Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bitten - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
3392 pkt
punktów Virtualo

Bitten - ebook

W noc siedemnastych urodzin, po brutalnym ataku wilkołaka, Vanessa Hart traci wszystko, co kocha: swoją najlepszą przyjaciółkę, ojca, a nawet dom.

Ugryziona i uwięziona przechodzi bolesną przemianę w bestię. Oprawcy dają jej jasno do zrozumienia, że nie ma ucieczki. Albo złoży przysięgę wierności Dworowi Wilczej Królowej, albo zginie.

Vanessa trafia do zaczarowanego Zamku Severi, miejsca, gdzie kwitnące pnącza oplatają mury, dary spływają z gwiazd, a pazur rozcina skórę tak łatwo, jakby była z jedwabiu. Jednak dziewczyna nie zapomniała, co jej odebrano.

Wciąż pragnie zemsty, nawet wtedy, gdy coraz bardziej urzeka ją książę Sinclair Severi, który jest obiecany jej największej rywalce. Zwraca też uwagę na ponurego Calixa, którego mroczne spojrzenie skrywa jeszcze groźniejsze tajemnice.

Zanurzona w magii baśniowego, lecz okrutnego świata, Vanessa szybko odkrywa, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Dwór pogrążony jest w wojnie, a ona sama może być jedynie pionkiem w śmiertelnej grze.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-3774-7
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

HIERARCHIA SIEDMIU WILKOŁACZYCH DWORÓW

REGENT/REGENCI WILCZEGO DWORU

Rządzi całym kontynentem i wszystkimi jego wilkołakami

------------------------------------------------------------------------

DIUKOWIE I DIUSZESY WILCZEGO DWORU

Rządzą pojedynczym krajem lub terytorium, podlegają bezpośrednio regentowi

------------------------------------------------------------------------

HRABIOWIE I HRABINY WILCZEGO DWORU

Rządzą regionem lub prowincją, podlegają bezpośrednio diukowi i/lub diuszesie swojego kraju

------------------------------------------------------------------------

BARONOWIE I BARONESSY WILCZEGO DWORU

Rządzą hrabstwem lub miastem i podlegają bezpośrednio hrabiemu i/lub hrabinie w stosownym regionie lub stosownej prowincji

------------------------------------------------------------------------

POMNIEJSZE STADA WILCZEGO DWORU

Wszystkie stada mieszkające na terytoriach baronów i/lub baroness w ich hrabstwach bądź miastachPROLOG

SIEDEM WILKOŁACZYCH DWORÓW przestrzega tylko kilku praw.

Nie ukazuj swojego wilka ludziom.

Nie zdradzaj postronnym sekretów dworu.

Nie gryź ludzi bez wyraźnego zezwolenia regenta.

Pod żadnym pozorem nie zabijaj innych wilków.

Złamanie tych praw nie oznacza kary takiej jak pozbawienie wolności czy okaleczenie. Nie bez powodu lochy pod Zamkiem Severich pozostają puste od wielu wieków. Kiedy wilkołak złamie prawo, jedyną faktyczną konsekwencją jest śmierć.

Nie natychmiastowa, naturalnie, lecz wynikająca z nieznośnego ciężaru odosobnienia.

Samotne Wilki nie są w stanie przetrwać odcięte od swego stada. Samotne Wilki zatracają się powoli i boleśnie, tak jak ludzie, którzy tracą kończyny wskutek odmrożeń.

Królowa Sybil Severi o tym wiedziała. Właśnie dlatego zaledwie zastała swą siostrę, Corę, w łóżku z człowiekiem, bez wahania wyciągnęła ją z sypialni za włosy i rzuciła przed oblicza wściekłych członków dworu. Człowiek, mężczyzna, czekał w skrzydle ich uświęconego zamku, na wpół nagi, drżący, groteskowy. Na jego żebrach widniał Ślad Wilka, a kruche czoło lizały już płomienie gorączki.

– Zdrajczyni! – zawyła królowa Sybil. Tyle wystarczyło, by potępić Corę w oczach dworu.

Cora się przemieniła. Stała się białym jak księżyc wilkiem o świecących czerwienią oczach, który obnażonymi kłami ociekającymi krwią zaczął walczyć z możnymi. Złamała już pierwsze trzy prawa, czwarte padło w tej sali. Tu i teraz. Gdy Cora przegryzła gardło Wilczego Generała i wypluła krwawy kawał mięsa na nieskazitelnie czystą marmurową posadzkę. Część możnych zaczęła się wycofywać. Ulegać zamiast walczyć. Inni walczyli jeszcze bardziej zawzięcie. Ściany pokryły się czerwonymi rozbryzgami ich własnej krwi. Cora zdawała się triumfować, lecz jej moc zmalała w chwili, gdy królowa Sybil oznajmiła:

– Niniejszym na zawsze usuwam cię z dworu i stada.

Do rozdarcia doszło natychmiast, jakby niewidzialne ręce oddzieliły od siebie siostry i cisnęły je w dwie strony pomieszczenia. Oczy Wilczej Królowej poczerniały i ciemniały dalej, gdy patrzyła, jak jej siostra pada na posadzkę, wyjąc przeszywająco.

– Natychmiast opuścisz Zamek Severich i nigdy więcej nie postawisz stopy na naszych świętych ziemiach. – Królowa Sybil podeszła bliżej, pozostawiając po sobie szkarłatne ślady stóp na podłodze. – Zostajesz wygnana, Coro Severi. Jeśli twój człowiek się przemieni, i on zginie.

Cora zmieniła się z wilka w człowieka, a towarzyszył temu straszliwy trzask łamanych kości. Leżała na posadzce w kałuży krwi dworzan, a jej ciało lśniło niczym gwiazda, która spadła z nocnego nieba.

– Nie możesz – wysyczała. – Jeśli on się przemieni…

– Jest zdrajcą korony, toteż zostanie Samotnym Wilkiem. Dokładnie tak jak ty.

– Ale… ale… – Cora szukała słów, a jej czerwone oczy przybrały cierpki, wyblakły odcień kasztanów.

– Nie masz już nic do powiedzenia. – Królowa Sybil złapała ją za bezwładną rękę i pociągnęła z dala od sali tronowej, od zamku, w stronę lasu, gdzie Cora miała się błąkać, aż z jej duszy pozostaną tylko proch i popiół. Aż z niej samej zostaną tylko proch i popiół.

Cora jednak nie zamierzała się łatwo poddać. Głosem silnym jak zwykle zapytała:

– A co z moim dzieckiem?

Członkowie dworu zmienili się jeden po drugim, przeszli z wilczej postaci w ludzką w jednej sekundzie bólu. Wilcza Królowa patrzyła na siostrę z furią, ignorując zduszone okrzyki otoczenia. Było ich więcej z powodu jednego dziecka niż z powodu rozczłonkowanych możnych u jej stóp.

– Zostałaś wygnana – powtórzyła królowa Sybil, a pazury wysunęły się z jej palców z równą łatwością jak nóż tnący mięso truchła. – Jesteś zdrajczynią.

Jej siostra usiadła, zadarła podbródek. Zmrużyła oczy.

– Prawa dworu nie mówią nic o synach zdrajców.

Królowa uklękła, wsunęła pazur pod brodę siostry. Pociekła krew, ale Cora ani drgnęła.

– Co chcesz, żebym zrobiła?

– Daj mu się urodzić.

– Umrzesz przed jego narodzeniem.

– Wiesz, że nie – warknęła Cora. W jej oczach płonął gniew. – Urodzę go i sprowadzę pod bramy zamku. A wy będziecie musieli go przyjąć.

Możni poczęli szeptać między sobą, lecz królowa Sybil uciszyła ich jednym spojrzeniem. Mocniej wbiła pazur w ciało siostry.

– Jestem królową. Nic nie muszę.

– Przyjmij go, a odejdę po cichu. – Cora gwałtownie wciągnęła powietrze. – Przyjmij go, a osobiście pozbędę się mojego kochanka.

– Teraz? – zapytała władczyni.

– Teraz.

Królowa Sybil wstała. Rozejrzała się po pozostałych członkach dworu. Wciąż było ich wielu, a do tego o największej sile. Nie musiała się troskać o przyszłą zdradę dziecka, zwłaszcza jeśli Wyrocznia odczyta przepowiednię po jego narodzinach i uzna go za godnego. Obawiała się jednak o los swojego dziecka.

Chłopiec narodził się przed dwoma tygodniami, mały i chorowity. Dwór nie ufał, że wyrośnie na przywódcę, choć jak dotąd przerósł przeciętnego noworodka. Pewnego dnia będzie silny. Tyle obwieściła Wyrocznia. Wystarczyło, że tego dożyje. Wystarczyło, że ukończy przejście w wilka i stanie się księciem koronnym, którym – jak wierzyła – w pełni mógł być.

Wilcza Królowa podjęła więc decyzję, obserwowana przez oczy tych, którym najbardziej ufała i w których najbardziej wątpiła. Podjęła decyzję, że powoła się na moc gwiazdozbioru Kasjopei i zawrze potężny układ krwi.

– Jeśli dziś zabijesz swego kochanka, a dziecko urodzisz na terenach nieopodal zamkowej bramy, wychowam je jak własne. Lecz twój potomek z całych sił będzie chronić mego dziedzica, a jeśli życie dziedzica dobiegnie końca, wraz z nim umrze i twoje dziecko. – Królowa Sybil wyciągnęła rękę. Jeszcze chwila zawahania, a cofnie układ. Jej siostra wiedziała o tym, chwyciła więc pazury królowej. Uściskała je. Jej krew pociekła na ciało Wilczej Królowej i zakipiała z sykiem. Na ich oczach wsiąkła w jej skórę i zniknęła.

Układ krwi został zawarty.

Królowa Sybil wstała z uśmiechem budzącym równie wielką grozę co mury zamku. Ściągnęła łopatki i poprawiła gwieździstą koronę na czarnych włosach.

– Zatem dokonało się. Zabij kochanka i znikaj, siostro. Jeśli przetrwasz dość długo, by urodzić dziecko, dostarcz je nam. A potem umrzyj.

Cora wstała chwiejnym krokiem i odnalazła ludzkiego kochanka wciąż drżącego w skrzydle zamku. Dwór Wilczej Królowej obserwował, jak Cora odrywa mu głowę od karku, zrywając ścięgna równie łatwo jak zwykłe pnącza. Ludzie. Królowa Sybil prychnęła, a potem się odwróciła.

– Posprzątać tu! – nakazała, a potem dodała: – Wygnać ją!

Bez wahania dwór usłuchał rozkazów. Cora zaś, Samotna Wilczyca, którą czekała śmierć, umknęła goniącym ją żołnierzom. Uciekała i uciekała, aż pewnego dnia, słaba i umierająca, urodziła chłopca i zostawiła go pod bramą zamku.

Strażnik powrócił do księcia oczekującego jego ochrony. Wychowano ich jak braci, zawsze razem, nigdy osobno.

Lecz to nie jest opowieść o księciu i jego strażniku. To jest opowieść o ludzkiej dziewczynie i o tym, jak książę i jego strażnik zniszczyli jej życie.1

DZIŚ JEST PEŁNIA.

Okrągły księżyc wisi na czarnym niebie niczym łuska syreny i świeci jasno jak płomień na tle ciemności. Spoglądam na niego, ocierając pot z czoła lepkim przedramieniem. Wczesnowrześniowy upał St. Augustine dosłownie zabija. Człowiek ma wrażenie, jakby tonął na suchym lądzie. Przy każdym oddechu płuca wypełnia mi wilgoć i nawet eteryczny księżyc nie pozwala zapomnieć, że powoli gotuję się żywcem.

Zamorduję Celeste.

Tyłek boli mnie pod ostrą krawędzią stopnia schodów prowadzących na jej ganek, a ona biega za domem i szuka jakiejś niespodzianki. Nie mam pojęcia, o co chodzi ani dlaczego potrzebuje tego w momencie, kiedy powinnyśmy już być w drodze do kina. Tata podrzucił mnie tu, jadąc do pracy, i zostało nam czasu co najwyżej na kupno popcornu, zanim zaczną się reklamy.

– A mogę ci chociaż pomóc? – wołam za nią z irytacją, ale odpowiada mi tylko dźwięk telewizora jej rodziców. Przez otwarte okno ryczy śmiech z puszki jakiegoś sitcomu. – Zaraz coś mnie pożre żywcem – dodaję, odganiając się od pary nadgorliwych komarów.

Insekty odlatują wraz z ciepłym wiatrem, a ja się garbię i czekam, obejmując kolana ramionami. Cykają świerszcze. W oddali brzęczy klakson samochodu. Wyjmuję z kieszeni telefon, żeby poscrollować, ale zaraz szybko odkładam go ze zniecierpliwionym westchnieniem. Jakąkolwiek niespodziankę zaplanowała, czekanie na nią trwa całe wieki i na pewno się spóźnimy do…

Za mną rozlega się trzask gałęzi.

Marszczę czoło. Odwracam się w stronę źródła dźwięku, ale w tej części ogrodu rośnie tylko samotne drzewko cytrynowe. Światło księżyca wydłuża jego cień.

– Halo? – szepczę i mrużę oczy, spoglądając w ciemność. Nikt nie odpowiada. No jasne. Przecież wiewiórki nie mówią.

Kręcę głową, ignorując mrowienie w karku.

– Celeste, naprawdę musimy się…

Celeste wraca szybko, kryjąc niespodziankę za starym ręcznikiem plażowym. Jej ciemnoniebieskie loki powiewają na wietrze jak wstążeczki.

– Wiem, że odpaliłaś tryb control freaka, ale trochę cierpliwości. Prawie skończyłam. – Wbiega po schodach obok mnie i wpada do domu. Rodzice krzyczą, żeby nie trzaskała drzwiami, ale ona nawet nie zawraca sobie głowy przepraszaniem ich. Kiedy już Celeste Ward się na czymś zafiksuje, nic jej nie powstrzyma.

Mogłam się tego spodziewać. Od tego w końcu zaczęła się nasza przyjaźń: podeszła do mnie w pierwszej klasie, pociągnęła za niechlujne warkocze, które tata pospiesznie splótł mi o poranku, i oznajmiła, że będziemy siostrami. Czy mi się to podoba, czy nie.

Nie wiem, dlaczego wybrała właśnie mnie. Aż do tamtego dnia nie miałam pojęcia, czym jest prawdziwa przyjaźń. Celeste kocha bezwarunkowo i całą sobą. I dla tej miłości warto siedzieć samej podczas pełni, kiedy ona robi to, co tam robi.

– Prawie skończyłam! – krzyczy zza drzwi.

Gryzę się w język, żeby czegoś nie odparować. W końcu Celeste nie przeszkadza, że dla mojego taty kolacja to talerz pospiesznie odgrzanych w mikrofali nachosów podawanych przy akompaniamencie wyjątkowo głośnych krzyków policjantów z jego radia. A mnie nie przeszkadza, że w gimnazjum miała przelotną fazę kleptomanii. Ona przynosi mi na lunch resztki po obiadach mamy, a ja dbam o to, żebyśmy omijały wszystkie markety w promieniu kilkudziesięciu mil. Celeste siedzi w pierwszym rzędzie na wszystkich moich meczach siatkówki, ma na policzku wymalowany jaskrawoczerwoną farbą mój numer, a ja na koncerty jej ulubionych kapel maluję usta na czarno i zakładam podarte rajstopy.

Więc chociaż bardzo bym chciała się odwrócić, wyważyć drzwi kopniakiem i pociągnąć ją do auta za te kudły w technikolorze, zmuszam się do odpowiedzi, słodkiej i bez cienia agresji:

– Zamówiłam nam już bilety do kina.

Celeste nie odpowiada i wokół mnie znowu panuje cisza. _To dziwne_. Świerszcze też umilkły. Powstrzymuję pokusę obejrzenia się na drzewko cytrynowe. To wiewiórka. _To tylko wiewiórka_. Ale wciąż mrowi mnie kark, jakby ktoś mnie obserwował.

A gdy już zbieram się na odwagę, by to sprawdzić, Celeste w końcu powraca. Pomaga mi się dźwignąć na nogi, a na ustach ma szeroki uśmiech. Z bliska widzę na jej szyi ogromną fioletową malinkę – i zaraz zapominam o straszliwych wiewiórkach ludojadach.

– Proszę. – Celeste unosi porcelanowy talerzyk, śliczny, różowy, z kokardkami na brzegach. Spoczywa na nim przeokropne, robione na szybko ciasto z błota. Ze sterty ziemi, trawy i żołędzi wystaje samotna świeczka. – Wszystkiego najlepszego, Vanesso.

Spoglądam na to dzieło, marszcząc brwi. Ale o dziwo to nie błotnista breja mnie szokuje, tylko data.

– Moje urodziny są we wtorek. Pospieszyłaś się.

– Wiem – odpowiada melodyjnie. – Ale musimy to uczcić już teraz! Jest piątek i tak wyszło, że dziś jest wielka impreza na plaży. Co za zbieg okoliczności, nie?

Trzepocze długimi rzęsami, udając niewiniątko. Zupełnie jakby nie planowała tego już wtedy, kiedy dzwoniła do mnie i pytała, czy pójdziemy gdzieś wieczorem. Gdybym jej tak nie uwielbiała, ściągnęłabym tank top, który od niej pożyczyłam, i ją nim udusiła.

– Nie.

Celeste nieznacznie opuszcza talerzyk i nadyma wargi.

– Vanesso Hart…

– NIE.

– …siedemnaście lat kończy się raz w życiu. Musisz to uczcić. A czy istnieje lepszy sposób na świętowanie niż picie ciepłego alko na plaży z sześćdziesiątką najbliższych przyjaciół?

Krzywię się.

– Kiedy ja nie mam nawet pięciorga przyjaciół.

– No więc tym bardziej! – Celeste zarzuca sobie włosy na ramię. – Zaproszono nas, Vanesso, a czym jest zaproszenie, jeśli nie obietnicą najlepszej nocy naszego pieprzonego życia?

Świeca płonie teraz wyżej i jaśniej. Fioletowy wosk kapie na wianuszek z mleczy. To ten sam odcień fioletu co na moich pasemkach. Jej naprawdę nie da się nienawidzić.

– Jak ostatnio poszłyśmy na imprezę, wypiłaś sama prawie całą butelkę tequili i wróciłaś do domu bez majtek.

– To było lata temu! – Celeste się śmieje. Jej śmiech jest leciutki jak piórko z jedną ostrzejszą nutą i tak bardzo do niej pasuje, brzmi tak znajomo, że chyba mogłabym go wyryć wśród gwiazd.

– To było dwa wieczory temu – zauważam, przewracając oczami. – Nie dam się zdemoralizować twoimi kolejnymi sprośnymi występkami.

– Mówisz teraz zupełnie jak Brenda, Vanesso. – Starannie opiłowany granatowy paznokieć groźnie wskazuje drzwi wejściowe. – W sensie moja matka, której życiową pasją jest kościół oraz zakupy w Costco. Są twoje siedemnaste urodziny! Nie chcesz mieć czegoś od życia?

Biorę od niej talerzyk, ale przyjaciółka nie pozwala mi zdmuchnąć świeczki. Zakrywa ją dłonią.

– Wiem, że nasza ostatnia impreza była dla ciebie okropna, a konieczność socjalizacji zazwyczaj zamienia cię w analityczkę ryzyka ekstremalnego, choć przyznaję, analityczkę z wcale niezłym tyłkiem. Ale posłuchaj. – Wolną dłonią łapie mnie za podbródek i ciągnie go w dół, by skupić na sobie całą moją uwagę. – Pewnego dnia będziesz pracować w pięknym biurze z widokiem na ocean i mieć najseksowniejszego męża na świecie oraz dwójkę uroczych dzieciaków. Będziesz spędzać całe weekendy na kursach gotowania i na krytykowaniu najnowszych filmów między dyżurami twojego męża w szpitalu…

– Uściślijmy – wtrącam. – Mój przyszły mąż będzie lekarzem?

– Kardiochirurgiem dorabiającym jako model – wyjaśnia, po czym kontynuuje: – Będziesz mieć życie jak ze snów, a ja przeżyję potworny koszmar, gdy zdradzisz mnie z domkiem na przedmieściach. Ale tu i teraz, dzisiejszego wieczoru, jesteś młoda, seksowna i zasadniczo siedemnastoletnia. Nie będziemy marnować tego piątku na popcorn z dodatkowym masełkiem. Pójdziemy na imprezę do Maxa Caydena, a ty się z nim przeliżesz.

_O Boże_. Przebiega mnie dreszcz i muszę przygryźć wargę.

– Nic nie mówiłaś, że to impreza Maxa.

Celeste posyła mi szelmowski uśmiech.

– Zainteresowałam, co, zdziro?

Rumienię się, bo przypominam sobie, jak pomógł mi wstać w trakcie meczu siatkówki. Poślizgnęłam się na podłodze po złym serwisie – błędzie przeciwników – a on stał przy linii. Zrządzeniem losu podał mi rękę, a za sprawą zdradzieckich hormonów do końca tego głupiego spotkania nie zdobyłam już ani jednego punktu. To nie fair, że jego oczy były takie niebieskie. Prawdę mówiąc, wyjątkowo rozpraszające.

Zabieram Celeste talerzyk i cofam się, aż wpadam na auto. Opieram się o nie, opuszczam powieki i wzdycham. Nie ma opcji, żebym poszła na imprezę urządzoną przez Maxa. Zrobię z siebie totalną kretynkę. Chociaż przy Celeste jestem pewna siebie, wyjątkowa, uparta, jestem totalnie sobą i lubię mieć wszystko pod kontrolą, nie umiem tak samo przy chłopakach, których właściwie nie znam. Nie umiem tak przy Maxie.

Celeste opiera się o żółtą maskę swojego przedpotopowego Volkswagena Beetle.

– Nie przeżyję kolejnego roku, kiedy ty będziesz się bać za bardzo, by gonić za tym, czego pragniesz. Vanesso, jesteś taka… pełna życia. Gdybyś tylko dała się poznać z tej strony komuś oprócz mnie i dziewczyn z drużyny siatkarskiej… – stwierdza, po czym już mniej delikatnie dodaje: – Zaliczysz, choćby miała to być ostatnia rzecz w moim życiu. A skoro życzysz sobie zaliczyć Maxa, niech tak będzie.

Odwracam się do niej z krzywą miną.

– Grant…

– Grant Austin się nie liczy i nie muszę ci przypominać, z jakiego powodu. A może muszę, a zatem zacznijmy od tego, że miał…

– Dobra! – przerywam jej i unoszę błotne ciasto do twarzy, żeby ukryć czerwone policzki. – Dobrze, pójdę na tę głupią imprezę u Maxa, jeśli obiecasz, że nigdy więcej tego nie powiesz.

– Ha! Wygrałam. – Posyła mi promienny uśmiech i muska fioletowe pasemko w moich włosach. – Pomyśl życzenie i ruszamy. Starsza siostra Maxa przyjechała z uczelni i to ona załatwia alkohol.

W żołądku wywraca mi się ze stresu. Alkohol. Max. Impreza. Trzy rzeczy, do których nie jestem przystosowana. Z trudem przełykam ślinę i żałuję, że nie mogę wytrzeć lepkich od potu rąk o spódnicę.

– I na pewno nie uważasz, że to głupi pomysł?

– Czy ja cię kiedyś sprowadziłam na złą drogę?

Unoszę brwi i rzucam:

– Brak majtek i cała butelka tequili? Fakt, że matka prawie dała ci szlaban na resztę życia?

Śmieje się zupełnie beztrosko.

– A to nie był nasz najlepszy wypad w ostatnim czasie? No weź. Nie przyjmuję reklamacji. Obiecuję, że nie zgubię gatek.

Spojrzenie jej brązowych oczu napotyka moje. Widzę w nich tyle nadziei, że nie umiem odmówić, chociaż chcę. Chociaż nie wiem, czy powinnam chcieć. W końcu to i tak bez znaczenia. Celeste jest moją Gwiazdą Polarną. A może bardziej jesteśmy jak gwiazdozbiór Bliźniąt. Ja pójdę tam, gdzie ona. Ona pójdzie tam, gdzie ja. Zawsze.

Spoglądam na płonącą świeczkę. Płomień stopił wosk już prawie do połowy, fioletowe plamy zdobią błotne ciasto i zdecydowanie je upiększają. Od pierwszej klasy, kiedy mojego tatę wezwano do jednostki w moje urodziny, więc nie było ani tortu, ani prezentów, tylko bardzo wkurzona opiekunka, która zaraz odesłała mnie do łóżka, Celeste co roku robiła mi tort urodzinowy z błota, patyków, gałązek i wszystkiego, co znalazła w ogrodzie. Przynosiła mi go do domu po szkole.

Ale w tym roku jest inaczej i zupełnie nagle, gdy świeca rzuca cienie na nas obie, ja też czuję się inna. Może starsza. Wyższa. Jakbym wreszcie wyjrzała ponad płot dzieciństwa i zerknęła w dorosłość. Może Celeste o tym nie marzy, ale normalność, dwoje rodziców i domek z białym ogrodzeniem, i jeszcze stabilny harmonogram bez gwałtownych zmian – to wszystko, czego chcę. Mama odeszła, kiedy byłam taka mała, że nie pamiętam czasów, gdy miałam kogoś więcej niż tatę. Tatę i Celeste. Innych policjantów z jego komisariatu. Dziewczyny z mojej drużyny siatkarskiej. Granta Austina, ubiegłego lata, przez miesiąc.

I tyle. Przez całe życie to byli wszyscy ludzie wokół mnie.

Ulicą przejeżdża samochód i zalewa światłem drzewko cytrynowe. Nic tam nie ma. No jasne, że nie. To napięcie i drżenie w brzuchu mają zupełnie inne przyczyny. Może Celeste ma rację. Może jestem już gotowa na coś innego. Coś nowego.

Celeste łapie mnie za rękę i ją ściska.

– Pomyśl życzenie, Vanesso.

Zamykam oczy i zdmuchuję świeczkę, i myślę.

Życzę sobie czegoś więcej.2

CELESTE ODWOZI NAS NA IMPREZĘ SWOIM AUTEM. Żółta farba przerdzewiała na zewnątrz w większości miejsc. W efekcie przemykamy jako brązowa plama przez noc, jadąc przez Most Lwów w stronę wyspy Anastasia.

St. Augustine składa się z dwóch części, a obie są równie wiekowe i niepokojące. Na stałym lądzie znajduje się centrum, z ciasnymi brukowanymi uliczkami, gdzie odbywają się wycieczki z duchami, gdzie są muzea piratów i od dawna opuszczony zamek. W słońcu wydaje się to idealnym miejscem na wakacje. Pastelowe kwiaty wynurzają się znad różowych murów, a dachy w stylu hiszpańskim ocieniają większość rynku. Nocą jednak czuć, że to stare miasto. To najstarsza zamieszkana europejska osada w Stanach Zjednoczonych – co oczywiście nie ma wielkiego znaczenia, ponieważ całe terytorium dzisiejszych Stanów było już wcześniej zamieszkane przez lokalną ludność. Sądzę jednak, że to wyjaśnia skalę nawiedzeń. Zanim powstało Plymouth czy Jamestown, Hiszpanie skolonizowali to wybrzeże. To miasto.

St. Augustine jak mało która miejscowość widziało rozlewy krwi. Mamy aż nadto agencji podróży z duchami, które tylko czekają, żeby zabrać wam kasę i o tym opowiedzieć.

Wyspa Anastasia znajduje się za mostem. Jest mniej znaną częścią okolicy. Jasne, wpadają tu turyści, a i wycieczki z duchami jej nie omijają. Ale kiedy myśli się o St. Augustine, to nie o wyspie ani o latarni morskiej z czerwonym dachem, ani o odnowionych rezydencjach, które jak grzyby po deszczu wyrastają po każdym huraganie, dumne i nowoczesne na pradawnej plaży, jakby rzucały wyzwanie kolejnym sztormom, by przyszły jeszcze gorsze.

Celeste i ja nigdy nie jeździmy na wyspę. Tam mieszkają bogate dzieciaki, te, które jeżdżą luksusowymi autami opłacanymi przez rodziców i które pójdą na studia na modne uniwerki wzdłuż Wybrzeża. Tacy ludzie nie zawracają sobie głowy rozmowami z biedotą z miasta.

Celeste trzy razy stuka w kierownicę, gdy przekraczamy most i zmierzamy na wyspę. To przesąd, który zapewne zostanie z nią do śmierci.

– Pięć minut – oznajmia i wrzuca inną płytę, nawet nie patrząc na odtwarzacz. Zaczyna ryczeć muzyka, zbyt głośna i zdecydowanie zbyt basowa dla mojego serca, które już boleśnie tłucze się w klatce piersiowej. – Gotowa?

– Gotowa się osikać? Totalnie. – Opieram głowę o na wpół otwarte okno, żałując, że klima ogranicza się do dmuchania ciepłym powietrzem przez stare, zakurzone wywietrzniki.

– Ness, to tylko impreza.

– Chyba dla ciebie – oznajmiam. – Ty jesteś świetna w imprezowaniu. Jesteś zabawna i czarująca, i wszyscy cię uwielbiają. A ja… ja zwyczajnie zawsze kończę tak, że stoję i gadam od rzeczy, aż wszyscy sobie idą.

Zapala się czerwone światło i Celeste daje po skrzypiących hamulcach. Odwraca się gwałtownie, uderzając mnie po twarzy włosami, po czym spogląda na mnie złowrogo.

– Ludzie nie idą sobie przez ciebie.

– Nie powiedziałam…

– Nie obchodzi mnie, co powiedziałaś. Jestem w bliskich stosunkach z twoją podświadomością i wiem, że czasem potworna z niej sucz. Ludzie nie idą sobie przez ciebie.

Światło zmienia się na zielone, ale ona nie wciska gazu. Chociaż auto za nami już trąbi, Celeste nadal na mnie patrzy. Marszczy czoło, a po nosie spływa jej kropelka potu i ląduje na różowych jak płatki róż ustach.

– Kocham cię, Vanesso.

– Ja ciebie też – odpowiadam z łatwością. Bo tak właśnie jest. Łatwo. To najłatwiejsze, co w życiu powiedziałam. Kocham Celeste jak rodzoną siostrę, a może nawet bardziej.

– To dobrze. Obiecaj mi, że spróbujesz poimprezować. Baw się. Wyluzuj.

– Mówienie mi „wyluzuj” sugeruje, że nie jestem luźna.

– Tak luźna jak buty z sieciówki na twoich stopach.

Odrzuca głowę, wybuchając tym swoim dźwięcznym śmiechem, a ja walę ją w rękę. W końcu ruszamy.

– Nie wszystkie są ciasne, mam raptem rozmiar czterdzieści jeden. To ty masz nogi jak dziecko.

– Wolę być dzieckiem niż Wielką Stopą.

Rzucam sobie torebkę na kolana i pokazuję język.

– Nienawidzę cię.

– Kochasz mnie.

Tak jest. Ale nie muszę tego powtarzać, a nawet gdybym powtórzyła, to by mnie nie usłyszała. Podkręca muzykę tak głośno, że ryzykujemy uszkodzeniem słuchu, a do tego wywrzaskuje teksty piosenek, które nijak nie pasują do wstążek w jej włosach i brokatu na policzkach. Ale to cała Celeste. Ma wiele warstw. A moje warstwy to…

– Dwa błyszczyki do ust, paczka gumy do żucia, gaz pieprzowy i jeden niezawodny scyzoryk szwajcarski podarowany przez pewnego bardzo przejętego ojca – wykrzykuję, wyliczając zawartość torebki, póki nie ścisza muzyki. – A, i batonik zbożowy. Myślisz, że potrzebujemy czegoś jeszcze? – Unoszę przekąskę, trzymając ją za koniuszek pogniecionego opakowania. Celeste zerka na batonik i skręca w złą stronę.

– Wydaje się, że jesteśmy przygotowane na apokalipsę, a nie na zwykły wieczór ze znajomymi.

– Ej, patrz na drogę. Na plażę publiczną zjeżdża się dużo dalej!

Uśmiecha się do mnie szatańsko.

– A kto mówił o publicznej plaży?

Dalej jedziemy wąską drogą okoloną wysokimi dębami, po czym skręcamy na nieoświetlony parking pod latarnią w biało-czarne pasy.

– Celeste – rzucam ostrzegawczo, czując, jak złe przeczucia manifestują się uciskiem w żołądku.

Celeste wyłącza silnik.

– Gdybym powiedziała prawdę, wcale byś się nie zgodziła.

– Co się stało ze „zwykłym wieczorem ze znajomymi”? Nie możemy imprezować w latarni! Tam są alarmy, przyjedzie policja i wylądujemy w więzieniu, zanim topowe uczelnie zdążą nas odrzucić.

– I mówi to dziewczyna ze scyzorykiem w torebce.

Wrzucam go z powrotem do torby i siadam prosto. Nie zamierzam odpinać pasa, chociaż Celeste otwiera drzwiczki. Myślałam, że to miniona środa była najbardziej szalona w naszym życiu. Poszłyśmy wtedy do domu Brooklyna Daviesa, gościa, który, jak zaklina się Celeste, wcale nie jest jej crushem. Celeste piła, paliła, przepadła na godzinę w morzu ludzkości… Myślałam, że to już szczyt wszystkiego.

– Jestem pewna, że popełniamy przestępstwo.

– Po pierwsze – zaczyna przyjaciółka – impreza nie będzie w latarni, tylko za nią, na przystani za pomostem. Tata Brooklyna tam pracuje. Wszystko jest totalnie legalne.

– Oho, znowu on. To teraz stalkujemy Brooklyna? Myślałam, że tę imprezę wyprawia Max.

– Wyprawia. Razem z Brooklynem.

– Przecież nie mają żadnej wspólnej lekcji.

– Czyli już znasz na pamięć plan lekcji Maxa? Wiedziałam, że da się wykorzystać twoje moce do nikczemnych celów. Pomyśl, ile mogłybyśmy osiągnąć, gdybyś nabrała odwagi. – Podkrada mi torebkę i z okrzykiem wyskakuje z auta. Zatrzaskuje drzwi i po kilku krokach jej blada postać znika mi z pola widzenia. Wyłażę za nią.

– To się nie wpisuje w moją definicję fajnych urodzin!

– Chcę trochę pożyć, Vanesso. Być wolna! – Obraca się wokół własnej osi z szeroko rozpostartymi rękoma. – Idziesz ze mną czy jak?

Waham się. Jedną stopę mam przed sobą, drugą za sobą. Tak łatwo byłoby się odwrócić i zaczekać w aucie na przyjazd policji. Jasne, Celeste by złapali, ale tylko za coś, co by zrobiła. Z drugiej strony… myślę o Maxie i o tym, jak zdmuchiwałam świecę.

Chciałam czegoś więcej. Tego sobie życzyłam.

– Żyj! – naciska Celeste. – Siedemnaście lat masz tylko raz w życiu!

– No dobra. – Robię krok naprzód. – Ale jeśli coś się spieprzy, to będzie twoja wina.

Przyjaciółka wydaje zachwycony pisk, po czym ciągnie mnie obok latarni, uliczką i przez jakieś chaszcze, aż trafiamy na pomost. Mamy splecione ręce, a Celeste wpycha mi w objęcia torebkę, którą łapczywie przejmuję wolną dłonią. Wczepiam się w przyjaciółkę jak w koło ratunkowe, gdy schodzimy na niebezpieczny grunt.

Tutaj czuję się, jakbym zasypiała. Jak w tej przestrzeni między nicością i snami, gdy człowiek przechodzi od absolutnej ciszy do eksplozji wyobraźni, myśli i uczuć, i nawet nie zdaje sobie sprawy, co się dzieje.

Trzeszczący drewniany most jest opuszczony, ukryty pod wygiętymi drzewami, których rozkołysane gałęzie i szeleszczące gałązki zagłuszają dźwięk Atlantyku. A potem most się kończy.

Zaczyna się impreza, ale złe przeczucia mnie nie opuszczają.

------------------------------------------------------------------------

Spocone ciała wypełniają każdą wolną przestrzeń. Między palcami przesypuje się piasek, wpada do butów, ociera się o skórę. Nocą słone powietrze wydaje się cięższe, jakby przykrywał nas mocno koc, otulał wraz z blaskiem księżyca i złocistymi promieniami mieniącymi się nad bezkresnym oceanem czerni. Telefony oświetlają to, czego księżyc nie zdoła. Stoją ustawione na lodówkach i beczkach, i tęczowych leżakach, które wyglądają raczej jak kalejdoskop cieni.

Z początku nie wiem, dokąd mam iść, więc trzymam się Celeste, gdy ona przedziera się przez tłum naszych kolegów i koleżanek z klasy, prosto do stojącej przy samym brzegu lodówki. Nie patrzy w dół, nie chwieje się, gdy wpadamy w piaszczysty dołek. Idzie zwyczajnie, wyprostowana, z zadartym podbródkiem i twarzą skąpaną w świetle księżyca. Chciałabym móc powiedzieć to samo o sobie.

Bywałam już wcześniej na imprezach, na ogniskach i domówkach, ale nigdy na takiej. Nie na tak głośnej i wielkiej. Jakbym tonęła wśród hałasu, zapachów i migoczących, jaskrawych świateł. Oświetlają twarze moich znajomych ze szkoły, z drużyny i jakichś dzieciaków, których nie rozpoznaję. Pięknych. Bogatych. Z markowymi ciuchami spływającymi z szerokich barków i muskularnych rąk. Ich głowy odwracają się w naszą stronę, jakby… jakby nas obserwowali.

Cofam się i wpadam na sandał Celeste, po czym obie lecimy na ziemię. Gdy wstaję, jakaś ruda w czarnej skórzanej spódnicy wybucha śmiechem. Ściska mnie w żołądku, gdy orientuję się, że to widziała… że wszyscy to widzieli. Czuję na sobie ich spojrzenia, kiedy Celeste prycha, pokazuje im środkowy palec i prowadzi mnie z dala od nich. Nie wiem, gdzie podziać oczy. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Moje kończyny są jakby obce, cięższe niż zwykle. Powinnam się uśmiechnąć czy to będzie dziwne? Jeśli zmarszczę czoło – uznają mnie za sukę? Jeśli zacznę się poruszać w rytm klubowej muzyki – będę wyglądać jak pieprzona idiotka? A może będę wyglądać jak Celeste – kołysząca się wdzięcznie filigranowa czarodziejka?

Chyba mózg mi wybuchnie, zanim nas aresztują. Szczerze mówiąc, teraz wolałabym taką opcję. Celeste ściska mnie za rękę, jakby czytała mi w myślach. Jej gorąca skóra przepala mi większość nerwów – ale nie wszystkie.

– To jak na meczu – krzyczy, żebym na pewno usłyszała. – Na parkiecie jest jedenaście innych dziewczyn, ale zawsze to ty masz kontrolę. A wiesz dlaczego?

– Nie – próbuję odkrzyknąć, ale wychodzi mi marne piśnięcie.

– Bo na parkiecie nie myślisz. Po prostu jesteś. – Zakłada mi za ucho kosmyk brązowych włosów i wygładza wplątane w nie fioletowe pasemko. – Twoje ciało wie, co robić. Przestań je wykolejać umysłem. Posłuchaj, co ci w kościach gra.

Ma rację. Na parkiecie nie przesadzam z myśleniem. Ale tam jestem tylko ja i piłka. Przeszkody w postaci dziewczyn i siatki. A tu… tu są dziewczyny z mojego zespołu, którym rozpaczliwie chcę zaimponować, żeby zostać kapitanką w przyszłym roku. Max Cayden też podobno gdzieś tu jest, a to sprawia, że jest mi trochę niedobrze… albo raczej bardzo niedobrze. A co do wszystkich pozostałych… sama nie wiem. Zwyczajnie się _liczą_. Obchodzi mnie, co o mnie myślą i jak jestem postrzegana.

Chodzi o to, że oni jeszcze nie określili. Jeszcze nie zdecydowali, czy przesunąć mnie w prawo, czy w lewo, a to znaczy, że istnieje prawdopodobieństwo, że mnie polubią, albo, bardziej realistycznie, że wszystko spieprzę. Pokażę się z najgorszej strony, tej, którą rezerwuję wyłącznie dla Celeste, i sprawię, że uciekną ode mnie z krzykiem.

– Łatwo mówić, że mam nie myśleć – stwierdzam, patrząc na Celeste.

– Na trzeźwo faktycznie może być trudno. – Przyjaciółka otwiera lodówkę i moim oczom ukazuje się szereg różowych butelek z alkoholem. Smirnoff Ice Strawberry, Pink Whitney, Crema de Tequila. Wszystkie brzmią równie trująco. Celeste przeciąga palcem po etykietach i na oślep wybiera nam truciznę. – Ta. – Wyjmuje Pink Whitney, odnajduje wieżę z papierowych kubków i nalewa nam do pełna. – Pij.

– Ale policja…

– Obiecuję, że nie zobaczysz się dziś z tatą. – Z tymi słowy przyciska mi kubek do ust. Wiem, że wyglądam jak dziecko karmione butelką. Wiem, że reszta pewnie uważa nas za parę. Tak bardzo, ale to bardzo staram się tym nie przejmować. – Już nie myśl – ostrzega. – Pij albo tańcz. I tyle.

Piję, bo sądzę, że bez tego raczej nie zatańczę. Jeden łyk. Smakuje jak arszenik. Drugi – smak robi się niemal słodki. Przy trzecim smakuje mi na tyle, że się uśmiecham. Może mogłam spróbować się napić w środę… ale potem przypominam sobie, że wtedy nie zdołałabym odwieźć Celeste do domu.

A kto odwiezie nas dzisiaj?

– Moja krew!

Celeste wypija duszkiem zawartość kubka, jak profesjonalistka. Ona kończy drugi, a ja jestem w połowie pierwszego. Już ciągnie mnie do tańczącego kółeczka. Znajduję tam Sarę Wu z drużyny siatkarskiej, podchodzi bardzo blisko nas.

– Zajebista impra! – krzyczy. Jej oddech mógłby odzierać farbę z murów latarni.

Celeste podciąga mi ręce i kręci biodrami w sposób, który zmusza mnie do ruchu.

– Najlepsza – przytakuje. Sara i Celeste, które dotąd rozmawiały tylko przelotnie po moich meczach, śmieją się niczym najlepsze przyjaciółki. Potem Celeste łapie Sarę i wciąga ją w coś, co „National Geographic” określiłoby zapewne mianem pradawnego rytuału godowego. Robię, co mogę, by im nie ustępować. Zmuszam biodra, barki i stopy do naśladowania ich ruchów. Wreszcie obie łapią mnie w talii i sprawiają, że rytm staje się bardziej naturalny.

Po brzuchu rozlewa mi się alkohol, gorący w porównaniu z lodowatą wodą muskającą nam stopy. Krąży w żyłach, trafia prosto do serca, a potem wypływa z niego do mięśni, aż jest mi ciepło i jestem rozluźniona, i taka gibka.

Nagle jest mi dobrze. Jakbym nie miała innych problemów niż wilgotne sandały i mokre palce u stóp. Przede mną jest Celeste: rechocze jak hiena, potrząsając tyłkiem. Za mną Sara: krzyczy coś o naszym ostatnim zwycięstwie. Ledwie dostrzegam, że bogate dzieciaki się na nas gapią.

A niech się gapią.

Chyba kocham imprezy. Ze śmiechem ciągnę Celeste za włosy, szarpię aksamitne morskie kosmyki, aż miękkie jak zwykle owijają mi się wokół palców.

– Kocham cię! – krzyczę, bo ciało i umysł zgodnie twierdzą, że nie mam innego wyboru.

Celeste wspina się na palce i daje mi mokrego buziaka w policzek.

– Zawsze tak będzie, zdziro!

Śmiejemy się dalej i znikają wszystkie moje wątpliwości co do tej nocy. Złe przeczucia w brzuchu co chwilę zalewa nowa fala ciepłego alkoholu, aż naprawdę zaczynam wierzyć, że żadna policja tu nie przyjedzie. Że nie wylądujemy w nocnym wydaniu wiadomości.

To tylko ja i moi przyjaciele. Cała sześćdziesiątka. Celeste miała rację. To najlepsza noc w moim życiu.

Nagle Celeste wydaje z siebie pisk, a ja się odwracam. Przed nami staje Brooklyn Davies spowity aureolą złotego światła z telefonu. Wysoki, z kruczoczarnymi warkoczykami i gładką skórą w ciemnym odcieniu brązu. Bez wątpienia najmilszy chłopak w szkole. Przyjaciółka wykrzykuje jego imię, jakby nie wypowiadała go nigdy wcześniej, a ja uśmiecham się szeroko jak mało kiedy. _Wiedziałam, że jej się podoba_.

– Jesteś! – odzywa się Celeste i obejmuje go za szyję.

Brooklyn podnosi ją ze śmiechem i wyciska uroczy pocałunek na jej czole. Łaził za nią jakoś od roku, nosił jej książki na zajęcia, dzielił się lunchem, oferował, że za darmo zmieni olej w aucie jej mamy. Nie mogła go bez końca trzymać na dystans, nie przy tym, jak zawsze na niego patrzyła, nieco rozszerzonymi oczami, jakby nie do końca wierzyła, że on istnieje naprawdę. Jakby czekała, aż on zniknie – lub aż spadnie mu maska i ukaże kryjące się pod nią zepsucie. Ale on nie ma maski, a ona chyba wreszcie to rozumie.

Teraz patrzy na niego z otwartymi ustami, ale tylko przez chwilę, po czym łapie go w ramiona i nie puszcza.

Brooklyn się śmieje.

– Gdybym wiedział, że tak cię uszczęśliwi mój widok, szybciej bym cię znalazł. Nadal potrzebujesz dziś podwózki?

– Chętnie! – odkrzykuje Celeste. Muzyka stała się lokalną boginią, zsyła swoje donośne błogosławieństwo na każdy centymetr kwadratowy plaży. Nie mogę przestać się poruszać w jej takt. Nie chcę przestawać. – Tęskniłam za tobą!

Brooklyn odstawia ją i przysuwa usta do jej ucha. Nie słyszę, co szepcze, ale nie muszę, żeby zrozumieć, że zasadniczo są w sobie zakochani. Obracam się z przesadnie teatralną radością, bo dokładnie to czuję, aż wtem… widzę jego. Tuż przede mną stoi Max Cayden.

_O Boże_. Nie mogę przełknąć śliny. Nie mogę oddychać. Jest kilkanaście centymetrów ode mnie. Jasne włosy, niebieskie oczy. Skóra jak blask księżyca. Chcę dotknąć jego włosów. Jego skóry. Co ja wyprawiam? W jednej chwili alkohol wyparowuje mi z krwiobiegu, lodowata woda szczypie palce niczym krab, budzi z cudownych majaków i wrzuca z powrotem do bezlitosnej rzeczywistości.

Jestem na nielegalnej imprezie, a tuż obok stoi chłopak, na którego punkcie mam obsesję.

Celeste wpycha mnie w jego objęcia z siłą potężnego huraganu. Teraz chyba naprawdę jej nienawidzę.

– O Boże, strasznie przepraszam – wypalam pospiesznie, a słowa wypadają ze mnie wszystkie naraz, niemal niezrozumiałe. Max łapie mnie szczupłymi rękoma. Śmieje się pod nosem, a ten dźwięk przeszywa mnie aż do kości.

– Nic nie szkodzi. Moje imprezy słyną z tego, że sporo na nich ludzi.

– No – odpowiadam w otępieniu. Pomaga mi wstać, ale wciąż czuję na skórze jego dotyk. Spoglądam na miejsce, gdzie gładzi palcami wnętrze mojego łokcia. Cała drżę.

Wokół jego szafirowych oczu pojawiają się zmarszczki, jakby śmiał się w duchu.

– Ktoś tu skorzystał z zapasów mojej siostry.

Zapasów. Zapasów? Ach, chodzi o ten alkohol, który według Celeste miała dostarczyć jego siostra. Pospiesznie kiwam głową na znak, że zrozumiałam. Żałuję, że nie mogę wyjaśnić, dlaczego zabrakło mi języka w gębie na jego widok i że w związku z tym będę niedostępna werbalnie przez najbliższych siedem do dziesięciu dni roboczych. Ale nie muszę nic mówić, ponieważ istnieje Celeste. Istnieje i ewidentnie wyczuła krew.

– To Vanessa – mówi za mnie do Maxa i ciągnie za sobą Brooklyna. – Nie macie razem matmy?

Max przybliża się, a ja chyba właśnie czuję w gardle bicie własnego serca.

– O w mordę, serio? Czwarta lekcja, pan Peters?

– Tak. Bo ja… eee… siedzę z tyłu.

Patrzę na niego. On patrzy na mnie. Mam wrażenie, że żadne z nas nie mruga, ale w końcu to on przerywa milczenie. Jestem tak szczęśliwa, że chyba zaraz się popłaczę.

– A, to spoko. No.

Ojć.

Zakładam włosy za uszy. A potem przesuwam je z powrotem, żeby nie pomyślał, że _double helix_ w moich uszach to pozerstwo. Myślałam, że nasza rozmowa potoczy się inaczej. Może to mało realne, że teraz porwie mnie w ramiona i zacznie całować, ale chyba powinniśmy mieć sobie więcej do powiedzenia?

– Ty siedzisz z przodu – dodaję. Celeste się krzywi, Brooklyn chyba tłumi śmiech. Nawet Max już na mnie nie patrzy. Macha do blondynki po mojej prawej, a potem do rudej po lewej. _O cholera_. Ewidentnie to spieprzyłam.

Celeste kazała mi przestać myśleć. Kazała pić albo tańczyć. Jeśli nie chcę, żeby to była najgorsza noc mojego życia, muszę wziąć się w garść. Co powiedziałaby Celeste na moim miejscu? Co by zrobiła?

– Chcesz zatańczyć? – wypalam, a w głowie mam tylko: _proszę proszę proszę proszę_.

Max z zaskoczeniem unosi brwi. Patrzy na inne dziewczyny, po czym wzrusza ramionami.

– Jasne. Czemu nie?

Nim jednak zaczynamy tańczyć, nim w ogóle obejmie mnie w talii, romantycznie, jak w moich snach, ktoś mnie popycha i ląduję na ziemi. Boleśnie.

To już oficjalnie najgorsza noc mojego życia.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij