą­ga­la zdu­mia­ła ta szyb­kość. I czy dasz pan wia­rę, po­rucz­ni­ku, że Rudy Bak te­raz na­praw­dę ko­cha Bil­la? Ko­cha go albo jest naj­więk­szym hi­po­kry­tą, o ja­kim w ży­ciu sły­sza­łem. Ale też wszy­scy go ko­cha­ją. Nie­któ­rzy pio­rą jego rze­czy, ce­ru­ją mu zno­szo­ne spodnie, cie­śla w wol­nych chwi­lach robi dla nie­go pięk­ną sza­fecz­kę. Każ­dy by wszyst­ko uczy­nił dla Bil­la Bud­da i je­ste­śmy tu te­raz jed­ną szczę­śli­wą ro­dzi­ną. Otóż, po­rucz­ni­ku, je­że­li ten chło­pak odej­dzie, już wiem, co bę­dzie na po­kła­dzie „Praw”. Te­raz nie­pręd­ko będę mógł po ko­la­cji oprzeć się o ka­be­stan i spo­koj­nie wy­pa­lić faj­kę – nie, chy­ba już nie­pręd­ko. Tak, po­rucz­ni­ku, za­bie­rasz mi pan klej­not praw­dzi­wy; za­bie­rasz mi tego, któ­ry czy­ni po­kój.

To rze­kł­szy ów za­cny czło­wiek z praw­dzi­wym tru­dem po­wścią­gnął wzbie­ra­ją­cy szloch.

– No cóż – od­rzekł ofi­cer, któ­ry z roz­ba­wie­niem i cie­ka­wo­ścią słu­chał tego wszyst­kie­go, a te­raz jesz­cze po­we­se­lał od trun­ku. – Cóż, niech będą bło­go­sła­wie­ni czy­nią­cy po­kój, szcze­gól­nie tacy, co wal­czą! A wła­śnie ta­ki­mi są te sie­dem­dzie­siąt czte­ry pięk­not­ki, któ­rych pasz­cze wi­dzisz pan wy­tknię­te przez strzel­ni­ce wo­jen­ne­go okrę­tu, co na mnie cze­ka – tu wska­zał przez okno ka­bi­ny na „Nie­po­skro­mio­ne­go”. – Ale od­wa­gi! Nie bądź pan taki zgnę­bio­ny. Ba, z góry panu przy­rze­kam kró­lew­ską apro­ba­tę. Bądź pe­wien, iż Naj­ja­śniej­szy Pan z ra­do­ścią się do­wie, że w cza­sach, kie­dy jego su­cha­ry nie są po­szu­ki­wa­ne przez ma­ry­na­rzy tak chci­wie, jak by po­win­ny, a tak­że w cza­sach, kie­dy nie­któ­rzy ka­pi­ta­no­wie flo­ty han­dlo­wej po ci­chu mają za złe wy­po­ży­cza­nie od nich do służ­by jed­ne­go czy dru­gie­go czło­wie­ka, Naj­ja­śniej­szy Pan, jak po­wia­dam, ura­du­je się, że przy­najm­niej je­den taki ka­pi­tan z ocho­tą od­da­je kró­lo­wi sam kwiat swej trzód­ki, ma­ry­na­rza, któ­ry z rów­ną wier­no­ścią nie sta­wia temu opo­ru. Ale gdzież jest to moje cudo? A! – do­dał pa­trząc w otwar­te drzwi ka­ju­ty. – Otóż idzie i, na Jo­wi­sza, dźwi­ga swą skrzyn­kę. Apol­lo z ku­fer­kiem! Czło­wie­ku – rzekł wy­cho­dząc mu na spo­tka­nie – nie mo­żesz za­brać ta­kie­go du­że­go pu­dła na okręt wo­jen­ny. Tam skrzy­nie są głów­nie na kar­ta­cze. Włóż swo­je ma­nat­ki do wor­ka, chłop­cze. Buty i sio­dło dla ka­wa­le­rzy­sty, a wo­rek i ha­mak dla ma­ry­na­rza z okrę­tu wo­jen­ne­go.

Prze­ło­że­nie rze­czy ze skrzyn­ki do wor­ka zo­sta­ło do­ko­na­ne. Na­stęp­nie, za­cze­kaw­szy, aż jego wy­bra­niec zszedł do sza­lu­py, po­rucz­nik opu­ścił się za nim i od­bił od „Praw czło­wie­ka”. Tak bo­wiem brzmia­ła na­zwa stat­ku han­dlo­we­go, acz­kol­wiek ka­pi­tan oraz za­ło­ga skra­ca­li ją po ma­ry­nar­sku na „Pra­wa”. Jego upar­ty wła­ści­ciel z Dun­dee był za­go­rza­łym wiel­bi­cie­lem To­ma­sza Pa­ine’a, któ­re­go książ­ka, sta­no­wią­ca od­po­wiedź na po­tę­pie­nie re­wo­lu­cji fran­cu­skiej przez Bur­ke’a, a wte­dy nie­daw­no opu­bli­ko­wa­na, ro­ze­szła się wszę­dzie. Na­da­jąc swe­mu stat­ko­wi mia­no od ty­tu­łu książ­ki Pa­ine’a, ów czło­wiek z Dun­dee po tro­sze przy­po­mi­nał współ­cze­sne­go so­bie ar­ma­to­ra, Ste­phe­na Gi­rar­da z Fi­la­del­fii, któ­ry dał wy­raz sym­pa­tiom do oj­czy­ste­go kra­ju i jego li­be­ral­nych po­glą­dów fi­lo­zo­ficz­nych na­zy­wa­jąc swe stat­ki „Wol­ter”, „Di­de­rot” i tak da­lej.

Lecz oto te­raz, kie­dy sza­lu­pa prze­pły­wa­ła pod rufą stat­ku han­dlo­we­go, a ofi­cer i wio­śla­rze uj­rze­li – jed­ni ze zło­ścią, a inni z uśmie­chem – wy­pi­sa­ną tam na­zwę, w tej wła­śnie chwi­li nowo zwer­bo­wa­ny ze­rwał się z miej­sca na dzio­bie ło­dzi, gdzie ster­nik ka­zał mu sie­dzieć, i jął ma­chać ka­pe­lu­szem, że­gna­jąc się we­so­ło ze swy­mi mil­czą­cy­mi ko­le­ga­mi, któ­rzy z ża­lem spo­glą­da­li nań znad re­lin­gu. Na­stęp­nie po­zdro­wił sam sta­tek:

– Że­gnaj­cie mi tak­że, „Pra­wa czło­wie­ka”!

– Sia­daj, mój pa­nie! – ryk­nął po­rucz­nik, na­tych­miast przy­bie­ra­jąc su­ro­wy ton, od­po­wied­ni dla swo­jej ran­gi, choć z tru­dem ha­mu­jąc śmiech.

Istot­nie, po­stę­pek Bil­la był strasz­nym na­ru­sze­niem ma­ry­nar­skiej dys­cy­pli­ny. Wsze­la­ko chło­pa­ka nig­dy jej nie uczo­no, co bio­rąc pod uwa­gę po­rucz­nik nie na­po­mniał­by go tak ener­gicz­nie, gdy­by nie to koń­co­we po­że­gna­nie ze stat­kiem. Do­pa­trzył się w nim bo­wiem ukry­tej iro­nii ze stro­ny nowo zre­kru­to­wa­ne­go – chy­tre­go po­tę­pie­nia za­rów­no przy­mu­so­we­go wer­bun­ku, jak i jego sa­me­go w szcze­gól­no­ści. Jed­nak­że – co bar­dziej praw­do­po­dob­ne – je­że­li za­brzmia­ło to iro­nicz­nie w efek­cie, nie było ta­kie w in­ten­cji, al­bo­wiem Bil­ly, cho­ciaż szczę­śli­wie ob­da­rzo­ny we­so­ło­ścią wła­ści­wą do­bre­mu zdro­wiu, mło­do­ści i bez­tro­skie­mu ser­cu, nie był by­najm­niej skłon­ny do iro­nii. Bra­ko­wa­ło mu za­rów­no ocho­ty po temu, jak i zło­śli­wej zręcz­no­ści. Po­słu­gi­wa­nie się dwu­znacz­ni­ka­mi czy in­sy­nu­acja­mi wszel­kie­go ro­dza­ju było zu­peł­nie obce jego na­tu­rze.

Co zaś się ty­czy przy­mu­so­we­go za­cią­gu, to przyj­mo­wał go po tro­sze tak, jak zwykł był przyj­mo­wać każ­dą od­mia­nę po­go­dy. Na po­do­bień­stwo zwie­rząt, acz nie fi­lo­zof, był, nie wie­dząc o tym, wła­ści­wie fa­ta­li­stą. I moż­li­we, że na­wet przy­padł mu do gu­stu ten nie­spo­dzia­ny ob­rót, jaki przy­ję­ły jego spra­wy, gdyż obie­cy­wał mu nowe prze­ży­cia i wo­jen­ne emo­cje.

Na po­kła­dzie „Nie­po­skro­mio­ne­go” wpręd­ce za­li­czo­no go do star­szych ma­ry­na­rzy, przy­dzie­lo­no do wach­ty pra­wej bur­ty i wy­zna­czo­no do służ­by na mar­sie fok­masz­tu. Wpręd­ce oswo­ił się cał­ko­wi­cie z tą służ­bą, a jego bez­pre­ten­sjo­nal­na uro­da i miłe, bez­tro­skie obej­ście zy­ska­ły mu nie­ma­łą sym­pa­tię. Nie było w me­sie we­sel­sze­go czło­wie­ka, w wy­raź­nym prze­ci­wień­stwie do pew­nych in­nych osob­ni­ków, po­dob­nie jak on przy­mu­so­wo wcie­lo­nych do za­ło­gi; ci bo­wiem, kie­dy nie mie­li nic do ro­bo­ty, cza­sem – a zwłasz­cza pod­czas ostat­niej psiej wach­ty, kie­dy zbli­ża­ją­cy się zmrok skła­niał do za­du­my – ła­two po­pa­da­li w smę­tek, u nie­któ­rych po­krew­ny po­nu­ro­ści. Jed­nak­że nie byli oni tak mło­dzi jak nasz for­top­man; wie­lu mu­sia­ło po­sia­dać ja­kieś ogni­sko do­mo­we, inni po­zo­sta­wi­li żony i dzie­ci naj­praw­do­po­dob­niej w nie­pew­nym po­ło­że­niu, a nie­mal każ­dy miał ja­kichś krew­nych czy zna­jo­mych – pod­czas gdy dla Bil­la, jak to nie­ba­wem zo­ba­czy­my, cała ro­dzi­na spro­wa­dza­ła się wła­ści­wie do nie­go sa­me­go.ROZ­DZIAŁ II

Acz­kol­wiek nasz nowo kre­owa­ny for­top­man zo­stał do­brze przy­ję­ty na mar­sie i na po­kła­dach dzia­ło­wych, nie był tam już ta­kim przed­mio­tem po­dzi­wu, jak po­przed­nio dla za­łóg po­mniej­szych stat­ków han­dlo­wych, z któ­ry­mi to za­ło­ga­mi do­tąd wy­łącz­nie ob­co­wał.

Był mło­dy i mimo już nie­mal w peł­ni roz­wi­nię­te­go cia­ła wy­glą­dał na jesz­cze młod­sze­go, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Spra­wiał to ja­kiś mło­do­cia­ny wy­raz wciąż jesz­cze gład­kiej twa­rzy, pra­wie nie­wie­ściej w czy­sto­ści swej przy­ro­dzo­nej kar­na­cji, w któ­rej jed­nak­że, dzię­ki mor­skim wy­pra­wom, li­lie zgo­ła za­ni­kły, a róże jeno z trud­no­ścią ru­mie­nia­ły po­przez ogo­rza­łość.

Czło­wie­ka, któ­ry był tak do grun­tu nie obzna­jo­mio­ny z za­wi­ło­ścia­mi wy­myśl­niej­sze­go ży­wo­ta, mo­gło­by onie­śmie­lić rap­tow­ne prze­nie­sie­nie z po­przed­nie­go pro­ste­go oto­cze­nia w roz­le­glej­szy i bar­dziej zło­żo­ny świat wiel­kie­go okrę­tu wo­jen­ne­go, gdy­by miał w swej na­tu­rze ja­ką­kol­wiek próż­ność czy za­ro­zu­mial­stwo. Wśród róż­no­ra­kiej za­ło­gi „Nie­po­skro­mio­ne­go” znaj­do­wa­ło się paru ma­ry­na­rzy, któ­rzy, choć niż­si stop­niem, nie byli zwy­kłe­go, po­spo­li­te­go po­kro­ju; wy­raź­nie prze­ja­wia­li ową po­sta­wę, któ­rą nie­ustan­na woj­sko­wa dys­cy­pli­na i wie­lo­krot­ne uczest­ni­cze­nie w bi­twie może w nie­ja­kiej mie­rze nadać na­wet lu­dziom prze­cięt­nym. Bil­ly Budd jako Uro­dzi­wy Ma­ry­narz znaj­do­wał się na okrę­cie po­nie­kąd w sy­tu­acji wiej­skiej pięk­no­ści, prze­nie­sio­nej z pro­win­cji i zmu­szo­nej do współ­za­wod­nic­twa z wy­so­ko uro­dzo­ny­mi da­ma­mi dwor­ski­mi. Jed­nak­że za­le­d­wie do­strze­gał ową zmia­nę. Nie wi­dział też, że coś w nim wy­wo­ły­wa­ło dwu­znacz­ne uśmiesz­ki na nie­któ­rych twar­dych ma­ry­nar­skich twa­rzach. Rów­nie nie­świa­dom był szcze­gól­ne­go, ko­rzyst­ne­go wra­że­nia, ja­kie jego oso­ba oraz obej­ście wy­wie­ra­ły na ro­zum­niej­szych pa­nach z po­kła­du ru­fo­we­go. I nie mo­gło też być in­a­czej. Ob­da­rzo­ny bu­do­wą wła­ści­wą naj­świet­niej­szym fi­zycz­nie oka­zom An­gli­ków, w któ­rych pły­nie krew sak­soń­ska bez żad­nej nor­mań­skiej czy in­nej do­miesz­ki, miał w twa­rzy ten ludz­ki, pe­łen spo­ko­ju i do­bro­ci wy­raz, któ­ry grec­ki rzeź­biarz nadał w pew­nych przy­pad­kach swo­je­mu he­ro­icz­ne­mu si­ła­czo­wi, Her­ku­le­so­wi. To jed­nak zno­wu nie­do­strze­gal­nie od­mie­nia­ła inna istot­na wła­ści­wość. Ucho drob­ne i kształt­ne, wy­gię­cie sto­py, za­rys noz­drzy i ust, na­wet ręce stward­nia­łe i za­bar­wio­ne na mie­dzia­no­po­ma­rań­czo­wy ko­lor dzio­bu tu­ka­na – ręce mó­wią­ce o li­nach i wia­drach smo­ły – a nade wszyst­ko coś w jego zmien­nym wy­ra­zie, w każ­dej przy­pad­ko­wej po­zy­cji czy ge­ście, coś, co na­su­wa­ło myśl o mat­ce szcze­gól­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nej przez mi­łość i Gra­cje – wszyst­ko to oso­bli­wie wska­zy­wa­ło na ro­do­wód ja­skra­wo sprzecz­ny z jego lo­sem. Owa ta­jem­ni­czość sta­ła się mniej ta­jem­ni­cza przez ujaw­nie­nie pew­ne­go fak­tu, gdy Bil­la sto­ją­ce­go przy ka­be­sta­nie for­mal­nie wcie­la­no do służ­by. Kie­dy ofi­cer, ni­ski, żwa­wy je­go­mość, spy­tał mię­dzy in­ny­mi o miej­sce jego uro­dze­nia, Bil­ly od­rzekł:

– Nie wiem, pro­szę pana.

– Nie wiesz, gdzieś się uro­dził? A kto był two­im oj­cem?

– Bóg to wie, pa­nie.

Ude­rzo­ny szcze­rą pro­sto­tą tych od­po­wie­dzi, ofi­cer spy­tał na­stęp­nie:

– A wiesz coś­kol­wiek o swo­im po­cho­dze­niu?

– Nie, pa­nie. Ale sły­sza­łem, że mnie zna­leź­li pew­ne­go rana w pięk­nym, je­dwa­biem wy­ście­ła­nym ko­szy­ku, za­wie­szo­nym u ko­łat­ki na drzwiach jed­ne­go za­cne­go czło­wie­ka w Bri­sto­lu.

– Zna­leź­li, po­wia­dasz? Ano – tu ofi­cer od­chy­lił w tył gło­wę i zmie­rzył wzro­kiem od góry do dołu nowo zwer­bo­wa­ne­go – ano, oka­zu­je się, że to było wca­le nie­złe zna­le­zi­sko. Mam na­dzie­ję, że znaj­dą jesz­cze wię­cej ta­kich jak ty, mój chłop­cze; flo­ta ogrom­nie ich po­trze­bu­je.

Tak, Bil­ly Budd był znaj­dą, przy­pusz­czal­nie bę­kar­tem, i naj­wy­raź­niej wca­le nie nik­czem­ne­go rodu. Szla­chet­ne po­cho­dze­nie było w nim rów­nie wi­docz­ne jak w ra­so­wym ko­niu.

Co do resz­ty, to po­sia­da­jąc nie­wie­le prze­ni­kli­wo­ści i ani śla­du mą­dro­ści węża, a jed­nak nie bę­dąc tyl­ko go­łę­biem, miał ten ro­dzaj i za­sób in­te­li­gen­cji, któ­ry idzie w pa­rze z nie­zwy­kłą pra­wo­ścią zdro­wej ludz­kiej isto­ty – ta­kiej, któ­rej do­tąd nie po­da­no wąt­pli­we­go jabł­ka wie­dzy. Był nie­pi­śmien­ny. Nie umiał czy­tać, ale po­tra­fił śpie­wać, i wzo­rem nie­pi­śmien­ne­go sło­wi­ka cza­sa­mi kom­po­no­wał wła­sne pio­sen­ki.

Nie­śmia­ło­ści nie miał wca­le czy ra­czej tyle, ile jej moż­na roz­sąd­nie przy­pi­sać psu z rasy świę­te­go Ber­nar­da.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: